Kolejny wątek poboczny w powieści Cuiavia. Na razie tylko wprowadzam nowych mieszkańców, później poświęcę im więcej uwagi.
Kolejny wątek poboczny w powieści Cuiavia. Na razie tylko wprowadzam nowych mieszkańców, później poświęcę im więcej uwagi.
Deszcz więził od świtu. Ciężkie chmury wisiały tuż nad strzechą, trzymając dym w ciasnej izbie. Swąd paleniska mieszał się z zapachem mokrej wełny, dziegciu i chleba.
Młodszy siedział na klepisku, tępym patykiem rzeźbił bruzdy w ubitej ziemi. Starszy turlał kubek po stole, licząc krople przesiąkające przez poszycie. Bezczynność odbierała chęć do rozmowy.
Sambor ostrzył nóż. Rytmiczny chrobot stali o osełkę wypełniał ciszę, drażniąc nerwy.
– Przestańcie – mruknął, nie podnosząc wzroku. – Bo was w gumnie zatrzasnę.
Bębnienie nad ich głowami zelżała. Ciężki stukot kropel przeszedł w syczący szept mżawki.
– Możemy? – Starszy stanął przy drzwiach, kładąc dłoń na ryglu.
Matka, zajęta przędzeniem, spojrzała na męża. Skinął głową.
– Tylko nie dalej niż do potoku. I wracać, jak zawołam.
Wypadli przez niskie odrzwia. Bose stopy mlasnęły w błocie. Radosny pisk przeciął duchotę, a potem śmiech utonął w gęstwinie olch nad wodą. Chwila mijała za chwilą. Mżawka nie ustawała, osiadając na wszystkim.
Sambor odłożył nóż.
– Wołaj ich – rzucił krótko.
Wyszła na próg. Wilgoć oblepiła jej twarz i lnianą tunikę.
– Hej! Do dom! – krzyknęła w opole. Nikt nie odpowiedział. – Chłopaki! – zawołała głośniej.
Cisza. Tylko miarowe kap, kap z krawędzi dachu.
Wróciła po chustę. Serce uderzyło jej mocniej, szarpanym rytmem. Przebiegła przez podwórze, sprawdziła gumno, zagrodę dla kóz. Pusto.
– Sambor! Nie ma ich w obejściu! – wrzasnęła, dopadając progu.
Wbiegła w las. Błoto wchodziło między palce nóg, chłodne i śliskie. Olchowe gałęzie biczowały twarz. Krew spływała po policzkach, mieszając się z deszczem. Krzyk przeszedł w pisk, gardło paliło.
– Dziatki! Gdzieście?!
Las się skończył. Wypadła na polanę. Słońce przebiło chmury. Powietrze przed nią zaczęło drgać. Stało się lepkie. Chciwie wyrywała z drgającej przestrzeni każdą cząstkę tchu. Brama światła dotykała mokrej trawy tuż przed jej stopami. Nie zatrzymała się. Przeszyła kurtynę biegiem. Pędziła na oślep, wprost przez tę drgającą ścianę, krzycząc za synami.
Ucisk w klatce piersiowej dławił, wnętrzności wywracały się na drugą stronę. Kości trzasnęły. Mrowienie uniosło włosy na karku, ciało przeszył dreszcz, skręcając kręgosłup. Świat zgasł, zmiażdżony otępiającym uciskiem skroni.
Wyskoczyła po drugiej stronie, potykając się, ale nie zwolniła. Strach dławił. Rozejrzała się po polanie – pusto. Gnała szybciej niż kiedykolwiek. Oddech rwał krtań, stopy grzęzły w darni, trawa cięła skórę.
Wtargnęła do izby, otwierając barkiem drzwi. Błoto z nóg prysnęło na palenisko.
– Zginęły! Sambor, nie ma ich! – Zamarła.
Słowa uderzyły ją w pierś głębokim, drapieżnym basem. Nawoływanie zdarło gardło, zostawiając w krtani posmak żelaza, a z płuc dobyło się jedynie obce, męskie warknięcie. Powietrze w izbie zadrżało od niskiej wibracji.
Mąż zerwał się z ławy. Cofnął się gwałtownie, chwycił za ciężki, dębowy ożóg z paleniska.
– Won! – ryknął, a w jego oczach płonął obłęd. – Kim jesteś?! Cóżeś zrobił z moją żoną?!
– To ja! – Chwyciła się za pierś. – Sambor, to ja!
Dłoń trafiła na płaskie, twarde mięśnie. Materiał giezła wisiał luźno, nie opinał się na niczym. Spojrzała w dół. Dłonie były większe, knykcie porośnięte rzadkim, ciemnym włosem. Tunika, rano sięgająca kolan, teraz ledwo zakrywała uda, odsłaniając potężne, owłosione nogi. Stała przed nim w swoim ubraniu, w obcym ciele.
Postąpił krok, uniósł polano wysoko nad głowę. Drewno zadrżało w jego pięściach. Cofnęła się pod ścianę, chroniąc głowę owłosionymi ramionami. Giezło napięte na szerokich barach, trzasnęło.
– Stań! – Chata zadrżała od basu. – Przypomnij sobie naszą pierwszą noc po sianokosach!
Znieruchomiał. Oddech rwał płuca, świszczał przez zaciśnięte zęby.
– Każdy mógł podsłuchać… – warknął, nie uderzył.
– Powiedziałam ci wtedy o znamieniu – mówiła, każde słowo dudniło w jej czaszce obcym echem. – Na wewnętrznej stronie uda. Wstydziłeś się go. Mówiłeś, że przypomina liść dębu, że to znak od czarta. Obiecałam, że będę je całować, żebyś przestał czuć wstręt. Tylko ja o tym wiem, Samborze. Tylko ja!
Osunął się na klepisko, zasłonił twarz dłońmi. Całe ciało dygotało.
– Bogowie… – jęknął w dłonie. – Dziatki przepadły, a tyś… tyś chłopem wróciła.
Nie było czasu na łzy. Wita dopadła do niego, chwyciła za bary, niemal poderwała go z kolan.
– Wstawaj! – rzuciła krótko. – Szukajmy ich, póki widno!
Wypadli z chaty wprost w szary, mokry zmierzch. Biegli na oślep. Wita w strzępach giezła, które powiewało na potężnych udach. Las był teraz inny – groźniejszy, gęstszy. Wyrzucali z siebie imiona synów, płuca płonęły.
– Paszko! Mirko! – ryczała Wita, las oddawał jej obcy głos.
Przeszukiwali każdy jar, brodzili w lodowatym potoku, wyrywali kępy paproci. Błoto lgnęło do nóg, gałęzie chlastały po oczach. Każdy cień wydawał się małą sylwetką, każdy trzask gałązki – krokiem dziecka. Ale znajdowali tylko mokrą korę i śliskie kamienie.
Noc ostatecznie zgasiła nadzieję. Nie było krzyku, nie było płaczu. Tylko szum wiatru w koronach olch i ich ciężkie oddechy. Wrócili wyczerpani, przerażeni, pokonani.
Sambor usiadł na progu, gapiąc się w ciemność. Wita stanęła przy pustym łożu. W świetle dogasającego łuczywa jej wielki cień padał na ścianę, przykrywając miejsca, gdzie jeszcze rano siedzieli synowie.
Przez kilka dni wieś tętniła szeptem. Sąsiedzi przychodzili na próg, składali wyrazy współczucia. Patrzyli na „brata” Wity, który nagle pojawił się w chacie, i milczeli. Nikt nie dociekał, gdzie podziała się matka. Wierzyli, że uciekła z rozpaczy, a ten milczący chłop to krewny, który przyszedł pomóc w nieszczęściu.
Ciasne obejście odbierało im dech. Każdy kąt parzył. Pusta miska na stole, niedostrugany patyk na klepisku, mała onuca w kącie izby – każdy przedmiot dławił, jak nóż wbity pod żebro.
„On” nie mógł patrzeć na krosna. Sambor nie mógł patrzeć na „niego”. W potężnych barach i basowym mruczeniu szukał cienia żony. Odeszli w tajemnicy, zanim jesień na dobre rozmyła drogi. Wyszli przed świtem. Kilka kroków za obejściem osada przestała istnieć, pochłonięta przez szarą, mokrą pustkę. Ruszyli na poniewierkę, karmiąc się kruchą nadzieją, że w głębi kniei Leszy splecie ich pobłądzone ścieżki i rzuci synów prosto w ich wyciągnięte ramiona.
Szli tygodniami. Stopy pękały, rany ropiały, a głód skręcał kiszki. Bór nie miał końca. Spali plecami do siebie, nie rozmawiali. Milczała, by nie oszaleć od brzmienia cudzego głosu.
Dotarli do osady w dolinie. Wyglądała zasobnie, chaty były solidne, dym z palenisk pachniał spokojem. Stanęli przed starcem, który rządził tą ziemią.
– Kim jesteście? – Mierzył wzrokiem zniszczonych drogą mężczyzn.
– Braćmi – rzucił krótko Sambor, wbijając wzrok w ziemię. – Szukamy miejsca. Prawa do osiodłania.
Starosta milczał długo, wsparty na dębowym kosturze. Patrzył na Sambora, potem na Witę, której potężne bary ledwo mieściły się w podartej koszuli. Mrużył oczy, ważył przydatność dla sioła.
– Mówicie: bracia – odezwał się w końcu.
Skóra na żuchwie Sambora napięła się jak postronek.
– Potrzebujemy ziemi – rzuciła Wita krótko, głębokim basem. – Pracy. Strzechy nad głową.
– Ziemi we wsi nie ma. Każda bruzda policzona, każde gniazdo zajęte. Swoich wykarmić ledwo starcza. Niesiecie ze sobą cień. Czuję go, widzę w waszych oczach. Las was wypluł, do lasu wracajcie.
Wskazał kosturem, gdzie puszcza gęstniała, czerniejąc pod naporem nadciągającego wieczoru.
– Nad strumieniem jest polana. Dawno temu stała na niej chata, dziś to zielsko i próchno. Tam możecie ostać. W puszczy ziemi pod dostatkiem. Budujcie, karczujcie, zdychajcie – wedle woli. Ale do wsi nie zachodźcie bez potrzeby.
Skinęli głowami. Bez wdzięczności, z rezygnacją.
– Pójdziemy – mruknęli.
Ruszyli w stronę matecznika, niosąc resztki dobytku i tajemnicę. Wieś patrzyła im w plecy w absolutnej ciszy.
* * *
– Piękna historia. I straszna – szepnęła Agnieszka, obracając w palcach mokrą wiklinę.
Jagna prychnęła, wycierając ręce w zaplamioną zapaskę.
– Piękna czy nie, ludzie ją plotą. Skąd znają, nie pytaj. Może i tęcza babie bebechy wywróciła, a serca nie ruszyła. A dla mnie to odmieńce.
– Odmieńce? Dlaczego? Los ich tak pokarał.
– Los? – Staruszka zmrużyła oczy, podeszła bliżej. – Młoda jesteś, ale swojego chłopa już masz i żaden tak za babą nie ślepi. Ino pomyśl. Wolnych dziewek u nas dostatek. I sąsiednich siołach też. I co? Żaden z nich baby do chaty nie zaciągnął.
Milczała. Chropowata kora wbiła się w dłoń.
– Bo są rodziną? – spróbowała, głos jej drżał.
– Baby nie mają, bo ich wcale nie szukają. Niejedna za nimi ślepia wypłakała. Najładniejsza w opolu ojca ubłagała, by swata słał. I co? Odprawili go z niczym. Wstyd staremu przyniosła, jakby jakową niedojdę z chaty wypychał.
– To… nikt nie wierzy w tę tęczę? – zapytała cicho.
Jagna splunęła na klepisko.
– Wierzą. Jak trzeba, to wierzą. – Milczała chwilę, patrząc gdzieś w stronę lasu. – A jak nie trzeba – dodała w końcu – to każdy widzi, co chce.
Ciekawa opowieść. Nie kojarzę motywu, żeby poszukująca dzieci matka nieodwracalnie (?) zamieniała się w faceta.
Miło, że później panowie nie chcieli się ponownie żenić. Piękny przykład monogamii. Wprawdzie to nie śmierć ich rozłączyła… No, przypadek interesujący, daje potencjał do rozwoju w rozmaitych kierunkach.
A co właściwie stało się z dzieciakami?
Babska logika rządzi!
Nie kojarzę motywu, żeby poszukująca dzieci matka nieodwracalnie (?) zamieniała się w faceta.
tak działa tęczą w mitologii słowiańskiej
A co właściwie stało się z dzieciakami
A to tylko bogi wiedzą
Wskazał kosturem, gdzie puszcza gęstniała, czerniejąc pod naporem nadciągającego wieczoru. – Tam, nad strumieniem, jest polana. Dawno temu stała tam chata, dziś to zielsko i próchno. Tam możecie ostać. W puszczy ziemi pod dostatkiem. Budujcie, karczujcie, zdychajcie – wedle woli. Ale do wsi nie zachodźcie bez potrzeby.
Rozumiem, że to prosty chłop, ale tam, tam, tam, to chyba zwykłe powtórzenie, czy się mylę?
– To… nikt nie wierzy w tę tęczę? – zapytała cicho.
Bardzo na czasie, dzisiaj tęcza ma tak bogate znaczenie :-)
Jedyne co mi nie pasuje w tej historii to nagłe szukanie dziatek. Ledwo dzieciaki wybiegły z chałupki i matka zaraz panikuje i biega za nimi po lesie.
Spodobał mi się motyw przemiany – za to plus.
Polecam wyjustować tekst.
Pozdrawiam
Zacznę do tego, i nie jest to poprawka językowa :)
– Piękna historia. I straszna – szepnęła Agnieszka, obracając w palcach mokrą wiklinę.
To pierwszy moment, który nie zabrzmiał naturalnie. Dlaczego? Bo po przeczytaniu historii w głowie tłukły mi się dwa pytania: co się stało z dziećmi, i co się później stało z tęczowymi braćmi? I mam wrażenie, że nie tylko ja mam ochotę je zadać (Finklo, właśnie zostałaś bratnią… eee, siostrzaną duszą w komentarzach). Dlaczego Agnieszka o to nie pyta, czy się kryguje przed staruszką, a może to taki typ staruszki, której trzeba słuchać, a nie zadawać pytania, bo jeszcze krzywo spojrzy?
Nie dowiadujemy się, dlaczego zaginęły dzieci, czy ma to coś wspólnego z tęczą, czy nie, czy są to zjawiska skorelowane, zamierzony przejaw działania złośliwej siły, czy tez może zbieg okoliczności (który nie zabrzmi zbyt przekonująco, mamy niewyjaśnione zaginięcie i błyskawiczną przemianę tęczową).
Dobrze, dzieci mogły zginąć/zaginąć na wiele sposobów. Obecnie też ludzie znikają, i pomimo wykorzystania śmigłowców i dronów nie udaje się ich znaleźć. Kiedyś spałem w lesie, nagle przyjechała policja, pytali, czy nie widziałem starszego pana. Śledziłem potem doniesienia, po prostu zniknął.
Zatem może i jest bardziej naturalnie pod względem przypadkowości świata, ale nie pod względem spójności fabuły. Opowiadanie daje zagadkę, ale potem do niej nie wraca.
Opowiadania zwykle mają coś pokazać, mają jakąś myśl przewodnią. Porzucone wątki powodują, że czytelnik się gubi. W książce porzucone wątki nie rażą, bo reszta fabuły to rekompensuje. Tutaj musiałem się przerzucić z dzieci do odrzucenia społecznego, które też nie jest opisane do końca. Dobrze, dają im miejsce do życia na leśnej polanie, ale wątek się urywa.
A dwa niedokończone wątki na niecałe 9000 znaków to dla mnie za dużo 
Podobał mi się za to dobór słów i opisy. Dialog w zakończeniu, choć niczego nie rozwiązał, też brzmiał dobrze.
W tekście jest masa powtórzeń. Te same słowa powtarzają się w sąsiednich zdaniach. Gdyby nie one, to styl byłby świetny. Na razie tak mnie rozpraszają, że trudno jest wyłapywać inne rzeczy.
Witam :]
Zgadzam się z marzanem, doboru słów można się z tego tekstu uczyć. Wieś tętniła szeptem
Jest za to sporo dialogów nie zaczętych od nowego akapitu.
Podejrzewam, że wątki są niepodomykane, bo w tekście najważniejsze miało być jakieś przenośno-polityczne znaczenie (tęcza, która zamienia babę w chłopa?), ale ja niestety jestem słaby w metafory, więc nie wiem, co dokładnie chciałeś powiedzieć.
Pozdrawiam
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Finklo, właśnie zostałaś bratnią… eee, siostrzaną duszą w komentarzach
Spoko, jak się przewinę przez tęczę, mogę być bratnią. :-)
Babska logika rządzi!
To ona nie zamieniła się w potwora? To w końcu chłop był czy baba?
Ucisk w klatce piersiowej dławił, wnętrzności wywracały się na drugą stronę. Kości trzasnęły. Mrowienie uniosło włosy na karku, ciało przeszył dreszcz, skręcając kręgosłup. Świat zgasł, zmiażdżony otępiającym uciskiem skroni.
Ładnie napisane. Dużo na raz, ale w dalszej części historii wyjaśnia się dlaczego jest takie skupienie na tej scenie. Szczerze, dobra, krótka historia, bez happy-endu, podoba mi się.
Prestidigitator
Wydaje mi się, że cała historia zyskuje dużo jako element uniwersum. A to jest budowane bardzo szeroko i ma mnóstwo otwartych wątków. Rozumiem, że bracia-niebracia jeszcze się pojawią, odegrają ważną rolę, może tam historia wybrzmi do końca. Wymaga to jednak czytelnika, który “ogarnia” wszystkie opowiadania i fragmenty. Nie jest to złe, sam piszę serie, tylko warto od czasu do czasu dać też czytelnikom zamkniętą historię, bo mogą się pogubić :)
dzięki za wizytę i opinie.
Hesket
Rozumiem, że to prosty chłop, ale tam, tam, tam, to chyba zwykłe powtórzenie, czy się mylę?
tak, jak bym wrócił z dżungli i przywiózł tam-tam.
Ledwo dzieciaki wybiegły z chałupki i matka zaraz panikuje i biega za nimi po lesie.
małych dzieci nie było w obejściu, panika jest uzasadniona, moim zdaniem. powiedzmy, że była nadopiekuńcza.
To ona nie zamieniła się w potwora? To w końcu chłop był czy baba?
⤵️⤵️⤵️
Marzan
Nie dowiadujemy się, dlaczego zaginęły dzieci,
tak w domyśle. – Tylko nie dalej niż do potoku. I wracać, jak zawołam
Opowiadanie daje zagadkę, ale potem do niej nie wraca.
bo główną zagadką opowiadania są mężczyźni żyjący razem.
Dialog w zakończeniu, choć niczego nie rozwiązał, też brzmiał dobrze.
nie chciałem czytelnikom wykładać gotowego rozwiązania. sytuację tłumaczyła staruszka wg logiki swojego świata
Tutaj musiałem się przerzucić z dzieci do odrzucenia społecznego, które też nie jest opisane do końca.
mądrość starca albo tylko ostrożność:
Niesiecie ze sobą cień. Czuję go, widzę w waszych oczach. Las was wypluł do lasu wracajcie.
GalicyjskiZakapior
miało być jakieś przenośno-polityczne znaczenie
tego starałem się unikać.
Prestidigitator
Szczerze, dobra, krótka historia, bez happy-endu, podoba mi się.
dzięki
Zamysł opowiadania miałem taki:
We wsi, połowa X wieku, mała izolowana wieś gdzieś w puszczy (akcja głównego cyklu). Pojawia się dwóch mężczyzn, mówią, że są braćmi, ale sąsiedzi szybko dostrzegają, że są dla siebie bardziej jak małżeństwo. Próbują sobie to tłumaczyć w swoim systemie wartości. Motyw przemiany pod tęczą jest powszechnym motywem w słowiańskiej mitologii więc zakładam, że wszyscy tak sobie tłumaczyli istnienie par homo.
Historia jest tylko ludową przypowieścią, która ma tłumaczyć istnienie takich par.
Jagna prychnęła, wycierając ręce w zaplamioną zapaskę. – Piękna czy nie, ludzie ją plotą. Skąd znają, nie pytaj. Może i tęcza babie bebechy wywróciła, a serca nie ruszyła. A dla mnie to odmieńce.
Jeszcze raz dziękuję za opinię. Biorę się za poprawki.
Gdyby i mąż zmienil płeć, byłoby ciekawie, a tak to prasłowiańskie ideolo z tego wyszło. No i gdzie i po co przepadły dzieci? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi…;)
Już tylko spokój może nas uratować
Rybaku, czy chcesz pozwolić dwóm facetom na wychowywanie dzieci? ;-)
Babska logika rządzi!
Rybak3
Gdyby i mąż zmienil płeć,
albo tylko mąż…c’nie
gdzie i po co przepadły dzieci?
gdzie: nigdzie, nigdy nie istniały
po co: by historia mogła się zadziać
Marzan
sam piszę serie
zanęciłeś to się pochwal
Chwalone gorzej rośnie :P
Zdecydowałem się zaklikać – czasem robię to w pewnym odstępie od przeczytania, bo wtedy wiem, czy historia została mi w pamięci. Ta została ze względu na ładnie opisany motyw tęczy, jej znaczenie i niektóre scenki – perełki. Choć z tymi dziećmi które były-niebyły nadal czuję się jak po wyjściu z seansu Mulholland Drive :)
Chwalone gorzej rośnie :P
dlatego nie chwal mnie, krytyka daje mi więcej.
To zaledwie cząstka Twojego dzieła, a choć nieźle się czytało, ale nie mogę powiedzieć, że pojęłam, co i dlaczego przydarzyło się Wicie, kiedy szukała synów.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
w mitologii Słowiańskiej przejście pod tęczą zmieniało płeć. tak sobie tłumaczono istnienie osób innych niż hetero.
TheGuru, dziękuję za wyjaśnienie. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.