Półmrok biura i szum liczydła kontruje mrugająca jarzeniówka i żarzący się tytoń. W powietrzu czuć gryzący, smolisty dym papierosowy, w którego kłębach przełamuje się światło. Ciężka, bura i osmolona kotara zasłania jedyne okno.
Zbliża się północ. Detektyw Franz Noski odpala od niechcenia liczydło elektronowe. Naciąga rękaw, zdejmuje zaśniedziałą spinkę do mankietu z grawerem w kształcie orła i odsłania nadgarstek z gniazdem. Chwyta wystający z maszyny kabel i podłącza go. Systemy się bootują, przez chwilę przed oczyma wyświetla się interfejs ładowania, odcinający użytkownika od otaczającej go rzeczywistości. Gdy panel zniknął, Franz zaciągnął się dymem.
Wydech. Na ekranie liczydła pojawiają się najnowsze wydania gazety sieciowej. Kolejne zaśnięcia, system tram-lotów był ponownie przeciążony, powodując opóźnienia, partia ogłasza sukces dyplomatyczny – udało się sprowadzić nową transzę kubańskich pomarańczy i kazachskiego tytoniu. Fabryki pracują ponad normę po raz 70 z rzędu. Pierwsza Sekretarz dla ocieplenia wizerunku partii zaczęła się pojawiać w telewizji śniadaniowej. W rozmowie z dziennikarzem ogłosiła zakup nowej floty rządowych lotochodów francuskiego Citroena, stare FLO mają trafić na rynek wtórny, dla przodowników pracy i kluczowych działaczy partyjnych. Program pogodowy zapowiada zbliżającą się odwilż.
Ostatnia ofiara zaśnięcia – Hans Kolski został znaleziony w kantynie pracowniczej Fabryki Liczydeł Elektronowych i Xenotechnologii PREDOM FLEX w Stargardzie. Dane nie pokazują powiązań z poprzednimi ofiarami. Żaden ze śniących dalej się nie wybudził, próby ponownego podłączenia do systemu za każdym razem kończyły się fiaskiem. Aktywność fal mózgowych pozostaje na poziomie marginalnym, wystarczającym do podtrzymania funkcji życiowych, zbyt małym na aktywację świadomości i połączenie z xenoimplantami.
Franz zaciąga się papierosem. Ekran liczydła pokazuje kolejne nakładające się na siebie informacje. Śniący pochodzą z wszystkich warstw społecznych – członkowie partii i opozycji, inteligencja, robotnicy, dyrektorowie i prywaciarze, sklepikarze i lekarze. Tylko w tym miesiącu, w całej Republice Ludowo-Śródeuropejskiej – 180 osób, niezależnie czy obywatel jest Niemcem, Polakiem, Czechem, czy Żydem. Jedyni odporni wydają się Cyganie, ale wśród nich i tak większość nigdy nie połączyła się z systemem.
Na mapie myśli wyświetlili się wszyscy śniący od ostatnich 20 lat, jedyne powiązanie – podłączenie do systemu.
Nie zawęża to zbytnio ani puli osób zagrożonych, ani potencjalnych przyczyn zaśnięć. Według najnowszych estymatów, do systemu było podłączonych niemal 80% obywateli. Nawet przy założeniu, że dane są wyolbrzymione, mowa o przynajmniej połowie mieszkańców Republiki.
Dzwoni telefon. Pchełka. Pyta się, czy Franz otworzył już prezent urodzinowy, który zostawiła pod drzwiami biura. Przytakuje. Na biurku leży nowy notes i lśniąca papierośnica z inicjałami FN. Ładna rzecz, produkcja amerykańska, zdobycie jej musiało być nie lada wyzwaniem.
– Nie powinnaś wydawać twardej waluty na prezent dla takiego starego pierda jak ja – powiedział Franz, przełączając połączenie na bezpośrednio systemowe – wujek się wnerwi, jeżeli się dowie, co robisz z jego papierkami.
Pchełka się śmieje i zbywa naganę, wiedziała, że prezent się spodobał, inaczej by nie narzekał, a WS się nie obrazi o te kilka drobniaków wydanych w szczytnym celu.
Nie miał na to odpowiedzi. Od strzelaniny podczas protestów przeciwko przenosinom dyrektora LOTTY do Instytutu Prawdy, Pchełka nie miała w zwyczaju żałować nawet najgłupszych wybryków. Nie wiedział, skąd się to u niej bierze. Dwie dekady działania w opozycji nie były w stanie utrzeć pchełkowego nosa, jej mózg operował inaczej, cholera wie, czy to efekt polskiej buty, braku xenoimplantów, czy jakiejś formy boskiej interwencji. Pchełka po prostu się nie przejmowała, robiła to, co uważała za słuszne, a konsekwencje uznawała za element życia, na który i tak nie miała wpływu.
Spytała się co u niego.
Sprawa dalej stała, system nie dawał odpowiedzi, dane jedynie plątały wątki. Wydawało się, jakby coś spoza systemu losowo odłączało ludzi.
Zapytała, czy podejrzewa działanie partii.
Nie brał tego pod uwagę, partia i tak ma zbyt dużo własnych problemów. Jeżeli już istnieje ktoś, komu ta sytuacja byłaby na rękę to zachodniej agenturze lub terrorystom.
Wyśmiała go. Partia robiła już gorsze rzeczy i on sam dobrze o tym wie. Miała rację, wiedział, ale i tak odrzucał taką możliwość. Był zbyt zmęczony, by znowu ingerować w sprawy rządowe. Mimo 20 lat, LOTTA ciągle mu ciążyła. Nie widział sensu w angażowanie się w teorie spiskowe. Zasypianie równie dobrze mogło być spowodowane błędem w implantach, lub niedopatrzeniem w systemie, zrzucanie winy na partię jedynie odciągało od realnego problemu. Jeżeli nie będzie miał żadnego dowodu, to woli nawet nie stawiać hipotez, tak jest bezpieczniej.
Pchełka zaśpiewała Sto lat i się rozłączyła.
Trzecia w nocy. Powinien od przynajmniej dwóch godzin leżeć w łóżku. Nie mógł spać. Tabletki nie działały, umysł przepełniały myśli.
To nie była pierwsza taka noc. Od dawna miał problemy ze zmrużeniem oka. Kiedyś próbował oszukać własny organizm, kładł się do łóżka, zamykał powieki i udawał, że śpi, przełączając system w stan odpoczynku. Z czasem jednak przestał to robić. Zasypiał tylko wtedy, gdy rzeczywiście go nużyło, pozostałe noce poświęcał na pracę i podróże po śpiącej metropolii. Znał już wszystkie meliny w mieście, zapamiętał każdy rozkład jazdy nocnych tram-lotów i na bieżąco poszerzał swoją nocną listę podejrzanych mieszkańców uśpionej stolicy.
Tej nocy wsiadł w Tram-Lot 15 do Wieży Zjednoczenia. Pojazd oświetlały żółte neony, fotele pokrywała twarda, butelkowa neoskóra. Poza nim i motorniczym, w piętnastce siedziało jeszcze pięć osób. Młodzież mieszana, dwie skąpo ubrane i wyzywająco umalowane dziewczyny w kabaretkach, miniówach i ortalionowych kurtkach. Po twarzach widać, że brały Xenotron, ich wzrok pływał zatopiony w sieci, a oczy miały ślepo wpatrzone w teleodbiornik. Razem z nimi siedziała trójka mężczyzn. Dwójkę Franz miał na swojej liście nocnych mieszczan – Ludwiga Hoepke i Tomasza Ritza – łysych, obleśnych osiłków ubranych w czarne, pikowane skóry, zdobyczne glany i zdarte bojówki. Trzeciego nie kojarzył. Przystojny, młody mężczyzna w dłuższych, kruczoczarnych włosach, z granatowymi oczami i przenikliwym wzrokiem, ubrany w brązowy prochowiec i dżinsy. Jako jedyny z grupy wydawał się nie być pod wpływem narkotyków.
Hoepke i Ritz przystawiali się do dziewczyn i obmacywali je, wsuwając swoje tłuste, brudne łapska pod spódniczki i w dekolty, w czasie gdy trzeci zdawał się patrzeć ze złośliwym, pełnym młodzieńczej pyszałkowatości uśmieszkiem w stronę Franza. Wyraz twarzy zadawał pytanie retoryczne – Podoba ci się, to co widzisz dziadzie? – Detektyw nie reagował. To nie była jego sprawa, ciche pojękiwania naćpanych dziewcząt i płytkie sapanie łysych trepów to częste motywy przewodnie nocnej symfonii dźwięków uśpionego miasta. Nie robiło to na nim wrażenia, to nie był jego problem.
Tram-Lot wylądował z przeciągłym buczeniem silników antygrawitacyjnych na trzydziestym szóstym piętrze Wieży Zjednoczenia. Franz poprawił kołnierz, naciągnął kapelusz na głowę i wyszedł na oprószony śniegiem przystanek. Wyciągnął zza pazuchy papierośnicę i szybkim ruchem chwycił papierosa. Gryzący dym połączony z mroźnym powietrzem wypełniły jego płuca. Odruchowo spojrzał się na zegarek. Sowiecka Raketa z radową tarczą pokazywała 4.10.
– Ma pan zapalić? – usłyszał zza pleców. Odwrócił się. Przed nim stał szatyn w prochowcu z Tram-Lotu. Reszta grupy obściskiwała się na ławce pod wiatką.
Detektyw kiwnął głową, ponownie wyjął papierośnicę i skierował w stronę chłopaka, pokazując gestem, by się częstował. Chłopak wyciągnął papierosa i odpalił wyciągniętą wcześniej z kieszeni benzynową Zippo.
– Ładna rzecz – powiedział chłopak, zerkając na chowany za pazuchę srebrny pojemnik – pewnie ciężko było zdobyć? – wydmuchał dym z płuc.
Franz nie odpowiedział, zaciągnął się i poszedł w stronę windy. Kiedy stanął przed drzwiami, usłyszał krzyk.
Momentalnie się odwrócił. Wrzask należał do jednej z dziewcząt, tej w blond trwałej, do której w Tram-Locie przystawiał się Ritz. Dla poprawienia widoczności Franz przekierował system na tryb nocny.
Łysy osiłek leżał bez ruchu pod ławką przystanku, nad nim klęczała przerażona blondyna. Druga dziewczyna – brunetka w bobie wisiała na Hoepke, który rzucając kurwami, dawał znać o swojej bezsilności. Szatyn stał po drugiej stronie nieprzytomnego kolegi, sprawdzając puls.
– Co mu jest? – zapytał detektyw, zbliżając się do miejsca zdarzenia. Odpowiedziały mu niekontrolowane, powtarzające się niczym echo krzyki blondyny. Typowy objaw przyjmowania Xenotronu. Szatyn dalej stał przy nadgarstku Ritza nieumiejętnie przykładając palec do żyły. Nieprzytomny był tam okablowany, tradycyjne sprawdzanie pulsu nie miało sensu.
– Co z nim jest? – powtórzył się Franz, dotykając spanikowanego szatyna w ramię – Odsuń się – Detektyw odepchnął go i wyjął z kieszeni mini skaner. Tętno było niebezpiecznie spowolnione – Co brał? – zapytał, patrząc w przerażone granatowe oczy gówniarza.
Szatyn próbował się wykręcić, mówiąc, że nic nie wie.
Franz spojrzał mu w oczy i zimnym, zachrypniętym głosem powtórzył pytanie.
– Xenotrip i TransB – wysapał drugi z osiłków.
Franz zaklął cicho i podniósł powieki Ritza. Gdy blondyna zaczęła się szarpać, kazał szatynowi odciągnąć ją od ciała.
Najczęstszymi objawami przedawkowania Xenotripu i TransuB były brokatowe tęczówki i odgłos terkotania przy oddychaniu. Ku przerażeniu detektywa, tęczówki gówniarza zamiast się mienić, stały się matowe, a oddech zamiast trzeszczeć, był słaby, spowolniony, miarowy i cichy. Franz znał te objawy, od 20 lat miał z nimi nieustannie do czynienia. Mimo wszystko liczył, że się myli. Zacisnął zęby.
Wyciągnął papierośnicę, włożył papierosa do ust. Nacisnął dwa razy, zapalniczka nie reagowała na przycisk. Zaklął. Szatyn podał swoje Zippo. Zapalił, zaciągnął się i wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza krótki kabel.
– Nie chce pan chyba… – detektyw jednym spojrzeniem przerwał szatynowi, naciągnął rękaw, zdjął spinkę i odciągnął mankiet, następnie chwycił prawą rękę nieprzytomnego osiłka, podwinął rękaw jego skórzanej kurtki i odsłonił gniazdo systemowe. Chwycił kabel, podłączył do nadgarstka chłopaka, a drugą końcówkę przyłożył do swojego. Zawahał się, zaciągnął dymem i wcisnął.
Przez ciało detektywa Franza Noskiego przeszedł dreszcz, odcinający go na kilka sekund od otaczającej rzeczywistości, od zimnego wiatru, sypiącego śniegu, neonowego oznakowania dworcu tram-lotowego na Wieży Zjednoczenia, grupy gówniarzy i bluzgającej, naćpanej blondyny, próbującej wyrwać się ciemnookiemu szatynowi.
Nastała chwila pustki i ciszy. Łączenie się z obcym ciałem jest na ogół uważane za bardzo niehigieniczne i ryzykowne, nikt nigdy nie wie, czy druga strona nie ma jakichś niekompatybilnych implantów, przeróbek systemu, czy zhakowanych osobowości. W tej jednak sytuacji Franz wiedział, że musi spróbować, nikt nigdy nie dał rady połączyć się tak wcześnie po incydencie – gdy system dopiero wyłączał swoje funkcje zabezpieczające, a gniazdo systemowe wciąż było sprawne.
Przez ciało detektywa przeszedł drugi dreszcz, potem trzeci i czwarty, cisza zamieniła się w karuzelę mrugających świateł i twarzy, pustych głosów przepływających przez świadomość, niczym górski strumień.
Próbował wywołać osobowość Ritza, ale nie uzyskał odpowiedzi. Nie marnował czasu, czym prędzej przeglądając ostatnie informacje, urywki danych, ścieżki kodu, szukając jakichkolwiek informacji przybliżających go do odpowiedzi.
Karuzela barw zaczęła spowalniać. Światła zaczęły matowieć i tracić swój blask.
Przeskakując po kolejnych trudnych do rozszyfrowania urywkach informacji, detektyw zaczął czuć coraz większą frustrację. Przeszło mu przez myśl, że Ritz już od dawna spał na jawie. Mózg miał przeżarty Xenotripem, a skrawki sugerowały, że nawet zanim zaczął brać, zbyt dużo się pod tą łysą czaszką nie działo – ciągi informacji były puste, wypełnione wybrakowanym, wadliwym kodem. Receptory zmysłów pamiętały jedynie palcowanie blondyny i szum w uszach spowodowany wszczepionym TransB. Ritz, nawet jeżeli z wierzchu wydawał się zachowywać w miarę normalnie, to w systemie jego funkcje intelektualne stały na poziomie średniej jakości pornobota; mógł mówić, żreć, chlać, ćpać i pierdolić się, ale oprócz tego – jedynie pustka.
System, z którym detektyw się połączył, popadał w coraz głębszy letarg, a kolejne zabezpieczenia poddawały się bez walki.
Trwał w połączeniu do ostatniej chwili, szukając choćby skrawków myśli mogących być wskazówką do dalszego działania, jednak umysł Ritza nie dawał niczego, co by dało się w jakikolwiek sposób połączyć z poprzednimi zaśnięciami, nie pokazywał, co mogłoby być aktywatorem, co by wskazywało na infekcję, brak błędów, brak danych, brak myśli brak…
…i w ostatniej chwili, gdy ciemność zamykającego się systemu otoczyła jego wirtualną osobowość, usłyszał „Franz!” i zobaczył mignięcie jej twarzy.
Gdy się odłączył, poczuł silne mdłości i puścił pawia. Przerażone gówniaki patrzyły na niego z nadzieją, że czegoś się dowiedział. Z oddali widać było lecącego w ich stronę milicyjnego FLO Poloneza.
Franz spojrzał na zegarek – 5.05, i tak siedział tam dłużej, niż myślał, połączenie pewnie pozwoliło utrzymać system przy życiu.
Splunął, wyciągnął papierosa. Szatyn posłusznie przyłożył swoje Zippo. Detektyw strzyknął szyją i zaciągnął się dymem. Granatowe oczy szatyna patrzyły pytająco, detektyw zwiesił wzrok. Wszyscy zrozumieli. Oczy Hoepke zaczerwieniły się, niunia z bobem wtuliła twarz w jego pierś, Blondyna siedząc na ławce, nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. Nie tak wyobrażali sobie tę noc.
Gdy milicjant wysiadł z lotochodu, detektyw wstał, otrzepał się i wytłumaczył, że dzieciaki wracały z imprezy, gdy Ritz zasnął. Milicjant ściągnął czapkę, wychylił się przez otwarte okno do radiowozu i połączył z liczydłem pokładowym. Wezwał karetkę.
– To już kolejny tej nocy – mruknął do detektywa – chłopaki z drogówki znaleźli jednego na Moście Rewolucji i do tego jeszcze jedną kurwę w mordowni przy Placu Przyjaźni, a to tylko u nas, chuj wie co w reszcie kraju…
– Coś wiadomo, kto może być winny? – zapytał Franz, chociaż wiedział, że raczej niczego ciekawego się nie dowie.
– Jakby co, to nic ci nie mówiłem – mruknął milicjant, oglądając się dookoła – ale za Odrą mówią, że to nasza wina, nasi zwalają wszystko na żydostwo, a żydki oskarżają zachodnią reakcję i Amerykanów.
Franz zaproponował porucznikowi papierosa, ten poczęstował ogniem – Ty co myślisz?
– Nie wiem Franz, dla mnie winna może być jebana Pippi Pończoszanka, najważniejsze, żebyśmy znaleźli lek na to świństwo. Ludzie boją się dzieciaki do systemu podłączać, delegat partyjny grzeje nam głowy, że pozwalamy na nastroje reakcyjne i prymitywizm, a ruskie nie mogą nam pomóc, bo wdali się w wojnę handlową z chinolami. Wiesz co Franz, na twoim miejscu bym pierdolił to wszystko, nie masz żony, dzieci, ogarnij paszport i bilet w jedną stronę na Kubę, z dala od tego pierdolonego syfu, wszędzie potrzebują detektywów, a tam przynajmniej wygrzejesz dupę i popatrzysz na opalone latynoski w bikini – zaśmiał się milicjant – no i mówią, że poza RLŚ nikt nie zasypia. Same Plusy.
– Same plusy…
Ambulans przyleciał, gdy dopalili drugiego papierosa. Grupa ratowników w białych strojach ochronnych otoczyła ciało Ritza, wzięła na nosze, po czym szybko wciągnęła na pokład i odleciała.
– Spieszy im się – mruknął Franz.
– No spieszy, a co ma się nie spieszyć? Przez ten burdel nie wiedzą, w co ręce włożyć, tu śpiący, tam pobici, gdzie indziej zabici, dywersanci, czy inne nacjozjeby, jeszcze dzisiaj mają być baraże… Jeden wielki rozpierdol. Ja też kurwa od dwóch dni na nogach, spać nie dają, ale pracować nie ma komu, ubeki pierdolone podkradają nam rekrutów, ekh, za dużo pierdolę… – w tym momencie z radiowozu dało się słychać kolejne wezwanie, milicjant wsiadł do lotochodu, przyjął zgłoszenie i nachylił się przez okno do detektywa – muszę lecieć. Przemyśl Franz tę Kubę, jak przyjdzie co do czego dam chłopakom znać, że dobra morda jesteś, chociaż niepartyjny i nie donosisz… ale chuj tam, bez problemu to ogarniemy i będziesz mógł to wszystko pierdolić.
– Dobra, dobra, gnają cię, ty wiesz co ja myślę, a teraz zapierdalaj, bo cię wyprzedzą – mówiąc to zaśmiał się i uderzył dłonią o dach lotochodu.
Milicjant kiwnął głową i machnął ręką. Silnik Poloneza zaterkotał, po czym radiowóz wzbił się przy dźwięku syreny.
Franz się odwrócił. Czwórka pozostałych gówniarzy siedziała rozbita na ławce. Było mu ich żal. Wsadził papierosa do ust, ale przypomniał sobie, o pustej zapalarze. Nie miał serca, by prosić szatyna o ogień, wyjął papierośnicę, odłożył szluga i ponownie ruszył w stronę windy.
– Będą w stanie go naprawić? – zawołał jeszcze za nim szatyn. Nie odpowiedział, cisza stanowiła wystarczającą odpowiedź. Blondyna łkała, brunetka z bobem szeptała coś do ucha Hoepke, a szatyn rzucił bezsilną kurwą.
Detektyw poprawił kołnierz i naciągnął kapelusz na głowę. Podszedł do windy, nacisnął przetarty przycisk, zrobił krok w tył. Dźwig wydał metaliczny zgrzyt. Jechała z góry.
Czekał kolejnych kilka chwil wkurwiony, że nie ma jak odpalić papierosa. Spojrzał na zegarek. Radioluminescencyjne wskazówki wskazywały 5.30. Do świtu jeszcze trochę czasu.
Winda przyjechała ze zmęczonym świstem. Żarówka w lampce nad wejściem zajarzyła się bladym, żółtym światłem. Drzwi otwarły się mozolnie. W środku nikogo nie było. Wszedł.
Sklejkowa boazeria i matowe lustro były mocno zmęczone i pomalowane antyrządowym graffiti. Nacisnął przycisk prowadzący na parter i spojrzał się na swoje odbicie. Płaszcz i kapelusz miały swoje najlepsze lata już za sobą. Twarz posmagana zmarszczkami i nieogolona, wargi mocno spierzchnięte, pod oczami wory. Znad prawego ucha wystawał kawałek sczerniałej blaszki, pod którą zostały wszczepione implanty. Mimo, że nie był jeszcze tak stary, widział, jak każdy rok postarza go kilkukrotnie.
Wyłączył system nocny – noktowizja zakłamywała detale, zimne światło jarzeniówki koiło zmysły. Musiał się uspokoić, pojawienie się jej twarzy przy zerwaniu połączenia z Ritzem siedziało mu w głowie jak zły omen. Nie miał pojęcia, czy to wina styku podczas uśpienia, systemowego delirium, czy czegokolwiek innego. Gnębiło go to.
Winda zjechała na parter. Drzwi otworzyły się przy syntetycznym dźwięku dzwonka. Rozejrzał się po korytarzu, jak można się było spodziewać – pustka.
Lobby Wieży Zjednoczenia miało dawać odwiedzającym wrażenie Pałacu Ludowego – złote neony, dębowe ławki pokryte brązową alcantarą, kryształowy żyrandol i malowania ścian przynoszące na myśl artdecowską elegancję i rozmach. Teraz jednak detektywa otaczało miejsce smutne i pozbawione dawnego blasku. Alcantara na ławkach była poplamiona i poprzecierana, a mosiężne okucia, niegdyś dumnie zdobiące każdą możliwą przestrzeń, teraz można było sobie jedynie wyobrazić – zostały po nich jedynie kilkucentymetrowe dziury.
Franz był zdziwiony, że w taką noc w Lobby nie było żadnych bezdomnych. Na dworze sypało, alcantara była miękka, ściany chroniły przed pogodą.
W powietrzu czuć ludzki mocz i wilgoć.
Wychodząc ciężkimi drzwiami Wieży, detektyw natknął się na nocnego stróża, który powolnym krokiem przechadzał się po placu – To on musiał przegonić bezdomnych – pomyślał. Stróż musiał być nowy, Franz go nie kojarzył, zresztą, starzy dawno dali sobie spokój z rozganianiem bezdomnych, tym bardziej w taką mroźną noc jak dzisiejsza.
Plac pod Wieżą Zjednoczenia był smutnym obrazem ludzkiej megalomanii. Wielkie betonowe pole oświetlone gołymi latarniami ustawionymi co 10 metrów, dookoła ogrodzone tablicami wymieniającymi najważniejszymi osobistościami w historii trzech republik związkowych. Na środku stał wysoki na piętnaście pięter betonowy posąg przedstawiający splątanych ze sobą łokciami Niemca, Polaka i Czechosłowaka ubranych w stroje ludowe. Mimo wręcz tanecznych póz ciał postaci, twarze nie miały nawet cienia wyrazu, wpatrywały się ślepo w swoje trzy strony świata, jak gdyby to całe zjednoczenie, w którym brali udział, ich nie dotyczyło, mimo celu artysty, by pokazać siłę zjednoczonych republik ludowo-demokratycznych, dominująca interpretacja wśród mieszkańców okolicy jest jedna – niby stoimy razem, ale każdy ciągnie w swoją stronę.
Franz przeszedł przez plac w milczeniu, cel jego nocnej wędrówki był blisko.
Po zejściu na asfalt skręcił w jedną uliczkę, potem drugą i trzecią, kluczył tak jeszcze chwilę, aż doszedł do obskurnej, osmolonej kamienicy. Otworzył drzwi, a z wnętrza wydobył się gorzko-kwaśny smród fuzla. Wszedł do środka i skierował się w stronę piwnicy, przed wejściem nie stał tym razem ochroniarz, o tej porze rzadko ktoś tu przychodził.
Melina u Rudego Zjeba to jedno z tych miejsc, w których pojawić się mogłeś zawsze i gdzie zawsze siedział ktoś gotowy cię „ugościć”. Śmierdziało – owszem, capiło wręcz, klientela była skrajnie niebezpieczna – bez dwóch zdań, większość pozbawionych zębów, stałych bywalców walczyło nawet o złamanego grosza, żeby tylko móc wlać w siebie kolejny łyk mętnej trucicielki, ale jednak ludzie się tam pojawiali, wyłaniali się z cienia, po czym, gdy ich głód został wystarczająco zaspokojony, lub kieszeń odpowiednio pusta, znowu się w niego zagłębiali, by powrócić, kiedy tylko nadarzy się następna okazja.
– Ty kurwa Franz nie masz co robić o szóstej rano, że tu przyłazisz? – warknął nosowym głosem rudy „barman” widząc wchodzącego do wnętrza Noskiego – Normalni ludzie o tej porze śpią, lub wstają do pracy, a nie szwendają się po zjednawce, życie ci niemiłe?
– Miałem lekką obsuwę – wychrypiał detektyw – lej kurwa, nie gadaj.
Rudy posłusznie napełnił zaparowaną szklankę mętnym trunkiem i podał spragnionemu przybyszowi.
Melinę stanowiło słabo oświetlone pomieszczenie bez okien, kilkoma zbitymi ze skrzynek ławkami oraz dwiema wnękami – jedną na skrzynie z wódą, drugą na aparaturę.
Franz wypił na raz i się wzdrygnął, ciecz była oleista, cuchnąca i paliła w gardło jak kwas. Uderzył szklanką o prowizoryczną ladę – Lej dwa.
Franz pił, a rudy lał. Siedzieli w ciszy, a umysł detektywa motała coraz głębsza mgła. Wiedział, że się napierdoli, po to tam przyszedł, dlatego wyszedł w środku nocy z biura, wsiadł w piętnastkę i wysiadł na Wieży Zjednoczenia. Zaśnięcie Ritza było jedynie denerwującą przeszkodą w drodze do celu. To jego urodziny, dzień, by puścić wszystkie hamulce i wlewając w siebie mętną, gorzką, oleistą ciecz zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło przez ostatnie dwadzieścia lat, o sprawie programu LOTTA, o byciu twarzą upublicznienia tajnych badań na ludziach, o Lotcie III i jej odejściu, o protestach, zamieszkach, walkach na ulicach i strzelaninach, o reformach, które nie przyszły i obietnicach, które spełzły na niczym. O tym, że nie może spać, o propozycji Wacka, żeby wyjechał na Kubę, zaśnięciach w całym kraju i uśpionym na jego oczach Tomaszu Ritzu, po połączeniu, z którym spotkał pustkę, usłyszał swoje imię i zobaczył jej twarz.
W wieczornych wiadomościach zapowiadano odwilż, ale wlewający w siebie kolejną szklankę wypalającego gardło płynu detektyw Franz Noski nie wierzył, że ta kiedykolwiek nadejdzie.