W świecie, w którym narasta fala przemocy, tylko nieliczni znają prawdę. Gdy znika krewny arcybiskupa, do sprawy wraca odsunięty od obowiązków egzorcysta, zmuszony ponownie stanąć twarzą w twarz ze złem.
W świecie, w którym narasta fala przemocy, tylko nieliczni znają prawdę. Gdy znika krewny arcybiskupa, do sprawy wraca odsunięty od obowiązków egzorcysta, zmuszony ponownie stanąć twarzą w twarz ze złem.
Siedział przy stoliku w rogu sali i z namaszczeniem obierał fistaszki. Nie warto było się spieszyć. O tej porze kelnerzy snuli się jeszcze niemrawo, oszczędzając siły na nadchodzące, pracowite godziny. Wiedział, że na posiłek przyjdzie mu poczekać co najmniej trzy kwadranse.
Miejsce wybrał nieprzypadkowo. Na przeciwległej ścianie wisiał telewizor, dzięki czemu mógł oglądać program niemal bez unoszenia głowy. W Santa Catrina zazwyczaj puszczano telenowele, lecz tego dnia z głośników zamiast pełnych pasji wyznań sączył się monotonny głos spikera. Miłość musiała ustąpić miejsca sprawom pilniejszym.
– Zalewająca nasz kraj fala przemocy nie słabnie. Minionej nocy odnotowano blisko sto incydentów, z czego co najmniej dwadzieścia z użyciem broni palnej. Kancelaria premiera wydała w tej sprawie specjalny komunikat.
Wtem od strony kuchni coś huknęło. Z brzękiem posypały się talerze, sztućce potoczyły po podłodze. Mateusz przezornie zatkał uszy.
– ¡Hijo de puta! ¡Ten cuidado! – wrzasnął ktoś po hiszpańsku.
– ¡Es tu culpa! ¡Siempre llevas demasiado! – odgryzł się drugi głos, piskliwy i ostry jak ujadanie małego psa.
Zanim kłótnia wreszcie ucichła, w odbiorniku przemawiał już rzecznik rządu.
– Odpowiedzialny jest pogłębiający się kryzys zdrowia psychicznego. Ministerstwo w trybie natychmiastowym przeznaczy dodatkowe środki na opiekę psychologiczną w szkołach i na uczelniach. Z ekspertyz zamówionych przez kancelarię premiera wynika, że większości tych przerażających zbrodni można było zapobiec, gdyby w porę podjęto specjalistyczną interwencję.
Mateusz prychnął lekceważąco.
– Kryzys zdrowia psychicznego – powtórzył, naśladując napuszoną minę urzędnika.
Oderwał wzrok od ekranu i sięgnął po leżącą na blacie książkę. Bez przekonania przerzucił kilka stron; tego dnia jakoś nie miał ochoty na lekturę.
Niespodziewanie w sąsiednim pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka. Trzasnęły drzwi, po parkiecie zastukały kroki, a chwilę później w progu stanął postawny mężczyzna. Miał na sobie błękitną koszulę w kratę i jasne dżinsy; mocno zarysowaną szczękę pokrywał cień zarostu. Rozejrzał się szybko po sali, po czym ruszył prosto w stronę Mateusza.
„Założę się, że będą kłopoty” – przemknęło Mateuszowi przez myśl. Widział już doskonale koloratkę na szyi nieznajomego.
Ksiądz zatrzymał się przy stoliku i spojrzał na starszego mężczyznę z góry.
– Ojciec Mateusz? – zapytał z uprzejmym uśmiechem.
Mężczyzna zerknął na niego spode łba.
– Przecież nie Ojciec Święty – mruknął.
Przybysz tylko uśmiechnął się szerzej. Odsunął krzesło i bez pytania zajął miejsce naprzeciwko.
– Nazywam się Paweł. Przysyła mnie Jego Ekscelencja – przedstawił się.
„Tak. Zdecydowanie będą kłopoty” – pomyślał Mateusz.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem, podczas gdy telewizor trajkotał gdzieś w tle. Nad południową Polską miało się wkrótce gwałtownie załamać pogoda.
W końcu Mateusz spuścił wzrok i cicho odchrząknął.
– Zatem… jeśli ksiądz arcybiskup chce złożyć mi życzenia z okazji pięćdziesiątych urodzin, wystarczyłaby zwykła kartka albo telefon. Nie musiał cię fatygować. Zresztą to dopiero za kilka miesięcy – wymamrotał.
Paweł zamrugał zaskoczony, a po chwili roześmiał się serdecznie.
– Jego Eminencja wspominał o ojca specyficznym poczuciu humoru. Wszystkiego najlepszego, oczywiście. Obawiam się jednak, że chodzi o zaginięcie. I prawdopodobnie o opętanie – wyjaśnił spokojnie.
Wyciągnął z kieszeni niewielką fotografię, jakby wyrwaną wprost z legitymacji szkolnej, i podał ją ponad blatem. Spod potarganej czupryny patrzył na Mateusza nieśmiało uśmiechnięty nastolatek.
– Młody człowiek znika z domu i od razu podejrzewacie działalność demona? – spytał Mateusz, unosząc pytająco brwi. – Za moich czasów najpierw rozważylibyśmy inne możliwości. Mój siostrzeniec też kiedyś nie wrócił ze szkoły. Jego matka odchodziła od zmysłów, a on przez cały dzień jeździł autobusami i pisał wiersze. Rodzice czasem…
– Chłopiec jest sierotą – przerwał mu Paweł. – Wychowuje go babcia. Kobieta jest święcie przekonana, że to działanie sił nieczystych, a Jego Ekscelencja ufa jej osądowi.
Mateusz bez trudu wychwycił nutę zakłopotania w głosie rozmówcy i uśmiechnął się chytrze.
– Ksiądz arcybiskup musi znać tę damę od dawna. Takie bezgraniczne zaufanie rodzi się wyłącznie między starymi przyjaciółmi albo… w bliskiej rodzinie.
Paweł skrzywił się i zabębnił palcami w blat.
– Zatem domyślił się ojciec – przyznał po chwili. – To krewna Jego Ekscelencji. Czy to cokolwiek zmienia?
– Niektórzy powiedzieliby, że tak, ale co może o tym wiedzieć taki skromny emeryt jak ja? Pewnie ksiądz wie, że odsunięto mnie od obowiązków egzorcysty.
– Ksiądz arcybiskup uważa, że nie możemy już pozwolić sobie na podobne marnotrawstwo.
Mateusz zerknął spode łba na rozmówcę.
– Czyżby w związku z nasilającym się kryzysem zdrowia psychicznego? Dlaczego Jego Ekscelencja nie powie wprost, co naprawdę się dzieje? Ludzie powinni wiedzieć. Prawda nas wyzwoli.
Młody ksiądz wzruszył ramionami.
– To nie do nas należy ta decyzja. Kościół musi postępować roztropnie, a do jego pasterzy należy rozeznanie czasu i miejsca. Nam pozostaje wierna służba, a ojca szczególny charyzmat jest dziś potrzebny bardziej niż kiedykolwiek.
Starszy mężczyzna pokręcił głową ze smutkiem.
– Nie mogę wrócić. Przykro mi.
Zamiast odpowiedzieć, jego rozmówca sięgnął przez blat i podniósł leżącą na nim książkę. Spomiędzy wyświechtanych kartek sterczały dziesiątki fiszek.
– Problem zła w filozofii religii. To ojciec studiuje?
Mateusz uśmiechnął się przepraszająco.
– Czy istnieje ważniejsze zagadnienie? Zwłaszcza teraz, gdy niewinnych dotykają tak straszne cierpienia…
– Traci ojciec czas. Akwinata już dawno udzielił wystarczającej odpowiedzi. Dziś potrzeba nam nie czczych rozważań, lecz mocnej wiary i gorącej miłości. I zapału do walki ze złem. Niech ojciec go w sobie wzbudzi, bo ten biedny chłopiec może liczyć tylko na nas – odparł Paweł z nagłym żarem w głosie.
Mateusz spojrzał ponad głową rozmówcy, gdzie na ekranie telewizora mrugały niebiesko światła radiowozów. Kiedy rozmawiali sala restauracyjna stopniowo wypełniła się gośćmi i teraz, w gwarze głosów, nie było już słychać dźwięku odbiornika.
Ilu zginęło tym razem? Nie mógł sobie przypomnieć. Czy wszyscy zdążyliśmy już zobojętnieć na te okropieństwa?
– Zgoda. Zajmę się tą sprawą… – odparł powoli. – Liczę jednak, że Jego Ekscelencja spojrzy łaskawym okiem na kwestię, o której tak często mu wspominałem.
– Ależ oczywiście, bez wątpienia – zapewnił Paweł, wstając energicznie.
Uścisnął dłoń Mateusza.
– W takim razie spotkamy się dziś o czwartej. Wyślę ojcu adres. Z panem Bogiem!
Zniknął w tłumie, nim jego rozmówca zdążył wykrztusić choć słowo. Oszołomiony Mateusz przez chwilę wpatrywał się w puste krzesło, nim z zamyślenia wyrwał go głos kelnera.
– ¿Todo está bien, señor cura?
– Sí, amigo. Todo va bien. No te preocupes – odparł Mateusz, uśmiechając się blado.
Wszystko idzie dobrze. Bardzo chciał w to wierzyć, lecz im dłużej wpatrywał się w niewielki prostokąt fotografii i tę nieśmiało uśmiechniętą twarz, tym większy ogarniał go niepokój.
***
Drzwi windy zamknęły się z metalicznym trzaskiem. Zabuczał uruchamiany silnik i kabina ruszyła w górę szybu, mozolnie pnąc się ku jedenastemu piętru budynku. W podłużnym okienku migały kolejne kondygnacje – wszystkie szare, opustoszałe i skąpane w bladym blasku świetlówek.
– Niech mi ksiądz przypomni: czemu Jego Ekscelencja nalegał, żebyśmy razem zajęli się tą sprawą? – burknął Mateusz, przekrzykując hałas.
Cała, pamiętająca czasy PRL-u machina jęczała, skrzypiała i trzęsła się, jakby miała się za chwilę rozpaść.
– Abym mógł służyć ojcu pomocą i radą – odparł Paweł niewinnie. – Ufam, że stworzymy zgrany zespół.
Winda zatrzymała się z mocnym szarpnięciem i wyszli na wyłożony linoleum korytarz. Dawno temu ktoś wpadł na pomysł, by ozdobić go tuzinem kwietnych donic, lecz brak światła i zaniedbanie sprawiły, że rośliny wyrosły skarlałe i pożółkłe. Upodobniły się do tutejszych mieszkańców.
Znajdowali się na jednym z nowohuckich osiedli. Jak wiele im podobnych, starzało się ono razem ze swoimi mieszkańcami – z roku na rok niszczejąc i pogrążając się w coraz głębszym zapomnieniu. Mateusz dobrze wiedział, jak się tu żyje. Wychował się na jednym z takich blokowisk i nieraz później krążył po ich szarych korytarzach jako duszpasterz. Pełno tu nikomu niepotrzebnych starców. Każdy, kto mógł, dawno temu stąd uciekł.
– To będzie… numer 117 – odczytał Paweł z ekranu telefonu.
Ruszyli wzdłuż korytarza, mijając kolejne mieszkania. Gdy byli w połowie drogi, drzwi do numeru 113 uchyliły się nieznacznie i Mateuszowi przez sekundę mignęła pokryta zmarszczkami twarz, nim ktoś zatrzasnął je z powrotem.
Paweł zmarszczył brwi z dezaprobatą.
– Kiedyś bardziej szanowano osoby duchowne.
Mateusz wzruszył ramionami.
– Wszyscy żyją w strachu. W telewizji bez przerwy powtarzają, że każdy może być zagrożeniem. Nic dziwnego, że nie ufają nawet księdzu. W końcu sutanna nie chroni przed opętaniem lepiej niż mundur czy drogi garnitur.
– Tym bardziej potrzeba wiary. Dawni święci szli do leprozoriów, by przemywać rany zakażonych, a Bóg chronił ich przed chorobą. A jeśli nawet umierali, to przecież z radością, wiedząc, że wypełnili swój obowiązek. Czy ojciec myśli, że wolą Pana jest, byśmy kryli się w norach jak szczury? To czasy ostateczne – odparł Paweł z nutą kaznodziei w głosie.
Mateusz nic nie odpowiedział. Zatrzymali się przed odrapanymi drzwiami do mieszkania.
– Niech ksiądz pozwoli mi mówić – syknął półgębkiem starszy mężczyzna i nie czekając na odpowiedź, wcisnął guzik dzwonka.
W środku coś zabrzęczało. Sekundę później oko judasza przyćmiło się odrobinę i niemal równocześnie zazgrzytał otwierany zamek. Musiała czekać na nas w korytarzu.
– Jak się cieszę, że ksiądz przybył tak szybko. Proszę wejść. Lepiej nie stać długo na zewnątrz.
Pulchna staruszka ujęła Mateusza pod ramię i niemal siłą wciągnęła go do środka. Była bardzo niska; przy postawnym Pawle wyglądała niemal jak karzełek, lecz uścisk dłoni miała zaskakująco mocny.
– Chodźcie za mną. Nie ma chwili do stracenia – szepnęła z niecierpliwością.
Stare fotografie spoglądały na nich ze ścian, gdy szli wzdłuż krótkiego przedpokoju, skrzypiąc butami po błyszczącej wykładzinie. Przed oczami Mateusza mignęła trzymająca się za ręce para: jasnowłosy mężczyzna i niska, drobna dziewczyna w drucianych okularach.
Staruszka uchyliła drzwi i gestem wskazała wnętrze pokoju.
– Niczego nie ruszałam. Niech ojciec wejdzie.
Starszy mężczyzna ostrożnie przekroczył próg i powiódł wzrokiem po pomieszczeniu. Pokój był maleńki – poza łóżkiem, szafą i biurkiem nic się w nim nie mieściło, więc lokator upchnął większość swojego skromnego dobytku na trzech ściennych półkach. Na pierwszej z nich, wciśnięty między dwa rzędy książek, leżał telefon komórkowy.
– Więc? Co ksiądz myśli? Czy to… – szepnęła kobieta drżącym głosem.
Mateusz musnął palcem grzbiety książek, a następnie wyjrzał przez okno, prosto na ciągnące po horyzont szare blokowisko. Ciężko westchnął.
– Obawiam się, że tak. Miała pani rację.
Nie rozpłakała się. Tylko jej błękitne oczy zaszkliły się lekko, a z piersi wyrwał się cichy jęk, jak plusk kamienia wpadającego do głębokiej studni.
– Wiedziałam. Oni nigdy nie przestaną dręczyć tej nieszczęsnej rodziny. Czekali tylko, aż chłopak podrośnie. Jego ojciec był jednym z pierwszych opętanych. O Boże… czy to się kiedyś skończy?
– Pan wystawia nas na próbę. Nawet tak bolesne zdarzenia mają głębszy sens, choć często go nie rozumiemy. Trzeba mieć wiarę – odezwał się niespodziewanie Paweł.
Staruszka jakby dopiero teraz zauważyła jego obecność. Spojrzała ostro na młodego księdza, lecz nim zdążyła się odezwać, Mateusz ujął ją delikatnie pod ramię.
– Teraz najbardziej liczy się czas – powiedział, prowadząc kobietę w stronę salonu. – Proszę wszystko nam opowiedzieć. Kiedy ostatni raz go pani widziała? Dokąd mógł pójść?
Kiedy wreszcie opuścili pachnące kurzem mieszkanie, za oknami ściemniało się już wyraźnie. Jedenaście pięter niżej zapalały się pierwsze latarnie. Mateusz minął windę i skierował się ku schodom.
– Czyli staruszka miała rację. Nie wahał się ojciec ani sekundy – zagaił Paweł.
– Niestety. Każdy kąt tej klitki cuchnął demonem. Musiał opanować chłopaka wiele dni temu.
– I nikt nie zwrócił uwagi?
Starszy mężczyzna westchnął głęboko.
– Wróg jest przebiegły. Kiedy opęta ofiarę, zyskuje dostęp do jej myśli i wspomnień. Jeśli chce, potrafi doskonale udawać. Nie perfekcyjnie, bliscy z czasem nabierają podejrzeń, ale… wtedy zwykle jest już za późno.
Ich kroki odbijały się echem w ciasnej klatce schodowej. Byli już w połowie drogi na dół.
– Jednak w tym kryje się również nasza szansa – ciągnął Mateusz. – Póki zły duch potrzebuje umysłu nieszczęśnika, póty dba, by ten pozostał nieuszkodzony. Za to później…
Groźba zawisła w powietrzu, niewypowiedziana. Przez chwilę obaj milczeli.
– Co ojciec planuje? Babka niewiele nam pomogła. Zdaje się, że nie była z chłopcem zbyt blisko.
Mateusz wyjął z kieszeni telefon i triumfalnie pomachał nim towarzyszowi przed nosem. Uśmiechnął się krzywo.
– Nie ma lepszego sposobu, by poznać wszystkie sekrety nastolatka.
– Zabrał go ojciec? Czy to się godzi? – oburzył się Paweł.
– A jak ksiądz chciał znaleźć chłopaka? Wywróżyć z fusów? Potrafię wyczuć obecność Złego, ale nie tropić go przez całe miasto jak pies myśliwski. Trzeba ruszyć głową.
Paweł przyjrzał się uważnie urządzeniu.
– Zablokowany. Skąd ojciec weźmie kod?
Wyszli na mokry chodnik przed blokiem. Zdyszany Mateusz zatrzymał się i teatralnie podrapał po łysiejącej głowie.
– Skąd go wezmę… Wie ksiądz, odkąd odsunięto mnie od obowiązków egzorcysty, mam przyjemność nauczać w szkole. To zajęcie bywa wielce pouczające. I właśnie sobie przypomniałem, że jeden z moich uczniów prowadzi taki mały stragan. Obawiam się, że chłopak nieco zboczył ze słusznej drogi, lecz czyż Pan nie potrafi nawet z grzechu wywieść większego dobra? Felix culpa. Z pewnością przekonam młodzieńca, żeby nam pomógł. Za drobną opłatą, lecz przecież Jego Ekscelencja pokryje koszty.
Okręcił się na pięcie i energicznym krokiem ruszył w stronę przystanku autobusowego. Za jego plecami Paweł uśmiechnął się mimowolnie. Wystarczyło kilka godzin, by stary kapłan zmienił się nie do poznania.
– Niech ojciec zaczeka! – krzyknął młody ksiądz i pognał za oddalającym się towarzyszem.
***
Strzeżone osiedle otaczał wysoki, ceglany mur, zwieńczony dla lepszej ochrony dodatkową barierą z drutu kolczastego. Do środka prowadziła tylko jedna brama – dzień i noc pilnowana przez uzbrojonych ochroniarzy – i zabezpieczona solidnym szlabanem. Obcych nie wpuszczano wcale.
Szczęśliwym trafem po przeciwnej stronie ulicy znajdowała się stacja benzynowa i to właśnie tam Mateusz ustanowił ich punkt obserwacyjny. Zajęli miejsce przy oknie, skąd przez szeroką szybę rozciągał się doskonały widok na całą ulicę. Starszy kapłan starannie rozłożył na stoliku dopiero co wywołane fotografie. Wszystkie przedstawiały tego samego nastoletniego chłopca, z kolczykiem w nosie i długimi, ciemnymi włosami związanymi w krótki kucyk.
– To ma być jego najlepszy przyjaciel? – zapytał Paweł z powątpiewaniem.
– Przeciwieństwa się przyciągają. Może ksiądz chce sprawdzić to sam? Wystarczy jedno spojrzenie na ich korespondencję, by rozwiać wszelkie wątpliwości. Choć ostrzegam… proszę uważać na nieczyste myśli. – Mateusz spojrzał na rozmówcę znacząco.
Paweł zrozumiał natychmiast.
– Więc to tak… – mruknął. – Zagadka zaczyna się wyjaśniać. Czyżby przez te grzeszne pragnienia chłopak wystawił się na działanie Złej Siły?
Na te słowa Mateusz poruszył się niespokojnie. Oderwał wzrok od szyby i spojrzał towarzyszowi prosto w oczy.
– Naprawdę ksiądz sądzi, że dobry Pan karze opętaniem za słabości ciała? Do grzechów przeciw naturze potrzeba dwojga, a nie widzę, by tamtego drugiego winowajcę spotkało cokolwiek złego. Żyje sobie wygodnie za tym okropnym murem, podczas gdy tysiące jego bliźnich cierpią w strachu i ubóstwie. To ma być sprawiedliwość?
Paweł wytrzymał spojrzenie, lecz na jego wysokim czole pojawił się cień zmarszczki. Przez chwilę milczał, ważąc różne odpowiedzi, z których żadna nie wydawała się mu wystarczająco przekonująca.
– Musi być w tym jakaś sprawiedliwość – odparł w końcu. – To, że tego nie rozumiemy, o niczym nie przesądza.
Mateusz westchnął ze smutkiem.
– Ma ksiądz większą wiarę ode mnie. Ja nie widzę w tym sensu.
– Raczej dużo prostszą. Błogosławieni ubodzy duchem – odparł Paweł sentencjonalnie, lecz nagle urwał i odwrócił wzrok. – Niech ojciec spojrzy. Wychodzą!
Rzeczywiście. Żeliwna brama obok szlabanu otwierała się właśnie, ukazując fragment niewielkiego placu, a na nim grupkę młodzieży, czekającą najwyraźniej na sygnał wymarszu. Jeden z towarzyszących im ochroniarzy prowadził ożywioną dyskusję ze stróżem przy wejściu.
– Zaraz się przekonamy, czy byłem wystarczająco przekonujący – mruknął Mateusz. – Napisał, że się z nami spotka, ale kto wie…
Wyjął z kieszeni telefon i, trzymając go w wyciągniętej dłoni, pstryknął zdjęcie.
– Mógł ojciec ostrzec. Zrobiłbym mądrzejszą minę – zaśmiał się Paweł.
– Boże broń. Nie chcemy wystraszyć chłopaka. Wysłane. Niech ksiądz idzie po niego.
Paweł zerwał się od stolika i oddalił się pospiesznie. Tymczasem kawalkada uczniów opuszczała już teren osiedla, rozciągając się wzdłuż ulicy niczym pstrokaty i bardzo hałaśliwy wąż. Czoło i tył pochodu zamykała para uzbrojonych strażników.
– No dalej… – szepnął Mateusz.
Kolumna dotarła do najbliższej przecznicy i skręciła za załom muru. Stary kapłan zacisnął dłonie na krawędzi stolika, walcząc z pokusą, by wybiec na zewnątrz i rzucić się w pogoń za oddalającą się grupą. I właśnie wtedy dostrzegł, jak spod zaparkowanego przy jezdni samochodu wypełza ciemna postać. Podniosła się, otrzepała ubranie i szybkim krokiem ruszyła w stronę budynku stacji.
– Dzięki Bogu! – odetchnął Mateusz.
Ledwie zdążył uprzątnąć stolik, zanim eskortowany przez Pawła chłopiec stanął w progu kawiarni. Młody ksiądz szedł za nim jak cień, z poważną miną, niczym agent tajnych służb konwojujący ważnego gościa. Mateusz mimo woli uśmiechnął się na tę gorliwość.
Chłopak jednak istotnie sprawiał wrażenie, jakby potrzebował opieki. Na żywo wyglądał znacznie młodziej niż na fotografii – był niski i tak roztrzęsiony, że jego rozbiegane spojrzenie z trudem skupiało się w jednym punkcie. Mateusz wstał i ruszył w jego stronę.
– Świetna kryjówka. W ogóle się nie połapali. Masz zadatki na dobrego szpiega! – powiedział, chcąc dodać chłopcu otuchy.
Ten jednak tylko opadł sztywno na fotel i wbił wzrok w poplamiony kawą blat. Boi się. Wie, że te wagary mogą go drogo kosztować, a mimo to przyszedł. Mateusz w jednej chwili poczuł sympatię do tego dziwnego dzieciaka.
– Muszę ci zadać kilka pytań. Twojemu przyjacielowi grozi wielkie niebezpieczeństwo – powiedział łagodnie, zajmując miejsce naprzeciwko.
– Coście za jedni? Skąd… skąd w ogóle macie ten telefon? – wydukał chłopiec.
– Od babci Szymona. Poprosiła nas o pomoc w odnalezieniu wnuka. Wiesz, że z nią mieszkał, prawda? Rodzice nie żyją, więc nie miała do kogo się zwrócić.
Chłopiec skinął lekko głową.
– Czy powiedział ci, co im się przytrafiło? – dopytywał Mateusz.
– Pewnie. Staremu nagle odbiło i chciał ich wszystkich pozabijać. Dopadł matkę, ale Szymek nawiał i ukrywał się, aż przyjechała policja.
Stary kapłan pokiwał głową ze smutkiem. Więc tak to się rozegrało. Niemal widział przed oczami zalany światłem korytarz i krążącego po nim jasnowłosego mężczyznę. Ileż wtedy było takich historii… zanim uświadomiliśmy sobie, co naprawdę się dzieje.
– To nie była choroba psychiczna, lecz opętanie. A teraz taki sam los grozi Szymonowi. Jeśli nic nie zrobimy.
Chłopiec gwałtownie podniósł wzrok; w nagłym szoku najwyraźniej zupełnie zapominał o strachu. Mateusz dopiero teraz zauważył, że na prawym policzku miał świeży tatuaż w kształcie łzy. Musiał go sobie sprawić bardzo niedawno.
– Co to za bzdury! Należycie do tych stukniętych foliarzy, tak? Zaraz… pan jest klechą!
Spróbował wstać, lecz Paweł w porę położył mu dłoń na ramieniu i przytrzymał w miejscu. Po drugiej stronie sali pracownik kawiarni nachylił się nad kontuarem i wlepił w nich podejrzliwe spojrzenie. Niedobrze.
– Nie denerwuj się. Tak, jestem księdzem. Babcia Szymona to siostra arcybiskupa i Jego Ekscelencja wysłał mnie, bym zajął się sprawą. Pracowałem przy podobnych przypadkach i wiem, że musimy się spieszyć. Jeśli szybko znajdę twojego przyjaciela, może jeszcze zdołam mu pomóc. Nie wierzysz nam? Przypomnij sobie, jaki był tuż przed zniknięciem. Nie uwierzę, że nie zauważyłeś niczego podejrzanego.
Chłopiec zagryzł wargi.
– Zachowywał się inaczej – szepnął. – Jakby… wszystko, co wcześniej kochał, nagle przestało go interesować. Rzeczy, które mówił… Myślałem, że to depresja. Nalegałem, żeby poszedł do lekarza, ale nie chciał o tym słyszeć. Pokłóciliśmy się. Potem przestał w ogóle odpisywać.
Głos mu się załamał.
– Demon musiał uznać, że na nic więcej mu się nie przydasz. Miałeś szczęście, jeszcze nie mógł cię skrzywdzić, ale na pewno chciał, żebyś cierpiał. Słowa też ranią, ale pamiętaj: nie pochodziły od Szymona – dodał Mateusz ze współczuciem. – Posłuchaj… Zły polega na wiedzy opętanego. Gdyby twój przyjaciel chciał ukryć się przed wszystkimi, dokąd mógłby pójść? Znasz takie miejsce?
– Dlaczego miałbym wam zaufać? Każdy wie, co klechy myślą o takich jak my. Może to wszystko bujda i chcecie dorwać Szymona, tak jak wcześniej jego stary? Wymierzyć mu karę za grzechy albo podobne bzdury.
Chłopak patrzył teraz Mateuszowi prosto w twarz, a w jego szarych oczach tliła się wyraźna iskierka buntu. Stary kapłan zawahał się.
– Zaufasz nam, bo go kochasz – odezwał się niespodziewanie Paweł. – Bo nikt inny nie zdoła mu pomóc, a ktoś przecież musi. Bo miłość rodzi wiarę, nawet gdy cierpimy, a rozum wątpi. Nie pozostaje nam wtedy nic innego. Proszę cię, synu… pomóż nam go uratować.
Zapadła cisza. Chłopiec zwiesił głowę i trwał nieruchomo; tylko mięśnie na jego policzku drgały pod skórą, przez co wytatuowana łza zdawała się spływać ku ściągniętym ciasno wargom. Pod blatem stolika Mateusz mimowolnie zacisnął dłonie na kolanach. Panie dopomóż.
– Hej, mały! Potrzebujesz pomocy z tymi dwoma? Mam dzwonić na policję? – zabrzmiał nagle głos sprzedawcy.
Mężczyzna stał kilka kroków od ich stolika, z telefonem w jednej ręce i plastikową pałką w drugiej. Za jego plecami inny pracownik stacji krył się za kontuarem.
Zapytany wzdrygnął się, gwałtownie przywrócony do rzeczywistości. Popatrzył na spokojną twarz Pawła, potem na ogrodzone murem osiedle za szybą i uśmiechnął się słabo. Mateusz już wiedział, że wygrali.
– Chce pan zdzielić tym kijem mojego wujka? Wszystko w porządku. Tylko sobie rozmawiamy.
***
Pierwsze, co rzucało się w oczy, gdy dotarli na miejsce, to wszechobecna rdza. Począwszy od blaszanego ogrodzenia dworca, przez przysiadłe ciężko na torach rzędy wagonów, aż po wyciągające się ku chmurnemu niebu słupy trakcyjne – wszystko pokrywały brunatne plamy korozji. Wszechobecna wilgoć sprawiała, że metal niszczał jak trawiony zarazą, która chciwie pożerała pozostawione przez ludzi resztki i wgryzała się głęboko nawet w najtwardsze powierzchnie.
Nie mieli ochoty wspinać się na mur ani obchodzić stacji dookoła, więc Paweł kopniakiem wyłamał furtkę. Przeżarty do cna zamek ustąpił z łatwością.
Pierwszą ofiarę znaleźli niedaleko stróżówki. Ubrany w podartą kurtkę mężczyzna leżał na brzuchu, z głową wciśniętą głęboko w lepkie błoto. Z poczerniałej skóry na karku sterczał ostry odłamek szkła.
Paweł nachylił się nad ciałem i, osłaniając twarz rękawem, przyjrzał się uważnie.
– Biedak nie żyje od dawna. Jak ojciec myśli, to dzieło demona? – spytał stłumionym głosem.
– Bez wątpienia. Jeśli doszło do morderstwa, to znaczy, że ofiara już się nie opiera. Nie zostało wiele czasu.
– Czy nie powinniśmy wezwać pomocy?
Mateusz pokręcił głową.
– Nie, jeśli chcemy uratować chłopaka. Policja doskonale wie z kim ma do czynienia. Ciężko się wierzy w telewizyjny bajki, kiedy trzeba na co dzień patrolować ulice. Zabiją go bez litości.
Młody ksiądz wstał i nonszalanckim gestem otrzepał nogawki spodni.
– Chodźmy zatem. Nie ma czasu do stracenia.
Mateusz jednak nie dał się tak łatwo zwieść. Przez chwilę wpatrywał się badawczo w twarz towarzysza, zanim przemówił.
– Wie ksiądz, że nie musi iść ze mną – powiedział łagodnie. – Śledztwo zakończone. Jego Ekscelencja nie kazał księdzu brać udziału w egzorcyzmach. Do tego potrzeba większego doświadczenia.
– Miałbym opuścić ojca w potrzebie? Jak apostołowie w Wielki Piątek?
– Pan im wybaczył, więc i ja nie będę miał księdzu za złe – odparł Mateusz z uśmiechem. – Zapewniam, że doskonale sobie poradzę.
– Nie ma mowy. Niech ojciec nie nalega.
Ruszyli żwirową ścieżką w stronę torów. Obok niskiego nasypu skręcili w prawo i, kryjąc się w cieniu wagonów, ostrożnie zbliżyli się do budynku stacji. Ponad nimi ołowiane niebo wisiało ciężkie od deszczu.
– Tam! Niech ojciec spojrzy. Jeszcze jeden! – syknął nagle Paweł, wskazując nisko.
Spomiędzy rudych od rdzy kół sterczała samotna, bosa stopa. Mateusz skinął głową, ale nie zwolnił kroku. Twarz miał zaciętą.
– Jest już bardzo blisko. Przygotuj się – mruknął.
Wspięli się na podwyższenie i ruszyli wzdłuż peronu, chrzęszcząc podeszwami po potłuczonym szkle. Ściany dworca pokrywała gęsta mozaika graffiti. Mateusz z trudem odczytał koślawe litery: „Świat skończy się dziś”. Miał szczerą nadzieję, że nie są to prorocze słowa.
Dał znak i obaj przypadli do muru, tuż obok wybitego okna. Ostrożnie zajrzeli do środka.
Obszerna poczekalnia zajmowała niemal całe wnętrze budynku. Na podłodze, niegdyś schludnie wyłożonej polerowanym lastryko, rozlewały się głębokie bajora brudnej wody, która musiała od dawna przeciekać przez nieszczelny dach. Rzędy ławek leżały poprzewracane, a oderwane od ram plastikowe siedzenia rozrzucono bezładnie po kątach.
Na środku tego pobojowiska, przycupnięty na krawędzi wyschniętej fontanny, siedział ubrany w brudną kurtkę chłopiec.
– Drzwi wejściowe – szepnął Mateusz, wskazując w poprzek pomieszczenia. – Gdyby próbował uciec, odetniesz mu drogę.
Paweł skinął głową. Bez słowa odwrócił się, lecz Mateusz w ostatniej chwili złapał go za rękaw.
– Niech ksiądz uważa na siebie – syknął. – Jeśli coś się księdzu stanie, Jego Ekscelencja ześle mnie na parafię do jakiejś zapyziałej dziury. A tam z pewnością umrę z nudów!
– Będę ostrożny – obiecał Paweł, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Mateusz odczekał, aż towarzysz zniknie za załomem muru. Przeżegnał się i odetchnął głęboko.
I zachowaj nas od Złego. Amen.
Następnie ostrożnie, tak by nie zranić się o sterczące odłamki szkła, przecisnął się przez otwór okienny i zeskoczył na podłogę poczekalni. Ruszył w stronę samotnej postaci. Ta drgnęła na dźwięk jego kroków, lecz nie podniosła wzroku.
– Po co przybyłeś, Przeklęty? – Głos zabrzmiał chrapliwie i szorstko, jakby właściciel odwykł już od używania mowy. – Zamierzasz wyrwać mi zdobycz z rąk? Nie nauczyłeś się jeszcze, że to daremny trud?
Mateusz nie zatrzymał się. Sunął naprzód, brodząc po kostki w mętnej wodzie, i ani na chwilę nie spuszczał wzroku z demona.
– Milczysz… A kiedyś z ust nie schodziły ci litanie i pacierze. Klepałeś je jak stara dewotka! Nie wierzysz już w ich cudowną moc? Doskonale. Widać nawet taki zramolały głupiec w końcu czegoś się nauczył.
Kapłan zatrzymał się. Z tej odległości widział już wyraźnie twarz chłopca. Skórę na policzkach znaczyły krwawe bruzdy, jakby rozszarpało ją w napadzie szału jakieś dzikie zwierzę. Zlepione w tłuste strąki włosy były szare od brudu; nie dało się dostrzec ani jednego jaśniejszego kosmyka.
– Szymonie… czy mnie słyszysz? Nie bój się. Wkrótce będziesz wolny. Wytrzymaj jeszcze chwilę.
Demon parsknął z pogardą. Powolnym ruchem wyprostował się i spojrzał na Mateusza oczami czarnymi niczym podziemne czeluście.
– Tracisz czas – wycharczał. – Jego dawno już nie ma. Zniknął, rozwiał się jak pył na wietrze. Zostałem tylko ja!
– Kłamiesz. Duszy ludzkiej nie da się tak łatwo unicestwić. Nawet zmiażdżona cierpieniem trwa i czeka wybawienia. I ono właśnie nadeszło. Skończyły się twoje rządy!
Gdzieś po drugiej stronie sali cicho szczęknął zamek, a drzwi wejściowe uchyliły się odrobinę. Demon zdawał się tego nie zauważać. Całą uwagę skupił na Mateuszu.
– Brawo! Wyśmienicie kupczysz złudną nadzieją. Zupełnie jak twój fałszywy Zbawiciel! Lecz powiedz, czy naprawdę kiedykolwiek słyszałeś głos Boga? A może wystarczają ci opowiastki dla naiwnych, które Kościół głosi po świecie? Z pewnością nie możesz być aż tak durny. Gdzie jest zapowiedziane Królestwo? Nadal na nie czekacie?
Zaśmiał się, lecz dźwięk przypominał raczej suchy charkot i nie było w nim ani odrobiny wesołości.
– Zdradzę ci tajemnicę. Ono już nadeszło, a my jesteśmy jego władcami! Was zaś Stworzyciel wydał na żer, byście służyli za strawę i konali w męczarniach! Znudził się wami. Nic go nie obchodzicie! Rozejrzyj się. Dobrze wiesz, że mam rację. Czy tak wygląda świat, który zmierza ku wiecznej chwale?
Mateusz ani drgnął. Napięty jak struna wpatrywał się w ciemne oczodoły. Choćby najmniejszy ślad. Proszę… Nie może być przecież za późno.
– Królestwo Boże jest w nas, diable! Póki napełnia nas Duch i Prawda, nigdy nie poddamy się złu! – Głos Pawła drżał od ledwie powstrzymywanego gniewu.
Zaskoczony demon odwrócił się w stronę intruza i wtedy Mateusz wreszcie to zobaczył. W jednej chwili serce zabiło mu mocniej. Był tam, bez wątpienia: skrawek błękitu w odmętach najgłębszej czerni.
– Zaskoczyłeś mnie, Przeklęty… Czy to prezent dla mnie? Nowe, piękne ciało, gdy stare nie nada się już do niczego? A ta chwila nadchodzi szybciej, niż myślisz – syknął demon.
Szybkim ruchem wydobył z kieszeni kawałek skorodowanego metalu i przeciągnął ostrą krawędzią po wewnętrznej stronie dłoni. Szkarłatne krople natychmiast zaperliły się na skórze.
– Dość tego! – huknął Mateusz, a jego głos odbił się echem po sali.
Uśmiech na wargach demona zgasł natychmiast. Czart warknął jak wściekły pies i skoczył w stronę kapłana, lecz nagle cofnął się i zatoczył, jakby powstrzymany przez niewidzialną barierę. Na to właśnie czekał Mateusz. Ruszył natychmiast, próbując dopaść oszołomionego przeciwnika. Potknął się jednak na zdradliwej posadzce, a demon zanurkował pod jego wyciągniętą ręką i śmignął w bok. Odbił się od podłogi i pomknął ku wyjściu.
Paweł już na niego czekał. Zastąpił drogę uciekającemu i zderzyli się z impetem. Sekundę później leżeli już na posadzce, zmagając się zawzięcie wśród śmieci i brudnych kałuż.
Mateusz zaklął pod nosem. Rzucił się na pomoc, lecz Paweł wyraźnie brał już górę w tych chaotycznych zapasach. Młody ksiądz zdołał przyszpilić przeciwnika kolanem i właśnie unosił ramię do ciosu. Dyszał ciężko, a z boku sterczał mu głęboko wbity odłamek metalu.
– Stój! Zrobisz krzywdę chłopcu! – krzyknął Mateusz, powstrzymując dłoń towarzysza.
Opadł na kolana obok wijącego się i wierzgającego demona. Prawą ręką chwycił mocno skołtunioną czuprynę, a lewą oparł na czole opętanego.
– Precz! Wynoś się! Uwolnij swoją ofiarę! – rozkazał z całą mocą.
Demon wyprężył się jak w ataku apopleksji, po czym nagle znieruchomiał. Dyszał ochryple i było widać, że traci siły; jakakolwiek moc poruszała dotąd udręczonym ciałem, teraz uchodziła szybko. Ciemne łuski zakrywające oczodoły znikały także; Mateusz dostrzegał już wyraźnie wyzierające spod nich niebieskie źrenice.
Paweł spróbował wyjąć żelazo z rany, lecz tylko skrzywił się i syknął z bólu. Spojrzał z pogardą na powalonego przeciwnika.
– Wracaj do piekła, diable! Tam jest miejsce przygotowane dla ciebie i twojego pana! – wydyszał.
Usta demona rozchyliły się w okrutnym uśmiechu, ukazując czerwone od krwi zęby.
– Do piekła? – Głoś czarta był niczym ociekający jadem szelest. – A myślisz, że gdzie jesteś teraz?
Szarpnął się po raz ostatni i zamknął oczy. W tej samej chwili pokiereszowana twarz wygładziła się, a z piersi chłopca wyrwało się przeciągłe westchnienie. Mateusz delikatnie uniósł powiekę.
– Dokonało się – szepnął, spoglądając w okrąg czystego błękitu.
***
Rozpadało się niedługo po tym, jak wezwali policję, a gdy pierwsze radiowozy zajechały przed teren stacji, lało już jak z cebra. Zamykający bramę łańcuch szybko przecięto, a technicy rozbiegli się po terenie dworca niczym mrówki, gdy ktoś nadepnie na leśne mrowisko. Mateusz skrył się przed deszczem pod wiatą starego przystanku. Zza gęstej kurtyny obserwował posępną procesję sanitariuszy, którzy, objuczeni plastikowymi workami, wędrowali tam i z powrotem do karawanów. Ile ciał znaleźli? Uznał, że lepiej nie pytać.
Gdzieś między błyskającymi na niebiesko światłami radiowozów dostrzegł wysoką sylwetkę Pawła. Młody ksiądz toczył zawziętą dyskusję przez telefon, raz po raz odrywając aparat od ucha i zwracając się do stojącego obok sierżanta. Trwało to już dobrą chwilę i obaj mężczyźni musieli być przemoknięci do suchej nitki.
Mateusz poruszył się niespokojnie na twardym siedzeniu. Nigdy nie czuł się swobodnie w rozmowach z policją i był wdzięczny towarzyszowi, że wziął to na siebie. Kwestia pokoleniowa. Obyśmy jakoś z tego wybrnęli.
Tymczasem Paweł schował telefon do kieszeni i uścisnął dłoń rozmówcy. Szybkim krokiem ruszył w stronę kryjówki Mateusza.
– I jak poszło? – spytał tamten, gdy młody ksiądz wynurzył się ze strug deszczu.
– Załatwione. Jego Ekscelencja rozmawiał z komendantem. Sprawa otarła się o samego prezydenta, ale doszli do porozumienia. Uznają, że udzieliliśmy pomocy psychologicznej podczas ostrego ataku psychozy.
– Dzięki Bogu – westchnął z ulgą Mateusz. – Co z chłopakiem?
Paweł przetarł rękawem oklapłe włosy i usiadł obok starszego mężczyzny. Wysłużona ławka ugięła się ze skrzypieniem.
– Mówią, że jego życiu nic nie zagraża. Ale blizny zostaną mu pewnie na całe życie. Modlę się, żeby niewiele z tego wszystkiego zapamiętał. Tak się zastanawiam… może ojciec wie. Skoro raz dotknęło go to nieszczęście, to czy w przyszłości…
– Bywa, że zostawiają ich w spokoju na całe lata, ale… nie ma żadnej gwarancji. To jak z nowotworem. Nigdy nie wiesz, czy i kiedy nastąpi nawrót.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu, obserwując, jak sanitariusze pakują ostatnie nosze do karawanu. Zwłok było tak wiele, że ledwo mieściły się w pojeździe.
– Chyba wolałbym być lekarzem – odezwał się w końcu Paweł. – Nie miałem pojęcia, że egzorcyzmy są takie niebezpieczne. Pięć szwów! Uwierzy ojciec?
Poklepał się żebrach, ale natychmiast stęknął z bólu.
– Spokojnie! Zwykle nie jest tak źle – zaśmiał się Mateusz. – Ostrzegałem przecież, że potrzeba więcej doświadczenia! Ale wyrobi się ksiądz. Okazji nie zabraknie.
Paweł zwiesił głowę i przez chwilę trwał w głębokiej zadumie.
– Rzeczy, które mówił ten czart… Najgorsze, że nie da się ich łatwo odeprzeć. My wiemy, że Królestwo musi nadejść i że dzisiejsze cierpienia są niczym wobec przyszłej chwały. Ale niejeden przez podobne słowa straci nadzieję. I to właśnie wtedy, gdy najbardziej jej potrzebuje.
Mateusz położył dłoń na ramieniu towarzysza. Z łatwością odgadywał, co tak naprawdę działo się w jego sercu.
– Nie jest grzechem wątpić – powiedział łagodnie. – Nawet Pan odczuwał niepokój, gdy zbliżał się czas Męki. Ważne, by rozpacz nie zgasiła w naszych sercach ognia miłości. Póki on płonie i oświetla nam drogę, Zły Duch nigdy nie zatriumfuje. Sam ksiądz mi o tym przypomniał, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy.
– Ma ojciec rację. Jedni drugich brzemiona noście – odparł Paweł, uśmiechając się blado.
– Amen! – Mateusz potarł zgrabiałe dłonie. – A teraz chodźmy napić się gorącej herbaty. Prawie zamarzłem czekając na ciebie, a w moim wieku z reumatyzmem nie ma już żartów.
Odeszli i ulewa pochłonęła ich kroki. Za nimi opustoszały dworzec trwał w strugach deszczu, a brunatne od rdzy słupy wyciągały palce ku szybko ciemniejącemu niebu.