Na początku była liczba urojona.
Przez setki lat „i" – pierwiastek z minus jeden – była matematyczną abstrakcją. Narzędziem dla wtajemniczonych, teorią służącą do łatania równań tam, gdzie rzeczywistość odmawiała współpracy.
Nikt nie przypuszczał, że ujrzymy jej ślady poza stronami podręczników.
A jednak… zawsze tam były. W danych z laboratoriów – traktowanych przez dekady jak tło, szum, drobne odchylenia – czekały cierpliwie, aż ktoś nauczy się patrzeć głębiej.
To zaczęło się jak zwykły eksperyment. Najpierw pojawiły się subtelne pajęczyny powiązań – świetliste linie łączące impulsy neuronalne w struktury zbyt regularne, by mogły być dziełem przypadku. W samym centrum każdej z tych pajęczyn Sieci, niezmiennie, pojawiała się nowa, nieznana dotąd zmienna.
Nazwaliśmy ją Pierwiastkiem Ja.
Gdy „i" porządkowało warstwę abstrakcji, tak Pierwiastek Ja porządkował warstwę impulsów. Ale Pierwiastek Ja nie był tylko martwą liczbą. Reagował. Za każdym razem, gdy badany odczuwał gwałtowny lęk, Sieć powiązań tego punktu zacieśniała się – linie drżały, napięte do granic wytrzymałości. Wstyd tworzył poplątane pętle, rezonans stawał się chaotyczny. Przy wspomnieniu o stracie wszystkie nici kierowały się ku centrum, a sam Pierwiastek Ja drgał, jakby pogrążając się w żałobie. Im silniejsze było uczucie, tym gwałtowniej zmieniał się wykres.
Nikt tego nie powiedział, ale wszyscy wiedzieliśmy: Patrzymy na duszę. Nie w sensie poetyckim. W sensie obiektywnym – matematycznym.
Prawdziwy przełom nastąpił, gdy zmapowaliśmy jednocześnie dwóch badanych. Zobaczyliśmy je: słabe, migotliwe nici rozciągające się pomiędzy ich indywidualnymi Pierwiastkami Ja.
Określiliśmy je Więziami.
W przeciwieństwie do grawitacji czy magnetyzmu, połączenie nie było po prostu silniejsze z bliska – ono zmieniało naturę. Im dalej badani byli od siebie, tym dłuższa i słabsza była Więź. Ale gdy byli blisko – na dystans kilku metrów – Więź kurczyła się, gwałtownie skracała, stając się niewiarygodnie gęsta, skondensowana.
Wtedy zdarzył się incydent z badanym 04. Podczas testu przeciążeniowego jego serce stanęło. Obserwowaliśmy to na monitorach. W momencie ustania funkcji życiowych jego Pierwiastek Ja – centralny, kotwiczący punkt – zamiast powoli zgasnąć, po prostu pękł, natychmiast znikając z Sieci.
Ale Sieć… jego część Sieci… nie zniknęła.
Więzi, które miał – zarówno te wewnętrzne, jak i te łączące go z nami w pomieszczeniu – pozostały. Pulsowały resztkowymi sygnałami, stając się jedynie echem, widmowym odciskiem jego wspomnień i traum, wibrującym w strukturze, której on sam już nie wypełniał.
Im głębiej spoglądaliśmy w sieć, tym bardziej przestawała być tylko wykresem. Czasem wydawało się… że nas obserwuje.
Którejś nocy, gdy laboratorium pogrążone było w ciszy, na monitorze pojawiła się nowa linia rezonansu, którą można było odczytać.
CZY SŁYSZYCIE?
Zapadł strach, a sesję natychmiast przerwano. Gdy systemy gasły, jeden z techników zauważył coś jeszcze. Na ułamek sekundy, zanim monitor pogrążył się w ciemności, przez ekran przemknęło ostatnie, resztkowa linia wykresu.
Samotna wibracja , która jakby uformowała kolejne, ostatnie słowo:
…Lyra…