Sierżant Malik Awad Alla szedł przez wioskę, każdym krokiem manifestując siłę i autorytet. Strzelał kiepsko, maczetą rąbał słabo, ale nikt w Siłach Szybkiego Wsparcia nie dorównywał mu w chodzeniu. Ćwiczył odkąd pamiętał. Najpierw pod surowym okiem ojca, tancerza mieczy. Od dwunastego roku życia pod jeszcze surowszymi, czasem kpiącymi spojrzeniami dowódców.
Efektownemu chodowi zawdzięczał nie tylko długie życie, ale i awanse. Kilkukrotnie wystąpił w filmach Majora, dokumentujących sprawność bojową i bohaterstwo jego podkomendnych. Niestety, jego właśni podkomendni chodzili jak chore zwierzęta w rui. Jakby Allach dał im nogi za karę. Dlatego zostali na obrzeżach wioski, przy ciężarówce. Malik nie chciał, żeby skomplikowali sprawy pożałowania godną dreptaniną czy tupotaniem.
Maszerował wyprostowany, ale nie usztywniony. Wypychanie piersi i zadzieranie głowy robiło wrażenie na defiladach, ale między chatami wystawiłoby go na niebezpieczną śmieszność. Szedł prosto, jak od linijki, choć kosztowało go to wiele trudu. Przestępowanie nad flakami i kawałami mięsa przychodziło mu naturalnie. Ignorowanie aromatu smażonej wołowiny, buchającego z każdego mijanego okna, wymagało świadomego wysiłku.
Prawą dłoń trzymał na kolbie przewieszonego przez ramię karabinu. Na tyle daleko od spustu, żeby nie prowokować mieszkańców, ale i na tyle blisko, żeby pozbawić ich złudzeń co do możliwości rozbrojenia go bez rozpętania strzelaniny.
Szedł szybko, ale lekko. Nie pozwalał, by podeszwy zagłębiały się w przesiąkniętej juchą ziemi. W całym Sudanie trudno było o bardziej znienawidzony dźwięk niż miarowy stukot kamaszy. Rozglądał się, wypatrując zagrożeń, ale bez kręcenia głową i strzelania oczami na boki. Wystarczyło odwracać się ku każdemu z mijanych mieszkańców, żeby objąć wzrokiem całą okolicę.
Kłaniał się wioskowym, pilnując, żeby nie patrzeć im w oczy, a oni odwzajemniali uprzejmość, nie rzucając mu się na plecy. Starsza kobieta, ogryzająca resztki mięsa z kości grubszej niż jej ręka, obdarzyła go nawet uśmiechem. W normalnych okolicznościach uznałby to za objaw szaleństwa lub znak, że wchodzi w pułapkę. Jako że okoliczności normalne nie były, odpowiedział uśmiechem. Kiepsko mu to wyszło, bo mięśnie twarzy ćwiczył na innych grymasach.
Wioska zasypana była mięsem. Raporty wspominały o deszczu, ale rzeczywistość sugerowała bombardowanie. Część chat zawaliła się pod impetem zwierzęcych korpusów, wciąż wystających z ruin. Bydlęce nogi i głowy sterczały z dachów. Flaki walały się wszędzie, a jelita zwisały z drzew i słupów, niczym kilkudziesięciometrowe girlandy.
Malik widywał wioski zasypane dronami, ostrzelane z moździerzy i zalane karabinowym ogniem. Żadna z nich nie wyglądała tak źle. Gdyby mylił krok od makabrycznych widoków, zginąłby zanim został kapralem. Pewnie parł przed siebie, gotów krążyć między chatami i szałasami, tak długo, aż ktoś zastąpi mu drogę.
Mógł, rzecz jasna, kazać prowadzić się do szejcha, albo wrzaskiem domagać się, żeby szejch przyszedł do niego. Możliwe, że zaoszczędziłby trochę czasu, ale pewne, że wyszedłby na awanturnika. Wolał dać szejchowi czas na poukrywanie wszystkiego, co miał do ukrycia, przemyślenie sytuacji i rozpoczęcie rozmowy na jego warunkach.
Drogę zastąpiono mu w centrum wioski, obok jedynego murowanego budynku. Mężczyzna w sile wieku czekał na niego ze stopą ustawioną na głowie krowy, której jakimś trafem udało się nie rozpaść na kawałki po kontakcie z podłożem. Albo kochał dramatyczne pozy, albo postradał rozum, bo w jednej dłoni trzymał maczetę, a drugą gładził jej ostrze. Malik z irytacją poczuł, że jego własny palec nie spoczywa już na gładkim drewnie, a na chłodnym metalu.
Zatrzymał się kilka kroków przed szejchem i cielskiem. Poły munduru zafurkotały, gdy gwałtownie wytracił impet. Zakołysał się na rozstawionych nogach, lekko wysunął szczękę, a lewą dłoń schował w kieszeni spodni. Jakby stanął wyłącznie z własnego kaprysu, żeby krytycznie ocenić okolicę.
– Pochyl głowę przed świętym mężem, którego żarliwe modły zostały wysłuchane! – ryknął szejch.
Malik nie odpowiedział. Sam zwrócił się do bogów, by podziękować za mądrość, dzięki której kazał oddziałowi pozostać na obrzeżach wioski. Przy podkomendnych nie mógłby sobie pozwolić na puszczenie mimo uszu ani bezczelnych żądań, ani świętokradztwa.
– Kimże jesteś, że uzurpujesz prawo do odbierania boskich darów, ty, który przelewasz ludzką krew? – kontynuował perory szejch.
Malik otworzył usta do spokojnej i wyważonej odpowiedzi, ale zanim wymówił choćby sylabę, szejch zamachnął się maczetą, uderzając w kark truchła. I drugi raz. Potem trzeci, czwarty i piąty. Przy szóstym uderzeniu demonstracja straciła resztki dramaturgii. Po dziesiątym była już żałosna. Dowiodła tyle, że nawet silny mężczyzna może zasapać się przy odrąbywaniu głowy masywnemu zwierzęciu.
– Nie ma między nami waśni, bracie. – oznajmił Malik. – Allach w swej miłości zesłał wam dary i przyjęliście je godnie. Dużo mięsa wciąż jednak leży w prażącym słońcu. O wiele więcej niż zdołacie przejeść. Czy sądzisz, że wolą najwyższego było, żeby jego dary poszły na zatracenie w trzewiach padlinożerców i much? Czy w swej łaskawości nie wolałby, aby zaspokoiły głód innych wiernych?
Szejch zdążył otrzeć twarz z krwi, ale nie wyrównać oddech.
– Możesz… wziąć połowę – wysapał.
– Schowaliście już pewnie więcej niż połowę. Weźmiemy tyle, ile zdołamy, zanim ścierwo się popsuje. Ale nie będziemy zaglądać do chat. Ruszymy tylko to, co na widoku.
– To, co na widoku, poza moją majestatyczną bestią. – Szejch dźgnął maczetą zdekapitowaną krowę.
Malik przyjrzał się zwierzęciu. Tylko po to, żeby nie przystać na warunki zbyt szybko. Krowa była dziwna. Bardzo masywna, długonoga, ale pozbawiona garbu.
– Dobrze, ustalone – oznajmił.
– Oby tak było.
Szejch wsunął maczetę za pas, po czym wyciągnął oblepioną krwią rękę, żeby dobić targu. Malik zrobił dwa miękkie, epatujące spokojem kroki i uścisnął dłoń. Energicznie, ale ostrożnie, nie brudząc mankietów.
– Trofeum godne wielkiego szejcha – oznajmił, żeby móc oswobodzić dłoń i wskazać nią odrąbany łeb.
Zauważył, że w uchu krowy tkwił masywny kolczyk. Matowy, w kształcie kostki, z wystającymi łebkami śrubek.
– Co to? – spytał.
– Nic cennego. Mogę ci to wydłubać i wręczyć.
Malik wyrwał kolczyk, po czym obrócił go w dłoniach. Widywał podobne ustrojstwa w bebechach dronów.
– Wiesz co to jest? – spytał, po raz pierwszy patrząc rozmówcy w oczy.
– Nadajnik GPS – Szejch zniżył głos do szeptu. – Wiem więcej: kto go zainstalował.
– Kto?
– Powiem, i to bez zapłaty, ale nie tutaj. Zaszczycisz moje skromne domostwo wizytą?
Malik skinął głową. Gdyby szejch wabił go w pułapkę, nie wymachiwałby wcześniej maczetą. A żeby go zabić, nie potrzebował nawet zastawiać pułapek.
Przekroczyli próg murowanego domu, po czym zapanował chaos. Dzieci biegały, kobiety śpiewały, starzec chrapał. Izba była pełna ludzi i gwaru, bardziej niż koszary po przejęciu kontrabandy toombaku. Meandrowali po wnętrzu i nawet Malikowi nie starczyło wdzięku, żeby nie obić się o nic i nikogo. Dotarli do kąta ze stolikiem, laptopem oraz dwoma krzesłami. Sierżant nie zdążył wygodnie usiąść, a już ktoś pchał mu się na kolana, a kto inny podtykał mu pod nos gorącą herbatę. Nie zwrócił na to uwagi, skoncentrowany wyłącznie na komputerze.
– Rozebrałem jeden nadajnik – powiedział szejch. – Od wewnątrz ktoś wyrył adres strony internetowej. Zaraz ją włączę żebyś na własne oczy przekonał się, o co chodzi z krowami z nieba. To trochę potrwa, bo sprzęt ledwo działa.
Stary, poobijany laptop z dostępem do Internetu wyprowadził Malika z równowagi. Nogi zaczęły mu mimowolnie podrygiwać z ekscytacji. W bazie mieli dwa komputery, ale korzystać z nich można było tylko pod okiem łącznościowca, a i do tego trzeba było przekupić któregoś z oficerów.
– Póki czekamy – podjął szejch – przepraszam za nieuprzejmość i dziękuję, że mnie nie zastrzeliłeś. To przedstawienie było pożałowania godne, ale konieczne. Nagła obfitość mięsa zachwiała moją pozycją.
Malik uszczypnął się w udo, bólem odrywając myśli od komputera.
– Ryzykowałeś życie, żeby popisać się przed twoimi ludźmi?
– Tak. Ale to był bezpieczny zakład. Obserwowałem cię. Wiedziałem, że wszedłeś do wioski sam. Wyglądałeś… Wyglądałeś jak syty lew.
– Dziękuję.
– Jeszcze raz, to ja dziękuję. – Szejch otworzył przeglądarkę i przewijał karty zakładek. – Także za to, że wszedłeś do mojego domu. To zniechęci starszyznę do rycia pode mną dołów.
Blok drobnego tekstu wypełnił ekran. Malik zamrugał. Szejch ustąpił mu miejsca przed laptopem, uśmiechając się zachęcająco. Zrozumiał swój nietakt, jak tylko sierżant zamrugał po raz drugi.
– To manifest – wyjaśnił. – Spisany przez grupę naukowców-renegatów, pracujących nad wojskowym wykorzystaniem efektów pogodowych. Porzucili kariery dla ratowania świata przed głodem oraz nadmiarem metanu. Porwali te krowy i zrzucili nam je na głowy tornadem.
Malik pokiwał głową. O ile krowy nie zostały zatrute, a później zrzucone przez siły reżimu, nie interesowało go skąd i dlaczego się wzięły. Ciekawiło go coś innego.
– Możesz na tym komputerze włączyć filmy? – spytał.
– Nie znalazłem żadnych nagrań z tornadami, które porywałyby całe…
– Nie. Filmy z pokazów mody. Jakichś europejskich.
Szejch drgnął.
– Rozumiem uwielbienie dla piękna – wycedził – ale dom pełen kobiet i dzieci to nie…
– Nie, nie. Filmy z męskich pokazów mody.
Szejch spąsowiał. Otworzył usta do krzyku, ale pojął, że źle zrozumiał zainteresowania gościa, zanim wyryczał sprzeciw. Włączył nagrania, po czym odszedł od stolika. Wrócił, gdy herbata Malika była już zimna.
– Twoi ludzie zaczynają się niepokoić – powiedział.
Sierżant wstał, skłonił się i wyszedł.
Tona wołowiny mogła przysporzyć mu zaszczytów. Może nawet zrobić z niego oficera. Mistrzostwo w asymetrycznej pracy przedramion, delikatnych wychyleniach miednicy i minimalistycznych ćwierćpiruetach oferowało więcej. Szansę dożycia starości. O ile, rzecz jasna, żadna krowa nie spadnie mu na głowę.
Cześć Jerry,
przyznam, że z niecierpliwością wyczekiwałem Twojego tekstu. Jak na osobę, która prawie do każdego tekstu ma zarzuty, sam piszesz przeciętnie. Przez bardzo długi czas przeglądając komentarze, zastanawiałem się czy jesteś wybitnym literaturoznawcą, czy też najzwyklejszym trollem internetowym.
Występują powtórzenia, zdania są schematyczne, a sama historia od samego początku nie porywa. Tekst posiada luki logiczne oraz nielogiczne metafory. Osobiście short mnie nie porwał, wręcz czytałem go na siłę, ale się poświeciłem z w/w przyczyny :)
Cześć,
przyznam, że czekałam na jakieś Twoje opowiadanie, bo na podstawie komentarzy można było założyć, że wiesz co nieco o pisaniu. Byłam zatem ciekawa, jak to się przekłada na Twoje teksty. Wiem też, że łatwiej zauważyć mankamenty u kogoś w tekście niż u siebie i to chyba ten przypadek :)
Jakby Allach dał im nogi za karę
“Ch” zamierzone? Obie wersje są niby ok, ale “h” rekomendowana.
– Nie ma między nami waśni, bracie. – oznajmił Malik.
bez kropki
Wiesz co to jest? –
Przecinek
Nadajnik GPS – Szejch zniżył głos do szeptu.
Kropka
Wiem więcej: kto go zainstalował.
to bym trochę przeredagowała, bo to wypowiedź, a w niej nie czuć tego dwukropka, więc może coś w stylu “wiem też, kto..” “wiem nawet, kto” itd
Meandrowali po wnętrzu i nawet Malikowi nie starczyło wdzięku, żeby nie obić się o nic i nikogo. Dotarli do kąta ze stolikiem, laptopem oraz dwoma krzesłami. Sierżant nie zdążył wygodnie usiąść, a już ktoś pchał mu się na kolana, a kto inny podtykał mu pod nos gorącą herbatę. Nie zwrócił na to uwagi, skoncentrowany wyłącznie na komputerze.
Dużo tych “nie” się tutaj zebrało i przynajmniej jedno, to pierwsze, można by usunąć (np. nawet Malikowi zabrakło wdzięku)
Zaraz ją włączę żebyś na własne oczy przekonał się, o co chodzi z krowami z nieba
Przecinek
Są fragmenty naprawdę dobre, jak chociażby tutaj: jelita zwisały z drzew i słupów, niczym kilkudziesięciometrowe girlandy i obrazowo jest to niezły kawałek. Klimat przez to mi się nawet podobał. I motyw z chodzeniem też… do pewnego momentu, bo jest to obrabiane cały czas, jako różne wariacje tej samej informacji – bohater ma jedną cechę podkreśloną do maksimum.
Warsztatowo dobrze pomimo braku kilku przecinków.
Jestem ciekawa jakiejś dłuższej formy. Tu całość ok, ale bez efektu “wow”, którego oczekiwałam po Twoich komentarzach pod innymi opowiadaniami :)
Witaj. :)
Przybywam jako dyżurna. :)
Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Ćwiczył (przecinek?) odkąd pamiętał.
Kilkukrotnie wystąpił w filmach Majora, dokumentujących sprawność bojową i bohaterstwo jego podkomendnych. Niestety, jego właśni podkomendni chodzili jak chore zwierzęta w rui. – powtórzenie?
Wypychanie piersi i zadzieranie głowy robiło wrażenie na defiladach, ale między chatami wystawiłoby go na niebezpieczną śmieszność. Szedł prosto, jak od linijki, choć kosztowało go to wiele trudu. – i tu?
Pewnie parł przed (alteracja – celowa?) siebie, gotów krążyć między chatami i szałasami, (zbędny przecinek?) tak długo, aż ktoś zastąpi mu drogę.
– Nie ma między nami waśni, bracie. – oznajmił Malik. – błędny zapis dialogu?
O wiele więcej (przecinek?) niż zdołacie przejeść.
– Wiesz (przecinek?) co to jest?
– Nadajnik GPS – Szejch zniżył głos do szeptu. – błędny zapis dialogu?
A (przecinek?) żeby go zabić, nie potrzebował nawet zastawiać pułapek.
Zaraz ją włączę (i tu?) żebyś na własne oczy przekonał się, o co chodzi z krowami z nieba.
W bazie mieli dwa komputery, ale korzystać z nich można było tylko pod okiem łącznościowca, a i do tego trzeba było przekupić któregoś z oficerów. – powtórzenie?
O ile krowy nie zostały zatrute, a później zrzucone przez siły reżimu, nie interesowało go (przecinek?) skąd i dlaczego się wzięły. Ciekawiło go coś innego. – powtórzenie?
W całym szorcie wybija się na pierwszy plan humor – fajnie zakamuflowany, dyskretny i równocześnie bardzo pomysłowy. :) Ciekawa opowieść z oryginalnym głównym bohaterem i – takim samym – tytułem. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Tekst przeczytałem z mniejszym zainteresowaniem, z uwagi że sci-fi nie moja zbyt tematyka na tą chwilę. Mimo to zdecydowałem się na tę lekturę, bo jesteś dość…aktywny na forum, że tak to ujmę i zdajesz się wyjątkowo poinfromowany i światły w sztuce pisania i czytania.
Pierw – Gratuluję debiutu i z checią bym zagrał rolkę bruce gdzie znajdziesz poradniki, bo początkującemu pisarzowi, którymi jak mniemam – wszyscy w wiekszości jesteśmy – się przydadzą :)
[EDIT: NIESTETY BRUCE jak zwykle mnie wyprzedziła :P]
Co się zaś tyczy tekstu:
Jak to z debiutami bywa– szału nie ma , ale też nie ma tragedii.
Zatrzymał się kilka kroków przed szejchem i cielskiem. Poły munduru zafurkotały, gdy gwałtownie wytracił impet. Zakołysał się na rozstawionych nogach, lekko wysunął szczękę, a lewą dłoń schował w kieszeni spodni. Jakby stanął wyłącznie z własnego kaprysu, żeby krytycznie ocenić okolicę.
Trochę przekombinowany opis. Jedno z danie mniej (np to ostatnie).
Powtarzający sie schemat opisów z “ale”.
Maszerował wyprostowany, ale nie usztywniony.
Szedł szybko, ale lekko
Energicznie, ale ostrożnie, nie brudząc mankietów.
Wspomniane to zostało chyba przez rozmówców.
Przyznaję, że nie do końca kupiłem fabułę tego szorta. Warsztatowo nie jest jednak źle. Jest trochę też potknięć logicznych.
Najważniejszy z nich to tak, że Sierżant Malik zostawia swoich ludzi poza wioską, bo… brzydko chodzą. Jasne, to buduje jego charakter i podkreśla komizm postaci, ale z wojskowego punktu widzenia to czyste samobójstwo w strefie wojny.
Mam jednak świadomość, że szorty rządzą się innymi prawami i ja też osobiście nie do końca za nimi przepadam. W tym sensie, że ciężko mnie nimi zachwycić. Stworzyłeś jaką tam scenkę w Sudanie w klimacie wojennym, gdzie ziomek urywa się ze swojego oddziału, napotyka na dziwną sytuację i jakiegoś lokalnego zbzikowałego warloda. Naotmiast na plus – sam wybór miejsca fajny, niektóre opisy rozwalonej wioski ci się bardzo udały. Widać, że potrafisz takie rzeczy pisać.
Zastanawia mnie jakbyś napisał dłuższą wersję tej historii, bo być moze miałaby inny wydźwięk.
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)
@lugosi
Sprawiłeś mi wiele radości. Warto było opublikować tę historyjkę dla samego twojego komentarza. “Piszesz przeciętnie” i “zdania są schematyczne” to najwyższe pochwały, dla kogoś, kto przez większość życia walczył z tendencjami do barokowych zdań złożonych w szyku przestawnym i udziwniania. Fakt, że moje słowa z komentarzy poruszyły Cię na tyle, żebyś wbrew sobie przebrnął przez słowa opowiadania, to już czereśnia na torcie.
@OldGuard
Dziękuję, za wytknięcie ortów i ekscesów z nie. Nigdy nie potrafiłem pojąć reguł stawiania przecinków i zapisów dialogów i nawet już nie próbuję, twoje uwagi są więc tym cenniejsze. Poprawki naniosę, choć chyba dopiero po łikendzie.
Ciekawość to pierwszy stopień do literackiego piekła. Dłuższe formy piszę o wiele, wiele gorzej. Namiętnie, bo grafomanem jestem już chyba nawet w ujęciu klinicznym, ale gorzej. Ale zapamiętam sobie twoje zainteresowanie, i jak zdarzy mi się napisać i wrzucić jakieś opowiadanie, to potem będę się pod nim bronił pisząc, że OldGuard mi kazała!
@bruce
Przecinki poprawię, wierząc Ci na słowo. Nad powtórzeniami się zastanowię, bo, z jednej strony, nie wszystkie są zamierzone, ale z drugiej, lubię powtarzać powtórzenia.
Humor! Nie cierpię humoru. Spróbuj napisać horror albo dramat psychologiczny, jak wszędzie wciska Ci się ten przeklęty humor ;)
@melendur88
Dzięki za oficjalne powitanie, ale wstydliwa prawda jest taka, że debiut na tym forum miałem już jakieś piętnaście lat temu. Doceniam jednak gest!
Co logicznych dziur, z reguły staram się je łapać i łatać na bieżąco. Tutaj nie trzymałem rygoru, bo już główne założenie historyjki jest wielką logiczną dziurą. To napisawszy, samodzielne wchodzenie do wioski jest do wybronienia. Raz, że Siły Szybkiego Wsparcia to nie jest regularne wojsko, dwa że wioska znajduje się na terenach przez Siły kontrolowane i nie dysponuje własną milicją, trzy że niestandardowa sytuacja wymagała niestandardowego podejścia. W sumie, pewnie powinienem coś z tego zasygnalizować, ale nie chciałem ani rozpychać tekstu ekspozycją, ani rozwadniać absurdu wyjaśnieniami.
Nie potrafiłbym rozpisać tej historii w dłuższej wersji: materiału ledwo starczyło na szorta, a i to wymęczonego i męczącego.
Cześć Gary…. yyy, znaczy Jerry :)
Jak widzisz, krytykując innych można zostać forumowym debiutantem po piętnastu latach. Poradniki dla żółtodziobów już Ci zasugerowano, to może idźmy siłą rozpędu i od razu czytanki dla pierwszoklasistów – jak to było? “Ala ma kota”? Nie wiem, dawno to czytałem :D
Ogólnie cieszę się, że się pojawiłeś, bo Twoje teksty były jednymi z niewielu, które ze mną zostały. Jakimś zbiegem okoliczności dziś wspominałem ten tekst, gdzie bohater, własność AI, rozmawiał z kobietą wyhodowaną jako “mądra rasa”, czytaj – z wielkim łbem. I był przepełniony radością, po swojej niekoniecznie upragnionej reinkarnacji :)
Ten short powyżej jest inny niż to co pamiętam. Moim zdaniem bardziej literacki. Taki bez obowiązującego na tym forum przytupu. Fajnie się to czytało, ale tekst zdecydowanie nie forumowy ;) No, usterki są, ale ogólne odczucie solidnie na plus. Ale wiem, że dopiero się rozgrzewasz, więc wyciągam popcorn i czekam na więcej.
Mam taką zasadę, że jeśli ktoś zajrzy do mnie, zawsze może liczyć, że pojawie się przy jakimś jego opowiadaniu. Więc jestem. Osobiście opowiadanie tego typu, to niestety nie moje klimaty. I mimo naszego poprzedniego spięcia postaram się podejść tutaj obiektywnie.
Kilka uwag, do których nie musisz się odnosić wcale:
Nie musisz odpisywać.
@silver_advent
Kopę lat silver :) Akurat mam pod ręką Elementarz Falskiego (z 57 roku!). “Ala ma kota” nie dorasta do pięt “Można orać konikiem. Ale jest lepiej i prędzej, i lżej orać traktorem”.
W ogóle zapomniałem o tekście, o którym wspomniałeś! Bardzo miło, że o nim pamiętasz. To chyba jedno z najmilszych literackich doświadczeń, jakich przyszło mi doznać. Brrr, aż się przesłodziłem. Mam tylko nadzieję, że tekst nie wyszedł mi proroczy.
Co do sensowności wyciągania popkornu… Nostalgia i kryzys wieku średniego skłoniły mnie do otworzenia folderu z pomysłami na opowiadania i szorty. Okazuje się, że trochę mi ich zostało do realizacji. W dodatku okazało się, że rozpisywanie ich wciąż daje mi sporo frajdy. Zobaczymy czy wszechświat pozwoli.
@CZARNA2
Miło Cię widzieć, do twoich uwag odniosę się z przyjemnością. Taniec miecza to rodzaj tradycyjnego tańca Sudańskiego. Co do opisywania tego, jak chodzą chore zwierzęta w rui, to właściwie powtórka z naszej poprzedniej wymiany zdań, tyle że zamieniamy się rolami. Nie cierpię zbędnych opisów i wychodzę z założenia, że czytelnik nie potrzebuje wiedzieć, co mam w głowie (bo odbiór tekstu i tak bardziej zależy od tego, co w głowie ma czytelnik). Jakiekolwiek ruchy wyobrazisz sobie czytając hasło “chore zwierzęta w rui” będzie właściwe. Po prawdziwe, nie musisz nawet sobie tego wyobrażać i możesz potraktować to wyłącznie jako figurę stylistyczną służącą charakteryzacji głównego bohatera. Albo jako nielogiczną metaforę.
Cieszę się, że Jerry nie pisze gorzej niż Gary. Pomysłowe, nietuzinkowe, wykonane z inwencją i pazurem. Osobliwa sytuacja okazała się mieć racjonalne (nawet jeśli trochę zwariowane) wyjaśnienie, i to w momencie, gdy już się spodziewałem jakichś kosmitów albo magii. Ale to właśnie dobrze.
Dodałbym jeszcze jedną lub dwie uszczypliwe uwagi, żebyś nie poczuł się zbyt komfortowo i miał motywację do rośnięcia wyżej ponad poziomy, tylko że akurat nic nie przychodzi mi do głowy.
Total recognition is cliché; total surprise is alienating.
@jeroh
Myślę, że: “Tytuł zerżnięty z Szarknado, ale w przeciwieństwie do Szarknada: zupełnie bez zębów” byłoby odpowiednio uszczypliwe.
Cieszę się, że spodobał Ci się pomysł. Byłem prawie pewien, że zardzewiałem. Przy okazji, historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami: deszczem mięsa w Kentucky sprzed stu pięćdziesięciu lat. Tyle, że tam winni byli nie naukowcy-renegaci, a rzygające sępy.
[EDIT: NIESTETY BRUCE jak zwykle mnie wyprzedziła :P]
Melendurze88, się staram… 
Pozdrawiam. :)
Jerry_gainerze, proszę mi nie wierzyć na słowo, to jedynie sugestie. Ostateczna decyzja należy zawsze do Autora. :)
Ja humor uwielbiam, dlatego w każdym tekście go docenię. :)
Pozdrawiam. :)
Pecunia non olet
Witam,
Językowo pewnie doczepiłbym się w paru miejscach, ale głównie do przekombinowanych metafor, a nie czegoś, na czym się potykałem podczas czytania.
Podoba mi się pomysł na bohatera, który cały jest pozą, wyćwiczoną grą ciała. Jest taką chodzącą skorupką, stworzoną przez reżim, choć we wnętrzu znajduje się przeciętny gość, nawet wzbudzający moją sympatię. On po prostu chce przetrwać i mieć spokój. Ten wątek jest bardzo ładnie zbudowany na początku, niestety potem trochę słabiej wybrzmiewa, ale wraca jako pointa.
Środek był nierówny, miejscami przerysowany, zwłaszcza nagłe spoufalanie się z przywódcą wioski i przejścia nastroju następowały bez uprzedzenia. Rozumiem, że miał to być efekt opadającej zasłony i dodatkowy rozśmieszacz dla czytelnika, ale brakowało choć momentu zdziwienia. Sygnały, że jeden przejrzał drugiego są, ale słabo nadane. Można było to pociągnąć jeszcze bardziej komicznie, np. obaj dają sobie sygnały, kiedy grać na pokaz, a kiedy mogą wyluzować.
Myślę, że ich nagłe zgranie kupiłbym, gdyby się okazało, że to kuzyni, ale dopiero we wnętrzu domostwa mogą się do tego przyznać.
To tyle z cyklu “wujek dobra rada”, czyli narodowego sportu Polaków :)
Początek dobry, koniec dobry, środek po prostu przeczytałem, intryga z krowami przekombinowana i to zapomnę, ale scenka z kroczeniem przez wioskę na pewno pozostanie mi w pamięci na długo!
@marzan
Słuszne uwagi, ale, bo przecież nie byłbym sobą gdybym nie miał jakiegoś ale, to że obaj panowie urządzają przedstawienie wydaje się łatwe do przewidzenia. Jeden, jak sam zauważyłeś, jest chodzącą pozą. Drugi korzysta z rekwizytów i rozpoczyna interakcje od podawania się za bożego wybrańca. Nie chciałem wpadać w przesadny komizm. Ich zachowania są niby humorystycznie przerysowane… Tyle, że jak obejrzeć sobie interakcje i zachowania najzupełniej realnych przywódców (i to nie wiosek czy oddziałów paramilitarnych), to można dojść do wniosku, że Malik i schejch są sztucznie stonowani i nudni ;)
Intryga z krowami jest jak najbardziej przekombinowana. Właściwie cała fabuła, a szczególnie jej puenta jest czymś między niemądrym żartem a zmyłką.
Serwus,
Po komentarzach widać, że wrzucenie re-debiutanckiego szorta zrobiło poruszenie. Przyznam, że sam czekałem, aż coś wrzucisz. Po pierwsze: rzadko się zdarza, żeby ktoś aktywnie komentował, nie wrzucając własnych tekstów (wyjątkiem są Regulatorzy, ale to inna półka). Po drugie: Twoje uwagi pod tekstami innych miewały punkty styczne z moimi własnymi przemyśleniami, więc tym bardziej chciałem zobaczyć, co sam wyczarujesz. (Oczywiście sam fakt, że zna się zasady, nie oznacza jeszcze, że umie się z nich korzystać – znam zasady szachów, ale na turnieju nie przeszedłbym dalej niż etap uiszczania wpisowego).
Twój szort mi się podoba. Przez absurdalność fabuły jest interesujący i wciągający. Motyw „chodzenia” jako idée fixe głównego bohatera jest oryginalny i zabawny. Zakończenie z oglądaniem filmów o chodzeniu na męskich pokazach mody jest absurdalne i przez to idealnie trafia w punkt. Ogólnie: fajna, zabawna historyjka.
Technicznie jak dla mnie też jest OK, choć wydaje mi się, że znalazłem kilka drobiazgów do poprawienia (pokrywają się z tym, co wyłapała Bruce). Doceniam prostotę języka, bez nadmiaru wszelkich udziwnień.
„Debiut na tym forum miałem już jakieś piętnaście lat temu” – rozumiem, że to nowe konto? Co się stało z poprzednimi opowiadaniami?
Pozdrawiam i klikam!
Hej!
Trochę za dużo tego chodzenia, szejch prosi się o więcej charakteru, puenta jakaś dziwna. Nie do końca rozumiem, co konkretnie ma przynieść sposób chodzenia jak na pokazanie mody. Ale całościowo short udany, przyjemny, z ciekawymi pomysłami. Wydaje mi się, że można byłoby skrócić w kilku miejscach i wyszłoby to tekstowi na dobre.
Czekam na dalsze opowiadania, ale póki co jestem bardziej fanem Twoich 10/10 komentarzy! :3
Pozdrawiam :D
Cześć, Jerry! Ślimak wpełza i rozgląda się po łaciatym pobojowisku…
Ja także, o ile sobie przypominam, nie miałem przyjemności zetknąć się z “Garym”, o którym wspominają starsi stażem Użytkownicy.
Myślę, że oceniasz tekst trochę surowo, nazywając go “wymęczonym i męczącym”, ale zgodzę się, że w tym planie trudno byłoby wycisnąć z niego wiele więcej: zbyt duża jest rozpiętość między poważną, bogatą w aktualne odniesienia wypowiedzią o człowieku, którego całe życie składa się z maskowania i udawania kogoś, kim się nie jest, komicznym potraktowaniem finału a absurdalnością całej koncepcji. Może gdyby pojawił się jakiś kontrmodel, barwne porównanie z kimś, kto pozwala sobie na zachowania spontaniczne?…
Zwróciłem uwagę na trocheiczny początek wybijający rytm marszu (“Sierżant Malik Awad Alla szedł przez wioskę, każdym krokiem”…), ładny zabieg, pewnie byłby wyraźniejszy, gdyby rozciągnął się nieco dłużej.
Drobiazgi redakcyjne:
Starsza kobieta, ogryzająca resztki mięsa z kości grubszej niż jej ręka, obdarzyła go nawet uśmiechem. W normalnych okolicznościach uznałby to za objaw szaleństwa lub znak, że wchodzi w pułapkę. Jako że okoliczności normalne nie były, odpowiedział uśmiechem.
Niezręczne powtórzenie.
Gdyby mylił krok od makabrycznych widoków, zginąłby, zanim został kapralem.
Zdanie podrzędne.
Mógł, rzecz jasna, kazać prowadzić się do szejcha(-,) albo wrzaskiem domagać się, żeby szejch przyszedł do niego.
Tutaj przecinek nie jest uzasadniony, spójnik rozłączny, drugi człon nie ma wyraźnych cech dopowiedzenia.
– Kimże jesteś, że uzurpujesz prawo do odbierania boskich darów, ty, który przelewasz ludzką krew? – kontynuował perory szejch.
Chyba powinno być “uzurpujesz sobie”, też raczej jedną “perorę”.
– Nie ma między nami waśni, bracie. – oznajmił Malik.
Czynność gębowa, bez kropki.
Czy sądzisz, że wolą najwyższego było, żeby jego dary poszły na zatracenie w trzewiach padlinożerców i much?
Pisownia małą literą zaskakująca, ale może zrobiłeś to celowo, żeby zasugerować, że bohater jest jakimś synkretycznym politeistą uznającym Allaha za jednego z bogów?
– Trofeum godne wielkiego szejcha – oznajmił
Trzeci raz “oznajmił” w dość krótkim dialogu.
– Wiesz, co to jest? – spytał, po raz pierwszy patrząc rozmówcy w oczy.
– Nadajnik GPS. – Szejch zniżył głos do szeptu.
po przejęciu kontrabandy toombaku.
Miał być “tombak” czy to jakaś inna, nieznana mi substancja?
Zaraz ją włączę, żebyś na własne oczy przekonał się, o co chodzi z krowami z nieba.
W bazie mieli dwa komputery, ale korzystać z nich można było tylko pod okiem łącznościowca
Z tego, co czytałem, obecnie już w Afryce dużo łatwiej o telefony z dostępem do Internetu niż o komputery. Oczywiście przytaczam to jako ciekawostkę, nie wadę tekstu, bo może jest on osadzony trochę w przeszłości, może jakieś specyficzne miejscowe realia.
nie interesowało go, skąd i dlaczego się wzięły.
Polecam do Biblioteki, pozdrawiam i życzę, by wena szła w parze z ambicjami!
Hej!
Przeczytałem ze względu na bardzo obrazowy tytuł :)
W tekście jest sporo fajnych pomysłów. Dziwna mania głównego bohatera, jej umiejscowienie w realiach (kilka razy zapachniało Paragrafem 22). Sam pomysł na katastrofę też ciekawy. Tylko zabrakło mi jakiejś historii, która sprawiłaby, że mnie te wszystkie pomysły zainteresują.
Widzę, że na starcie sierżant wchodzi do wioski, w której mieszkańcy są do niego wrogo nastawieni. Ale po co? Nie ma żadnych powodów, żeby mu kibicować, nie ma żadnych powodów, żeby kibicować mieszkańcom, no idzie sobie jakiś gościu, tylko w dziwny sposób. Miałem lekką nadzieję na jakąś tajemnicę, ale tajemnica, gdy już wyjaśniła się na samym końcu, nie zmieniła w żaden sposób postrzegania wcześniejszej części tekstu. Równie dobrze krowy mogli zrzucać kosmici i na nic by to nie wpłynęło.
Samo zakończenie pomysłowe :) Chociaż znowu pewnie mocniej by wybrzmiało, gdyby kończyło jakiś mocniej zarysowany wątek.
Z kwestii technicznych:
Szedł szybko, ale lekko.
Tu chyba nie ma sprzeczności. Może lepiej “i”?
Wystarczyło odwracać się ku każdemu z mijanych mieszkańców, żeby objąć wzrokiem całą okolicę.
Chyba nie rozumiem.
Poły munduru zafurkotały, gdy gwałtownie wytracił impet.
Często w tekście miałem wrażenie, że określenia/metafory są trochę niezręczne. Tutaj przyczepię się na przykładzie. Najbardziej naturalnie brzmiałoby po prostu “gdy się gwałtownie zatrzymał”. Ale ok, chcemy mieć absurdalną stylizację. Problem polega na tym, że nawet przy tej stylizacji “wytracił impet” mi nie pasuje. Wcześniej mieliśmy opisy, że sierżant idzie bardzo dostojnie, ale lekko i zgrabnie, więc nie było tam masy do “zatrzymywania z impetem” ;) Może nie pomaga, że na starcie poza metaforami za wiele się nie dzieje.
No, tego, nie wiem czy to jedno zdanie zasługuje na taką krytykę, ale może się do czegoś przyda :P
Pozdrawiam :)
It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead
Cześć, wyrobiłem już normę, którą na siebie nałożyłem (co najmniej dwa przeczytane i skomentowane teksty na jeden mój), ale przypomniałem sobie, że chciałem przeczytać tekst o tym tytule. Spodziewałem się szalonej opowieści. Koniec faktycznie jest powalony moim zdaniem, ale trochę mnie zawiódł. Jakby na przykład to Krowonado było żywe, wróciłoby do wioski i wszyscy by zaczęli do niego strzelać, a ono by ryczało jak tysiące krów haha :) Kilka razy się zaśmiałem, ogólnie fajna historia. Wydała mi się pasować do osoby, którą poznałem po jednym komentarzu^^
To zdanie mnie zastanowiło. Czy nie powinno być oddechu. W Google przyznaje mi rację.
“Szejch zdążył otrzeć twarz z krwi, ale nie wyrównać oddech.”
Jak obiecałem – tak robię. Witam!
Hmm. Zaskoczyłeś mnie. Ciekawy szort, ale zupełnie inny niż bym się spodziewał.
Jest trochę usterek, ale oprócz tego tekst mnie zainteresował. Chociaż ciężko mi inaczej go traktować niż eksperyment formy. Pomysł ciekawy, inny. Szanuję.
Oczywiście plus za Afrykę. Podpisuję się pod opinią, że chętnie przeczytam od Ciebie coś dłuższego.
Kliknę, a co mi tam.
Ćwiczył odkąd pamiętał.
Wydaje mi się, że przecinek przed “odkąd”
Zaraz ją włączę żebyś na własne oczy przekonał się,
Tu też bym dał przecinek przed “żebyś”.
laptop z dostępem do Internetu
Czemu “internet” z wielkiej?
You cannot petition the Lord with prayer!
@Robert Raks
Cieszę się, że lektura była przyjemna. Cieszę się też, że użyłeś zwrotu “idee fixe”, którego używanie było idee fixe mojego ulubionego autora z młodości. Nostalgia nigdy się nie kończy ;)
rozumiem, że to nowe konto? Co się stało z poprzednimi opowiadaniami?
Brajt raczy wiedzieć. Stare konto jest zablokowane, można się do niego doklikać, ale nie ma przypisanych tekstów. Podejrzewam, że opowiadania i szorty wciąż gdzieś tam są, ale nie da się do nich dostać w konwencjonalny sposób. Da się pewnie korzystając z historycznych snapów portalu, ale nie zachęcam do takiej archeologii, bo nowych i ciekawych tekstów jest i tak bez liku.
@khomaniac
Wydaje mi się, że można byłoby skrócić w kilku miejscach i wyszłoby to tekstowi na dobre.
Na pewno by się dało i raczej na pewno wyszłoby to na dobre, ale chciałem sobie pofolgować. O ile pisanie jest całkiem zabawne, o tyle poprawianie już o wiele mniej, więc ograniczam je do minimum (tutaj nawet złamałem świętą zasadę odleżyn, i wrzuciłem tekst zaraz po napisaniu).
Czekam na dalsze opowiadania, ale póki co jestem bardziej fanem Twoich 10/10 komentarzy! :3
Doskonale się składa, bo komentuje się o wiele łatwiej ;)
@Ślimak Zagłady
Cześć, Jerry! Ślimak wpełza i rozgląda się po łaciatym pobojowisku…
Cześć Ślimaku! Mam nadzieję, że jest tu równie malowniczo, co na zboczu.
Myślę, że oceniasz tekst trochę surowo, nazywając go “wymęczonym i męczącym”,
Tekst jest trochę wymęczony, przynajmniej, choć nie koniecznie tylko, w tym sensie, że dałoby się go spisać i krócej i czyściej. A że kilkoro czytelników zmęczyło się lekturą, to nie wypada kwestionować ich odczuć. Na szczęście jestem wielkim orędownikiem robienia rzeczy wystarczająco dobrze, a nie idealnie, więc taki stan rzeczy w ogóle mi nie przeszkadza.
Może gdyby pojawił się jakiś kontrmodel, barwne porównanie z kimś, kto pozwala sobie na zachowania spontaniczne?
Może. W założeniach, taką funkcję miały pełnić interakcje w domu, gdzie toczy się zwyczajne życie, szejch mówi normalnie, a Malik częściowo traci kontrolę nad nogami. Dałoby się tu wpisać kogoś spontanicznego, podkomendnego, który nie posłuchał rozkazu, albo szamana, ale wtedy kontrast między pozą a spontanicznością stłumiłby ten między pozą, a chwilowym jej porzuceniem.
Zwróciłem uwagę na trocheiczny początek wybijający rytm marszu (“Sierżant Malik Awad Alla szedł przez wioskę, każdym krokiem”…), ładny zabieg, pewnie byłby wyraźniejszy, gdyby rozciągnął się nieco dłużej.
Ha. Ciekawe. Od lat pracuję nad rytmem, pierwszy akapit przepisywałem ze trzy razy, aż zaczął mi pasować, ale robiłem to na czuja, więc tracheiczność wyszła mi psim swędem. Teraz aż mnie kusi, żeby napisać coś ze świadomą kontrolą sylab, ale raczej przekroczyłoby to moje możliwości (a na pewno uszczupliło wątłe siły).
Pisownia małą literą zaskakująca, ale może zrobiłeś to celowo, żeby zasugerować, że bohater jest jakimś synkretycznym politeistą uznającym Allaha za jednego z bogów?
Bardziej po to, żeby zasugerować, że cała gadka nie ma wiele wspólnego z wiarą.
Miał być “tombak” czy to jakaś inna, nieznana mi substancja?
Toombak to odmiana używki uwielbianej przez naszego prezydenta.
Z tego, co czytałem, obecnie już w Afryce dużo łatwiej o telefony z dostępem do Internetu niż o komputery. Oczywiście przytaczam to jako ciekawostkę, nie wadę tekstu, bo może jest on osadzony trochę w przeszłości, może jakieś specyficzne miejscowe realia.
Słuszna uwaga. Z tego co czytałem w trakcie robienia riserczu (bardzo pobieżnego) to problem jest nie tyle ze sprzętem, co z dostępem do Internetu. W niektórych rejonach Sudanu królują Starlinki, a te jakoś naturalnie parują mi się z komputerami, niż z telefonami. Telefony byłyb pewnie bardziej realistyczne.
@ostam
Przeczytałem ze względu na bardzo obrazowy tytuł :)
Doskonale! Od dekad forsuję tezę, że tytuł jest najważniejszym elementem utworu ;)
Widzę, że na starcie sierżant wchodzi do wioski, w której mieszkańcy są do niego wrogo nastawieni. Ale po co? Nie ma żadnych powodów, żeby mu kibicować, nie ma żadnych powodów, żeby kibicować mieszkańcom, no idzie sobie jakiś gościu, tylko w dziwny sposób.
Słusznie. Bazowałem na tym, że głównym motorem napędzającym czytelnika w pierwszych akapitach będzie ciekawość co do tego, po co sierżant tam idzie. Można było rozpisać emocjonalne stawki na początku. Wyszłoby z tego inne opowiadanie, może lepsze, może gorsze.
Miałem lekką nadzieję na jakąś tajemnicę, ale tajemnica, gdy już wyjaśniła się na samym końcu, nie zmieniła w żaden sposób postrzegania wcześniejszej części tekstu. Równie dobrze krowy mogli zrzucać kosmici i na nic by to nie wpłynęło.
To akurat przypisuję sobie na plus. Puenty odwracające fabułę o sto osiemdziesiąt stopni bywają widowiskowe, ale mnie już przede wszystkim drażnią.
Tu chyba nie ma sprzeczności. Może lepiej “i”?
Słusznie. Tam było coś jeszcze, zostało wycięte, ale ale pozostało.
Często w tekście miałem wrażenie, że określenia/metafory są trochę niezręczne. Tutaj przyczepię się na przykładzie. Najbardziej naturalnie brzmiałoby po prostu “gdy się gwałtownie zatrzymał”. Ale ok, chcemy mieć absurdalną stylizację. Problem polega na tym, że nawet przy tej stylizacji “wytracił impet” mi nie pasuje. Wcześniej mieliśmy opisy, że sierżant idzie bardzo dostojnie, ale lekko i zgrabnie, więc nie było tam masy do “zatrzymywania z impetem” ;) Może nie pomaga, że na starcie poza metaforami za wiele się nie dzieje.
To już zabawa w skojarzenia. Mnie gwałtowne wytracanie impetu przywodzi na myśl widowiskową kraksę: meteoru z planetą chociażby. I o taką nietypową i nienaturalną gwałtowność mi chodziło. Masz rację, że ta fraza zgrzyta, ale zgrzyta mniej więcej tak, jak chciałem żeby zgrzytała.
No, tego, nie wiem czy to jedno zdanie zasługuje na taką krytykę, ale może się do czegoś przyda :P
Merytoryczna krytyka zawsze jest interesująca i inspirująca.
@tlok303
Świetnie, że komentujesz! Im więcej, tym lepiej. Wyłapywanie tego, co się podoba, a co nie, w cudzych tekstach bardzo pomaga przy pisaniu własnych.
To zdanie mnie zastanowiło. Czy nie powinno być oddechu. W Google przyznaje mi rację.
“Szejch zdążył otrzeć twarz z krwi, ale nie wyrównać oddech.”
Dobre oko. Z tym zdaniem jest coś zdecydowanie nie tak i ze trzy razy zastanowiłem się, czy go nie przepisać. Problem jest taki, że “zdążył wyrównać oddech” ale już “nie zdążył wyrównać oddechu”, “nie wyrównać oddech” może być nawet poprawne (nie mam pojęcia), ale jest nienaturalnie niezgrabne.
@MichaelBullfinch
Miło że wpadłeś! Wątpię, żebym opublikował tego szorta, gdyby nie pokusa żeby przyczynić się do sklecenie afrykańskiego dyptyku.
Chociaż ciężko mi inaczej go traktować niż eksperyment formy
Och, a tak bardzo się starałem, żeby nie cudować :)
Czemu “internet” z wielkiej?
Internet to nazwa własna. W tym przypadku, zdecydowałem się na wariant z wielką literą, żeby podkreślić, że w Sudanie to duża sprawa.
To zdanie mnie zastanowiło. Czy nie powinno być oddechu. W Google przyznaje mi rację.
“Szejch zdążył otrzeć twarz z krwi, ale nie wyrównać oddech.”
Nie powinno. “Zjadł rybę, ale nie jabłko”, mimo że: “nie zjadł jabłka”. Inaczej byłoby, gdyby powtórzyć “zdążył”.
Total recognition is cliché; total surprise is alienating.