- Opowiadanie: KoscianIx - 1991 - Dziedzictwo cz.4

1991 - Dziedzictwo cz.4

Oceny

1991 - Dziedzictwo cz.4

2nd Ar­mo­red Ca­val­ry Re­gi­ment

 

Kon­te­ner szta­bo­wy stał na sta­lo­wych pły­tach per­fo­ro­wa­nych, uło­żo­nych na pia­sku jak pro­wi­zo­rycz­ny pas star­to­wy. Agre­gat na ze­wnątrz pra­co­wał nie­rów­no – co kil­ka­na­ście se­kund ob­cią­że­nie wcho­dzi­ło wyżej i cały me­ta­lo­wy szkie­let kon­te­ne­ra drżał jak bęben. Kli­ma­ty­za­tor war­czał, ale nie na­dą­żał. Prze­wód ela­stycz­ny wpro­wa­dzo­ny przez wy­cię­ty otwór w ścia­nie tło­czył po­wie­trze do środ­ka. Stru­mień był zimny tylko w osi wy­lo­tu – wąski sto­żek chło­du opa­dał na mapę i ręce sto­ją­cych naj­bli­żej. Dalej po­wie­trze mie­sza­ło się z ku­rzem i cie­płem ciał. Każdy ruch pod­no­sił dro­bi­ny pia­sku z pod­ło­gi.

Major Kes­sler stał tuż przy wej­ściu, z heł­mem pod pachą. Pot ze­brał się na karku i ru­szył w dół krę­go­słu­pa, wsią­ka­jąc się pod koł­nierz ko­szul­ki, zanim ma­te­riał zdą­żył go wchło­nąć. Ka­mi­zel­ka do­ci­ska­ła plecy tak mocno, że wil­goć nie miała gdzie od­pa­ro­wać. 

Na stole le­ża­ły dwie war­stwy świa­ta.

Na spo­dzie: wy­druk sa­te­li­tar­ny, wy­pło­wia­ły od świa­tła.

Na wierz­chu: prze­zro­czy­sta folia z na­nie­sio­ny­mi li­nia­mi. Oś na­tar­cia. Sek­to­ry. Stre­fy ognia. Punk­ty kon­tro­li. Czas. Dzie­więć­dzie­siąt minut za­pi­sa­ne grubą czcion­ką, jakby to była gra­ni­ca fi­zy­ki.

Puł­kow­nik Hol­der stał przy stole, jak za­wsze w tej samej po­zy­cji – cię­żar ciała rów­no­mier­nie roz­ło­żo­ny, ręce spo­koj­ne. Wskaź­nik w jego dłoni za­trzy­mał się na pół­noc­nym po­dej­ściu.

– Alfa idzie głów­ną osią. – Wskaź­nik prze­su­nął się po mapie wprost na zarys Ba­by­lo­nu. – Wcho­dzi­cie w kon­takt i prze­bi­ja­cie się do kon­struk­cji. Bravo za­bez­pie­cza lewą flan­kę, Char­lie prawą. Delta idzie w od­wo­dzie jako wspar­cie na wy­pa­dek kontr­ata­ku pan­cer­ne­go.

Prze­su­nął wskaź­nik bli­żej celu.

– Jeśli obro­na pęk­nie, Bra­dley’e wy­sa­dza­ją pie­cho­tę, zaj­mu­je­cie obiekt i za­bez­pie­cza­cie teren. Jeśli nie – Abram­sy pod­cho­dzą na dy­stans sku­tecz­ne­go ognia i nisz­czą kon­struk­cję bez­po­śred­nio.

Spoj­rzał po do­wód­cach.

– Nie od­da­je­my tego celu lot­nic­twu, jeśli nie bę­dzie ab­so­lut­nej ko­niecz­no­ści. To za­da­nie lą­do­we. Dzie­więć­dzie­siąt minut pa­li­wa i amu­ni­cji w tem­pie bo­jo­wym. Potem de­cy­zja prze­cho­dzi na wyż­szy szcze­bel.

Kes­sler po­czuł, jak żu­chwa sama za­ci­ska mu się na se­kun­dę. Dzie­więć­dzie­siąt minut nie było cza­sem. Było pa­li­wem, wodą, amu­ni­cją i tem­pe­ra­tu­rą sil­ni­ków.

Ofi­cer wy­wia­du pod­szedł bli­żej, skie­ro­wał palec na mapę i prze­su­nął go po łuku umoc­nień.

– Pierw­sza linia: stare T-62, sta­no­wi­ska po­lo­we, moż­li­we ma­kie­ty. Druga: T-72 w za­głę­bie­niach. OPL – roz­pro­szo­na, mo­bil­na. SA-6 albo SA-8 w sek­to­rze wschod­nim. Mamy ślady po zmia­nach po­zy­cji z ostat­nich 48 go­dzin.

– Mają czas – mruk­nął ktoś z tyłu.

Hol­der nie za­re­ago­wał.

Łącz­nik lot­nic­twa prze­su­nął kart­kę z czę­sto­tli­wo­ścia­mi i ko­da­mi.

– Com­bat Air Sup­port: A-10 na pię­ciu ty­sią­cach. Dwa klu­cze, ro­ta­cja. F-16 wyżej, jeśli trze­ba bę­dzie wejść moc­niej. 

Łącz­nik lot­nic­twa spoj­rzał w stro­nę mło­de­go po­rucz­ni­ka sto­ją­ce­go przy ścia­nie. – FAC je­dzie z Alfa.

Po­rucz­nik zro­bił krok do przo­du. Miał ra­dio­sta­cję z wy­su­wa­ną an­te­ną i la­se­ro­wy wskaź­nik celu prze­wie­szo­ny przez ramię.

For­ward Air Con­trol­ler – ofi­cer na­pro­wa­dza­nia lot­nic­twa przy­dzie­lo­ny do jed­nost­ki lą­do­wej. Jego za­da­niem było wi­dzieć cel z ziemi i mówić pi­lo­tom do­kład­nie, gdzie mają strze­lać. Bez niego sa­mo­lo­ty były tylko ha­ła­sem nad ho­ry­zon­tem.

– Ogień lot­nic­twa tylko na moje po­twier­dze­nie. Kanał wspól­ny, ale bez pry­wat­nych roz­mów z nie­bem – po­wie­dział krót­ko. 

Hol­der spoj­rzał na Kes­sle­ra. W kon­te­ne­rze zro­bi­ło się ci­szej.

– Py­ta­nia? – rzu­cił Hol­der.

Do­wód­cy plu­to­nów spoj­rze­li po sobie. Nikt nie chciał być tym, który pod­wa­ża plan przy wszyst­kich. Kes­sler też nie. Jed­nak­że brak pytań na od­pra­wie za­wsze pach­niał kon­se­kwen­cja­mi na pu­sty­ni.

– Ru­sza­cie za trzy­dzie­ści minut.

***

Na placu zbiór­ki po­wie­trze było go­rą­ce. Słoń­ce stało wy­so­ko, a pia­sek od­bi­jał świa­tło tak mocno, że oczy pie­kły nawet pod przy­ciem­nio­ny­mi go­gla­mi.

Czoł­gi M1A1 Abrams stały w sze­re­gu, dłu­gie lufy armat ka­li­bru 120 mm usta­wio­ne rów­no­le­głe do ho­ry­zon­tu. Tur­bi­ny ga­zo­we pra­co­wa­ły na biegu ja­ło­wym, wy­da­jąc niski, cią­gły gwizd, który wcho­dził w klat­kę pier­sio­wą ni­czym drże­nie.

Obok nich tan­ko­wa­ły M3 Bra­dley Ca­val­ry Fi­gh­ting Ve­hic­le – wer­sje roz­po­znaw­cze z wy­su­wa­ną an­te­ną ra­dio­wą i za­pa­sem po­ci­sków TOW w tyl­nej czę­ści ka­dłu­ba. Węże pa­li­wo­we sy­cza­ły pod ci­śnie­niem, pa­li­wo prze­le­wa­ło się do zbior­ni­ków z cięż­kim, głu­chym dźwię­kiem, jakby wle­wa­no tłu­sty olej do sta­lo­wej becz­ki.

Kes­sler pod­szedł do swo­je­go Abram­sa. Z tyłu ka­dłu­ba po­wie­trze drga­ło od go­rą­ce­go stru­mie­nia wy­lo­to­we­go spa­lin, który wy­su­szał piach i za­mie­niał go w cien­ką, mlecz­ną mgłę.

Do­tknął pan­ce­rza nad błot­ni­kiem. Stal była cie­pła, choć słoń­ce do­pie­ro za­czy­na­ło wspi­nać się wyżej. M1A1 z tur­bi­ną AG­T1500 na­grze­wał się szyb­ciej niż kla­sycz­ny die­sel – ogrom­na moc ozna­cza­ła ogrom­ne zu­ży­cie pa­li­wa i tem­pe­ra­tu­rę, którą trze­ba było jakoś od­pro­wa­dzić.

Cie­pło prze­szło przez rę­ka­wi­cę jak przez cien­ką bla­chę. Cof­nął dłoń od­ru­cho­wo. Jeśli metal był tak cie­pły teraz, po go­dzi­nie po­sto­ju bę­dzie pa­rzył.

Właz do­wód­cy otwo­rzył się z tępym, sprę­ży­stym stuk­nię­ciem. Wnę­trze przy­ję­ło go falą za­pa­chu: olej hy­drau­licz­ny z me­cha­ni­zmu ob­ro­tu wieży, roz­grza­na elek­tro­ni­ka, pot wsiąk­nię­ty w ma­te­riał sie­dzeń i cien­ka nuta spa­lo­ne­go kurzu, który do­sta­wał się przez każdą szcze­li­nę.

Prze­strzeń była cia­sna. Nie z po­wo­du błędu pro­jek­to­we­go. Z po­wo­du pan­ce­rza. Każdy cal stali ozna­czał mniej miej­sca dla czło­wie­ka

– Amu­ni­cja? – rzu­cił.

Dzia­ło­no­wy wsu­nął ostat­ni pe­ne­tra­tor w sto­jak ma­ga­zy­nu. Metal ude­rzył o metal. Głu­chy, kon­tro­lo­wa­ny dźwięk.

– Dwa­dzie­ścia czte­ry AP­FSDS-y. Osiem HE­AT-ów. Dwa CA­NI­STER-y. – Otarł dło­nie o spodnie, zo­sta­wia­jąc ciem­ny ślad smaru. – Koaks i pięć­dzie­siąt­ka pełne.

Kes­sler spoj­rzał na cy­lin­drycz­ne po­ci­ski w sto­ja­kach.

AP­FSDS (sabot) – długi, smu­kły po­cisk pe­ne­tra­cyj­ny z rdze­niem wol­fra­mo­wym, sta­bi­li­zo­wa­ny brze­chwo­wo. Po wy­strza­le opusz­czał lufę z pręd­ko­ścią prawie pół­to­ra mili na se­kun­dę. Jego za­da­niem było prze­bić pan­cerz ki­ne­ty­ką, nie eks­plo­zją. Każdy z nich ważył ponad dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów. Każdy był li­czo­ny przed wy­jaz­dem i li­czo­ny po po­wro­cie. Wy­mia­na ognia z rów­no­rzęd­nym prze­ciw­ni­kiem po­tra­fi­ła zjeść po­ło­wę za­pa­su w kilka minut.

HEAT – po­cisk z ła­dun­kiem ku­mu­la­cyj­nym. W chwi­li ude­rze­nia w cel ma­te­riał wy­bu­cho­wy za­pa­dał się do środ­ka, for­mu­jąc wąski, skon­cen­tro­wa­ny stru­mień płyn­ne­go me­ta­lu. Nie pchał pan­ce­rza siłą ki­ne­tycz­ną jak pe­ne­tra­tor. Wy­pa­lał w nim kanał, sku­pia­jąc ener­gię w jed­nym punk­cie.

Był sku­tecz­ny prze­ciw bun­krom, sta­no­wi­skom ognio­wym i lżej­szym po­jaz­dom. Ale prze­ciw no­wo­cze­sne­mu pan­ce­rzo­wi war­stwo­we­mu nie dawał tej samej pew­no­ści co AP­FSDS.

CA­NI­STER – me­ta­lo­wa pusz­ka wy­peł­nio­na set­ka­mi sta­lo­wych kulek. Po wy­strza­le otwie­ra­ła się przy wy­lo­cie lufy, za­mie­nia­jąc ar­ma­tę 120 mm w gi­gan­tycz­ną strzel­bę na dy­stan­sie kil­ku­set jardów. Sku­tecz­na ścia­na stali prze­ciw­ko pie­cho­cie.

– A ka­ra­bi­ny? – za­py­tał.

– Ka­ra­bin sprzę­żo­ny z dzia­łem, M240, sie­dem koma sześć dwa, pełne taśmy. I M2 na wieży – dzia­ło­no­wy klep­nął w bok wieży. – Pięć­dzie­siąt­ka za­ła­do­wa­na.

M240 był za­mo­co­wa­ny rów­no­le­gle do ar­ma­ty. Gdzie ce­lo­wa­ła lufa czoł­gu, tam szedł też ogień z ka­ra­bi­nu. Do cię­ża­ró­wek, pie­cho­ty, sta­no­wisk z wor­ków z pia­skiem – nie trze­ba było się­gać po po­cisk ar­mat­ni.

Ale jeśli w ce­low­ni­ku po­ja­wi się stal, to M240 tylko od­bi­je się iskra­mi. Wtedy i tak trze­ba bę­dzie się­gnąć po głów­ny ka­li­ber.

Cięż­ki M2 Brow­ning na wieży był bro­nią do­wód­cy. Otwar­ta po­zy­cja, pełna wi­docz­ność i pełne ry­zy­ko. Żeby z niego strze­lać, Kes­sler mu­siał wy­su­nąć się do pasa, oprzeć ko­la­na o pier­ścień wieży i zła­pać uchwy­ty.

Z tej po­zy­cji wi­dział wię­cej niż przez pe­ry­sko­py. Ho­ry­zont nie był już wą­skim wy­cin­kiem szkła, tylko peł­nym łu­kiem pu­sty­ni.

Ale jego tors wy­sta­wał ponad stal.

Jeśli ktoś w sek­to­rze miał ka­ra­bin wy­bo­ro­wy albo odła­mek po­le­ciał wyżej niż po­wi­nien, pan­cerz koń­czył się kilka cali pod że­bra­mi.

Kes­sler za­mknął właz.

Wolał ogra­ni­czo­ne pole wi­dze­nia niż otwar­te niebo nad głową.

Spoj­rzał jesz­cze raz na sto­ja­ki amu­ni­cyj­ne.

Dwa­dzie­ścia czte­ry.

Osiem.

Dwa.

Licz­by nie były abs­trak­cją. Były cza­sem.

Każdy strzał skra­cał okno ope­ra­cyj­ne.

Każdy nie­wła­ści­wy cel – koszt, który wra­cał, gdy zo­sta­wa­ło pięć po­ci­sków, a przed nim wciąż stał spraw­ny T-72.

W radiu ode­zwał się głos wyż­sze­go szcze­bla – sta­no­wi­sko do­wo­dze­nia 2nd Ar­mo­red Ca­val­ry Re­gi­ment, kil­ka­set jardów z tyłu, w opan­ce­rzo­nym wozie do­wo­dze­nia M577.

– Alfa One, tu Re­gi­ment. Po­twierdź go­to­wość.

Puł­kow­nik Hol­der miał przed sobą mapę, mel­dun­ki ze szwa­dro­nów i dane z JSTARS – ra­da­ro­we­go ob­ra­zu ruchu na­ziem­ne­go, który po­ka­zy­wał prze­miesz­cza­ją­ce się cele, ale nie mówił, co kryje się w za­głę­bie­niach te­re­nu.

Wie­dział wię­cej niż Kes­sler.

Ale nie wi­dział tego, co było scho­wa­ne pod pia­skiem.

– Alfa One go­to­wy.

Na­pię­cie nie było tylko myślą. Było w żu­chwie. W pal­cach za­ci­śnię­tych na uchwy­cie. W su­cho­ści ję­zy­ka, który przy­lgnął do pod­nie­bie­nia.

Abrams nie był tylko ma­szy­ną.

Był ele­men­tem więk­sze­go sys­te­mu – Squ­adron pod­le­gał Re­gi­men­to­wi, Re­gi­ment pod­le­gał Dy­wi­zji, a nad nimi była de­cy­zja po­li­tycz­na, któ­rej już nie wi­dział.

Ale tu, w wieży, li­czy­ło się pa­li­wo, amu­ni­cja i lu­dzie.

A każdy z tych ele­men­tów miał swój limit.

Kie­row­ca za­mel­do­wał z dołu, głos stłu­mio­ny przez stal:

– Pa­li­wo pełne. Fil­try spraw­dzo­ne. Tem­pe­ra­tu­ra oleju w nor­mie.

W in­ter­ko­mie trzask.

– Alfa One, tu Anvil – głos FAC-a wszedł na wspól­ny kanał tak­tycz­ny.

Kes­sler prze­łą­czył se­lek­tor ra­dio­sta­cji SINC­GARS na czę­sto­tli­wość wspar­cia po­wietrz­ne­go. W ka­bi­nie zro­bi­ło się ci­szej – tylko szum tła i jed­no­staj­ny gwizd tur­bi­ny.

– Alfa One słu­cha.

– Czę­sto­tli­wo­ści usta­wio­ne. A-10 w po­wie­trzu. Mam bez­po­śred­ni kon­takt. Spraw­dza­my łącz­ność.

Krót­ki trzask.

– Anvil, tu War­thog One. Pięć ty­się­cy stóp, krą­że­nie le­wo­stron­ne. Gotów do za­da­nia.

FAC wró­cił na kanał na­ziem­ny.

– Sły­szysz ich?

– Sły­szę – od­po­wie­dział Kes­sler.

To wy­star­czy­ło.

Czoł­gi nie roz­ma­wia­ły z nie­bem bez­po­śred­nio. Była tylko jedna para uszu. Jeden głos. Jedna an­te­na, która zbie­ra­ła wszyst­ko i fil­tro­wa­ła do po­sta­ci krót­kie­go mel­dun­ku.

Jeśli eter się za­gę­ści, jeśli każdy za­cznie mówić – wspar­cie znik­nie w szu­mie.

Jeśli Bra­dley FAC-a zo­sta­nie tra­fio­ny – niebo za­milk­nie cał­ko­wi­cie.

Kes­sler po­pra­wił mi­kro­fon przy ustach. Pla­stik był suchy i twar­dy.

– Mel­dun­ki krót­kie. Siat­ka i typ celu. Bez ko­men­ta­rzy.

– Przy­ją­łem – od­po­wie­dział Anvil.

FAC prze­su­nął pal­cem po mapie, za­trzy­mał go w kwa­dra­cie ozna­czo­nym li­te­rą i czte­re­ma cy­fra­mi. Znał tę pro­ce­du­rę na pa­mięć. Osiem zna­ków. Ani mniej, ani wię­cej.

Gdy ko­lum­na ruszy i coś otwo­rzy do niej ogień, poda punkt, nie opis. Pilot nie bę­dzie do­py­ty­wał, nie bę­dzie szu­kał syl­wet­ki przez dym. Wpi­sze licz­by w sys­tem i wej­dzie po pro­stej.

W wieży Abram­sa Kes­sler pa­trzył na wła­sny ar­kusz. Te same linie. Te same cyfry.

Jeśli FAC powie „349721” za­miast „349731”, A-10 zrzu­ci bomby dwie wydmy dalej. A tam może stać jego drugi plu­ton.

Jedna cyfra.

Na mapie wszyst­ko wy­glą­da­ło równo i czy­sto.

W te­re­nie mię­dzy jed­nym a dru­gim nu­me­rem była stal i lu­dzie.

Tur­bi­na za­wy­ła wyżej. Wnę­trze czoł­gu za­drża­ło.

– Alfa One, kom­pa­nia spraw­dze­nie łącz­no­ści – po­wie­dział do radia.

– Alfa Troop, gotów.

– Bravo Troop, gotów.

– Char­lie Troop, gotów.

– Anvil, gotów.

– Delta, sły­szę cię.

Tur­bi­na AGT-1500 pod­nio­sła ton. Gwizd wszedł w tło i już z niego nie wy­szedł. Ka­dłub za­drżał rów­no­mier­nie, jakby ktoś ude­rzył w niego mło­tem i zo­sta­wił wi­bra­cję w środ­ku.

– Kom­pa­nia, na­przód – rzu­cił Kes­sler w sieci do­wo­dze­nia.

Gą­sie­ni­ce wgry­zły się w pia­sek. W pe­ry­sko­pie ho­ry­zont prze­su­nął się o kilka stop­ni w dół. Zie­mia za­czę­ła pły­nąć pod wozem.

For­ma­cja roz­sze­rza­ła się stop­nio­wo. Od­stęp taki, żeby fala ude­rze­nio­wa tra­fie­nia nie prze­szła przez dwa ka­dłu­by naraz.

– Sek­tor ognia lewo trzydzieści stop­ni. Tempo dwadzieścia mil na godzinę. CAS wy­łącz­nie przez Anvil.

Krót­ka pauza. Potem ko­lej­no:

– Alfa, przy­ją­łem.

– Bravo, przy­ją­łem.

– Char­lie, przy­ją­łem.

– Delta, przy­ją­łem.

– Anvil, przy­ją­łem. Kanał po­wietrz­ny czy­sty.

To był po­rzą­dek.

Każdy szcze­bel po­twier­dzał tylko swoje za­da­nie. Bez ga­da­nia. Bez ko­men­ta­rzy.

W słu­chaw­kach szum wró­cił do tła. Tur­bi­na utrzy­my­wa­ła stały ton.

Kom­pa­nia była już w roz­wi­nię­ciu bo­jo­wym.

I teraz każdy głos w ete­rze miał zna­cze­nie.

Pu­sty­nia była pusta tylko na pierw­szy rzut oka. W dal­mie­rzu la­se­ro­wym po­ja­wia­ły się po­je­dyn­cze od­bi­cia – metal, ka­mień, coś za­ko­pa­ne pod pia­skiem.

Je­że­li Gwar­dia cze­ka­ła, to poza za­się­giem wzro­ku.

Je­że­li przy­go­to­wa­li po­rząd­ną linię obro­ny, pierw­sze tra­fie­nie przyj­dzie zanim ktoś zo­ba­czy błysk.

Teraz za­cznie się spraw­dzian.

***

Pierw­szy kon­takt przy­szedł szyb­ko.

– Cel na je­de­na­stej! – krzyk­nął dzia­ło­no­wy.

W pe­ry­sko­pie Kes­sle­ra syl­wet­ka czoł­gu wy­ro­sła z drżą­ce­go po­wie­trza. T-62. Stał nie­ru­cho­mo na lek­kim wznie­sie­niu. Ka­dłub czę­ścio­wo za­sy­pa­ny pia­skiem. Lufa pod­nie­sio­na zbyt wy­so­ko jak do strza­łu na bli­ski dy­stans. Pan­cerz czy­sty. Żad­nych świe­żych śla­dów gą­sie­nic wokół.

– Dzia­ło­no­wy!

– Widzę go!

Laser dal­mie­rza klik­nął cicho w słu­chaw­kach.

– Dy­stans: ty­siąc czte­ry­sta!

– Ładuj sabot

Ła­dow­ni­czy już pra­co­wał. W Abram­sie nie było au­to­ma­tu. Za dzia­łem stał czło­wiek. Za jego ple­ca­mi pan­cer­na prze­gro­da ma­ga­zy­nu w niszy wieży była za­mknię­ta. Się­gnął do dźwi­gni i szarp­nął ją w dół. Cięż­ka sta­lo­wa klapa od­su­nę­ła się na bok na si­łow­ni­kach. Za nią po­ci­ski sie­dzia­ły w gniaz­dach, każdy osob­no, od­se­pa­ro­wa­ny – amu­ni­cja trzy­ma­na poza prze­dzia­łem bo­jo­wym, za stalą, pod pa­ne­la­mi wy­dmu­cho­wy­mi na dachu wieży.

Wy­cią­gnął AP­FSDS-a jed­nym krót­kim, wy­ćwi­czo­nym ru­chem.

Prze­gro­da prze­ciw­wy­bu­cho­wa wró­ci­ła na miej­sce na­tych­miast, zanim po­cisk do­tknął zamka.

Metal ude­rzył o metal.

Zamek za­mknął się z głu­chym klik­nię­ciem. 

– Za­ła­do­wa­ny!

– Ognia!

Wy­strzał z dzia­ła sto dwa­dzie­ścia mi­li­me­trów ude­rzył w klat­kę pier­sio­wą ni­czym młot pa­ro­wy. Ar­ma­ta cof­nę­ła się na opo­ro­pow­rot­ni­kach, szar­piąc wieżą. Dym i kurz wci­snę­ły się w wi­zjer jak brud­na mgła. Po­cisk prze­szył ka­dłub.

– Tra­fio­ny! – krzyk­nął dzia­ło­no­wy. 

Za ple­ca­mi Kes­sle­ra sta­lo­wa prze­gro­da ma­ga­zy­nu Abram­sa znów się otwo­rzy­ła.

Ła­dow­ni­czy się­gnął po ko­lej­ny po­cisk.

Klapa za­su­nę­ła się na­tych­miast.

– Go­to­wy!

Pierw­szy T-62 pło­nął.

Ale pu­sty­nia była zbyt spo­koj­na.

I to było naj­gor­sze.

Kes­sler prze­su­nął pe­ry­skop.

Drugi T-62 stał kil­ka­dzie­siąt jardów dalej. Trze­ci za nim. W tej samej osi. Jakby ktoś je roz­sta­wił z li­nij­ką w ręce.

– Dzia­ło­no­wy!

– Mam!

– Ognia!

Drugi strzał.

Trze­ci.

Każdy po­cisk prze­cho­dził przez pan­cerz jak przez cien­ką bla­chę.

– Coś tu nie gra. Za łatwo nam idzie – mruk­nął dzia­ło­no­wy.

Mię­śnie mię­dzy ło­pat­ka­mi Kes­sle­ra na­pię­ły się same. Czuł, jak ma­te­riał ka­mi­zel­ki wrzy­na się w plecy przy każ­dym od­de­chu.

– Kom­pa­nia, wstrzy­mać ogień! Bravo, spraw­dzić teren za pierw­szą linią kon­tak­tu!

Na pra­wej flan­ce Bra­dley’e otwo­rzy­ły ogień z dzia­łek 25 mm. Krót­kie serie. Suchy rytm me­ta­lu.

Pia­sek wokół grupy T-62 pod­ry­wał się w ni­skie fon­tan­ny.

FAC ode­zwał się na ka­na­le po­wietrz­nym.

– War­thog 0-1, tu Anvil. Linia wra­ków na osi na­tar­cia. Sprawdź głę­bię za nimi.

Krót­ka pauza.

– Anvil, widzę dym. Kilka punk­tów ter­micz­nych… ale nic się nie rusza.

Nic się nie ru­sza­ło…

Kes­sler pa­trzył w pe­ry­skop. Wraki pa­li­ły się spo­koj­nie. Pło­mie­nie wy­cho­dzi­ły przez włazy, ale ka­dłu­by stały nie­ru­cho­mo, jakby ktoś usta­wił je do de­fi­la­dy.

W praw­dzi­wej obro­nie za­wsze coś żyje.

Ktoś po­pra­wia lufę.

Ktoś zmie­nia po­zy­cję.

Ktoś pró­bu­je wy­co­fać wóz.

Tu była tylko nie­ru­cho­ma stal…

– Nie roz­cią­gać szyku. Utrzy­mać łącz­ność – rzu­cił do radia.

Po pra­wej Bra­dley z Bravo wpadł w płyt­kie za­głę­bie­nie. Za­wie­sze­nie ude­rzy­ło o ogra­nicz­ni­ki. Me­ta­licz­ny stuk prze­szedł przez pia­sek i po­wie­trze. Kes­sler po­czuł krót­kie drże­nie w pod­ło­dze Abram­sa.

For­ma­cja utrzy­ma­ła od­stęp.

Wraki T-62 nadal pa­li­ły się spo­koj­nie. Pło­mień de­li­kat­nie mu­skał włazy.

W słu­chaw­kach ode­zwał się kanał po­wietrz­ny.

– Anvil, tu War­thog 0-1… mam “spike” ze wscho­du.

Krót­ka pauza.

– “Spike” znik­nął… wró­cił! 

Głos pi­lo­ta przy­spie­szył… 

– Coś mnie na­mie­rza!

Kes­sler pod­niósł wzrok do pe­ry­sko­pu do­wód­cy.

Na gra­ni­cy wi­docz­no­ści cien­ka smuga prze­cię­ła niebo. Krót­ki ciąg sil­ni­ka, potem czy­sta tra­jek­to­ria.

Strie­ła! – krzyk­nął dzia­ło­no­wy.

A-10 roz­padł się w ja­snej kuli ognia. Przez uła­mek se­kun­dy widać było dwa frag­men­ty ka­dłu­ba od­dzie­la­ją­ce się od sie­bie. Potem tylko czar­ny dym i spa­da­ją­ce szcząt­ki.

Drugi War­thog po­de­rwał się gwał­tow­nie w górę.

– Na­miar utrzy­ma­ny! Wy­cho­dzę z sek­to­ra! Po­wta­rzam: wy­cho­dzę z sek­to­ra!

Słowo „wy­cho­dzę” prze­szy­ło Kes­sle­ra ni­czym strza­ła.

Wci­snął przy­cisk nada­wa­nia.

– Anvil, po­twierdź po­wrót CAS.

Se­kun­da ciszy.

Trza­ski w słu­chaw­kach.

– Od­ma­wiam. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ak­tyw­na. Szu­ka­my obej­ścia. Wzy­wam F-16.

Kes­sler po­czuł, jak struż­ką potu ufor­mo­wa­ła mu się na krę­go­słu­pie w cien­ką linię.

W jego rów­na­niu wła­śnie zmie­ni­ły się zmien­ne.

Bez A-10 jego od­dział zo­stał sam na sam z prze­ciw­ni­kiem, któ­re­go jesz­cze nie spo­strze­gli.

– Kom­pa­nia, utrzy­mać szyk – po­wie­dział. – Ogień tylko na po­twier­dzo­ne cele.

W radiu za­czę­ły na­kła­dać się mel­dun­ki.

– War­thog down…

– A-A de­fen­se ac­ti­ve…

F-16 in­bo­und…

Szum w ete­rze gęst­niał.

***

Trzy mile dalej, za linią wydm, major Gro­mow leżał pła­sko przy pe­ry­sko­pie ob­ser­wa­cyj­nym wbi­tym w pia­sek.

Przez szkło wi­dział pierw­sze pło­ną­ce T-62. Do­kład­nie tam, gdzie miały pło­nąć.

Nad nimi czar­ny dym po A-10.

Ope­ra­tor 9К32 Strie­ły opu­ścił wy­rzut­nię i klęk­nął przy nim.

Gro­mow nic nie po­wie­dział.

Na­słu­chi­wał.

Z od­da­li niósł się niski, równy po­mruk tur­bin Abram­sów.

Ame­ry­ka­nie nie za­trzy­ma­li na­tar­cia.

Ski­nął głową.

– Wto­ra­ja li­ni­ja. Agoń! By­stro!

Ope­ra­tor radia po­wtó­rzył ko­men­dę.

Gdzieś dalej wzdłuż wydm ko­lej­ne sta­no­wi­ska ożyły.

Pierw­sza war­stwa obro­ny za­dzia­ła­ła.

Teraz za­cznie się praw­dzi­wa walka.

***

Kes­sler pa­trzył przez pe­ry­skop na linię wydm.

Pierw­szy wy­buch przy­szedł z ziemi.

Pia­sek przed ko­lum­ną uniósł się w pio­no­wej ścia­nie ognia i pyłu.

– Mina! – krzyk­nął ktoś na sieci.

Bra­dley po pra­wej sta­nął na­tych­miast. Gą­sie­ni­ca ze­rwa­na. Wóz osiadł bo­kiem w pia­sku. Z pod­wo­zia po­szedł ciem­ny dym.

– Bravo Three, sta­tus! – po­wie­dział Kes­sler.

– Unie­ru­cho­mie­ni. Za­ło­ga żyje. Mamy dym w prze­dzia­le. Po­trze­bu­je­my ME­DE­VAC!

Pia­sek przed Abram­sa­mi po­ru­szył się.

Naj­pierw lekko. Jakby zie­mia drgnę­ła pod wła­snym cię­ża­rem.

Potem z wydm wy­su­nę­ły się wieże.

Siat­ki ma­sku­ją­ce zsu­nę­ły się z pan­ce­rza.

T-72M1.

Ka­dłu­by ukry­te w przy­go­to­wa­nych za­wcza­su za­głę­bie­niach. Tylko wieże wy­sta­wa­ły ponad linię grun­tu.

Równe od­stę­py. 

Równe sek­to­ry ognia.

Pierw­szy Ira­kij­czyk ob­ró­cił wieżę o kilka stop­ni.

***

Wnę­trze T-72M1 było cia­sne i ciem­ne.

Metal na­grza­ny od słoń­ca od­da­wał cie­pło przez sta­lo­we ścia­ny pan­ce­rza. Po­wie­trze pach­nia­ło ole­jem i ku­rzem oraz spa­li­na­mi z po­moc­ni­cze­go agre­ga­tu.

Do­wód­ca sie­dział nisko pod za­mknię­tym wła­zem. Oko przy pe­ry­sko­pie.

W wi­zje­rze po­ja­wi­ły się syl­wet­ki po­jaz­dów prze­ciw­ni­ka.

Ame­ry­kań­skie Abram­sy.

Duże, sze­ro­kie, z pro­sty­mi wie­ża­mi.

Szły wprost na sek­tor.

– Dy­stans ty­siąc trzy­sta – po­wie­dział dzia­ło­no­wy.

Pod ich no­ga­mi ob­ró­ci­ła się sta­lo­wa ka­ru­ze­la ma­ga­zy­nu amu­ni­cji. Me­ta­licz­ny zgrzyt prze­szedł przez pod­ło­gę. Au­to­mat za­trzy­mał się. Po­daj­nik pod­niósł po­cisk z pro­wad­ni­cy. Potem ła­du­nek mio­ta­ją­cy. Ramię me­cha­ni­zmu wsu­nę­ło oba ele­men­ty w ko­mo­rę dzia­ła. Zamek za­mknął się cięż­kim stuk­nię­ciem. Tu nie było ła­dow­ni­cze­go. Tylko me­cha­nizm.

Abram­sy je­cha­ły dalej.

– Otwórz ogień do czo­łów­ki!

Dzia­ło 125 mm wy­strze­li­ło.

Błysk wy­peł­nił wi­zjer.

Od­rzut szarp­nął ar­ma­tą do tyłu. Me­cha­nizm opo­ro­pow­rot­ny przy­jął ener­gię strza­łu – lufa cof­nę­ła się w jarz­mie o kil­ka­ stóp, potem wró­ci­ła na miej­sce z cięż­kim, me­ta­licz­nym ude­rze­niem.

W wi­zje­rze Bra­dley zna­lazł się do­kład­nie w osi strza­łu.

Po­cisk tra­fił w ka­dłub.

Błysk.

Potem ogień w środ­ku po­jaz­du.

Trans­por­ter sta­nął w pło­mie­niach.

Pod pod­ło­gą ka­ru­ze­la już za­czy­na­ła ko­lej­ny obrót.

Metal ude­rzał o metal.

Nowy po­cisk prze­su­wał się w stro­nę po­daj­ni­ka.

Szyb­ciej niż czło­wiek byłby w sta­nie się­gnąć po amu­ni­cję.

Ale cały ma­ga­zyn był pod no­ga­mi za­ło­gi.

Jeśli pe­ne­tra­tor Abram­sa trafi w to miej­sce, nie bę­dzie dru­gie­go wy­strza­łu.

Nie bę­dzie nawet czasu na krzyk.

***

Po­cisk ude­rzył w Bra­dley’a Mo­ra­le­sa.

Ogień po­ja­wił się w środ­ku ka­dłu­ba jak za­pa­lo­ny lont. Wóz sta­nął w pło­mie­niach.

– Bravo Two, ra­port! – Kes­sler.

Trzask w radiu.

W pe­ry­sko­pie zo­ba­czył rampę Bra­dley’a opa­da­ją­cą w dół. Z wnę­trza wy­sko­czy­ły syl­wet­ki. Jedna upa­dła, pod­nio­sła się i po­bie­gła dalej, po­chy­lo­na nisko nad zie­mią.

– Ładuj sabot

– Ognia! 

Abrams od­po­wie­dział ogniem.

Pierw­szy T-72 do­stał w wieżę. Pło­mień buch­nął spod włazu do­wód­cy jak z pieca. Przez se­kun­dę czołg jesz­cze stał nie­ru­cho­mo, potem ogień wy­peł­nił wnę­trze ka­dłu­ba.

Wieża drgnę­ła.

Potem unio­sła się gwał­tow­nie, jakby ktoś pod nią od­pa­lił ła­du­nek.

Eks­plo­zja wy­rzu­ci­ła ją w górę o kilkanaście stóp.

Cięż­ki sta­lo­wy odlew ob­ró­cił się w po­wie­trzu i spadł w piach obok ka­dłu­ba.

– Cho­le­ra… – mruk­nął dzia­ło­no­wy.

– Tra­fio­ny.

Drugi T-72 od­po­wie­dział na­tych­miast.

Po­cisk ude­rzył w Abram­sa po lewej stro­nie szyku.

Błysk był krót­ki i ja­skra­wy. Wieża czoł­gu za­trzy­ma­ła się pod dziw­nym kątem. Z włazu po­szedł czar­ny dym.

– Alpha Two tra­fio­ny! – ktoś krzyk­nął.

Kes­sler po­czuł ude­rze­nie ad­re­na­li­ny w brzuch.

– Dzia­ło­no­wy, drugi cel!

Sta­bi­li­za­tor wieży szarp­nął lekko.

– Mam go… mam…

Trze­ci T-72 strze­lił pierw­szy.

Po­cisk prze­szedł przed wi­zje­rem Abram­sa i eks­plo­do­wał w pia­sku kil­ka­na­ście jardów dalej. Fala ude­rze­nio­wa ude­rzy­ła w ka­dłub.

– Kon­takt! Dwa cele! – rzu­cił dzia­ło­no­wy.

– Trzy­maj na­miar!

Palce Kes­sle­ra za­ci­snę­ły się na uchwy­cie pe­ry­sko­pu. Metal drżał pod dło­nią.

Miny.

Uło­żo­ne w łuk przed linią wydm.

Każdy ma­newr w bok pro­wa­dził w ko­lej­ne pole.

Każde za­trzy­ma­nie wy­sta­wia­ło wóz w sek­tor ognia T-72.

Mo­ra­les krzy­czał w radiu.

– Mam ran­nych! Jeden nie od­dy­cha! Po­trze­bu­ję ME­DE­VAC!

– Tu Anvil, ME­DE­VAC nie­moż­li­wy. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza prze­ciw­ni­ka ak­tyw­na – od­po­wie­dział FAC.

FAC pró­bo­wał od­zy­skać po­wie­trze.

– Viper, tu Anvil. Ak­tyw­na obro­na prze­ciw­lot­ni­cza w sek­to­rze. Po­trze­bu­ję SEAD. Ko­or­dy­na­ty…

– Anvil, tu Viper 04. Po­twier­dzam. Wcho­dzi­my wy­so­ko.

Kes­sler prze­łknął ślinę.

– Alfa, Bravo, Char­lie przejść w obro­nę ognio­wą. Nie wcho­dzić głę­biej.

Na ho­ry­zon­cie, ponad linią wydm, wciąż widać było zarys kon­struk­cji Ba­by­lo­nu.

Czar­ny szkie­let na tle nieba.

Cel tam był.

Ale pole walki wła­śnie za­mie­ni­ło się w pu­łap­kę.

***

W radiu po­ja­wił się nowy głos.

– Alfa One, tu do­wód­ca pułku. Podaj sta­tus.

Kes­sler wci­snął przy­cisk nada­wa­nia.

– Re­gi­ment, tu Alfa One. Na­tar­cie za­trzy­ma­ne. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ak­tyw­na. CAS poza sek­to­rem. Miny na po­dej­ściu. Kon­takt z pan­ce­rzem w umoc­nie­niach. Mamy tra­fie­nia i ran­nych. Nie je­ste­śmy w sta­nie dojść do Ba­by­lon w tym oknie.

Gwizd sil­ni­ka i trza­ski radia.

– Po­wtórz ostat­nie!

Pot spły­nął spod hełmu na skroń. Sól szczyp­nę­ła w oko.

– Nie je­ste­śmy w sta­nie dojść do Ba­by­lon w tym oknie!

Krót­ka pauza.

– Przy­ją­łem. Utrzy­mać po­zy­cję. Ocze­ki­wać de­cy­zji.

Linia znów za­mil­kła.

– Ma­jo­rze – ode­zwał się dzia­ło­no­wy ci­szej. – Zo­sta­ło mi osiem­na­ście AP­FSDS-ów.

Kes­sler nie od­po­wie­dział od razu.

Spoj­rzał na zegar na pul­pi­cie.

Se­kun­dy szły dalej.

Spoj­rzał na ho­ry­zont, potem na roz­trza­ska­ne­go Abram­sa po lewej i Bra­dley’a Mo­ra­le­sa.

W ka­bi­nie było dusz­no. Pasek hełmu wci­nał się w skórę pod brodą. W ustach me­ta­licz­ny smak mie­szał się z ku­rzem.

Po pra­wej stro­nie lu­dzie z Bra­dley’a pró­bo­wa­li wy­cią­gnąć ran­ne­go z tyl­nej rampy. Dwóch cią­gnę­ło go za ka­mi­zel­kę. Trze­ci osła­niał sek­tor ka­ra­bi­nem.

Niebo nad nimi było puste.

W końcu na­ci­snął przy­cisk nada­wa­nia.

– Alfa, Bravo, Char­lie utrzy­mać ogień za­po­ro­wy. Nie wy­cho­dzić z sek­to­ra. 

– Alfa przy­jął…

– Bravo przy­jął…

– Char­lie przy­jął…

Abram­sy za­czę­ły pra­co­wać jed­nym ryt­mem.

Strzał.

Prze­rwa.

Strzał.

Krót­ko i pre­cy­zyj­nie.

Nie po to, żeby prze­ła­mać linię.

Po to, żeby przy­du­sić prze­ciw­nik do ziemi i zmu­sić do ma­new­ru.

Kes­sler prze­su­nął pe­ry­skop.

Miny le­ża­ły w łuku przed ko­lum­ną.

Za nimi wieże T-72 wy­sta­wa­ły nad linię pia­sku w rów­nych od­stę­pach.

Sek­to­ry ognia prze­ci­na­ły się do­kład­nie na osi ich na­tar­cia.

Gdzie­kol­wiek spró­bu­ją skrę­cić – wcho­dzą w ko­lej­ny sek­tor.

Gdzie­kol­wiek ruszą – stają się celem.

Kes­sler po­czuł cię­żar w klat­ce pier­sio­wej, jakby ktoś po­ło­żył mu na niej me­ta­lo­wą płytę.

To nie była linia usta­wio­na w po­śpie­chu…

***

Abrams Kes­sle­ra stał w lek­kim za­głę­bie­niu te­re­nu. Tur­bi­na pra­co­wa­ła na śred­nich ob­ro­tach. Drga­nia prze­cho­dzi­ły przez sie­dzi­sko i wcho­dzi­ły w krę­go­słup jak niska, jed­no­staj­na fala.

W ka­bi­nie było go­rą­co mimo kli­ma­ty­za­cji. Fil­try po­wie­trza były czy­ste, ale piach i tak znaj­do­wał drogę. Drob­ny pył osia­dał na war­gach jak cien­ka war­stwa kredy.

– Zo­sta­ło mi czter­na­ście AP­FSDS – za­mel­do­wał dzia­ło­no­wy.

Kes­sler spoj­rzał na zegar.

Trzy­dzie­ści trzy mi­nu­ty do końca okna.

W radiu po­ja­wił się nowy głos. Spo­koj­ny, bez pod­nie­sio­ne­go tonu. Do­wódz­two pułku.

– Alfa One, tu Re­gi­ment. Ocena sy­tu­acji.

Kes­sler wziął od­dech przez nos. Po­wie­trze pach­nia­ło spa­le­ni­zną i roz­grza­ną hy­drau­li­ką.

– Tu Alfa One. Linia pierw­sza była wa­bi­kiem. We­szli­śmy w stre­fę mi­no­wą po łuku. Druga linia to T-72 w za­głę­bie­niach. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ak­tyw­na – utra­ci­li­śmy jed­ne­go War­thog’a. Dwa wozy wy­łą­czo­ne, jeden Bra­dley spa­lo­ny, ranni na ziemi. Ba­by­lon poza za­się­giem ozna­cze­nia.

Za­pa­dła krót­ka cisza.

– Alfa One, tu Re­gi­ment. Spró­buj obej­ścia od po­łu­dnio­we­go wscho­du. Roz­po­zna­nie wska­zu­je lukę w sek­to­rze. Wejść szyb­ko i ude­rzyć w drugą linię od boku.

Kes­sler prze­su­nął pe­ry­skop w lewo. Wydmy wy­glą­da­ły spo­koj­nie. Za spo­koj­nie.

– Przy­ją­łem. Alfa, przy­go­to­wać ma­newr w lewo. Kom­pa­nia kli­nem. Bra­dley’e za nami.

– Alfa, przy­ją­łem.

– Bravo, przy­ją­łem.

– Char­lie, przy­ją­łem.

Kes­sler wci­snął przy­cisk in­ter­ko­mu.

– Kie­row­ca, dzie­więć­dzie­siąt stop­ni w lewo. Po­wo­li.

Tur­bi­na za­wy­ła wyżej. Abrams wy­szedł z za­głę­bie­nia i za­czął prze­su­wać się wzdłuż wydmy. Pia­sek szu­rał po ka­dłu­bie jak drob­ny pa­pier ścier­ny.

Plu­to­ny skrę­ci­ły za nim.

Pierw­szy odcinek wy­glą­da­ł czy­sto.

Potem Bra­dley FAC ode­zwał się w radiu.

– Anvil do Viper. Mamy ak­tyw­ną emi­sję ra­da­ro­wą w sek­to­rze wschod­nim. Mo­że­cie ją zdjąć?

Od­po­wiedź przy­szła szyb­ko.

– Viper One. Wcho­dzi­my.

Kes­sler uniósł pe­ry­skop wyżej.

Na wy­so­ko­ści kilku tysięcy stóp po­ja­wi­ły się dwa punk­ty. F-16 we­szły w sek­tor szyb­ko, nie­mal bez­gło­śnie – tylko drga­nie po­wie­trza zdra­dza­ło ich obec­ność.

– Utrzy­mać tempo – po­wie­dział Kes­sler w eter.

Pierw­szy pilot ode­zwał się w radiu FAC.

– Viper One do Anvil. Nie mam sta­bil­ne­go na­mia­ru na emi­sję. Sy­gnał ska­cze.

– Anvil do Viper – radar ak­tyw­ny jesz­cze chwi­lę temu. Spró­buj po­dej­ścia bli­żej.

Se­kun­da ciszy.

– Scho­dzę niżej.

Syl­wet­ki my­śliw­ców za­czę­ły opa­dać. Naj­pierw po­wo­li, potem szyb­ciej. Na tle nieba po­więk­sza­ły się z punk­tów do wy­raź­nych kształ­tów skrzy­deł.

Ra­kie­ty an­ty­ra­dio­lo­ka­cyj­ne ze­szły z pro­wad­nic i po­mknę­ły w kie­run­ku źró­dła emi­sji.

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wi­ły się dwa bły­ski.

– Tra­fie­nie! – za­mel­do­wał pod­nie­sio­nym gło­sem FAC.

Pilot F-16 ode­zwał się po chwi­li.

– Cze­kaj… radar znik­nął. To może być…

Prze­rwał.

– Spike! Spike!

Na gra­ni­cy wydm po­ja­wi­ło się osiem cien­kich smug.

Z ukry­tych sta­no­wisk po bo­kach sek­to­ra otwo­rzy­ły ogień dwa ZSU-23-4 Szył­ka

Czte­ry lufy każ­dej z nich za­czę­ły za­sy­py­wać po­wie­trze smu­ga­mi.

F-16 były za nisko.

Pierw­szy do­stał nie­mal od razu.

Błysk pod skrzy­dłem. Potem ogień wzdłuż ka­dłu­ba.

Sa­mo­lot eks­plo­do­wał w po­wie­trzu krót­kim, bia­łym bły­skiem.

Drugi po­de­rwał się gwał­tow­nie.

– Je­dyn­ka tra­fio­na!

Z ka­bi­ny wy­rzu­co­na zo­sta­ła mała czar­na syl­wet­ka.

Spa­do­chron otwo­rzył się kilka se­kund póź­niej.

Uszko­dzo­ny F-16 prze­le­ciał jesz­cze kil­ka­set jardów nad pu­sty­nią, potem wbił się w zie­mię i roz­padł w chmu­rze pyłu.

FAC mil­czał przez mo­ment.

Potem ode­zwał się cicho:

– Tu Anvil… stra­ci­li­śmy wspar­cie po­wietrz­ne.

Kes­sler po­czuł, jak mię­śnie karku na­pi­na­ją się pod heł­mem.

– Kon­ty­nu­uje­my ma­newr!

Ko­lum­na we­szła głę­biej mię­dzy wydmy.

Pierw­szy Abrams po lewej nagle pod­sko­czył.

Eks­plo­zja była po­tęż­na.

– Mina!

Czołg opadł cięż­ko na jedną stro­nę.

– Alfa Three unie­ru­cho­mio­ny!

Kes­sler nie zdą­żył od­po­wie­dzieć.

Z wydmy przed nimi wy­strze­lił ogień.

RPG.

Ra­kie­ta ude­rzy­ła w Bra­dley’a ja­dą­ce­go za nim. Wóz za­trzy­mał się w pło­mie­niach.

– Kon­takt! Pie­cho­ta!

W tym samym mo­men­cie nad linią pia­sku po­ja­wi­ły się wieże.

T-72.

Trzy.

Potem czwar­ty.

Usta­wio­ne w pół­okrę­gu.

Dwa strze­li­ły na­tych­miast.

Po­ci­ski ude­rzy­ły w Abram­sa na końcu ko­lum­ny.

Błysk.

Ogień spod włazu.

– Alfa Four tra­fio­ny!

– Sabot! – krzyk­nął dzia­ło­no­wy.

Wy­strzał wstrzą­snął ka­bi­ną.

Pierw­szy T-72 za­pa­lił się, ale po­zo­sta­łe już ob­ra­ca­ły wieże.

Ko­lej­ny po­cisk mu­snął wieżę Abram­sa Kes­sle­ra i eks­plo­do­wał fon­tan­ną pia­chu za nim.

Pu­sty­nia ude­rzył w ka­dłub ni­czym grad.

Kes­sler prze­su­nął pe­ry­skop.

Miny przed nimi.

RPG po bo­kach.

T-72 za­my­ka­ją sek­tor ognia.

To nie była luka.

To była druga linia pu­łap­ki.

– Alfa, wy­co­fu­je­my się! – po­wie­dział twar­do.

– Dym i ogień za­po­ro­wy!

Bra­dley z ran­ny­mi wy­co­fy­wał się po­wo­li za wydmę.

Kom­pa­nia co­fa­ła się jard po jardzie.

Gdy ostat­ni Abrams wy­szedł z sek­to­ra ognia, irac­kie czoł­gi prze­sta­ły strze­lać.

Kes­sler spoj­rzał na zegar.

Je­de­na­ście minut do końca okna.

Wci­snął przy­cisk radia.

– Re­gi­ment, tu Alfa One. Próba obej­ścia nie­uda­na. Druga za­sadz­ka. Stra­ci­li­śmy ko­lej­ne wozy. Wspar­cie po­wietrz­ne zisz­czo­ne. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ak­tyw­na. Ba­by­lon nadal poza za­się­giem.

Pauza.

– Nie je­ste­śmy w sta­nie prze­ła­mać obro­ny i wy­ko­nać za­da­nia.

W radiu ode­zwa­ło się do­wódz­two pułku.

– Alfa One, tu Re­gi­ment. Wy­co­fać się do linii wyj­ścio­wej. Przejść do obro­ny. Za­da­nie prze­rwa­ne.

Kes­sler przez se­kun­dę pa­trzył w pe­ry­skop.

Na ho­ry­zon­cie Ba­by­lon wciąż stał nad linią wydm ni­czym sta­lo­wy szkie­let.

– Alfa One do kom­pa­ni. Co­fa­my się na po­zy­cje wyj­ścio­we. 

Kie­row­ca wci­snął pedał. Abrams ru­szył po­wo­li do tyłu, gą­sie­ni­ce wgry­za­ły się w piach z głu­chym, cięż­kim dźwię­kiem.

Za nim ko­lej­ne czoł­gi za­czę­ły cofać się z sek­to­ra ognia.

Z linii T-72 padło jesz­cze kilka strza­łów. Po­ci­ski ude­rza­ły w wydmy przed ko­lum­ną, wy­rzu­ca­jąc w po­wie­trze bru­nat­ne fon­tan­ny pia­sku.

Potem ogień ustał.

Ira­kij­czy­cy nie pró­bo­wa­li po­ści­gu.

Ich za­da­nie było inne.

Kilka minut póź­niej ko­lum­na była już poza za­się­giem bez­po­śred­nie­go ognia.

Kes­sler wci­snął przy­cisk radia.

– Re­gi­ment, tu Alfa One. Wy­co­fa­nie wy­ko­na­ne. Stra­ty: trzy Abram­sy unie­ru­cho­mio­ne, dwa Bra­dley’e cał­ko­wi­cie znisz­czo­ne. Ranni ewa­ku­owa­ni. Cel nie­osią­gnię­ty.

– Przy­ją­łem. Utrzy­mać po­zy­cje.

Ba­by­lon nadal stał.

***

Kilka mil dalej major Gro­mow klę­czał na be­to­no­wym na­sy­pie sta­re­go sta­no­wi­ska ar­ty­le­ryj­skie­go. Lor­net­ka opar­ta o brwi.

Na pu­sty­ni ame­ry­kań­ska ko­lum­na po­wo­li wy­co­fy­wa­ła się za linię wydm.

Obok niego ope­ra­tor ra­dio­wy zdjął słu­chaw­ki.

– Oni ucho­diat…

Gro­mow nie od­po­wie­dział od razu.

Jesz­cze przez chwi­lę ob­ser­wo­wał linię dymu nad polem walki.

Spa­lo­ne Bra­dley’e.

Trzy Abram­sy sto­ją­ce nie­ru­cho­mo na polu mi­no­wym.

Potem scho­wał lor­net­kę.

– Cha­ra­szo. 

Jeden z ludzi spoj­rzał na niego.

– Za­da­cza wy­poł­nie­na.

Ame­ry­ka­nie spró­bo­wa­li prze­ła­ma­nia ale nie do­szli nawet do dru­giej linii.

Spec­na­zow­cy za­czę­li zwi­jać sta­no­wi­ska.

Ra­dio­sta­cje znik­nę­ły w skrzy­niach. Taśmy do PKM-ów wę­dro­wa­ły do wor­ków. Jeden z żoł­nie­rzy zdjął an­te­nę z masz­tu.

Sil­ni­ki cię­ża­ró­wek od­pa­li­ły cięż­kim, die­slow­skim basem.

Jeden z ludzi za­py­tał:

– Kuda idiem?

Gro­mow spoj­rzał na po­łu­dnie.

– Obiekt sie­diem­nad­cat’.

Na pu­sty­ni zo­sta­ły pola mi­no­we, wraki Bra­dley­ów, Abram­sów i nie­ru­cho­me wieże T-72 wy­sta­ją­ce ponad linię pia­sku. Dalej, przy sta­no­wi­skach ma­sko­wa­nych siat­ką, stały Szył­ki z lu­fa­mi unie­sio­ny­mi w niebo. Linia obro­ny po­zo­sta­ła nie­na­ru­szo­na.

***

Na stole ope­ra­cyj­nym le­ża­ła mapa po­łu­dnio­we­go Iraku.

Siat­ka współ­rzęd­nych była po­ry­so­wa­na mar­ke­ra­mi. Zie­lo­ne linie ozna­cza­ły osie na­tar­cia. Czer­wo­ne – po­twier­dzo­ne po­zy­cje irac­kie.

Nad mapą wi­siał ekran z ob­ra­zem z sa­te­li­ty roz­po­znaw­cze­go. Roz­dziel­czość była zbyt niska, żeby zo­ba­czyć czoł­gi. Widać było tylko smugi kurzu i czar­ne plamy dymu.

Jedna z nich ozna­czo­na była czer­wo­nym na­pi­sem.

BA­BY­LON

Ofi­cer łącz­ni­ko­wy sie­dział przy stole ra­dio­wym. Słu­chaw­ki do­ci­ska­ły uszy tak mocno, że skóra pod pa­łą­kiem była biała.

– Mam 2nd ACR – po­wie­dział.

Puł­kow­nik pod­niósł wzrok znad mapy.

– Stra­ty?

Ofi­cer spoj­rzał na kart­kę z no­tat­ka­mi.

– Trzy Abram­sy wy­łą­czo­ne z walki. Dwa Bra­dley’e znisz­czo­ne. Kilku ran­nych. – Pod­niósł wzrok. – Ba­by­lon nadal stoi.

Puł­kow­nik prze­su­nął palec po mapie. Za­trzy­mał go na czer­wo­nym znacz­ni­ku.

Ba­by­lon – su­per­dzia­ło Sad­da­ma.

Puł­kow­nik się­gnął po te­le­fon sa­te­li­tar­ny. Me­ta­lo­wa obu­do­wa była go­rą­ca od słoń­ca.

– Po­łącz­cie mnie z CENT­COM.

Kilka se­kund szumu. Potem głos.

– Tu Cen­tral Com­mand.

Puł­kow­nik mówił spo­koj­nie, jakby ra­por­to­wał ćwi­cze­nia.

– Próba prze­ła­ma­nia lą­do­we­go nie po­wio­dła się. Ba­by­lon po­zo­sta­je ope­ra­cyj­ny.

Na­sta­ła krót­ka cisza.

– Ro­zu­miem – od­po­wie­dział głos z dru­giej stro­ny. – Prze­ka­zu­je­my ra­port wyżej.

Po­łą­cze­nie się urwa­ło. Puł­kow­nik odło­żył słu­chaw­kę.

***

Ko­ry­ta­rze Pen­ta­go­nu były pra­wie puste. Nocna zmia­na pra­co­wa­ła w ciszy, którą prze­ry­wał tylko szum wen­ty­la­cji i od­le­głe dzwon­ki te­le­fo­nów.

W cen­trum ope­ra­cyj­nym świa­tło było ostre, białe, bez cie­nia. Ścia­na na­prze­ciw­ko sto­łów była po­kry­ta mapą Bli­skie­go Wscho­du. Siat­ka współ­rzęd­nych, linie gra­nic, sym­bo­le jed­no­stek.

Na po­łu­dniu Iraku świe­cił czer­wo­ny znacz­nik.

BA­BY­LON

Ofi­cer dy­żur­ny sie­dział przy stole ra­por­to­wym. Do­ku­ment leżał przed nim, przy­trzy­ma­ny me­ta­lo­wym klip­sem.

Czy­tał go już drugi raz.

 

Na­głó­wek ra­por­tu:

OB­JEC­TI­VE: BA­BY­LON

 

Niżej kilka krót­kich wier­szy:

2nd ACR – at­tack hal­ted

mi­ne­fields con­fir­med

ar­mo­red re­si­stan­ce

CAS de­gra­ded by air de­fen­se

 

Każde zda­nie było skró­tem więk­sze­go pro­ble­mu.

Na­tar­cie pan­cer­ne za­trzy­ma­ne.

Lot­nic­two wy­pchnię­te na wy­so­kość przez obro­nę prze­ciw­lot­ni­czą.

Ofi­cer prze­su­nął pal­cem po ostat­niej li­nij­ce.

Była pod­kre­ślo­na grubą kre­ską.

STA­TUS: TAR­GET AC­TI­VE

Ofi­cer prze­su­nął pal­cem po tek­ście jesz­cze raz, jakby chciał spraw­dzić, czy słowa się nie zmie­nią.

Nie zmie­ni­ły się.

Ba­by­lon nadal dzia­łał.

Się­gnął po te­le­fon.

– Po­łącz­cie mnie z Si­tu­ation Room.

Trzask na linii.

Potem głos ope­ra­to­ra.

– White House switch­bo­ard.

– Tu Pen­ta­gon. Na­tio­nal Mi­li­ta­ry Com­mand Cen­ter. Po­trze­bu­je­my pil­nej na­ra­dy.

Krót­ka pauza.

– Temat?

Ofi­cer spoj­rzał na ra­port le­żą­cy na stole.

– Ba­by­lon.

Po dru­giej stro­nie za­pa­dła cisza, która trwa­ła se­kun­dę dłu­żej niż zwy­kła pro­ce­du­ra.

– Łączę…

– Tu Si­tu­ation Room, słu­cham?

– Na­tio­nal Mi­li­ta­ry Com­mand Cen­ter. Pilny ra­port ope­ra­cyj­ny w kwe­stii Ba­by­lo­nu.

– Przy­ję­to. Zbie­ra­my ludzi.

Ofi­cer odło­żył słu­chaw­kę.

Przez chwi­lę pa­trzył na mapę na ścia­nie. Czer­wo­ny punkt Ba­by­lo­nu świe­cił nadal nie­ru­cho­mo na po­łu­dniu Iraku.

Potem wró­cił do stołu.

Ra­port wsu­nął do czar­nej tecz­ki ope­ra­cyj­nej. Do środ­ka tra­fi­ła rów­nież karta pla­no­wa­nych ude­rzeń lot­ni­czych. Za­mknął tecz­kę me­ta­lo­wym za­trza­skiem, wziął ją pod pachę i ru­szył do drzwi.

***

W tym samym cza­sie w Bia­łym Domu uru­cho­mio­no nocny tryb Si­tu­ation Room. Te­le­fon z Pen­ta­go­nu ozna­czał jedno: ra­port ope­ra­cyj­ny z pola walki. Ofi­cer dy­żur­ny się­gnął po listę po­wia­do­mień. Pro­ce­du­ra była krót­ka.

Pre­zy­dent.

Prze­wod­ni­czą­cy Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów.

Do­rad­ca ds. bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go.

Dy­rek­tor CIA.

Kil­ka­na­ście minut póź­niej drzwi do sali brie­fin­go­wej za­czę­ły się otwie­rać. Naj­pierw we­szli ofi­ce­ro­wie łącz­ni­ko­wi. Potem do­rad­cy. Na końcu Pre­zy­dent.

Na stole leżał już ra­port z pu­sty­ni.

***

Si­tu­ation Room za­la­ny był ostrym, bia­łym świa­tłem. Stół kon­fe­ren­cyj­ny zaj­mo­wał śro­dek po­miesz­cze­nia. W jego po­wierzch­ni były wbu­do­wa­ne mo­ni­to­ry, na któ­rych wy­świe­tla­ła się mapa po­łu­dnio­we­go Iraku.

Czer­wo­ny punkt.

BA­BY­LON.

Pre­zy­dent sie­dział na końcu stołu. Obok niego do­rad­ca ds. bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go. Po dru­giej stro­nie ge­ne­rał w mun­du­rze lot­nic­twa. Obok prze­wod­ni­czą­cy Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów. Przed nimi leżał ra­port z Pen­ta­go­nu. Krót­ki. Wręcz su­ro­wy.

– Pa­no­wie – po­wie­dział prze­wod­ni­czą­cy. – Atak 2nd Ar­mo­red Ca­val­ry Re­gi­ment zo­stał za­trzy­ma­ny. Pola mi­no­we. Kilka linii czoł­gów. Obro­na A-A. Wspar­cie lot­ni­cze nie było w sta­nie zejść na wy­so­kość ude­rze­nio­wą.

Na ekra­nie po­ja­wił się obraz sa­te­li­tar­ny.

Ba­by­lon.

Długi cy­lin­der dzia­ła usta­wio­ny na pół­noc­ny za­chód.

– Cel nadal ope­ra­cyj­ny – dodał.

Pre­zy­dent pa­trzył przez chwi­lę na ekran.

– Ile czasu po­trze­bu­ją, żeby to uru­cho­mić?

Nikt przez mo­ment nie od­po­wia­dał.

W końcu ode­zwał się dy­rek­tor CIA.

– Panie Pre­zy­den­cie, jest jesz­cze jedna in­for­ma­cja.

Po­ło­żył na stole cien­ką tecz­kę z na­pi­sem CLAS­SI­FIED.

Wyjął i prze­su­nął zdję­cie sa­te­li­tar­ne w stro­nę Pre­zy­den­ta.

– Pod­czas stra­te­gicz­nej misji roz­po­znaw­czej da­le­kie­go za­się­gu w 1988 roku nasz Gho­st­bla­de wy­krył w ma­ga­zy­nie przy in­sta­la­cji Ba­by­lon dwa punk­to­we źró­dła pro­mie­nio­wa­nia neu­tro­no­we­go. Sy­gna­tu­ra od­po­wia­da urzą­dze­niom ją­dro­wym.

Prze­wod­ni­czą­cy Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów zmarsz­czył brwi.

– Gło­wi­ce?

– Nie mamy wi­zu­al­ne­go po­twier­dze­nia – od­po­wie­dzia­ło CIA. – Ale jeśli to nie są gło­wi­ce, nie wiemy, co in­ne­go mo­gło­by dawać taki sy­gnał.

Ge­ne­rał lot­nic­twa spoj­rzał na mapę.

– Panie Pre­zy­den­cie – po­wie­dział spo­koj­nie. – Jeśli Ba­by­lon do­sta­nie choć jeden z tych ła­dun­ków do lufy, nie mó­wi­my już o woj­nie w Za­to­ce.

Prze­su­nął pal­cem po mapie Atlan­ty­ku.

– Mó­wi­my o ar­ty­le­rii stra­te­gicz­nej wy­ce­lo­wa­nej w Stany Zjed­no­czo­ne.

Na ekra­nie czer­wo­ny punkt Ba­by­lo­nu świe­cił dalej.

Mały.

I nagle znacz­nie bliż­szy.

Dy­rek­tor CIA kon­ty­nu­ował spo­koj­nie.

– Za­sięg Ba­by­lo­nu po­zwa­la na ostrzał wy­brze­ża Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się mapa tra­jek­to­rii.

Łuk prze­cho­dzą­cy przez Atlan­tyk.

Punkt koń­co­wy – Nowy Jork.

Drugi wa­riant – Wa­szyng­ton.

Pre­zy­dent nie od­wró­cił wzro­ku od ekra­nu.

– Czyli mó­wi­my o broni stra­te­gicz­nej wy­mie­rzo­nej w nasze te­ry­to­rium.

– Tak, panie Pre­zy­den­cie.

Ge­ne­rał lot­nic­twa prze­su­nął kart­kę z pla­nem ope­ra­cji.

– Opcje ude­rze­nia z te­atru dzia­łań zo­sta­ły wy­czer­pa­ne.

– Lot­nic­two w Za­to­ce nie jest w sta­nie znisz­czyć Ba­by­lo­nu – po­wie­dział spo­koj­nie. – Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza zmu­sza je do dzia­ła­nia z wy­so­ko­ści. A przy tej wiel­ko­ści celu po­trze­bu­je­my ude­rze­nia o znacz­nie więk­szej ener­gii.

Przed­sta­wi­ciel CIA po­chy­lił się nad sto­łem.

– Dla­te­go re­ko­men­du­je­my uży­cie ła­dun­ku ją­dro­we­go.

Kilka osób jed­no­cze­śnie pod­nio­sło głowy.

Prze­wod­ni­czą­cy Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów ode­zwał się pierw­szy.

– Jeśli uży­je­my ra­kie­ty ba­li­stycz­nej, Ro­sja­nie czy Chiń­czy­cy zo­ba­czą start.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się mapa sys­te­mów wcze­sne­go ostrze­ga­nia.

– Ich ra­da­ry wy­kry­ją ICBM w ciągu kilku minut.

Ktoś przy stole po­wie­dział pół­gło­sem:

– I uzna­ją to za atak stra­te­gicz­ny…

Ge­ne­rał lot­nic­twa do­koń­czył zda­nie.

– … a wtedy mogą od­pa­lić wszyst­ko, co mają.

Cisza przy stole była wy­mow­na. Trze­cia wojna świa­to­wa stała się teraz ele­men­tem rów­na­nia.

– Czyli ICBM od­pa­da – po­wie­dział do­rad­ca bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go.

Dy­rek­tor CIA ski­nął głową.

– Mu­si­my użyć plat­for­my, która nie uru­cho­mi sys­te­mów wcze­sne­go ostrze­ga­nia.

– Bom­bo­wiec.

Kilka osób spoj­rza­ło na niego.

– Stra­te­gicz­ny.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się syl­wet­ka sa­mo­lo­tu.

B-1B Lan­cer.

– Su­per­so­nicz­ny bom­bo­wiec da­le­kie­go za­się­gu – po­wie­dział ge­ne­rał. – Może wejść na bar­dzo małej wy­so­ko­ści, pod ho­ry­zon­tem ra­da­ro­wym. Do­le­ci z kon­ty­nen­tu, wy­ko­na zrzut i wróci.

Do­rad­ca bez­pie­czeń­stwa zmru­żył oczy.

– A B-2?

Ge­ne­rał po­krę­cił głową.

B-2 jest plat­for­mą pe­ne­tra­cyj­ną do głę­bo­kich, pre­cy­zyj­nych ude­rzeń. Ma mały udźwig i jest wol­niej­szy. Tutaj po­trze­bu­je­my pręd­ko­ści, liczy się czas.

Wska­zał na mapę.

– B-1B może do­le­cieć szyb­ciej i za­brać wię­cej. Jeśli pierw­szy nalot ma znisz­czyć Ba­by­lon, po­trze­bu­je­my wła­śnie jego.

Dy­rek­tor CIA dodał spo­koj­nie:

– A niska tra­jek­to­ria lotu bom­bow­ca nie uru­cho­mi ro­syj­skich czy chiń­skich sys­te­mów ostrze­ga­nia przed ata­kiem ba­li­stycz­nym.

Prze­wod­ni­czą­cy spoj­rzał na Pre­zy­den­ta.

– In­ny­mi słowy: broń ją­dro­wa bez sy­gna­tu­ry stra­te­gicz­ne­go star­tu.

Pre­zy­dent pa­trzył przez chwi­lę na mapę.

Potem pod­niósł wzrok.

– Ilu bom­bow­ców po­trze­bu­je­my?

– Dwóch – od­po­wie­dział ge­ne­rał. – Jeden głów­ny, jeden za­pa­so­wy.

Wska­zał punkt na mapie Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

– Sa­mo­lo­ty wy­star­tu­ją z El­l­sworth Air Force Base.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się cien­ka linia bie­gną­ca przez Atlan­tyk, Morze Śród­ziem­ne i dalej nad Ira­kiem.

Do­rad­ca bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go spoj­rzał na dłu­gość trasy.

– To prawie dzie­sięć ty­się­cy mil…

Pre­zy­dent pod­niósł wzrok.

– Mają taki za­sięg?

Ge­ne­rał po­krę­cił głową.

– Nie z tym ła­dun­kiem.

Prze­su­nął ko­lej­ny znacz­nik na mapie.

– Dla­te­go włą­cza­my do rów­na­nia tan­ko­wa­nie w po­wie­trzu.

Na ekra­nie po­ja­wi­ły się sym­bo­le la­ta­ją­cych cy­stern.

– Pierw­sze tan­ko­wa­nie nad Atlan­ty­kiem.

– Dru­gie po wyj­ściu z re­jo­nu celu.

CIA spoj­rza­ła na mapę.

– Ile tan­kow­ców?

Ge­ne­rał od­po­wie­dział bez wa­ha­nia.

– Trzy KC-135 Stra­to­tan­ker.

– Dwa ope­ra­cyj­ne, jeden za­pa­so­wy.

Pre­zy­dent ski­nął głową.

– Czyli nie tylko bom­bow­ce.

Ge­ne­rał od­parł spo­koj­nie:

– Cały sys­tem ude­rze­nio­wy.

Na mapie po­ja­wi­ły się nowe linie.

Dwa bom­bow­ce.

Trzy tan­kow­ce.

Jedna tra­jek­to­ria pro­wa­dzą­ca pro­sto do Ba­by­lo­nu.

Cisza przy stole trwa­ła kilka se­kund.

– W po­rząd­ku – po­wie­dział w końcu Pre­zy­dent. – Au­to­ry­zu­ję ope­ra­cję.

***

Noc nad Da­ko­tą Po­łu­dnio­wą była bez­chmur­na i zimna.

Pas star­to­wy w El­l­sworth Air Force Base cią­gnął się przez pre­rię ni­czym czar­na wstę­ga au­to­stra­dy. Świa­tła po­dej­ścia pa­li­ły się nie­ru­cho­mo, równe punk­ty w ciem­no­ści.

Na pły­cie po­sto­jo­wej stały dwa bom­bow­ce.

B-1B Lan­cer.

Długi ka­dłub był smu­kły jak grot włócz­ni. Przód ka­dłu­ba koń­czył się ostro wy­pro­fi­lo­wa­nym nosem. Gład­ka, wy­dłu­żo­na osło­na kryła radar na­wi­ga­cyj­ny. Tuż za nią ka­bi­na za­ło­gi wto­pio­na w linię ka­dłu­ba tak nisko, że z boku wy­glą­da­ła nie­mal jak wąska szcze­li­na w pan­ce­rzu. Skrzy­dła były cof­nię­te mak­sy­mal­nie do tyłu sa­mo­lo­tu. Me­cha­nizm zmien­nej geo­me­trii po­zwa­lał im ob­ra­cać się na gru­bych sworz­niach w ka­dłu­bie. Przy star­cie i lą­do­wa­niu roz­kła­da­ły się sze­ro­ko, zwięk­sza­jąc po­wierzch­nię nośną. Przy dużej pręd­ko­ści co­fa­ły się do tyłu, zmie­nia­jąc bom­bo­wiec w długą, ae­ro­dy­na­micz­ną strza­łę.

Pod ka­dłu­bem wid­nia­ły za­ry­sy trzech komór bom­bo­wych.

Za­mknię­te teraz cięż­ki­mi drzwia­mi, które w locie po­tra­fi­ły otwo­rzyć się na kilka se­kund – tylko na tyle, ile po­trze­ba, żeby bęben wy­rzu­to­wy wy­pchnął ła­du­nek w stru­mień po­wie­trza pod sa­mo­lo­tem.

Czte­ry wloty po­wie­trza do sil­ni­ków były cof­nię­te w sto­sun­ku do kra­wę­dzi na­tar­cia skrzy­deł. Każdy pro­wa­dził do po­tęż­ne­go Ge­ne­ral Elec­tric F101-GE-102.

Kiedy pra­co­wa­ły razem, po­tra­fi­ły roz­pę­dzić ma­szy­nę o masie wła­snej ponad dwustu dwudziestu tysięcy funtów do pręd­ko­ści nad­dźwię­ko­wej.

Ale naj­więk­szą siłą Lan­ce­rów nie była pręd­kość. Była nią zdol­ność lotu bar­dzo nisko nad zie­mią. Na wy­so­ko­ści, na któ­rej ra­da­ry wi­dzia­ły tylko krzy­wi­znę te­re­nu i szum tła. Z ta­kiej wy­so­ko­ści bom­bo­wiec mógł po­ja­wić się nad celem pra­wie bez ostrze­że­nia.

I znik­nąć, zanim obro­na zdąży za­re­ago­wać.

Tech­ni­cy pra­co­wa­li w ciszy prze­ry­wa­nej me­ta­licz­nym stu­kiem na­rzę­dzi i ni­skim po­mru­kiem agre­ga­tów.

Pod pierw­szy sa­mo­lot pod­je­chał wózek uzbro­je­nia.

Ła­du­nek spo­czy­wał w sta­lo­wej ramie trans­por­to­wej. Cy­lin­drycz­na obu­do­wa była ma­to­wa, nie­mal czar­na. Na obu­do­wie bie­gły dwa żółte pasy iden­ty­fi­ka­cyj­ne. Pro­ste linie farby na ciem­nym me­ta­lu.

Ofi­cer uzbro­je­nia spraw­dził ta­blicz­kę kon­tro­l­ną przy wózku.

Typ: B61

Sta­tus: live

Pod­niósł wzrok na tech­ni­ków.

– Ła­du­nek ją­dro­wy po­twier­dzo­ny.

Ope­ra­tor windy hy­drau­licz­nej uniósł ła­du­nek po­wo­li, cal po calu. Ko­mo­ra bom­bo­wa była otwar­ta. W środ­ku cze­kał ob­ro­to­wy bęben wy­rzu­to­wy – sta­lo­wy cy­lin­der z sze­ścio­ma za­cze­pa­mi.

Zamek za­trza­snął się cięż­kim me­ta­licz­nym klik­nię­ciem. Na­stęp­nie tech­nik ude­rzył dło­nią w bok me­cha­ni­zmu.

– Za­blo­ko­wa­ne!

Drugi ła­du­nek wę­dro­wał już w górę do są­sied­nie­go sa­mo­lo­tu.

Drzwi bom­bo­we za­mknę­ły się po­wo­li, a hy­drau­li­ka wy­da­ła krót­ki, stłu­mio­ny syk.

W ka­bi­nie tech­nicz­nej na ziemi za­pa­li­ła się zie­lo­na kon­tro­l­ka.

***

Kil­ka­dzie­siąt jardów dalej do dru­gie­go bom­bow­ca pod­je­cha­ła cięż­ka cy­ster­na pa­li­wo­wa. Sil­nik cię­ża­rów­ki pra­co­wał na ni­skich ob­ro­tach, mru­cząc głu­cho w zim­nym noc­nym po­wie­trzu pre­rii. Re­flek­to­ry od­bi­ja­ły się od ma­to­wej po­wierzch­ni ka­dłu­ba.

Tech­nik wy­sko­czył z ka­bi­ny cy­ster­ny i prze­cią­gnął gruby prze­wód pa­li­wo­wy przez beton płyty. Me­ta­lo­wa koń­ców­ka stuk­nę­ła o panel tan­ko­wa­nia pod ka­dłu­bem.

Za­trzask za­mknął się twar­dym klik­nię­ciem.

– Pod­łą­czo­ne!

Pompa w cy­ster­nie ru­szy­ła. Naj­pierw cicho, zwięk­sza­jąc ob­ro­ty, potem sta­bil­nie utrzy­mu­jąc prze­pływ. Wąż lekko się na­prę­żył, gdy pa­li­wo ru­szy­ło w stro­nę zbior­ni­ków sa­mo­lo­tu. JP-8 pły­nę­ło do in­sta­la­cji pa­li­wo­wej bom­bow­ca sze­ro­ki­mi prze­wo­da­mi bie­gną­cy­mi do zbior­ni­ków. Lan­cer miał ich wiele – umiej­sco­wio­ne w skrzy­dłach i w cen­tral­nej czę­ści ka­dłu­ba. W dłu­gim locie to pa­li­wo było tak samo ważne jak samo uzbro­je­nie. Tech­nik pa­trzył na wskaź­nik prze­pły­wu za­mon­to­wa­ny na pa­ne­lu cy­ster­ny. Cyfry rosły po­wo­li. Pompa pra­co­wa­ła jed­no­staj­nym, ni­skim po­mru­kiem. Sły­chać było też od­le­gły stuk na­rzę­dzi przy dru­gim sa­mo­lo­cie i me­ta­licz­ne brzę­cze­nie ge­ne­ra­to­ra za­si­la­nia na­ziem­ne­go.

– Sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent – krzyk­nął tech­nik do ko­le­gi sto­ją­ce­go przy skrzy­dle.

Drugi za­pi­sy­wał dane na clip­bo­ar­dzie.

B-1B nie był sa­mo­lo­tem, który można było za­tan­ko­wać szyb­ko. Jego zbior­ni­ki mie­ści­ły blisko dwieście tysięcy funtów pa­li­wa. Długi lot przez Atlan­tyk wy­ma­gał peł­nych zbior­ni­ków jesz­cze przed pierw­szym spo­tka­niem z la­ta­ją­cą cy­ster­ną.

Kilka jardów dalej przy dra­bin­ce pro­wa­dzą­cej do ka­bi­ny stał pilot pierw­sze­go bom­bow­ca. Hełm trzy­mał pod pachą. Nie pa­trzył na tech­ni­ków, lecz na pas star­to­wy.

Świa­tła kra­wę­dzio­we cią­gnę­ły się przez noc jak dwie rów­no­le­głe linie aż do ciem­nej ścia­ny pre­rii. Za nimi nie było już nic – tylko prze­strzeń, która pro­wa­dzi­ła przez ocean i pół świa­ta.

Za­ło­ga dru­gie­go Lan­ce­ra wspi­na­ła się wła­śnie po dra­bin­ce do kok­pi­tu. Metal skrzy­piał cicho pod bu­ta­mi. W ka­bi­nie było cia­sno jak na tak duży sa­mo­lot. Czte­ry fo­te­le usta­wio­ne w dwóch rzę­dach. Pilot i drugi pilot z przo­du. Za nimi ofi­cer sys­te­mów ofen­syw­nych i ofi­cer obro­ny elek­tro­nicz­nej.

Każdy z nich miał przed sobą ścia­nę ekra­nów i prze­łącz­ni­ków.

– Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent – za­mel­do­wał tech­nik.

Stru­mień pa­li­wa w wężu za­czął słab­nąć.

Kilka se­kund póź­niej pompa zwol­ni­ła i za­trzy­ma­ła się.

– Zbior­ni­ki pełne!

Za­trzask gniaz­da tan­ko­wa­nia otwo­rzył się z me­ta­licz­nym stuk­nię­ciem. Tech­nik odłą­czył prze­wód i po­wo­li od­cią­gnął go od skrzy­dła. Kro­pla pa­li­wa spa­dła na beton i na­tych­miast za­czę­ła pa­ro­wać w zim­nym po­wie­trzu.

Cy­ster­na po­wo­li od­je­cha­ła w bok. Na pły­cie zo­sta­ły dwa bom­bow­ce. Czar­ne, cięż­kie, nie­ru­cho­me.

Pilot spoj­rzał jesz­cze raz na pas star­to­wy.

Lot miał być długi. Naj­pierw Atlan­tyk. Potem Morze Śród­ziem­ne. Tan­ko­wa­nie w po­wie­trzu. I na końcu pu­sty­nia.

Po­wrót był za­pi­sa­ny w pla­nie lotu. Ale w tej chwi­li był tylko jedną z wielu moż­li­wo­ści.

***

Za­ło­ga pierw­sze­go B-1B Lan­cer zaj­mo­wa­ła miej­sca w ka­bi­nie jeden po dru­gim. Me­ta­lo­wa dra­bin­ka zo­sta­ła wcią­gnię­ta do środ­ka. Właz za­mknął się z cięż­kim stuk­nię­ciem, które przez mo­ment od­bi­ło się echem w prze­strze­ni pomię­dzy płytą po­sto­jo­wą a ka­dłu­bem.

Na ze­wnątrz tech­nik pod­niósł za­ci­śnię­tą pięść – stan­dar­do­wy sy­gnał dla za­ło­gi: właz za­mknię­ty, ob­słu­ga na­ziem­na od­su­nię­ta, sa­mo­lot go­to­wy do roz­ru­chu.

W ka­bi­nie pa­no­wał pół­mrok. Je­dy­nie ta­bli­ce przy­rzą­dów świe­ci­ły sła­bym, zie­lon­ka­wym świa­tłem elek­tro­lu­mi­ne­scen­cyj­nych wy­świe­tla­czy. Linie cyfr i wskaź­ni­ków od­bi­ja­ły się w osło­nach wi­zje­rów heł­mów.

Pilot po­ło­żył dłoń na pa­ne­lu za­si­la­nia.

– Za­si­la­nie ze­wnętrz­ne pod­łą­czo­ne – po­wie­dział drugi pilot, pa­trząc na wskaź­ni­ki na­pię­cia.

Pilot prze­su­nął pierw­szy prze­łącz­nik.

Sys­te­my elek­trycz­ne ożyły na­tych­miast.

Naj­pierw głów­na ma­gi­stra­la za­si­la­nia.

Potem kom­pu­te­ry po­kła­do­we.

Na­stęp­nie ko­lej­ne ekra­ny.

Na pa­ne­lu na­wi­ga­cyj­nym po­ja­wi­ła się siat­ka da­nych.

Ofi­cer sys­te­mów ofen­syw­nych spoj­rzał na ekran.

– INS star­tu­je. Wy­rów­na­nie sy­gna­łu za czte­ry mi­nu­ty.

INS – in­er­cyj­ny sys­tem na­wi­ga­cyj­ny – po­trze­bo­wał czasu, aby usta­lić do­kład­ne po­ło­że­nie sa­mo­lo­tu wzglę­dem Ziemi. Ze­spół ży­ro­sko­pów i ak­ce­le­ro­me­trów po­rów­ny­wał mi­kro­sko­pij­ne ruchy ka­dłu­ba z bazą da­nych map cy­fro­wych. Kom­pu­ter li­czył każdy ruch sa­mo­lo­tu: przy­spie­sze­nie, skręt, zmia­nę kursu. Na tej pod­sta­wie bu­do­wał drogę przez prze­strzeń. Dla­te­go B-1B mógł prze­le­cieć ty­sią­ce mil nad oce­anem bez jed­ne­go sy­gna­łu ra­dio­we­go i bez po­mo­cy sa­te­li­tów.

Ale punkt star­to­wy mu­siał być ide­al­ny.

Jeśli na ziemi ży­ro­sko­py zła­pią choć mi­ni­mal­ny błąd, sys­tem za­pi­su­je go jako praw­dę. Potem niosą go przez cały lot. Z każdą go­dzi­ną od­chy­le­nie ro­śnie – naj­pierw jardy, potem setki jardów, w końcu mile.

Pilot ski­nął głową.

– Teraz APU.

Drugi pilot prze­su­nął prze­łącz­nik.

W tyl­nej czę­ści ka­dłu­ba ode­zwa­ła się po­moc­ni­cza tur­bi­na Au­xi­lia­ry Power Unit.

Naj­pierw cichy gwizd.

Potem wyż­szy ton.

Po kilku se­kun­dach wi­bra­cja prze­szła przez kon­struk­cję sa­mo­lo­tu i me­ta­lo­wą pod­ło­gę ka­bi­ny. Ge­ne­ra­tor po­moc­ni­czy za­czął do­star­czać ener­gię elek­trycz­ną i po­wie­trze roz­ru­cho­we do sil­ni­ków. Na ze­wnątrz tech­ni­cy od­su­nę­li się od ma­szy­ny. 

– APU sta­bil­ne – za­mel­do­wał drugi pilot.

Pilot spoj­rzał na zegar.

– Roz­ruch sil­ni­ków!

Każdy z czte­rech sil­ni­ków Ge­ne­ral Elec­tric był nie­za­leż­nym ukła­dem na­pę­do­wym. Wła­sna sprę­żar­ka, wła­sna ko­mo­ra spa­la­nia, wła­sna tur­bi­na i wła­sny ge­ne­ra­tor. Po uru­cho­mie­niu przej­mo­wa­ły za­si­la­nie sys­te­mów po­kła­do­wych i sta­bi­li­zo­wa­ły pracę całej ma­szy­ny. Przy ni­skich ob­ro­tach wy­da­wa­ły niski, cięż­ki po­mruk. Gdy wcho­dzi­ły na wyż­sze ob­ro­ty, dźwięk zmie­niał się w głę­bo­ki, równy ryk. Go­rą­ce spa­li­ny z czte­rech dysz ude­rza­ły w beton za sa­mo­lo­tem i za­mie­nia­ły po­wie­trze w drga­ją­cą, fa­lu­ją­cą war­stwę.

Drugi pilot klik­nął prze­łącz­nik.

– Sil­nik 03.

Roz­rusz­nik pneu­ma­tycz­ny za­czął ob­ra­cać tur­bi­nę.

Na wskaź­ni­ku N2 po­ja­wił się pierw­szy ruch.

10 pro­cent… 12…13…

Sprę­żar­ka za­czę­ła za­sy­sać po­wie­trze przez kanał do­lo­to­wy.

– Za­płon!

Wtry­ski­wa­cze po­da­ły mie­szan­kę pa­li­wa JP-8. W ko­mo­rze spa­la­nia po­ja­wił się błysk. Tem­pe­ra­tu­ra EGT wzro­sła gwał­tow­nie, ale za­trzy­ma­ła się w do­pusz­czal­nym za­kre­sie. Po kilku se­kun­dach sil­nik wszedł na wolne ob­ro­ty. Niski po­mruk prze­szedł przez ka­dłub i sie­dze­nia za­ło­gi.

– Trój­ka sta­bil­na – za­mel­do­wał drugi pilot.

Ko­lej­ny roz­ruch. Sil­nik numer czte­ry. Potem dwój­ka. Na końcu pierw­szy. Każdy star­to­wał w tej samej se­kwen­cji: roz­ruch pneu­ma­tycz­ny, za­płon, sta­bi­li­za­cja ob­ro­tów, prze­ję­cie za­si­la­nia przez wła­sną tur­bi­nę.

Po kilku mi­nu­tach wszyst­kie czte­ry F101 pra­co­wa­ły razem. Dźwięk zmie­nił się z po­je­dyn­cze­go po­mru­ku w głę­bo­ki, równy ryk. Po­wie­trze za dy­sza­mi za­czę­ło fa­lo­wać. Stru­mień go­rą­cych spa­lin ude­rzył w beton i odbił się w górę nie­wi­dzial­ną falą.

Na pły­cie tech­nik uniósł rękę z kciu­kiem w górę.

– Czte­ry sil­ni­ki sta­bil­ne.

Pilot prze­su­nął lekko prze­pust­ni­cę.

Ob­ro­ty wzro­sły.

Cały sa­mo­lot za­drżał cięż­ko, jak ogrom­ny sil­nik okrę­to­wy wcho­dzą­cy na ob­ro­ty. Ofi­cer sys­te­mów de­fen­syw­nych spraw­dzał ekra­ny sys­te­mów walki elek­tro­nicz­nej.

– RWR ak­tyw­ny. Za­kłó­ca­cze w try­bie go­to­wo­ści.

Ofi­cer sys­te­mów ofen­syw­nych prze­su­nął dłoń po pa­ne­lu uzbro­je­nia. Na ekra­nie po­ja­wił się sche­mat ka­dłu­ba. Trzy ko­mo­ry bom­bo­we usta­wio­ne w osi sa­mo­lo­tu. W każ­dej z nich znaj­do­wał się ob­ro­to­wy bęben uzbro­je­nia – cy­lin­drycz­ny ma­ga­zyn, który ob­ra­cał się w ko­mo­rze bom­bo­wej, usta­wia­jąc ko­lej­ne gniaz­da w po­zy­cji do zrzu­tu. Me­cha­nizm był pro­sty i bru­tal­nie sku­tecz­ny: bęben ob­ra­cał się o do­kład­nie jeden seg­ment, drzwi ko­mo­ry otwie­ra­ły się na kilka se­kund, ła­du­nek spa­dał, a ko­mo­ra na­tych­miast się za­my­ka­ła.

Na sche­ma­cie dwa bębny były puste. Środ­ko­wy po­ka­zy­wał jedno ak­tyw­ne gniaz­do. Resz­ta po­zo­sta­wa­ła wy­łą­czo­na. Ofi­cer po­więk­szył obraz. Kon­tur bomby był ozna­czo­ny żół­tym sym­bo­lem bez­pie­czeń­stwa i kodem uzbro­je­nia.

– Uzbro­je­nie po­twier­dzo­ne – po­wie­dział cicho.

Na ekra­nie za­pa­li­ła się zie­lo­na kon­tro­l­ka:

ARMED – SAFE HOLD.

Pilot spoj­rzał na drugi sa­mo­lot sto­ją­cy kilkadziesiąt jardów dalej.

Drugi Lan­cer rów­nież koń­czył roz­ruch.

– El­l­sworth Tower, tu Lan­cer 0-1. Sil­ni­ki uru­cho­mio­ne. Go­to­wi do ko­ło­wa­nia.

Na wieży kon­tro­li lotów ope­ra­tor po­chy­lił się nad ekra­nem ra­da­ru. Zie­lo­ne punk­ty po­ru­sza­ły się po­wo­li po siat­ce lot­ni­ska El­l­sworth. Dwa naj­więk­sze od­po­wia­da­ły bom­bow­com sto­ją­cym przy dro­dze ko­ło­wa­nia.

Się­gnął po mi­kro­fon.

– Lan­cer 0-1, tu El­l­sworth Tower, zgoda na ko­ło­wa­nie do pasa trzy jeden.

W ka­bi­nie pierw­szy pilot na­ci­snął przy­cisk nada­wa­nia na drąż­ku ste­ro­wym.

– Tu Lan­cer 0-1. Przy­ją­łem.

Drugi pilot zwol­nił ha­mu­lec po­sto­jo­wy. Na pa­ne­lu za­pa­li­ła się zie­lo­na kon­tro­l­ka.

Bom­bo­wiec ru­szył po­wo­li. Naj­pierw pra­wie nie­zau­wa­żal­nie.

Podwozie główne skrzypnęło głucho, gdy ważący ponad dwieście dwadzieścia tysięcy funtów samolot zaczął przetaczać się po betonie.

Drga­nie prze­szło przez kon­struk­cję i we­szło w fo­te­le za­ło­gi.

Czte­ry tur­bi­ny F101 pra­co­wa­ły równo. Stru­mień spa­lin za sa­mo­lo­tem za­mie­niał po­wie­trze w fa­lu­ją­cą, prze­zro­czy­stą war­stwę.

Na pły­cie tech­ni­cy pa­trzy­li, jak ogrom­na ma­szy­na po­wo­li opusz­cza sta­no­wi­sko.

Za pierw­szym bom­bow­cem ru­szył drugi.

Lan­cer 0-2 wy­to­czył się z płyty po­sto­jo­wej i usta­wił w tej samej osi drogi ko­ło­wa­nia. Od­le­głość mię­dzy nimi nie była duża, ale wy­star­cza­ją­ca, aby stru­mień spa­lin z pierw­sze­go nie ude­rzał w drugi sa­mo­lot.

Dwa czar­ne kształ­ty po­wo­li prze­su­wa­ły się przez noc Da­ko­ty Po­łu­dnio­wej jak cięż­kie stat­ki na spo­koj­nym morzu. Droga ko­ło­wa­nia była oświe­tlo­na nie­bie­ski­mi świa­tła­mi. Beton błysz­czał lekko od zim­ne­go po­wie­trza nocy. Pi­lo­ci pro­wa­dzili sa­mo­loty po­wo­li, kon­tro­lu­jąc pręd­kość krót­ki­mi im­pul­sa­mi prze­pust­ni­c.

– Tem­pe­ra­tu­ra w nor­mie – po­wie­dział drugi pilot, pa­trząc na wskaź­ni­ki.

– Przy­ją­łem.

Sa­mo­lot zbli­żał się do końca drogi ko­ło­wa­nia. Przed nimi otwie­rał się pas star­to­wy. Pilot za­trzy­mał sa­mo­lot na linii ocze­ki­wa­nia. 

Na wieży ope­ra­tor ob­ser­wo­wał parę bom­bow­ców przez szyby.

– Lan­cer 0-1, tu wieża. wiatr spo­koj­ny. Masz zgodę na start.

Pilot po­twier­dził i pchnął prze­pust­ni­ce do przo­du.

Naj­pierw sil­ni­ki we­szły na pełną moc bez do­pa­la­nia. Dźwięk tur­bin po­głę­bił się i za­mie­nił w cięż­ki, pul­su­ją­cy ryk.

Potem prze­sy­łał prze­pust­ni­ce na po­zy­cję do­pa­la­czy.

W jed­nej chwi­li za czte­re­ma dy­sza­mi po­ja­wi­ły się dłu­gie, po­ma­rań­czo­we pło­mie­nie. Po­wie­trze za sa­mo­lo­tem eks­plo­do­wa­ło go­rą­cym stru­mie­niem gazów.

Cała ma­szy­na za­drża­ła.

Pilot zwol­nił ha­mu­lce.

Bom­bo­wiec ru­szył.

Naj­pierw po­wo­li, jak ogrom­na masa, która musi po­ko­nać wła­sną bez­wład­ność. Potem przy­spie­sze­nie za­czę­ło ro­snąć. Pod­wo­zie tłu­kło o beton w szyb­kim ryt­mie. Świa­tła pasa za­czę­ły prze­su­wać się coraz szyb­ciej po bo­kach ka­bi­ny.

– Sto wę­złów – za­mel­do­wał drugi pilot.

Pilot trzy­mał drą­żek sta­bil­nie, a sa­mo­lot przy­spie­szał dalej.

– Sto pięć­dzie­siąt.

Stru­mień po­wie­trza ude­rzał w ka­dłub coraz moc­niej. Ster wy­so­ko­ści za­czy­nał re­ago­wać.

– Dwie­ście.

Pas star­to­wy ucie­kał pod nimi jak prze­su­wa­ją­ca się taśma.

– V1!

Punkt de­cy­zji. Po tej pręd­ko­ści star­tu nie można było już prze­rwać.

– Ro­ta­te!

Pilot po­cią­gnął drą­żek do sie­bie. Nos sa­mo­lo­tu uniósł się po­wo­li. Naj­pierw kilka stop­ni. Potem wię­cej. Głów­ne pod­wo­zie wciąż tłu­kło po be­to­nie, aż w końcu cię­żar ma­szy­ny znik­nął z kół.

Bom­bo­wiec ode­rwał się od pasa.

Przez se­kun­dę le­ciał tuż nad zie­mią, na­bie­ra­jąc pręd­ko­ści. Potem za­czął wzno­sić się nad pre­rię.

– Pod­wo­zie w górę – po­wie­dział do­wód­ca.

Hy­drau­li­ka za­sy­cza­ła. Koła scho­wa­ły się w ka­dłu­bie.

Pas star­to­wy zo­stał za nimi. Świa­tła El­l­sworth Air Force Base zmniej­sza­ły się z każdą se­kun­dą.

Dwa Lan­cer’y wspi­na­ły się teraz nad nocną Da­ko­tą. Ich do­pa­la­cze ry­so­wa­ły w ciem­no­ści dłu­gie po­ma­rań­czo­we ślady.

Na ziemi świa­tła pasa świe­ci­ły dalej spo­koj­nie, jak gdyby nic się nie wy­da­rzy­ło.

A dwa bom­bow­ce z ła­dun­kiem nu­kle­ar­nym roz­po­czy­na­ły wła­śnie lot przez pół świa­ta.

***

Ge­ne­rał Har­ris wy­szedł z Si­tu­ation Room jako jeden z ostat­nich. Drzwi za­mknę­ły się za nim cięż­ko, z me­ta­licz­nym klik­nię­ciem zamka. W ko­ry­ta­rzu Bia­łe­go Domu było ci­szej niż w sali narad. Nocna zmia­na pra­co­wa­ła w pół­mro­ku, a je­dy­nym dźwię­kiem był szum kli­ma­ty­za­cji i stłu­mio­ne kroki agen­tów Se­cret Se­rvi­ce gdzieś dalej przy skrzy­żo­wa­niu ko­ry­ta­rzy.

Har­ris szedł szyb­ciej niż zwy­kle. W dłoni ści­skał tecz­kę z do­ku­men­ta­mi ope­ra­cji. Na pierw­szej stro­nie wciąż wid­niał na­głó­wek, który zo­ba­czył kilka minut wcze­śniej przy stole narad.

BA­BY­LON

Pod nim jedno zda­nie za­pi­sa­ne pro­stą linią ma­szy­no­we­go druku:

NUC­LE­AR STRI­KE AU­THO­RI­ZED

Ge­ne­rał za­trzy­mał się na chwi­lę. Pa­trzył na te słowa jak na coś, co nie po­win­no ist­nieć poza se­gre­ga­to­ra­mi gier wo­jen­nych.

Kilka jardów dalej w ścia­nie znaj­do­wa­ły się drzwi do nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia ozna­czo­ne­go me­ta­lo­wą ta­blicz­ką:

SE­CU­RE COM­MU­NI­CA­TIONS

Przed drzwia­mi stał żoł­nierz pie­cho­ty mor­skiej z Ma­ri­ne Se­cu­ri­ty Guard.

Młody.

Nie­ska­zi­tel­ny mun­dur.

Ka­ra­bin prze­wie­szo­ny przez ramię.

Na dźwięk kro­ków ge­ne­ra­ła sta­nął na bacz­ność.

– Ge­ne­ra­le.

Har­ris już się­gał do klam­ki.

Ma­ri­ne uniósł rękę.

– Sir, to po­miesz­cze­nie wy­ma­ga au­to­ry­za­cji.

Ge­ne­rał za­trzy­mał się w pół kroku.

Zmę­czo­ne oczy. Twarz na­pię­ta po kilku go­dzi­nach na­ra­dy.

– Po­słu­chaj mnie uważ­nie – po­wie­dział spo­koj­nie. – Po­trze­bu­ję pię­ciu minut w tym po­ko­ju.

Ma­ri­ne mil­czał.

– Jeśli ktoś bę­dzie pytał, po­wiedz, że mnie tu nie było.

– Sir… po­trze­bu­ję au­to­ry­za­cji.

Har­ris zro­bił pół kroku bli­żej.

– Synu… w tej pracy są mo­men­ty, kiedy pro­ce­du­ra przy­cho­dzi za późno.

Ma­ri­ne pa­trzył na niego nie­ru­cho­mo.

– Sir, nie mogę wpu­ścić ni­ko­go bez…

– Po­słu­chaj.

Głos ge­ne­ra­ła był niski i spo­koj­ny.

– Jeśli się mylę, do­sta­niesz ode mnie oso­bi­ste prze­pro­si­ny i bę­dziesz mógł wpi­sać moje na­zwi­sko w każdy ra­port, jaki na­pi­szesz.

Cisza w ko­ry­ta­rzu zgęst­nia­ła.

– Jeśli się nie mylę… za kilka go­dzin wy­da­rzy się coś, czego nie da się już cof­nąć.

Ma­ri­ne zmru­żył oczy.

– Sir…

Har­ris na­chy­lił się o cal bli­żej.

– Coś, po czym lu­dzie na tej pla­ne­cie będą za­da­wać jedno py­ta­nie. Dla­cze­go nikt nie spró­bo­wał tego za­trzy­mać, kiedy jesz­cze był na to czas.

Przez chwi­lę obaj stali nie­ru­cho­mo. W ko­ry­ta­rzu było sły­chać tylko szum wen­ty­la­cji.

Ge­ne­rał dodał ci­szej:

– Pięć minut. Tylko o to pro­szę.

Ma­ri­ne jesz­cze przez se­kun­dę pa­trzył mu w oczy.

Potem od­su­nął się od drzwi.

– Pięć minut, sir.

Har­ris otwo­rzył drzwi i wszedł do środ­ka.

Po­miesz­cze­nie było nie­wiel­kie. Biur­ko, dwa krze­sła i cięż­ki, szary te­le­fon STU-III sto­ją­cy na środ­ku stołu. Apa­rat był pod­łą­czo­ny bez­po­śred­nio do woj­sko­wej sieci ko­mu­ni­ka­cyj­nej.

Ge­ne­rał po­ło­żył tecz­kę na biur­ku. Na wierz­chu znów widać było na­głó­wek ope­ra­cji. Pod­niósł słu­chaw­kę.

– Ope­ra­tor?

– Tu węzeł łącz­no­ści Bia­łe­go Domu.

– Po­łącz mnie z fla­go­wym okrę­tem ope­ra­cji w Za­to­ce. Prio­ry­tet.

Krót­ka cisza.

– Łą­cze­nie przez sa­te­li­tę. Pro­szę cze­kać.

W słu­chaw­ce po­ja­wił się szum. Potem kilka me­ta­licz­nych klik­nięć prze­łą­cza­nych ka­na­łów. W końcu ode­zwał się głos.

– Flag com­mu­ni­ca­tions.

– Tu ge­ne­rał Har­ris. Po­trze­bu­ję ad­mi­ra­ła.

Kilka se­kund ciszy. Potem inny głos. Niż­szy. Zmę­czo­ny.

– Har­ris?

Ge­ne­rał usiadł cięż­ko na krze­śle.

– Jack… mu­sisz mnie po­słu­chać.

– Co się dzie­je?

Har­ris przez mo­ment mil­czał.

– CIA prze­for­so­wa­ła opcję ją­dro­wą.

Cisza.

– Po­wtórz…

– Ba­by­lon. Pre­zy­dent pod­pi­sał ude­rze­nie stra­te­gicz­ne.

Ge­ne­rał ode­tchnął po­wo­li.

– Dwa B-1B są już w po­wie­trzu.

Na most­ku okrę­tu przez chwi­lę nie było sły­chać ni­cze­go poza szu­mem elek­tro­ni­ki.

– Z gło­wi­ca­mi? – za­py­tał ad­mi­rał.

– Tak.

– Chry­ste…

Har­ris spoj­rzał na zegar nad drzwia­mi.

W gło­wie szyb­ko od­two­rzył trasę, którą wi­dział na mapie kilka minut wcze­śniej.

Da­ko­ta Po­łu­dnio­wa. Atlan­tyk. Pierw­sze tan­ko­wa­nie. Morze Śród­ziem­ne. Dru­gie tan­ko­wa­nie. Potem Irak.

– Masz ja­kieś osiem go­dzin – po­wie­dział.

– Na co?

– Żeby spró­bo­wać coś zdzia­łać.

Po dru­giej stro­nie ktoś wydał szyb­kie po­le­ce­nie. W tle roz­le­gły się kroki i prze­su­wa­ne krze­sła.

Ad­mi­rał wró­cił do roz­mo­wy.

– Dla­cze­go mó­wisz to mnie?

Har­ris przez mo­ment mil­czał.

– Bo znam cię od trzy­dzie­stu lat. I wiem, że jeśli ktoś spró­bu­je zro­bić coś nie­moż­li­we­go… to bę­dziesz ty.

Dłuż­sza cisza.

W końcu ad­mi­rał ode­zwał się spo­koj­nie.

– Ro­zu­miem.

– Jack…

– Tak?

– Jeśli na Ba­by­lon spad­nie atom… nie wiem, jak świat na to za­re­agu­je.

Po dru­giej stro­nie sły­chać było tylko szum linii sa­te­li­tar­nej.

– Po­wo­dze­nia.

Po­łą­cze­nie zo­sta­lo prze­rwa­ne Ge­ne­rał odło­żył słu­chaw­kę. W po­ko­ju łącz­no­ści znów za­pa­dła cisza.

Za drzwia­mi Ma­ri­ne spoj­rzał na ze­ga­rek. Mi­nę­ło czte­ry i pół mi­nu­ty.

A gdzieś wy­so­ko nad Ame­ry­ką dwa Lan­cer’y kon­ty­nu­owa­ły swój marsz na wschód.

***

Świt nad Za­to­ką Per­ską był blady i zimny. Słoń­ce do­pie­ro za­czy­na­ło pod­no­sić się znad linii ho­ry­zon­tu, za­mie­nia­jąc czar­ne morze w po­wo­li ja­śnie­ją­cą taflę stali. Nad po­kła­dem lot­ni­skow­ca wi­siał za­pach pa­li­wa, soli i roz­grza­ne­go me­ta­lu.

Na po­kła­dzie lot­ni­czym tech­ni­cy już pra­co­wa­li.

Cią­gni­ki lot­ni­sko­we prze­ta­cza­ły się po­wo­li mię­dzy sa­mo­lo­ta­mi. Me­cha­ni­cy spraw­dza­li pa­ne­le ser­wi­so­we w ka­dłu­bach F-14 Tom­ca­tów. Kilka jardów dalej ob­słu­ga uzbro­je­nia pod­wie­sza­ła bomby kie­ro­wa­ne pod skrzy­dła A-6 In­tru­de­rów. W od­da­li war­kot agre­ga­tów i sprę­ża­rek mie­szał się z me­ta­licz­nym stu­kiem na­rzę­dzi.

Dzień ope­ra­cyj­ny wła­śnie się roz­po­czy­nał.

Kilka po­kła­dów wyżej, na most­ku fla­go­wym, pa­no­wa­ła cisza.

Czer­wo­ne świa­tło trybu noc­ne­go od­bi­ja­ło się w ekra­nach ra­da­rów. Na wiel­kiej mapie ope­ra­cyj­nej świe­ci­ły zie­lo­ne i bursz­ty­no­we znacz­ni­ki jed­no­stek. Linie sek­to­rów obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej prze­ci­na­ły po­łu­dnio­wy Irak ni­czym siat­ka geo­me­trycz­nych wzo­rów.

W samym środ­ku mapy świe­cił jeden czer­wo­ny sym­bol.

BA­BY­LON

Ad­mi­rał stał nad sto­łem pla­no­wa­nia. Po­wo­li odło­żył słu­chaw­kę te­le­fo­nu sa­te­li­tar­ne­go. Jesz­cze przez chwi­lę pa­trzył na mapę. W gło­wie po­wta­rzał licz­by.

Osiem go­dzin… Może mniej.

Spoj­rzał na zegar.

07:12 czasu Za­to­ki.

Jeśli Har­ris się nie mylił, dwa B-1B Lan­cer były już w po­bli­żu wy­brze­ża Atlan­ty­ku.

I le­cia­ły wprost na Ba­by­lon.

– John… – po­wie­dział spo­koj­nie.

Ad­iu­tant sto­ją­cy przy kon­so­li łącz­no­ści pod­niósł głowę.

– Sir?

– Spro­wadź mi tu CAG-a… Na­tych­miast.

Ad­iu­tant ski­nął głową.

– Tak jest, sir!

Od­wró­cił się i ru­szył w stro­nę drzwi most­ka.

Przy wyj­ściu stał Ma­ri­ne, wy­pro­sto­wa­ny jak słup. Mun­dur ga­lo­wy był nie­na­gan­ny: ciem­na ko­szu­la, pas z mo­sięż­ną klam­rą, biała czap­ka na gło­wie. Przy pra­wym bio­drze wi­sia­ła ka­bu­ra z pi­sto­le­tem służ­bo­wym.

Ma­ri­ne ski­nął głową, gdy ad­iu­tant zbli­żył się do drzwi.

– Sir.

Ad­iu­tant od­po­wie­dział krót­kim ru­chem głowy.

– Idzie­sz ze mną.

Żoł­nierz ru­szył za nim, krok w krok, po sta­lo­wej pod­ło­dze ko­ry­ta­rza.

***

Kilka po­kła­dów niżej w ready room było gło­śniej.

Rzędy me­ta­lo­wych krze­seł były pra­wie pełne. Pi­lo­ci w zie­lo­nych kom­bi­ne­zo­nach sie­dzie­li z kub­ka­mi kawy w dło­niach. Na ścia­nach wi­sia­ły zdję­cia roz­po­znaw­cze, mapy Iraku i ta­bli­ce z roz­pi­sa­ny­mi pa­ra­me­tra­mi pa­li­wa.

Przy ta­bli­cy tak­tycz­nej stał CAG, do­wód­ca skrzy­dła lot­ni­cze­go lot­ni­skow­ca. W jed­nej ręce trzy­mał wskaź­nik, w dru­giej kredę. Na ta­bli­cy była na­ry­so­wa­na linia po­dej­ścia do celu.

– Jeśli wej­dzie­cie z pół­noc­ne­go sek­to­ra – po­wie­dział – radar irac­ki zo­ba­czy nas do­pie­ro tutaj.

Stuk­nął wskaź­ni­kiem w mapę.

– Dla­te­go klu­czo­wym ma­new­rem jest mo­ment zej­ścia po­ni­żej trzech ty­się­cy stóp. Wtedy…

Drzwi otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie. Do środ­ka wszedł ad­iu­tant ad­mi­ra­ła. Za nim Ma­ri­ne. Roz­mo­wy w po­miesz­cze­niu na­tych­miast uci­chły. Kil­ku­na­stu pi­lo­tów jed­no­cze­śnie od­wró­ci­ło głowy. Ad­iu­tant pod­szedł do CAG-a.

– Sir. Ad­mi­rał prosi, żeby udał się pan ze mną.

CAG spoj­rzał na niego spo­koj­nie.

– Je­stem w trak­cie od­pra­wy. Skoń­czę brie­fing i przyj­dę.

Ad­iu­tant nie drgnął.

– Sir… ad­mi­rał po­wie­dział: na­tych­miast.

W po­miesz­cze­niu za­pa­dła cisza.

CAG odło­żył wskaź­nik na stół.

– Ka­pi­ta­nie, prze­ka­za­no mi już parę razy, że coś jest „na­tych­miast”. – Spoj­rzał na ze­ga­rek. – Pięć minut ni­ko­go nie za­bi­je.

Ma­ri­ne sto­ją­cy za ad­iu­tan­tem zro­bił krok do przo­du. Nic nie po­wie­dział. Po pro­stu prze­su­nął rękę bli­żej ka­bu­ry. W po­miesz­cze­niu za­le­gła gro­bo­wa cisza. CAG spoj­rzał na niego. Potem na ad­iu­tan­ta.

Ad­iu­tant ode­zwał się spo­koj­nie:

– Sir… ad­mi­rał po­le­cił mi pana przy­pro­wa­dzić… na­tych­miast.

Przez se­kun­dę nikt się nie ru­szał. Pi­lo­ci pa­trzy­li w mil­cze­niu na to nie­co­dzien­ne wi­do­wi­sko. CAG wes­tchnął cicho. Odło­żył kredę i od­wró­cił się do sali.

– XO.

Ofi­cer ope­ra­cyj­ny sie­dzą­cy w pierw­szym rzę­dzie pod­niósł głowę.

– Sir?

CAG wska­zał ta­bli­cę.

– Do­kończ brie­fing.

XO wstał.

– Tak jest.

CAG oprze­ka­zał wskaź­nik i spoj­rzał jesz­cze raz na zgro­ma­dzo­nych pi­lo­tów.

– Pa­no­wie, wy­glą­da na to, że dzień wła­śnie zro­bił się cie­kaw­szy.

Od­wró­cił się do drzwi.

– Pro­wadź­cie ka­pi­ta­nie.

Ad­iu­tant ski­nął głową a Ma­ri­ne otwo­rzył drzwi. Trzej męż­czyź­ni wy­szli z ready room na ko­ry­tarz. Za ich ple­ca­mi pi­lo­ci wciąż sie­dzie­li w ciszy. Bo wszy­scy wie­dzie­li jedno. Jeśli CAG jest wy­cią­ga­ny z od­pra­wy w ten spo­sób… to gdzieś w tej woj­nie wła­śnie wy­da­rzy­ło się coś bar­dzo złego.

***

Po­kład pod sto­pa­mi drżał głę­bo­ko, jed­no­staj­nie. Re­ak­to­ry pra­co­wa­ły wiele po­kła­dów niżej, a ich rytm prze­cho­dził przez sta­lo­wą kon­struk­cję okrę­tu jak po­wol­ne ude­rze­nia serca. Ko­ry­tarz był wąski. Ni­skie, ma­to­we świa­tła co kilka jardów ma­lo­wa­ły na ścia­nach żół­ta­we plamy. Sta­lo­we gro­dzie były po­ry­so­wa­ne od ude­rzeń skrzyń, wóz­ków i butów.

CAG szedł za ad­iu­tan­tem szyb­kim mar­szem. Ma­ri­ne z ochro­ny ad­mi­ra­ła trzy­mał się dziewięć stóp za nimi. Pi­sto­let w ka­bu­rze przy pasie ko­ły­sał się lekko przy każ­dym kroku. Mi­nę­li dwa za­krę­ty, wą­skie scho­dy i ko­lej­ną grodź wo­dosz­czel­ną. Im bli­żej most­ka fla­go­we­go, tym ci­szej ro­bi­ło się na ko­ry­ta­rzach. Przy drzwiach do cen­trum ope­ra­cyj­ne­go ad­iu­tant za­trzy­mał się i otwo­rzył drzwi.

– Sir.

CAG wszedł do środ­ka.

Po­miesz­cze­nie było oświe­tlo­ne czer­wo­nym świa­tłem trybu noc­ne­go. Na stole ope­ra­cyj­nym le­ża­ła duża mapa po­łu­dnio­we­go Iraku. W cen­trum mapy nadal świe­cił czer­wo­ny znacz­nik.

Ad­mi­rał stał po­chy­lo­ny nad sto­łem. 

W po­miesz­cze­niu było jesz­cze kilka osób. Kilku ofi­ce­rów ope­ra­cyj­nych przy kon­so­lach, na­wi­ga­tor z sek­cji pla­no­wa­nia i ofi­cer łącz­ni­ko­wy lot­nic­twa.

Kiedy CAG wszedł do po­miesz­cze­nia, pod­niósł wzrok.

– Ko­man­do­rze…

CAG ski­nął głową.

– Sir.

Ad­mi­rał prze­niósł wzrok na ka­pi­ta­na lot­ni­skow­ca, potem na CAG-a.

– Ka­pi­tan zo­sta­je. Ko­man­dor też.

Krót­ka pauza.

– Resz­ta panów – pro­szę opu­ścić po­miesz­cze­nie.

Ofi­ce­ro­wie przy kon­so­lach spoj­rze­li po sobie. Po krót­kiej zwło­ce krze­sła prze­su­nę­ły się po me­ta­lo­wej pod­ło­dze, a po­miesz­cze­nie opu­sto­sza­ło. Drzwi za­mknę­ły się głu­cho.

Zo­sta­ło tylko pię­ciu ludzi.

Ad­mi­rał, ka­pi­tan lot­ni­skow­ca, CAG, ad­iu­tant sto­ją­cy pół kroku za ad­mi­ra­łem i Ma­ri­ne z bez­po­śred­niej ochro­ny przy drzwiach. 

Ad­mi­rał spoj­rzał na CAG-a.

– Prze­pra­szam za te nie­co­dzien­ne środ­ki, ale liczy się każda mi­nu­ta.

Ko­man­dor zmarsz­czył brwi.

– Co się dzie­je?

Ad­mi­rał wska­zał mapę.

– Ba­by­lon.

Gort­ney spoj­rzał na czer­wo­ny znacz­nik.

– Pró­bo­wa­li­śmy wczo­raj.

– Coś sły­sza­łem…

Ad­mi­rał mówił spo­koj­nie.

– Ope­ra­cja lą­do­wa nie prze­bi­ła się przez obro­nę.

CAG po­ki­wał głową, cze­ka­jąc na dal­szy ciąg.

Ad­mi­rał prze­su­nął pal­cem po mapie.

– Wa­szyng­ton zde­cy­do­wał, że Ba­by­lon musi zo­stać znisz­czo­ny na­tych­miast…

– I?

Ad­mi­rał spoj­rzał mu w oczy.

– Dwa B-1B Lan­cer lecą w tej chwi­li nad Atlan­ty­kiem.

Gort­ney przez se­kun­dę nie za­sko­czył. Potem do niego do­tar­ło.

– Z ła­dun­ka­mi ją­dro­wy­mi…

W po­miesz­cze­niu zro­bi­ło się bar­dzo cicho. Ka­pi­tan lot­ni­skow­ca prze­stał od­dy­chać na mo­ment. Gort­ney po­wo­li oparł dło­nie o stół.

– Jezu…

Ad­mi­rał wska­zał zegar.

– Mamy nie­ca­łe osiem go­dzin…

Pot na karku po­ja­wił się nie­mal jak na za­wo­ła­nie. Ad­mi­rał wska­zał mapę.

– Mamy osiem go­dzin, żeby zro­bić coś szyb­ciej niż oni. Jakiś po­mysł?

Gort­ney przez chwi­lę mil­czał.

Potem wziął głę­bo­ki od­dech.

– Opcje są trzy.

Wska­zał mapę.

In­tru­de­ry.

Palec prze­su­nął się nad Za­to­ką.

A-6 mogą unieść cięż­kie kie­ro­wa­ne bomby i do­le­cieć. Ale po­trze­bu­ją osło­ny.

Spoj­rzał na ad­mi­ra­ła.

– To ozna­cza dużą for­ma­cję.

Palec za­to­czył sze­ro­ki krąg nad mapą.

– My­śliw­ce, sa­mo­lo­ty ude­rze­nio­we…

– Duży ślad ra­da­ro­wy… – po­wie­dział ka­pi­tan lot­ni­skow­ca.

Gort­ney ski­nął głową.

– Do­kład­nie. Ira­kij­czy­cy zo­ba­czą naszą wy­ciecz­kę z da­le­ka, czyli stra­ci­my ele­ment za­sko­cze­nia.

Prze­su­nął palec dalej.

– Druga opcja: F-18-tkiHor­ne­ty nie po­trze­bu­ją eskor­ty my­śliw­skiej.

– Mniej­sza for­ma­cja… – za­my­ślił się ad­mi­rał.

– Tak – Gort­ney przy­tak­nął – ale pro­ble­mem bę­dzie za­sięg.

Palec za­trzy­mał się nad Za­to­ką.

– Muszą tan­ko­wać.

Po­pu­kał pal­cem w mapę.

– Tan­kow­ce ozna­cza­ją eskor­tę. A to znowu ozna­cza duży ślad ra­da­ro­wy.

Za­my­ślił się.

– Po­zo­sta­je trze­cia opcja.

Spoj­rzał na ad­mi­ra­ła.

Tom­ca­ty.

F-14? – zdzi­wił się ad­mi­rał. 

Gort­ney ski­nął głową.

– Duży za­sięg, po­ten­cjał sa­mo­obro­ny, po­dej­ście na ni­skim pu­ła­pie.

Palec prze­su­nął się po mapie.

– Dwie ma­szy­ny. Wcho­dzą sa­mot­nie, każdy po czte­ry bomby Mk-84

Chwi­la ciszy.

– Czy to sta­no­wi pro­blem? – za­py­tał ad­mi­rał.

Tom­ca­ty nie prze­no­szą uzbro­je­nia kie­ro­wa­ne­go.

– Czyli po­zo­sta­je kla­sycz­ne bom­bar­do­wa­nie? 

– Tak. Pro­ble­mem bę­dzie cel­ność. Niski pułap, szyb­ki prze­lot i zrzut. Tylko jedna szan­sa – do­koń­czył Gort­ney.

Ad­mi­rał spoj­rzał na niego uważ­nie.

– Kogo wy­zna­czysz do tej misji?

Gort­ney przez chwi­lę nie od­po­wie­dział.

Potem po­wie­dział spo­koj­nie:

– Sie­bie.

– Za­twier­dzam. A skrzy­dło­wy? – Ad­mi­rał zmru­żył oczy. – Kto miał naj­lep­sze wy­ni­ki w bom­bar­do­wa­niu na F-14?

Gort­ney wes­tchnął.

– Reina Co­sta­nos. Ale ona jest za­wie­szo­na w lo­tach.

Ka­pi­tan spoj­rzał na ad­mi­ra­ła.

– Do­cho­dze­nie po ostat­niej akcji nadal trwa.

Ad­mi­rał prze­niósł wzrok na Gort­ney’a.

– O ile do­brze ro­zu­miem – po­wie­dział po­wo­li – to ona jest naj­lep­sza w te kloc­ki?

– Tak.

– I ma trzy ze­strze­le­nia w rze­czy­wi­stej walce, a nie na sy­mu­la­to­rze?

Ad­mi­rał oparł dło­nie o stół.

– Tak, trzy – od­parł wolno Gort­ney.

– Czyli wię­cej niż ty.

Gort­ney za­ci­snął pię­ści.

Ad­mi­rał spoj­rzał na niego twar­do.

– To nie jest misja tre­nin­go­wa. Być może ważą się losy świa­ta, więc prze­stań mi pie­przyć o pro­ce­du­rach! O któ­rej star­tu­je­cie?

Gort­ney przez chwi­lę nie od­po­wie­dział.

Mię­śnie szczę­ki na­pię­ły mu się tak mocno, że aż po­czuł ból przy skro­ni. W po­miesz­cze­niu nagle zro­bi­ło się dusz­no mimo dzia­ła­ją­cej kli­ma­ty­za­cji. Czer­wo­ne świa­tło lamp od­bi­ja­ło się od mapy, od me­ta­lo­wej kra­wę­dzi stołu, od pi­sto­le­tu przy pasie Ma­ri­ne sto­ją­ce­go przy drzwiach.

Ad­mi­rał pa­trzył na niego bez mru­gnię­cia.

– O któ­rej star­tu­je­cie ko­man­do­rze? – po­wtó­rzył spo­koj­nie.

Gort­ney wcią­gnął po­wie­trze przez nos.

– Czter­dzie­ści pięć minut na przy­go­to­wa­nie. Pięt­na­ście na start.

Ad­mi­rał ski­nął głową.

– Masz go­dzi­nę. Od­ma­sze­ro­wać. 

Gort­ney od­su­nął się od stołu.

Me­ta­lo­we krze­sło stuk­nę­ło lekko o pod­ło­gę. Od­wró­cił się i ru­szył do drzwi. Ma­ri­ne przy wej­ściu od­su­nął się pół kroku, ro­biąc przej­ście. Drzwi za­mknę­ły się za CAG-iem z głu­chym stu­kiem.

***

Minął dwie gro­dzie i wąską klat­kę scho­do­wą. Na końcu ko­ry­ta­rza po­ja­wi­ły się drzwi z ozna­cze­niem: 

READY ROOM 3

CAG nawet nie zwol­nił.

W środ­ku trwa­ła od­pra­wa sek­cji F-18. Kilku pi­lo­tów sie­dzia­ło przy stole, dwóch stało przy ta­bli­cy tak­tycz­nej. Na ścia­nie wi­sia­ła mapa pół­noc­ne­go Iraku z za­zna­czo­ny­mi sek­to­ra­mi obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej.

Ofi­cer ope­ra­cyj­ny wła­śnie coś tłu­ma­czył, wska­zu­jąc mar­ke­rem jedną z linii na mapie.

– …jeśli wej­dzie­cie tędy, radar w Ba­srze wy­ła­pie was po trzy­dzie­stu se­kun­dach…

Urwał w pół zda­nia.

Drzwi od­bi­ły się od ścia­ny.

CAG wpa­ro­wał do środ­ka.

Roz­mo­wy uci­chły jak nożem uciął.

Kilku pi­lo­tów wy­pro­sto­wa­ło się na krze­słach. Jeden z młod­szych od­ru­cho­wo wstał.

Ko­man­dor ro­zej­rzał się szyb­ko po sali.

– Kon­ty­nu­uj­cie – rzu­cił krót­ko do ofi­ce­ra ope­ra­cyj­ne­go.

Potem spoj­rzał na jed­ne­go z pi­lo­tów przy stole.

– Gdzie jest Reina?

Pilot za­wa­hał się se­kun­dę.

– Sir… od­su­nął ją pan od lotów…

Po­słał mu cięż­kie spoj­rze­nie.

– Jest w warsz­ta­cie. Przy sys­te­mach na­wi­ga­cyj­nych.

Ski­nął głową. Od­wró­cił się i wy­szedł tak samo szyb­ko, jak wszedł.

Scho­dy pro­wa­dzi­ły w dół. Wą­skie, stro­me, z me­ta­lo­wy­mi stop­nia­mi star­ty­mi do po­ły­sku przez ty­sią­ce butów. Chwy­cił po­ręcz i zszedł dwa po­kła­dy niżej. Im dalej od po­kła­du lot­ni­cze­go, tym po­wie­trze ro­bi­ło się gęst­sze. Pach­nia­ło hy­drau­li­ką, sma­rem i go­rą­cym me­ta­lem. Minął ma­ga­zyn czę­ści awio­ni­ki. Potem po­miesz­cze­nie ser­wi­so­we. Na końcu ko­ry­ta­rza drzwi były otwar­te. Na ta­bli­cy obok wid­niał napis:

AVIO­NICS WORK­SHOP

W środ­ku było jasno. Lampy warsz­ta­to­we świe­ci­ły ostrym, bia­łym świa­tłem.

Reina sie­dzia­ła przy stole ro­bo­czym.

Przed nią leżał ro­ze­bra­ny panel z mo­du­łu na­wi­ga­cyj­ne­go. Obok kilka kart dia­gno­stycz­nych i oscy­lo­skop. Kom­bi­ne­zon lot­ni­czy miała pod­wi­nię­ty do łokci, ręce za­bru­dzo­ne sma­rem. Jej RIO stał przy me­ta­lo­wej szaf­ce z do­ku­men­ta­cją i czy­tał in­struk­cję sys­te­mu INS.

– Jeśli to jest błąd w ży­ro­sko­pie, to trze­ba wy­mie­nić cały moduł, nie tylko płyt­kę – po­wie­dział.

Reina nie pod­nio­sła wzro­ku.

– Naj­pierw spraw­dzę sta­bi­li­za­cję na­pię­cia.

RIO wzru­szył ra­mio­na­mi. W tym mo­men­cie drzwi za­skrzy­pia­ły. Oboje pod­nie­śli głowy jak na ko­men­dę. CAG sta­nął w progu.

– Sir?

Ko­man­dor wszedł dwa kroki do środ­ka. Ro­zej­rzał się po stole.

Ro­ze­bra­ny panel.

Na­rzę­dzia.

Elek­tro­ni­ka.

Pilot my­śliw­ca za­mie­nio­ny w tech­ni­ka.

– Zo­staw to – po­wie­dział.

Reina zmarsz­czy­ła brwi.

– Słu­cham?

– Przy­wra­cam was do lotów w try­bie na­tych­mia­sto­wym.

Ibar­ra wy­pro­sto­wał się.

– Jak to?

Reina spoj­rza­ła na niego uważ­nie.

– Co się stało?

CAG od­po­wie­dział jed­nym sło­wem.

– Misja spe­cjal­na. Zgło­si­li­ście się na ochot­ni­ka. 

Ibar­ra rzu­cił in­struk­cję na stół. Kart­ki prze­su­nę­ły się po me­ta­lo­wym bla­cie i za­trzy­ma­ły na ro­ze­bra­nym pa­ne­lu INS. W po­miesz­cze­niu zro­bi­ło się cicho. Sły­chać było tylko cichy szum wen­ty­la­to­rów chło­dzą­cych elek­tro­ni­kę i niski po­mruk okrę­tu gdzieś głę­bo­ko pod po­kła­da­mi.

Reina pa­trzy­ła na CAG-a nie­ru­cho­mo.

– Na ochot­ni­ka? – po­wtó­rzy­ła spo­koj­nie.

Gort­ney ski­nął głową.

– Tak.

Reina od­su­nę­ła się od stołu.

– Cel?

Od­po­wie­dział bez wa­ha­nia.

– Ba­by­lon.

Switch zmru­żył oczy.

– Su­per­dzia­ło Sad­da­ma?

– Do­kład­nie.

Reina opar­ła dło­nie o blat.

– A nie pró­bo­wa­li tego wziąć pan­cer­nia­cy?

– Pró­bo­wa­li. Za­trzy­ma­li ich.

Reina pa­trzy­ła na CAG-a.

– Dla­cze­go my?

– Byłaś naj­lep­sza w bom­bar­do­wa­niu Tom­ca­tem.

RIO prych­nął.

– Tom­cat nie jest bom­bow­cem.

– Dzi­siaj jest.

Reina wy­tar­ła smar z dłoni o no­gaw­kę kom­bi­ne­zo­nu.

– Skąd ta nagła pa­ni­ka?

CAG od­po­wie­dział spo­koj­nie:

– Bo jeśli my tego nie zro­bi­my, zrobi to CIA. I za kilka go­dzin wy­ro­sną dwa małe słoń­ca nad pu­sty­nią.

Ibar­ra za­marł.

– Matko…

Przez chwi­lę nikt się nie ode­zwał. Gdzieś w ko­ry­ta­rzu prze­je­chał wózek ser­wi­so­wy. Metal za­dzwo­nił o sta­lo­wą pod­ło­gę. 

– Start za nie­ca­łą go­dzi­nę.

RIO po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze. Reina za­mknę­ła skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi.

– Kto pro­wa­dzi?

– Ja.

– Ile sa­mo­lo­tów?

– Dwa.

– Gdzie od­pra­wa?

– U ad­mi­ra­ła. Teraz.

CAG od­wró­cił się do drzwi.

Reina zga­si­ła lampę warsz­ta­to­wą. Po­miesz­cze­nie przy­ga­sło, zo­sta­ło tylko świa­tło z ko­ry­ta­rza. Panel INS nadal leżał ro­ze­bra­ny na stole.

Nie­do­koń­czo­na ro­bo­ta.

***

Ad­mi­rał nadal stał przy stole ope­ra­cyj­nym. Ka­pi­tan lot­ni­skow­ca obok niego, dło­nie opar­te o me­ta­lo­wą kra­wędź blatu.

Na mapie po­łu­dnio­we­go Iraku świe­cił zna­jo­my, czer­wo­ny punkt.

Gdy Reina i Ibar­ra we­szli do po­miesz­cze­nia, ad­mi­rał pod­niósł wzrok.

– Do­brze że je­ste­ście.

Czer­wo­ne świa­tło lamp od­bi­ja­ło się w prze­zro­czy­stej folii mapy.

– Czas jest na­szym naj­więk­szym prze­ciw­ni­kiem – po­wie­dział spo­koj­nie.

Palec ad­mi­ra­ła za­trzy­mał się na czer­wo­nym znacz­ni­ku.

– Cel: su­per­dzia­ło Ba­by­lon. Kom­pleks be­to­no­wych sta­no­wisk i in­fra­struk­tu­ry po­moc­ni­czej. Próba prze­ła­ma­nia lądem zo­sta­ła za­trzy­ma­na.

Krót­ka pauza.

– Pen­ta­gon wy­słał już w po­wie­trze roz­wią­za­nie stra­te­gicz­ne.

Spoj­rzał na wszyst­kich po kolei.

– Dwa B-1B Lan­cer są w po­wie­trzu. Z ła­dun­ka­mi ją­dro­wy­mi.

Ad­mi­rał cof­nął rękę znad mapy.

– Jeśli Ba­by­lon nadal bę­dzie ope­ra­cyj­ny kiedy tam dotrą… 

Spoj­rzał na CAG-a.

– Ko­man­do­rze, pro­szę przed­sta­wić plan.

Gort­ney po­chy­lił się nad sto­łem. Obok niego sta­nął RIO Lo­wel­la – z opa­trun­kiem wciąż wi­docz­nym przy linii koł­nie­rza. Ka­ta­pul­to­wa­nie kilka dni wcze­śniej po­zo­sta­wi­ło trwa­ły ślad.

Roz­ło­żył do­dat­ko­wą folię z trasą i prze­su­nął pal­cem od Za­to­ki w głąb Iraku.

– Star­tu­je­my w dwie ma­szy­ny.

– Le­ci­my nisko przez więk­szość trasy. Dwie­ście stóp nad zie­mią max.

Palec prze­su­wał się po­wo­li po mapie.

– Radar może nas zła­pać do­pie­ro wtedy, kiedy bę­dzie­my już w sek­to­rze celu.

Reina po­chy­lił się nad mapą.

– Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza?

CAG ski­nął głową.

– Lu­fo­wa i ra­kie­to­wa.

Wska­zał kilka punk­tów na mapie.

– Tu. Tu. I tu.

Reina pa­trzy­ła na linię po­dej­ścia.

CAG wska­zał czer­wo­ny punkt Ba­by­lo­nu.

– Uzbro­je­nie: czte­ry bomby Mk-84 na sa­mo­lot.

Za­to­czył pal­cem sze­ro­ki owal nad celem.

– Nie ce­lu­je­my w jeden punkt. Przy­kry­wa­my całą kon­struk­cję. Lufa dzia­ła, plat­for­ma, bu­dyn­ki tech­nicz­ne, wszyst­ko wokół. Osiem bomb w jed­nym prze­lo­cie.

Reina ski­nę­ła głową.

– Nalot dy­wa­no­wy.

– Do­kład­nie.

Ibar­ra spoj­rzał na linię wyj­ścia.

– A po zrzu­cie?

CAG prze­su­nął pal­cem na po­łu­dnie.

– Pełna pręd­kość i trzy­ma­my niski pułap aż do wód Za­to­ki.

– Bę­dzie­cie pra­wie na pu­stych zbior­ni­kach – wtrą­cił ka­pi­tan lot­ni­skow­ca.

CAG ski­nął głową.

– Dla­te­go tutaj spo­tka­my się z tan­kow­cem.

Wska­zał punkt nad Za­to­ką.

KA-6D In­tru­der bę­dzie cze­kał tutaj.

Reina zmru­ży­ła oczy.

– Jedna cy­ster­na?

– Jedna.

– Oby się nie spóź­ni­li…

CAG spoj­rzał na nią cięż­ko.

– Wtedy bę­dzie­my mieli po­waż­ny pro­blem.

Ad­mi­rał spoj­rzał na zegar na ścia­nie.

– Okno cza­so­we wła­śnie się za­my­ka.

CAG wy­pro­sto­wał się.

– To wszyst­ko. Do ma­szyn.

***

Po­ra­nek za­do­mo­wił się nad Za­to­kę Per­ską już na dobre. Słoń­ce stało nisko, ale za­czy­na­ło świe­cić ostrzej. Pro­mie­nie od­bi­ja­ły się od wody i mo­krej stali po­kła­du tak bez­li­to­śnie, że każdy kon­tur wy­da­wał się ni­czym wy­cię­ty brzy­twą – syl­wet­ki sa­mo­lo­tów, ludzi i wóz­ków z amu­ni­cją od­ci­na­ły się od bieli linii pro­wa­dzą­cych do ka­ta­pult z bo­le­sną ostro­ścią. Wiatr od dzio­bu niósł sól, za­pach pa­li­wa i ten gorz­ki, me­ta­licz­ny za­pach roz­grza­nej hy­drau­li­ki, który na lot­ni­skow­cu był obec­ny za­wsze, nawet kiedy nic jesz­cze nie la­ta­ło.

Reina wy­szła za CAG-iem na po­kład i od razu po­czu­ła zmia­nę prze­strze­ni.

W środ­ku okrę­tu wszyst­ko było wą­skie, bli­skie, sta­lo­we. Tutaj świat otwie­rał się nagle w świa­tło, hałas i ruch. Otwar­ta prze­strzeń jed­nak nie da­wa­ła ulgi. Od­bie­ra­ła osło­nę.

Na dzio­bo­wym po­kła­dzie przed nad­bu­dów­ką lot­ni­skow­ca po pra­wej bur­cie stały dwa Tom­ca­ty.

Tym razem nie wy­glą­da­ły jak my­śliw­ce go­to­we do CAP. Nie miały pod­wie­szo­nych Pho­eni­xów ani Spar­ro­wów, które zwy­kle bu­do­wa­ły ich syl­wet­kę. Pod ka­dłu­ba­mi wi­sia­ły grube, szare, cięż­kie cy­lin­dry bomb Mk-84. Czte­ry na każdą ma­szy­nę. Dwa tysiące funtów każda.

Reina po­pa­trzy­ła na swo­je­go F-14B.

Owiew­ka była otwar­ta. Dra­bin­ka opusz­czo­na. Pod skrzy­dłem klę­czał „czer­wo­ny” z ob­słu­gi uzbro­je­nia i spraw­dzał prze­wo­dy za­pal­ni­ków. „Zie­lo­ny” przy przed­nim pod­wo­ziu oglą­dał si­łow­nik i coś mel­do­wał przez in­ter­kom do czło­wie­ka sto­ją­ce­go przy wózku z za­si­la­niem na­ziem­nym. 

Na po­kła­dzie nic nie stało w miej­scu.

Żółte ka­mi­zel­ki kie­ro­wa­ły ru­chem. Zie­lo­ne koń­czy­ły ser­wis. Czer­wo­ne za­bie­ra­ły puste wózki po amu­ni­cji. Fio­le­to­we prze­cią­ga­ły prze­wód pa­li­wo­wy do sto­ją­ce­go dalej KA-6D, który miał ich póź­niej utrzy­mać przy życiu. Wszyst­ko miało swoją ko­lej­ność oraz swoje okno cza­so­we. Wszyst­ko miało też swój koszt, jeśli ktoś spóź­ni się o trzy­dzie­ści se­kund albo po­my­li gest.

CAG za­trzy­mał się po­mię­dzy ma­szy­na­mi. RIO CAG-a – ten sam, któ­re­go jesz­cze nie­daw­no wy­cią­ga­li z wody po ka­ta­pul­to­wa­niu sa­mo­lo­tu Lo­wel­la – szedł już do pierw­szej ma­szy­ny. Ruchy miał sztyw­ne. Szedł nor­mal­nie, ale ciało jesz­cze pa­mię­ta­ło tamte wy­da­rze­nia. Jedna ręka na mo­ment do­tknę­ła ka­dłu­ba, jakby po­trze­bo­wał me­ta­lo­we­go po­twier­dze­nia, że sa­mo­lot stoi, a nie tonie w wo­dach za­to­ki.

Ibar­ra sta­nął obok Reiny i spoj­rzał na uzbro­je­nie.

– Ład­nie to to nie wy­glą­da – szep­nął.

Reina nie od­po­wie­dzia­ła.

CAG od­wró­cił się do nich. W świe­tle po­ran­ka wy­glą­dał sta­rzej niż go­dzi­nę wcze­śniej u ad­mi­ra­ła. Nie bar­dziej zmę­czo­ny – ra­czej za­pad­nię­ty w sobie, jakby przez ostat­nie czter­dzie­ści minut gra­wi­ta­cja za­czę­ła dzia­łać na niego dwa razy moc­niej niż na resz­tę świa­ta.

– Jesz­cze raz – po­wie­dział. – Krót­ko.

Wska­zał naj­pierw pierw­szy my­śli­wiec.

– Ja pro­wa­dzę, ty na moim skrzy­dle.

Reina ski­nę­ła.

– Pro­fil lotu bez zmian. Idzie­my nisko od po­cząt­ku. Bez do­pa­la­czy. Oszczę­dza­my pa­li­wo na po­wrót.

Wska­zał bomby pod ka­dłu­bem swo­jej ma­szy­ny.

– Czte­ry na sa­mo­lot. Żad­nych cudów. Żad­nych po­now­nych po­dejść. Wcho­dzi­my, zrzu­ca­my i spie­prza­my.

CAG prze­niósł wzrok na Reinę.

– Po moim zrzu­cie nie cze­kasz na po­twier­dze­nie z floty. Pa­trzysz na obiekt. Jeśli nadal stoi, wcho­dzisz od razu.

– Roger!

Za ich ple­ca­mi ka­ta­pul­ta numer dwa syk­nę­ła parą gdzieś niżej pod po­kła­dem. Dźwięk był krót­ki, ale cięż­ki. CAG zro­bił krok bli­żej.

– Nie mamy eskor­ty, nie mamy SEAD, nie mamy dru­giej fali i nie mamy czasu. Mamy dwa Tom­ca­ty i osiem bomb. To wszyst­ko, czym dys­po­nu­je­my.

Reina po­czu­ła su­chość pod ję­zy­kiem.

Nie ze stra­chu. Z pro­sto­ty rów­na­nia. Im mniej ele­men­tów w pla­nie, tym mniej­szy mar­gi­nes błędu.

– Py­ta­nia? – za­py­tał CAG.

Nikt się nie ode­zwał.

Spoj­rzał prze­cią­gle na Reinę.

– Nie za­wiedź mnie.

Ski­nę­ła głową i ru­szy­ła w stro­nę ma­szy­ny.

Po­kład był śli­ski od wil­go­ci i pa­li­wa w miej­scach, gdzie coś prze­cie­kło albo zo­sta­ło prze­to­czo­ne w po­śpie­chu. Szła ostroż­nie, ale szyb­ko. „Zie­lo­ny” przy dra­bin­ce za­uwa­żył ją i na­tych­miast od­su­nął się pół kroku.

– Sa­mo­lot gotów do roz­ru­chu – rzu­cił. 

Spoj­rza­ła pod ka­dłub.

Me­cha­nizm był bru­tal­nie pro­sty. Skoro nie mieli uzbro­je­nia kie­ro­wa­ne­go i nie mogli wy­bie­rać po­je­dyn­czych punk­tów ataku, mu­sie­li przy­kryć cały obiekt falą znisz­cze­nia. Zrzu­cić tyle ma­te­ria­łu wy­bu­cho­we­go, żeby kon­struk­cja znik­nę­ła nie dla­te­go, że tra­fi­li w jeden ide­al­ny punkt, ale dla­te­go, że cel po pro­stu wy­pa­ro­wał.

Ba­by­lon był długi.

Jeśli miał zo­stać cał­ko­wi­cie znisz­czo­ny, trze­ba było prze­le­cieć nad nim i roz­ło­żyć zrzut na całą kon­struk­cję – lufę, łoże i za­bu­do­wę tech­nicz­ną. Jeden Tom­cat nie dawał ta­kiej pew­no­ści. Dwa już tak.

Pod wa­run­kiem, że oba do­le­cą.

Reina wspię­ła się do kok­pi­tu. Bla­cha była jesz­cze chłod­na po nocy, ale słoń­ce już za­czy­na­ło ją pod­grze­wać. Chwy­ci­ła ramę owiew­ki i wsu­nę­ła się w fo­te­l. Ka­bi­na przy­ję­ła ją zna­jo­mym za­pa­chem roz­grza­ne­go pla­sti­ku, elek­tro­ni­ki i po­wie­trza za­mknię­te­go w in­sta­la­cji tle­no­wej sa­mo­lo­tu.

Ibar­ra wdra­pał się za nią na drugi fotel.

Włą­czy­ła za­si­la­nie. Ta­bli­ce przy­rzą­dów za­pa­li­ły się ko­lej­no. Naj­pierw po­je­dyn­cze kon­tro­l­ki. Potem całe sek­cje. W słu­chaw­kach po­ja­wił się biały szum.

– Spraw­dzam łącz­ność – po­wie­dzia­ła.

– Sły­szę cię – od­parł Ibar­ra – gło­śno i wy­raź­nie.

Na lewo CAG był już w ka­bi­nie swo­jej ma­szy­ny. Wi­dzia­ła go przez szybę i me­ta­lo­wą ramę owiew­ki. Syl­wet­ka po­chy­lo­na nad pa­ne­lem. RIO CAG-a sie­dział z tyłu. Głowa niżej niż zwy­kle. Morze zdą­ży­ło od­ci­snąć na nim swój ślad. Sól w gar­dle. Szarp­nię­cie uprzę­ży przy otwie­ra­ją­cym się spa­do­chro­nie. Zie­lo­ną ścia­nę wody idącą pro­sto na twarz. I tę naj­gor­szą se­kun­dę po ude­rze­niu, kiedy czło­wiek jesz­cze nie wie, czy wy­pły­nął, czy już tonie.

Sil­ni­ki po­moc­ni­cze za­wy­ły.

Przy pierw­szym Tom­ca­cie ob­słu­ga od­su­wa­ła ze­wnętrz­ne za­si­la­nie.

Reina uru­cho­mi­ła pierw­szy sil­nik.

Sprę­żar­ka we­szła na ob­ro­ty. Dźwięk na­ra­stał płyn­nie, aż w końcu za­płon dał ten krót­ki, gar­dło­wy skok tonu, po któ­rym ma­szy­na za­czy­na­ła na­praw­dę żyć. Drga­nie prze­szło przez opar­cie fo­te­la w ło­pat­ki.

Potem od­pa­li­ła drugi.

Przez oszkle­nie wi­dzia­ła, jak CAG za­koń­czył roz­ruch kilka se­kund wcze­śniej. Jego ma­szy­na była go­to­wa pierw­sza. Żółta ka­mi­zel­ka wska­za­ła mu ru­chem ręki drogę do ka­ta­pul­ty. Tom­cat drgnął i po­to­czył się w stro­nę ka­ta­pul­ty numer 1. RIO CAG-a od­wró­cił głowę lekko w prawo i na se­kun­dę spoj­rzał na ich ma­szy­nę. Reina nie wie­dzia­ła, czy to kon­tro­la skrzy­dło­we­go, czy od­ruch czło­wie­ka, który kie­dyś już pa­trzył na inny sa­mo­lot zbyt długo, zanim spadł do morza.

– Ru­sza­my – po­wie­dzia­ła.

Pu­ści­ła ha­mul­ce.

Tom­cat ru­szył do przo­du.

Pod­wo­zie stu­ka­ło lekko po łą­cze­niach płyt po­kła­du. Przed nią żółte ka­mi­zel­ki da­wa­ły krót­kie, agre­syw­ne znaki rę­ka­mi – szyb­ciej, pro­sto, stop, lewo, do­cią­gnij. Wszyst­ko w ryt­mie, który nie zno­sił za­wa­ha­nia. Ko­ło­wa­ła po­ma­łu na ka­ta­pul­tę numer dwa.

CAG był już na je­dyn­ce.

Jego Tom­cat stał przy­pię­ty do wózka star­to­we­go na lewej ka­ta­pul­cie. Za­ło­ga po­kła­do­wa ku­ca­ła przy przed­nim pod­wo­ziu. Jeden z ludzi pod­niósł rękę. Drugi do­pi­nał za­czep. Nawet przez oszkle­nie ka­bi­ny Reina sły­sza­ła to krót­kie, suche ude­rze­nie stali o stal.

Przed jej ma­szy­ną żółta ka­mi­zel­ka pro­wa­dzi­ła ją na tor ka­ta­pul­ty numer dwa.

– Stop!

My­śli­wiec za­trzy­mał się z lek­kim szarp­nię­ciem.

Pod dzio­bem jej ma­szy­ny ob­słu­ga po­kła­do­wa na­tych­miast we­szła do pracy. Jeden czło­wiek padł na ko­la­no przy go­le­ni przed­nie­go pod­wo­zia. Drugi wsu­nął się niżej, pod za­czep. Trze­ci stał z boku i pa­trzył tylko na ręce ko­le­gów, by samym wzro­kiem wy­ła­pać błąd, zanim prze­ro­dzi się on w ka­ta­stro­fę.

Jeden zde­cy­do­wa­ny ruch.

Za­czep wszedł.

Ten dźwięk był krót­ki, twar­dy i osta­tecz­ny.

Reina czuła, jak palce same moc­niej za­ci­ska­ją się na drąż­ku.

Na wspól­nej czę­sto­tli­wo­ści ode­zwał się ad­mi­rał.

Głos był czy­sty, twar­dy, bez ozdob­ni­ków.

– Ham­mer fli­ght, tu Flag Brid­ge. B-1B mi­nę­ły tra­wers Cypru. Czas do wej­ścia w ko­ry­tarz ataku: dzie­więć­dzie­siąt dwie mi­nu­ty.

Nikt się nie ode­zwał.

Ad­mi­rał dodał:

– Po­wo­dze­nia.

CAG od­po­wie­dział pierw­szy.

– Ham­mer 0-1, przy­ją­łem.

Reina na­ci­snę­ła nada­wa­nie.

– Ham­mer 0-2, przy­ję­łam.

Radio za­mil­kło.

Na dzio­bie CAG sie­dział nie­ru­cho­mo w swo­jej ma­szy­nie. Owiew­ka za­mknię­ta. Głowa lekko po­chy­lo­na. Dło­nie na drąż­ku i prze­pust­ni­cach.

Za chwi­lę wy­star­tu­je jako pierw­szy.

Reina wi­dzia­ła go przez war­stwę szkła, cie­płe drże­nie po­wie­trza nad po­kła­dem i ruch ludzi przy ka­ta­pul­cie. Potem przyj­dzie kolej na nią.

Dwa Tom­ca­ty.

Osiem bomb.

Pół­to­rej go­dzi­ny do chwi­li, w któ­rej gdzieś da­le­ko dwa Lan­ce­ry otwo­rzą ko­mo­ry bom­bo­we i roz­pę­ta­ją glo­bal­ny ar­ma­ge­don.

Kon­tro­la koń­co­wa.

CAG uniósł rękę.

Salut.

Ofi­cer ka­ta­pul­ty od­po­wie­dział tym samym krót­kim ru­chem.

Lu­dzie przy ka­ta­pul­cie za­sty­gli do­kład­nie tam, gdzie trze­ba. Żółte ka­mi­zel­ki od­sko­czy­ły w bok. Ob­słu­ga ze­szła z toru. Go­rą­ce po­wie­trze z dysz sil­ni­ków fa­lo­wa­ło nad stalą po­kła­du.

Potem CAG pchnął prze­pust­ni­ce mak­sy­mal­nie do przo­du.

Dźwięk zmie­nił się na­tych­miast. Dwa sil­ni­ki Tom­ca­ta we­szły na wy­so­kie ob­ro­ty cięż­kim, gar­dło­wym ry­kiem. Ka­dłub drgnął. Nad po­kła­dem prze­bie­gła fala go­rą­ca.

Jesz­cze se­kun­da…

Jesz­cze pół…

Ka­ta­pul­ta wy­rzu­ci­ła sa­mo­lot CAG-a w po­wie­trze.

Jego Tom­cat znik­nął z dzio­bu okrę­tu w jed­nym bru­tal­nym szarp­nię­ciu, jakby sta­lo­wy po­kład po pro­stu wy­pluł ma­szy­nę w po­ran­ne niebo. Para ucie­kła spod nosa sa­mo­lo­tu, go­rą­ce po­wie­trze za­drża­ło nad ka­ta­pul­tą, a zaraz potem przy­szła kolej Reiny.

Nie było płyn­ne­go przy­spie­sze­nia. Był cios.

Po­kład uciekł spod kół tak gwał­tow­nie, że na uła­mek se­kun­dy świat za­mie­nił się w jedną białą smugę świa­tła, pary i stali.

A potem pod nimi nie było już nic poza wo­da­mi Za­to­ki.

– Pod­wo­zie w górę – po­wie­dzia­ła.

Głu­chy stuk w ka­dłu­bie. Koła za­mknę­ły się w ko­mo­rach. Tom­cat wy­rów­nał lot zale­d­wie kil­ka­set stóp nad taflą wody i za­czął przy­spie­szać.

Przed nią, kil­ka­set jardów dalej, ma­szy­na CAG-a prze­cho­dzi­ła już w ła­god­ny skręt. Jej syl­wet­ka fa­lo­wa­ła przez go­rą­ce po­wie­trze i po­ran­ne od­bi­cia słoń­ca na wo­dzie.

– Ham­mer 0-2 do­łą­cza po pra­wej – nada­ła.

– Ham­mer 0-1, przy­ją­łem.

We­szła na po­zy­cję skrzy­dło­we­go. Nie za bli­sko. Tak, żeby wi­dzieć całą ma­szy­nę CAG-a, ruch skrzy­deł, kąt prze­chy­le­nia, ale zo­sta­wić sobie mar­gi­nes na każdą wy­ma­ga­ną ko­rek­tę lotu. Morze pod nimi było jasne i pła­skie, po­cię­te świa­tłem po­ran­ka. 

W ka­bi­nie powró­cił rytm pracy.

Klik­nię­cia prze­łącz­ni­ków. Szum w słu­chaw­kach. Niski po­mruk sil­ni­ków nio­są­cy się przez kon­struk­cję sa­mo­lo­tu.

– Pa­ra­me­try w nor­mie – po­wie­dział Ibar­ra.

– Przy­ję­łam.

Przez kilka se­kund le­cie­li dalej bez słów.

Dwa Tom­ca­ty. Osiem Mk-84. Dzie­więć­dzie­siąt mi­nu­t do chwi­li, w któ­rej dwa bom­bow­ce stra­te­gicz­ne otwo­rzą nad pu­sty­nią swoje ko­mo­ry bom­bo­we.

***

Wy­brze­że Iraku za­czy­na­ło się ry­so­wać przed nimi jako cien­ka, pia­sko­wa linia od­dzie­la­ją­ca jasne morze od jesz­cze ja­śniej­sze­go lądu. Im bli­żej byli brze­gu, tym bar­dziej rosła przed nimi pu­sty­nia. Pła­ska. Otwar­ta. Nie­przy­ja­zna.

CAG prze­chy­lił ma­szy­nę odro­bi­nę w lewo, wy­zna­cza­jąc nowy kurs.

– Ham­mer fli­ght, scho­dzi­my. Od teraz cisza w ete­rze.

– Ham­mer 0-2, przy­ję­łam.

Reina pchnę­ła drą­żek.

Nos Tom­ca­ta opadł. Ho­ry­zont uniósł się w szy­bie. Wy­so­ko­ścio­mierz za­czął opa­dać.

Pięć­set stóp…

Trzy­sta…

Dwie­ście…

Woda i piach za­czę­ły pę­dzić szyb­ciej.

– Sto pięć­dzie­siąt – rzu­cił do in­ter­ko­mu Ibar­ra.

CAG był niżej. Reina ze­szła za nim.

Sto stóp nad wodą to już nie był lot. To było utrzy­my­wa­nie ka­ta­stro­fy w sta­nie od­ro­czo­nym. Brzeg za­ry­so­wał się pod nimi i nagle morze znik­nę­ło. Woda, a teraz już piach, prze­sta­ły być tylko tłem. Stały się prze­ciw­ni­kiem. Każda nie­rów­ność te­re­nu, każdy nasyp, każdy cień mógł nagle uro­snąć do roz­mia­ru ścia­ny, jeśli pilot spóź­ni ruch o se­kun­dę.

Sil­ni­ki pra­co­wa­ły bez do­pa­la­czy na peł­nej mocy bo­jo­wej, która miała ich do­nieść do celu i zo­sta­wić jesz­cze czas na odej­ście. Pa­li­wo scho­dzi­ło szyb­ciej, niż za­zwy­czaj pod­czas lotów pa­tro­lo­wych. Niski pułap i pręd­kość miały ma­sko­wać ich przed ra­da­ra­mi.

– Pręd­kość czte­ry­sta sześć­dzie­siąt – za­mel­do­wał Ibar­ra.

Pu­sty­nia wy­glą­da­ła z tej wy­so­ko­ści ina­czej niż z brie­fin­gów. Nie była wiel­ką, pustą plan­szą. Była gęsta od szcze­gó­łów. Ka­mien­ne pasy. Suche ko­ry­ta. Ni­skie wały. Cie­nie od za­bu­do­wań. Smugi kurzu na dro­gach, któ­rych z góry pra­wie nie było widać, do­pó­ki nie ze­szli tak nisko.

Wszyst­ko pły­nę­ło pod ka­bi­ną z pręd­ko­ścią, która nie zo­sta­wia­ła miej­sca na błąd.

Ibar­ra mil­czał chwi­lę, potem ode­zwał się znowu, ci­szej.

– My­ślisz, że RIO CAG-a da radę?

Reina spoj­rza­ła od­ru­cho­wo na Tom­ca­ta do­wód­cy.

Ma­szy­na le­cia­ła sta­bil­nie. Równo. Żad­nych wahań. Żad­nych mi­kro-po­pra­wek, które zdra­dza­ły­by nie­pew­ność w ka­bi­nie.

– Musi.

Nie do­da­ła nic wię­cej.

Po­pra­wi­ła lekko chwyt na drąż­ku.

Pod nimi pu­sty­nia. Za nimi zo­sta­ła Za­to­ka. Gdzieś da­le­ko za ho­ry­zon­tem le­cia­ły już więk­sze sa­mo­lo­ty z osta­tecz­ną od­po­wie­dzią na po­kła­dzie.

***

Wy­brze­że dawno znik­nę­ło za nimi.

Morze ustą­pi­ło miej­sca pu­sty­ni. Naj­pierw cien­ki pas ja­sne­go pia­chu, potem sucha zie­mia po­prze­ci­na­na dro­ga­mi, ka­na­ła­mi i li­nia­mi ni­skich na­sy­pów. Z tej wy­so­ko­ści wszyst­ko wy­glą­da­ło jak mapa, która nagle za­czę­ła się po­ru­szać.

Reina trzy­ma­ła ma­szy­nę nisko. Wy­so­ko­ścio­mierz ra­dio­wy pra­co­wał bez prze­rwy, cyfry prze­su­wa­ły się szyb­ko.

150 stóp…

130…

140…

– Sto sie­dem­dzie­siąt AGL – po­wie­dział Ibar­ra. – Za wy­so­ko!

– Widzę, kontr­uję.

Przed nimi CAG pro­wa­dził do­kład­nie na tej samej wy­so­ko­ści. Jego Tom­cat szedł nisko nad pu­sty­nią, około stu pięć­dzie­się­ciu stóp nad zie­mią. Skrzy­dła były już mocno cof­nię­te – au­to­mat cof­nął je pra­wie mak­sy­mal­nie do tyłu przy tej pręd­ko­ści.

Czte­ry­sta czter­dzie­ści wę­złów.

Na takim pu­ła­pie nie było sta­bil­ne­go lotu. Było tylko cią­głe ko­ry­go­wa­nie wy­so­ko­ści. Mi­ni­mal­ne wy­chy­le­nia drąż­ka, mi­ni­mal­ne ruchy prze­pust­nic. Każda se­kun­da opóź­nie­nia ozna­cza­ła spo­tka­nie z zie­mią.

Ma­sko­wa­nie ra­da­ro­we dzia­ła­ło tylko tak długo, jak długo teren za­sła­niał ich przed an­te­na­mi.

Krzy­wi­zna prze­strze­ni ra­da­ro­wej i prze­szko­dy te­re­no­we two­rzy­ły okna nie­wi­dzial­no­ści. Każdy radar na­ziem­ny wy­kry­wał tylko to, co wy­sta­wa­ło ponad linię ho­ry­zon­tu ra­dio­we­go. Lecąc na stu – dwu­stu sto­pach, Tom­cat po­ja­wiał się na ekra­nie do­pie­ro wtedy, gdy był już bar­dzo bli­sko.

Ale to dzia­ła­ło w obie stro­ny.

Jeśli radar ich zo­ba­czy, czas re­ak­cji na obro­nę bę­dzie bar­dzo krót­ki.

– Od­le­głość do Ba­by­lo­nu: trzy­dzie­ści dzie­więć mil – rzu­cił do in­ter­ko­mu Ibar­ra.

Reina nie od­po­wie­dzia­ła. Kiw­nę­ła tylko głową, choć wie­dzia­ła, że nikt tego nie zo­ba­czy.

Po­wie­trze nad pu­sty­nią było spo­koj­niej­sze niż nad wodą, ale zie­mia była gor­szym prze­ciw­ni­kiem. Każdy nasyp, każda linia wy­so­kie­go na­pię­cia, każdy po­je­dyn­czy bu­dy­nek mógł w tej pręd­ko­ści za­mie­nić się w prze­szko­dę nie do omi­nię­cia.

CAG de­li­kat­nie prze­chy­lił ma­szy­nę w prawo. Reina po­wtó­rzy­ła ruch pół se­kun­dy póź­niej. Dwa Tom­ca­ty prze­cię­ły wąską do­li­nę po­mię­dzy ni­ski­mi pa­gór­ka­mi.

W tyl­nej ka­bi­nie Ibar­ra za­czął pra­co­wać przy ra­da­rze i od­bior­ni­kach ostrze­gaw­czych.

– RWR czy­sty – po­wie­dział.

Reina wie­dzia­ła, że to nie po­trwa długo.

Ba­by­lon nie był sa­mot­nym obiek­tem na pu­sty­ni. Kom­pleks był bro­nio­ny tak, jak broni się cze­goś, co ma prze­trwać wie­lo­krot­ny atak.

War­stwo­wo.

Naj­da­lej pra­co­wa­ły ra­da­ry do­zo­ru. Duże an­te­ny prze­szu­ku­ją­ce prze­strzeń nad pu­sty­nią. Ich za­sięg li­czo­no w set­kach mil, ale na ni­skim pu­ła­pie były pra­wie ślepe.

Potem były ra­da­ry na­pro­wa­dza­nia ra­kiet prze­ciw­lot­ni­czych.

Bli­żej za­czy­na­ła się wła­ści­wa obro­na.

Ra­kie­ty zie­mia–po­wie­trze roz­miesz­czo­ne wokół kom­plek­su.

Sta­no­wi­ska ar­ty­le­rii lu­fo­wej.

Mo­bil­ne ze­sta­wy prze­ciw­lot­ni­cze, naj­gor­sze na tym pu­ła­pie – ZSU-23-4 Szył­ki.

Czte­ry dział­ka ka­li­bru dwa­dzie­ścia trzy mi­li­me­try, radar na wieży i za­ło­ga, która po­tra­fi­ła zalać niebo gęstą chma­rą po­ci­sków w kilka se­kund.

Na ni­skim pu­ła­pie nie wal­czy­ło się z po­je­dyn­czym sys­te­mem.

Wal­czo­no z gę­sto­ścią ognia.

– Trzy­dzie­ści trzy mile – za­mel­do­wał Ibar­ra z tyl­ne­go fo­te­la.

Reina spoj­rza­ła na syl­wet­kę my­śliw­ca CAG-a.

Wie­dział do­kład­nie to samo.

Pierw­sze wy­kry­cie nie za­wsze ozna­cza­ło na­tych­mia­sto­wy strzał. Obro­na czę­sto po­zwa­la­ła sa­mo­lo­to­wi wejść głę­biej w bro­nio­ny ob­szar. Im bli­żej celu, tym trud­niej było potem mu uciec.

Jeśli od­pa­lisz za wcze­śnie, pilot może jesz­cze wyjść z za­się­gu ognia.

Jeśli po­cze­kasz, by wszedł w śro­dek sek­to­ra ba­te­rii prze­ciw­lot­ni­czej – nie ma już gdzie się ukryć.

To była ma­te­ma­ty­ka prze­strze­ni.

– Dwu­dzie­sta ósma mila – rzu­cił Ibar­ra z tyl­ne­go fo­te­la.

Wskaź­nik RWR ode­zwał się nagle krót­kim, ostrym sy­gna­łem.

Na ekra­nie po­ja­wił się pierw­szy znak emi­sji ra­da­ro­wej.

– Kon­takt ra­da­ro­wy. Tryb po­szu­ki­wa­nia – po­wie­dział Ibar­ra spo­koj­nie.

Reina po­czu­ła, jak mię­śnie karku na­pi­na­ją się pod heł­mem.

Ktoś na ziemi za­czął ich wy­pa­try­wać.

CAG nie zmie­nił kursu.

Dwa Tom­ca­ty le­cia­ły dalej nisko nad pu­sty­nią, prze­ci­na­jąc ko­lej­ne pasy su­chych pól i wą­skich dróg.

– Dwu­dzie­sta piąta mila.

RWR za­pisz­czał znowu.

Tym razem dłu­żej.

– Ko­lej­ny radar. Inny sek­tor.

Reina wie­dzia­ła, co to zna­czy.

Wcho­dzi­li w stre­fę obro­ny.

Im bli­żej byli celu, tym mniej było prze­strze­ni pomię­dzy sta­no­wi­ska­mi. Każda mila zbli­ża­ła ich do miej­sca, gdzie pole ostrza­łu ra­kiet, dzia­łek i mo­bil­nych sta­no­wisk za­czy­na­ły się na sie­bie na­kła­dać.

CAG prze­chy­lił ma­szy­nę mi­ni­mal­nie w lewo.

Reina po­dą­ży­ła za nim.

Przed nimi, da­le­ko na ho­ry­zon­cie, po­ja­wił się pierw­szy nie­na­tu­ral­ny kształt na pu­sty­ni.

Cien­ka, ciem­na linia prze­ci­na­ją­ca jasny teren.

– Wi­zu­al­ny kon­takt z obiek­tem – po­wie­dział CAG.

Ba­by­lon.

Jesz­cze da­le­ko.

Ale już wy­star­cza­ją­co bli­sko, żeby obro­na za­czę­ła pa­trzeć uważ­niej.

Pręd­kość czte­ry­sta czter­dzie­ści wę­złów.

Wy­so­kość sto sie­dem­dzie­siąt stóp.

Przed nimi stre­fa ognia.

Za nimi tylko pusta pu­sty­nia i morze, któ­re­go już nie było widać.

***

Cel był wi­docz­ny przed nimi od kilku minut.

Naj­pierw był tylko cien­ką linią na ho­ry­zon­cie. Teraz rósł z każdą se­kun­dą lotu. Przy pręd­ko­ści ponad czte­ry­stu wę­złów dy­stans malał szyb­ko. To, co chwi­lę wcze­śniej było ciem­nym kształ­tem na tle pu­sty­ni, za­czy­na­ło na­bie­rać szcze­gó­łów.

Plat­for­my tech­nicz­ne. Be­to­no­we pod­po­ry. Dłu­gie od­cin­ki in­fra­struk­tu­ry cią­gną­ce się wzdłuż jed­nej osi.

Ba­by­lon nie był po­je­dyn­czą bu­dow­lą.

Z góry wy­glą­dał ra­czej jak długi pas kon­struk­cji wto­pio­ny w pu­sty­nię.

Głów­na lufa dzia­ła bie­gła nisko nad zie­mią, czę­ścio­wo za­głę­bio­na pomię­dzy wy­dma­mi i sztucz­ny­mi na­sy­pa­mi. Wzdłuż niej cią­gnę­ły się be­to­no­we pod­po­ry i plat­for­my ser­wi­so­we. W kilku miej­scach widać było seg­men­ty kon­struk­cji tech­nicz­nej oraz place mon­ta­żo­we.

Ca­łość nie do­mi­no­wa­ła nad kra­jo­bra­zem wy­so­ko­ścią. Była ra­czej w niego wpi­sa­na – długa, cięż­ka linia me­ta­lu i be­to­nu prze­ci­na­ją­ca pu­sty­nię.

Wokół in­sta­la­cji roz­cią­ga­ła się in­fra­struk­tu­ra kom­plek­su: drogi tech­nicz­ne, ma­ga­zy­ny, sta­no­wi­ska ra­da­ro­we i mo­bil­ne ba­te­rie obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej.

RWR za­pisz­czał nagle ostrym, cią­głym tonem.

– Spike! Radar na­pro­wa­dza­nia – za­mel­do­wał Ibar­ra. – Go­dzi­na pierw­sza!

Na ekra­nie za­pa­lił się nowy sym­bol. Wąska, agre­syw­na emi­sja.

Ktoś na ziemi prze­stał tylko pa­trzeć.

Za­czął śle­dzić cel.

Se­kun­dę póź­niej pu­sty­nia przed nimi roz­bły­sła.

Z lewej stro­ny kom­plek­su wy­rwał się jasny pło­mień star­tu­ją­cej ra­kie­ty. Sil­nik ra­kie­to­wy za­pa­lił się gwał­tow­nie i prze­ciął po­wie­trze ostrą smugą bia­łe­go dymu.

– SAM w po­wie­trzu!

Ra­kie­ta po­szła w górę pod ostrym kątem, potem za­czę­ła skrę­cać w stro­nę dwóch nad­la­tu­ją­cych sa­mo­lo­tów.

CAG nie zmie­nił kursu.

Na tej wy­so­ko­ści nie było miej­sca na kla­sycz­ne ma­new­ry prze­ciw­lot­ni­cze. Ich je­dy­ną osło­ną była pręd­kość i pro­fil lotu tuż nad te­re­nem.

Ra­kie­ta mu­sia­ła naj­pierw zła­pać sta­bil­ne pro­wa­dze­nie ra­da­ro­we nad linią ho­ry­zon­tu.

Drugi błysk roz­darł pu­sty­nię.

Kilka mil dalej ko­lej­na wy­rzut­nia od­pa­li­ła na­stęp­ną ra­kie­tę.

– Drugi SAM! – po­wie­dział Ibar­ra.

Reina wi­dzia­ła przed sobą syl­wet­kę pro­wa­dzą­ce­go Tom­ca­ta. CAG lekko zmie­nił wy­so­kość, prze­śli­zgu­jąc się nad ni­skim wałem ziem­nym. Ra­kie­ty prze­szły wyżej, pró­bu­jąc utrzy­mać pro­wa­dze­nie.

Jed­nak na tak małej wy­so­ko­ści każda nie­rów­ność te­re­nu była sprzy­mie­rzeń­cem ata­ku­ją­cych.

Se­kun­dę póź­niej ode­zwa­ła się ar­ty­le­ria.

Naj­pierw po­je­dyn­cze serie.

Potem całe sek­to­ry ognia.

ZSU-23-4 za­czę­ły pra­co­wać pełną szyb­ko­strzel­no­ścią. Czte­ry dział­ka każ­dej wieży wy­sy­ła­ły w po­wie­trze gęste stru­mie­nie po­ci­sków. Z tej od­le­gło­ści wy­glą­da­ły jak po­ma­rań­czo­we linie prze­ci­na­ją­ce prze­strzeń przed sa­mo­lo­ta­mi.

Niebo nad kom­plek­sem za­czę­ło się za­gęsz­czać.

To nie była jedna ba­te­ria.

Było ich wiele.

Po­ci­ski szły w górę krót­ki­mi se­ria­mi. Nie­któ­re eks­plo­do­wa­ły wyżej, inne zni­ka­ły w pu­sty­ni za sa­mo­lo­ta­mi. Smugi prze­cho­dzi­ły przed nosem Tom­ca­ta CAG-a i prze­ci­na­ły prze­strzeń za jego skrzy­dła­mi.

To był mo­ment, w któ­rym obro­na za­czę­ła za­my­kać prze­strzeń.

– Czte­ry mile! – za­mel­do­wał Ibar­ra.

Ba­by­lon wy­peł­niał już dużą część ho­ry­zon­tu.

In­sta­la­cja była jesz­cze więk­sza, niż wy­glą­da­ła na zdję­ciach roz­po­znaw­czych.

CAG ode­zwał się na wspól­nej czę­sto­tli­wo­ści.

– Tu Ham­mer 0-1! Ata­ku­ję!

My­śli­wiec przed Reiną nagle zmie­nił pro­fil lotu.

Nos ma­szy­ny po­szedł w górę. Nie ostro – tylko tyle, ile trze­ba było, żeby wejść na krót­ki, bru­tal­ny kąt po­dej­ścia.

Z około stu sześć­dzie­się­ciu stóp pod­niósł się do kil­ku­set.

To był kla­sycz­ny „pop-up” do zrzu­tu bomb nie­kie­ro­wa­nych.

CAG usta­wił sa­mo­lot tak, żeby prze­le­cieć nad cen­tral­ną czę­ścią in­sta­la­cji. Nie cho­dzi­ło o tra­fie­nie jed­ne­go punk­tu. Czte­ry Mk-84 miały spaść tak, żeby przy­kryć klu­czo­wy frag­ment kon­struk­cji i jej bez­po­śred­nie oto­cze­nie.

Jesz­cze se­kun­dę trzy­mał ten kurs.

Potem jego głos wró­cił w eter.

– Zrzut!

Wy­rzut­ni­ki wy­pchnę­ły bomby z py­lo­nów.

Pierw­sza Mk-84 ode­rwa­ła się od sa­mo­lo­tu i po­szy­bo­wa­ła w dół.

Za nią ko­lej­ne trzy.

Czte­ry cięż­kie bomby od­pa­dły od Tom­ca­ta i za­czę­ły przy­spie­szać ku ziemi.

CAG na­tych­miast pchnął drą­żek od sie­bie i w bok, ci­ska­jąc ma­szy­nę w gwał­tow­ny skręt wyj­ścia z ataku. My­śli­wiec za­nur­ko­wał z po­wro­tem ku ziemi, wra­ca­jąc na niski pułap.

Se­kun­dę póź­niej pu­sty­nia eks­plo­do­wa­ła.

Pierw­sza de­to­na­cja roz­dar­ła frag­ment in­fra­struk­tu­ry tech­nicz­nej wzdłuż osi in­sta­la­cji. Ogrom­ny słup pyłu i ognia wy­rósł w górę.

Druga eks­plo­zja ude­rzy­ła bli­żej głów­nej sek­cji kon­struk­cji.

Trze­cia i czwar­ta roz­dar­ły be­to­no­we pod­po­ry oraz plat­for­my ser­wi­so­we wokół lufy dzia­ła.

Fala ude­rze­nio­wa prze­szła przez teren jak cięż­ki młot. Frag­men­ty me­ta­lu i be­to­nu po­le­cia­ły w po­wie­trze. Jedna z plat­form tech­nicz­nych za­pa­dła się czę­ścio­wo pod wła­snym cię­ża­rem.

Ale głów­na struk­tu­ra in­sta­la­cji nadal była wi­docz­na w chmu­rze pyłu.

Uszko­dzo­na.

Ro­ze­rwa­na w kilku miej­scach.

Ale wciąż sto­ją­ca.

– Tra­fie­nia – po­wie­dział Ibar­ra. – Duże uszko­dze­nia… ale głów­na kon­struk­cja nadal cała!

CAG wy­szedł z pierw­sze­go prze­lo­tu na ni­skiej wy­so­ko­ści, ucie­ka­jąc z sek­to­ra naj­gęst­sze­go ognia prze­ciw­lot­ni­cze­go.

Kilka se­kund póź­niej jego głos po­ja­wił się na szy­fro­wa­nym łączu do okrę­tu.

– Ham­mer 0-1 do Flag Brid­ge.

Krót­ka pauza.

– Cel uszko­dzo­ny, ale nie znisz­czo­ny.

***

Ka­bi­nę Roc­kwell B-1B Lan­cer wy­peł­niał przy­tłu­mio­ny blask ekra­nów i in­stru­men­tów.

Bom­bo­wiec był już głę­bo­ko w prze­strze­ni po­wietrz­nej Iraku.

Pod ka­dłu­bem prze­su­wa­ła się jasna, po­ran­na pu­sty­nia. Słoń­ce stało nisko nad ho­ry­zon­tem i rzu­ca­ło dłu­gie cie­nie wydm oraz skal­nych grzbie­tów. Z tej wy­so­ko­ści kra­jo­braz wy­glą­dał spo­koj­nie – sze­ro­kie po­ła­cie pia­sku, spo­ra­dycz­ne drogi prze­ci­na­ją­ce pust­kę, po­je­dyn­cze in­sta­la­cje prze­my­sło­we roz­sia­ne wśród pu­sty­ni.

W ka­bi­nie nikt jed­nak nie pa­trzył na zie­mię.

Cała uwaga była sku­pio­na na sys­te­mie misji i na­wi­ga­cji.

Na głów­nym ekra­nie wid­nia­ła mapa z za­pro­gra­mo­wa­ną tra­jek­to­rią lotu. Cien­ka linia pro­wa­dzi­ła przez ko­lej­ne punk­ty na­wi­ga­cyj­ne. Sym­bol bom­bow­ca znaj­do­wał się do­kład­nie na tej linii.

Po­zy­cja sa­mo­lo­tu była ob­li­cza­na przez sys­tem na­wi­ga­cji bez­wład­no­ścio­wej.

Ze­staw pre­cy­zyj­nych ży­ro­sko­pów i ak­ce­le­ro­me­trów śle­dził każdy ruch ma­szy­ny od mo­men­tu star­tu. Sys­tem nie po­trze­bo­wał sy­gna­łów ze­wnętrz­nych. Wy­star­czy­ło, że znał punkt po­cząt­ko­wy i orien­ta­cję prze­strzen­ną.

Jesz­cze na ziemi za­ło­ga prze­pro­wa­dzi­ła pełną syn­chro­ni­za­cję plat­for­my bez­wład­no­ścio­wej.

Sa­mo­lot stał wtedy nie­ru­cho­mo na sta­no­wi­sku. Kom­pu­ter po­rów­ny­wał dane z sys­te­mów ży­ro­sko­po­wych z do­kład­ny­mi współ­rzęd­ny­mi geo­gra­ficz­ny­mi po­zy­cji star­to­wej.

Pro­ces trwał kil­ka­na­ście minut.

Ży­ro­sko­py usta­la­ły orien­ta­cję wzglę­dem osi ob­ro­tu Ziemi. Sys­tem ka­li­bro­wał wła­sne od­chy­le­nia i za­pi­sy­wał punkt od­nie­sie­nia.

Od tego mo­men­tu kom­pu­ter na­wi­ga­cyj­ny ob­li­czał po­zy­cję sa­mo­lo­tu wy­łącz­nie na pod­sta­wie ruchu ma­szy­ny.

Każde przy­spie­sze­nie.

Każdy skręt.

Każdą zmia­nę wy­so­ko­ści.

Po kilku go­dzi­nach lotu błąd sys­te­mu mógł wy­no­sić kil­ka­dzie­siąt stóp – wy­star­cza­ją­co mało, aby do­pro­wa­dzić bom­bo­wiec do­kład­nie nad za­pro­gra­mo­wa­ny punkt zrzu­tu.

Drugi pilot spoj­rzał na ekran sys­te­mu na­wi­ga­cji.

– INS sta­bil­ny.

Pilot ski­nął głową.

– Od­chy­le­nie?

– Po­ni­żej pięć­dzie­się­ciu stóp.

To była war­tość prak­tycz­nie ide­al­na.

Na wy­świe­tla­czu sys­te­mu misji punkt celu świe­cił nie­ru­cho­mo w cen­trum tra­jek­to­rii.

Bom­bo­wiec le­ciał nisko nad pu­sty­nią. Na tej wy­so­ko­ści zie­mia prze­su­wa­ła się pod ka­dłu­bem szyb­ko – wydmy, ka­mie­ni­ste rów­ni­ny i cien­kie linie dróg zni­ka­ły pod nosem sa­mo­lo­tu jedna po dru­giej.

Czte­ry sil­ni­ki pra­co­wa­ły rów­nym cią­giem. Skrzy­dła o zmien­nej geo­me­trii były cof­nię­te mak­sy­mal­nie do tyłu, usta­wio­ne pod dużą pręd­kość lotu na małym pu­ła­pie.

Au­to­pi­lot współ­pra­cu­ją­cy z ra­da­rem śle­dze­nia te­re­nu utrzy­my­wał sa­mo­lot na za­da­nej wy­so­ko­ści, stale ko­ry­gu­jąc pro­fil lotu zgod­nie z da­ny­mi z sys­te­mu na­wi­ga­cji bez­wład­no­ścio­wej.

Za pi­lo­ta­mi, przy sta­no­wi­sku sys­te­mów uzbro­je­nia, ofi­cer ob­ser­wo­wał panel ko­mo­ry bom­bo­wej.

Wy­świe­tlacz był pro­sty.

Jedna po­zy­cja uzbro­je­nia.

Jedna bomba.

Sym­bol ła­dun­ku ją­dro­we­go znaj­do­wał się w cen­trum sche­ma­tu ko­mo­ry.

Drugi bom­bo­wiec le­cą­cy kil­ka­na­ście mil dalej na tej samej osi po­dej­ścia miał iden­tycz­ną kon­fi­gu­ra­cję.

Dwa sa­mo­lo­ty.

Dwa ła­dun­ki.

Ofi­cer prze­su­nął prze­łącz­nik se­kwen­cji.

– Roz­po­czy­nam uzbra­ja­nie.

Sta­tus zmie­nił się z SAFE na ARM.

Sys­tem od­po­wie­dział krót­kim sy­gna­łem po­twier­dze­nia.

Uzbra­ja­nie ła­dun­ku ją­dro­we­go było pro­ce­du­rą wie­lo­eta­po­wą. Ko­lej­ne za­bez­pie­cze­nia prze­cho­dzi­ły w tryb ope­ra­cyj­ny tylko wtedy, gdy kom­pu­ter po­twier­dził od­po­wied­ni pro­fil lotu i po­ło­że­nie wzglę­dem celu.

Ofi­cer ob­ser­wo­wał ekran.

Pierw­szy etap za­koń­czył się zie­lo­nym po­twier­dze­niem.

Kilka se­kund póź­niej po­ja­wi­ło się dru­gie.

Pilot spoj­rzał na zegar sys­te­mu misji.

Od­li­cza­nie po­su­wa­ło się nie­ubła­ga­nie.

– Czas do punk­tu zrzu­tu: czte­ry mi­nu­ty pięć­dzie­siąt se­kund.

Na ekra­nie na­wi­ga­cyj­nym punkt celu po­zo­sta­wał nie­ru­cho­my w cen­trum tra­jek­to­rii.

Gdzieś kil­ka­dzie­siąt mil przed nimi znaj­do­wał się kom­pleks Ba­by­lon.

I gdzieś tam, nisko nad pu­sty­nią, dwa Grum­man F-14B Tom­cat pró­bo­wa­ły znisz­czyć cel kon­wen­cjo­nal­ny­mi bom­ba­mi, zanim zegar w ka­bi­nie Lan­ce­rów doj­dzie do zera.

***

Słoń­ce nad irac­ką pu­sty­nią było obec­nie tylko roz­my­tą, mo­sięż­ną plamą, od­cię­tą od kok­pi­tu gru­bym plek­si­gla­sem i war­stwą sło­ne­go potu, który spły­wał CAG-owi pod maską tle­no­wą, szczy­piąc jed­no­cze­śnie w ką­ci­kach oczu i draż­niąc skórę twa­rzy roz­grza­ną od elek­tro­ni­ki.

Po­ni­żej, w tu­ma­nach pia­sku i dymu, zni­ka­ły żel­be­to­we fun­da­men­ty in­sta­la­cji Ba­by­lo­nu, znad któ­rych wła­śnie od­cho­dził na peł­nym ciągu, wy­ci­ska­jąc z pła­tow­ca wszyst­ko, by uciec ze stre­fy śmier­ci. Prze­cią­że­nie wgnia­ta­ło krę­go­słup w fotel Mar­tin-Ba­ker, a płuca wal­czy­ły o każdy cal sze­ścien­ny mie­szan­ki tle­no­wej wpom­po­wy­wa­nej do gar­dła pod ci­śnie­niem.

Wtedy ode­zwa­ła się Szył­ka, ukry­ta gdzieś mię­dzy piasz­czy­sty­mi na­sy­pa­mi a plat­for­ma­mi tech­nicz­ny­mi.

Nie widział smugaczy, ale poczuł je jako serię tępych, metalicznych uderzeń, które wstrząsnęły pędzącymi czterdziestoma pięcioma tysiącami funtów duraluminium i tytanu. Po­ci­ski dwu­dzie­sto­trzy­mi­li­me­tro­we ude­rzy­ły w lewą sek­cję ogo­no­wą z czę­sto­tli­wo­ścią młota pneu­ma­tycz­ne­go roz­bi­ja­ją­ce­go struk­tu­rę ja­kie­goś fun­da­men­tu.

Ma­szy­ną szarp­nę­ło gwał­tow­nie w lewo, a ja­zgot roz­dzie­ra­ne­go po­szy­cia wi­bro­wał w samym krę­go­słu­pie pi­lo­ta, prze­no­sząc się przez drą­żek ste­ro­wy na jego dło­nie.

Na pa­ne­lu ostrze­gaw­czym roz­bły­sła bursz­ty­no­wa ma­try­ca MA­STER CAU­TION, a zaraz obok niej, we­wnątrz le­we­go uchwy­tu po­ża­ro­we­go, za­pul­so­wa­ła bez­li­to­sna czer­wień alar­mu LEFT EN­GI­NE FIRE.

CAG po­czuł, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła, gdy sa­mo­lot za­czął wy­ka­zy­wać gwał­tow­ną asy­me­trię ciągu, gro­żąc prze­wró­ce­niem ma­szy­ny na plecy przy tak małej wy­so­ko­ści i dużej pręd­ko­ści odej­ścia.

Od­stęp mię­dzy sil­ni­ka­mi Ge­ne­ral Elec­tric F110 wy­no­sił pra­wie dziewięć stóp, więc nagła utra­ta lewej jed­nost­ki na­tych­miast za­czę­ła wy­krę­cać nos ma­szy­ny w stro­nę mar­twe­go sil­ni­ka, wy­mu­sza­jąc na pi­lo­cie bru­tal­ną walkę o życie w gę­stym, roz­grza­nym po­wie­trzu.

Mię­śnie nogi CAG-a na­pię­ły się do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, gdy całą siłą wci­snął prawy pedał or­czy­ka, by skon­tro­wać od­chy­le­nie, pod­czas gdy jego palce w rę­ka­wi­cy na­mie­rzy­ły już wy­uczo­ną se­kwen­cję ra­tun­ko­wą.

Szarp­nął lewą dźwi­gnię prze­pust­ni­cy w dół, za za­pad­kę, w po­ło­że­nie OFF, by na­tych­miast wy­cią­gnąć pod­świe­tlo­ny na czer­wo­no uchwyt po­ża­ro­wy, co za­trza­snę­ło za­wo­ry pa­li­wo­we i fi­zycz­nie od­cię­ło do­pływ nafty lot­ni­czej do pło­ną­cej tur­bi­ny.

Ener­gicz­ne skrę­ce­nie rącz­ki ak­ty­wo­wa­ło butle z ha­lo­nem, który wtło­czo­ny pod ogrom­nym ci­śnie­niem stłu­mił pożar sil­ni­ka, ga­sząc czer­wo­ną lamp­kę alar­mu, ale po­zo­sta­wia­jąc Tom­ca­ta ka­le­kim.

Wi­bra­cje usta­ły, za­stą­pio­ne przez nie­na­tu­ral­ną ciszę z lewej stro­ny i świst po­wie­trza o po­szar­pa­ny ogon, pod­czas gdy w słu­chaw­kach za­pisz­czał sys­tem ostrze­gaw­czy RWR, in­for­mu­jąc o na­mie­rza­niu przez ko­lej­ne ba­te­rie SAM.

Bez po­ło­wy mocy Tom­cat prze­stał być dra­pież­ni­kiem, sta­jąc się ocię­ża­łym celem, a każda próba ma­new­ro­wa­nia w celu unik­nię­cia ognia sta­no­wisk na­ziem­nych koń­czy­ła się dra­stycz­ną utra­tą ener­gii, któ­rej jeden sil­nik nie był w sta­nie od­ro­bić.

Prawa tur­bi­na wyła na stu pro­cen­tach mocy, po­że­ra­jąc zapas pa­li­wa w tem­pie unie­moż­li­wia­ją­cym bez­piecz­ny po­wrót na lot­ni­sko­wiec, a kom­pu­ter na­wi­ga­cyj­ny bez­li­to­śnie skra­cał pro­mień za­się­gu z każdą se­kun­dą lotu na małej wy­so­ko­ści nad wro­gim te­ry­to­rium.

CAG czuł każdy sto­pień tem­pe­ra­tu­ry gazów wy­lo­to­wych po­zo­sta­łe­go sil­ni­ka przez wi­bra­cje ka­dłu­ba, świa­do­my, że asy­me­tria ciągu przy ko­niecz­no­ści ni­skie­go prze­lo­tu to li­cy­ta­cja z zie­mią, która tylko czeka na jeden drob­ny błąd zmę­czo­nych mię­śni.

Przed nim roz­cią­ga­ły się setki mil pia­chu, a potem zdra­dli­wa tafla Za­to­ki Per­skiej, gdzie lą­do­wa­nie uszko­dzo­ną ma­szy­ną na po­ru­sza­ją­cym się po­kła­dzie bę­dzie gra­ni­czy­ło z nie­moż­li­wo­ścią.

– Flag Brid­ge, tu Ham­mer 0-1. Obe­rwa­łem, jeden sil­nik nie dzia­ła! Wy­cho­dzi­my znad celu, kie­ru­nek pół­noc-pół­noc­ny wschód. Po­trze­bu­je­my osło­ny i cy­ster­ny na samej kra­wę­dzi stre­fy, ina­czej nie do­cią­gnie­my do domu – wy­char­czał do mi­kro­fo­nu, czu­jąc w ustach me­ta­licz­ny po­smak ad­re­na­li­ny, pod­czas gdy jego wzrok ner­wo­wo ska­kał mię­dzy wskaź­ni­kiem tem­pe­ra­tu­ry pra­we­go sil­ni­ka a ma­le­ją­cym za­się­giem.

Tym­cza­sem w dru­gim F-14B słoń­ce za­mie­nia­ło kok­pit w szkla­ną pu­łap­kę wy­peł­nio­ną za­sta­łym, go­rą­cym po­wie­trzem i za­pa­chem ozonu pły­ną­ce­go z prze­cią­żo­nych sys­te­mów awio­ni­ki.

Reina wi­dzia­ła w lu­ster­ku wstecz­nym czar­ną smugę dymu cią­gną­cą się za ka­le­ką ma­szy­ną CAG-a.

Jej dło­nie, za­ci­śnię­te na drąż­ku i prze­pust­ni­cy, po­zo­sta­ły nie­ru­cho­me.

Szczę­ka była za­ci­śnię­ta tak mocno, że ból pro­mie­nio­wał aż do skro­ni, a pod maską tle­no­wą jej od­dech stał się krót­ką, me­cha­nicz­ną wy­mia­ną ga­zo­wą, do­sto­so­wa­ną do rytmu pracy kom­pu­te­ra misji.

Pod ka­dłu­bem jej ma­szy­ny spo­czy­wa­ły ko­lej­ne czte­ry bomby Mk-84 – ostat­nie czte­ry ty­sią­ce fun­tów stali i tri­to­na­lu, które miały do­mknąć fazę znisz­cze­nia.

To miał być atak koń­czą­cy.

Reina nie ce­lo­wa­ła w punkt, który zo­stał już na­ru­szo­ny przez CAG-a; jej wzrok, utkwio­ny w wy­świe­tla­czu HUD, cze­kał na mo­ment, w któ­rym romb sys­te­mu ce­low­ni­cze­go obej­mie całą, jesz­cze dy­mią­cą geo­me­trię Ba­by­lo­nu.

Od nad­we­rę­żo­nej już lufy, przez pę­ka­ją­ce fun­da­men­ty, aż po oca­la­łą za­bu­do­wę po­moc­ni­czą.

We­szła w płyt­ki skręt, czu­jąc, jak opór po­wie­trza na­pie­ra na pod­wie­szo­ne uzbro­je­nie, ge­ne­ru­jąc drże­nie prze­no­szą­ce się przez fotel pro­sto na mied­ni­cę i krę­go­słup.

Usta­wi­ła sys­tem zrzu­tu w tryb „rip­ple” z mi­ni­mal­nym in­ter­wa­łem.

– Tu Ham­mer 0-2, ata­ku­ję! Skrzy­dła za­blo­ko­wa­ne. Uzbro­je­nie ak­tyw­ne – rzu­ci­ła, czu­jąc krew pul­su­ją­cą w skro­ni.

Na­ci­śnię­cie spu­stu wy­zwo­li­ło se­kwen­cję. Ła­dun­ki pi­ro­tech­nicz­ne w zam­kach BRU-32 zde­to­no­wa­ły, ge­ne­ru­jąc gwał­tow­ny przy­rost ci­śnie­nia gazu, który pchnął tłoki wy­py­cha­czy. W tej samej se­kun­dzie czte­ry sta­lo­we cy­lin­dry Mk-84 ode­rwa­ły się nie­mal rów­no­cze­śnie od py­lo­nów pod­ka­dłu­bo­wych i za­czę­ły spa­dać rów­no­le­gle, usta­wio­ne nie­mal w jed­nej linii.

Reina na­tych­miast od­czu­ła zmia­nę.

Maszyna straciła osiem tysięcy funtów masy w jednej chwili. Ka­dłub od­cią­żył się gwał­tow­nie. Nos uniósł się w górę, a drą­żek w dło­niach Reiny zro­bił się nagle lżej­szy.

Pod nimi leżał Ba­by­lon.

Nie wy­glą­dał jak dzia­ło.

Wy­glą­dał jak gi­gan­tycz­ny od­ci­nek ru­ro­cią­gu wbity w zbo­cze pu­styn­ne­go wzgó­rza.

Sta­lo­wy cy­lin­der o śred­ni­cy ponad trzech stóp cią­gnął się wzdłuż stoku przez sto pięć­dzie­siąt jardów. Seg­men­ty lufy łą­czy­ły po­tęż­ne koł­nie­rze śru­bo­we, każdy od­ci­nek wspar­ty był me­ta­lo­wą ramą i be­to­no­wym fun­da­men­tem.

Z góry przy­po­mi­na­ło to sta­lo­wy krę­go­słup wbity w pu­sty­nię.

Pierw­sza bomba spa­dła na środ­ko­wą część kon­struk­cji.

Ude­rze­nie ki­ne­tycz­ne na­stą­pi­ło zanim kto­kol­wiek na ziemi zdą­żył za­re­ago­wać.

Dwutysiącofuntowy stalowy cylinder spadający z prędkością kilku setek stóp na sekundę wbił się w stalowy segment lufy.

Metal kon­struk­cji nie wy­trzy­mał.

Koł­nierz łą­czą­cy dwa od­cin­ki lufy pękł na­tych­miast. Śruby gru­bo­ści nad­garst­ka zo­sta­ły wy­rwa­ne z gniazd mo­cu­ją­cych.

Uła­mek se­kun­dy póź­niej za­dzia­łał za­pal­nik.

De­to­na­cja tri­to­na­lu na­stą­pi­ła już we­wnątrz kon­struk­cji.

Fala nad­ci­śnie­nia ude­rzy­ła w sta­lo­wy cy­lin­der jak w za­mknię­tą rurę. Ener­gia eks­plo­zji ro­ze­szła się wzdłuż lufy, roz­ry­wa­jąc ko­lej­ne seg­men­ty.

Roz­grza­na do kilku ty­się­cy stop­ni kula ognia wy­rwa­ła stal od środ­ka.

Kra­wę­dzie po­szar­pa­ne­go me­ta­lu za­czę­ły się topić.

Druga bomba ude­rzy­ła kilkadziesiąt stóp dalej.

Tra­fi­ła w sta­lo­wą ramę pod­pie­ra­ją­cą ko­lej­ny seg­ment lufy.

Ener­gia ki­ne­tycz­na zmiaż­dży­ła kon­struk­cję nośną. Dźwi­ga­ry wy­gię­ły się ni­czym źdźbła trawy na wie­trze, a sta­lo­wy cy­lin­der prze­stał mieć ja­kie­kol­wiek pod­par­cie.

Eks­plo­zja do­koń­czy­ła dzie­ła znisz­cze­nia.

Be­to­no­wy fun­da­ment roz­sy­pał się w drob­ny pył, a kil­ku­dziesięciostopowy frag­ment lufy zo­stał wy­rzu­co­ny z pod­pór ni­czym rura wy­rwa­na z in­sta­la­cji prze­my­sło­wej.

Trze­cia bomba spa­dła bli­żej tyl­nej czę­ści dzia­ła – w rejon zamka.

Tam stal była naj­grub­sza.

Ścia­ny miały tu kil­ka­dzie­siąt cali gru­bo­ści, za­pro­jek­to­wa­ne tak, by wy­trzy­mać ci­śnie­nie ge­ne­ro­wa­ne pod­czas wy­strza­łu.

Ale konstruktorzy nie przewidzieli detonacji tysiącfuntowego ładunku wewnątrz systemu.

Eks­plo­zja ro­ze­rwa­ła tylny seg­ment jak gra­nat wrzu­co­ny do sta­lo­wej becz­ki.

Cięż­kie płyty kon­struk­cji wy­gię­ły się na ze­wnątrz. Frag­men­ty me­ta­lu po­le­cia­ły w po­wie­trze na kil­ka­set stóp.

Czwar­ta bomba tra­fi­ła w be­to­no­wy blok fun­da­men­to­wy, w miej­scu gdzie zbo­cze wzgó­rza prze­cho­dzi­ło w głów­ną pod­sta­wę in­sta­la­cji.

De­to­na­cja na­stą­pi­ła pół se­kun­dy po po­przed­niej.

Fala ude­rze­nio­wa we­szła w już na­ru­szo­ną struk­tu­rę i do­mknę­ła znisz­cze­nie.

Seg­men­ty lufy za­czę­ły za­pa­dać się jeden po dru­gim.

Sta­lo­wy cy­lin­der o dłu­go­ści ponad stu pięć­dzie­się­ciu jardów skrę­cił się i pękł w kilku miej­scach. Część kon­struk­cji osu­nę­ła się po zbo­czu.

Ba­by­lon prze­stał być bro­nią.

Stał się zło­mem.

Ogrom­na chmu­ra pyłu i odłam­ków za­czę­ła wzno­sić się nad wzgó­rzem.

Reina zo­ba­czy­ła tylko błysk.

Nie było czasu by po­dzi­wiać wi­do­ki.

Ho­ry­zont przed nią eks­plo­do­wał ogniem.

Irac­ka obro­na prze­ciw­lot­ni­cza otwo­rzy­ła ogień wszyst­ki­mi do­stęp­ny­mi sys­te­ma­mi.

Ode­zwał się sys­tem ostrze­ga­nia przed opro­mie­nio­wa­niem ALR-67.

W słu­chaw­kach po­ja­wił się krót­ki, wy­so­ki, mo­du­lo­wa­ny pisk.

Radar.

Potem drugi ton.

Radar sys­te­mu 9K33 Osa-AKM prze­szedł z trybu prze­szu­ki­wa­nia do trybu śle­dze­nia. Wąska wiąz­ka ra­da­ro­wa za­czę­ła ak­tu­ali­zo­wać po­zy­cję Tom­ca­ta kilka razy na se­kun­dę.

Ibar­ra już pra­co­wał na pa­ne­lu walki elek­tro­nicz­nej.

– Chaff! Chaff!

Ła­dun­ki wy­rzut­ni­ków di­po­li od­pa­li­ły serią.

Z komór pod ogo­nem wy­sy­pa­ły się setki cien­kich pa­sków alu­mi­nium, przy­cię­tych do dłu­go­ści od­po­wia­da­ją­cej dłu­go­ści fali ra­da­ru.

W po­wie­trzu po­wsta­ła chmu­ra odbić.

Dla sys­te­mu ra­kie­to­we­go nagle po­ja­wi­ło się kil­ka­dzie­siąt celów.

Reina pchnę­ła drą­żek.

Jej Tom­cat zszedł jesz­cze niżej.

Przy tej pręd­ko­ści zie­mia była tylko roz­ma­za­ną smugą pia­sku i ka­mie­nia. Ka­dłub prze­mknął nad czub­ka­mi na­sy­pów na wy­so­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu stóp.

Nisko nad zie­mią radar za­czy­nał gubić czy­sty obraz.

Sy­gnał od­bi­jał się od skał i te­re­nu.

Wtedy wy­star­to­wa­ły ra­kie­ty.

Dwie 9M33M3 wy­rwa­ły się z wy­rzut­ni Osy.

Sil­ni­ki mar­szo­we za­pa­li­ły się na­tych­miast. Ra­kie­ty przy­spie­szy­ły do ponad dwóch Ma­chów.

Przez chwi­lę tor lotu był ide­al­ny.

Potem kom­pu­ter ra­kie­ty za­czął gubić sy­gnał.

Di­po­le.

Od­bi­cia od ziemi.

Niska wy­so­kość.

Ra­kie­ty prze­szły nad Tom­ca­tem.

Jedna może dwa­dzie­ścia jardów nad ka­bi­ną.

Druga tro­chę wyżej.

De­to­na­cje.

Stoż­ki odłam­ków prze­cię­ły prze­strzeń nad sa­mo­lo­tem.

Owiew­ka za­dud­ni­ła jak ude­rzo­na gra­dem.

Wtedy pod nimi ode­zwa­ły się Szył­ki.

Czte­ry dział­ka ka­li­bru dwa­dzie­ścia trzy mi­li­me­try na każ­dym po­jeź­dzie wy­rzu­ca­ły w po­wie­trze ty­sią­ce po­ci­sków na mi­nu­tę. Smu­go­we na­bo­je two­rzy­ły po­ma­rań­czo­wą sieć prze­ci­na­ją­cą po­wie­trze przed sa­mo­lo­tem.

Pręd­ko­ścio­mierz po­ka­zy­wał ponad pięć­set wę­złów.

Na wy­so­ko­ści pięć­dzie­się­ciu stóp ozna­cza­ło to ponad dwie­ście pięć­dzie­siąt jardów każ­dej se­kun­dy.

Nogi Reiny pra­co­wa­ły bez prze­rwy na or­czy­ku.

Ko­rek­ta.

I ko­lej­na.

Jesz­cze jedna.

Mię­śnie ud za­czę­ły palić.

Na wskaź­ni­ku uzbro­je­nia palił się napis: EMPTY.

Ba­by­lon już nie ist­niał.

Ale kilka mil przed nimi le­ciał po­strze­la­ny Tom­cat CAG-a. Za jego ogo­nem cią­gnę­ła się czar­na smuga dymu.

Reina usta­wi­ła się za nim, a w kok­pi­cie Ibar­ra po­chy­lił się nad pa­ne­lem ra­dio­wym.

Wi­bra­cje ka­dłu­ba prze­no­si­ły się przez kon­so­lę na jego dło­nie, ale ruchy były pewne. Prze­łą­czył na­daj­nik na szy­fro­wa­ny kanał sa­te­li­tar­ny.

Oboje wie­dzie­li, co wła­śnie się wy­da­rzy­ło.

Lecz gdzieś na za­chod­nim ho­ry­zon­cie le­cia­ły B-1B Lan­cer.

Dwa bom­bow­ce.

Każdy z jedną bombą ato­mo­wą w ko­mo­rze uzbro­je­nia. Ich sys­te­my misji już od­li­cza­ły se­kun­dy do punk­tu zrzu­tu.

Ibar­ra wci­snął przy­cisk nada­wa­nia.

– Flag Brid­ge, Flag Brid­ge, tu Ham­mer 0-2. Cel znisz­czo­ny! Po­wta­rzam – cel znisz­czo­ny!

Sy­gnał ra­dio­wy po­szy­bo­wał w górę do sa­te­li­ty.

Kil­ka­set mil dalej, na po­kła­dzie lot­ni­skow­ca USS Ran­ger, ofi­cer łącz­no­ści ode­brał trans­mi­sję.

Na most­ku ad­mi­ral­skim za­pa­dła cisza.

Ad­mi­rał chwy­cił słu­chaw­kę za­bez­pie­czo­ne­go łącza stra­te­gicz­ne­go. Linia była pod­łą­czo­na bez­po­śred­nio do Pen­ta­go­nu.

– Tu USS Ran­ger. Ham­mer Fli­ght po­twier­dza znisz­cze­nie celu!

Kilka se­kund póź­niej ko­mu­ni­kat po­ja­wił się w Si­tu­ation Room w Bia­łym Domu.

Na ścia­nie zga­sła czer­wo­na lamp­ka Ba­by­lo­nu.

Pre­zy­dent spoj­rzał na ekran. Potem wydał krót­kie po­le­ce­nie.

– Od­wo­łać ude­rze­nie stra­te­gicz­ne!

Roz­kaz prze­szedł na­tych­miast do Pen­ta­go­nu. Tam ofi­cer dy­żur­ny uru­cho­mił pro­ce­du­rę prze­rwa­nia ope­ra­cji stra­te­gicz­nej. Sy­gnał naj­wyż­sze­go prio­ry­te­tu zo­stał wy­sła­ny przez sieć sa­te­li­tów łącz­no­ści woj­sko­wej.

Roz­kaz zo­stał prze­sła­ny do bom­bow­ców.

Ale w cen­trach do­wo­dze­nia nikt nie ode­tchnął.

Lan­ce­ry le­cia­ły bar­dzo nisko. W try­bie pe­ne­tra­cji. W ciszy ra­dio­wej.

W kok­pi­cie Tom­ca­ta Ibar­ra zo­ba­czył tylko ga­sną­cą kon­tro­l­kę trans­mi­sji.

Łącze zo­sta­ło za­mknię­te.

Zro­bi­li wszyst­ko co było w ich mocy. Resz­ta nie za­le­ża­ła już od nich.

Reina zmru­ży­ła oczy od słoń­ca od­bi­ja­ją­ce­go się od pu­sty­ni. Jej wzrok prze­su­wał się po ho­ry­zon­cie, szu­ka­jąc syl­we­tek bom­bow­ców.

Bo jeśli za­ło­gi bom­bow­ców nie od­bio­rą roz­ka­zu…

…za kilka minut nad Ira­kiem za­świe­cą dwa małe słoń­ca.

***

Kok­pit pro­wa­dzą­ce­go B-1B był po­grą­żo­ny w czer­wo­nym pół­mro­ku.

Świa­tło lam­pek kon­tro­l­nych od­bi­ja­ło się od szyb heł­mów i ma­to­wych po­wierzch­ni pa­ne­li. Wąska ka­bi­na czte­ro­oso­bo­wej za­ło­gi drża­ła nie­ustan­nie od pracy czte­rech tur­bo­wen­ty­la­to­ro­wych Ge­ne­ral Elec­tric F101-GE-102, które teraz na małej wy­so­ko­ści pra­co­wa­ły nie­mal na mak­sy­mal­nym ciągu. Dźwięk nie przy­po­mi­nał kla­sycz­ne­go ryku od­rzu­tow­ca. Na tej pręd­ko­ści i wy­so­ko­ści był ra­czej ni­skim, cią­głym wy­ciem, które prze­ni­ka­ło kon­struk­cję ka­dłu­ba i prze­cho­dzi­ło w wi­bra­cje fo­te­li.

Za­ło­ga sie­dzia­ła w swo­ich sta­no­wi­skach jak w cen­trum ma­szy­ny li­czą­cej se­kun­dy do ka­ta­stro­fy.

Sa­mo­lot le­ciał nisko nad pu­sty­nią.

Sys­tem Ter­ra­in Fol­lo­wing Radar pra­co­wał bez prze­rwy. An­te­na ra­da­ru ska­no­wa­ła teren przed ma­szy­ną i wy­sy­ła­ła dane do au­to­pi­lo­ta, który au­to­ma­tycz­nie ko­ry­go­wał wy­so­kość. Bom­bo­wiec wręcz pły­nął nad zie­mią jak cięż­ka me­ta­lo­wa łódź.

Każda wydma po­wo­do­wa­ła de­li­kat­ne wy­chy­le­nie ste­rów wy­so­ko­ści.

Każde za­głę­bie­nie w te­re­nie po­wo­do­wa­ło de­li­kat­ne opad­nię­cie ma­szy­ny.

Na tej wy­so­ko­ści radar prze­ciw­ni­ka wi­dział go do­pie­ro w ostat­niej chwi­li.

To była cała fi­lo­zo­fia tej ma­szy­ny.

Pręd­kość i mała wy­so­kość.

Mi­ni­mal­ny czas re­ak­cji obro­ny.

Na ekra­nie sys­te­mu misji linia trasy pro­wa­dzi­ła pro­sto w kie­run­ku punk­tu ozna­czo­ne­go li­te­ra­mi:

BA­BY­LON.

Na pra­wym sta­no­wi­sku ofi­cer sys­te­mów uzbro­je­nia – WSO – pa­trzył na ekran pa­ne­lu zrzu­tu. Jego dłoń spo­czy­wa­ła na prze­łącz­ni­ku se­kwen­cyj­nym uzbro­je­nia.

Nie na­ci­skał go jesz­cze.

Kom­pu­ter misji pro­wa­dził pro­ce­du­rę au­to­ma­tycz­ną.

Na wy­świe­tla­czu wid­nia­ło od­li­cza­nie.

00:00:38

Do mo­men­tu, w któ­rym kom­pu­ter otwo­rzy drzwi ko­mo­ry bom­bo­wej i zrzu­ci ogień bogów.

Za sta­lo­wą prze­gro­dą, kilkanaście stóp za kok­pi­tem, w przed­niej ko­mo­rze uzbro­je­nia spo­czy­wał ła­du­nek.

Jedna bomba ją­dro­wa.

Kilka tysięcy funtów metalu, elektroniki i materiałów rozszczepialnych zamkniętych w aerodynamicznej obudowie.

Sys­tem uzbro­je­nia nie po­zwa­lał jej ak­ty­wo­wać jed­nym przy­ci­skiem.

Pro­ce­du­ra była wie­lo­war­stwo­wa.

Naj­pierw kom­pu­ter misji mu­siał po­twier­dzić po­zy­cję z sys­te­mu na­wi­ga­cji bez­wład­no­ścio­wej.

Potem au­to­pi­lot utrzy­my­wał ma­szy­nę na za­pro­gra­mo­wa­nym kur­sie.

Do­pie­ro w ostat­niej fazie WSO wpro­wa­dzał se­kwen­cję zrzu­tu.

00:00:31

Pilot sie­dzą­cy z przo­du czuł drże­nie kon­struk­cji w opar­ciu fo­te­la.

Pręd­kość ma­szy­ny prze­kra­cza­ła pręd­kość dźwię­ku.

Na tej wy­so­ko­ści po­wie­trze było gęste i tur­bu­len­cje pu­styn­ne ude­rza­ły w skrzy­dła nie­ustan­nie.

Jego prawa dłoń spo­czy­wa­ła na prze­pust­ni­cach.

Lewa na drąż­ku.

Od­dy­chał po­wo­li przez maskę tle­no­wą.

00:00:24

WSO prze­su­nął palec bli­żej prze­łącz­ni­ka.

Jesz­cze chwi­la.

Kom­pu­ter misji przej­mie kon­tro­lę nad pro­ce­du­rą otwar­cia komór.

Z tyłu sie­dział drugi ofi­cer sys­te­mów – od­po­wie­dzial­ny za na­wi­ga­cję i sys­te­my elek­tro­nicz­ne.

Pa­trzył na ekran INS.

Od­chy­le­nie po­zy­cji wy­no­si­ło mniej niż czter­dzie­ści stóp.

00:00:19

Nagle ciszę w kok­pi­cie prze­ciął suchy elek­tro­nicz­ny dźwięk.

Krót­ki.

Me­ta­licz­ny.

Potem drugi.

I trze­ci.

WSO zmarsz­czył brwi.

– Co jest…

Jego palce prze­su­nę­ły się po pa­ne­lu.

Prze­łącz­nik se­kwen­cyj­ny nie re­ago­wał.

Na­ci­snął go po­now­nie.

Nic.

– Ste­ro­wa­nie zrzu­tem nie od­po­wia­da!

Pilot od­wró­cił głowę o kilka cali.

– Co?

WSO ude­rzył dło­nią w kra­wędź pa­ne­lu.

– Sys­tem nie przyj­mu­je ko­men­dy zrzu­tu!

Na ekra­nie tak­tycz­nym znik­nę­ło od­li­cza­nie.

Za­miast liczb po­ja­wił się ko­mu­ni­kat.

Duży.

Biały.

Pul­su­ją­cy.

RE­MO­TE LOC­KO­UT

Przez se­kun­dę nikt się nie ode­zwał.

To nie był błąd kom­pu­te­ra.

W sys­te­mach stra­te­gicz­nych RE­MO­TE LOC­KO­UT ozna­czał tylko jedno.

Zdal­ną blo­ka­dę.

Me­cha­nizm był czę­ścią ar­chi­tek­tu­ry bez­pie­czeń­stwa broni ją­dro­wej. Kom­pu­ter misji bom­bow­ca był pod­łą­czo­ny do sieci do­wo­dze­nia stra­te­gicz­ne­go.

Je­że­li do­wódz­two uzna­ło, że misja musi zo­stać prze­rwa­na, mogło za­blo­ko­wać cy­fro­we ob­wo­dy uzbro­je­nia.

WSO spró­bo­wał obej­ścia.

Prze­łą­czył tryb na ma­nu­al­ny.

Panel nie za­re­ago­wał.

Spró­bo­wał jesz­cze raz.

Nic.

Kom­pu­ter misji prze­stał przyj­mo­wać ja­kie­kol­wiek po­le­ce­nia zwią­za­ne z uzbro­je­niem.

Ła­du­nek w ko­mo­rze bom­bo­wej nagle stał się nie­do­stęp­ny dla za­ło­gi.

W tej samej chwi­li w słu­chaw­kach pi­lo­ta ode­zwał się nowy sy­gnał.

Kanał stra­te­gicz­ny.

Me­ta­licz­ny ton syn­chro­ni­za­cji.

Potem głos.

Chłod­ny.

Syn­te­tycz­ny przez kom­pre­sję sa­te­li­tar­ną.

– Lan­cer Fli­ght, tu God­mo­ther. Ope­ra­cja anu­lo­wa­na. Po­wta­rzam – ope­ra­cja anu­lo­wa­na.

Pilot wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu.

Dłoń moc­niej za­ci­snę­ła się na drąż­ku.

Głos mówił dalej.

– Po­twierdź kod au­to­ry­za­cji: Sier­ra–Hotel–Niner. Cel zo­stał wy­ga­szo­ny kon­wen­cjo­nal­nie.

W ka­bi­nie za­pa­dła cisza.

Pilot po­czuł, że jego od­dech przy­spie­sza w masce tle­no­wej.

Kilka se­kund temu przy­go­to­wy­wa­li się do zrzu­tu broni, która mogła zmie­nić hi­sto­rię re­gio­nu.

Spoj­rzał na ekran na­wi­ga­cji.

Wek­tor pro­wa­dził dalej pro­sto w kie­run­ku Ba­by­lo­nu.

Jesz­cze kil­ka­na­ście se­kund i kom­pu­ter roz­po­czął­by se­kwen­cje zrzu­tu.

Prze­su­nął dłoń na prze­łącz­nik radia.

– God­mo­ther, tu Lan­cer 0-1. Po­twier­dzam Sier­ra–Hotel–Niner.

Krót­ka pauza.

– Lan­cer 0-2. Sier­ra–Hotel–Niner.

– Od­cho­dzi­my.

Pilot po­cią­gnął drą­żek do sie­bie i w bok. Au­to­pi­lot zo­stał odłą­czo­ny. Cięż­ki bom­bo­wiec za­re­ago­wał na­tych­miast. Ma­szy­na roz­po­czę­ła zwrot przez prawe skrzy­dło. Prze­cią­że­nie wci­snę­ło za­ło­gę w fo­te­le. Czte­ry sil­ni­ki Ge­ne­ral Elec­tric prze­szły na do­pa­la­cze. Za ma­szy­ną po­ja­wi­ły się dłu­gie stoż­ki ognia.

Kilka mil dalej drugi Lan­cer wy­ko­ny­wał iden­tycz­ny ma­newr.

Dwa bom­bow­ce, które jesz­cze chwi­lę wcze­śniej le­cia­ły na kur­sie nu­kle­ar­ne­go ude­rze­nia, od­cho­dzi­ły teraz w stro­nę Morza Śród­ziem­ne­go.

W kok­pi­cie WSO po­wo­li cof­nął rękę od pa­ne­lu. Palce miał na­pię­te. Mię­śnie przed­ra­mie­nia drża­ły od na­pię­cia, które do­pie­ro teraz za­czy­na­ło opa­dać. Napis RE­MO­TE LOC­KO­UT zgasł. Sys­tem prze­szedł w tryb SAFE. Na ekra­nie na­wi­ga­cji po­ja­wił się nowy kurs.

Baza.

Pilot od­dy­chał cięż­ko przez maskę. Pot spły­wał mu po karku pod koł­nie­rzem kom­bi­ne­zo­nu. Za nimi irac­ka pu­sty­nia była za­sło­nię­ta ogrom­ną chmu­rą pyłu. Tam, gdzie jesz­cze kilka minut wcze­śniej stała in­sta­la­cja Ba­by­lon.

Pilot spoj­rzał na ekran tak­tycz­ny. Cel znik­nął. Za­stą­pi­ła go tylko szara plama za­kłó­ceń ra­da­ro­wych.

Do­wód­ca spoj­rzał jesz­cze raz na pu­sty­nię.

Kilka mil dalej dwa Tom­ca­ty koń­czy­ły wła­śnie uciecz­kę znad celu.

Świat nie eks­plo­do­wał.

Przy­naj­mniej tym razem.

***

W ka­bi­nie pro­wa­dzą­ce­go Tom­ca­ta walka o prze­trwa­nie we­szła w fazę kry­tycz­ną.

Prawa ręka CAG-a była za­ci­śnię­ta na drąż­ku tak mocno, że palce zbie­la­ły pod ma­te­ria­łem rę­ka­wi­cy. Lewa trzy­ma­ła prze­pust­ni­cę pra­we­go sil­ni­ka, pra­cu­jąc nią delikatnie. To była już nie walka o pręd­kość, tylko o rów­no­wa­gę sił.

Lewy sil­nik był mar­twy.

Na wskaź­ni­ku ob­ro­tów N1 wska­zów­ka le­ża­ła na zerze, a kon­tro­l­ka FIRE/FAIL świe­ci­ła ma­to­wym po­ma­rań­czo­wym świa­tłem. Tur­bi­na za­trzy­ma­ła się po tra­fie­niu serią z ZSU-23-4. Kilka po­ci­sków ka­li­bru dwa­dzie­ścia trzy mi­li­me­try prze­szło przez sek­cję ogo­no­wą jak przez pa­pier.

Prawy TF30 wył na peł­nym ciągu.

Dopalał powietrze i paliwo, walcząc o utrzymanie pięćdziesięciu tysięcy funtów stali i technologii w locie.

Asy­me­tria była bru­tal­na.

Jedna tur­bi­na pcha­ła sa­mo­lot z pra­wej stro­ny ka­dłu­ba, druga była tylko mar­twym cię­ża­rem. W nor­mal­nych wa­run­kach kom­pu­ter sta­bi­li­za­cji po­ma­gał pi­lo­to­wi kom­pen­so­wać takie róż­ni­ce. Teraz po­ło­wa hy­drau­li­ki była uszko­dzo­na.

Każdy ruch ste­rem kie­run­ku wy­wo­ły­wał opóź­nio­ną re­ak­cję.

Każde wy­chy­le­nie lotki było ocię­ża­łe.

Tom­cat dry­fo­wał w lewo jak cięż­ka łódź z jed­nym wio­słem.

Za ka­bi­ną, z po­szar­pa­nej kra­wę­dzi le­we­go skrzy­dła, cią­gnę­ła się biała mgła.

To nie był dym.

To było pa­li­wo.

Zbior­ni­ki in­te­gral­ne skrzy­dła zo­sta­ły roz­pru­te odłam­ka­mi. Pod ci­śnie­niem pompy wy­rzu­ca­ły JP-5 w stru­mie­niach, które na­tych­miast roz­pra­sza­ły się w po­wie­trzu w po­sta­ci ae­ro­zo­lu.

Za­pach pa­li­wa wdarł się do ka­bi­ny przez sys­tem wen­ty­la­cji.

Słod­ki. Du­szą­cy.

Wskaź­nik ilo­ści pa­li­wa opa­dał jak ka­mień.

Cyfry zmie­nia­ły się co kilka se­kund.

Nie było spo­so­bu, by za­trzy­mać wy­ciek.

Pompy awa­ryj­ne mogły tylko prze­rzu­cać pa­li­wo mię­dzy zbior­ni­ka­mi. Nie mogły za­mknąć roz­pru­te­go ka­dłu­ba.

CAG wie­dział jedno.

Bez tan­ko­wa­nia do lot­ni­skow­ca nie do­le­ci.

***

Przed nimi otwo­rzy­ła się sze­ro­ka tafla wody.

Słoń­ce od­bi­ja­ło się od po­wierzch­ni Za­to­ki Per­skiej jak od po­le­ro­wa­nej bla­chy. Ja­sność była tak duża, że HUD-a przy­ciem­nił się au­to­ma­tycz­nie.

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wi­ła się syl­wet­ka cy­ster­ny.

Grum­man KA-6D In­tru­der.

Krępy sa­mo­lot z wy­su­nię­tym prze­wo­dem tan­ko­wa­nia i cha­rak­te­ry­stycz­nym ko­szem sta­bi­li­zu­ją­cym na końcu. W jego zbior­ni­kach było pa­li­wo, które mogło utrzy­mać Tom­ca­ta w po­wie­trzu.

Reina le­cia­ła kilka dłu­go­ści ka­dłu­ba za ma­szy­ną CAG-a.

Jej wła­sny F-14 był wciąż spraw­ny. Sil­ni­ki pra­co­wa­ły równo, skrzy­dła usta­wio­ne w śred­niej geo­me­trii sta­bi­li­zo­wa­ły lot przy pręd­ko­ści po­dej­ścia.

Ale oczy miała przy­kle­jo­ne do sa­mo­lo­tu do­wód­cy.

Ciem­ne stru­gi spa­lin.

Pa­li­wo wy­le­wa­ją­ce się z ka­dłu­ba.

Cha­otycz­ny kurs.

Ma­szy­na za­cho­wy­wa­ła się jak ranny zwierz.

CAG wy­su­nął sondę tan­ko­wa­nia.

Me­cha­nizm hy­drau­licz­ny w Tom­ca­cie znaj­do­wał się w pra­wej czę­ści nosa. Nor­mal­nie wy­su­wał się płyn­nie – te­le­sko­po­wy wy­się­gnik z me­ta­lo­wą koń­ców­ką, która miała wejść w kosz tan­kow­ca.

Teraz coś zgrzyt­nę­ło.

Sonda wy­su­nę­ła się do po­ło­wy i za­trzy­ma­ła.

CAG po­czuł na drąż­ku ko­lej­ne wi­bra­cje ka­dłu­ba.

– Cho­le­ra…

Spró­bo­wał jesz­cze raz.

Prze­łącz­nik hy­drau­li­ki – klik­nię­cie.

Sonda drgnę­ła kilka cali i sta­nę­ła.

– Za­blo­ko­wa­na!

Ma­szy­na w tym cza­sie po­wo­li osia­da­ła na lewe skrzy­dło.

CAG mu­siał jed­no­cze­śnie utrzy­mać kurs, kom­pen­so­wać asy­me­trię ciągu i pró­bo­wać zbli­żyć się do cy­ster­ny.

To było jak próba na­wle­cze­nia igły w cza­sie trzę­sie­nia ziemi.

Reina wi­dzia­ła wszyst­ko z po­zy­cji za nim.

Kosz tan­kow­ca ko­ły­sał się w po­wie­trzu na ela­stycz­nym prze­wo­dzie. Przy nor­mal­nym po­dej­ściu pilot mu­siał utrzy­mać sta­bil­ną pręd­kość i wpro­wa­dzić sondę w jego śro­dek.

Teraz kosz tań­czył przed dzio­bem uszko­dzo­ne­go my­śliw­ca.

– Ham­mer 0-1, ko­ry­guj w prawo. Masz za duży dryf – po­wie­dzia­ła.

Jej głos był spo­koj­ny.

Ale mię­śnie karku miała na­pię­te jak sta­lo­wa linka.

CAG pró­bo­wał.

Prawy sil­nik ryk­nął jesz­cze gło­śniej.

Sa­mo­lot na mo­ment się usta­bi­li­zo­wał.

Sonda była trzy stopy od kosza.

Dwie.

Trzy­dzie­ści cali.

Wtedy lewe skrzy­dło opa­dło.

Gwał­tow­nie.

Prze­pływ po­wie­trza nad uszko­dzo­ną po­wierzch­nią był nie­sta­bil­ny. Utra­ta czę­ści kra­wę­dzi na­tar­cia za­bu­rzy­ła ae­ro­dy­na­mi­kę skrzy­dła.

Przy ni­skiej pręd­ko­ści po­dej­ścia ozna­cza­ło to tylko jedno.

Po­czą­tek prze­cią­gnię­cia.

CAG wci­snął prawy pedał steru kie­run­ku do oporu.

Drą­żek w prawo.

Nic.

Re­ak­cja była po­wol­na, jakby sa­mo­lot pły­nął w gę­stym oleju.

– Nie dam rady go utrzy­mać! – wy­char­czał do radia.

W ustach miał me­ta­licz­ny smak.

– Stery są drew­nia­ne! Hy­drau­li­ka padła!

W tym samym mo­men­cie prawy sil­nik kaszl­nął.

Krót­ki, suchy dźwięk.

Wskaź­nik pa­li­wa po­ka­zał zero w pra­wym zbior­ni­ku.

Do ko­mo­ry spa­la­nia prze­sta­ło na­pły­wać pa­li­wo.

Tur­bi­na za­czę­ła zwal­niać.

Naj­pierw po­wo­li.

Potem gwał­tow­nie.

Dźwięk sil­ni­ka prze­szedł z ryku w ni­skie, chra­pli­we wycie.

Tom­cat na­tych­miast stra­cił ciąg.

Ma­szy­na prze­chy­li­ła się w lewo jak tra­fio­na mło­tem.

Nos opadł.

Ho­ry­zont na HUD-zie za­czął ucie­kać w górę.

Pręd­kość spa­da­ła po­ni­żej war­to­ści, przy któ­rej skrzy­dła mogły jesz­cze ge­ne­ro­wać sta­bil­ną siłę nośną.

CAG szarp­nął drą­żek.

Nic.

Sa­mo­lot wcho­dził w nie­kon­tro­lo­wa­ne opa­da­nie.

Reina zo­ba­czy­ła mo­ment, w któ­rym walka już się skoń­czy­ła.

Nos Tom­ca­ta opa­dał pod kątem kil­ku­dzie­się­ciu stop­ni.

Wy­so­ko­ścio­mierz prze­wi­jał się ni­czym licz­nik sa­mo­cho­du.

Morze rosło w przed­niej szy­bie ma­szy­ny pro­wa­dzą­cej.

Jej gar­dło za­ci­snę­ło się.

– Ham­mer 0-1 EJECT! EJECT! EJECT!

Krzyk wy­rwał się z niej zanim zdą­ży­ła po­my­śleć.

Chwi­lę póż­niej owiew­ka ka­bi­ny ma­szy­ny CAG-a eks­plo­do­wa­ła.

Naj­pierw huk ła­dun­ków pi­ro­tech­nicz­nych.

Potem dwa fo­te­le Mar­tin-Ba­ker GRU-7A wy­strze­li­ły w po­wie­trze.

Ra­kie­to­we sil­ni­ki ka­ta­pult wy­rzu­ci­ły za­ło­gę ponad ma­szy­nę w ciągu ułam­ka se­kun­dy. Stru­gi bia­łe­go dymu zo­sta­ły za nimi jak ślady kredy na nie­bie.

Se­kun­dy póź­niej F-14 ude­rzył w wodę.

Ka­dłub roz­padł się w fon­tan­nie piany.

Ude­rze­nie było tak gwał­tow­ne, że fala ro­ze­szła się na kil­ka­dzie­siąt jardów.

Po chwi­li na po­wierzch­ni zo­sta­ły tylko uno­szą­ce się frag­men­ty po­szy­cia.

Reina prze­chy­li­ła swój sa­mo­lot w cia­sny krąg.

Na tle błę­kit­ne­go nieba zo­ba­czy­ła dwie po­ma­rań­czo­we cza­sze spa­do­chro­nów.

Po­wo­li opa­da­ły w stro­nę wody.

W słu­chaw­kach ode­zwał się głos z po­kła­du E-2C Haw­keye.

– Ham­mer 0-2, tu Haw­keye. SAR w dro­dze.

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wi­ły się dwa punk­ty. Śmi­głow­ce SH-3 Sea King. Ich wir­ni­ki roz­ci­na­ły po­wie­trze cięż­kim, dud­nią­cym ryt­mem.

Reina na­ci­snę­ła przy­cisk nada­wa­nia.

– Haw­keye, tu Ham­mer 0-2. Widzę dwie cza­sze. Obie pełne. CAG i RIO w wo­dzie.

Zro­bi­ła ko­lej­ny krąg nad miej­scem ka­ta­stro­fy.

Pod nią fale za­to­ki za­mknę­ły się nad wra­kiem ma­szy­ny.

***

Nad Za­to­ką Per­ską po­wie­trze było cięż­kie od wil­go­ci. Cie­pło uno­szą­ce się znad wody two­rzy­ło w po­wie­trzu fa­lu­ją­ce war­stwy, które znie­kształ­ca­ły linię ho­ry­zon­tu. Na wy­so­ko­ści kilku ty­się­cy stóp świat wy­glą­dał jak oglą­da­ny przez roz­grza­ne szkło.

Reina trzy­ma­ła drą­żek sta­bil­nie obie­ma dłoń­mi.

Mię­śnie przed­ra­mion wciąż były na­pię­te po ostat­nich mi­nu­tach walki o kon­tro­lę nad prze­strze­nią wokół to­ną­ce­go Tom­ca­ta CAG-a. Teraz jed­nak po­wie­trze było puste. Przed nią roz­cią­ga­ła się tylko sta­lo­wa tafla Za­to­ki i cien­ka linia chmur.

Jej wła­sny F-14 nie był jed­nak w ide­al­nym sta­nie.

Kiedy spoj­rza­ła na prawe skrzy­dło, wi­dzia­ła czar­ne krop­ki roz­rzu­co­ne wzdłuż pa­ne­li po­szy­cia. Odłam­ki gło­wic ra­kiet z OSY po­szat­ko­wa­ły alu­mi­nium ni­czym sta­lo­wy grad.

Pła­to­wiec był zbu­do­wa­ny z pa­ne­li sto­pów alu­mi­nium i ty­ta­nu o grubości jednej szesnastej cala, ale przy pręd­ko­ści ponad pięciuset węzłów nawet mały odła­mek miał ener­gię zdol­ną prze­bić po­szy­cie.

Więk­szość tra­fień była po­wierz­chow­na.

Jed­nak jedna sek­cja klapy re­ago­wa­ła wol­niej.

Hy­drau­li­ka w tej czę­ści skrzy­dła mu­sia­ła zo­stać na­ru­szo­na. Klapa wy­chy­la­ła się z opóź­nie­niem ułam­ka se­kun­dy.

W nor­mal­nym locie by­ło­by to nie­zau­wa­żal­ne.

Pod­czas pre­cy­zyj­ne­go ma­new­ru – ka­ta­stro­fal­ne.

Reina kom­pen­so­wa­ła to od­ru­cho­wo.

De­li­kat­ny na­cisk na pedał steru kie­run­ku.

Mi­ni­mal­na ko­rek­ta drąż­kiem.

Ruchy tak małe, że prak­tycz­nie nie­wi­docz­ne.

Pła­to­wiec jed­nak żył.

Dwa sil­ni­ki Ge­ne­ral Elec­tric F110-GE-400 pra­co­wa­ły sta­bil­nie. Ich sprę­żar­ki da­wa­ły niski, równy po­mruk, który prze­cho­dził przez kon­struk­cję ka­dłu­ba i fotel pi­lo­ta.

Ma­szy­na od­dy­cha­ła.

To wy­star­cza­ło.

– Ham­mer 0-2, tu Te­xa­co 6. Widzę cię. Po­dej­ście z lewej.

Głos ope­ra­to­ra tan­kow­ca po­ja­wił się w słu­chaw­kach z lek­kim me­ta­licz­nym po­gło­sem łącza ra­dio­we­go.

Reina spoj­rza­ła przed sie­bie.

KA-6D In­tru­der wi­siał nad ho­ry­zon­tem jak cięż­ki, ciem­ny cień.

Ma­szy­na była zmo­dy­fi­ko­wa­ną wer­sją sztur­mo­we­go A-6. W wer­sji tan­kow­ca w ka­dłu­bie za­mon­to­wa­no do­dat­ko­we zbior­ni­ki pa­li­wa, a pod skrzy­dła­mi za­sob­ni­ki z prze­wo­da­mi tan­ko­wa­nia.

Jeden z nich już był wy­su­nię­ty.

Kosz ko­ły­sał się spo­koj­nie w stru­dze po­wie­trza.

Reina zmniej­szy­ła ciąg.

Pręd­kość spa­dła do około dwu­stu sie­dem­dzie­się­ciu wę­złów.

Na tej pręd­ko­ści skrzy­dła o zmien­nej geo­me­trii Tom­ca­ta były wy­su­nię­te mak­sy­mal­nie do przo­du, zwięk­sza­jąc po­wierzch­nię nośną. Me­cha­nizm zmia­ny skosu dzia­łał au­to­ma­tycz­nie, do­pa­so­wu­jąc usta­wie­nie skrzy­deł do pręd­ko­ści.

Sil­ni­ki prze­szły na niski ciąg.

Ma­szy­na uspo­ko­iła się.

Teraz wszyst­ko za­le­ża­ło od pre­cy­zji.

– Te­xa­co 6, tu Ham­mer 0-2. Pod­cho­dzę do tan­ko­wa­nia.

– Przy­ję­to. Trzy­maj kurs.

Reina wy­su­nę­ła sondę tan­ko­wa­nia. Me­ta­lo­wy pręt za­koń­czo­ny za­wo­rem wy­su­nął się płyn­nie.

Kosz po­wo­li zbli­żał się do jej ka­bi­ny.

W rze­czy­wi­sto­ści to ona zbli­ża­ła się do kosza.

Ma­newr tan­ko­wa­nia był pa­ra­dok­sal­ny.

Pilot nie mógł pa­trzeć bez­po­śred­nio na sondę – była wy­su­nię­ta poza pole wi­dze­nia ka­bi­ny. Mu­siał oce­niać po­ło­że­nie na pod­sta­wie re­la­cji kosza wzglę­dem nosa sa­mo­lo­tu.

Kilka cali róż­ni­cy ozna­cza­ło pudło.

Reina prze­su­nę­ła drą­żek o włos. Nos Tom­ca­ta drgnął. Kosz po­wo­li prze­su­nął się w prawo.

Jesz­cze odro­bi­na.

Jesz­cze ka­wa­łe­czek.

Me­ta­lo­wa ob­ręcz zna­la­zła się do­kład­nie przed sondą.

Reina lekko zwięk­szy­ła ciąg.

Kon­takt na­stą­pił na­tych­miast. Suchy, me­ta­licz­ny dźwięk prze­szył ka­dłub.

Zawór w prze­wo­dzie otwo­rzył się au­to­ma­tycz­nie. Pompy w ka­dłu­bie tan­kow­ca za­czę­ły tło­czyć pa­li­wo. Stru­mień lot­ni­czej ke­ro­sy­ny po­pły­nął do zbior­ni­ków my­śliw­ca. Na pa­ne­lu pa­li­wo­wym wskaź­ni­ki za­czę­ły się po­wo­li pod­no­sić.

Reina ob­ser­wo­wa­ła cyfry.

Nie po­trze­bo­wa­ła peł­ne­go tan­ko­wa­nia. Po­trze­bo­wa­ła tyle by po­kryć mar­gi­ne­s błędu. Lot z po­wro­tem na lot­ni­sko­wiec. Krąg nad okrę­tem. Ewen­tu­al­ne odej­ście na drugi krąg. W ope­ra­cjach lot­ni­skow­co­wych za­wsze za­kła­da­no jedną próbę po­praw­ki. Jeśli pierw­sze po­dej­ście koń­czy­ło się nie­uda­nym za­ha­cze­niem liny, pilot mu­siał mieć pa­li­wo na po­now­ny ma­newr.

Wskaź­nik po­ka­zał po­ziom, któ­re­go po­trze­bo­wa­ła.

Ćwierć zbior­ni­ków. To wy­star­czy­ło.

Reina de­li­kat­nie zmniej­szy­ła ciąg.

Sonda wy­su­nę­ła się z kosza z krót­kim szarp­nię­ciem. Prze­wód tan­kow­ca na­tych­miast wró­cił do sta­bil­nej po­zy­cji w stru­dze po­wie­trza.

– Tu Ham­mer 0-1, dzię­ki za pa­li­wo.

– Do zo­ba­cze­nia na po­kła­dzie Ham­mer 0-1.

Reina lekko prze­chy­li­ła skrzy­dła. Krót­ki, lot­ni­czy gest po­dzię­ko­wa­nia. Potem prze­su­nę­ła prze­pust­ni­ce do przo­du. Nos Tom­ca­ta opadł w stro­nę wscho­du.

Kilka minut póź­niej ho­ry­zont prze­cię­ła ciem­na kre­ska.

USS Ran­ger.

***

Lot­ni­sko­wiec wy­glą­dał z po­wie­trza jak ru­cho­ma wyspa ze stali. Ponad tysiąc sto stóp  dłu­go­ści. Pra­wie sto ty­się­cy ton wy­por­no­ści.

Po­kład star­to­wy był prze­su­nię­ty pod kątem wzglę­dem osi ka­dłu­ba – roz­wią­za­nie, które po­zwa­la­ło lą­do­wać i star­to­wać jed­no­cze­śnie.

Reina we­szła w stan­dar­do­wą pro­ce­du­rę po­dej­ścia.

Naj­pierw krąg nad okrę­tem.

Potem długi finał nad linią po­dej­ścia.

– Ham­mer 0-2, tu LSO. Trzy­masz ścież­kę.

Ofi­cer na­pro­wa­dza­nia – LSO – stał na plat­for­mie przy lewej kra­wę­dzi po­kła­du. Pa­trzył na jej sa­mo­lot przez sys­tem optycz­ny zwany „me­at­ball”.

Ze­staw so­cze­wek po­ka­zy­wał pi­lo­to­wi czy jest po­wy­żej, czy po­ni­żej wła­ści­wej ścież­ki po­dej­ścia.

Reina pa­trzy­ła tylko na świa­tło. Po­ma­rań­czo­wa kula była ide­al­nie na środ­ku.

Pręd­kość: 135 wę­złów.

Klapy opusz­czo­ne. Hak ha­mu­ją­cy też. Kąt na­tar­cia sta­bil­ny.

Po­kład zbli­żał się szyb­ko.

Sil­ni­ki pra­co­wa­ły na śred­nim ciągu – w razie nie­uda­ne­go za­ha­cze­nia pilot na­tych­miast zwięk­szał moc i od­la­ty­wał.

Koła do­tknę­ły po­kła­du.

Se­kun­dę póź­niej hak zła­pał trze­cią linę.

Ude­rze­nie było bru­tal­ne.

Sta­lo­wa lina na­pię­ła się na­tych­miast.

Energia kinetyczna pięćdziesięciu tysięcy funtów myśliwca została pochłonięta przez hydrauliczny system hamujący pod pokładem. Tom­cat za­trzy­mał się w ciągu dwóch se­kund. Potem wszyst­ko uci­chło. Sil­ni­ki prze­szły na bieg ja­ło­wy.

Reina otwo­rzy­ła owiew­kę. Go­rą­ce, słone po­wie­trze ude­rzy­ło ją w twarz. Za­pach pa­li­wa lot­ni­cze­go i roz­grza­ne­go me­ta­lu był in­ten­syw­ny. Tech­ni­cy już bie­gli w stro­nę ma­szy­ny. Kiedy ze­szła po dra­bin­ce na po­kład, za­uwa­ży­ła coś dziw­ne­go.

Ciszę.

Na po­kła­dzie lot­ni­skow­ca rzad­ko było cicho. Tym razem jed­nak lu­dzie stali nie­ru­cho­mo. Pa­trzy­li w stro­nę za­chod­nie­go ho­ry­zon­tu.

Ad­mi­rał stał przy kra­wę­dzi „wyspy”. Gdy Reina zdję­ła kask, zo­ba­czył czer­wo­ny ślad maski tle­no­wej na jej twa­rzy i mokre od potu włosy przy­kle­jo­ne do czoła.

Ski­nął głową.

***

Czas pły­nął po­wo­li.

Dwu­dzie­sta mi­nu­ta.

Trzy­dzie­sta.

Ho­ry­zont był pusty.

Reina i Ibar­ra stali przy re­lin­gu. Tech­ni­cy oglą­da­li ich Tom­ca­ta. Jeden z nich wsa­dził palec w dziu­rę po szrap­ne­lu.

– Mie­li­ście szczę­ście – mruk­nął.

Reina nie od­po­wie­dzia­ła. Pa­trzy­ła tylko na wodę. 

Naj­pierw po­ja­wił się dźwięk.

Niski, cięż­ki puls wir­ni­ka niósł się nad wodą, zanim jesz­cze syl­wet­ka ma­szy­ny wy­ło­ni­ła się znad linii ho­ry­zon­tu. Potem zo­ba­czy­li go wszy­scy naraz – ma­syw­ny ka­dłub le­cą­cy nisko, nie­mal przy­kle­jo­ny do po­wierzch­ni morza.

Z za­cho­du nad­la­ty­wał SH-3 Sea King. Duży śmi­gło­wiec ra­tow­ni­czy ma­ry­nar­ki. 

Gdy wszedł nad po­kład, stru­mień po­wie­trza z wir­ni­ka ude­rzył w po­kład ni­czym fala, wpra­wia­jąc ludzi w pół­przy­siad i szar­piąc ich odzież.

Ma­szy­na osia­dła cięż­ko.

Drzwi bocz­ne otwo­rzy­ły się.

Naj­pierw wy­szedł ra­tow­nik. Potem dwie zna­jo­me syl­wet­ki. CAG i jego RIO.

Mokre kom­bi­ne­zo­ny. Po­ma­rań­czo­we ka­mi­zel­ki ra­tun­ko­we. Si­nia­ki na twa­rzach.

Ale szli o wła­snych si­łach.

***

Bun­kier pod Bag­da­dem drżał, ale nie od wi­bra­cji alianc­kich bomb. To był inny ro­dzaj wstrzą­sów – pier­wot­ny strach, który wy­peł­niał po­miesz­cze­nie gę­ściej niż dym z egip­skich pa­pie­ro­sów. Na środ­ku sali, przed wiel­kim dę­bo­wym sto­łem, stał Sad­dam. Jego twarz nie była już czer­wo­na z gnie­wu; była sina, wy­krzy­wio­na w gry­ma­sie, który za­po­wia­dał śmierć.

Ge­ne­rał dy­wi­zji te­ry­to­rial­nej, czło­wiek od­po­wie­dzial­ny za obro­nę prze­ciw­lot­ni­czą sek­to­ra, w któ­rym znaj­do­wał się Ba­by­lon, stał na bacz­ność. Struż­ki potu spły­wa­ły mu po skro­ni, ginąc pod koł­nie­rzy­kiem mun­du­ru.

Sad­dam nie za­czął krzy­czeć od razu. Naj­pierw za­pa­dła cisza, w któ­rej sły­chać było je­dy­nie świsz­czą­cy od­dech dyk­ta­to­ra. Potem, jed­nym gwał­tow­nym ru­chem, zrzu­cił ze stołu cięż­ką, krysz­ta­ło­wą po­piel­nicz­kę, która roz­pry­sła się na ścia­nie w drob­ny mak.

– Jak?! – ryk Sad­da­ma roz­darł po­wie­trze. – Dwa sa­mo­lo­ty?! Dwa ame­ry­kań­skie sa­mo­lo­ty upo­ko­rzy­ły całą moją armię?!

Ude­rzył pię­ścią w mapę, roz­ry­wa­jąc pa­pier w miej­scu, gdzie na­nie­sio­no współ­rzęd­ne in­sta­la­cji su­per­dzia­ła. Czuł pie­ką­ce upo­ko­rze­nie. Ba­by­lon miał być jego dumą, po­mni­kiem po­tę­gi. Teraz był tylko dy­mią­cym gro­bow­cem wśród pia­sków pu­sty­ni.

– Obie­ca­łeś mi niebo nie do prze­bi­cia – wy­sy­czał przez zęby Sad­dam. Głos był cichy, co było jesz­cze gor­sze niż krzyk. – Obie­ca­łeś, że ame­ry­kań­scy pi­lo­ci spło­ną, zanim zo­ba­czą cel.

– Mój pre­zy­den­cie… tech­no­lo­gia ste­alth… za­kłó­ca­cze elek­tro­nicz­ne… – wy­krztu­sił ge­ne­rał, prze­czu­wa­jąc, że każde słowo jest gwoź­dziem do jego trum­ny.

Sad­dam już nie słu­chał. Wy­cią­gnął z ka­bu­ry po­zła­ca­ne­go Brow­nin­ga i bez słowa, nie­mal od nie­chce­nia, strze­lił ge­ne­ra­ło­wi pro­sto w twarz. Huk w za­mknię­tym po­miesz­cze­niu był ogłu­sza­ją­cy. Ciało ofi­ce­ra zwa­li­ło się na mapę szta­bo­wą, za­le­wa­jąc krwią sek­to­ry obron­ne, które za­wio­dły. Nie scho­wał broni. Po­ło­żył dy­mią­cy jesz­cze pi­sto­let na dę­bo­wym bla­cie, lufą skie­ro­wa­ną w stro­nę po­zo­sta­łych do­wód­ców. Nikt nie mógł czuć się bez­piecz­ny. Nikt nie od­wa­żył się nawet mru­gnąć.

W tym cha­osie, w opa­rach pro­chu i krwi, tylko jedna po­stać po­zo­sta­wa­ła nie­wzru­szo­na.

Puł­kow­nik Hadi al-Ra­shid stał w głębi sali, opar­ty o be­to­no­wy filar, nie­mal dzie­sięć jardów od miej­sca eg­ze­ku­cji. Jego dło­nie, sple­cio­ne za ple­ca­mi były spo­koj­ne. Hadi nie pa­trzył na trupa ani na pi­sto­let le­żą­cy na stole. Pa­trzył na Sad­da­ma wzro­kiem chłod­nym, ana­li­tycz­nym, nie­mal pro­fe­sor­skim. Dla niego pro­jekt Ba­by­lon i jego ogrom­na lufa były od po­cząt­ku błę­dem – zbyt wiel­kim, zbyt wi­docz­nym i zbyt ła­twym do znisz­cze­nia.

Sad­dam po­wo­li ob­ró­cił głowę. Jego sza­lo­ne oczy, pełne pa­ra­noi i upo­ko­rze­nia, spo­czę­ły na Al-Ra­shi­dzie. Dyk­ta­tor omi­nął ka­łu­żę krwi i ru­szył w stro­nę puł­kow­ni­ka.

– Ty – wy­char­czał Sad­dam, za­trzy­mu­jąc się tuż przed nim. – Ty od po­cząt­ku gar­dzi­łeś Ba­by­lo­nem. Mó­wi­łeś, że bu­do­wa­nie tak wiel­kie­go dzia­ła to tra­ce­nie czasu na re­lik­ty z mi­nio­nych wojen. Że świat po­szedł do przo­du, a my zo­sta­li­śmy w tyle z rurą wbitą w piach.

Hadi al-Ra­shid wy­pro­sto­wał się po­wo­li, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z dyk­ta­to­ra.

– Bo tak było, mój pre­zy­den­cie – od­po­wie­dział cicho, z lo­do­wa­tym spo­ko­jem. – Wiel­ka lufa to tylko wiel­ki cel. Praw­dzi­wa po­tę­ga nie po­trze­bu­je fun­da­men­tów, które da się zbom­bar­do­wać.

Sad­dam po­ło­żył cięż­ką dłoń na ra­mie­niu puł­kow­ni­ka. Przez chwi­lę mie­rzy­li się wzro­kiem – wście­kłość kon­tra ab­so­lut­na pew­ność sie­bie. Dyk­ta­tor uśmiech­nął się, ale był to uśmiech dra­pież­ni­ka, który wła­śnie zo­ba­czył ostat­nią szan­sę na ze­mstę.

– Ba­by­lon prze­stał ist­nieć. Ame­ry­ka­nie myślą, że wy­gra­li wojnę – syk­nął Sad­dam, przy­cią­ga­jąc Al-Ra­shi­da bli­żej. – Chcę, żebyś uru­cho­mił swoją be­stię. Niech po­czu­ją strach, ja­kie­go nie za­zna­li od dekad. Niech niebo nad nimi za­pło­nie tak, jak płoną moje ra­fi­ne­rie.

Puł­kow­nik ski­nął głową. Żad­nej emo­cji, żad­ne­go wa­ha­nia.

– Wszyst­ko jest go­to­we. Po­trze­bu­ję tylko pań­skiej au­to­ry­za­cji.

– Masz ją – wark­nął Sad­dam, pusz­cza­jąc jego ramię i zer­ka­jąc na pi­sto­let le­żą­cy na stole. – Jedź. Niech usły­szą ryk, któ­re­go nie za­po­mną do końca świa­ta.

Al-Ra­shid za­sa­lu­to­wał, od­wró­cił się na pię­cie i wy­szedł z bun­kra. Wie­dział, że za kilka go­dzin, głę­bo­ko pod wy­dma­mi pu­sty­ni Al-An­bar, w be­to­no­wym ukry­ciu przy­po­mi­na­ją­cym kon­struk­cje z cza­sów II wojny świa­to­wej, obu­dzi się broń, co nie zna li­to­ści. Coś, przed czym nie ma uciecz­ki.

***

Pu­sty­nia Al-An­bar wi­bro­wa­ła od na­ra­sta­ją­ce­go ci­śnie­nia, któ­re­go nie po­tra­fi­ła roz­pro­szyć żadna war­stwa pia­sku. We­wnątrz be­to­no­wej gar­dzie­li bun­kra, skon­stru­owa­ne­go na wzór na­zi­stow­skich ramp star­to­wych dla V-1, pa­no­wał nie­na­tu­ral­ny, piw­nicz­ny chłód, prze­sy­co­ny za­pa­chem ozonu i smaru. Major Gro­mow stał na sta­lo­wym po­mo­ście tech­nicz­nym, pa­trząc w dół na ma­to­wą po­wło­kę po­ci­sku.

To był je­dy­ny eg­zem­plarz. Ma­szy­na osta­tecz­nej za­gła­dy, którą pod nad­zo­rem Gro­mo­wa irac­cy in­ży­nie­ro­wie mon­to­wa­li w ab­so­lut­nej izo­la­cji przez ostat­nie dwa­na­ście mie­się­cy.

Kon­struk­cja opie­ra­ła się na ka­dłu­bie re­lik­tu ame­ry­kań­skie­go pro­gra­mu SLAM (Su­per­so­nic Low Al­ti­tu­de Mis­si­le) z prze­ło­mu lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych. Był to mo­nu­men­tal­ny, nad­dźwię­ko­wy po­cisk ma­new­ru­ją­cy o dłu­go­ści bli­sko stu stóp, wy­ko­na­ny ze sto­pów ty­ta­nu i stali ża­ro­od­por­nej, zdol­nych wy­trzy­mać pie­kiel­ne tem­pe­ra­tu­ry ge­ne­ro­wa­ne przez tar­cie po­wie­trza przy pręd­ko­ści Mach 3 na małej wy­so­ko­ści. Pier­wot­ny pła­to­wiec, od­na­le­zio­ny w za­po­mnia­nych ma­ga­zy­nach jako eg­zem­plarz te­sto­wy, zo­stał cał­ko­wi­cie wy­pa­tro­szo­ny i prze­bu­do­wa­ny. Usu­nię­to zbęd­ną apa­ra­tu­rę po­mia­ro­wą, a struk­tu­rę wzmoc­nio­no, by udźwi­gnąć nową, hy­bry­do­wą gło­wi­cę.

W sek­cji no­so­wej spo­czy­wa­ły dwie gło­wi­ce ją­dro­we W34, wy­do­by­te z tor­ped Mk 45 ASTOR. Każda z nich nio­sła śmierć o sile 11 ki­lo­ton.

Sys­tem był za­pro­gra­mo­wa­ny z nie­ludz­ką, wręcz dia­bel­ską zło­śli­wo­ścią. Plan lotu za­kła­dał prze­lot na małej wy­so­ko­ści nad naj­więk­szy­mi sku­pi­ska­mi ludz­ki­mi w USA, gdzie re­ak­tor ato­mo­wy sta­no­wią­cy napęd, pra­cu­ją­cy w otwar­tym cyklu, miał sypać izo­to­pa­mi bez­po­śred­nio w at­mos­fe­rę. Finał miał na­stą­pić nad Nowym Jor­kiem – tam obie gło­wi­ce miały zde­to­no­wać syn­chro­nicz­nie, do­my­ka­jąc cykl „Dnia Sądu”.

W kie­sze­ni mun­du­ru Gro­mo­wa za­wi­bro­wał te­le­fon sa­te­li­tar­ny.

Szy­fro­wa­ne po­łą­cze­nie rwało głos, na­da­jąc mu me­ta­licz­ne brzmie­nie. Hadi al-Ra­shid nie tra­cił czasu.

– Ba­by­lon prze­stał ist­nieć – głos puł­kow­ni­ka był suchy. – Nie mamy już czasu na sy­mu­la­cje. Masz au­to­ry­za­cję na start Al-Qiy­amah.

Gro­mow po­czuł, jak mię­śnie jego karku sztyw­nie­ją, a tętno przy­spie­sza, ude­rza­jąc ryt­micz­nie w skro­niach.

– Po­niał. Na­czy­na­jem ra­bo­tu – od­po­wie­dział krót­ko. 

– Do­pil­nuj star­tu oso­bi­ście – kon­ty­nu­ował puł­kow­nik. – Potem zli­kwi­duj świad­ków. Kom­pleks ma prze­stać ist­nieć. Nic nie może zo­stać dla Ame­ry­ka­nów.

– Sdie­ła­jem. Ni­ka­kich sle­dow nie bu­diet – uciął roz­mo­wę Gro­mow.

Major scho­wał te­le­fon i spoj­rzał na swo­ich ludzi – mil­czą­cych pro­fe­sjo­na­li­stów, któ­rzy wie­dzie­li, co ozna­cza roz­ruch re­ak­to­ra w otwar­tym cyklu – każdy, kto zo­sta­nie w hali star­to­wej bez osło­ny, zgi­nie w mę­czar­niach od cho­ro­by po­pro­mien­nej w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu minut.

– Wsie w buń­kier! Żywo! – ryk­nął Gro­mow, dając sy­gnał swo­jej eki­pie.

Ro­sja­nie bły­ska­wicz­nie wy­co­fa­li się za ma­syw­ne, oło­wia­ne drzwi izo­lo­wa­nej ste­row­ni. Hy­drau­li­ka za­sy­cza­ła, ry­glu­jąc wej­ście z głu­chym ude­rze­niem sworz­ni. Przez żółte szkło kwar­co­we Gro­mow ob­ser­wo­wał irac­kich tech­ni­ków, któ­rzy nie­świa­do­mi za­gro­że­nia wciąż krzą­ta­li się przy sta­lo­wym wózku star­to­wym. Po­cisk spo­czy­wał pod kątem pięt­na­stu stop­ni na siedmiuset-stopowej sta­lo­wej szy­nie, wy­cho­dzą­cej z wnę­trza bun­kra wprost w roz­ża­rzo­ne po­wie­trze pu­sty­ni.

Me­cha­nizm ru­szył ka­ska­do­wo. Naj­pierw bu­dził się do życia rdzeń re­ak­to­ra. 

– Wni­ma­ni­je! Ra­zo­griew re­ak­to­ra! De­siat’ se­kund! – krzyk­nął jeden ze spe­cjal­sów przy pul­pi­cie ste­row­ni­czym.

We­wnątrz sek­cji sil­ni­ko­wej ce­ra­micz­ne ma­try­ce na­sy­co­ne izo­to­pem uranu roz­ża­rzy­ły się do bia­ło­ści, cze­ka­jąc na ude­rze­nie po­wie­trza. Za­ma­sko­wa­na brama star­to­wa w wy­dmie na końcu rampy roz­su­nę­ła się z me­ta­licz­nym zgrzy­tem.

– Pa­szła! – wark­nął Gro­mow, ude­rza­jąc w głów­ny prze­łącz­nik se­kwen­cyj­ny.

Na­stą­pi­ła se­kwen­cja, która za­trzę­sła fun­da­men­ta­mi pu­sty­ni.

Naj­pierw zde­to­no­wa­ły ła­dun­ki wózka star­to­we­go.

Po­tęż­ny tłok roz­pę­dzał sześćdziesiąt tysięcy funtów bryły po­ci­sku wzdłuż pro­wad­ni­cy. Metal tarł o metal z nie­ludz­kim sko­wy­tem, sy­piąc sno­pa­mi iskier.

Gdy wózek minął po­ło­wę rampy, od­pa­li­ły dwa bocz­ne bo­oste­ry na pa­li­wo stałe. Ośle­pia­ją­cy, biały blask wy­peł­nił halę. Spręż gazów wy­lo­to­wych rzu­cił irac­kich tech­ni­ków na zie­mię, a fala ude­rze­nio­wa skru­szy­ła im płuca, zanim zdą­ży­li krzyk­nąć.

Al-Qiy­amah opu­ścił rampę z pręd­ko­ścią bli­ską nad­dźwię­ko­wej. Tysiąc stóp nad wy­dma­mi, gdy ci­śnie­nie dy­na­micz­ne wdar­ło się do wlotu czo­ło­we­go, na­stą­pi­ła faza kry­tycz­na.

Nad­dźwię­ko­we po­wie­trze zo­sta­ło spra­so­wa­ne w ka­na­le do­lo­to­wym i ude­rzy­ło w roz­ża­rzo­ny rdzeń. Na­stą­pi­ła bru­tal­na eks­pan­sja ter­micz­na. Z dyszy wy­rwał się ry­czą­cy słup fio­le­to­wo-bia­łe­go ognia. Wy­pa­lo­ne bo­oste­ry od­pa­dły, ude­rza­jąc w piach, a Al-Qiy­amah po raz pierw­szy ode­tchnął ato­mem. Nad­dźwię­ko­wy grom zrów­nał z grun­tem reszt­ki ma­sko­wa­nia rampy. Ma­szy­na we­szła na niski pułap prze­lo­to­wy, wy­plu­wa­jąc pro­duk­ty roz­sz­cze­pie­nia pro­sto w at­mos­fe­rę. Smuga pro­mie­nio­twór­cze­go pyłu za­zna­czy­ła jej drogę ku Ame­ry­ce.

Gro­mow wbił wzrok w mo­ni­tor. Zie­lo­na linia cięła ekran, sta­bi­li­zu­jąc wek­tor na Atlan­tyk.

– Wsio w pa­riad­kie. Tra­jek­to­ria norma. Ciel za­chwa­cze­na – za­mel­do­wał ope­ra­tor.

Na­stęp­nie wy­cią­gnął kartę pa­mię­ci z głów­ne­go kom­pu­te­ra i zmiaż­dżył ją pod ob­ca­sem. Sys­tem był au­to­no­micz­ny. Nikt nie mógł go już od­wo­łać.

Major od­cze­kał, aż sys­te­my wen­ty­la­cyj­ne ste­row­ni wy­rów­na­ją ci­śnie­nie. Wy­szli w cięż­kich, oło­wia­nych far­tu­chach i ma­skach pa­no­ra­micz­nych z fil­tra­mi. Po­wie­trze w hali sma­ko­wa­ło me­ta­lem, a pod po­wie­ka­mi Gro­mo­wa tań­czy­ły fos­fe­ny – bły­ski wy­wo­ła­ne bom­bar­do­wa­niem neu­tro­no­wym.

Irac­cy tech­ni­cy le­że­li na be­to­nie – nie­któ­rzy mar­twi od fali ude­rze­nio­wej, inni wy­mio­tu­ją­cy krwią, ich skóra przy­bra­ła trupi, szary od­cień w ciągu za­le­d­wie kilku minut pod wpły­wem dawki pro­mie­nio­wa­nia gamma.

– Dobit' ich. Żywo! – roz­ka­zał lo­do­wa­to.

Krót­kie, suche puk­nię­cia z wy­tłu­mio­nej broni za­koń­czy­ły pro­ces. To nie była walka, to była uty­li­za­cja za­so­bów, które ule­gły ska­że­niu. Na­stęp­nie skie­ro­wał kroki do głów­ne­go ter­mi­na­la. Nie mu­siał wy­da­wać roz­ka­zów do­ty­czą­cych mi­no­wa­nia – ła­dun­ki ter­micz­ne i kru­szą­ce zo­sta­ły roz­miesz­czo­ne w fun­da­men­tach i przy szy­nie star­to­wej już ty­go­dnie wcze­śniej.

Od każ­de­go za­mi­no­wa­ne­go sek­to­ra bie­gły prze­wo­dy do anten prze­kaź­ni­ko­wych ukry­tych w be­to­no­wych szy­bach.

– Wsie go­to­wa? – rzu­cił krót­ko do sa­pe­ra, który spraw­dzał diody na ra­dio­sta­cji de­to­na­cyj­nej. 

– Tak tocz­na. Ra­dio­za­pa­ły w sjet’i. – Saper podał do­wód­cy to­por­ny, me­ta­lo­wy na­daj­nik z an­te­ną i przy­ci­skiem.

Gro­mow spraw­dził tylko, czy kon­tro­l­ka syn­chro­ni­za­cji pali się na zie­lo­no. Bun­kier był teraz jedną wiel­ką pu­łap­ką, cze­ka­ją­cą na jeden sy­gnał ra­dio­wy za­ko­do­wa­ny na woj­sko­wej czę­sto­tli­wo­ści.

Major wie­dział, że zegar wy­wia­du USA wła­śnie za­czął tykać. Ślad ter­micz­ny star­tu re­ak­to­ra wy­pa­lił dziu­rę w ma­try­cach sa­te­li­tów roz­po­znaw­czych KH-11. 

– Dwaj­tie! By­striej k’ ma­szi­nom! – po­ga­niał swo­ich ludzi, czu­jąc na­ra­sta­ją­ce pie­cze­nie skóry i me­ta­licz­ny po­smak w ustach. 

Wy­pa­dli z be­to­no­we­go bun­kra na ze­wnątrz. Wsko­czy­li do trzech opan­ce­rzo­nych UAZ-ów, które stały z włą­czo­ny­mi sil­ni­ka­mi. Gdy kon­wój z ry­kiem sil­ni­ków od­da­lił się o milę, tnąc piach pu­sty­ni Al-An­bar, Gro­mow sie­dząc na przed­nim sie­dze­niu te­re­nów­ki, uniósł na­daj­nik. Kciu­kiem od­chy­lił me­ta­lo­wą klap­kę i bez wa­ha­nia wci­snął czer­wo­ny przy­cisk.

Zie­mia za ich ple­ca­mi naj­pierw gwał­tow­nie drgnę­ła, a potem na­stą­pił głu­chy, ba­so­wy po­mruk, który do­go­nił pę­dzą­ce wozy. Seria po­tęż­nych, zsyn­chro­ni­zo­wa­nych de­to­na­cji skru­szy­ła be­to­no­we ścia­ny. Siedmióset-stopowa rampa star­to­wa, ste­row­nia oraz ciała irac­kich tech­ni­ków zo­sta­ły po­grze­ba­ne pod to­na­mi pia­chu i na­pro­mie­nio­wa­ne­go gruzu. Nad miej­scem, gdzie na­ro­dził się po­twór, uno­sił się tylko bury grzyb pyłu, który pu­styn­ny wiatr za­czął na­tych­miast roz­wie­wać.

Kom­pleks prze­stał ist­nieć.

Wszyst­ko – od pla­nów po świad­ków – za­mie­ni­ło się w ra­dio­ak­tyw­ny żużel. Major spoj­rzał ostat­ni raz w lu­ster­ko wstecz­ne na dy­mią­cy lej, po czym po­pra­wił koł­nierz mun­du­ru.

– Ucho­dim. Dlia mira my bol­szie nie susz­cze­stwu­jem – mruk­nął, czu­jąc, jak ad­re­na­li­na po­wo­li opusz­cza jego ciało, zo­sta­wia­jąc miej­sce dla tę­pe­go, pul­su­ją­ce­go bólu głowy. Tym jed­nym zda­niem i ob­ro­tem klu­cza w de­to­na­to­rze za­trza­snął za nimi ostat­nie drzwi do rze­czy­wi­sto­ści. Nie było ra­por­tów, które mu­sie­li­by zło­żyć, ani do­wódz­twa, które cze­ka­ło­by na nich z od­zna­cze­nia­mi. Od tej se­kun­dy ich twa­rze miały zo­stać wy­ma­za­ne z pa­mię­ci, a akta – o ile ja­kie­kol­wiek jesz­cze ist­nia­ły – miały zo­stać prze­mie­lo­ne na pył.

Dla świa­ta, dla so­jusz­ni­ków i dla wro­gów prze­sta­li być żoł­nie­rza­mi, a stali się błę­dem w ewi­den­cji, który wła­śnie sam się ska­so­wał. Byli cie­nia­mi, które w pyle pu­sty­ni Al-An­bar stra­ci­ły ostat­nie ludz­kie kon­tu­ry. Gdy UAZ-y ru­szy­ły w stro­nę gra­ni­cy, nie zo­sta­wi­ły za sobą śla­dów, któ­rych kto­kol­wiek od­wa­żył­by się szu­kać. Roz­my­wa­li się w bla­sku po­ran­ka, prze­cho­dząc do hi­sto­rii. 

Kon­wój roz­pły­nął się w pyle pu­sty­ni, ru­sza­jąc w stro­nę gra­ni­cy, pod­czas gdy po­twór Al-Qiy­amah gnał już nisko nad pust­ko­wiem w stro­nę ame­ry­kań­skie­go wy­brze­ża, nio­sąc ato­mo­wą apo­ka­lip­sę.

***

Wa­szyng­ton późną wio­sną był ja­skra­wym prze­ci­wień­stwem irac­kiej pu­sty­ni. Za­miast za­pa­chu nafty i go­rą­ce­go ozonu, po­wie­trze w Ogro­dzie Ró­ża­nym pach­nia­ło wil­got­ną zie­mią i kwit­ną­cy­mi ma­gno­lia­mi. Reina stała w peł­nym mun­du­rze wyj­ścio­wym, sztyw­nym i nie­ska­zi­tel­nie bia­łym, czu­jąc na karku de­li­kat­ny po­wiew ma­jo­we­go wia­tru, który był znacz­nie przy­jem­niej­szy niż żar ka­bi­ny Tom­ca­ta.

Jej dło­nie, te same, które kilka mie­się­cy wcze­śniej z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją uwal­nia­ły czte­ry ty­sią­ce fun­tów stali nad Ba­bi­lo­nem, teraz spo­czy­wa­ły nie­ru­cho­mo wzdłuż szwów spodni.

Uro­czy­stość na­bra­ła cię­ża­ru, któ­re­go nie był w sta­nie roz­pro­szyć żaden ofi­cjal­ny uśmiech. To nie była tylko de­ko­ra­cja bo­ha­te­rów; to był bi­lans zy­sków i strat ope­ra­cji, która nigdy nie miała tra­fić do pod­ręcz­ni­ków w peł­nej wer­sji.

Pre­zy­dent stał przed rzę­dem bia­łych mun­du­rów, a za jego ple­ca­mi po­wie­wa­ły sztan­da­ry wszyst­kich ro­dza­jów sił zbroj­nych.

Jako pierw­szy wy­stą­pił ko­man­dor Wil­liam C. Gort­ney. CAG szedł po­wo­li, uty­ka­jąc, co przy­po­mi­na­ło wszyst­kim o bru­tal­nym ude­rze­niu w fale Za­to­ki. Pre­zy­dent przy­piął do jego pier­si Krzyż Ma­ry­nar­ki – dru­gie naj­wyż­sze od­zna­cze­nie ma­ry­nar­ki za nad­zwy­czaj­ne mę­stwo w ob­li­czu nie­przy­ja­cie­la. Tuż obok, Pur­pu­ro­we Serce za­lśni­ło na jego pier­si jako krwa­wy dowód ran od­nie­sio­nych pod­czas ka­ta­pul­to­wa­nia i znisz­cze­nia ma­szy­ny. Jego ofi­cer ra­dio­lo­ka­cyj­ny otrzy­mał iden­tycz­ny ze­staw.

Na­stęp­nie przed sze­reg wy­stą­pi­li Reina i Mark. Dla nich przy­go­to­wa­no naj­wyż­szy za­szczyt – Medal Ho­no­ru. Pre­zy­dent oso­bi­ście za­ło­żył błę­kit­ną wstę­gę na szyję Reiny. Ofi­cjal­ne uza­sad­nie­nie brzmia­ło: za znisz­cze­nie stra­te­gicz­nej in­sta­la­cji „Ba­by­lon” pod zma­so­wa­nym ogniem prze­ciw­lot­ni­czym oraz za wy­ka­za­nie się nie­spo­ty­ka­ną sku­tecz­no­ścią bo­jo­wą po­przez znisz­cze­nie dwóch irac­kich MiG-ów-25 i dwóch Su-22 w jed­nym locie bo­jo­wym. Ibar­ra, jako jej „oczy” i ope­ra­tor sys­te­mów, otrzy­mał ten sam medal.

Po­rucz­nik Da­niel Mer­cer i jego RIO otrzy­ma­li Srebr­ną Gwiaz­dę. Ich udział w walce ko­ło­wej, osło­na for­ma­cji i po­twier­dzo­ne ze­strze­le­nie Su-22, ura­to­wa­ły my­śli­wiec Reiny w naj­bar­dziej kry­tycz­nym mo­men­cie misji.

At­mos­fe­ra zmie­ni­ła się gwał­tow­nie, gdy wy­wo­ła­no na­zwi­sko ko­man­do­ra po­rucz­ni­ka Ja­me­sa Har­ri­sa.

Wdowa po do­wód­cy klu­cza wy­stą­pi­ła na­przód, trzy­ma­jąc za rękę ma­łe­go synka, który pa­trzył na błysz­czą­ce gu­zi­ki gar­ni­tu­ru Pre­zy­den­ta z mie­szan­ką stra­chu i dumy. Pre­zy­dent nie uśmie­chał się już do kamer. Skło­nił się nisko i z naj­wyż­szym sza­cun­kiem prze­ka­zał ko­bie­cie Krzyż Ma­ry­nar­ki, przy­zna­ny Har­ri­so­wi po­śmiert­nie za zwią­za­nie walką prze­wa­ża­ją­cych sił wroga i ze­strze­le­nie Su-22.

Chwi­lę póź­niej, zgod­nie z tra­dy­cją, asy­sta ho­no­ro­wa w bia­łych rę­ka­wicz­kach prze­ka­za­ła jej cia­sno zło­żo­ną w trój­kąt flagę Sta­nów Zjed­no­czo­nych – tą samą, która wcze­śniej przy­kry­wa­ła trum­nę bo­ha­te­ra. Po­dob­na ce­re­mo­nia od­by­ła się obok, dla ro­dzi­ny jego RIO. W Ogro­dzie Ró­ża­nym za­pa­no­wa­ła ab­so­lut­na cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie przez cichy szloch i łopot flag na wie­trze.

Reina stała z cięż­kim Me­da­lem Ho­no­ru na szyi, czu­jąc wzrok Gort­neya na swoim pro­fi­lu. On stra­cił sa­mo­lot i nie­mal życie. Har­ris stra­cił wszyst­ko. Ona zy­ska­ła miano le­gen­dy, ale w jej gło­wie wciąż hu­cza­ły F110 i pisz­czał ALR-67.

Kiedy ce­re­mo­nia do­bie­gła końca, Gort­ney pod­szedł do niej, ku­le­jąc. Nie za­sa­lu­to­wał – uści­snął jej dłoń tak mocno, że po­czu­ła to w ko­ściach.

– Dobra ro­bo­ta, Har­ris byłby z cie­bie dumny. Ja je­stem – po­wie­dział cicho.

Reina spoj­rza­ła na wdowę po Har­ri­sie, która tu­li­ła do pier­si flagę i synka. Ba­by­lon nie ist­niał. Bomb ją­dro­wych nie zrzu­co­no. Cena zo­sta­ła za­pła­co­na w twar­dej wa­lu­cie życia i stali.

Nikt z obec­nych na ce­re­mo­nii nie wie­dział, że w tej samej chwi­li, ty­sią­ce mil stąd, nad bez­kre­snym błę­ki­tem Oce­anu In­dyj­skie­go, po­wie­trze drży od nie­ludz­kie­go sko­wy­tu. Nikt nie wi­dział ty­ta­no­we­go cie­nia, który z pręd­ko­ścią trzech ma­chów prze­ci­nał ho­ry­zont, zo­sta­wia­jąc za sobą smugę ra­dio­ak­tyw­ne­go pyłu, cią­gną­cą się od brze­gów An­go­li aż po ar­chi­pe­lag Cza­gos.

Pod­czas gdy ka­pe­lan koń­czył mo­dli­twę, ce­ra­micz­ny rdzeń Al-Qiy­amah pul­so­wał nie­na­wist­ną bielą, kar­miąc sil­nik ener­gią roz­sz­cze­pie­nia. Odwet Sad­da­ma nie po­trze­bo­wał pi­lo­ta, nie słu­chał radia i nie uzna­wał za­wie­sze­nia broni. Był ma­te­ma­tycz­ną pew­no­ścią, która za czas znany je­dy­nie ze­spo­ło­wi Gro­mo­wa, miała przeniknąć przez wy­brze­że kon­ty­nen­tu od stro­ny Pa­cy­fi­ku, ude­rza­jąc w mięk­kie pod­brzu­sze Ame­ry­ki.

Wojna się skoń­czy­ła, ale jej ostat­ni po­sła­niec jesz­cze nie po­wie­dział ostat­nie­go słowa.

Koniec

Komentarze

Armata strzelająca z Iraku do USA to czysty Vernelaugh

 

skoro zagrożenie było tak ogromne, to dlaczego USA posłało tak małe siły i tak szybko się wycofały i dlaczego nie użyto rakiet balistycznych czy bombardować stratosferycznych…?

 

było wszystko czego można oczekiwać od gatunku

– wstęp historyczny (niepotrzebny, moim zdaniem, ale bywa w różnych pozycjach)

– CIA w którym Intelligence zastępuje brute force

– przywrócony as ratuje świat

– Oficer działa poza systemem

 

potężny cliffhanger. Nie wiem czy nie za mocny… będzie ciąg dalszy? nie możesz tego tak zostawić…

 

Pasowała mi forma, poza tym jednym nieszczęsnym rozdziałem. Jakby pisał ktoś inny.

 

poprosiłbym redaktorów o korektę. szkoda, żeby forma psuła dobrą treść.

 

udane opowiadanie.

The­Gu­ru – 

Armata strzelająca z Iraku do USA to czysty Verne

 

Projekt Babilon (ang. Project Babylon) był tajnym programem wojskowym realizowanym w latach 80. XX wieku przez Irak pod rządami Saddama Husajna, którego celem była budowa superdziała – największej broni artyleryjskiej w historii świata. Głównym konstruktorem tego przedsięwzięcia był kanadyjski inżynier Gerald Bull.

Cel i założenia: Działo miało dysponować kosmicznym zasięgiem (szacowanym na ponad 1000 km) i umożliwiać ostrzał terytorium Iranu lub Izraela z dowolnego miejsca w Iraku. Z technicznego punktu widzenia, celem było stworzenie „kosmicznego działa” (space gun), które mogłoby umieszczać satelity na orbicie lub wystrzeliwać ciężkie ładunki.

Skala konstrukcji: W ramach projektu powstawały dwa mniejsze działa (350 mm) oraz gigantyczne działo o kalibrze 1000 mm (tzw. Big Babylon). Długość lufy docelowego działa miała przekraczać 150 metrów, a waga wynosić ponad 2000 ton.

Konstruktor: Gerald Bull, ekspert od balistyki, wierzył, że tradycyjna artyleria jest tańszą alternatywą dla rakiet. Jego zaangażowanie wynikało z chęci realizacji HARP (High-Altitude Research Project) – wcześniejszego projektu kosmicznego działa.

Koniec projektu: Projekt nigdy nie został ukończony. Po zamordowaniu Geralda Bulla w Brukseli w marcu 1990 roku (prawdopodobnie przez Mossad), prace nad superdziałem zostały wstrzymane. Części działa, importowane z Europy pod przykrywką „petrochemicznych zbiorników ciśnieniowych”, zostały przejęte przez brytyjskie służby celne.

Destrukcja: Po zakończeniu I wojny w Zatoce Perskiej, irackie centra badawcze oraz niedokończone elementy działa zostały zniszczone przez ONZ.

Projekt Babilon jest uznawany za jeden z najbardziej ambitnych, a zarazem niepraktycznych projektów zbrojeniowych XX wieku, który ostatecznie przegrał z nowoczesną technologią rakietową (Scud). 

 

Poszedłem w stronę space gun. 

 

skoro zagrożenie było tak ogromne, to dlaczego USA posłało tak małe siły i tak szybko się wycofały i dlaczego nie użyto rakiet balistycznych czy bombardować stratosferycznych…?

Mamy wyjaśnione (pokrótce) w naradzie w Białym Domu i po nieudanym przełamaniu pancernym

 

było wszystko czego można oczekiwać od gatunku

Baaaardzo dziękuję laugh

 

potężny cliffhanger. Nie wiem czy nie za mocny… będzie ciąg dalszy? nie możesz tego tak zostawić…

Oczywiście. Będzie część piąta angel

 

Pasowała mi forma, poza tym jednym nieszczęsnym rozdziałem. Jakby pisał ktoś inny.

którym?

 

Działo miało dysponować kosmicznym zasięgiem (szacowanym na ponad 1000 km)

ciągle daleko do USA

którym?

no tym z 200 szt. “jak”

Oczywiście. Będzie część piąta angel

super

The­Gu­ru - 

 Z technicznego punktu widzenia, celem było stworzenie „kosmicznego działa” (space gun), które mogłoby umieszczać satelity na orbicie lub wystrzeliwać ciężkie ładunki.

no tym z 200 szt. “jak”

to pójdzie pod nóż raz jeszcze.  yes

 

angel

Nowa Fantastyka