- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0009. Dzień dziewiąty.

Cuiavia. Vicus. 0009. Dzień dziewiąty.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0009. Dzień dziewiąty.

Poranek uderzył w nich znajomym bólem mięśni i chłodem, lecz tym razem znużenie ustąpiło miejsca czemuś innemu. Wypełniła ich nowa, spokojna energia – siła ludzi z konkretnym planem. Po orzeźwiającej kąpieli i szybkiej zupie obozowisko zatętniło życiem, przeobrażając się w prymitywną pracownię.

Agnieszka od razu przejęła dowodzenie nad swoim projektem.

– Zanim zaczniesz swoją pracę, potrzebuję twojej pomocy. Rozpal, proszę, duży ogień i zagotuj tę całą misę wody – powiedziała, wskazując na ich największe gliniane naczynie.

Spojrzał zdziwiony.

– Całą? Po co? Przecież posłuży ci do popiołu.

– Właśnie dlatego – odparła, a w jej oczach pojawił się błysk wykładowcy. – Rzeczna woda jest twarda, niesie ze sobą węglan wapnia i magnezu. Użyta bezpośrednio, zmarnowałaby cenny ług na wytrącanie soli. Gotowanie usuwa twardość; miękka woda zyskuje na wydajności w procesie chemicznym. Liczy się każda kropla.

Przytaknął. Obejście oficjalnie stało się laboratorium.

Woda zaczęła wrzeć, przygotowała stanowisko. Ze spichlerza przyniosła płaski, szeroki kosz i wyłożyła go złożonym na czworo, gęstym workiem. Oparła konstrukcję na kamieniach, po czym podsunęła pod spód puste naczynie.

– Zrób mi kilka foremek na mydło… – przerwała milczenie. – Myślę, że dziesięć sztuk wielkości pięści wystarczy.

Wydobył glinę z dołu, dłońmi uformował nieregularne miseczki i ustawił je w cieple ogniska.

– Dobrze, teraz idę do Kwiecisza po siekierę – rzucił, otrzepując dłonie.

Starzec czekał na niego.

– Słowo rzekłem, słowa dotrzymam – mruknął, podając mu narzędzie. Poprowadził go na skraj lasu, do niewielkiego zagajnika. – Rąb te o grubości ramienia. Te na liny najlepsze; kora jeszcze miękka, a już krzepka – poradził starzec, po czym ruszył w stronę obejścia.

Stanął przed pierwszą, smukłą lipą. Uderzył siekierą nieporadnie. Wstrząs przeszył dłonie, dotarł aż do ramion, a ostrze ześlizgnęło się po gładkiej korze. Drugie, zbyt słabe, odbiło się z głuchym odgłosem, nie zostawiając prawie śladu. Zacisnął zęby. Skupił całą siłę i frustrację w kolejnym ciosie. Tym razem ostrze z mięsistym mlaśnięciem wgryzło się w białe drewno.

W tym samym czasie, w ciszy obozowiska cierpliwie przelewała gorącą, „miękką” wodę przez kosz wypełniony popiołem. Po chwili z dna filtra skapnęły pierwsze krople. Ciemny, niemal czarny, oleisty płyn sączył się miarowo do podstawionej misy, wydzielając ostry, drażniący nozdrza zapach – obietnicę czystości i sukcesu.

W lesie rozległ się ostry trzask pękających włókien. Odskoczył w porę. Pierwsza lipa, z głośnym szumem łamanych gałęzi, zwaliła się na ziemię. W powietrzu rozszedł się zapach świeżej żywicy i poruszonych liści. Z pobliskich krzaków poderwał się spłoszony rój ptaków, ich przestraszony świergot na chwilę wypełnił ciszę po upadku drzewa. Zasapany, oparł się o siekierę. Patrzył na swoje dzieło.

On przeliczał satysfakcję na huk walących się pni. Ona szukała jej w miarowym kapaniu ciemnych kropli – cichym świadectwie procesu powoli, lecz nieuchronnie przekształcającego materię. On ujarzmiał świat siłą; ona – wiedzą i cierpliwością. Dwa różne języki, ale ta sama opowieść o tworzeniu.

W południe czwarta lipa spoczęła na ziemi. Opadł na pień. Omiótł wzrokiem pobojowisko, łapczywie chwytał powietrze. Usłyszał za sobą szelest.

– Ledwo cię znalazłam. Nasłuchiwałam odgłosu rąbania, a ty sobie tutaj w ciszy siedzisz… czy ty mnie unikasz? – zapytała zaczepnie z uśmiechem.

Ledwo łapiąc oddech, wskazał tylko ręką na powalone pnie.

– Zjedz coś, mój ty Wyrwidębie – podała mu miskę zupy z czułością – bo nie będziesz miał sił na realizację reszty planu.

– Co z miksturą? – rzucił między haustami zupy.

– Wydaje się dobra, ale wszystko wyjdzie w praniu – odpowiedziała z wymownym uśmiechem.

– Dość tego gadania, robota czeka – wstał, oddając jej pustą miskę. – Dziękuję – cmoknął ją w policzek.

Wybierał kolejne drzewka, omijał te zbyt cienkie i zbyt grube. Uderzenia zyskały na pewności i głębokości. Odnalazł już swój rytm. Późnym popołudniem leżało dziesięć drzew. Omiótł je wzrokiem. Walczył o oddech, czując w piersi satysfakcję.

– Dałem radę. Brawo ja.

W tym czasie ona kontynuowała swoją pracę. Ług wciąż nie osiągnął pożądanej mocy, z uporem przelewała ciemną ciecz przez świeże warstwy popiołu, aż zużyła cały zapas. Dążyła do najwyższego stężenia – każda kropla była cenna.

Operował ostrzem delikatnie, oszczędzając korę. Odrąbał konary, po czym nożem naciął i odwarstwił długie, szerokie pasy łyka. Plecy pulsowały tępym bólem. Zwinął płachty w ciasne rulony. Ponownie przelała ciecz do górnego kosza, by uzyskać maksymalne stężenie.

Wsunął ręce w środek rulonu, zarzucił go sobie na ramiona i ruszył w stronę chaty. Gdy Agnieszka z Gniewkiem go dojrzeli, podbiegli, by ulżyć mu w ciężarze.

– Zostało mi jeszcze dziewięć takich – powiedział zasapany.

– Mogłeś pracę rozłożyć na dwa dni – zganiła go, zgarniając liście z ramion. – Żebyś tego zdrowiem nie przypłacił!

– Muszę oddać siekierę. Nie chcę nadużywać życzliwości Kwiecisza – wytłumaczył się.

– Chodź, Gniewko, pomożemy, będzie szybciej – zarządziła.

Praca zamieniła się w powolny, wyczerpujący pochód. Wpadli w rytm wyczerpujących kursów: On, z zaciśniętymi zębami, dźwigał potężny rulon, a tuż za nim oni wspólnymi siłami nieśli kolejny. Kiedy rzucili na ziemię ostatni rulon, mrok całkowicie spowił obejście. Przykucnął, skrajnie wyczerpany, i posłał żonie blady uśmiech.

– Ale do rzeki zaniesiemy je dopiero jutro, dobrze?

– Dobrze. A teraz chodźmy spać.

Ujęła go za dłoń, zachęcając do wstania; wtedy dostrzegł na jej skórze czerwone, lśniące od wilgoci plamy – ślady po żrącym ługu. Choć uszkodzenia naskórka zdawały się płytkie, chemiczny ogień trawił jej skórę bez litości. Rozwarł szeroko jej palce, bez słowa badając każdy ślad cichej, niebezpiecznej pracy.

Ona w odpowiedzi ujęła jego dłoń; palcami dotknęła pękniętych odcisków i krwawiących ran. W milczeniu wymienili spojrzenia. Ten cichy gest wyrażał wszystko – ból, zmęczenie i szacunek dla ceny płaconej każdego dnia.

Długo nie mogła zasnąć. Pieczenie dłoni nie ustępowało. Obok mąż drżał w febrze zmęczenia; bolesne skurcze co chwilę wyrywały go ze snu.

Koniec

Komentarze

Zanim zaczniesz swoją pracę, potrzebuję twojej pomocy

Można śmiało usunąć twojej, wynika to z kontekstu, a będzie płynniej

wskazując na ich największe gliniane naczynie.

Wskazujemy coś, nie na coś. Ale w języku potocznym występuje.

 

Skupił całą siłę i frustrację w kolejnym ciosie

Lepiej: Sfrustrowany porażką, skupił całą uwagę na kolejnym ciosie.

Siłą może równie dobrze walić obuchem :)

 

Operował ostrzem delikatnie, oszczędzając korę. Odrąbał konary, po czym nożem naciął i odwarstwił długie, szerokie pasy łyka. Plecy pulsowały tępym bólem. Zwinął płachty w ciasne rulony. Ponownie przelała ciecz do górnego kosza, by uzyskać maksymalne stężenie.

Tutaj wypadłem z rytmu czytania, bo wcześniej zawsze było ostrzeżenie, kto co robi. Więc jako czytelnik się rozleniwiłem i przy pierwszym czytaniu ostatniego zdania wyobraźnia się nie przestawiła :) Oczywiście wiadomo, że ona, ale trzeba przeczytać drugi raz :)

 

Zaczyna się od tego, że ich boli, i na tym kończy, ale cóż, w takie czasy trafili. Środek za to jest pogodny. Podobał mi się rytm opisu przeplatanej pracy, ten fragment dobrze się czytał (poza wskazanym zdaniem :) ).

 

Jeśli ktoś ich nie lubi, to najgorszy twist, jaki mógłby zrobić, to schować siekierę, kiedy ją pożyczą kolejnym razem :)

mógłby zrobić, to schować siekierę, kiedy ją pożyczą kolejnym razem

zadrzeć z największym, choć cichym, sojusznikiem? nieomalże rodziną.

Tutaj wypadłem z rytmu czytania

tak muszę z tego zrobić kolejny akapit.

Teraz naszły mnie wątpliwości… czy pod koniec nie za dużo tłumaczę?

 

cieszę się, że ciagle mam twoja pozytywną uwagę. dzięki.

 

ps.

Jeśli dotrwam, to za kilkadziesiąt lat, jednym z bohaterów ważnego wątku będzie imiesłów przysłówkowy uprzedni.

 

Nowa Fantastyka