- Opowiadanie: StaryScislaka - Sery Bagenonu, czyli anex do Symfonii Pieśni Żałosnych

Sery Bagenonu, czyli anex do Symfonii Pieśni Żałosnych

Dobrze, co mam na to powiedzieć? Co się mówi w takich momentach?

Sery Bagenonu powstały gdy byłem jeszcze studentem, jako część wspólnego projektu, który robiłem wtedy z kumplem. Jest to tekst do bólu meta,  przesiąknięty abstrakcyjnym humorem, obskurnymi nawiązaniami i stanowiący in-lore część jednego z najważniejszych tekstów religijnych. Tak, jeżeli ktoś patrzył na moje pozostałe teksty i ich... dosyć brutalną naturę, to ten tekst, w tym samym uniwersum, jest brany na poważnie jako tekst religijny.

Sery Bagenonu są prześmiewcze, czasem celowo świntuszą (ja naprawdę nie jestem stoopkarzem, przysięgam, to tylko żarty) i mam nadzieję, że komuś poprawią humor.

Miłego czytania ...i przepraszam.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Sery Bagenonu, czyli anex do Symfonii Pieśni Żałosnych

I ujrzeli wielki Bage­non, mia­sto roz­le­głe, z którym żadne z wiel­kich gro­dów cesar­skich, ni bogata Nova, ni bapo­néj­ski Baar nie mogły się rów­nać.

 

Mia­sto ota­czał wysoki mur z czer­wo­nej gliny, cegieł i pia­skowca pustyni, a co sie­dem­dzie­siąt dłu­go­ści wzdłuż muru stały okrą­głe baszty. Główna brama wyra­stała z ziemi niby góra, niczym drzewa naj­więk­sze pięła się ku słońcu, tak, że nawet lata­jący wie­lo­ryb był przy niej malut­ki, niczym szczur przed wro­tami pałacu.

 

Brama miała kolor mor­skiej toni, głę­boki gra­nat wśród pustyn­nych pia­sków, a zdo­bie­nia wyko­nano z naj­czyst­szego złota. Nad wiel­kimi wro­tami wid­niał wyko­nany z rubi­nów napis.

 

 – Tu leży ten, który nie poznał drogi do drzewa – odczy­tał wie­lo­ryb, po czym klap­nął na ziemi nie­zręcz­nie i bezceremonialnie zasnął, gdyż jego zmęczenie było strasz­li­we i wielkie.

 

Gdy tylko podróż­nicy zjechali z wie­lo­rybiego grzbietu, wybiegł ku nim oddział wojow­ni­ków o moc­nej budo­wie, ubra­nych jedy­nie w skó­rzaną bie­li­znę z rze­my­ków. Ujrzaw­szy nagusów, Nœmi Ægis, córka kar­to­grafa, oblała się rumień­cem, a szla­chetny rycerz Unless Franck dał znak, by wszy­scy zachowali ostrożność, bo nie­wia­dome były cele nad­cho­dzą­cych pół­go­la­sów.

 

Wojo­wie prędko oto­czyli zmę­czonych ewan­ge­li­za­to­rów i śpią­cego wierz­chowca, a jeden z nich, ubrany oprócz rzemyków, rów­nież w skó­rzane ochra­nia­cze i czer­woną pele­rynę, wyszedł na przód, woła­jąc słowa, któ­rych wędrowcy nie rozu­mieli, (a kro­ni­karz nie ma zamiaru wymy­ślać), po czym rzu­cił im pod nogi dymiącą kulę, która uśpiła wszyst­kich, poza sztuk­mi­strzem Bigu­sem Bonu­sem, który zawczasu wyko­nał ręką gest obronny.

 

Bigus miał mało czasu, pętla nagusów była coraz mocniej zaciśnięta, a on, jak oto­czony niedź­wiedź, został zmu­szony do despe­ra­cji. Naj­pierw odpo­wied­nio usta­wił głos, szyb­kie zła­pa­nie dobrego dźwięku pozwo­liło mu puścić w stronę wro­gów falę ude­rze­niową, która prze­wró­ciła część niespo­dzie­wa­jących się oporu wojow­ni­ków, zry­wa­jąc z nich resztki ską­pej gar­de­roby. Następ­nie chwy­cił palec i wyko­nu­jąc szyb­kie gesty, wznie­cił małą burzę pia­skową, po czym dmu­cha­jąc z całych sił, zamro­ził wznie­siony piach. Ude­rzał pro­mie­niami kuli­stymi, zio­nął ogniem i odrzu­cał kolej­nych zbli­ża­ją­cych się gola­sów falami ener­gii kine­tycz­nej. Walka trwała kolej­nych parę chwil, aż w końcu, po boha­ter­skim sta­wia­niu oporu, Bigus Bonus upadł na kolana, splu­nął krwią i ostat­kiem sił rzu­ca­jąc nie­oby­czajne słowa, stra­cił przy­tom­ność.

 

 

Ciem­ność nastała w gło­wach nie­do­szłych misjo­na­rzy. Zły sen, który ich zmo­rzył był jak pozba­wia­jąca wszel­kiej myśli i snów pustynna otch­łań.

 

 

Pierw­szy ock­nął się Unless. Czuł jedy­nie tępy ból głowy utrud­nia­jący wszelką myśl, ciało miał kom­plet­nie wyzute z ener­gii, obo­lałe i bez­władne.

 

 Mimo nie­przy­jem­no­ści i otę­pie­nia przez umysł szla­chet­nego ryce­rza prze­szła myśl, że potrze­buje oce­nić swoją sytu­ację, ale kumu­la­cja bólu i zmę­cze­nia nie pozwa­lała nawet na otwar­cie oczu. Po chwili bez­sku­tecz­nej walki z zamkniętymi oczyma Unless sku­pił swoją uwagę na resz­cie obo­lałego ciała. Czuł zimno. Zimna, naga skóra doty­kała jesz­cze zim­niej­szą posadzkę, która była niby szkło, albo wyszli­fo­wany kamień. Deli­katny ruch cia­łem zdra­dził, że były to płyty lub kafle oddzie­lone od sie­bie bar­dzo cienką fugą.

 

Nagie ciało. Nagie…

 

Unless z tru­dem pojął, że skoro jest nagi, to ktoś musiał go roze­brać. Ostat­nie co pamię­tał atak pół­na­gich wojow­ni­ków z wiel­kiego mia­sta. Czy to oni go roze­brali? Pew­nie tak. Został roze­brany i przy­nie­siony na zimną posadzkę przez grupę nie­skrom­nych sodo­mi­tów. Pyta­nie, czy ten sam los spo­tkał pozo­sta­łych, a jeżeli tak, to rów­nież jego szla­chet­nego kuzyna i Ægis. Biedną Ægis, czy została skrzyw­dzona? Być może, może nie, nie mniej jed­nak syn rodu Franc­ków wie­dział, że będzie musiał pomścić tę znie­wagę.

 

Unless usły­szał kasła­nie, mokre, jakby pełne flegmy. Kto to mógł być? Czło­nek grupy, czy może straż­nik? Zaraz po kasła­niu sły­chać było cichy pomruk i wes­tchnie­nie, dźwięk jakby kla­śnię­cia, bar­dzo gło­śny i wysoki pisk i zachry­pły kobiecy głos. 

 

– Łapy przy sobie! – W tym momen­cie, pod pre­sją cie­ka­wo­ści, oczy Unlessa Francka w końcu ustą­piły, a przed nim uka­zała się nie­zwy­kła scena.

 

Przed nim sie­działa, przy­kry­wa­jąc dłońmi piersi i łono naga Ægis, obok, rów­nież roze­brany do rosołu, trzy­ma­jący zaczer­wie­nioną twarz, mam­ro­czący coś o prze­pro­si­nach Aaron-Domi­nic, a w kącie kawa­łek dalej plu­jący krwią Bigus.

 

– Gdzie jeste­śmy? – Zapy­tał sła­bym gło­sem Unless – Co to za miej­sce?

 

– Nie wiem – powie­działa led­wie sły­szal­nie Nœmi – chyba w jakimś pałacu.

 

Wszy­scy rozejrzeli się po otaczającej ich wielkiej sali. Osadzony na kolo­sal­nych kolum­nach sufit przy­po­mi­nał nocne niebo. Ściany wypeł­niały roślinne orna­menty oraz naturalny bluszcz i wino­rośl. Wzdłuż ścian stali wojow­nicy przy­odziani tak samo, jak siepacze, któ­rzy wcze­śniej poj­mali grupę, a w dło­niach trzy­mali trąby. Na środku halli rosło wiel­kie drzewo, na któ­rego czubku, w wiel­kim kwie­cie, leżała kobieta.

 

Gdy kobieta spo­strze­gła wybu­dzo­nych misjo­na­rzy, podnio­sła dłoń, a cała grupa została bez­wol­nie przyciągnięta przed jej obli­cze. Obo­lali święci podróż­nicy nie pro­te­sto­wali, nie mieli na to sił. Pozwo­lili kobie­cej magii się unieść i usa­do­wić wygod­nie na leżą­cych pod drze­wem podusz­kach z naj­de­li­kat­niej­szego jedwa­biu. Patrząc na domi­nu­ją­cą postać kobiety, podróż­nicy zauważyli, że była doj­rzała, lecz piękna. Jej nie­ska­zi­telne rysy twa­rzy, pod­kre­ślał mały, zgrabny nos, nie­zbyt dłu­gie, kru­czo­czarne, krę­cone włosy uwy­dat­niały piękno oczu o kolo­rze butel­ko­wej zie­leni. Ciało miała matrony – zgrabne, ale doj­rzałe, sze­ro­kie bio­dra i wydatny biust. Ubrana była jedy­nie w lekką zwiewną suk­nię, która jed­nak nie przy­sła­niała ni krztyny boskiego ciała, dzięki swym prze­zro­czy­stym war­to­ściom.

 

Wład­czyni unio­sła dłoń jesz­cze raz, tym razem przy­cią­ga­jąc jedy­nie Aarona. Nœmi zapro­te­sto­wała, wykrzy­ku­jąc ze wszyst­kich sił imię swego bli­skiego towa­rzy­sza, jed­nak kró­lowa za nic miała bła­ga­nia, ruchem wol­nej ręki przy­wo­łu­jąc straż­nika, który pew­nym ruchem zakne­blo­wał córkę kar­to­grafa.

 

Otę­piały Aaron-Domi­nic przy­le­ciał bez­wład­nie do kwiatu, który natych­miast zamknął za nim swe płatki. Wład­czyni uśmiech­nęła się i obli­zu­jąc wargi, chwy­ciła mło­dzieńca jedną dło­nią za włosy, a drugą popro­wa­dziła jego dłoń do swojej piersi. Następ­nie wypowie­działa słowa w zaka­za­nym języku, a przez świę­tego prze­szły dresz­cze. Aaron poczuł, że kobieta pene­truje mu mózg, ale nie mógł zapro­te­sto­wać. Kazała mu chwy­cić ją moc­niej, a aaro­nowe myśli zaczęły prze­pły­wać do kró­lew­skiej głowy. Nastało połą­cze­nie umy­słów. Do świę­tej głowy zaczęły prze­pły­wać słowa i język wład­czyni, a ona poznała aaro­nowy język, myśli, sekrety i stra­chy. Gdy kró­lowa pozy­skała wszyst­kie infor­ma­cje, któ­rych potrze­bo­wała, poca­ło­wała świę­tego, a kwiat się otwo­rzył.

 

Oszo­ło­miony i wyraź­nie podnie­cony całą sytu­acją Aaron został przy­wró­cony na miej­sce, a wład­czyni sfru­nęła na dół, cału­jąc resztę uczest­ni­ków podróży, czy­niąc im to samo co Aaro­nowi. Pro­te­stu­jącą niemo Ægis wład­czyni mocno chwy­ciła i wyszep­tała słowa w zaka­za­nym języku do nie­wie­ściego ucha. Nœmi uspo­ko­iła się, roz­luź­niła i osu­nęła na kolana, a straż­nik wyjął z jej ust kne­bel.

 

– Drodzy podróż­nicy, jam jest wielka Bagena, mistrzyni roz­ko­szy, ta, dla któ­rej męż­czyźni zosta­wiali swe ojczy­zny i swych bogów i dla któ­rej żony pozo­sta­wiły swe dzieci i mężów, kró­lowa Bage­nonu, wład­czyni ziemi i nieba, od oce­anu aż dotąd. Oddaj­cie pokłon, szu­ka­jący drogi, a zosta­nie wam poka­zana, poca­łuj­cie stopy, a poczu­je­cie roz­kosz i mądro­ści, któ­rych nikt nie widział, chwal­cie mą cześć, a pozna­cie, czym jest raj i jak żyją bogo­wie.

 

Na te słowa chór wojow­ni­ków zawo­łał – Tako rze­cze Bagena! – i zaczął grać na swych trą­bach. Dźwięki te chwy­ciły serca podróż­nych, gdyż były prze­siąk­nięte obrzy­dliwą magią, a głowy dalej mieli prze­peł­nione bólem i otę­pie­niem. Upa­dali na kolana kolejno Bigus Bonus, Aaron zwany Domi­ni­kiem i Nœmi Ægis, któ­rej umysł był opę­tany przez słowa w złym języku. Jedy­nym, który nie upadł był Unless Franck, rycerz Chry­stusa, który przez lata służby w zako­nie rycer­skim został przygotowany do obrony umy­słu przed zło­wro­gimi siłami magii. Bagena spojrzała na niego gniew­nie i ruchem ręki podwo­iła i potro­iła siłę uroku, lecz Unless nie ustą­pił. Wtedy usły­szał Franck w swym uchu głos anioła pań­skiego, który swym spo­koj­nym, chło­pię­cym gło­sem zaczął uspo­ka­jać roz­sier­dzo­nego męż­czy­znę.

 

– Udaj wojow­niku pana, że rów­nież zosta­łeś zaklęty, tylko tak ura­tu­jesz całą bożą misję. Upad­nij na kolana, lecz strzeż się, by nie uczy­nić wię­cej, bo jeżeli wię­cej uczy­nisz, osłab­niesz tak bar­dzo, że zosta­niesz dosię­gnięty przez zło­wrogi czar, który nisz­czy umysł. Nie całuj stóp Bageny ani czci nie odda­waj, lecz uda­waj, że podą­żasz za bage­no­wym gło­sem. – Tak też uczy­nił Unless, klę­ka­jąc na jedno kolano.

 

 Otwarły się wów­czas otaczające ze wszech stron halli wrota i weszli słu­żący – ładni, mło­dzi chło­pacz­ko­wie w bia­łych sza­tach i dziew­częta w zło­tych łań­cu­chach, które mimo urody, były niczym przy Bage­nie. Służba wnio­sła pół­mi­ski i tace z winem, owo­cami, mię­sem i sło­dy­czami, piwem i serami bez­lak­to­zo­wymi i bez­ka­ze­ino­wymi, oraz wszel­kimi sub­stan­cjami, które wpra­wiają w stan wiel­kiej rado­ści. Wszy­scy zaczęli jeść, pić i zaba­wiać się, a Bagena cho­dziła od podróż­nika, do podróż­nika prze­ka­zu­jąc swą mądrość, oraz pre­zen­tu­jąc swe piękno i uroki.

 

 

Minęło kilka dni, zanim zwa­li­ste ciel­sko Świę­typsa odzy­skało siły. Wie­lo­ryb wzbił się maje­sta­tycz­nie, kom­plet­nie igno­ru­jąc cięż­kie łań­cu­chy i grube liny, któ­rymi go przy­szpi­lili do ziemi wojow­nicy Bageny. Olbrzym wle­ciał do Bage­nonu, nisz­cząc gzymsy bogato zdo­bio­nej bramy.

 

Wie­lo­ryb nie wie­dział, gdzie zniknęli pozostali towa­rzy­sze podróży, jed­nakowoż nie było to w tym momen­cie prio­ry­te­tem; Świę­ty­pies czuł głód, po tak dłu­giej podróży i rege­ne­ru­ją­cej drzemce, jedyne co lata­jący wie­lo­ryb potrze­bo­wał to ser. Pyszny, pach­nący ser z prze­ro­stem ple­śni, któ­rego wielki (duszą i cia­łem) filo­zof trak­to­wał jako ale­go­rię świata, był praw­dzi­wie jedy­nym pra­gnie­niem naj­więk­szego ze ssa­ków.

 

Świę­ty­pies zanu­cił tylko sobie znaną pieśń, zro­bił piruet, któ­rym zrzu­cił ostat­nich kur­czowo wiszących na nim straż­ników i użył swego wiel­kiego otworu noso­wego, by wyczuć naj­bliż­sze źró­dło boskiej sub­stan­cji. Nie było to trudne. Bage­non, jako mia­sto praw­dzi­wie prze­po­tężne, wykształ­cił liczne ryneczki i tar­go­wi­ska, w któ­rych można było zna­leźć naj­róż­niej­sze przy­smaki, skarby i nie­rzadko rze­czy pocho­dze­nia magicz­nego. Na jed­nym z licz­nych ryn­ków, zwa­nych przez miej­sco­wych kozim, była słynna na cały kraj manu­fak­tura sera, i do niej właśnie skie­ro­wał się Świę­ty­pies.

 

Wie­lo­ryb z gra­cją wylą­do­wał na środku rynku i zaczął pra­wić swe mądro­ści.

 

– Kna­dzy i kna­go­wie, czym jest świat jak nie serem, co dobry jest samo pod pie­rzynką z ple­śni? Czymże są włosy jak nie rosną­cymi na głowach grzy­bami?

 

I stanęli wokół niego sero­wa­rzy i oddali pokłon, gdyż słowa, które wypowiadał, były pełne mądro­ści. Obda­ro­wali go serem, który zjadł, oczyszczając swój umysł i wtedy właśnie poczuł, że kogoś mu w tym momen­cie bra­kuje.

 

 

Sta­nęła wów­czas Bagena nad misjo­na­rzami. 

 

– Mówi­łam wam „oddaj­cie pokłon, to wskażę drogę” i tak też uczy­nię, doświad­czy­li­ście dziś owocu roz­ko­szy, mądro­ści mędr­ców, mleka i wina, któ­rymi pły­nie Bage­non. Mówi­cie, że szu­ka­cie drogi, a ja nimi wła­dam. Wasze umy­sły dążą razem ze słoń­cami do ziemi ubo­giej, gdzie rzą­dzą ludzie bez serca, któ­rzy orzą zie­mię kamie­ni­stą, którą lód gruby skuwa przez połowę cyklu. Tam dokąd idzie­cie, nie znaj­dzie­cie bogactw ani piękna, a tylko chłód, nie­bez­pie­czeń­stwa i dzi­kie bestie, spo­tka­cie na tam­tych zie­miach wście­kłych magów i kani­bali ludo­ja­dów. Jeżeli więc pra­gnie­cie, może­cie odejść, ale wstrzymajcie pośpiech, może­cie pozo­stać tutaj tak długo, jak zapra­gnie­cie.

 

Po tych sło­wach chór wojow­ni­ków ponow­nie zawo­łał – Tako rze­cze Bagena!

 

– Nie pra­gniemy cię nie­po­koić, o dobra gospo­dyni, star­czy jedno słowo, że jeste­śmy cię­ża­rem, a odej­dziemy, by dopeł­nić naszą misję – powiedział Unless.

 

– Droga pani, jesteś łaskawa i dobra, z wielką chę­cią sko­rzy­stamy z pro­po­zy­cji i pozosta­niemy – powie­dział Aaron.

 

Wtedy wstała Bagena i powie­działa: – Uca­łuj­cie stopy, a dozna­cie roz­ko­szy ciała i umy­słu, któ­rych ni­gdzie indziej nie spo­tka­cie, dotknij­cie je swymi wil­got­nymi war­gami, a zrozumiecie, co jest naj­wyż­szą z roz­ko­szy i wszystko, co dotych­czas znaliście, będzie niczym zły sen!

 

I raz jesz­cze zawo­łał chór wojow­ni­ków: – Tako rze­cze Bagena!

 

Uklę­kli więc Aaron i Bigus i uca­ło­wali.

 

– Nie jestem pew­na… znam drogę, nie potrze­buje roz­ko­szy. Na cóż roz­kosze, gdy świat widzi tylko powłoki, a uko­chany jest ślep­cem? – rzekła Nœmi, jak gdyby odzy­sku­jąc na chwilę zmy­sły.

 

– Jeżeli jesteś kar­to­gra­fem, to wskaż, gdzie jest droga? – I ponow­nie było sły­chać chór wojow­ni­ków. Nœmi spojrzała po sali i widząc jedy­nie ściany, nie potra­fiła określić kierunku, na co kon­ty­nu­owała kró­lowa – Widzisz dziecko? Nic nie wiesz o geo­gra­fii. Jesteś do niczego. Potrze­bu­jesz pomocy, drogi, mapy… – z każ­dym kolej­nym sło­wem zbli­żała lekko uchy­lone wargi ku uchu Ægis i znowu wyszep­tała słowa w złym języku, a Nœmi ponow­nie upadla na kolana i uca­ło­wała stopy Bageny, a po ciele prze­szła fala cie­pła i eufo­rii.

 

Ponow­nie jedy­nym, który nie uca­ło­wał był Unless, który schy­lił się, lecz zamiast cało­wać stopy, uca­ło­wał swój palec poło­żony mię­dzy jego war­gami, a stopą wład­czyni.

 

Trwały więc dalej zabawy i nie­czy­ste gry bluź­nier­cze, a serce dzie­dzica Franc­ków pło­nęło z żalu, lecz na twa­rzy nie mógł niczego poka­zać, uni­kał więc wszech­wi­dzą­cego wzroku Bageny. Gdy inni pili, jedli i bez­boż­nie ba­wili, Unless stał z boku, a gdy zoba­czył wul­garne gesty Aarona, zasłabł i zapragnął świeżego powie­trza.

 

Sługa zapro­wa­dził ryce­rza na schowany za nie­prze­pusz­cza­ją­cymi świa­tła kotarami taras i zapy­tał, czy potrze­buje cze­goś więcej, na co misjo­narz odpowie­dział, że nie.

 

Gdy sługa odszedł Unless oparł się o balu­stradę i spoj­rzaw­szy na metro­po­lię, splu­nął siar­czy­ście. Deli­katna bryza wie­czor­nego wia­tru roz­wiała jego dłu­gie, fali­ste loki. Franck myślał o misji, pró­bu­jąc oczy­ścić umysł ze wszel­kich nie­czy­stych obra­zów, które doświad­czył od początku bageń­skiej orgii. Czuł się słaby i poko­nany, ale wie­dział, że musi dzia­łać dalej, ina­czej dusze wszyst­kich misjo­na­rzy i całego narodu, do któ­rego zmie­rzali, spłoną w odmę­tach pie­kła.

 

Gdy tak roz­my­ślał, usły­szał zza ple­ców głos Bageny.

 

– Czy nie sma­kuje ci moje wino i jadło i roz­kosze?

 

– Pani, twe owoce i wino i szczo­dre dary zaprawdę są wspa­niałe.

 

– Więc czemu usta masz spierzch­nięte, a oczy zmę­czone? Czyś nie skosz­to­wał soczystych, raj­skich owo­ców, z których leją się soki i czy nie zanu­rzy­łeś swych warg w kie­li­chach z winem i nie raczy­łeś się dobrami pięk­no­ści mego domu? – Odparła Bagena chwy­ta­jąc kosmyk unles­sow­skich wło­sów.

 

– Czemu tak uwa­żasz, o pani?

 

Kró­lowa na te słowa chwy­ciła go za udo. 

 

– Cało­wa­łeś stopy, lecz nie wil­goć poczu­łam, a podraż­nioną, suchą skórę. Obser­wuję cię Unles­sie, jesteś czło­wie­kiem o wiel­kim sercu i wiel­kiej sile, lecz twój umysł błą­dzi mimo wielu moż­li­wych roz­ko­szy…

 

– Pani… – Odpowie­dział prze­stra­szony Unless.

 

– Twa dusza poszu­kuje roz­ko­szy innych niż owoce, jadło i napoje, więk­szych niż mądrość, którą przekazuję i uroki służek, gotowych się oddać na jedno skinienie. Słod­szych nawet niż samo spoj­rze­nie na me boskie ciało. Poszu­ku­je­sz… – Po tych sło­wach Bagena przy­mru­żyła oczy i uca­ło­wała Unlessa, który w zasko­cze­niu wyba­łu­szył swe oczy tak, że kątem oka spo­strzegł lecą­cego ku jed­nemu z ryn­ków Świę­typsa. Rycerz natych­miast deli­kat­nie ode­pchnął zasko­czoną kró­lową, wybeł­ko­tał, że bar­dzo żałuje, ale zaraz wróci do roz­mowy, gdyż musi szybko udać się na stronę.

 

Wbiegł do sali, po dro­dze prze­wra­ca­jąc się o kom­plet­nie otę­piałą alko­ho­lem, zio­łami i magią Nœmi, która coś zaczęła chi­cho­tać na tematy, które oso­bie tak świę­to­bli­wej nie przy­stają. Unless spo­licz­ko­wał córkę kar­to­grafa, odmó­wił egzor­cyzm i wyko­nał znak krzyża na czole. Ægis nagle oprzytomniała i wpa­dła w panikę, nie wiedząc, gdzie są, dla­czego Unless na niej leży i czemu nie mają ubrań.

 

– Jeste­śmy w Bage­nonie, kró­lowa jest wiedźmą, Aaron i Bigus dalej są pod wpły­wem uroku, a Bagena domy­śliła się, że jestem odporny i teraz ma mnie na oku.

 

– To, co teraz? – Zapy­tała Ægis.

 

– Mnie obserwuje… chociaż… może… może nie wie, że zosta­łaś odcza­ro­wana! Musisz uciec i zna­leźć Świę­typsa, widzia­łem, jak leciał w stronę rynku, na pół­noc stąd. Znajdź wie­lo­ryba, przy­leć tutaj, roz­wal ścianę, a potem zoba­czymy – odwró­cił się – Ocho, Bagena idzie, uda­waj, że nie kontaktujesz. Odwrócę jej uwagę – po tych sło­wach Unless wstał i wró­cił do roz­mowy z Bageną prze­pra­sza­jąc za znik­nię­cie, na co wład­czyni odpowie­działa, że nawet lubi nie­win­nych chło­pacz­ków i chęt­nie go popro­wa­dzi.

 

Gdy nastała noc, w sali zostało roz­pa­lo­nych kilka ognisk, przy któ­rych Aaron, Bigus oraz słu­żący odda­wali się lubież­nym zaba­wom. W tym cza­sie Unless z Bageną znik­nęli w kwie­cie na czubku drzewa, a Ægis po cichu wyszła na taras.

 

Córka kar­to­grafa nie potrze­bo­wała wiele czasu, by zlo­ka­li­zo­wać wska­zany przez Francka rynek. Wiszący nad nim ogon Świę­typsa na pewno zagadki nie utrud­niał, a roz­pa­lone świa­tła mia­sta pozwo­liły szybko przy­go­to­wać plan dosta­nia się na miej­sce.

 

Taras był dosyć wysoko nad zie­mią, ale Nœmi miała pomysł. Zer­wała szybko przy­kry­wa­jące wej­ście na bal­kon firany, zwią­zała je w jeden długi sznur i przy­wią­zała do balu­strady. Nie się­gały do ziemi, ale nie było wyj­ścia.

 

Dziew­czyna powoli zjeż­dżała po pro­wi­zo­rycz­nej linie, aż do końca, gdzie po oce­nie­niu odle­gło­ści od ziemi, stwier­dziła, że przy dobrych wia­trach i prze­my­śla­nym lądo­wa­niu, nie powinna zginąć. Zanim jed­nak zde­cy­do­wała się na skok, zawisła jesz­cze przez chwilę, tak, że firana się zerwała, a ucie­ki­nierka cudem nie zro­biła sobie krzywdy. Na ziemi Nœmi zawi­nęła ciało w firany i ruszyła przez mia­sto.

 

Bage­non nocą pach­niał korzen­nymi przy­pra­wami – cyna­mo­nem, goździ­kami, imbi­rem, kumi­nem i kolen­drą, oraz kadzi­dłami z żywicy. Prze­miesz­cza­jąc się po wąskich uliczkach Nœmi zwró­ciła uwagę, że w odróżnieniu od miast imperium, mimo zmroku, Bage­non tętnił życiem; gdzie nie spojrzeć mnó­stwo ludzi, zwie­rząt i kup­ców.

 

 Mię­dzy stra­ga­nami i prze­chod­niami bie­gały dzieci, które żebrały o monety i pró­bo­wały zabie­ga­nym miesz­kań­com sprze­dać wszystko – od gazet, przez kwiaty, po naj­pew­niej kra­dzione owoce i narzę­dzia.

 

Na skrzy­żo­wa­niach stali pobożni mędrcy, prorocy apo­ka­lipsy i wszel­kiego rodzaju magicy, muzycy i hochsz­ta­ple­rzy, gło­szący sza­lone i bez­bożne idee, wyko­nu­jący róż­nego rodzaju sztuczki, lub gra­jący dopeł­nia­jącą miej­ską kako­fo­nię muzykę.

 

Idąc przez metro­po­lię, dziew­czyna zwró­ciła uwagę na homo­ge­nicz­ność stro­jów miej­sco­wej lud­no­ści. Męż­czyźni byli ubrani w skąpą bie­li­znę z rze­my­ków lub opcjo­nal­nie zwiewne białe szaty, a kobiety jedy­nie w narzu­cone na ciało łań­cu­chy. Gdy przez myśl prze­szła ta rewe­la­cja, zauwa­żyła, że znie­sma­czony wzrok prze­chod­niów był skupiony na wiszących na niej firanach.

 

Nœmi oce­niła, ile jesz­cze czasu będzie musiał iść przez mia­sto i doszła do wnio­sku, że podróż, tym bar­dziej w takim tłu­mie, może zająć nawet godzinę drogi. Godzinę, w któ­rej cza­sie Bagena zwróci uwagę na braki w nowym asor­ty­men­cie i pośle za nią pół­nagą gwar­dię, która natych­miast spo­strzeże dziew­czynę ubraną w firanki.

 

Ægis zeszła do ciem­nej pobocz­nej alei i się przy­cza­iła. Gdy tylko obok prze­szła jakaś oble­czona łań­cu­chami dziew­czyna, Nœmi wysko­czyła zza rogu, ude­rzyła pra­wym pro­stym mię­dzy oczy i powa­liła zdez­o­rien­to­waną ofiarę na zie­mię.

 

Misjo­narka zdjęła firany i zało­żyła ścią­gnięte z powa­lo­nej dziew­czyny łań­cu­chy, przy oka­zji komen­tu­jąc pod nosem, że tubylcy nie mają za krztyny gustu, lub prak­tycz­no­ści, bo łań­cu­chowy kostium był ciężki i ogra­ni­cza­jący ruchy.

 

 

Przez kolejną godzinę Nœmi szła przed sie­bie wol­niej, ale bar­dziej pew­nie, a miesz­kańcy zaczęli ją kom­plet­nie igno­ro­wać, odda­jąc się w pełni noc­nemu życiu.

 

Świę­typsa Nœmi spo­strze­gła i usły­szała z daleka. Lata­jący wie­lo­ryb nie ukry­wał swojej obecności w żaden spo­sób, wisiał wygod­nie nad ryn­kiem sero­wa­rów, nucił, śpie­wał i pra­wił słowo ple­śni-na-serowe. Gdy tylko dziew­czyna pode­szła, ten wystrze­lił ze swo­jego otworu noso­wego pach­nącą serem brie chmurkę.

 

– Droga knago, a gdzie was ode­brało, gdy w drzemce i wśród serów sen­nych, a bło­go­sła­wio­nych spo­czy­wa­łem? – po czym dodał – Czy aby nie są ci łań­cu­cho­wie zbyt wiel­kim przy­kry­ciem? – Gdy Ægis to usły­szała, zapła­kała łzami rado­ści i przy­tu­liła doty­ka­jącą zie­mię płe­twę wiel­kiego ssaka.

 

– Gdy spa­łeś, zda­rzyły się straszne rze­czy! Aarona i pozo­sta­łych opę­tał zły urok, musimy lecieć na ratu­nek!

 

 – Sły­sze­li­ście kna­go­wie? – zawo­łał wielki misjo­narz.

 

Zgro­ma­dzony wokół niego tłum słu­cha­czy przy­tak­nął.

 

 – Tak, sły­sze­li­śmy, o Świę­typ­sie panie!

 

– Czas sera nad­szedł, wołaj­cie sławę ple­śni, kna­dzy i kna­go­wie, oto wezwa­nie, idźmy na pałac bez­mleczny i skończmy tyra­nię bez­lak­to­zow­ców!

 

Ruszyli więc sero­wa­rzy i wszy­scy, któ­rzy uwie­rzyli w słowa naj­więk­szego z filo­zo­fów, by zapro­wa­dzić rządy Ple­śni i Sero­wo­ści.

 

 

W tro­chę póź­niej­szym cza­sie usa­tys­fak­cjo­no­wana Bagena wypu­ściła wyczer­pa­nego Unlessa z wiel­kiego kwia­to­stanu i ponow­nie sta­nęła przed podróż­ni­kami.

 

– Obie­ca­łam wam nie­ziemskie roz­ko­sze za poca­ło­wa­nie stóp i to speł­ni­łam, każdy, kto skosz­to­wał – tu dotknęła stopą głowę zdy­sza­nego, klę­czą­cego Unlessa – doznał eks­tazy, której będzie łaknąć do końca życia, dla­tego mówię po raz trzeci, oddaj­cie cześć, a staniecie się niczym bogo­wie w raju.

 

A chór wojow­ni­ków ponow­nie zawo­łał i zadął w trąby.

 

Upadł wtedy po raz trzeci Bigus Bonus, by uwiel­bić Bagenę, ale w gło­wie Aarona prze­sko­czyła mała dariu­showa iskra.

 

– Gdzie Nœmi? – zapy­tał trzeźwo.

 

Na te słowa Bagena rozej­rzała się gwał­tow­nie, a słu­dzy, służki i wojow­nicy wzru­szyli ramio­nami.

 

– Wła­śnie… gdzie ona jes… – i nie dokoń­czyła, gdyż przez pół­nocną ścianę halli prze­bił się pro­wa­dzony przez córkę kar­to­grafa, czci­godną Nœmi Ægis, święty Świę­ty­pies, sero­władny wierz­cho­wiec – misjo­narz.

 

Ægis wydała z sie­bie try­um­falny okrzyk, Unless wydał z sie­bie wyczer­pane, suche, ale rado­sne wes­tchnię­cie, Aaron stał tępo wpa­trzony w całą sytu­ację, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, co powi­nien poczuć, lub zro­bić, a Bigus nie przerywał uwielbienia bage­no­wych stóp.

 

Nie minęła chwila, gdy z dol­nych pię­ter pałacu dobie­gły dźwięki walki.

 

Bagena prze­klęła brzydko i zaczęła w panice rzu­cać zaklę­ciami, rów­no­cze­śnie pró­bu­jąc zrzu­cić przy­kle­jo­nego do jej stopy Bigusa.

 

Chcący pomóc w walce Unless ledwo dychał, gdy Nœmi podała mu kawa­łek ple­śniowego sera. Rycerz zakonu naj­święt­szego Dariu­sha-Josepha sko­czył na równe nogi i jed­nym zgrab­nym cio­sem powa­lił sługusa, który ucie­ka­ł przed wykrzy­ku­ją­cym rewo­lu­cyjne hasła wie­lo­rybem.

 

W całym cha­osie Aaron-Domi­nic stał kom­plet­nie zagu­biony, wyplu­wa­jąc poje­dyn­cze sylaby. Nœmi powa­liła go, próbując przy­wró­cić do żywych, ale bez­sku­tecz­nie. Dziew­czyna zawo­łała Unlessa, który jed­nak też nie mógł pomóc, będąc zajęty walką z dwoma zawod­nicz­kami dam­skiego sumo. Ægis zapła­kała, ude­rza­jąc pół­przy­tom­nego potomka naj­święt­szego Dariu­sha-Josepha w piersi, bła­ga­jąc, by się wybu­dził z transu.

 

Gdy już kom­plet­nie stra­ciła nadzieję – prze­stała bić, schy­liła głowę i uca­ło­wała młodego arystokratę w usta. Otę­piały Aaron wzdry­gnął się, usiadł i zrzy­gał, po czym zapła­kał nad swoim nędz­nym losem.

 

– Wró­ci­łeś! – krzyk­nęła Ægis – Prze­stań się mazać i pomóż w walce!

 

Aaron może nie był naj­lep­szym wojow­ni­kiem, ale arystokratyczna edukacja wymagała znajomości cho­ciaż pod­staw szer­mierki, tak więc chwy­cił leżący nie­opo­dal szpi­ku­lec do szasz­ły­ków, który następ­nie wbił bie­gną­cemu w panice słu­dze w oko.

 

Serowi rewo­lu­cjo­ni­ści weszli do halli w ostat­nim momen­cie. Pozba­wieni ubrań i broni ewan­ge­li­za­to­rzy byli już oto­czeni i bli­scy kapi­tu­la­cji.

 

Wtedy w Aaro­nie wybu­dziły się moce krwii dariu­showej i z nie­po­zor­nego inte­lek­tu­ali­sty prze­mie­nił się w dziel­nego woja, który niczym lew bro­nił swych bli­skich i chwy­ta­jąc w pew­nym momen­cie lecący w stronę Nœmi miecz gołymi dłońmi, złamał go w pół (za co też dostał repry­mendę, gdyż prawdę powie­dziaw­szy, była to nie­po­trzebna poka­zówka, a miecz byłby bar­dziej przy­datny cały).

 

Przy­by­cie odsie­czy pozwo­liło misjo­narzom na zbli­że­nie się do wiedźmy, ale na dro­dze stał jesz­cze jeden prze­ciw­nik.

 

– Bigus! – Krzyk­nął Unless – Opa­mię­taj się, jako sztuk­mistrz powi­nieneś być odporny na klą­twy!

 

– Co? – Odpo­wie­dział skon­fun­do­wany sztuk­mistrz malu­jący pal­cem wzorki świetlne.

 

– No, odrzuć siły zła, które tobą rzą­dzą!

 

Bigus wyda­wał się wyraź­nie zdzi­wiony, że kto­kol­wiek cokol­wiek od niego wymaga.

 

– Jakie siły zła, o czym ty w ogóle do mnie roz­ma­wiasz?

 

– Rzuciła na ciebie klątwę! Jest wiedźmą kontrolującą umysły! – zawo­łała sfru­stro­wana Nœmi.

 

– Wcale nie – powie­dział Bigus – jestem odporny na taką magię.

 

– Jeżeli tak, to czemu odda­wa­łeś się czy­nom bez­boż­nym? – zapy­tał Aaron-Domi­nic.

 

– Wyście rów­nież to robili, to stwier­dzi­łem „Skoro można?” cały ten czas byłem pewny, że jeste­ście cno­tliwe aniołki, kto by pomy­ślał…

 

– Wiel­bi­łeś ją i cało­wa­łeś stopy! – krzyk­nął Unless.

 

– Unles­sie, Unles­sie, praw­dziwy męż­czy­zna doce­nia i uwiel­bia takie nogi nawet bez czaru!

 

– Jezu, Bigus – powie­działa zaże­no­wana Nœmi – pomóż wtedy to skoń­czyć.

Sztuk­mistrz chwilę pomy­ślał, kiw­nął głową, wstał, ubrał i uzbroił wszyst­kich.

 

– Wybacz piękna, stopy masz zaprawdę warte grze­chu – wyszep­tał, roniąc jedną łezkę, po czym szybkim ruchem ręki rzu­cił Bagenę w tłum ubra­nych w rze­myki i białe szaty seronapleśnian.

 

Gdy nastał ranek, pył opadł. Rewo­lu­cjo­ni­ści podzię­ko­wali podróż­ni­kom za pomoc, obie­cali Nœmi z prze­ką­sem, że pozwolą swoim kobie­tom nosić coś innego niż łań­cu­chy i obda­ro­wali misjo­narzy serem, maślanką i taką ilo­ścią wina by wystar­czało aż do końca podróży.

 

Świę­ty­pies z rado­ścią wygło­sił jesz­cze ostat­nie kaza­nie o wypró­bo­wa­nym serze wobec domieszki ziemi i jego dobro­dziej­stwach po sied­mio­krot­nym oczysz­cze­niu.

 

Misjo­na­rze wyru­szyli razem ze wscho­dzą­cym słoń­cem w stronę odle­głych krain, a w Bage­nonie, zwa­nym od teraz Ple­śnioserem, do dziś mówi się o boha­ter­skim wie­lo­rybie i pozbawionych gustu misjonarzach.

 

Koniec

Komentarze

Hej,

 

widzę, że wrzucasz całkiem sporo tekstów. Fajnie, ale… no właśnie “ale” – w dobrym tonie jest także zaglądać do innych, czytać i komentować. Forum to trochę barter i jeżeli zależy Ci na komentarzach, warto poudzdzielać się w innych miejscach. A wtedy zapewne i do Ciebie zawita więcej czytających.

Those who don't believe in magic will never find it

hej, wiem, sorry, nie będę się głupio tłumaczył, dzięki za zwrócenie uwagi, bo się jak zwykle zbyt skupiłem na sobie i papierowych czytadłach. Postaram się to w tym miesiącu zmienić. 

Akapity między zdaniami są zbędne i wprowadzają zamęt. 

Nie odbieram całości jako opowiadania. Przynajmniej nie dostrzegłam zwartej fabuły, tylko garść obrazków. 

Być może nie zrozumiałam.

delulu managment

Znalazłam się w świecie, którego nie znam, uczestniczyłam w wydarzeniach osobliwych, ale mało zajmujących, skutkiem czego nie mogę powiedzieć, że to była satysfakcjonujące opowiadanie, zwłaszcza że wykonanie, a zwłaszcza zapis dialogów, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nadużywasz też enterów – taki poszatkowany tekst czyta się fatalnie. :(

 

Sery Bagenonu, czyli anex do Symfonii Pieśni Żałosnych → Dlaczego anex a nie aneks?

 

mia­sto roz­le­głe, z któ­rym żadne z wiel­kich gro­dów cesar­skich… → Gród jest rodzaju męskiego, więc: …mia­sto roz­le­głe, z któ­rym żaden z wiel­kich gro­dów cesar­skich

 

wy­szedł na przód, woła­jąc słowa… → Na przód czego wyszedł? A może miało być: …wy­szedł naprzód, woła­jąc słowa

 

Unless sku­pił swoją uwagę na resz­cie obo­lałego ciała. → Zbędny zaimek.

 

Ostat­nie co pamię­tał atak pół­na­gich wojow­ni­ków… → Ostat­nie, co pamię­tał, to atak pół­na­gich wojow­ni­ków

 

nie mniej jednak syn rodu Francków wiedział… → …niemniej jednak syn rodu Francków wiedział

 

– Gdzie jesteśmy? – Zapytał słabym głosem Unless – Co to za miejsce? → Didaskalia małą literą. Brak kropki po didaskaliach. Winno być:

– Gdzie jesteśmy? – zapytał słabym głosem Unless. – Co to za miejsce?

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.  

 

dzię­ki swym prze­zro­czy­stym war­to­ściom. → Co to są przezroczyste wartości?

 

Na te słowa chór wojowników zawołał – Tako rzecze Bagena! – zaczął grać na swych trąbach. → wypowiedź dialogową zapisujemy w nowym wierszu. Didaskalia wielką literą. Winno być:

Na te słowa chór wojowników zawołał:

– Tako rzecze Bagena! – I zaczął grać na trąbach.

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie także w dalszej części tekstu.

 

usłyszał głos anio­ła pań­skiego, który swym spo­koj­nym, chło­pię­cym gło­sem… → Powtórzenie. Zbędny zaimek.

Proponuję: …usłyszał słowa anio­ła pań­skiego, który spo­koj­nym, chło­pię­cym gło­sem

 

Służ­ba wnio­sła pół­mi­ski i tace z winem… → Nie bardzo umiem zobaczyć wino na półmiskach i tacach; już raczej w dzbanach, karafkach czy kielichach.

 

liczne ryneczki i targowiska, których można było znaleźć… → …liczne ryneczki i targowiska, na których można było znaleźć

 

Nœmi spoj­rza­ła po sali i wi­dząc jedy­nie ścia­ny, nie potra­fiła okre­ślić kie­run­ku, na co kon­ty­nu­owała kró­lowa – Wi­dzisz dziec­ko? → Nie można kontynuować na coś, co widzi ktoś.

Proponuję: Nœmi spoj­rza­ła po sali, a wi­dząc jedy­nie ścia­ny, nie potra­fiła okre­ślić kie­run­ku, kró­lowa zaś kontynuowała:

 – Wi­dzisz dziec­ko?

 

oczy­ścić umysł ze wszel­kich nie­czy­stych obra­zów, które doświad­czył… → W jaki sposób doświadczał obrazy?

A może miało być: …oczy­ścić umysł ze wszel­kich nie­czy­stych obra­zów, których doświad­czył

 

– Czy nie sma­kuje ci moje wino i jadło i roz­kosze? → Piszesz o winie, jadlerozkoszy, więc: – Czy nie sma­kują ci moje wino i jadło i roz­kosze?

 

– Więc czemu usta masz spierzchnięte, a oczy zmęczone? Czyś nie skosztował soczystych, rajskich owoców, z których leją się soki i czy nie zanurzyłeś swych warg w kielichach z winem i nie raczyłeś się dobrami piękności mego domu? – Odparła Bagena chwytając kosmyk unlessowskich włosów. → Didaskalia małą literą.

 

– Pani… – Odpowie­dział prze­stra­szony Unless. → Didaskalia małą literą.

 

uca­ło­wała Unles­sa, który w zasko­cze­niu wyba­łu­szył swe oczy tak… → Zbędny zaimek.

 

Wbiegł do sali, po dro­dze prze­wra­cając­ się o kom­plet­ni otę­piałą… → Czy tu aby nie miało być: Wybiegł z sali, po dro­dze prze­wra­ca­jąc się o kom­plet­ni otę­piałą

 

– To, co teraz? – Zapy­tała Ægis. → Didaskalia małą literą.

 

Mu­sisz uciec i zna­leźć Świę­typsa, widzia­łem, jak le­ciał w stro­nę rynku, na północ stąd. Znajdź wieloryba, przyleć tutaj, rozwal ścianę, a potem zobaczymy – odwrócił się – Ocho, Bagena idzie, udawaj, że nie kontaktujesz. Odwrócę jej uwagę – po tych słowach Unless wstał i wrócił do rozmowy… → Unless nie znał miasta, więc skąd wiedział, że Świetypies leciał w stronę rynku? Źle zapisany dialog. Proponuję:

Mu­sisz uciec i zna­leźć Świę­typsa, widzia­łem, jak le­ciał na północ stąd. Znajdź wieloryba, przyleć tutaj, rozwal ścianę, a potem zobaczymy – odwrócił się – oho, Bagena idzie, udawaj, że nie kontaktujesz. Odwrócę jej uwagę.Po tych słowach Unless wstał i wrócił do rozmowy

 

– Droga knago, a gdzie was odebrało, gdy w drzemce i wśród serów sennych, a błogosławionych spoczywałem? – po czym dodał – Czy aby nie są ci łańcuchowie zbyt wielkim przykryciem? → – Droga knago, a gdzie was odebrało, gdy w drzemce i wśród serów sennych, a błogosławionych spoczywałem? – po czym dodał:czy aby nie są ci łańcuchowie zbyt wielkim przykryciem?

 

za­czę­ła w pa­ni­ce rzu­cać zaklę­ciami, rów­no­cze­śnie pró­bu­jąc zrzu­cić przy­kle­jo­nego do jej stopy Bi­gu­sa. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …za­czę­ła w pa­ni­ce rzu­cać zaklę­ciami, rów­no­cze­śnie pró­bu­jąc odtrącić przy­kle­jo­nego do jej stopy Bi­gu­sa.

 

wybu­dziły się moce krwii dariu­showej… → Literówka.

 

miecz go­ły­mi dłoń­mi, zła­mał go w pół… → …miecz go­ły­mi dłoń­mi, zła­mał go wpół

https://nck.pl/en/projekty-kulturalne/projekty/ojczysty-dodaj-do-ulubionych/ciekawostki-jezykowe/w-pol-czy-wpol-

 

– Bigus! – Krzyk­nął Unless – Opa­mię­taj się, jako sztuk­mistrz powi­nieneś być od­por­ny na klą­twy! → – Bigus! – krzyk­nął Unless – opa­mię­taj się, jako sztuk­mistrz powi­nieneś być od­por­ny na klą­twy!

 

– Co? – Odpo­wie­dział skon­fun­do­wany sztuk­mistrz malu­jący pal­cem wzor­ki świetl­ne. → – Co? – odpo­wie­dział skon­fun­do­wany sztuk­mistrz, malu­jący pal­cem wzor­ki świetl­ne.

 

– Jakie siły zła, o czym ty w ogóle do mnie roz­ma­wiasz? → Czy tu aby nie miało być: – Jakie siły zła, o czym ty w ogóle do mnie mówisz? Lub: – Jakie siły zła, o czym ty w ogóle za mną roz­ma­wiasz?

 

– Jezu, Bigus – powiedziała zażenowana Nœmi – pomóż wtedy to skończyć. → Wtedy, czyli kiedy? A może miało być: – Jezu, Bigus – powiedziała zażenowana Nœmi – pomóż tedy to skończyć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka