- Opowiadanie: jeroh - Żądza i śmierć – tak musi być

Żądza i śmierć – tak musi być

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy

Oceny

Żądza i śmierć – tak musi być

Daj mi dłoń,

Tak da­le­ko port.

Gdzie dziś dom?

 

– M. Dut­kie­wicz, Aleja Gwiazd

 

W dżun­gli

Wy­ru­szy­li o wscho­dzie słoń­ca. Pię­cio­oso­bo­wa dru­ży­na eskor­to­wa­ła dwóch łow­ców nie­bo­fre­tek, uśmiech­nię­te­go star­ca i po­nu­re­go mło­dzi­ka.

We­szli do dżun­gli ścież­ką, którą ka­pral Je­sper Jen­sen wę­dro­wał tak czę­sto, że mógł­by po­ru­szać się po niej z za­mknię­ty­mi ocza­mi – znał tu pra­wie każdy kamyk, nie za­ska­ki­wał go żaden ko­rzeń.

– Za chwi­lę zej­dzie­my ze szla­ku, Je­spe­rze, ale po­zo­sta­nie­my w polu wi­dze­nia – ode­zwał się po­ufa­le star­szy łowca, sześć­dzie­się­cio­let­ni Ko­vacs.

Ka­pral nie miał mu tego za złe. Wie­dział, że sta­ru­szek ma syna w jego wieku, na do­da­tek rów­nież żoł­nie­rza.

Po­dra­pał się po rudej bro­dzie i ski­nął głową. My­śli­wi mu­sie­li je­dy­nie spraw­dzić wnyki, a on nie wi­dział po­wo­du, żeby pchać się przez kol­cza­ste pną­cza za eskor­to­wa­ny­mi. Wil­got­nej ziemi nie zna­czy­ły ślady wiel­kich stóp. Żywił zatem na­dzie­ję, że dzi­siej­szy po­ra­nek okaże się spo­koj­ny.

Na­dzie­ja go za­wio­dła.

Gi­gan­ci le­że­li ukry­ci w gę­stych za­ro­ślach i po­ja­wi­li się przed od­dzia­łem ni­by wy­cza­ro­wa­ne drze­wa, naj­niż­szy prze­ra­stał Je­spe­ra o dwie głowy. Sied­miu? Ośmiu? Trud­no oce­nić, wszyst­ko dzia­ło się zbyt szyb­ko. Dzidy i ma­czu­gi unio­sły się, gdy ru­szy­li na ludzi, a oszcze­py prze­cię­ły po­wie­trze, zanim jesz­cze kto­kol­wiek zdą­żył po­de­rwać ka­ra­bin.

Mimo wszyst­ko żoł­nie­rze nie wpa­dli w pa­ni­kę. Wy­ce­lo­wa­li broń.

W tym samym mo­men­cie dwa oszcze­py do­tar­ły do celu. Jeden tra­fił w gar­dło Fe­rva­qu­esa, a drugi w brzuch Bra­niec­kie­go.

– Ognia! – ryk­nął Je­sper i sam po­cią­gnął za spust.

Padły trzy strza­ły. Jeden z ol­brzy­mów się prze­wró­cił, jeden zwol­nił, ale resz­ta bie­gła nie­wzru­szo­na.

Wszy­scy na­past­ni­cy po­pę­dzi­li na także już bie­gną­cych łow­ców nie­bo­fre­tek, któ­rych – nie wia­do­mo, w jaki spo­sób – gi­gan­ci za­wsze po­tra­fi­li roz­po­znać. Naj­pierw do­pa­dli mło­de­go. Chło­pak po­tknął się, zarył rę­ka­mi w glebę i za chwi­lę na­bi­ja­na odłup­ka­mi ma­czu­ga roz­trza­ska­ła mu czasz­kę.

Je­sper się­gnął do ka­bu­ry, wy­cią­gnął pi­sto­let. Ufał mu bar­dziej niż broni dłu­giej. Brał przy tym pod uwagę niską ja­kość amu­ni­cji do­star­cza­nej przez Kom­pa­nię.

Naj­wy­raź­niej star­y Ko­vacs po­sta­no­wił umrzeć, wal­cząc. Za­brnąw­szy po pas w pa­pro­cie, od­wró­cił się w kie­run­ku po­go­ni, pod­niósł ka­ra­bin, wy­ce­lo­wał i na­ci­snął spust. Proch na pa­new­ce roz­bły­snął – ale ogień nie prze­szedł do lufy. Ko­vacs za­klął. Od­cią­gnął kurek, wy­rwał z ła­dow­ni­cy pa­pie­ro­wą tu­le­ję, roz­darł ją, do­sy­pał pro­chu na pa­new­kę i spró­bo­wał strze­lić raz jesz­cze. Znowu tylko świa­tło, syk i dym.

No wła­śnie. Par­szy­we szczę­ście.

„Nie wierz­cie w szczę­ście, tylko w tak­ty­kę i po­rzą­dek!” Tak upo­mi­na­ła ich twar­da jak że­la­zo pani ka­pi­tan. Gdyby bie­dak nie po­biegł na oślep, miał­by więk­sze szan­se na prze­ży­cie.

Gi­gant, który wy­sfo­ro­wał się na czoło, do­sko­czył do Ko­vac­sa.

Resz­ta wiel­ko­lu­dów po­now­nie za­in­te­re­so­wa­ła się żoł­nie­rzami.

– Wszy­scy ucie­kać!!! – wrza­snął ja­kimś cudem Bra­niec­ki, leżąc z ka­wa­łem drew­na we fla­kach. – Zo­stawcie… mnie… ka­pra­lu…!

Je­sper prze­su­nął pi­sto­let. Do końca za­mie­rzał bro­nić star­sze­go z eskor­to­wa­nych. Gi­gant jed­nak cią­gle był w ruchu i znaj­do­wał się za bli­sko ofia­ry.

Ol­brzym ude­rzył Ko­vac­sa w pierś nie­uzbro­jo­ną ręką, bez wiel­kie­go im­pe­tu. Mimo to stary łowca po­le­ciał do tyłu, a bez­u­ży­tecz­ny ka­ra­bin wy­padł mu z rąk. Zanim czło­wiek upadł, na­past­nik zła­pał go za nogę i pod­niósł. Po­chwy­co­ny Ko­vacs krzyk­nął raz – krót­ko, zdu­szo­nym gło­sem – kiedy gi­gant przy­wa­lił nim o pień drze­wa. Dru­gie ude­rze­nie zła­mało łowcy krę­go­słup i obite ciało za­wi­sło bez­wład­nie.

Ktoś oddał jesz­cze jeden strzał. Re­krut Dą­brow­ski? Dzie­ciak szyb­ko ła­do­wał broń.

Do­pie­ro wtedy Je­sper wy­strze­lił z pi­sto­le­tu. Stało się, czego oba­wiał się wcze­śniej – za­miast gi­gan­ta tra­fił sta­re­go łowcę nie­bo­fre­tek. Ale nie miało to już zna­cze­nia.

 W tym mo­men­cie dał się sły­szeć śpiew sza­ma­na, po­wie­trze za­fa­lo­wa­ło.

Je­sper po­sta­no­wił po­słu­chać Bra­niec­kie­go.

– Ucie­kać! Wszy­scy ucie­kać! – za­wtó­ro­wał umie­ra­ją­ce­mu.

Po­le­ciał jesz­cze jeden oszczep, ale nie do­tarł do żad­ne­go z trzech bie­gną­cych żoł­nie­rzy.

 

Kiedy prze­kra­cza­li bramę fortu, ka­pral z pełną mocą uświa­do­mił sobie, że ni­ko­go nie ochro­nił, a prócz tego stra­cił dwóch pod­wład­nych. Cze­ka­ła go nie­przy­jem­na roz­mo­wa z panią ka­pi­tan.

Na po­cząt­ku gar­ni­zon twier­dzy li­czył pięć­dzie­się­ciu ludzi, teraz zo­sta­ło ich trzy­dzie­stu trzech, a wła­ści­wie nawet mniej, jeśli wziąć pod uwagę ran­nych. Bę­dzie jesz­cze go­rzej, do­pó­ki Kom­pa­nia nie przy­śle no­wych żoł­nie­rzy. Albo do­pó­ki ktoś tam nie zda sobie spra­wy, że tania broń ozna­cza wię­cej po­le­głych.

Lista rze­czy do za­stą­pie­nia była długa: za­wil­go­co­ny proch, fa­tal­ne lonty, nie­wy­mia­ro­we kule do pi­sto­le­tów… Nic jed­nak nie po­bi­je ostat­niej do­sta­wy gra­na­tów, które wy­bu­cha­ły w rę­kach.

Próż­ne myśli. De­cy­den­ci z Kom­pa­nii Po­łu­dnio­wej do­sko­na­le wszyst­ko ro­zu­mie­li, ale nie­ste­ty, skur­wiele li­czy­li pie­nią­dze, a nie ludzi. W końcu przy­ślą do fortu wię­cej ta­kich jak Je­sper na­iw­nia­ków, prze­ko­nu­jąc ich, jak zwy­kle, wy­so­kim żoł­dem. To się świet­nie kal­ku­lowało, po­nie­waż mar­twym żoł­nie­rzom nie trze­ba było pła­cić wy­na­gro­dze­nia.

Poj­mo­wał więc po czę­ści na­sta­wie­nie pani ka­pi­tan, która nie mo­dli­ła się ani do Kom­pa­nii, ani do szczę­ścia, ani nawet do Boga Wszech­mo­gą­ce­go, tylko przez cały czas nę­ka­ła tego bied­ne­go in­ży­nie­ra z Wy­szo­gro­du.

 

Fort

Marek oparł dło­nie na chro­po­wa­tej te­czy­nie pa­li­sa­dy, a potem wy­pro­sto­wał się i wpa­trzył w zie­lo­ną ot­chłań. Przez wiele lat włó­czę­gi, życia wśród my­śli­wych, han­dla­rzy, prze­myt­ni­ków czy po­szu­ki­wa­czy dia­men­tów, nie­jed­no­krot­nie za­da­wał sobie py­ta­nie: Jak, do cho­le­ry, skoń­czy­łem w takim miej­scu? A teraz za­da­wał je sobie tutaj: w drew­nia­nym for­cie wbi­tym w śro­dek dżun­gli ni­czym kij w mro­wi­sko.

Wy­szo­gród wy­da­wał się obec­nie od­le­gły jak sen. Tamta noc – dym, krzy­ki, krew przy­ja­ciół na bruku – wciąż wra­ca­ła w kosz­ma­rach. Po­wsta­nie wrze­śnio­we za­bra­ło Mar­ko­wi nie tylko ka­rie­rę uni­wer­sy­tec­kie­go ma­te­ma­ty­ka, po­zba­wi­ło go rów­nież wiary w ludzi. Gdy młody uczo­ny przy­stę­po­wał do walki o wol­ność oj­czy­zny, wiele osób od­su­nę­ło się od niego, a gdy re­wol­ta upa­dła, jesz­cze wię­cej na jego temat bez­wstyd­nie kła­ma­ło. Także co po­nie­któ­rzy to­wa­rzy­sze broni ze­zna­wa­li fał­szy­wie ze stra­chu. Do­bit­nie się prze­ko­nał, że praw­da i pięk­no ist­nie­ją przede wszyst­kim w prze­strze­niach oraz świa­tach abs­trak­cyj­nych, i to do nich ucie­kał my­śla­mi, w nich wła­śnie szu­kał uko­je­nia, kiedy mon­gol­ska ad­mi­ni­stra­cja po­zba­wia­ła go wol­no­ści i odzie­ra­ła z god­no­ści ludz­kiej. Potem była ko­lo­nia karna w Afry­ce, a na­stęp­nie zma­so­wa­ny atak gi­gan­tów. Razem z nie­wiel­ką grupą ska­zań­ców Marek wy­do­stał się wów­czas z ogar­nię­te­go cha­osem obozu i uwol­nił od ka­torż­ni­czej pracy.

Cią­gle jed­nak mu­siał prze­trwać na dzi­kim kon­ty­nen­cie. W pierw­szej ko­lej­no­ści cze­ka­ła go prze­pra­wa przez tro­pi­kal­ny las, to opusz­czo­ne przez Boga, prze­klę­te miej­sce, w któ­rym po­wie­trze gęst­nia­ło od wil­go­ci i stra­chu. Gi­gan­ci, lam­par­ty, ja­do­wi­te węże, pa­so­ży­ty… – w dżun­gli nie­ustan­nie na­le­ża­ło się mieć na bacz­no­ści.

A mimo to do niej wró­cił. Kilka bo­wiem mie­się­cy temu po­znał dok­to­ra Goldo z Kom­pa­nii Po­łu­dnio­wej, czło­wie­ka o złej sła­wie, ale o głę­bo­kiej kie­sze­ni. Po­ten­tat uznał, że ma­te­ma­tyk przy­da się w jego for­cie przy dzia­łach. „Bę­dziesz ba­li­sty­kiem w mojej twier­dzy”, tak wła­śnie po­wie­dział, po­mi­mo że for­mal­nie rzecz bio­rąc, pla­ców­ka sta­no­wi­ła wła­sność przed­się­bior­stwa ko­lo­nial­ne­go. Goldo spo­dzie­wał się rów­nież, że Wy­szo­grod­cza­nin wes­prze spo­łecz­ność fortu wie­dzą – choć­by nawet ogra­ni­czo­ną – z za­kre­su in­ży­nie­rii lą­do­wej oraz me­dy­cy­ny, a także jako che­mik ama­tor. Naj­wy­raź­niej ów konus w bi­no­klach dys­po­no­wał nie­li­chym wy­wia­dem.

– Znów du­masz nad swoim ży­ciem, ma­te­ma­ty­ku? – Wera sta­nę­ła po­ni­żej, jej głos jak zwy­kle był ostry.

Ma­te­ma­ty­ku… Dalej tak go na­zy­wa­ła, cho­ciaż obie wy­słu­żo­ne ar­ma­ty spa­czy­ły się już cał­ko­wi­cie.

Po­ko­naw­szy więk­szość drogi w dół, ze­sko­czył z dra­bi­ny, chcąc zro­bić wra­że­nie peł­ne­go ener­gii i za­an­ga­żo­wa­nia.

– Myślę o lep­szej broni dla na­szych ludzi – skła­mał.

– Moich ludzi. Do­brze, bo ja myślę o tym, że wciąż jej nie mają. – Splu­nę­ła w pia­sek pod jego no­ga­mi. – Porca mi­se­ria, dziś po­now­nie stra­ci­li­śmy pa­trol! Tylko ka­ra­bi­ny zo­sta­ły. I ślady.

Nie mu­siał pytać czyje. Gi­gan­ci. W kan­ty­nie wie­lo­krot­nie sły­szał, że miej­sco­we ol­brzy­my skła­da­ją po­ko­na­nych żoł­nie­rzy w ofie­rze swo­je­mu bogu, Ar­gho­ro­wi. Tych wzię­tych żyw­cem miały w okrut­ny spo­sób za­bi­jać na oł­ta­rzu. Wszyst­ko moż­li­we. Et­no­graf jed­nak wy­ja­śniał mu kie­dyś, że gi­gan­ci rzad­ko tor­tu­ru­ją ko­go­kol­wiek, nawet nie­przy­ja­ciół, już prę­dzej ich zja­da­ją. Ale naj­czę­ściej po pro­stu wro­gów za­bi­ja­ją i grze­bią. Tak czy ina­czej, gdyby nie ci pry­mi­tyw­ni tu­byl­cy, fort mógł­by pre­ten­do­wać do miana spo­koj­nej przy­sta­ni. Gdyby nie oni i nie pewna pani ka­pi­tan.

Spoj­rzał ba­daw­czo na Werę. Miała mun­dur przy­bru­dzo­ny bło­tem, a w spo­so­bie, w jaki za­ci­ska­ła wargi, kryła się do­brze już znana Mar­ko­wi nie­cier­pli­wość.

– Stra­te­gia – wy­mam­ro­tał. – Mó­wi­łem, że po­trze­bu­je­my my­śle­nia stra­te­gicz­ne­go. Od­po­wied­nie pla­no­wa­nie ogra­ni­czy­ło­by licz­bę two­ich głu­pich pa­tro­li.

Wera od­po­wie­dzia­ła krót­kim śmie­chem, który za­brzmiał jak zgrzyt noża na ka­mie­niu.

– Świet­nie. Tylko że ostat­nio twoje stra­te­gicz­ne ła­dun­ki nie­ wy­bu­chły w od­po­wied­nim mo­men­cie, na­ra­ża­jąc na krzyw­dę moich chłop­ców. Kiedy na­resz­cie zro­bisz coś, co dzia­ła? Kiedy dasz mi gra­na­ty?

Po­wsta­nie. La­bo­ra­to­rium w Wy­szo­gro­dzie. No­wa­tor­skie, bez­piecz­ne, równo spa­la­ją­ce się lonty do gra­na­tów. Tak, ale tu nie Wy­szo­gród, a on tam je­dy­nie po­ma­gał, pusz­ka­rzem nie był. Nadal po­trze­bo­wał czasu. Wera zaś bez prze­rwy go po­pę­dza­ła, jakby nie miała nic lep­sze­go do ro­bo­ty. Jak gdyby lu­bi­ła tra­cić czas na zbęd­ne dys­ku­sje.

– Wiesz, że to nie takie pro­ste – po­wie­dział, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad emo­cja­mi. – Pro­blem sta­bil­nych lon­tów to co in­ne­go niż rów­na­nie, które mógł­bym roz­wią­zać w gło­wie w trzy mi­nu­ty. Warsz­tat jest skrom­ny, bra­ku­je ma­te­ria­łów, sa­pe­rzy zga­dzają się, że…

Wera po­de­szła bli­żej, aż po­czuł na twa­rzy jej od­dech.

– Coraz czę­ściej mam wra­że­nie, że je­steś bez­u­ży­tecz­ny. Nie in­te­re­su­ją mnie wy­mów­ki. – Jej dłoń spo­czę­ła na kol­bie pi­sto­le­tu. – Albo do­star­czysz dzia­ła­ją­ce gra­na­ty w ciągu ty­go­dnia, albo wy­le­cisz za bramę z ło­pa­tą i bę­dziesz kopał wil­cze doły na spół­kę z re­kru­ta­mi.

Marek za­ci­snął pię­ści.

Kiedy dok­tor Goldo przy­bę­dzie do fortu swoim ae­ro­sta­tem, jakoś się na niego wpro­szę. Czas opu­ścić to miej­sce.

– Zro­zu­mia­łeś, stra­te­gu? – za­py­ta­ła z prze­ką­sem.

Zło­śli­wa małpa. A czy Goldo nie może ci za­ła­twić, po­ciesz­na pani ka­pi­tan, do­sta­wy lep­szej broni? Be­stia z be­stią do­ga­da­ją się naj­le­piej. Ka­pi­tan, cho­le­ra. Kto wła­ści­wie dał jej ofi­cer­ski sto­pień? Chyba Kom­pa­nia Po­łu­dnio­wa, bo na pewno nie skoń­czy­ła aka­de­mii. Gdyby nie Kom­pa­nia, mo­gła­by być co naj­wy­żej sier­żan­tem. Pa­so­wa­ło­by do niej. Fał­szy­wa ka­pi­tan, małpa, be­stia, mo­ral­ne dno, bar­ba­rzyń­ska zdzi­ra!

Znie­cier­pli­wio­na Wera pod­nio­sła brew.

Czuł, że złość wzbie­ra w nim jak fala, wie­dział jed­nak, co się sta­nie, je­że­li wy­mknie mu się choć jedno ob­raź­li­we słowo. Ostat­ni raz skoń­czył się dla niego po­lu­zo­wa­nym zębem i bólem żeber. „Dzie­sięć lat służ­by na­uczy­ło mnie, że do­wód­ca musi wzbu­dzać sza­cu­nek. W po­dob­nych sy­tu­acjach nie może sobie po­zwo­lić na po­błaż­li­wość. Zwłasz­cza je­że­li jest ko­bie­tą” – mó­wi­ła potem z uśmie­chem (uśmie­chem wy­stęp­nym i zło­śli­wym!), od­pro­wa­dza­jąc go do la­za­re­tu.

Tym razem nie da jej pre­tek­stu.

– Jasne, pro­szę pani – wy­ce­dził. – Gra­na­ty. Ty­dzień.

Wąt­pił, czy do­trzy­ma ter­mi­nu.

Wera się uśmiech­nę­ła.

Niech ją szlag.

– Wie­dzia­łam, że doj­dzie­my do po­ro­zu­mie­nia. – Klep­nę­ła go po po­licz­ku, nie­mal czule, i ode­szła, zo­sta­wia­jąc z po­czu­ciem krzyw­dy i za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi.

 

Star­cie

Marek po­czuł tra­fie­nie w szczę­kę, zanim zdał sobie spra­wę, że Wera wła­śnie go ude­rzy­ła. Krew roz­la­ła się szyb­ko po ję­zy­ku, me­ta­licz­na i słona. Po­tknął się o skrzy­nkę z amu­ni­cją i upadł na plecy w błoto dzie­dziń­ca. Żoł­nie­rze wokół przy­sta­nę­li na mo­ment, paru się uśmiech­nę­ło, ale żaden się nie wtrą­cił. Nie ich spra­wa.

Porca put­ta­na! My­ślisz, że masz prawo do oce­nia­nia mnie? – Ka­pi­tan sta­nę­ła nad nim. Jej mun­dur był za­pię­ty pod szyję, włosy cia­sno zwią­za­ne z tyłu, a w brą­zo­wych oczach pło­nął ten sam ogień, który wi­dział w nich, kiedy wal­czy­ła. Opar­ła dłoń na rę­ko­je­ści sza­bli. – My­ślisz, że mo­żesz mówić, jak mam do­wo­dzić? Non ti per­met­te­re!

Neo­ła­ci­na prze­pla­ta­na ję­zy­kiem ital­skim wy­da­wa­ła się ide­al­na do ru­ga­nia pod­wład­nych. Tylko że Marek nie uwa­żał się za pod­wład­ne­go Wery.

Otarł krew z wargi. Wie­dział, że po­wi­nien od­pu­ścić, że każde słowo tylko bar­dziej ko­bie­tę roz­zło­ści. Jed­nak wście­kłość wrza­ła rów­nież w nim i dziś nie za­mie­rzał się ha­mo­wać.

– Mam być cicho?! – wark­nął, pod­no­sząc się. – Nie mogę, kiedy twoje do­wo­dze­nie to wy­sy­ła­nie ludzi na rzeź! Trzech żoł­nie­rzy zgi­nę­ło dla­te­go, że ka­za­łaś im fron­tal­nie ru­szyć na gi­gan­tów!

Wera za­re­ago­wa­ła bły­ska­wicz­nie. Chwy­ci­ła go za koł­nierz, przy­cią­ga­jąc jego twarz do swo­jej.

– A ty co byś zro­bił na moim miej­scu, ma­te­ma­ty­ku? Gapił się na fi­gu­ry i rów­na­nia, aż wro­go­wie ro­ze­rwaliby wszyst­kich na strzę­py? – Jej od­dech był go­rą­cy, wy­czu­wal­na w nim nuta ty­to­niu mie­szała się z ota­cza­ją­cym ka­pi­tan za­pa­chem pro­chu i świe­że­go potu.

– Nie mieli sza­ma­na. Wy­star­czy­ło ich za­cią­gnąć do wą­wo­zu i ostrze­lać z góry! – Marek wy­szarp­nął się z uchwy­tu. – Ale ka­za­łaś mi zo­stać z tyłu. Dla­cze­go? Po pro­stu dla­te­go, że nie lu­bisz słu­chać rad! Je­steś aro­ganc­ka, to rzym­ska pycha!

Przez uła­mek se­kun­dy wy­da­wa­ło się, że znów go ude­rzy. Żoł­nie­rze wokół za­sty­gli, ocze­ku­jąc gwał­tow­nych czy­nów. Ale Wera się za­trzy­ma­ła. Je­dy­nie jej spoj­rze­nie nadal mio­ta­ło iskry.

– Rzym­ska pycha? – Uśmiech­nę­ła się.

Niech to. Prze­sa­dzi­łem? Nie! Tylko wy­gar­ną­łem jej praw­dę.

– A ty je­steś słaby – po­wie­dzia­ła cicho. – Słaby, ale nie­ustę­pli­wy i cel­nie tra­fiasz sło­wem. Sin­ce­ra­men­te… Ta mie­szan­ka cho­ler­nie mnie pod­nie­ca.

I znowu nie na­dą­żał, znów przez chwi­lę nie wie­dział, co się dzie­je, gdy jej usta przy­war­ły do jego, za­ska­ku­ją­co mięk­kie i pełne pasji. Po­ca­łu­nek był bru­tal­ny, a nawet bo­le­sny, bo zęby ka­pi­tan ude­rzy­ły we wciąż krwa­wią­cą wargę. Marek od­su­nął się in­stynk­tow­nie, ale Wera zła­pa­ła go za włosy, przy­cią­ga­jąc z po­wro­tem.

– Boisz się? – szep­nę­ła mu ochry­ple w ucho, rzu­ca­jąc wy­zwa­nie.

Męż­czy­zna zmil­czał. Za­miast mówić, chwy­cił ją za talię i pchnął w stro­nę ma­ga­zy­nu, razem wpa­dli do środ­ka. Drzwi za­trza­snę­ły się przed zdu­mio­ny­mi żoł­nie­rza­mi, nie­wiedzą­cy­mi, jak za­re­ago­wać. Tak czy ina­czej, żaden nie za­mie­rzał prze­szka­dzać.

 

Na­stęp­ne­go ranka Marek obu­dził się z bólem głowy, za­dra­pa­nia­mi i si­nia­ka­mi. W do­dat­ku chyba nad­wy­rę­żył ważny mię­sień. Szyja bo­la­ła od ugry­zie­nia.

Wła­ści­ciel­ki zębów już nie było – pew­nie od go­dzi­ny pa­tro­lo­wa­ła oko­li­cę wraz z pod­ko­mend­ny­mi. Na pod­ło­dze le­ża­ła jej lnia­na ko­szu­la, a na stole pi­sto­let. Zo­sta­wi­ła go spe­cjal­nie, po raz ko­lej­ny. Z od­cią­gnię­tym kur­kiem. „Za­wsze mo­żesz strze­lić sobie w łeb” – po­wie­dzia­ła kie­dyś po awan­tu­rze, kła­dąc pi­sto­let na biur­ku, obok ta­blic i no­tat­ni­ków. Po­my­ślał teraz, że być może w ten dziw­ny spo­sób oka­zy­wa­ła mu przy­chyl­ność.

Bzdu­ra. I żadne tam tra­fiasz sło­wem”, nie je­stem ja­kimś pie­przo­nym, mi­zer­nym i elo­kwent­nym li­te­ra­tem, do dia­bła! Sama je­steś słaba i… Au! Cho­ler­ny mię­sień bio­dro­wo-lę­dź­wio­wy.

Wstał, prze­cią­ga­jąc się jak naj­ostroż­niej. Wczo­raj­sza wście­kłość znik­nę­ła, ale po chwi­lo­wej uldze znów od­czu­wał na­pię­cie. I łu­dził się: może jed­nak po tej nocy rza­dziej będą się ście­rać… w dzień.

 

Dawno temu

Ko­lej­nej nocy, krót­ko przed świ­tem, do drzwi jego kwa­te­ry ktoś gwał­tow­nie za­ło­mo­tał. Płeć się nie zga­dza­ła. To był mło­dziut­ki żoł­nierz, bo­daj­że Dą­brow­ski.

– Panie in­ży­nie­rze… Gi­gan­ci. Na­stęp­na fala. Mo­bi­li­zu­je­my wszyst­kich.

Marek wes­tchnął. Wera po raz ko­lej­ny zrobi coś bez do­sta­tecz­ne­go na­my­słu, a on znowu bę­dzie mu­siał wy­bie­rać – wal­czyć z nią czy z wro­giem.

– Idę – mruk­nął, przyj­mu­jąc ka­ra­bin.

 

Pierw­szy ka­mień prze­po­ło­wił maszt, na któ­rym wi­sia­ły flagi Kom­pa­nii Po­łu­dnio­wej oraz Wiel­kiej Re­pu­bli­ki Rzym­skiej. Drugi ude­rzył w pa­li­sa­dę z hu­kiem, który Marek po­czuł w ko­ściach.

Porca mi­se­ria! – Wera od­wró­ci­ła się ku niemu i świa­tło po­chod­ni wy­eks­po­no­wa­ło ja­strzę­bie rysy jej twa­rzy. – Gdzie są ma­le­det­te gra­na­te? Gdzie moje gra­na­ty?!

Zmu­sił się, by zi­gno­ro­wać do­wód­czy­nię. Spoj­rzał wzdłuż pa­li­sa­dy na są­sied­nią wieżę ob­ser­wa­cyj­ną, po czym krzyk­nął do żoł­nie­rzy:

– Zejdź­cie stam­tąd! Teraz!

Nikt się nie ru­szył. Po­pa­trzy­li naj­pierw na niego, potem na Werę.

– Strze­lać, aż skoń­czy się proch! – ryk­nę­ła, ma­cha­jąc ka­ra­bi­nem. – To roz­kaz ka­pi­ta­na!

Wtedy drugi ka­mień ude­rzył w jedną z wież. Drew­no roz­sy­pa­ło się jak za­pał­ki, a dwóch strzel­ców wy­lą­do­wa­ło z wrza­skiem na dzie­dziń­cu. Marek miał na­dzie­ję, że żaden nie prze­trą­cił sobie karku

Nie cze­kał dłu­żej. Chwy­cił Werę za ramię i szarp­nął ją w prawo, w stro­nę dra­bi­ny.

– Puść mnie, tchó­rzu! – krzyk­nę­ła, wy­ry­wa­jąc się.

Zła­pał ją za barki.

– Po­słu­chaj. – Wy­po­wie­dział to słowo z na­ci­skiem. – Mają sza­ma­na. Tar­czę.

– Dla­te­go mu­si­my pro­wa­dzić ogień, aż tar­cza ustą­pi! – upie­ra­ła się.

– Ścia­ny twier­dzy nie wy­trzy­ma­ją dłu­gie­go na­po­ru, a tym bar­dziej brama. Po­trze­bu­je­my wy­pa­du. Jeśli wcią­gnie­my gi­gan­tów do wą­wo­zu, po­ko­na­my ich!

Miał na myśli sze­ro­ki parów pod for­tecz­nym wznie­sie­niem. Żeby do­trzeć do twier­dzy, naj­ła­twiej było iść wła­śnie tam­tę­dy.

Jej oczy nieco zła­god­nia­ły.

– Jak?

– Ła­dun­ki wy­bu­cho­we! Wy­wo­ła­my la­wi­nę. Zbierz dwie dru­ży­ny, jedną z sa­pe­ra­mi. Na przy­nę­tę zmo­bi­li­zuj paru łow­ców z niebo­fret­ka­mi w klat­kach.

Przez chwi­lę się wa­ha­ła, potem ski­nę­ła głową.

– Rób swoje. Le­piej dla cie­bie, żeby to za­dzia­ła­ło.

Po zej­ściu z wieży – szyb­kim kro­kiem udał się do opie­ku­na ar­se­na­łu.

 

Agre­so­rzy już bie­gli przez za­głę­bie­nie – sma­głe ol­brzy­my o pła­skich czasz­kach. Marek po­li­czył ich wcze­śniej, pa­trząc przez lu­ne­tę. Je­de­na­stu. To byli w pełni doj­rza­li wo­jow­ni­cy, śred­nio o pół metra wyż­si od cze­ka­ją­cych na ko­men­dę żoł­nie­rzy. Mu­sku­lar­ne, nie­mal nagie ciała gi­gan­tów szo­ko­wa­ły ry­tu­al­ny­mi bli­zna­mi, w pa­zu­rza­stych dło­niach trzy­ma­li włócznie, wiel­kie ma­czu­gi i ka­mien­ne to­po­ry. Na­to­miast z tyłu biegł tro­chę mniej­szy, bro­da­ty sza­man, mo­dląc się do Ar­gho­ra i wy­śpie­wu­jąc tar­czę prze­ciw kulom i strza­łom.

Tak na­praw­dę nikt nie wie­dział, w jaki spo­sób po­wsta­je tar­cza Ar­gho­ra. Nie po­tra­fio­no też wy­ja­śnić, jak miej­sco­wi gi­gan­ci mio­ta­ją kilku­to­no­wy­mi ka­mie­nia­mi. Wielu wie­rzy­ło, że to praw­dzi­wa magia. Nie­któ­rzy jed­nak opo­wia­da­li le­gen­dy o za­dzi­wia­ją­cych me­cha­ni­zmach ukry­tych w ru­inach. O nadzwyczajnych artefaktach stwo­rzo­nych przez ludzi, któ­rzy byli tutaj nie tylko przed Homo sa­piensHomo gi­gan­teus, lecz nawet przed dżun­glą. Scep­ty­cy twier­dzi­li więc, że tar­cza tu­dzież proca mają na­uko­we pod­sta­wy oraz że pe­cho­wym zrzą­dze­niem losu w ręce ol­brzy­mich dzi­ku­sów wpa­dła za­awan­so­wa­na tech­ni­ka. Marek wi­dział szcząt­ki pra­sta­rych bu­dow­li na wła­sne oczy. Jed­nak me­cha­ni­zmów nie – ani w ru­inach, ani przy wiel­ko­lu­dach.

Może te me­cha­ni­zmy są małe. Albo nie­wi­dzial­ne. Brzmi jak głu­po­ta, ale al­ter­na­ty­wą jest uwie­rzyć w magię lub w nad­ludz­kie­go Ar­gho­ra.

Jakiś natrętny owad wleciał mu do nosa. Wy­smar­kał go.

Ro­bac­two, dżun­gla, gi­gan­ci. Aż trud­no sobie wy­obra­zić, że dawno temu do­oko­ła kwi­tła cy­wi­li­za­cja.

Marek wró­cił my­śla­mi do te­raź­niej­szo­ści.

– Od­pa­lać! – krzyk­nął, dając znak sa­pe­rom.

Wkrót­ce zie­mią wstrzą­snę­ła eks­plo­zja. Ka­mien­ne bloki ode­rwa­ły się od zbo­cza góry, grze­biąc ol­brzy­my pod to­na­mi skał. Sza­man zdą­żył je­dy­nie ryk­nąć, zanim znik­nął w chmu­rze pyłu.

To nie był ko­niec. Chwi­lo­wą ciszę roz­dar­ły strza­ły. Trzech albo czte­rech wro­gów odłą­czy­ło się wcze­śniej od głów­nej grupy, a teraz na­cie­ra­ło na żoł­nie­rzy z prze­ciw­nej stro­ny. Ka­pi­tan przy­go­to­wa­ła swo­ich ludzi na ten atak. Wy­da­wa­ło się, że zwy­cię­żą, nie po­no­sząc żad­nych strat.

Tym­cza­sem ostat­ni gi­gant spo­śród to­wa­rzy­szą­cych sza­ma­no­wi – po­ra­nio­ny, a mimo to wciąż spraw­ny – prze­to­czył się przez gruz, wstał i po­biegł pro­sto na Marka.

– Ar­ghor! Ar­gho­orrr!!! – wrzesz­czał na­past­nik, ma­cha­jąc ma­czu­gą.

Ma­te­ma­tyk wy­pu­ścił lu­ne­tę. Się­gnął po strzel­bę, miał jed­nak za mało czasu.

Wtedy coś wy­le­cia­ło zza niego.

Wera.

Wsko­czy­ła gi­gan­to­wi na plecy i pró­bo­wa­ła dźgnąć go nożem. Ol­brzym ryk­nął, chwy­ta­jąc ją za ramię i zrzu­ca­jąc. Po­le­cia­ła na zie­mię z roz­ora­nym pa­zu­rem rę­ka­wem. Marek nie my­ślał. Pod­niósł po­rzu­co­ną włócznię, po czym ude­rzył z roz­pę­du w pierś agre­so­ra. Coś trza­snę­ło: drzew­ce lub żebro. Gi­gant za­to­czył się, a Wera wsta­ła i za­koń­czy­ła walkę, strze­la­jąc mu w skroń.

Cisza.

Stali tak przez chwi­lę, dy­sząc, oto­cze­ni dymem i śmier­cią.

– Ma­te­ma­tyk i wo­jow­nicz­ka. – Wera wy­plu­ła krew. – Ide­al­na para.

Marek nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał w stro­nę dżun­gli.

Tam kie­dyś były mia­sta.

– Na mnie masz pa­trzeć! – zde­ner­wo­wa­ła się wo­jow­nicz­ka.

 

Oparł stopę na pier­si gi­gan­ta, przy­ci­ska­jąc zma­sa­kro­wa­ne ciało do ziemi. Wera sie­dzia­ła kilka kro­ków dalej, jej rękaw ciem­niał od krwi.

– Nie ru­szaj się! – za­wo­łał, gdy za­czę­ła wsta­wać.

Ścią­gnął jej mun­dur z le­we­go ra­mie­nia. Cie­pła krew po­pły­nę­ła mu mię­dzy pal­ca­mi.

Nie­do­brze.

Od­ciął nożem pasek od ma­nier­ki i za­ci­snął go mocno po­wy­żej bi­cep­sa.

W czym oni ma­cza­ją pa­zu­ry?

– To nie jest zwy­kłe za­dra­pa­nie – po­wie­dział, przy­glą­da­jąc się czar­nym żył­kom roz­cho­dzą­cym się od rany. – Tru­ci­zna.

Wera wy­krzy­wi­ła usta w gry­ma­sie, który miał być uśmie­chem:

– Więc co? Chcesz sobie po­ssać?

– To dzia­ła tylko w baj­kach.

Przy­ło­żył ma­nier­kę do jej warg. Wy­pi­ła łap­czy­wie kilka łyków.

– Nieś ka­pi­tan – po­le­cił naj­większemu żoł­nie­rzo­wi. – Jeśli ze­mdle­je, spró­buj ocu­cić.

– Wy­ko­nać – roz­ka­za­ła Wera.

 

Nar­ko­tyk

Szkla­ne na­czy­nia drża­ły w rytm jego kro­ków. Marek prze­szu­ki­wał półki, aż zna­lazł to, czego szu­kał – małą kolbę z ety­kie­tą „eks­trakt nr 9". Nar­ko­tyk z gru­czo­łów nie­bo­fre­tek.

Oprócz tego, że wpły­wał na świa­do­mość i uza­leż­niał, miał za­dzi­wia­ją­ce wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze.

– Nie. – Wera pół­le­ża­ła na ławie blada jak pa­pier, pa­trząc na Marka. – Nie chcę tego świń­stwa… – Usia­dła z wy­sił­kiem. – Tchnie­nie Ar­gho­ra? Goldo… Ten zgni­ły ni­by­doktor, Goldo, ci to zle­cił? Naj­pierw myszy, potem psy, potem ska­zań­cy… a teraz ja?

Praw­da, słyn­ne eks­pe­ry­men­ty dok­to­ra Goldy.

Marek wzru­szył ra­mio­na­mi. Roz­sąd­ne po­dej­rze­nie. W końcu to z ini­cja­ty­wy tego nie­po­zor­ne­go po­ten­ta­ta Kom­pa­nia zor­ga­ni­zo­wa­ła fort w dżun­gli. Głów­nie ze wzglę­du na nar­ko­tyk wła­śnie, jako schro­nie­nie dla łow­ców nie­bo­fre­tek. Goldo pierw­szy do­szedł do wnio­sku, że wy­dzie­li­na z gru­czo­łów tych zwie­rząt ma zna­czą­cy po­ten­cjał han­dlo­wy. Naj­więk­szym kło­po­tem byli tu­byl­cy. Gi­gan­ci bo­wiem uwa­ża­li nie­bo­fret­ki za zwie­rzę­ta świę­te, po­śred­ni­czą­ce w kon­tak­cie z Ar­gho­rem, któ­re­go czci­li. Nie­mniej pro­blem sta­no­wi­ło rów­nież lep­sze po­zna­nie wła­ści­wo­ści tchnie­nia.

– Czego chcesz od Goldy? Facet robi, co robi, dla pie­nię­dzy, zu­peł­nie tak jak ty – za­drwił Marek. – I oboje dla pie­nię­dzy za­bi­ja­cie.

– Nie pier­dol.

To rze­czy­wi­ście nie jest naj­lep­szy mo­ment na sto­su­nek.

Z tej ri­po­sty już jed­nak zre­zy­gno­wał.

– Wy­bacz. Ow­szem, Goldo zle­cił mi testy, ale pro­po­nu­ję żoł­nie­rzom tchnie­nie tylko wtedy, gdy po­ten­cjal­ne ko­rzy­ści prze­wyż­sza­ją ry­zy­ko. Pa­mię­tasz przy­pa­dek Ko­va­la, praw­da? Ten śro­dek to twoja naj­lep­sza szan­sa. Albo nar­ko­tyk, albo am­pu­tu­je­my rękę. Trze­cia moż­li­wość jest taka, że umrzesz w mę­czar­niach w ciągu kilku go­dzin. – Po­trzą­snął kolbą. – Wy­bie­raj.

Jej oczy bły­snę­ły gnie­wem, nogi jed­nak od­mó­wi­ły po­słu­szeń­stwa, jesz­cze nim do­tar­ła do Marka. Opar­ła się o półkę i po­wo­li osu­nę­ła na zie­mię.

– Niech bę­dzie – pod­da­ła się w końcu.

Ski­nął głową i po­wlókł ją z po­wro­tem na ławę.

– Pod­nie­ca cię, że… jak myszy? – Wy­szcze­rzy­ła zęby.

– Hm?

– No, że wtło­czysz mi to w ra­mach eks­pe­ry­men­tu jak ja­kie­muś ma­le­det­to zwie­rza­ko­wi?

Nie od­po­wie­dział. Przy­go­to­wał do­zow­nik pneu­ma­tycz­ny i od­mie­rzył wła­ści­wą ilość sub­stan­cji. Ści­snął kolec skrzy­dli­cy Pte­ro­is me­di­ci­na­lis u na­sa­dy.

– Bę­dzie bo­la­ło.

Gdy kolec wbił się ponad raną, Wera za­sy­cza­ła. Jej pa­znok­cie wpiły się Mar­ko­wi w przed­ra­mię, jakby w od­we­cie.

– T-ty skur­wy­sy­nu… – Jej od­dech stał się nie­rów­ny.

Marek objął ją, gdy ciało za­czę­ło dy­go­tać w kon­wul­sjach.

– Trzy­maj się.

 

Go­dzi­nę póź­niej le­ża­ła w la­za­re­cie. Miała wła­sną izbę. Wcho­dząc, Marek ski­nął głową chło­pa­ko­wi peł­nią­ce­mu obo­wiąz­ki pie­lę­gnia­rza. Ten opu­ścił po­miesz­cze­nie.

Marek spoj­rzał na pa­cjent­kę. Czar­ne żyłki za­czę­ły za­ni­kać. Jed­nak efek­ty ubocz­ne nie oszczę­dzi­ły Wery. Pa­trzy­ła przed sie­bie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, jej źre­ni­ce roz­sze­rzy­ły się do gra­nic moż­li­wo­ści.

– Widzę ich… – szep­nę­ła. – W ścia­nach… Ar­ghor pa­trzy…

Po­czuł, że krew od­pły­wa mu z twa­rzy. Opa­no­wał się.

Ha­lu­cy­na­cje, na­le­ża­ło się tego oba­wiać.

– Nie­praw­da. To tylko dzia­ła­nie nar­ko­ty­ku. – Wsu­nął jej pod głowę po­dusz­kę. – Pro­szę. Naj­mięk­sza, jaką zna­la­złem w ma­ga­zy­nie.

Wera wy­raź­nie się roz­luź­ni­ła.

– Oka­zu­je się, że by­wasz uży­tecz­ny. Cza­sa­mi.

Spoj­rzał jej w oczy. Teraz były nor­mal­ne.

Mil­czał.

Za­sy­pia­li. Ona na łóżku, on na krze­śle.

– Ar­ghor mówi, że bę­dziesz na­stęp­ny… – ode­zwa­ła się sen­nie, ła­piąc go za nad­gar­stek. – I że… lubi twoje sny.

Chwi­lę potem od­pły­nę­ła w nie­świa­do­mość.

 

Póź­nym wie­czo­rem za­czę­ła krzy­czeć, bu­dząc Marka.

W mo­men­cie, w któ­rym otwo­rzył oczy, wła­śnie szar­pa­ła się z pie­lę­gnia­rzem.

– Oni tu są! – Wy­rwa­ła się i rzu­ci­ła bied­nym chło­pa­kiem o ścia­nę, aż za­skrzy­pia­ło. – Trze­ba ich za­trzy­mać, daj­cie mi broń! Gdzie broń?!

Nagle skie­ro­wa­ła uwagę na łóżko. Scho­wa­ła twarz w dło­niach. Na­stęp­nie chwy­ci­ła po­dusz­kę, przy­tu­li­ła ją, po­trzą­snę­ła głową i mocno za­ci­snę­ła szczę­ki.

Marek po­pa­trzył na nią ba­daw­czo.

– Stało się coś?

Chwi­la za­wa­ha­nia.

– Byłeś tutaj? Nie mar­nuj czasu, nadal po­trze­bu­je­my gra­na­tów!

Kiedy Marek spoj­rzał na po­dusz­kę, Wera od­wró­ci­ła głowę.

 

Roma in­fir­ma

Wi­dzia­ła sie­bie jako małą dziew­czyn­kę w ogro­dach na Pa­la­ty­nie. Jej dłoń gi­nę­ła w po­tęż­nej, spo­koj­nej dłoni ojca.

Niebo wy­glą­da­ło ni­czym wiel­ka od­wró­co­na misa wy­peł­nio­na ogni­ka­mi. Zimne świa­tełka two­rzy­ły in­try­gu­ją­ce wzory i oj­ciec opi­sał dla niej kilka kon­ste­la­cji.

 – Sama wi­dzisz, We­ro­ni­ko. Gwiaz­dy to geo­me­tria, czy­sta ma­te­ma­ty­ka wy­gra­we­ro­wa­na w wiecz­no­ści. Logos. Je­że­li kie­dy­kol­wiek się zgu­bisz, po­patrz w niebo. Po­rzą­dek sta­no­wi pod­sta­wę wszyst­kie­go, jest rze­czą, któ­rej nie mogą znisz­czyć ani bar­ba­rzyń­cy, ani wro­go­wie ce­sa­rza, ani zbun­to­wa­ne masy.

Aspi­ce ca­elum, aspi­ce Romam.

Dla ojca Wery Rzym sta­no­wił ele­ment ide­al­ne­go świa­ta. Świa­ta, w któ­rym wszyst­ko – od ruchu pla­net po cenę zboża – two­rzy­ło Wiel­ki Ład.

 

Obraz za­wi­ro­wał, biały mar­mur ko­lum­na­dy po­zna­czy­ła sadza. Wera czu­ła za­pach i smak dymu. Była już do­ro­słą ko­bie­tą po Aka­de­mii, po­rucz­ni­kiem w lśnią­cej lo­ri­ce, na­to­miast Rzym jej ojca wła­śnie umie­rał. Z da­le­ka do­cho­dzi­ły od­gło­sy strza­łów. Tuż przed nią opie­rał się o ko­lum­nę stryj Lu­cjusz – se­na­tor, po­stać su­ro­wa, wy­ku­ta z cy­ni­zmu i de­ter­mi­na­cji. Jego toga, nie­gdyś śnież­no­bia­ła, stała się teraz cięż­ka od błota, po­kry­wał ją po­piół i krew z ją­trzą­cej się rany.

– Twój oj­ciec był ma­rzy­cie­lem – po­wie­dział Lu­cjusz na tle łuny ognia roz­cią­ga­ją­cej się nad Ka­pi­to­lem. – Gapił się w gwiaz­dy, pod­czas gdy po­wi­nien wy­pa­try­wać noży ukry­tych pod sza­ta­mi.

Chwy­cił Werę za ra­mio­na.

– Za­po­mnij o po­rząd­ku. Na pewno nie znaj­dziesz go tutaj, gdzie trzy frak­cje re­wo­lu­cyj­ne wal­czą każda z każdą, a na uli­cach wa­la­ją się tru­py pa­try­cju­szy. Je­że­li za­mie­rzasz prze­żyć, mu­sisz się stać tak samo bez­kom­pro­mi­so­wa jak chaos, który nas po­że­ra. Idź na po­łu­dnie – po­ra­dził. – Po­dob­no gwiaz­dy są tam inne niż tutaj – dodał nie wia­do­mo po co.

 

Czas przy­spie­szył. Wszyst­ko, co ko­cha­ła, prze­pa­dło. Na­dzie­ja na nor­mal­ne życie bla­kła z każ­dym ro­kiem. Wera zna­la­zła się w dusz­nym na­mio­cie z prze­cie­ka­ją­cym da­chem, gdzieś na końcu świa­ta.

Na­prze­ciwko sie­dział nie­sław­ny dok­tor Goldo, czło­wie­czek o śli­skim uśmie­chu, ob­ra­ca­ją­cy w pal­cach złotą mo­ne­tę. Obok niego stał Coc­cia­rel­li, ofi­cer Kom­pa­nii Po­łu­dnio­wej, który in­ten­syw­nie pach­niał cy­ga­ra­mi – osoba o tak samo pa­skud­nej re­no­mie.

– Ni­cze­go już nie po­sia­dasz, na­jem­nicz­ko – po­wie­dział Goldo. – Twoi no­bli­wi bli­scy nie żyją i nie masz czego szu­kać w po­re­wo­lu­cyj­nym Rzy­mie. Je­steś nikim dla pań­stwa, które cię od­rzu­ci­ło.

Ofi­cer po­ło­żył na stole kon­trakt z pie­czę­cią Kom­pa­nii.

– Ale my cie­bie nie od­rzu­ca­my – oznaj­mił. – Po­trze­bu­je­my two­jej nie­na­wi­ści i two­je­go rzym­skie­go drylu. Damy ci sto­pień, damy pie­nią­dze oraz damy cel. Bę­dziesz pil­no­wać na­szych in­te­re­sów. W za­mian… Po pro­stu wy­ko­nuj, co zle­ci­my, i nie za­da­waj nie­po­trzeb­nych pytań.

Pod­pi­sa­ła. Pust­ka w jej sercu po­trze­bo­wa­ła ja­kie­goś wy­peł­nie­nia.

 

Znowu Rzym. Po­śród tóg oraz błysz­czą­cych pan­ce­rzy wy­pa­trzy­ła dziw­nie zna­jo­mą syl­wet­kę. Marek! Tylko że młod­szy. Wy­różniał się za­rów­no wy­glą­dem, jak i za­cho­wa­niem – roz­czo­chra­ny, w za­ku­rzo­nym płasz­czu skro­jo­nym na pół­noc­ną modłę, kłó­cił się z ar­chi­tek­ta­mi.

– Ta ko­pu­ła nie prze­trwa nawet stu­le­cia! – krzy­czał ma­te­ma­tyk, wy­gra­ża­jąc pal­cem w kie­run­ku ariań­skiej ka­te­dry. – Szu­ka­cie pięk­na w ozdo­bach, a tym­cza­sem ono wy­stę­pu­je w re­la­cjach, wasze licz­by kła­mią, po­nie­waż bo­icie się nie­skoń­czo­no­ści!

Potem wy­po­wie­dział jesz­cze kilka in­nych zdań, nie tak pod­nio­słych i mniej dla niej zro­zu­mia­łych. Coś o krzy­wych łań­cu­cho­wych, eks­tre­mal­nych dzia­ła­niach, ak­sjo­ma­tach i pierw­szych za­sa­dach. Jego nie­bie­skie oczy pło­nę­ły, kasz­ta­no­we włosy się roz­wie­wa­ły. Wy­glą­dał na wyż­sze­go niż w rze­czy­wi­sto­ści.

W końcu rzym­scy ucze­ni i do­stoj­ni­cy, któ­rzy wcze­śniej tylko par­ska­li, wy­buch­nę­li grom­kim śmie­chem. Ar­ghor jed­nak, pół­prze­zro­czy­sty, gó­ru­ją­cy ponad zgro­ma­dzo­ny­mi niby tytan, nachy­lił się ku ma­te­ma­ty­kowi z uwiel­bie­niem.

Wi­dzisz? Głos boga wi­bro­wał w jej gło­wie. – Oni bu­do­wa­li z ka­mie­nia, on wzno­sił kon­struk­cję z praw­dy. Oni spo­glą­da­li na de­ko­ra­cje, on zaś po­tra­fił zo­ba­czyć sam szkie­let wszech­świa­ta. To jest czło­wiek, który sły­szy mu­zy­kę sfer. Ofia­ruj mi go, córko po­rząd­ku.

 

W ob­ję­ciach Ar­gho­ra

Cie­nie, po­wo­ła­ne do życia przez dwie małe świe­ce, drża­ły na ścia­nach ma­ga­zy­nu. Wera też się trzę­sła.

Ma­le­det­to bóg gi­gan­tów do­ma­ga się uwagi.

Otwo­rzy­ła fiol­kę z zie­lon­ka­wym pły­nem. Na­peł­ni­ła do­zow­nik. Sły­sza­ła bicie wła­sne­go serca i czuła, jak pot ście­ka jej po ple­cach.

– Tylko tro­chę – wy­ja­śni­ła roz­ko­ły­sa­nym cie­niom. – Tylko tyle, żeby głowa prze­sta­ła boleć.

Wbiła sobie kolec w ramię z wpra­wą, któ­rej na­bra­ła przez ostat­nie kilka dni.

Efekt był nie­mal na­tych­mia­sto­wy.

Świat eks­plo­do­wał bar­wa­mi, ja­kich daw­niej nie znała. Ka­mie­nie szem­ra­ły, a ze świa­tła i ciem­no­ści po­wo­li wy­kla­ro­wa­ła się twarz – ta twarz.

– Ar­gho­rze… – Od­dy­cha­ła szyb­ko i płyt­ko.

Uśmie­chał się do niej z pół­mro­ku. Usta Ar­gho­ra się nie po­ru­sza­ły, ale sły­sza­ła jego głos we­ wnę­trzu czasz­ki:

Dla­cze­go wal­czysz, córko? Prze­cież je­steś jedną z moich… Wy­ko­naj, co ci po­le­ci­łem.

Ni­ko­go nie złożę w ofie­rze, tak nisko jesz­cze nie upa­dłam.

Brak re­ak­cji – jak zwy­kle. Ar­ghor nie od­po­wia­dał ani na słowa po­my­śla­ne, ani na wy­mówione gło­śno.

Drzwi za­skrzy­pia­ły.

Wera od­rzu­ci­ła do­zow­nik, ale za późno. W progu stał Marek.

– Jak długo? – za­py­tał, nie­mal nie zdra­dza­jąc uczuć. Za­uwa­ży­ła jed­nak, że prze­łknął ner­wo­wo ślinę. Dwu­krot­nie.

Słaby, słaby. Czemu drą­żysz? Już i tak się boisz. Poza tym nie spo­dzie­wasz się chyba, że będę mówić ci wszyst­ko? Wła­ści­wie po­wi­nie­neś wie­dzieć tylko tyle, że mu­sisz mnie wspie­rać.

– Nie ro­zu­miesz… – Wera otar­ła krew z nosa. – To nie tylko nar­ko­tyk. On przez niego prze­ma­wia. Po­ka­zu­je rze­czy…

– Głód cię zwo­dzi! Wie­rzysz w to, bo chcesz. – Marek ude­rzył pię­ścią w ścia­nę. – Krew z nosa i dzią­seł jest ozna­ką przedaw­ko­wa­nia. To tru­ci­zna. Dla ciała i ro­zu­mu.

Po­de­szła, chwie­jąc się na no­gach.

– A ty skąd wiesz? Nigdy nie pró­bo­wa­łeś tchnie­nia. – Dłoń Wery do­tknę­ła jego pier­si. – Być może boisz się zo­ba­czyć praw­dę?

Marek od­su­nął się gwał­tow­nie, jakby jej ręka pa­rzy­ła.

– Zgo­dzi­łaś się, że po­win­ni­śmy prze­pro­wa­dzić zwiad w celu usta­le­nia miejsc roz­miesz­cze­nia ła­dun­ków i in­nych pu­ła­pek. Chciał­bym, że­by­śmy zro­bi­li to dzi­siaj. Ogar­nij się do po­łu­dnia.

– Pa­mię­taj, że to ja tu do­wo­dzę. – Wes­tchnę­ła. – Do­brze. Ru­sza­my po po­łu­dniu.

– Je­że­li nie bę­dziesz w sta­nie trzy­mać broni, zo­sta­wię cię na pa­stwę gi­gan­tów.

Gdy wy­szedł, Wera wy­buch­nę­ła śmie­chem, który po chwi­li zamie­nił się w łka­nie.

 

Dżun­gla była zbyt gło­śna. Ptaki wrzesz­cza­ły, a każdy sze­lest liści przy­po­mi­nał szep­ty Ar­gho­ra. Wera za­ci­ska­ła zęby, aby nie ję­czeć.

– To od emo­cji – po­wie­dzia­ła do Marka, gdy ten spoj­rzał na jej gnio­tą­ce się na­wza­jem dło­nie.

Po­ło­żył palec na ustach.

W ogól­nej ka­ko­fo­nii do­mi­no­wa­ło teraz szcze­ka­nie małp. Wy­czu­ły parę in­tru­zów? A może…? Gi­gan­ci wy­szli z gę­stwi­ny jak widma – dwóch uzbro­jo­nych w ko­ścia­ne ma­czu­gi, trze­ci w zdo­bycz­ną ma­cze­tę.

Wera chwy­ci­ła pi­sto­let, ale palce jej nie słu­cha­ły. Przez chwi­lę my­śla­ła, że broń wy­śli­zgnie się z ręki.

Marek za­strze­lił jed­ne­go ol­brzy­ma, potem, z dru­gie­go pi­sto­le­tu, na­stęp­ne­go. Trze­ci pchnął go na zie­mię.

Wera pa­trzy­ła, jak wróg unosi ma­czetę nad jego cia­łem.

Ma­te­ma­tyk musi przejść na drugą stro­nę – szep­nął Ar­ghor. – Pa­mię­taj o tym, córko.

Pi­sto­let wy­pa­lił.

Haaa! Tego wła­śnie chcę! – usły­sza­ła. – Dam ci rze­czy, o któ­rych nawet nie ma­rzy­łaś…! – Upar­ty głos cią­gle dud­nił pod czasz­ką.

Gi­gant runął, a Wera stała z dy­mią­cą bro­nią, łzy pły­nę­ły jej po po­licz­kach.

Pomóż wi­dzą­ce­mu przejść na drugą stro­nę! Przejść. Zejść…

– Dla­cze­go?! – zwró­ci­ła się do pu­ste­go lasu. – Dla­cze­go ka­żesz mi to robić?!

Marek są­dził chyba, że krzy­czy do niego. Wstał, ob­ser­wu­jąc ją uważ­nie.

– Bo chcę, żebyś wal­czy­ła. Na ze­wnątrz i w środ­ku. Jeśli wal­czysz, to zna­czy, że jesz­cze nie prze­gra­łaś.

Trosz­czy się o mnie? Ten sła­be­usz?

Zro­bi­ło jej się cie­pło.

Aż mnie grze­je ze zło­ści. Albo to przez tchnie­nie Ar­gho­ra.

– Bez­czel­ność. Nie mów mi, co mam robić!

Marek znie­ru­cho­miał.

– Na­resz­cie wra­casz do sie­bie.

 

Krew i na­mięt­ność

Wcze­snym ran­kiem nie­da­le­ko fortu jesz­cze raz za­trzę­sła się zie­mia.

Marek wy­su­nął głowę nad ba­ry­ka­dę usta­wio­ną tak­tycz­nie u wy­lo­tu wą­wo­zu. Ledwo zdą­żył uciec przed eks­plo­zją, ale sku­tek jego dzia­łań wart był nie­wiel­kie­go ry­zy­ka. Na dobrą spra­wę sa­mo­dziel­nie po­wstrzy­mał ko­lej­ne na­tar­cie gi­gan­tów. A przy­naj­mniej opóź­nił.

Pył po wy­bu­chu wciąż do końca nie opadł, gdy Wera przy­gwoź­dzi­ła Marka do ziemi. Jej uda ści­snę­ły go jak ima­dło.

– Co za nie­od­po­wie­dzial­ność. Jesz­cze jeden ma­le­det­to akt bo­ha­ter­stwa, a strze­lę ci w ko­la­no. Żebyś nie robił ta­kich głu­pot! – Splu­nęła krwią na jego twarz.

Krew? Chyba nie brała znowu tchnie­nia?

– Przez cie­bie przy­gry­złam sobie wargę.

Roz­wa­żył kilka obelg, ale żad­nej nie wy­po­wie­dział gło­śno.

To do­pie­ro byłby akt bo­ha­ter­stwa.

Za­miast tego chwy­cił ją za kark i przy­cią­gnął bli­żej, ich usta i ję­zy­ki złą­czy­ły się w agre­syw­nym po­ca­łun­ku. Wera wy­du­si­ła z sie­bie coś po­mię­dzy wark­nię­ciem a ję­kiem. Pa­znok­cie wpi­ja­ły się Mar­ko­wi w ra­mio­na.

Huk!

Gi­gan­tycz­ny oszczep wbił się w drew­no tuż ponad ich gło­wa­mi. Na­tych­miast od­sko­czy­li od sie­bie i się­gnę­li po broń.

Porca mi­se­ria! – Wera wy­pry­snę­ła zza ba­ry­ka­dy z pi­sto­le­tami w obu dło­niach i znik­nę­ła w chmu­rze dymu.

Roz­legł się strzał.

Po chwi­li znów po­ja­wi­ła się przy umoc­nie­niach.

– To twoja wina, ma­te­ma­ty­ku! Ale ten był chyba ostat­ni. Na razie.

Męż­czy­zna wcią­gnął ją z po­wro­tem za osło­nę, tym razem to on zna­lazł się na górze.

– Moja wina? – spy­tał zi­ry­to­wa­ny. Jej od­dech był go­rą­cy, jak zwy­kle. – To ty ka­za­łaś mi pod­pa­lać lonty, zanim prze­pro­wa­dzi­łem w pa­mię­ci ob­li­cze­nia!

Zła­pa­ła go za włosy.

– Za­wsze mu­sisz nad wszyst­kim my­śleć!

Na­stęp­ny po­ca­łu­nek znowu bar­dziej przy­po­mi­nał po­tycz­kę niż wza­jem­ną czu­łość. Marek prze­wró­cił ka­pi­tan na plecy, jego dłoń za­trzy­ma­ła się na jej gar­dle, czuł pul­su­ją­cy pod pal­ca­mi szyb­ki rytm.

– Tu? Teraz? – Wera roz­pię­ła jego pas jedną ręką, z dru­giej nie wy­pusz­cza­ła pi­sto­le­tu.

– Tro­chę to zaj­mie… – Marek wark­nął, kiedy po­czuł na pal­cach jej zęby. – Tro­chę to zaj­mie, zanim przyj­dą. Wy­bu­chy spra­wia­ją zwy­kle, że są ostroż­niej­si.

Oh Gesù! Daw­niej my­śla­łam, że je­steś de­li­kat­nym ro­man­ty­kiem. – Wera śmia­ła się, kiedy roz­ry­wał ko­szu­lę, którą miała pod kurtą mun­du­ru. Mu­siał sobie pomóc nożem.

Ich zbli­że­nie było szyb­kie, gwał­tow­ne i pełne wście­kło­ści, zma­ga­li się tak samo za­żar­cie, jak kiedy wal­czy­li o życie. Gdy skoń­czy­li, dym jesz­cze się roz­wie­wał, ale nic nie za­po­wia­da­ło na­dej­ścia ko­lej­nej bandy gi­gan­tów.

Wera wsta­ła pierw­sza.

– Je­że­li wyj­dzie­my z tego cało, przy­po­mnij, że mam cię za­strze­lić – rzu­ci­ła, za­pi­na­jąc mun­dur.

Zanim sam pod­niósł się na nogi, Marek przez chwi­lę kon­tem­plo­wał zgrab­ną syl­wet­kę Wery.

– Jeśli nie wyj­dzie­my cało – mruk­nął pod nosem – to przy­naj­mniej umrę speł­nio­ny.

 

Za­kła­dy

Dym z fajki ka­pra­la Jen­se­na roz­pro­szył się nad sto­łem, mie­sza­jąc z po­wie­trzem wy­peł­nio­nym wonią ta­nie­go al­ko­ho­lu i stę­chłe­go drew­na.

– Po­sta­wię cały żołd na to, że nasza ka­pi­tan za­bi­je go przed upły­wem mie­sią­ca – ogło­sił pa­lacz. Po­dra­pał się po brodzie. – No do­brze, nie wiem, czy za­bi­je. Rzuci.

Star­szy spe­cja­li­sta Koval splu­nął w kąt izby.

– Stra­co­ne pie­nią­dze. Oni się będą tak mę­czyć na­wza­jem do końca świa­ta. Po­sta­wię dwa żołdy na to, że w ciągu roku nic się nie zmie­ni.

W kącie po­miesz­cze­nia młody re­krut Dą­brow­ski ner­wo­wo prze­łknął ślinę.

– A jeśli… jeśli jed­nak wezmą ślub?

Salwy śmie­chu prze­rwał do­pie­ro głu­chy dźwięk noża wbi­ja­ją­ce­go się w stół. To była sier­żant de Rossi.

– Wtedy, chłop­cze… – Sier­żant wy­rwa­ła nóż z blatu i rzu­ciła nim w wiel­kie­go chrząsz­cza, który wę­dro­wał po ścia­nie na­prze­ciw­ko (chy­bi­ła). – Wtedy oso­bi­ście od­strze­lę sobie jajca. Co nie­moż­li­we, to nie­moż­li­we.

 

Zmie­niał wła­śnie Werze opa­tru­nek na przed­ra­mie­niu, gdy ta drugą ręką chwy­ci­ła go za ko­szu­lę.

– Wi­dzia­łeś, jak ten smar­kacz Dą­brow­ski się na mnie gapi? – spy­ta­ła, przy­cią­ga­jąc Marka tak bli­sko, że po­czuł słod­ka­wy za­pach wina w jej od­de­chu.

– Za­in­te­re­so­wa­na? – Moc­niej na­ci­snął ban­daż, co wy­wo­ła­ło na twa­rzy ko­bie­ty gry­mas. Bólu, tak. Ale i przy­jem­no­ści, był pe­wien.

Wera od­po­wie­dzia­ła ugry­zie­niem w ucho.

– Je­dy­nie się za­sta­na­wiam, czy wy­słać go jutro na sa­mot­ny pa­trol… – szep­nę­ła. Zwin­na dłoń wę­dro­wa­ła w dół brzu­cha Marka.

Ode­pchnął ka­pi­tan gwał­tow­nie.

– Jeśli po­ślesz dzie­cia­ka na śmierć tylko dla­te­go, że cię po­żą­da – po­wie­dział, się­ga­jąc po pi­sto­let – to cię za­strze­lę.

Wera wy­buch­nę­ła śmie­chem, za­pi­na­jąc ka­bu­rę z wła­sną bro­nią i rzu­ca­jąc pod ścia­nę.

– No to strze­laj, ma­te­ma­ty­ku. Albo za­mknij się i ina­czej wy­ko­rzy­staj fakt, że chwi­lo­wo je­stem bez­bron­na.

 

Po­ło­wa for­te­cy wie­działa, gdzie spę­dzi­li noc. Od­gło­sy do­cho­dzą­ce z szopy w po­bli­żu la­za­re­tu nie po­zo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści.

– Czy oni się pie­przą czy wal­czą na śmierć i życie? – za­sta­na­wiał się gło­śno Jen­sen, przy­kładając ucho do ścia­ny.

– I czy to w ogóle jakaś róż­ni­ca? – pytał smut­ny Dą­brow­ski, po­cią­ga­jąc z bu­tel­ki.

– Co jest gor­sze? – do­cie­kał fi­lo­zo­ficz­nie Koval. – To, że się nie­na­wi­dzą czy to, że bez sie­bie nie mogą żyć?

 

Daj mi dłoń

Oboje przy­sta­nę­li, by zła­pać od­dech. Ocie­ra­jąc pot z twa­rzy, Marek roz­glą­dał się po wiel­kiej, nad­zwy­czaj sy­me­trycz­nej jamie, która wkrót­ce mogła się oka­zać miej­scem ich wiecz­ne­go spo­czyn­ku. Gi­gan­ci byli bli­sko. Wielu zgi­nę­ło, nie­mniej kil­ku­na­stu prze­trwa­ło wy­bu­chy za­sta­wio­nych przez niego pu­ła­pek i wła­śnie za­czy­nał tra­cić na­dzie­ję, że wyj­dzie z opre­sji cało. Dżun­gla wokół pło­nęła, a mimo to prze­śla­dow­cy się nie wy­co­fy­wa­li.

– Nie mam już siły ucie­kać – wy­dy­szał.

– Za­bra­łam coś na taki wy­pa­dek.

Z sakwy tak­tycz­nej Wera wy­ję­ła dwa na­peł­nio­ne do­zow­ni­ki. Pod­wi­nę­ła rękaw.

– Co ty…

Chciał za­pro­te­sto­wać, ale się zre­flek­to­wał. Tchnie­nie Ar­gho­ra rze­czy­wi­ście mogło pomóc w tej sy­tu­acji. Po­zwo­lić na ak­ty­wo­wa­nie ukry­tych re­zerw or­ga­ni­zmu.

Wera ze spraw­no­ścią do­świad­czo­nej nar­ko­man­ki naj­pierw wtło­czy­ła umiar­ko­wa­ną dawkę sobie, potem za­ję­ła się Mar­kiem. Kiedy wbi­ja­ła kolec, skrzy­wił się i za­ci­snął po­wie­ki. To bo­la­ło, na­praw­dę cho­ler­nie bo­la­ło. Nie wie­dział, czy po­wi­nien za to winić in­stru­ment, sub­stan­cję czy Werę. Za­char­czał prze­cią­gle.

– Che dia­vo­lo…? – Ka­pi­tan wy­glą­da­ła na za­sko­czo­ną.

Otwo­rzył oczy i po­trzą­snął głową. Przez chwi­lę miał wra­że­nie, że z dna jaru wy­sta­je jakaś skom­pli­ko­wa­na me­ta­lo­wa kon­struk­cja oto­czo­na błę­kit­nym świa­tłem.

– Rów­nież za­uwa­ży­łeś? To nie­sa­mo­wi­ty teren, miej­sce daw­nej chwa­ły i ukry­tych ście­żek. Ar­ghor mówi, że nas ochro­ni, za­bie­rze przez… ścia­nę. Prze­pro­wa­dzi do swo­je­go kró­le­stwa. Ko­niecz­na jest tylko… moc. Po­sia­dasz moc? Ener­gię? – Prze­rwa­ła. – Ar­gho­rze? Nie ro­zu­miem…

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział bez­barw­nie Marek. – Po­sia­dam. Moja po­ten­cja… Je­stem po­tęż­ny.

– Nie wy­głu­piaj się. Wi­dzisz, zdaję sobie spra­wę, że drwisz – od­po­wie­dzia­ła. – Nie stra­ci­łam ro­zu­mu. Po pro­stu nie za­wsze wy­raź­nie od­czy­tu­ję jego… myśli. Teraz już to wiem. Poza tym słowo daję, że je­że­li się wy­si­lisz, rów­nież i ty ją zo­ba­czysz: twarz Ar­gho­ra nad sze­ro­ką, czar­ną drogą usia­ną gwiaz­da­mi…

Marek za­mknął oczy i przy­ło­żył rękę do czoła. Wes­tchnął.

 

Opie­ra­li się o sie­bie ple­ca­mi.

Po przy­ję­ciu nar­ko­ty­ku, wbrew ocze­ki­wa­niom, Marek czuł się jesz­cze bar­dziej wy­czer­pa­ny. Wera rów­nież sła­nia­ła się na no­gach.

– To był, nie­mą­dra pani ka­pi­tan… – Prze­rwał, żeby zła­pać po­wie­trze. – To był o ten jeden… dwu­oso­bo­wy wypad za dużo.

Ol­brzy­my szły z trzech stron. W po­bli­żu środ­ka wiel­kiej jamy przy­par­ły ich do kra­wę­dzi za­ro­śnię­te­go pa­pro­cia­mi dołu. Stok był stro­my, głę­bo­kość nie­okre­ślo­na.

– Wiesz… – Wera wy­strze­li­ła kulę z ostat­nie­go pi­sto­letu i od­rzu­ci­ła go. – Ża­łu­ję tylko, że nie zdą­ży­łam cię zabić sama.

Się­gnę­ła po sza­blę.

W tej samej chwi­li Marek szarp­nął to­wa­rzysz­kę, ra­tu­jąc ją przed le­cą­cym to­po­rem.

– Nie do­sta­ła­byś wtedy… do­wo­du mo­je­go od­da­nia – wy­sa­pał, wci­ska­jąc jej w dłoń gra­nat. Od ża­rzą­ce­go się knota od­pa­lił długi lont. Na przy­ci­na­nie nie mieli czasu.

Naj­bliż­si gi­gan­ci cof­nę­li się trwoż­li­wie. Ostat­nio na­uczy­li się re­spek­tu wobec dy­mią­cych lon­tów.

Od­sło­ni­li jed­nak sto­ją­cych z tyłu oszczep­ni­ków.

Wera sko­czy­ła w dół, w pa­pro­cie, cią­gnąc Marka za sobą. Z im­pe­tem spa­dli w pół­mrok i po­le­cie­li mię­dzy omsza­łe głazy. Coś pi­snę­ło. Ła­si­co­wa­te stwo­rze­nie w ostat­nim mo­men­cie umknę­ło przed to­czą­cy­mi się cia­ła­mi. Nie­bo­fret­ka? Wera pół­przy­tom­nie spoj­rza­ła na trzy­ma­ny w ręku przed­miot. Zmarsz­czy­ła brwi, a potem – cho­ciaż dżun­gla wokół stała w ogniu, choć oboje le­że­li po­tłu­cze­ni i po­mi­mo że czy­ha­li na nich wro­go­wie – nie­spo­dzie­wa­nie się roz­pro­mie­ni­ła.

In­cre­di­bi­le, gra­nat! – wy­krzyk­nę­ła. – Na­resz­cie! O to cho­dzi­ło! Od po­cząt­ku wie­rzy­łam, że masz moc.

Lont się koń­czył.

Po­ca­łu­nek sma­ko­wał krwią i pro­chem.

 

Wojna i śmiech

Mar­tin Koval po­pa­trzył mi­mo­cho­dem na ni­skie­go męż­czy­znę, który opie­rał się o ścia­nę kan­ty­ny. Ści­ska­ją­cy w dło­niach kubek z kawą dok­tor Goldo od­wza­jem­nił spoj­rze­nie. Star­szy spe­cja­li­sta miał przez mo­ment po­czu­cie, że w oczach nie­po­zor­ne­go po­ten­ta­ta czai się jakaś głę­bia. Ukry­ta wie­dza. Obca siła.

Po­trzą­snął głową.

Co za bzdu­ry.

– A zatem, osta­tecz­nie, nikt nie wy­grał na­sze­go za­kła­du – po­wie­dział Je­sper, prze­ta­so­wu­jąc sfa­ty­go­wa­ne karty.

– Nikt – po­twier­dził Mar­tin. – Za­bi­li ich gi­gan­ci, i to zanim co­kol­wiek się roz­strzy­gnę­ło. – Na kilka chwil żoł­nie­rze tak­tow­nie spu­ści­li głowy w mil­cze­niu. – Nie­mniej… Zaraz, zaraz. – Uniósł palec. – Byli parą i umar­li razem w walce. Zgod­nie ze sta­rym zwy­cza­jem Ce­sar­stwa ozna­cza to, że za­war­li mał­żeń­stwo przed ob­li­czem boga wojny!

– Cho­le­ra – za­klę­ła sier­żant de Rossi, się­ga­jąc po pi­sto­let. – A ja tak bar­dzo lu­bi­łam swoje jajca.

W izbie roz­legł się śmiech.

Wciąż sze­ro­ko się szcze­rząc, Mar­tin po­now­nie skie­ro­wał wzrok ku ścia­nie. Goldy już przy niej nie było.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Włoskich wulgaryzmów na szczęście nie zrozumiem, niemniej – dziękuję za uprzedzenie. ;)

Świetne motto. :)

 

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):

„Nie wierzcie w szczęście, tylko w taktykę i porządek!” (brak tu jakiegoś znaku interpunkcyjnego – nie wiem, jaki chciałeś zamieścić – albo części zdania?) Tak upominała ich twarda jak żelazo pani kapitan.

Nie musiał pytać (przecinek?) czyje.

Chwyciła go za kołnierz, przyciągając jego twarz do swojej. – powtórzenie/styl? – może drugie pominąć?

 

– Posłuchaj. – Wypowiedział to słowo z naciskiem. – tu chyba małą literą i bez kropki, bo jest „gębowe”?

– Pamiętaj, że to ja tu dowodzę. – Westchnęła. – tu też?

– To był, niemądra pani kapitan… – Przerwał, żeby złapać powietrze. – i tu?

 

Miały to być artefakty stworzone przez ludzi, którzy byli tutaj nie tylko przed Homo sapiens i Homo giganteus, lecz nawet przed dżunglą. – powtórzenie?

Może te mechanizmy są małe. Albo niewidzialne. – mam wątpliwość, czy to nie zdania pytające (?)

– No, że wtłoczysz mi to w ramach eksperymentu (przecinek?) jak jakiemuś maledetto zwierzakowi?

Niebo wyglądało niczym wielka (przecinek?) odwrócona misa wypełniona ognikami.

Maledetto bóg gigantów domaga się uwagi. – czy tu nie ma być gdzieś znaków interpunkcyjnych?

Marek przewrócił kapitan na plecy, jego dłoń zatrzymała się na jej gardle, czuł pulsujący pod palcami (przecinek?) szybki rytm.

– Czy oni się pieprzą (przecinek?) czy walczą na śmierć i życie?

 

Nade wszystko zachwycił mnie wykreowany świat: święte stworzenia, bijący się o nie giganci i ich wygląd oraz sposoby prowadzenia walki przez te stwory. Do tego dochodzą: przeszłość obojga głównych bohaterów i ich cele oraz marzenia. Wszystkie makabryczne sceny zabójstw opisałeś bardzo realistycznie. Wspominane wielokrotnie, niecne zasady działania Kompanii również zasługują na brawa – wszystko opiera się na zyskach i kasie, niestety…

 

Klikam podwójnie za oryginalność oraz pomysł na przerażający świat fantastyczny. :)

Powodzenia przy nominacjach, pozdrawiam serdecznie i świątecznie. ;) 

Pecunia non olet

Tytuł, oczywiście, kojarzył mi się z “Aleją gwiazd”. 

Fajny pomysł z narkotykiem pozwalającym na kontakt z bogiem. Prawdziwym, realnie istniejącym. Czy sugestia, że bóg lubi matematyków, jest świadoma? ;-)

Chętnie poznałabym więcej szczegółów na temat świata – czy to historia alternatywna, czy daleka przyszłość? Jeśli to drugie, to dlaczego Rzym się powtórzył? I to ze szczegółami dotyczącymi tóg i broni, którą można pod nimi ukryć. Region jak każdy inny nad Morzem Śródziemnym.

Babska logika rządzi!

@bruce

„Nie wierzcie w szczęście, tylko w taktykę i porządek!” (brak tu jakiegoś znaku interpunkcyjnego – nie wiem, jaki chciałeś zamieścić – albo części zdania?)

Skorzystałem z opcji polecanej między innymi tutaj:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zbieg-znakow-interpunkcyjnych-po-raz-kolejny;19427.html

 

Chwyciła go za kołnierz, przyciągając jego twarz do swojej. – powtórzenie

Zgoda, że "go" i "jego" lekko współbrzmią, nawet jeśli to różne przypadki zaimka "on". Czasem zostawiam takie w naturalny sposób pojawiające się koincydencje, zwłaszcza gdy trudno się ich pozbyć bez naruszenia płynności i rytmu, i pewnej naturalności właśnie. Albo bez powtórki imienia postaci. Przy czym w narracji typu POV mnożenie i dowolne, niekontekstowe stosowanie różnych oznaczeń (określeń) bohaterów jest czymś, czego wolę nie praktykować. Choć też nie zawsze da się tego uniknąć. Anglicy mają łatwiej: wprowadzają POV-a imieniem na początku dłuższego ustępu, a potem już odnoszą się do niego zaimkami. One w ichnich tekstach są znacznie bardziej przezroczyste niż w polskich i w dodatku nie zaczepiają się o rozmaite przedmioty (kwestia referencji zaimka), które co do zasady mają tam inny rodzaj gramatyczny niż ludzie.

 

Miały to być artefakty stworzone przez ludzi, którzy byli tutaj nie tylko przed Homo sapiens i Homo giganteus, lecz nawet przed dżunglą. – powtórzenie?

Tego nie widziałem. Będę się musiał zastanowić, jak to najlepiej przerobić.

Dziękuję za kliki :)

 

@Finkla

Tytuł, oczywiście, kojarzył mi się z “Aleją gwiazd”.

I to jest, rzecz jasna, właściwe skojarzenie.

 

Czy sugestia, że bóg lubi matematyków, jest świadoma? ;-)

Tak, myślę, że większość bogów ich lubi. Co prawda, są i tacy, którzy matematyków nienawidzą, na przykład bogowie chaosu raczej nie przepadają za nimi. Mogą najwyżej lubić Mandelbrota i innych “chaosytów”. Albo i nie, bo oni jednak też w bałaganie znajdują porządek ;)

 

to historia alternatywna, czy daleka przyszłość?

Świat alternatywny. Przyczyną zmiany historii mogłoby być na przykład pojawienie się gości z innej alternatywy (giganci?), na zasadzie efektu motyla, albo inne wydarzenie, o którym wcale nie wspomniałem.

Togi noszone rzadziej niż kiedyś, ale nadal obecne. Racja, że pewnych rzeczy nie pokazałem wyraźnie.

 

Bruce, Finklo, dziękuję Wam obu. Piszecie tyle przydatnych komentarzy. Jesteście niestrudzone :)  

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

I ja dziękuję; wszystko jasne; każda sugestia jest tylko wątpliwością ze znakiem zapytania; pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki za Piórko. :) 

Pecunia non olet

Początkowo nie czytało się łatwo, bo zacząłeś od potyczki, pokazałeś osobliwy świat i szczególne wydarzenia, więc poczułam się nieco zagubiona, ale z czasem rzecz się wyklarowała, wciągnęła i mogłam skupić uwagę na losach bohaterówich i ich relacji, nie tracąc z oczu poczynań innych postaci, że o miejscowych gigantach i skutkach zażywania specyficznego narkotyku nie wspomnę. 

Uważam, że opowiadanie zasługuje nie tylko na Bibliotekę, ale także na zainteresowanie Loży.

 

– Po­słu­chaj.Wy­po­wie­dział to słowo z na­ci­skiem. → – Po­słu­chaj – wy­po­wie­dział to słowo z na­ci­skiem.

 

Haaa! Tego właśnie chcę! – usłyszała. → Haaa! Tego właśnie chcę! – Usłyszała.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Och, uwagi względem zapisu dialogów. Akurat to. Dopiero co poteoretyzowałem o dialogach pod tekstem Anonima i chwilowo czuję przesyt tematem, więc zrezygnuję z dyskusji. Mam wątpliwości, jednak obiecuję, że jeszcze się zastanowię, zwłaszcza skoro to propozycje poprawek od Boskiej Korektorki ;) Zaskakuje mnie, ale też raduje oczywiście, że nie wypatrzyłaś nic więcej. Chociaż jakoś tak dziwnie nie mieć przynajmniej paru literówek do poprawienia po Twojej wizycie.

Dziękuję za przeczytanie i cieszę się, że z czasem wciągnęło i mogłaś się skupić na tym, co najważniejsze. Za kliki, naturalnie, również jestem wdzięczny.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Bardzo proszę, Jerohu. I cóż mogę dodać – wiem, że umiesz pisać, że czytając Twoje teksty mogę skupić się wyłącznie na opowiadanej historii. I nie jestem zaskoczona, jeśli czasem zdarzy się jakaś literówka, bo one zdarzają się każdemu, nawet najlepszym.

A uwagi z łapaneczki – cóż, zrobisz z nimi co zechcesz, wszak to Twoje opowiadanie, Ty tu rządzisz. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeszcze raz dziękuję :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Nowa Fantastyka