„Przyjaciele są jak druga jaźń.” – Arystoteles (Etyka nikomachejska, IX, 4)
Wczoraj zamordowałem najbliższą mi osobę.
Przyjaźń zwłaszcza ta pielęgnowana przez lata, jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie mogą przydarzyć się człowiekowi. Mogę tylko współczuć tym, którzy nigdy jej nie zaznali. Teraz jednak sam znalazłem się wśród tych, którym zawsze współczułem najbardziej: ludzi złączonych silną więzią, brutalnie przerwaną przez śmierć jednego z nich.
To właśnie spotkało mnie. I choć brzmi to kuriozalnie, morderstwo, którego dokonałem los, który na siebie sprowadziłem, nie jest całkowicie moją winą.
Chodziliśmy razem do szkoły średniej, lecz nasza znajomość ograniczała się do mglistego rozpoznawania się nawzajem i chłodnej wymiany uprzejmości. Mimo że uczęszczaliśmy na te same zajęcia z szermierki, nie wdaliśmy się nigdy w żadną rozmowę. Przywitanie i pożegnanie, wszystko odbywało się bez zbędnych konwenansów, typowych dla ludzi, którzy widują się regularnie, lecz pozostają sobie obcy.
Zapewniam więc, iż znajomość ta była w swej istocie czysto powierzchowna i trwałaby zapewne do końca naszej edukacji, gdyby nie nagła, całkowita absencja mojego przyszłego przyjaciela.
Miał na imię Maurycy – wspominam o tym jedynie dla klarowności wywodu, gdyż podówczas nawet tego nie wiedziałem. Jego zniknięcie, choć owiane aurą tajemnicy, nie wzbudziło we mnie najmniejszej refleksji. Życie toczyło się dalej, studia ukończyłem z wyróżnieniem – które, jak się wkrótce okazało, nie znaczyło wiele.
Naturalną koleją rzeczy było pozostanie na uczelni, co zapoczątkowało moją (czasem burzliwą) karierę akademicką. Od zawsze pasjonowała mnie matematyka! Dla przeciętnego człowieka to jedynie liczby i figury, odrobina arytmetyki, za którą kryje się przepaść niezrozumiałych równań. Dla mnie jednak jest ona drogą do prawdy, drogą absolutną.
Nie jest to jednak esej filozoficzny. Wspominam o matematyce, ponieważ stanowi ona oś, wokół której zbudowana jest moja tożsamość. Bez niej byłbym bezkształtny, amorficzny, byłbym nikim.
Spróbuję uporządkować swoje myśli, które, z oczywistych powodów rozstrojone, nie chcą ułożyć się w spójną całość.
Przejdę zatem do dnia, który na zawsze odmienił moje życie. Choć wydarzył się przeszło dziesięć lat temu, pamiętam go z niepokojącą dokładnością nie dlatego, że był wyjątkowy, lecz przeciwnie: przez swoją zwyczajność utrwalił się we mnie jak klisza, do której powracałem tak często, aż przestała należeć do przeszłości.
Byłem już wówczas szanowanym profesorem, choć, jak na zajmowane stanowisko, stosunkowo młodym. Zajmowałem się problematyką liczb urojonych w kontekście fraktali, opierając się głównie na pracach Cantora i Sierpińskiego. Problem, który próbowałem rozwiązać, zdawał się jednak opierać wszelkim próbom, jakby sam w sobie zawierał zakaz poznania.
Wtedy właśnie spotkałem jego.
Nie był żadnym genialnym matematykiem, jak można by przypuszczać. Był on bowiem zwykłym cieciem.
Natknąłem się na niego późnym wieczorem, błąkając się bez celu po korytarzach uczelni. Myjąc podłogę zagadnął mnie pytaniem “czy tu pracuję”. Odpowiedziałem zdawkowo i już miałem odejść, gdy zawołał mnie po imieniu.
Zatrzymałem się.
Potrzebowałem chwili, by wydobyć jego twarz z zamglonych pokładów pamięci. W młodości wyglądem przypominał jednych z wielu, sylwetka przeciętna, rysy nie godne zapamiętania. Tymczasem przede mną stał ktoś zupełnie inny.
Ciało miał jakby nadlane ponad miarę, brzuch wylewał się spod koszuli, ramiona nabrzmiałe w sposób niemal nienaturalny, jakby obce własnej konstrukcji. Cała jego postać zdawała się zapadać w sobie, jakby ciężar materii przewyższał możliwości utrzymującego ją szkieletu.
Wyciągnął do mnie dłoń.
Palce, grube, bezkształtne, przypominające pęta kiełbasy, zakończone były paznokciami, spod których sączył się brud o barwie i konsystencji budzącej mimowolne skojarzenia z rozkładem.
Nie cofnąłem się.
Ująłem jego dłoń.
I wtedy to zobaczyłem.
Nie jego twarz, tę wciąż miał obcą, lecz spojrzenie. Zbyt uważne. Zbyt przenikliwe. Nie było w nim ani śladu uprzejmości, którą przed chwilą udawał. Patrzył na mnie tak, jak badacz patrzy na obiekt, który nieoczekiwanie okazał się interesujący.
W tej samej chwili zrozumiałem i, co dziwniejsze, poczułem.
Obrzydzenie.
I coś jeszcze.
Z początku nasza znajomość sprowadzała się do chłodnej, zawodowej uprzejmości i zapewne pozostałaby na tym poziomie, gdyby pewnego wieczoru nie zastał mnie samotnego.
Siedziałem w sali wykładowej, pogrążony – jak mniemam – w rozważaniach nad naturą egzystencji. Dla przeciętnego człowieka myśli tego rodzaju mogą uchodzić za wzniosłe; dla mnie były jedynie intelektualnym odruchem, czymś równie trywialnym jak sporządzanie listy zakupów.
Usiadł obok.
Zaczął wypytywać o moją pracę, lecz odpowiadałem zdawkowo, z uprzejmą rezerwą, która zazwyczaj wystarcza, by zakończyć podobne próby nawiązania rozmowy.
Nie tym razem.
Milczał przez chwilę, jakby ważył słowa, po czym stwierdził, tonem niemal obojętnym, że całun, którym osłaniam się przed światem, jest niczym innym jak Andersenowskimi szatami.
Nie pamiętam, by kiedykolwiek wcześniej ktoś zwrócił się do mnie w ten sposób. Nie było w tym złośliwości. Nie było też podziwu. Była jedynie chłodna konstatacja, jakby nazwał rzecz, która od dawna czekała na swoje określenie.
I, ku własnemu zdumieniu, nie poczułem gniewu.
Poczułem ciekawość.
Bez słowa podałem mu swoje zapiski.
Przeglądał je powoli, z niezgrabną uważnością, która w pierwszej chwili wydała mi się niemal karykaturalna. A jednak, im dłużej patrzyłem, tym trudniej było mi utrzymać tę ocenę.
Rozumiał.
Nie w pełni, nie precyzyjnie, lecz wystarczająco, by uchwycić strukturę. Miał w sobie coś, co pozwalało mu poruszać się po tych zagadnieniach intuicyjnie, jakby omijał konieczność formalnego przygotowania.
Nie wytrzymałem.
Zacząłem mówić, najpierw powściągliwie, potem coraz szybciej, aż w końcu niemal perorowałem, rozwijając przed nim kolejne etapy moich rozumowań.
Słuchał.
I nie przerywał.
Tej nocy nie opuściliśmy sali.
Cóż, drogi czytelniku od tej chwili nasza przyjaźń, spajana matematycznymi równaniami, zacieśniała się z każdym dniem.
Początkowo nieznacznie, niemal niedostrzegalnie, lecz z czasem przybrała formę, którą najtrafniej oddać można jako zależność mistrza i ucznia.
Uczyłem go.
A przynajmniej tak mi się wydawało. Maurycy nie posiadał wykształcenia. Z tego, co zdołałem ustalić, nie ukończył nawet szkoły średniej. Nigdy nie dociekałem przyczyn tego stanu rzeczy, nie widziałem w tym żadnej wartości poznawczej.
Liczył się wyłącznie efekt.
A ten był… niepokojący.
W ciągu kilku lat opanował zagadnienia, których przyswojenie wymaga zwykle dekad pracy: algebrę abstrakcyjną, teorię mnogości, równania różniczkowe. Czynił to w sposób nierówny, chwilami toporny, wręcz oporny, jakby jego umysł odrzucał formę, którą próbowano mu narzucić. A jednak za każdym razem, gdy wydawało się, że dotarł do granicy swoich możliwości, przekraczał ją, nie metodą, lecz czymś na kształt intuicyjnego skoku.
Nie rozumiałem tego.
I z biegiem czasu coraz mniej mnie to interesowało.
Wystarczało, że był.
Spotykaliśmy się niemal każdej nocy. Rozmawialiśmy w języku, który dla innych pozostawał niedostępny, języku struktur, zależności i abstrakcji, w którym rzeczywistość ulegała redukcji do czystej formy.
Czasem wspominał o swojej rodzinie.
Słuchałem go wtedy z rosnącą obojętnością. Opowiadał o sprawach powtarzalnych, banalnych, o troskach, które zdają się definiować egzystencję większości ludzi. Było w tym coś niemal mechanicznego, jakby odgrywał przypisaną mu rolę, nie rozumiejąc jej sensu.
Szybko jednak powracał do tego, co istotne.
Do mnie.
Z czasem zacząłem dostrzegać zmianę.
Jego uwagi przestały mieścić się w granicach tego, czego go nauczyłem. Nie tylko kwestionował moje wnioski, ale mijał je. Dochodził do tych samych rezultatów innymi drogami, jakby struktura, nad którą pracowałem latami, była dla niego jedynie jednym z wielu możliwych wariantów.
Nie konsultował się.
Nie potrzebował mnie.
Wtedy po raz pierwszy poczułem coś, czego nie potrafiłem nazwać.
Nie był to jeszcze gniew.
Raczej… pustka.
Jakby coś, co dotąd stanowiło integralną część mojego istnienia, zostało nagle wyjęte, pozostawiając po sobie wyrwę w przestrzeni.
Niestety każdy kolejny dzień stawał się fundamentem następnego piekła. Jego postać niegdyś śmieszna, niemal żałosna przestała budzić we mnie wstręt, a zaczęła rodzić wrogość.
Powodowany narastającą niechęcią, zacząłem go unikać. Pod pretekstem pracy, zmęczenia, obowiązków. Odrzucałem jego propozycje spotkań, skracałem rozmowy, uciekałem w samotność, która okazała się znacznie mniej znośna, niż przypuszczałem.
Nie potrafiłem pracować bez niego.
Każda próba powrotu do wcześniejszego rytmu kończyła się fiaskiem. Myśli rozpraszały się, konstrukcje rozpadały, wnioski pozostawały niepełne. To, co wcześniej było procesem ciągłym, stało się nagle wysiłkiem pozbawionym kierunku.
Maurycy, choć nie mógł o tym wiedzieć, stał się moim oprawcą. Dręczył mnie i prześladował nie w rzeczywistości, lecz w mojej udręczonej jaźni.
Widok jego spoconej, zdeformowanej sylwetki sunącej po uniwersyteckich korytarzach wzniecał we mnie gwałtowny, niemal ognisty afekt. Nieraz musiałem powstrzymywać się, by się na niego nie rzucić.
Kochałem go i nienawidziłem jednocześnie.
Owa ambiwalencja stopniowo obdzierała mnie z poczytalności, wciągając coraz głębiej w bezdenną toń szaleństwa.
Czarę goryczy przelało jednak jego ostateczne zwycięstwo.
Doszło do niego w zeszłym miesiącu, podczas corocznego kongresu matematyków. To właśnie tam odczytano pierwsze poprawne rozwiązanie hipotezy Poincarégo i ogłoszono nazwisko człowieka, który jej dokonał.
On – o zgrozo! – nie odebrał nagrody, nie podał nawet swojego imienia i nazwiska, zgłaszając rozwiązanie tej hipotezy. A jednak wiem, że to był Maurycy. Rozpoznałbym wszędzie ten sposób myślenia, ten jego język prosty, opuchnięty, wypluwający słowa i symbole, bardziej spotworniałe niż ciała dziwek zżartych przez syfilis.
Teraz zaś, mój drogi czytelniku, rzucę w eter pytanie, na które nigdy nie uzyskam odpowiedzi: jak to możliwe, że ta przepastna góra łoju była w stanie rozwiązać problem, który przez lata opierał się umysłom mojego pokroju? Czyż nie był to cud? Boska interwencja? Objawienie, które obdarzyło idiotę nieśmiertelnością?
Jakże wtedy lamentowałem, jak płakałem nad swoim losem. A jednak nawet wówczas, kryjąc załzawioną twarz w dłoniach, kochałem go i podziwiałem jego dowód. Widziałem go niczym Hefajstosa, wykuwającego w pocie czoła drogę do prawdy.
Wtedy też zrozumiałem, że muszę go zabić.
Nie powodowała mną zazdrość, to nie byłby powód, by odebrać komuś życie. To jego dar… To on pozwolił nam się poznać, zrozumieć ale i on nas rozdzielił, zburzył homeostat, który tak pieczołowicie budowałem. Nie mogłem żyć ze świadomością, że on istnieje, że gdzieś jest, tworzy, odkrywa prawdy, które dla mnie pozostaną na zawsze niedostępne. Dlaczego rzeczywistość postanowiła odsłonić się właśnie przed nim?
Przyznam, że nie rozwodziłem się nad sposobem dokonania samego czynu. Proszę mnie zrozumieć, nie pragnąłem jego cierpienia. Chciałem jedynie się od niego uwolnić, pozwolić swoim płucom wreszcie zaczerpnąć powietrza. Gniłem od środka, śmierć jednego z nas była kwestią czasu. Musiałem wybrać.
Choć każdy z nas jest trzciną, słabą i kruchą, nie każdy jest trzciną myślącą.
Zdaję sobie sprawę, że mój czyn zasługuje na potępienie i karę. Lecz jedyne, czego pragnę, to zrozumienia. Odbierając go światu, skazałem się na wieczne męki samotności, ale ocaliłem siebie, własną poczytalność..
Cóż, drogi czytelniku, nie było żadnej wysublimowanej pułapki, żadnej trucizny ani wynajętego zabójcy. To zakrawałoby na literacką fikcję.
Pewnego dnia zaprosiłem go, byśmy wspólnie omówili przygotowany przez niego dowód.
Najgorsze jest jednak to, że on wiedział. Wiedział, że znam jego dowód na pamięć, studiowałem go godzinami, linijka po linijce. A mimo to przyszedł.
Oprawca dobrowolnie przemienił się w ofiarę.
Ja jednak byłem zbyt podniecony, zbyt zniecierpliwiony, by to dostrzec. Pragnąłem jedynie spokoju. Pragnąłem odzyskać życie, które – jak sądziłem – zostało mi odebrane.
Staliśmy w gabinecie sami, a księżycowa łuna zastępowała światło lamp. Czekałem, aż się odwróci. Nie mogłem uderzyć, póki stał do mnie tyłem. Palce zacisnęły się na rękojeści noża tak mocno, że gotów byłbym przysiąc, iż pękną, nim Maurycy spojrzy mi w twarz.
Nie zawiódł mnie.
Powolnym ruchem zaczął się odwracać. Dopiero gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, ruszyłem na niego. Uderzałem raz za razem, z fanatyczną zapalczywością, aż jego ohydne cielsko zwaliło się na mnie i musiałem zepchnąć je na fotel.
Trzymając się za podziurawione brzuszysko nie wyjąkał nawet słowa.
Nic.
On wiedział. Od początku wiedział, że idzie na rzeź.
Patrzyłem, jak życie uchodzi z jego oczu. Patrzyłem na mojego jedynego przyjaciela i płakałem, nad swoim losem, nad stratą, której zmuszony byłem doświadczyć.
W jego gasnącym spojrzeniu tliło się coś jeszcze… coś, co drgało w rytmie jego słabnącego serca.
Współczucie.
Za to właśnie znienawidziłem go po tysiąckroć.
Znienawidziłem i pokochałem.