- Opowiadanie: Agroeling - Placówka

Placówka

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Placówka

PLA­CÓW­KA

 

 

Stra­ci­li oni życie,

A zna­leź­li ist­nie­nie

 Mistrz Ec­khart

 

 

1.

To nie do wiary, że mija już dwu­dzie­sty dzień na Tan­ta­lu. A dnie są tutaj dłu­gie, bar­dzo dłu­gie. Ka­pi­tan Wiggs czuł, jak jego roz­przę­żo­ny zegar bio­lo­gicz­ny wy­wi­ja harce i ła­mań­ce. Raz zda­wa­ło mu się, że wła­śnie na­stał po­ra­nek, gdy tym­cza­sem miało się ku wie­czo­ro­wi, a kiedy in­dziej od­no­sił wra­że­nie, iż po­wo­li nad­cią­ga noc, choć słoń­ce aku­rat stało w ze­ni­cie, tyle że prze­sło­nię­te tar­czą Anu­bi­sa.

Dnie na Tan­ta­lu wo­dzi­ły za nos nawet ko­smicz­nych wy­ja­da­czy. I nic dziw­ne­go – jego dwa­dzie­ścia sześć księ­ży­ców, ko­lo­ro­wych tu­ła­czy roz­ra­bia­ków spra­wia­ło, że tu­tej­szy ka­len­darz ogar­nia­ły je­dy­nie za­awan­so­wa­ne al­gor­tyt­my kom­pu­te­ro­we. Czas na tej pla­ne­cie był jakiś nie­rze­czy­wi­sty, po­my­ślał Wiggs; nie­wy­klu­czo­ne, że winę za to po­no­si­ła naj­zwy­klej­sza no­stal­gia. Wszak tura jego jed­nost­ki miała trwać nie­wy­obra­żal­ne czte­ry mie­sią­ce, czyli pra­wie ziem­ski rok. Jed­nak przy­czy­na kiep­skie­go sa­mo­po­czu­cia ka­pi­ta­na le­ża­ła zgoła gdzie in­dziej.

Uwa­żał, że nic tu po nim. Pod­le­ga­ło mu szes­na­stu żoł­nie­rzy, bę­dą­cych za­ło­gą nie­wiel­kiej re­du­ty, po­ło­żo­nej nie­opo­dal wio­ski tu­byl­ców. Al­bo­wiem sztab Szó­stej Floty Im­pe­rium po­sta­no­wił za­ło­żyć pla­ców­kę na skra­ju nie­omal bez­lud­ne­go su­per­kon­ty­nen­tu. Tan­tal od­kry­to przy­pad­kiem. Ot, nie­cie­ka­wa pla­ne­ta na pe­ry­fe­riach Ga­lak­ty­ki, gdzie ru­ty­no­we misje ba­daw­cze od­bęb­nia­ły tylko swą po­win­ność. Żad­nych cen­nych złóż su­row­ców. Nie­licz­na po­pu­la­cja kilku ras ludz­kich na wcze­snym eta­pie roz­wo­ju zaj­mo­wa­ła się ho­dow­lą bydła, upra­wami zbóż oraz rzad­kimi od­mia­na­mi lnu. I wła­śnie ta ostat­nia ro­śli­na naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ła spe­ców od han­dlu i wy­mia­ny kul­tu­ro­wej. Len na Tan­ta­lu od­zna­czał się pew­ny­mi wła­ści­wo­ścia­mi, od­róż­nia­ją­cy­mi go od in­nych ga­tun­ków, i to spra­wi­ło, iż wy­lą­do­wa­ła tu eks­pe­dy­cja Gil­dii Ku­piec­kiej w asy­ście kil­ku­set im­pe­rial­nych żoł­nie­rzy. Ci – jak się oka­za­ło – nie byli do ni­cze­go po­trzeb­ni – po­ko­jo­wo na­sta­wie­ni tu­ziem­cy po­wi­ta­li przy­by­szów z nieba chle­bem i solą. Bez żad­nych prze­szkód przy­sta­li też na han­del wy­mien­ny, no­ta­be­ne mało dla nich ko­rzyst­ny.

Gil­dia za­ło­ży­ła bazę na je­dy­nym kon­ty­nen­cie pla­ne­ty. Była to wła­ści­wie fak­to­ria, po­łą­czo­na z małym gar­ni­zo­nem, sta­cją łącz­no­ści i lą­do­wi­skiem. Po­tocz­nie na­zy­wa­no ją for­tem Ten­hart, od na­zwi­ska do­wód­cy krą­żow­ni­ka, który wów­czas pa­tro­lo­wał ten rejon Ga­lak­ty­ki. Do­wódz­two po­my­śla­ło jed­nak, że do­brze by­ło­by mieć w pew­nym od­da­le­niu od bazy nie­wiel­ką pla­ców­kę woj­sko­wą, peł­nią­cą rolę…wła­śnie, jaką? Prze­cież nikt nie mu­siał pil­no­wać tu­byl­ców, gdyż ci byli po­tul­ni jak ba­ran­ki. Po­cząt­ko­wo za­kła­da­no, że z pla­ców­ki będą wy­ru­szać eks­pe­dy­cje na­uko­we, ale osta­tecz­nie nie do­tar­ła tu żadna ekipa ja­jo­gło­wych. Po­zo­stał tylko wymóg stra­te­gicz­ny. Utra­ta fak­to­rii i gar­ni­zo­nu nio­sła­by po­waż­ne kon­se­kwen­cje. W takim przy­pad­ku cała pla­ne­ta wy­pa­dła­by spod kon­tro­li Im­pe­rium. Nie­wiel­ka pla­ców­ka miała być pew­ne­go ro­dza­ju wen­ty­lem bez­pie­czeń­stwa, do­my­kać sys­tem obron­ny, za­pew­niać awa­ryj­ną łącz­ność z Szó­stą Flotą i sta­no­wić punkt ewa­ku­acyj­ny.

Na­ukow­ców de­pry­mo­wa­ła jesz­cze jedna kwe­stia. Eko­sys­tem pla­ne­ty stwa­rzał ide­al­ne wa­run­ki dla licz­nych form życia, jed­nak­że wy­stę­po­wa­ła na niej nad­zwy­czaj skrom­na bio­róż­no­rod­ność i do tego zni­ko­ma wręcz po­pu­la­cja ludzi. Ob­li­czo­no ich licz­bę na około pięć mi­lio­nów, tym­cza­sem gi­gan­tycz­ny ob­szar na­da­ją­cy się do za­sie­dle­nia mógł­by wy­ży­wić nawet sto mi­liar­dów osob­ni­ków. A prze­cież nie za­ob­ser­wo­wa­no tutaj żad­nych waśni, za­bój­czych epi­de­mii czy na­tu­ral­nych ka­ta­kli­zmów, które by ha­mo­wa­ły roz­wój lo­kal­nych spo­łecz­no­ści.

Cóż, na­ukow­cy od­le­cie­li z roz­ka­zu do­wódz­twa ze wzglę­du na "nie­ren­tow­ność pla­ne­ty", po­zo­sta­wia­jąc za­gad­kę nie­roz­wią­za­ną.

 

 

2.

Na ho­ry­zon­cie prze­su­wał się punk­cik. To łazik roz­po­znaw­czy sier­żan­ta Ta­cho­vskie­go zbli­żał się do pla­ców­ki, pod­ska­ku­jąc na nie­rów­nej, szu­tro­wej dro­dze. W od­da­li ma­ja­czy­ła ścia­na pra­daw­nej pusz­czy. Po­jazd zda­wał się umy­kać przed nią, nie­zdar­nie po­ko­nu­jąc drogę pełną ole­istych kałuż. Sier­żant znów za­ba­wił sta­now­czo zbyt długo w wio­sce tu­byl­ców. Choć Wig­g­sa iry­to­wał ten brak dys­cy­pli­ny, przy­my­kał na to oko. Ro­zu­miał do­brze, że jego lu­dzie muszą mieć mar­gi­nes swo­bo­dy. Jed­nak­że fra­ter­ni­zo­wa­nie się z rdzen­ną lud­no­ścią nie było naj­lep­szym po­my­słem. Zwy­kle wy­ni­ka­ły z tego kło­po­ty, na razie co praw­da tylko na­tu­ry lin­gwi­stycz­nej. Po­wie­dzieć, że język au­to­chto­nów na­le­żał do trud­nych, to nic nie po­wie­dzieć. Trud­ność ta jed­nak nie po­le­ga­ła na lek­sy­ce, co się naj­czę­ściej zda­rza­ło na in­nych za­miesz­ka­nych pla­ne­tach, a na po­kręt­nej se­man­ty­ce, lo­gi­ce i dzi­wacz­nej, od­je­cha­nej fi­lo­zo­fii. W prak­ty­ce nigdy nie można było mieć pew­no­ści, czy trans­la­tor wła­ści­wie prze­tłu­ma­czył dane słowo, czy zu­peł­nie na opak.

O czym więc sier­żant Ta­cho­vski tak ga­wę­dził z tu­byl­ca­mi, Wiggs wolał nawet nie wie­dzieć. Tak samo jak wolał nie wie­dzieć o tu­tej­szej "wy­mia­nie kul­tu­ro­wej" z płcią nie­wie­ścią, a nie chciał ni­cze­go za­bra­niać znu­dzo­nym żoł­nie­rzom. Tym bar­dziej, że i sam ka­pi­tan miał już w tej kwe­stii pewne do­świad­cze­nia. Po­znał miłą i atrak­cyj­ną tu­ziem­kę o imie­niu Anea-nu. Przy­no­si­ła mu tu­tej­sze spe­cja­ły w za­mian za drob­ne im­pe­rial­ne to­wa­ry, ale tak na­praw­dę mogło wy­nik­nąć z tego prze­cież coś wię­cej…

Za­my­ślo­ny wy­glą­dał przez owal­ne okno bloc­khau­su. Z dołu do­biegł go szorst­ki głos sier­żan­ta i po chwi­li uj­rzał jego ma­syw­ną syl­wet­kę w drzwiach swego ga­bi­ne­tu.

 – Nie zna­leź­li­śmy tego, panie ka­pi­ta­nie – za­mel­do­wał pod­ofi­cer.

 – Czego? – Roz­ko­ja­rzo­ny Wiggs nie od razu mógł sobie przy­po­mnieć, jakie wła­ści­wie za­da­nie zle­cił Ta­cho­vskie­mu.

 – No, tych pod­ze­spo­łów. Nie ma ich ni­g­dzie. Na bank gwizd­nął je ktoś z miej­sco­wych.

 – Ale po dia­bła im one? No dobra, miej oczy sze­ro­ko otwar­te i każ żoł­nie­rzom jesz­cze raz prze­szu­kać teren.

– Tak jest, panie ka­pi­ta­nie.

Sier­żant od­szedł bez za­sa­lu­to­wa­nia. Cóż, nie­wąt­pli­wie dys­cy­pli­na się nieco po­sy­pa­ła. Do­wo­dze­nie ma­leń­ką jed­nost­ką w gnu­śnej at­mos­fe­rze, na krań­cu ga­lak­ty­ki wcale nie oka­za­ło się ła­twym za­da­niem. Wiggs czuł się jak roz­bi­tek, wy­rzu­co­ny wraz z mało roz­gar­nię­ty­mi kom­pa­na­mi na brzeg nie­zna­nej wyspy. Je­dy­nym szczę­ściem w nie­szczę­ściu było wła­śnie to, że tra­fił mu się taki wojak swo­jak, jak sier­żant Ta­cho­vski, który jakoś ogar­niał spe­cy­fi­kę tego miej­sca.

 

Ka­pi­tan za­sta­na­wiał się póź­niej, co mogło być pierw­szym zna­kiem ostrze­gaw­czym. Osta­tecz­nie uznał, że wła­śnie kra­dzież pod­ze­spo­łów w ma­ga­zy­nie. Tyle że to nie miało żad­ne­go sensu. Ni­ko­go nie zła­pa­no za rękę, nikt się też nie przy­znał. A wąt­pił, by to byli tu­tej­si. Na co im za­awan­so­wa­na tech­no­lo­gia, któ­rej nie ro­zu­mie­li? Nie­mniej coś się dzia­ło. Ostat­nio jeden z żoł­nie­rzy spo­strzegł dziw­ne za­cho­wa­nie miesz­kań­ców są­sia­du­ją­cej z nimi wio­ski. Opo­wia­dał z prze­ję­ciem, jak wszy­scy tu­byl­cy wy­szli ze swych stoż­ko­wa­tych domów i sta­nę­li nie­ru­cho­mo, ob­ró­ce­ni w stro­nę nie­od­le­głej, ma­syw­nej ścia­ny drzew. Po kilku go­dzi­nach ock­nę­li się i jak gdyby nigdy nic wró­ci­li do swo­ich zajęć. Gdy spy­ta­no ich o te nie­ty­po­we za­cho­wa­nie, na­bra­li wody w usta, choć za­zwy­czaj wcale nie stro­ni­li od roz­mów.

Nie­wy­klu­czo­ne, że za­szła tylko po­mył­ka w in­wen­ta­ry­za­cji. Ktoś źle po­li­czył i tyle. Wiggs chciał już mach­nąć na to ręką, ale ta­jem­ni­cze za­cho­wa­nie au­to­chto­nów spra­wi­ło, że kazał tro­chę pod­krę­cić tempo śledz­twa. Nawet jeśli był to jakiś ezo­te­rycz­ny folk­lor. A nie­zwy­kłe przy­pad­ki za­czę­ły się mno­żyć. Naj­czę­ściej coś gi­nę­ło. Coś od­naj­dy­wa­no w innym miej­scu, nie­kie­dy w sta­nie nie na­da­ją­cym się do dal­sze­go użyt­ko­wa­nia. I pew­nie na takie dro­bia­zgi nikt by nie zwró­cił uwagi, gdyby nie to, że w końcu za­gi­nął żoł­nierz. Po pro­stu roz­pły­nął się w po­wie­trzu. Wiggs na­tych­miast wy­słał czte­ro­oso­bo­wy od­dział, aby spe­ne­tro­wał obrze­ża lasu. Ka­pi­tan czuł, że to stam­tąd nad­cho­dzi za­gro­że­nie. Nie są­dził, by spraw­ca­mi znik­nię­cia sze­re­gow­ca byli pa­cy­fi­stycz­nie na­sta­wie­ni miesz­kań­cy wio­ski. Acz­kol­wiek moż­li­we, że coś wie­dzie­li. Znali każdą piędź tu­tej­szej ziemi. I także to, co po niej stą­pa­ło.

Język oka­zał się pewną ba­rie­rą. Wpraw­dzie mowa au­to­chto­nów była dość nie­skom­pli­ko­wa­na, ale an­tro­po­lo­gom i lin­gwi­stom coś się tu nie zga­dza­ło. Ba­da­czom ko­rzy­sta­ją­cym z uni­wer­sal­nych trans­la­to­rów umy­ka­ły koń­ców­ki flek­syj­ne, cho­ciaż naj­prost­sze słowa prze­kła­da­no bez pro­ble­mu. Jed­nak­że sens co po­nie­któ­rych wy­ra­zów gu­bi­ły nawet naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ne pro­ce­so­ry. Wten­czas trans­la­tor wpa­dał w "szał". Wy­rzu­cał z sie­bie nie­zro­zu­mia­ły beł­kot, nie­mo­żeb­nie iry­tu­jąc tym bez­rad­ne­go ope­ra­to­ra urzą­dze­nia.

Na­za­jutrz po za­gi­nię­ciu żoł­nie­rza Wiggs zwo­łał na­ra­dę. Trud­no by­ło­by ją uznać za burzę mó­zgów. Prócz ka­pi­ta­na sta­wi­li się sier­żant, łącz­no­ścio­wiec Keiso oraz ka­pral Karl Win­ter.

 – To na pewno spraw­ka tych su­kin­sy­nów! – sro­żył się Ta­cho­vski. Miał rzecz jasna na myśli tu­byl­ców.

 – Sier­żan­cie, na to po­trze­ba do­wo­dów – po­wie­dział nie­prze­ko­na­ny Wiggs

 – Do­wo­dy, do­wo­dy… – Stary trep ro­ze­źlił się, ner­wo­wo sku­biąc oka­za­łe­go wąsa. – Prze­ja­dę się tam Cen­tau­rem, to ręczę, że do­wo­dy po­da­dzą nam jak na tacy.

 – Panie ka­pi­ta­nie… – ode­zwał się z wa­ha­niem Keiso. – Mamy krót­kie na­gra­nie z od­po­wie­dzią wie­śnia­ka, któ­re­go na­ga­by­wa­li­śmy o za­gi­nię­ciu Lu­the­ra. Po­wta­rzał w kółko jedno słowo, które brzmia­ło jak "tsagi -ga". I wie­cie, co ono zna­czy?

 – Myślę, że nas oświe­cisz – rzekł na to zwy­kle ma­ło­mów­ny ka­pral Win­ter.

 – Zna­czy ab­so­lut­nie nic – trium­fal­nie od­parł Keiso. – Albo wszyst­ko i nic. To po pro­stu ciąg przy­pad­ko­wych słów. A przy­naj­mniej tako rze­cze trans­la­tor.

 – Jed­nak­że trans­la­tor za­wsze po­da­je pierw­sze w ko­lej­no­ści do­mnie­ma­ne tłu­ma­cze­nie – za­opo­no­wał Wiggs.

 – No niby zga­dza się – od­po­wie­d­ział z lekka za­fra­po­wa­ny łącz­no­ścio­wiec. – Za­wsze jest, jak to się mówi, ja­kieś pierw­sze słowo.

 – No więc? Jakie to słowo? – za­py­tał Win­ter.

Po krót­kiej chwi­li ciszy Keiso od­rzekł:

 – Be­stia. – I szyb­ko dodał – na­stęp­nie idą po­świę­ce­nie, na­bo­żeń­stwo, od­ro­dze­nie, szpieg, to­wa­rzysz, i tak dalej. Czyli kom­plet­nie bez sensu.

 – No i co co to ma kurwa zna­czyć? – Sier­żant jak zwy­kle nie prze­bie­rał w sło­wach. Nikt nie za­re­ago­wał. Ka­pi­tan po­sta­no­wił za­koń­czyć dys­ku­sję.

 – Trze­ba tam jesz­cze raz po­je­chać.

 – Tak jest! – Tym razem Ta­cho­vski re­gu­la­mi­no­wo za­sa­lu­to­wał i wy­szedł wraz z Win­te­rem, zanim Wiggs zdą­żył podać mu szcze­gó­ło­we wy­tycz­ne. Cała ta cho­ler­na za­gad­ka przy­pra­wia­ła go o ból głowy. Naj­chęt­niej na­pił­by się kawy i po­ło­żył do łóżka z książ­ką w ręce, tym sta­ro­świec­kim no­śni­kiem, przy­wo­łu­ją­cym urok daw­no mi­nio­nej epoki. Za­wsze są­dził, ze co jak co, ale tutaj bę­dzie miał dość dość czasu na tego ro­dza­ju roz­ryw­ki. Mylił się.

 – Panie ka­pi­ta­nie, jest pro­blem – ode­zwał się nagle Keiso, cią­gle wpa­trzo­ny w ta­blet jak sroka w gnat.

 – Co się stało?

 – Nie mamy za­się­gu. Stra­ci­li­śmy też sy­gnał trans­ga­lak­tycz­ny – od­parł tech­nik i dodał kwa­śno – Je­ste­śmy teraz ślepi i głusi. Jeśli w for­cie Tiggs jest tak samo, to nikt ze szta­bu Floty o ni­czym się nie dowie.

 – A niech to dia­bli – za­klął Wiggs. Sy­tu­acja po­wo­li wy­my­ka­ła się spod kon­tro­li. Po­ryw­czy sier­żant naj­pew­niej od­je­chał już Cen­tau­rem wraz z po­ło­wą żoł­nie­rzy. W tej chwi­li pla­ców­ka była nie­mal bez­bron­na. A Ta­cho­vski mógł robić wszyst­ko we­dług wła­sne­go wi­dzi­mi­się, mając do wy­łącz­nej dys­po­zy­cji po­tęż­ny po­jazd bo­jo­wy. Nie wró­ży­ło to nic do­bre­go. Ka­pi­tan wy­szedł na ze­wnątrz. Mu­siał za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Spoj­rzał na kloc­ko­wa­ty bu­dy­nek z pre­fa­bry­ka­tów. W razie za­gro­że­nia nikt by im nie po­mógł.

Ranek przy­niósł po­wiew bryzy z wiel­kie­go, nie na­zwa­ne­go oce­anu, od­le­głe­go stąd o dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów.. Wiggs wstał odrę­twia­ły, prze­czu­wa­jąc, że wy­da­rzy­ło się coś złego. Skon­tak­to­wał się z Keiso. Ten fak­tycz­nie nie miał do­brych wie­ści. Po­wie­dział, że Ta­cho­vski nie wró­cił. Ka­pi­tan po­czuł ucisk w żo­łąd­ku, a w sercu coś mu pik­nę­ło. Wziął po­ło­wę swo­ich ludzi i po­je­chał do wio­ski. Mu­siał spraw­dzić, co też po­ra­bia pan sier­żant. Wszak ten, w razie nie­bez­pie­czeń­stwa, nie miał żad­ne­go wspar­cia. Cho­ciaż co też mogło stać się Cen­tau­ro­wi? Te prak­tycz­nie nie­znisz­czal­ne po­jaz­dy były zło­wiesz­czy­mi wi­zy­tów­ka­mi Im­pe­rium. Ale Ta­cho­vski po­je­chał na wa­ria­ta, a to za­wsze stwa­rzało ry­zy­ko. W świe­cie, któ­re­go nikt tak na­praw­dę do­brze nie po­znał ani nie ro­zu­miał.

 

4.

Wio­ska roz­ło­ży­ła się w za­ko­lu nie­wiel­kiej rzecz­ki, która na­wad­nia­ła sta­ran­nie pie­lę­gno­wa­ne pola lnu. Do­je­cha­li do pierw­szych nie­kształt­nych, przy­po­mi­na­ją­cych smar­dze dom­ków. Wokół nich ani żywej duszy. Od razu też zo­ba­czy­li Cen­tau­ra. Ośmio­ko­ło­wiec stał na po­bo­czu drogi lekko przy­chy­lo­ny. Wiggs wy­siadł z ła­zi­ka i przyj­rzał się po­jaz­do­wi uważ­niej. Do­pie­ro z bli­ska za­uwa­żył nie­znacz­nie po­gię­te wa­chla­rzo­wa­to płyty kom­po­zy­to­we­go pan­ce­rza.

 – To nie­moż­li­we – pod­cho­dząc, po­wie­dział jeden z żoł­nie­rzy. Po­zo­sta­li też wy­sie­dli i spo­glą­da­li na wrak onie­mia­li, mi­mo­wol­nie po­szu­ku­jąc wzro­kiem ko­le­gów z za­ło­gi, ży­wych bądź mar­twych. Jed­nak­że ni­g­dzie nie było widać ciał.

 – Wra­ca­my na­tych­miast – po krót­kim prze­cze­sa­niu te­re­nu wydał roz­kaz ka­pi­tan. Wró­ci­li na po­ste­ru­nek, nie wy­ma­wia­jąc ani jed­ne­go słowa. Wiggs po­now­nie jako pierw­szy wy­siadł z ła­zi­ka i skie­ro­wał się od razu do punk­tu ra­dio­lo­ka­cyj­ne­go, gdzie urzę­do­wał Keiso.

 – Słu­chaj, jeśli się da, prze­łącz na mię­dzy­gwiezd­ną i nadaj SOS do krą­żow­ni­ka "Can­ber­ra" – bez wstę­pów rzekł do niego do­wód­ca.

 – Jest pan pewny, ka­pi­ta­nie?

 – Tak. Wy­ko­nać.

 – Ode­bra­li – po chwi­li po­wie­dział łącz­no­ścio­wiec. – Będą za czte­ry dni.

 – Dzię­ku­ję.

Teraz nie było od­wro­tu. Zbyt po­chop­ne ścią­gnię­cie jed­ne­go z wiel­kich krążow­ni­ków Floty wią­za­ło­by się z ra­czej nie­bła­hy­mi kon­se­kwen­cja­mi. Wiggs po­sta­wił wszyst­ko na jedną kartę, ale uwa­żał, że pod­jął słusz­ną de­cy­zję.

Ranek na­stał niby uwer­tu­ra do mrocz­nej sym­fo­nii bu­dzą­ce­go się, nie­zna­ne­go świa­ta.

 – Panie ka­pi­ta­nie! – wrzask star­sze­go sze­re­go­we­go Ta­na­ki roz­darł ciszę.

 – Co się stało?

 – Przy­szedł jeden z nich.

 – To zna­czy kto? – Znie­cier­pli­wio­ny do­wód­ca spoj­rzał na swego tym­cza­so­we­go za­stęp­cę.

 – No, ktoś z wio­ski. I coś ma naj­pew­niej do prze­ka­za­nia. – od­parł żoł­nierz.

 – Poślij­cie po Keiso – roz­ka­zał Wiggs. – I dawać mi tu tego tu­byl­ca.

 – Ee, Keiso już się tym zajął.

 – I cóż?

 – To – Za­miast Ta­na­ki od­parł łącz­no­ścio­wiec, który wła­śnie wszedł, trzy­ma­jąc w wy­su­nię­tej dłoni za­pi­sa­ną kart­kę. Podał ją do­wód­cy. Ten szyb­ko po­to­czył po niej wzro­kiem. W końcu od­czy­tał ją na głos.

 – Be­stia znika. Las prze­bu­dzić. Drze­wa głod­ne. Ofia­ra cze­kać.

 – Oto co miał do prze­ka­za­nia nasz tu­by­lec – rzekł Keiso.

 – To ja­kieś bred­nie! – wy­krzyk­nął Wiggs.

 – Ow­szem. Wy­glą­da mi to na sza­mań­skie gusła.

 – No dobra, jest ja­kieś wy­ja­śnie­nie? – za­py­tał ka­pi­tan.

 – Przy­pusz­czal­nie gdzieś tutaj gra­su­je jakiś en­de­micz­ny zwierz. I żeby go udo­bru­chać, na­le­ży zło­żyć mu ofia­rę albo po pro­stu na­kar­mić. – Keiso wzru­szył ra­mio­na­mi, chcąc za­zna­czyć, ze to nie jego wy­my­sły, tylko naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne roz­wią­za­nie za­gad­ki.

 – A cze­muż nasi et­no­bio­lo­dzy go nie od­na­leź­li? – za­py­tał Ta­na­ka. Nikt mu nie od­po­wie­dział.

 

Las był gęsty, ciem­ny. Ze smu­kłych, łu­sko­wa­tych drzew zwi­sa­ły czer­wo­ne, na­brzmia­łe pąkle. Inne drze­wa ob­rósł gąszcz pa­łą­ko­wa­tych ciem­no­brą­zo­wych epi­ti­fów. Wszę­dzie wiel­kie kłu­ją­ce li­ście. I wiecz­ny cień, nie­kie­dy za­bar­wio­ny upior­nym, księ­ży­co­wym świa­tłem. Wiggs nie wi­dział sensu, aby dalej prze­dzie­rać się przez ten splą­ta­ny bu­szo­bór, jak go na­zy­wał w my­ślach. Za­rzą­dził od­wrót. Nawet znacz­nie licz­niej­sza eks­pe­dy­cja niż jego czte­ro­oso­bo­wy od­dział nie zdo­ła­ła­by ni­cze­go od­na­leźć w tym dzi­kim, zło­wiesz­czym lesie.

Ka­pi­tan czuł bez­sil­ność. Bę­dzie mu­siał teraz za­mie­nić pla­ców­kę w ba­stion. Gdy wró­ci­li, za­sta­no­wił się, co po­cząć z prze­trzy­my­wa­nym tu­byl­cem. We­zwał Keiso. Gdy ten się sta­wił, Wiggs po­wie­dział:

 – Mu­si­my go przy­ci­snąć.

 – Nie­ste­ty jest jak nie­mo­wa. Albo to głupi wie­śniak, albo nie chce pu­ścić pary z ust – od­parł łącz­no­ścio­wiec.

 – Hmm, w takim razie je­ste­śmy udu­pie­ni. Stra­ci­li­śmy po­ło­wę ludzi. I nie mamy po­ję­cia, co tu jest grane.

 – Spo­koj­nie, sze­fie – Keiso pod­szedł do ka­pi­ta­na. – Przy­rze­kam, że wy­du­szę z tego su­kin­ko­ta wszyst­ko, co wie.

Po peł­nej ocze­ki­wa­nia chwi­li wró­cił nie­za­wod­ny tech­nicz­ny. Podał za­pi­sa­ną kart­kę ka­pi­ta­no­wi, mó­wiąc:

 – No i wszyst­ko wy­ja­wił jak na spo­wie­dzi. Tyle że to Mil­ton.

 – Że kto?

 – Wy­bit­ny poeta an­giel­ski z daw­nych eonów. Na­pi­sał wie­lkie dzie­ło "Raj Utra­co­ny".

Wiggs po­wiódł oczy­ma po kilku li­nij­kach tek­stu.

 

A jeśli gwiaz­da wie­czor­na i mie­siąc

Przy­bie­gną, by móc wy­słu­chać cie­bie

Noc z sobą ciszę przy­wie­dzie, sen bę­dzie

Słu­chał czu­wa­jąc, lub go upro­si­my

By od­szedł, póki nie ukoń­czę pie­śni.

 

 – I to po­wie­dział dziki, nie­pi­śmien­ny tu­by­lec?

 – Tak. I nie – Keiso za­wa­hał się chwi­lę. – Se­kwen­cja słów była nieco inna, ale prze­pu­ści­łem to przez syn­chro­ni­za­tor AI. Nie są­dzi­łem, by sztucz­na in­te­li­gen­cja coś wskó­ra­ła, jed­nak taki jest wła­śnie re­zul­tat. Choć ma pan rację, ka­pi­ta­nie. Na pewno nikt z tu­tej­szych au­to­chto­nów nie czy­tał "Raju utra­co­ne­go". Przy­pusz­czam, że nasz tu­zie­miec sym­bo­licz­nie chciał nam coś po­dob­ne­go prze­ka­zać, zaś nasz trans­la­tor wy­brał au­to­no­micz­nie ustęp z Mil­to­na.

 – Może i tak – Wiggs po­ki­wał głową. – Ale co­kol­wiek się tu wy­pra­wia, jedno nie ulega kwe­stii. Nasi mą­dra­liń­scy po­przed­ni­cy z re­no­mo­wa­nych ga­lak­tycz­nych uni­wer­sy­te­tów po­kpi­li spra­wę – stwier­dził.

Na­stęp­ny dzień wstał szary, nie­przy­jem­ny. Gdy Wiggs prze­bu­dził się, nie zo­ba­czył za oknem nawet mgli­ste­go cie­nia żad­ne­go z księ­ży­ców. Po­bli­ska pusz­cza skry­ta była w mroku, przy­cza­jo­na, groź­na, ta­jem­ni­cza.

Przed bu­dyn­kiem roz­sta­wio­no warty, każdy miał broń go­to­wą do strza­łu. Ale ka­pi­tan zda­wał sobie spra­wę, że to nie wy­star­czy. Dla­cze­go "Raj Utra­co­ny", ten za­by­tek li­te­rac­ki z ich ma­cie­rzy­stej Zie­mi? Może na­le­ża­ło od­dzie­lić te dwa słowa – raj i utra­co­ny, uzmy­sło­wił sobie. Naj­pierw się coś traci, a potem od­zy­sku­je. Czy oni, oby­wa­te­le Im­pe­rium, utra­ci­li coś, co do­pie­ro na tej pla­ne­cie będą mogli od­zy­skać? Gubił się w do­my­słach. We­zwaw­szy jesz­cze raz Keiso, po­le­cił z de­spe­ra­cją w gło­sie:

 – Zadaj temu tu­byl­co­wi dwa py­ta­nia. Pierw­sze, czy ist­nie­je Bóg. Dru­gie, czy tym Bo­giem jest be­stia, czy tam ich tsa­gi-ga.

 – Robi się, sze­fie – od­rzekł Keiso. Wró­cił po go­dzi­nie. Stał przez chwi­lę, nic nie mó­wiąc.

 – I co? – za­py­tał zniecierpliwiony do­wód­ca.

 – Nic. Mil­czał jak za­klę­ty.

 – Okey. Za­pro­wadź mnie w takim razie do niego.

Po­szli do izby, słu­żą­cej za areszt. Tu­by­lec był jej pierw­szym lo­ka­to­rem. Śnia­dy, nie­po­zor­ny, o ry­sach mon­go­idal­nych nie spra­wiał wra­że­nia nad­mier­nie in­te­li­gent­ne­go. Nikt by go nie po­są­dził o roz­ko­szo­wa­nie się za­byt­ka­mi ziem­skiej po­ezji. Ka­pi­tan wpa­try­wał się w niego in­ten­syw­nie. W końcu tknię­ty nie­zro­zu­mia­łym im­pul­sem zadał py­ta­nie:

 – Gdzie jest Ta­cho­vski?

Tu­by­lec coś za­bul­go­tał, coś dziw­nie zna­jo­me­go, na gra­ni­cy zro­zu­mie­nia. ale do­pie­ro trans­la­tor dał kla­row­ną od­po­wiedź.

 – To ja je­stem Ta­cho­vski.

 

5.

Czas zwi­nął się w kłę­bek. Tak to od­czu­wał Wiggs, cze­ka­jąc na przy­by­cie krą­żow­ni­ka oraz za­sta­na­wia­jąc się nad losem sier­żan­ta. Z tu­byl­ca nie dało się nic wię­cej wy­ci­snąć. To wszyst­ko nie miało sensu. Ka­pi­tan roz­ka­zał za­bun­kro­wać pla­ców­kę. Choć i tak je­dy­na na­dzie­ja w od­sie­czy Im­pe­rium. Byle tylko wy­rwać się z tej prze­klę­tej pla­ne­ty. Zo­sta­ły dwa dni. Na razie zdani na sie­bie, ner­wo­wo ści­ska­li broń w rę­kach.

Noc była ko­lo­ro­wa. Kilka księ­ży­ców od­bi­ja­ło świa­tło sło­necz­ne, które spek­tral­nym bla­skiem pa­da­ło na Tan­ta­la. Ze swo­je­go po­ste­run­ku za­du­ma­ny Wiggs spo­glą­dał na barw­ne lica ta­jem­ni­czych sa­te­li­tów, gdy wtem do­biegł go krzyk jed­ne­go z żoł­nie­rzy.

 – Ktoś idzie!

Z błę­kit­no­si­nej mgły wy­ło­ni­ła się smu­kła ko­bie­ca syl­wet­ka. Kiedy po­de­szła bli­żej, ka­pi­tan wy­glą­da­jący przez wy­kusz okien­ny, roz­po­znał w niej Anea-nuu. Po­czuł ulgę. I strach.

 – Wpu­ście ją! – za­wo­łał.

Tu­byl­ka, zu­peł­nie nie zwa­ża­jąc na wy­ce­lo­wa­ne w nią lufy giwer, prze­szła przez bramę re­du­ty. Wiggs dał ręką znak, by opu­ści­li broń. Za­pro­sił ko­bie­tę do środ­ka. We­szli do jego ga­bi­ne­tu.

Znali się co nieco. Wła­ści­wie od razu wpa­dła mu w oko, kiedy tylko objął do­wódz­two pla­ców­ki. Za­mie­rzał jak naj­le­piej ją po­znać. Anea-nu samą mową ciała spra­wia­ła, że ka­pi­tan nie mógł prze­stać o niej my­śleć. Jak gdyby zwią­za­ła ich nić prze­zna­cze­nia. Ale teraz au­to­chton­ka znów była obcą miesz­kan­ką innej pla­ne­ty.

 – Po­wiedz, co tu się dzie­je? Co się stało z moimi żoł­nie­rza­mi? – za­py­tał nie­cier­pli­wie, wie­dząc, że w miarę do­brze na­uczy­ła się uni­wer­sal­ne­go ję­zy­ka.

 – Przy­kro mi, ale już ich tu nie ma – od­par­ła. – Wszy­scy są teraz tsa­gi-gaa.

 – Co to zna­czy? – Wiggs wpa­try­wał się zdez­o­rien­to­wa­ny w tu­ziem­kę, którą nie­omal uwa­żał za swoją przy­ja­ciół­kę.

 – Tsa­gi-gaa w wa­szym ubo­gim ję­zy­ku ozna­cza be­stię – od­rze­kła ła­god­nie, pa­trząc mu w oczy. – Ale to nie­zu­pełnie tak. My ro­zu­mie­my to ina­czej. Be­stia czai się wszę­dzie, w każ­dej chwi­li może wy­ło­nić się z mroku. Nigdy nie prze­sta­nie cię ści­gać, sta­ra­jąc się do­paść swą ofia­rę w naj­bar­dziej nie­spo­dzie­wa­nym mo­men­cie. Za­wsze bę­dzie ci dy­szeć w kark. Nie można przed nią uciec. Jed­nak­że za­wsze można sta­wić jej czoło.

 – Ale jak? Jak można sie jej prze­ciw­sta­wić? I kim lub czym jest wła­ści­wie ta be­stia?

Anea-nu po­de­szła do sie­dzą­ce­go na szez­lon­gu Wig­g­sa. Smu­kły­mi dłoń­mi do­tknę­ła jego twa­rzy. Po­wie­dzia­ła współ­czu­ją­co.

 – Twoi to­wa­rzy­sze, któ­rych uwa­żasz za za­gi­nio­nych, do­zna­li naa-on. Czyli w wa­szym ję­zy­ku isto­ty rze­czy. Nad naa-on pie­czę spra­wu­je tsa­gi-gaa. Jeśli się go po­ko­na…sam ro­zu­miesz. Twoi przy­ja­cie­le sta­nę­li z nim twa­rzą w twarz. Sta­wi­li mu czoło. I do­zna­li łaski. Łaski tej pla­ne­ty. Wciąż są tutaj. Pa­trzą na cie­bie. Mu­sisz więc wy­brać. Zo­stać lub wró­cić tam, skąd przy­by­łeś.

Gdy tu­ziem­ka ode­szła, ka­pi­tan za­rzą­dził ze­bra­nie. Nie miał wiele do po­wie­dze­nia.

 – Cóż, mam złe wie­ści. Oba­wiam się, że je­ste­śmy w Raju.

 – Pro­szę nie żar­to­wać, panie ka­pi­ta­nie – rzekł Keiso.

Zgro­ma­dze­ni żoł­nie­rze ro­ze­szli się w mil­cze­niu.

 

6.

Ra­port Ko­man­do­ra Ce­ci­la Won­dwor­tha, do­wód­cy krą­żow­ni­ka "Can­ber­ra".

Po otrzy­ma­niu sy­gna­łu od pla­ców­ki na Tan­ta­lu na­tych­miast skie­ro­wa­łem okręt w tamtą stro­nę. Pró­bo­wa­li­śmy się też po­łą­czyć z głów­ną bazą na tej pla­ne­cie, ale nada­rem­nie. Nie wie­dzie­li­śmy, co tam się stało. Po trzech dniach by­li­śmy na miej­scu. Opu­ści­li­śmy lą­dow­nik nie­opo­dal pla­ców­ki, która nie miała nawet osob­nej nazwy, a tylko sy­gna­tu­rę woj­sko­wą. We­szli­śmy do umoc­nio­ne­go bu­dyn­ku, ale nie zna­leź­li­śmy w nim ni­ko­go. Na pod­jeź­dzie nie było rów­nież żad­nych ma­szyn ani po­zo­sta­wio­nej broni. Ni­g­dzie nie za­uwa­ży­li­śmy też Cen­tau­ra, je­dy­ną zna­czą­ca jed­nost­kę bo­jo­wą per­so­ne­lu pla­ców­ki. Ażeby usta­lić, co się wy­da­rzy­ło, po­le­cie­li­śmy do Ten­hart, głów­nej bazy na Tan­ta­lu. Za­sta­li­śmy tam po­dob­ną sy­tu­ację. Wszyst­kie za­bu­do­wa­nia oka­za­ły się opusz­czo­ne. Za­ło­ga gar­ni­zo­nu także wy­pa­ro­wa­ła. W sumie z całej pla­ne­ty ubyło kil­ka­set osób, żoł­nie­rzy i cy­wi­lów. Nie wie­dząc, co o tym są­dzić, na­tych­miast przy­bi­li­śmy z po­wro­tem do krą­żow­ni­ka "Can­ber­ra". Po­ziom za­gro­że­nia uzna­łem za zbyt wy­so­ki, byśmy sa­mo­dziel­nie po­dej­mo­wa­li śledz­two i wy­sy­ła­li ekipy ra­tun­ko­we. Krą­żow­nik "Can­ber­ra" wszedł zatem na or­bi­tę Tan­ta­la i czeka na dys­po­zy­cje z Na­czel­ne­go Do­wódz­twa Im­pe­rium.

 

*"Raj utra­co­ny" John Mil­ton

prze­kład Ma­ciej Słom­czyń­ski

Koniec

Komentarze

To moje opowiadanie, które poległo w konkursie “NF”.

Witaj. :)

Zerkam do profilu i widzę, że jesteś z nami kilkanaście lat, do tego – jako Piórkowicz (wielkie gratulacje), ale pojawiają się usterki dość nietypowe, zatem je wypiszę jako sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia), licząc na dokładne przejrzenie i „podszlifowanie” całości:

 

Tytułu już nie powtarzamy.

 

To moje opowiadanie, które poległo w konkursie “NF”. – taki komentarz może lepiej dać do Przedmowy?

 

 Pojawiają się usterki interpunkcyjne, np.:

– Sierżancie, na to potrzeba dowodów – powiedział nieprzekonany Wiggs – tu brak kropki (albo części zdania)?

 

Są też pomyłki w zapisie dialogów, np.:

 – No, ktoś z wioski. I coś ma najpewniej do przekazania. – odparł żolnierz.

 – Spokojnie, szefie – Keiso podszedł do kapitana. – Przyrzekam, że wyduszę z tego sukinkota wszystko, co wie.

 – Może i tak – Wiggs pokiwał głową.

 

Zdarzają się literówki, np.:

 – No, ktoś z wioski. I coś ma najpewniej do przekazania. – odparł żolnierz.

 

Są także aliteracje – czy celowe? – np.:

Ekosystem planety stwarzał idealne warunki dla licznych form życia, jednakże występowała na niej nadzwyczaj skromna bioróżnorodność i do tego znikoma wręcz populacja ludzi.

 

Występują również powtórzenia, np.:

Przypuszczam, że nasz tuziemiec symbolicznie chciał nam coś podobnego przekazać, zaś nasz translator wybrał autonomicznie ustęp z Miltona.

 

Są i niepoprawne odmiany wyrazów, tworzące ortograficzne błędy, np.:

Dlaczego "Raj Utracony", ten zabytek literacki z ich macierzystej Ziemii?

 

Sam pomysł na fabułę jest ciekawy, lecz liczne usterki językowe uniemożliwiają jej uważne śledzenie.

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Bruce – dzięki za szybki komentarz. No cóż, faktycznie nowy tu nie jestem, a nawet komentowałaś kiedyś jakieś moje teksty.

Opowiadanie jest w wersji konkursowej, niczego nie zmieniałem, zresztą cały czas było w innym komputerze i nie miałem do niego wglądu. Dlatego ciekaw jestem wszelkich opinii, i oczywiście później dokładnie je jeszcze przejrzę.

I ja dziękuję, też tak właśnie kojarzyłam Twój nick, który wydawał mi się znany… smiley

Rozumiem, czyli chodzi najpierw o ogólne wrażenie, bez wskazywania kwestii językowych, czy tak? :) A co to za konkurs? Jakie były jego założenia? Co mu zarzucono? 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Bruce – tak, z grubsza chodziło mi o ogólne wrażenie czy popełnione błędy merytoryczne. Bo napisałem opowiadanie hard SF, z czego jestem dumny, z drugiej strony– mam znikomą wiedzę z nauk ścisłych, dlatego rzadko tworzyłem coś w tym gatunku, jeśli już, to we wczesnej młodości, kiedy nie miałem żadnej wiedzy z niczego…

Chodzi o ten konkurs z papierowej NF, na który przyszło ponoć 1300 prac. Myślałem, ze wszyscy z tego forum coś na niego napisali i potem wrzucili by tutaj, oczywiście oprócz tych kilkunastu nagrodzonych. Fajnie by było porównać…

A, rozumiem. :) 

Nauki ścisłe to raczej nie moja bajka, zasad wspomnianego konkursu nie znam, nie pisałam i udziału nie brałam. :) 

Merytorycznie zatem raczej nie pomogę. :) Mamy na Portalu sporo Genialnych Ścisłych Umysłów, pewnie niebawem do Ciebie zajrzą i porządnie zopiniują. :) 

Pozdrawiam serdecznie i świątecznie. ;) 

Pecunia non olet

Moje uszanowanie!

 

Stracili oni życie,

A znaleźli istnienie

 Mistrz Eckhart

Wspaniały cytat na otwarcie!

 

etapie rozwoju zajmowała sie hodowlą bydła, uprawą zbóż oraz rzadką odmianą lnu.

Błąd, niespójność w odmianie. 

 

Później kapitan się zastanawiał

Niezgrabny rytm, sugeruję zamienić dwa ostanie wyrazy tego wycinka miejscami. 

 

Miał rzecz jasna na myśli tubylców.

No właśnie – rzecz jasna, więc zdanie to jest nieco zbędne w tym miejscu. Sugeruję je usunąć, poprawi to ponadto dynamikę na starcie dialogu.

 

 – No i co co to ma kurwa znaczyć? – Sierżant jak zwykle nie przebierał w słowach. Nikt nie zareagował. Kapitan postanowił zakończyć dyskusję.

W takim użyciu kurwę oddzielamy przecinkami.

 

Najchętniej napiłby się kawy i położył do łóżka z książką w ręce, tym staroświeckim nośnikiem, przywołującym urok dawno minionej epoki.

Mam wątpliwości, co do tego zdania, jest trochę na wyrost. Książka już w tym momencie, od dawna nie jest wiodącym nośnikiem pod kątem technologicznym, a co dopiero w odległej przyszłości. Zaznaczenie tego wypada więc kliszowo. Do tego, o jakiej konkretnie epoce mowa? Dziwne zdanie, nie gra mi, oj nie gra. Na marginesie dodam, że książka w swej formie jest tak unikatowym obiektem, że jej popularność nie wynika z efektywności, tylko z szeregu innych rzeczy, wszystkim nam, literatom, dobrze znanym. Jestem święcie przekonany, że ludzie nigdy od książek nie odejdą. 

 

Przeczytane! Bardzo podoba mi się uplasowanie akcji i świat przedstawiony. Jest przyszłość, jest imperium, są ludzie, nie ma ufoków. I bardzo dobrze, bo, moim zdaniem, ufoki komplikują zazwyczaj sprawę, nie wnosząc do fantastyki niczego dobrego. Bardzo cieszy więc fakt, że tubylcami na Tantalu są jednak ludzie. Jak tam trafili, czemu zdziczeli, to pytania, które rodzą się w głowie, jednak odpowiedzi na nie, nie są nam w tym przypadku potrzebne, toteż ich brak nie wadzi w żaden sposób przy odbiorze. Cała ta kolonizacyjno-polityczna otoczka, choć skromna, przyjemnie wprowadza nas w nakreśloną Twoją ręką przyszłość i w wizję tryumfu ludzkiego ducha. I choć aspekt ten, nie odgrywa tutaj większej roli, to jednak cieszy oko. Koncepcja ekspedycji, kolonii i placówki to motyw dla gatunku tak klasyczny i sprawdzony, że nie będę się już nad nim rozwodził. Może i nie jest oryginalnie, ale na pewno jest solidnie. Plus ja sam uwielbiam te wszystkie gwiezdno-osadnicze ceregiele. 

 

Co zaś tyczy się ściślej fabuły, to widzę sporo podobieństw z “Niezwyciężonym” Lema. Choć tam dostaliśmy na koniec wyjaśnienia i jasne, dość ciężkie w swym wydźwięku refleksje, a tutaj takowych jednoznacznie stwierdzić nie można. Cieszą mnie symbolizmy, i polemika z dziełami kultury, cóż, sama nazwa planety jest tutaj wymowna, choć mam wrażenie, że trochę na symbolizmach się kończy. Szerokie pole do interpretacji pozostawione czytelnikom może jawić się jako zaleta, lub wada. Tutaj nie jestem w stanie stwierdzić, jak to finalnie wypada, ale myślę, że przydałoby się trochę więcej wyjaśnień. 

 

Co do warsztatu, to do niczego nie mogę się przyczepić, poza paroma uwagami wypisanymi na wstępie, wprost z czytania. Świetnie operujesz słowem, używasz wysublimowanego słownictwa, neologizmy też cieszą. Klimat został zbudowany, napięcie też niczego sobie. Opisy dobre, choć o tym stworzonym przez Ciebie świecie jeszcze bym poczytał. Sugeruję osadzić na Tantalu jeszcze jakąś akcję, bo czuję ostry niedosyt. Zwłaszcza w kontekście chudego, jak dla mnie, zakończenia.

 

Pozdrawiam serdecznie, i czekam na więcej!

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Bartkowski.robert – dzięki za wyczerpujący i pozytywny komentarz! 

Sam je ostatnio przejrzałem i dostrzegłem sporo usterek. Tak to jest z konkursami, nie dają dość czasu, a ja akurat lubię podłubać przy tekście. Zresztą zacząłem je nawet przed ogłoszeniem konkursu, i miało to być rozbudowane opowiadanie sf w stylu Lema, jak słusznie zauważyłeś. Tak że konkurs właściwie je skrócił, i zazdroszczę tym autorom, co potrafią skroić epicki tekst w trzy miesiące. Zwłaszcza przy moim stylu – tydzień pisania i dwa tygodnie przerwy…

Co do papierowej książki, trudno wyrokować, czy ktoś je będzie czytywał za kilkaset lat. I byłoby to faktycznie dziwne w przypadku zwykłego żołnierza. Ale mój bohater, kapitan Wiggs, nie miał być zwykłym żołnierzem, a takim trochę dziwakiem, oficerem intelektualistą, co przyznaję, nie wybrzmiało za bardzo w tekście. 

Tak to jest z konkursami, nie dają dość czasu, a ja akurat lubię podłubać przy tekście.

Znam ten problem. Do tego jeszcze te ramy objętościowe…

 

Tak że konkurs właściwie je skrócił, i zazdroszczę tym autorom, co potrafią skroić epicki tekst w trzy miesiące. Zwłaszcza przy moim stylu – tydzień pisania i dwa tygodnie przerwy…

O właśnie, widzę sporo nas łączy:D

 

Ale mój bohater, kapitan Wiggs, nie miał być zwykłym żołnierzem, a takim trochę dziwakiem, oficerem intelektualistą, co przyznaję, nie wybrzmiało za bardzo w tekście. 

Myślę, że wybrzmiało. Znam dobrze ten typ. Bohater taki trochę pilipiukowsko-lemowski, a, że obydwu autorów uwielbiam, wyczułem te energię bijącą od bohatera, mimo, iż, jak mówisz, nie zarysowałeś tego jakoś dobitnie. 

 

Dziękuję za replikę i pozdrawiam serdecznie! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Opowiadanie mocno zaintrygowało, albowiem opisałeś wydarzenia dziwne i zagadkowe, jednak muszę powiedzieć, że doczytawszy do końca doznałam pewnego zawodu, albowiem nie dowiedziałam się, co tam się wydarzyło.

Szkoda też, Agroelingu, że wykonanie pozostawia tak wiele do życzenia.

 

za­awan­so­wa­ne al­gor­tyt­my kom­pu­te­ro­we. → Literówka.

 

po­ło­żo­nej nie­opo­dal wio­ski tu­byl­ców. Al­bo­wiem sztab Szó­stej Floty Im­pe­rium po­sta­no­wił… → …po­ło­żo­nej nie­opo­dal wio­ski tu­byl­ców, al­bo­wiem sztab Szó­stej Floty Im­pe­rium po­sta­no­wił

 

peł­nią­cą rolęwła­śnie, jaką? → Brak spacji po wielokropku.

 

nie do­tar­la tu żadna ekipa… → Literówka.

 

Po­zo­stał ino wymóg stra­te­gicz­ny. → Raczej: Po­zo­stał tylko wymóg stra­te­gicz­ny.

 

A prze­cież nie za­ob­ser­wo­wa­no tutaj żad­nych waśni, za­bój­czych epi­de­mii czy na­tu­ral­nych ka­ta­kli­zmów, które by ha­mo­wa­ły roz­wój tu­tej­szych spo­łecz­no­ści. → Nie brzmi to najlepiej.

 

ma­ja­czy­ła scia­na pra­daw­nej pusz­czy. → Literówka.

 

trans­la­tor wła­ści­wie prze­tlu­ma­czył dane słowo… → Literówka.

 

Roz­ko­ja­rzo­ny Wiggs zrazu nie mógł sobie przy­po­mnieć… → A może: Roz­ko­ja­rzo­ny Wiggs nie od razu mógł sobie przy­po­mnieć

 

Gdy spy­ta­no ich o te nie­ty­po­we za­cho­wa­nie… → Gdy spy­ta­no ich o to nie­ty­po­we za­cho­wa­nie

 

– Sierżancie, na to potrzeba dowodów – powiedział nieprzekonany Wiggs → Brak kropki po didaskaliach.

Dialogi wymagają remontu. Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

słowo, które brzmia­ło jak "tsagi -ga". → Zbędna spacja przed dywizem.

 

za­opo­no­wal Wiggs. → Literówka.

 

– No i co co to ma kurwa zna­czyć? → – No i co to ma, kurwa, zna­czyć?

 

Za­wsze są­dził, ze co jak co… → Literówka.

 

tutaj bę­dzie miał dość dość czasu… → Dwa grzybki w barszczyku.

 

z wiel­kie­go, nie na­zwa­ne­go oce­anu… → …z wiel­kie­go, niena­zwa­ne­go oce­anu

 

od­le­głe­go stąd o dwa­dzie­scia ki­lo­me­trów.. → Literówka. Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

– No dobra, jest ja­kieś wy­ja­snie­nie? → Literówka.

 

Albo to głupi wie­sniak, albo nie chce pu­ścic pary z ust… → Literówki.

 

Na pewno nikt z tu­tej­szych au­to­chto­nów nie czy­tał "Raju utra­co­ne­go". → Masło maślane – tutejszyautochton to synonimy, znaczą to samo.

 

Gdy Wiggs prze­bu­dził sie… → Literówka.

 

na gra­ni­cy zro­zu­mie­nia. ale do­pie­ro trans­la­tor… → Zamiast kropki powinien być przecinek.

 

roz­po­znal w niej Anea-nuu. → Literówka.

 

Jak można sie jej prze­ciw­sta­wić? → Literówka.

 

Jeśli się go po­ko­na…sam ro­zu­miesz. → Brak spacji po wielokropku.

 

We­szli­smy do umoc­nio­ne­go by­dyn­ku… → Literówki.

 

nie było row­nież żad­nych… → Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – dzięki za poprawki. Myślałem, że literówek już nie ma, ale oczywiście były… Teraz sam widzę, że końcówka jest trochę niedopracowana, mój częsty problem niestety.

Bardzo proszę, Agroelingu. :)

No, owszem, trochę literówek zostało, a z problemem niedopracowanego zakończenia z pewnością poradzisz sobie niebawem. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka