- Opowiadanie: StaryScislaka - Grzechy Przyszłości: Rozdział I

Grzechy Przyszłości: Rozdział I

Pierwszy rozdział mojego najnowszego tekstu, tym razem noir, sovietcore, cyberpunk kryminał w alternatywnej rzeczywistości, gdzie Pakt Warszawski zamiast się rozpaść, dokonał reorganizacji, w której DDR, PRL i Czechosłowacja połączyły się w jedną republikę ludową. 

Historia oryginalnie miała pójść na dramat sceniczny, ale rozwijające się pomysły zmusiły mnie do przeniesienia konceptu na prozę

Oceny

Grzechy Przyszłości: Rozdział I

Półm­rok biura i szum liczy­dła kontr­uje mru­ga­jąca jarze­niówka i żarzący się tytoń. W powie­trzu czuć gry­zący, smo­li­sty dym papie­ro­sowy, w któ­rego kłę­bach prze­ła­muje się świa­tło. Ciężka, bura i osmo­lona kotara zasła­nia jedyne okno. 

 

Zbliża się pół­noc. Detek­tyw Franz Noski odpala od nie­chce­nia liczy­dło elek­tro­nowe. Naciąga rękaw, zdej­muje zaśnie­działą spinkę do man­kietu z gra­we­rem w kształ­cie orła i odsła­nia nad­gar­stek z gniaz­dem. Chwyta wysta­jący z maszyny kabel i podłą­cza go. Systemy się bootują, przez chwilę przed oczyma wyświe­tla się inter­fejs łado­wa­nia, odci­na­jący użyt­kow­nika od ota­cza­ją­cej go rze­czy­wi­sto­ści. Gdy panel znik­nął, Franz zacią­gnął się dymem. 

 

Wydech. Na ekra­nie liczy­dła poja­wiają się naj­now­sze wyda­nia gazety sie­cio­wej. Kolejne zaśnię­cia, sys­tem tram-lotów był ponow­nie prze­cią­żony, powo­du­jąc opóź­nie­nia, par­tia ogła­sza suk­ces dyplo­ma­tyczny – udało się spro­wa­dzić nową tran­szę kubań­skich poma­rań­czy i kazach­skiego tyto­niu. Fabryki pra­cują ponad normę po raz 70 z rzędu. Pierw­sza Sekre­tarz dla ocie­ple­nia wize­runku par­tii zaczęła się poja­wiać w tele­wi­zji śnia­da­nio­wej. W roz­mo­wie z dzien­ni­ka­rzem ogło­siła zakup nowej floty rzą­do­wych loto­cho­dów fran­cu­skiego Citro­ena, stare FLO mają tra­fić na rynek wtórny, dla przo­dow­ni­ków pracy i klu­czo­wych dzia­ła­czy par­tyj­nych. Pro­gram pogo­dowy zapo­wiada zbli­ża­jącą się odwilż. 

 

Ostat­nia ofiara zaśnię­cia – Hans Kol­ski został zna­le­ziony w kan­ty­nie pra­cow­ni­czej Fabryki Liczy­deł Elek­tro­no­wych i Xeno­tech­no­lo­gii PREDOM FLEX w Star­gar­dzie. Dane nie poka­zują powią­zań z poprzed­nimi ofia­rami. Żaden ze śnią­cych dalej się nie wybu­dził, próby ponow­nego podłą­cze­nia do sys­temu za każ­dym razem koń­czyły się fia­skiem. Aktyw­ność fal mózgo­wych pozo­staje na pozio­mie mar­gi­nal­nym, wystar­cza­ją­cym do pod­trzy­ma­nia funk­cji życio­wych, zbyt małym na akty­wa­cję świa­do­mo­ści i połą­cze­nie z xeno­im­plan­tami. 

 

Franz zaciąga się papie­ro­sem. Ekran liczy­dła poka­zuje kolejne nakła­da­jące się na sie­bie infor­ma­cje. Śniący pocho­dzą z wszyst­kich warstw spo­łecz­nych – człon­ko­wie par­tii i opo­zy­cji, inte­li­gen­cja, robot­nicy, dyrek­to­ro­wie i pry­wa­cia­rze, skle­pi­ka­rze i leka­rze. Tylko w tym mie­siącu, w całej Repu­blice Ludowo-Śró­deu­ro­pej­skiej – 180 osób, nie­za­leż­nie czy oby­wa­tel jest Niem­cem, Pola­kiem, Cze­chem, czy Żydem. Jedyni odporni wydają się Cyga­nie, ale wśród nich i tak więk­szość ni­gdy nie połą­czyła się z sys­temem. 

 

Na mapie myśli wyświe­tlili się wszy­scy śniący od ostat­nich 20 lat, jedyne powią­za­nie – podłą­cze­nie do sys­temu. 

 

Nie zawęża to zbyt­nio ani puli osób zagro­żo­nych, ani poten­cjal­nych przy­czyn zaśnięć. Według naj­now­szych esty­ma­tów, do sys­temu było podłą­czo­nych nie­mal 80% oby­wa­teli. Nawet przy zało­że­niu, że dane są wyol­brzy­mione, mowa o przy­naj­mniej poło­wie miesz­kań­ców Repu­bliki. 

 

Dzwoni tele­fon. Pchełka. Pyta się, czy Franz otwo­rzył już pre­zent uro­dzi­nowy, który zosta­wiła pod drzwiami biura. Przy­ta­kuje. Na biurku leży nowy notes i lśniąca papie­ro­śnica z ini­cja­łami FN. Ładna rzecz, pro­duk­cja ame­ry­kań­ska, zdo­by­cie jej musiało być nie lada wyzwa­niem. 

 

– Nie powin­naś wyda­wać twar­dej waluty na pre­zent dla takiego sta­rego pierda jak ja – powie­dział Franz, prze­łą­cza­jąc połą­cze­nie na bez­po­śred­nio sys­temowe – wujek się wnerwi, jeżeli się dowie, co robisz z jego papier­kami. 

 

Pchełka się śmieje i zbywa naganę, wie­działa, że pre­zent się spodo­bał, ina­czej by nie narze­kał, a WS się nie obrazi o te kilka drob­nia­ków wyda­nych w szczyt­nym celu. 

Nie miał na to odpo­wie­dzi. Od strze­la­niny pod­czas pro­te­stów prze­ciwko prze­no­si­nom dyrek­tora LOTTY do Insty­tutu Prawdy, Pchełka nie miała w zwy­czaju żało­wać nawet naj­głup­szych wybry­ków. Nie wie­dział, skąd się to u niej bie­rze. Dwie dekady dzia­ła­nia w opo­zy­cji nie były w sta­nie utrzeć pcheł­ko­wego nosa, jej mózg ope­ro­wał ina­czej, cho­lera wie, czy to efekt pol­skiej buty, braku xeno­im­plan­tów, czy jakiejś formy boskiej inter­wen­cji. Pchełka po pro­stu się nie przej­mo­wała, robiła to, co uwa­żała za słuszne, a kon­se­kwen­cje uzna­wała za ele­ment życia, na który i tak nie miała wpływu. 

 

Spy­tała się co u niego. 

 

Sprawa dalej stała, sys­tem nie dawał odpo­wie­dzi, dane jedy­nie plą­tały wątki. Wyda­wało się, jakby coś spoza sys­temu losowo odłą­czało ludzi. 

 

Zapy­tała, czy podej­rzewa dzia­ła­nie par­tii. 

 

Nie brał tego pod uwagę, par­tia i tak ma zbyt dużo wła­snych pro­ble­mów. Jeżeli już ist­nieje ktoś, komu ta sytu­acja byłaby na rękę to zachod­niej agen­tu­rze lub ter­ro­ry­stom. 

 

Wyśmiała go. Par­tia robiła już gor­sze rze­czy i on sam dobrze o tym wie. Miała rację, wie­dział, ale i tak odrzu­cał taką moż­li­wość. Był zbyt zmę­czony, by znowu inge­ro­wać w sprawy rzą­dowe. Mimo 20 lat, LOTTA cią­gle mu cią­żyła. Nie widział sensu w anga­żo­wa­nie się w teo­rie spi­skowe. Zasy­pia­nie rów­nie dobrze mogło być spo­wo­do­wane błę­dem w implan­tach, lub nie­do­pa­trze­niem w sys­temie, zrzu­ca­nie winy na par­tię jedy­nie odcią­gało od real­nego pro­blemu. Jeżeli nie będzie miał żad­nego dowodu, to woli nawet nie sta­wiać hipo­tez, tak jest bez­piecz­niej. 

 

Pchełka zaśpie­wała Sto lat i się roz­łą­czyła. 

 

Trze­cia w nocy. Powi­nien od przy­naj­mniej dwóch godzin leżeć w łóżku. Nie mógł spać. Tabletki nie dzia­łały, umysł prze­peł­niały myśli. 

 

To nie była pierw­sza taka noc. Od dawna miał pro­blemy ze zmru­że­niem oka. Kie­dyś pró­bo­wał oszu­kać wła­sny orga­nizm, kładł się do łóżka, zamy­kał powieki i uda­wał, że śpi, prze­łą­cza­jąc sys­tem w stan odpo­czynku. Z cza­sem jed­nak prze­stał to robić. Zasy­piał tylko wtedy, gdy rze­czywiście go nużyło, pozo­stałe noce poświę­cał na pracę i podróże po śpią­cej metro­po­lii. Znał już wszyst­kie meliny w mie­ście, zapa­mię­tał każdy roz­kład jazdy noc­nych tram-lotów i na bie­żąco posze­rzał swoją nocną listę podej­rza­nych miesz­kań­ców uśpio­nej sto­licy. 

 

Tej nocy wsiadł w Tram-Lot 15 do Wieży Zjed­no­cze­nia. Pojazd oświe­tlały żółte neony, fotele pokry­wała twarda, butel­kowa neo­skóra. Poza nim i motor­ni­czym, w pięt­na­stce sie­działo jesz­cze pięć osób. Mło­dzież mie­szana, dwie skąpo ubrane i wyzy­wa­jąco uma­lo­wane dziew­czyny w kaba­ret­kach, minió­wach i orta­lio­no­wych kurt­kach. Po twa­rzach widać, że brały Xeno­tron, ich wzrok pły­wał zato­piony w sieci, a oczy miały ślepo wpa­trzone w tele­od­bior­nik. Razem z nimi sie­działa trójka męż­czyzn. Dwójkę Franz miał na swo­jej liście noc­nych miesz­czan – Ludwiga Hoepke i Toma­sza Ritza – łysych, oble­śnych osił­ków ubra­nych w czarne, piko­wane skóry, zdo­byczne glany i zdarte bojówki. Trze­ciego nie koja­rzył. Przy­stojny, młody męż­czyzna w dłuż­szych, kru­czo­czar­nych wło­sach, z gra­na­to­wymi oczami i prze­ni­kli­wym wzro­kiem, ubrany w brą­zowy pro­cho­wiec i dżinsy. Jako jedyny z grupy wyda­wał się nie być pod wpły­wem nar­ko­ty­ków. 

 

Hoepke i Ritz przy­sta­wiali się do dziew­czyn i obma­cy­wali je, wsu­wa­jąc swoje tłu­ste, brudne łap­ska pod spód­niczki i w dekolty, w cza­sie gdy trzeci zda­wał się patrzeć ze zło­śli­wym, peł­nym mło­dzień­czej pyszał­ko­wa­to­ści uśmiesz­kiem w stronę Franza. Wyraz twa­rzy zada­wał pyta­nie reto­ryczne – Podoba ci się, to co widzisz dzia­dzie? – Detek­tyw nie reago­wał. To nie była jego sprawa, ciche poję­ki­wa­nia naćpa­nych dziew­cząt i płyt­kie sapa­nie łysych tre­pów to czę­ste motywy prze­wod­nie noc­nej sym­fo­nii dźwię­ków uśpio­nego mia­sta. Nie robiło to na nim wra­że­nia, to nie był jego pro­blem. 

 

Tram-Lot wylą­do­wał z prze­cią­głym bucze­niem sil­ni­ków anty­gra­wi­ta­cyj­nych na trzy­dzie­stym szó­stym pię­trze Wieży Zjed­no­cze­nia. Franz popra­wił koł­nierz, nacią­gnął kape­lusz na głowę i wyszedł na opró­szony śnie­giem przy­sta­nek. Wycią­gnął zza pazu­chy papie­ro­śnicę i szyb­kim ruchem chwy­cił papie­rosa. Gry­zący dym połą­czony z mroź­nym powie­trzem wypeł­niły jego płuca. Odru­chowo spoj­rzał się na zega­rek. Sowiecka Raketa z radową tar­czą poka­zy­wała 4.10. 

 

– Ma pan zapa­lić? – usły­szał zza ple­ców. Odw­ró­cił się. Przed nim stał sza­tyn w pro­chowcu z Tram-Lotu. Reszta grupy obści­ski­wała się na ławce pod wiatką. 

 

Detek­tyw kiw­nął głową, ponow­nie wyjął papie­ro­śnicę i skie­ro­wał w stronę chło­paka, poka­zując gestem, by się czę­sto­wał. Chło­pak wycią­gnął papie­rosa i odpa­lił wycią­gniętą wcze­śniej z kie­szeni ben­zy­nową Zippo. 

 – Ładna rzecz – powie­dział chło­pak, zer­ka­jąc na cho­wany za pazu­chę srebrny pojem­nik – pew­nie ciężko było zdo­być? – wydmu­chał dym z płuc. 

 

Franz nie odpowie­dział, zacią­gnął się i poszedł w stronę windy. Kiedy sta­nął przed drzwiami, usły­szał krzyk. 

 

Momen­tal­nie się odwró­cił. Wrzask nale­żał do jed­nej z dziew­cząt, tej w blond trwa­łej, do któ­rej w Tram-Locie przy­sta­wiał się Ritz. Dla popra­wie­nia widocz­no­ści Franz prze­kie­ro­wał sys­tem na tryb nocny. 

 

Łysy osi­łek leżał bez ruchu pod ławką przy­stanku, nad nim klę­czała prze­ra­żona blon­dyna. Druga dziew­czyna – bru­netka w bobie wisiała na Hoepke, który rzu­ca­jąc kur­wami, dawał znać o swo­jej bez­sil­no­ści. Sza­tyn stał po dru­giej stro­nie nie­przy­tom­nego kolegi, spraw­dza­jąc puls. 

 

– Co mu jest? – zapy­tał detek­tyw, zbli­ża­jąc się do miej­sca zda­rze­nia. Odpowie­działy mu nie­kon­tro­lo­wane, powta­rza­jące się niczym echo krzyki blon­dyny. Typowy objaw przyj­mo­wa­nia Xeno­tronu. Sza­tyn dalej stał przy nad­garstku Ritza nie­umie­jęt­nie przy­kła­da­jąc palec do żyły. Nie­przy­tomny był tam oka­blo­wany, tra­dy­cyjne spraw­dza­nie pulsu nie miało sensu. 

 

– Co z nim jest? – powtó­rzył się Franz, doty­ka­jąc spa­ni­ko­wa­nego sza­tyna w ramię – Odsuń się – Detek­tyw ode­pchnął go i wyjął z kie­szeni mini ska­ner. Tętno było nie­bez­piecz­nie spo­wol­nione – Co brał? – zapy­tał, patrząc w prze­ra­żone gra­na­towe oczy gów­nia­rza. 

 

Sza­tyn pró­bo­wał się wykrę­cić, mówiąc, że nic nie wie. 

 

Franz spoj­rzał mu w oczy i zim­nym, zachryp­nię­tym gło­sem powtó­rzył pyta­nie. 

 

– Xeno­trip i TransB – wysa­pał drugi z osił­ków. 

 

Franz zaklął cicho i podniósł powieki Ritza. Gdy blon­dyna zaczęła się szar­pać, kazał sza­tynowi odcią­gnąć ją od ciała. 

 

Naj­częst­szymi obja­wami przedaw­ko­wa­nia Xeno­tripu i TransuB były bro­ka­towe tęczówki i odgłos ter­ko­ta­nia przy oddy­cha­niu. Ku prze­ra­że­niu detek­tywa, tęczówki gów­nia­rza zamiast się mie­nić, stały się matowe, a oddech zamiast trzesz­czeć, był słaby, spo­wol­niony, mia­rowy i cichy. Franz znał te objawy, od 20 lat miał z nimi nie­ustan­nie do czy­nie­nia. Mimo wszystko liczył, że się myli. Zaci­snął zęby. 

 

Wycią­gnął papie­ro­śnicę, wło­żył papie­rosa do ust. Naci­snął dwa razy, zapal­niczka nie reago­wała na przy­cisk. Zaklął. Sza­tyn podał swoje Zippo. Zapa­lił, zacią­gnął się i wyjął z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza krótki kabel. 

 

– Nie chce pan chy­ba… – detek­tyw jed­nym spoj­rze­niem prze­rwał sza­tynowi, nacią­gnął rękaw, zdjął spinkę i odcią­gnął man­kiet, następ­nie chwy­cił prawą rękę nie­przy­tom­nego osiłka, podwi­nął rękaw jego skó­rza­nej kurtki i odsło­nił gniazdo sys­temowe. Chwy­cił kabel, podłą­czył do nad­garstka chło­paka, a drugą koń­cówkę przy­ło­żył do swo­jego. Zawa­hał się, zacią­gnął dymem i wci­snął. 

 

Przez ciało detek­tywa Franza Noskiego prze­szedł dreszcz, odci­na­jący go na kilka sekund od ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, od zim­nego wia­tru, sypią­cego śniegu, neo­no­wego ozna­ko­wa­nia dworcu tram-loto­wego na Wieży Zjed­no­cze­nia, grupy gów­nia­rzy i blu­zga­ją­cej, naćpa­nej blon­dyny, pró­bu­ją­cej wyrwać się ciem­no­okiemu sza­tynowi. 

 

Nastała chwila pustki i ciszy. Łącze­nie się z obcym cia­łem jest na ogół uwa­żane za bar­dzo nie­hi­gie­niczne i ryzy­kowne, nikt ni­gdy nie wie, czy druga strona nie ma jakichś nie­kom­pa­ty­bil­nych implan­tów, prze­ró­bek sys­temu, czy zha­ko­wa­nych oso­bo­wo­ści. W tej jed­nak sytu­acji Franz wie­dział, że musi spró­bo­wać, nikt ni­gdy nie dał rady połą­czyć się tak wcze­śnie po incy­den­cie – gdy sys­tem dopiero wyłą­czał swoje funk­cje zabez­pie­cza­jące, a gniazdo sys­temowe wciąż było sprawne. 

 

Przez ciało detek­tywa prze­szedł drugi dreszcz, potem trzeci i czwarty, cisza zamie­niła się w karu­zelę mru­ga­ją­cych świa­teł i twa­rzy, pustych gło­sów prze­pły­wa­ją­cych przez świa­do­mość, niczym gór­ski stru­mień. 

 

Pró­bo­wał wywo­łać oso­bo­wość Ritza, ale nie uzy­skał odpo­wie­dzi. Nie mar­no­wał czasu, czym prę­dzej prze­glą­da­jąc ostat­nie infor­ma­cje, urywki danych, ścieżki kodu, szu­ka­jąc jakich­kol­wiek infor­ma­cji przy­bli­ża­ją­cych go do odpo­wie­dzi. 

 

Karu­zela barw zaczęła spo­wal­niać. Świa­tła zaczęły mato­wieć i tra­cić swój blask. 

 

Prze­ska­ku­jąc po kolej­nych trud­nych do roz­szy­fro­wa­nia uryw­kach infor­ma­cji, detek­tyw zaczął czuć coraz więk­szą fru­stra­cję. Prze­szło mu przez myśl, że Ritz już od dawna spał na jawie. Mózg miał prze­żarty Xeno­tripem, a skrawki suge­ro­wały, że nawet zanim zaczął brać, zbyt dużo się pod tą łysą czaszką nie działo – ciągi infor­ma­cji były puste, wypeł­nione wybra­ko­wa­nym, wadli­wym kodem. Recep­tory zmy­słów pamię­tały jedy­nie pal­co­wa­nie blon­dyny i szum w uszach spo­wo­do­wany wsz­cze­pio­nym TransB. Ritz, nawet jeżeli z wierz­chu wyda­wał się zacho­wy­wać w miarę nor­mal­nie, to w sys­temie jego funk­cje inte­lek­tu­alne stały na pozio­mie śred­niej jako­ści por­no­bota; mógł mówić, żreć, chlać, ćpać i pier­do­lić się, ale oprócz tego – jedy­nie pustka. 

 

System, z któ­rym detek­tyw się połą­czył, popa­dał w coraz głęb­szy letarg, a kolejne zabez­pie­cze­nia pod­da­wały się bez walki. 

 

Trwał w połą­cze­niu do ostat­niej chwili, szu­ka­jąc choćby skraw­ków myśli mogą­cych być wska­zówką do dal­szego dzia­ła­nia, jed­nak umysł Ritza nie dawał niczego, co by dało się w jaki­kol­wiek spo­sób połą­czyć z poprzed­nimi zaśnię­ciami, nie poka­zy­wał, co mogłoby być akty­wa­to­rem, co by wska­zy­wało na infek­cję, brak błę­dów, brak danych, brak myśli brak… 

 

…i w ostat­niej chwili, gdy ciem­ność zamy­ka­ją­cego się sys­temu oto­czyła jego wir­tu­alną oso­bo­wość, usły­szał „Franz!” i zoba­czył mignię­cie jej twa­rzy. 

 

Gdy się odłą­czył, poczuł silne mdło­ści i puścił pawia. Prze­ra­żone gów­niaki patrzyły na niego z nadzieją, że cze­goś się dowie­dział. Z oddali widać było lecą­cego w ich stronę mili­cyj­nego FLO Polo­neza. 

 

Franz spoj­rzał na zega­rek – 5.05, i tak sie­dział tam dłu­żej, niż myślał, połą­cze­nie pew­nie pozwo­liło utrzy­mać sys­tem przy życiu. 

 

Splu­nął, wycią­gnął papie­rosa. Sza­tyn posłusz­nie przy­ło­żył swoje Zippo. Detek­tyw strzyk­nął szyją i zacią­gnął się dymem. Gra­na­towe oczy sza­tyna patrzyły pyta­jąco, detek­tyw zwie­sił wzrok. Wszy­scy zro­zu­mieli. Oczy Hoepke zaczer­wie­niły się, niu­nia z bobem wtu­liła twarz w jego pierś, Blon­dyna sie­dząc na ławce, nie była w sta­nie wykrztu­sić z sie­bie słowa. Nie tak wyobra­żali sobie tę noc. 

 

Gdy mili­cjant wysiadł z loto­chodu, detek­tyw wstał, otrze­pał się i wytłu­ma­czył, że dzie­ciaki wra­cały z imprezy, gdy Ritz zasnął. Mili­cjant ścią­gnął czapkę, wychy­lił się przez otwarte okno do radio­wozu i połą­czył z liczy­dłem pokła­do­wym. Wezwał karetkę. 

 

– To już kolejny tej nocy – mruk­nął do detek­tywa – chło­paki z dro­gówki zna­leźli jed­nego na Moście Rewo­lu­cji i do tego jesz­cze jedną kurwę w mor­downi przy Placu Przy­jaźni, a to tylko u nas, chuj wie co w resz­cie kra­ju…

 

– Coś wia­domo, kto może być winny? – zapy­tał Franz, cho­ciaż wie­dział, że raczej niczego cie­ka­wego się nie dowie. 

 

– Jakby co, to nic ci nie mówi­łem – mruk­nął mili­cjant, oglą­da­jąc się dookoła – ale za Odrą mówią, że to nasza wina, nasi zwa­lają wszystko na żydo­stwo, a żydki oskar­żają zachod­nią reak­cję i Ame­ry­ka­nów. 

 

Franz zapro­po­no­wał porucz­ni­kowi papie­rosa, ten poczę­sto­wał ogniem – Ty co myślisz?

 

– Nie wiem Franz, dla mnie winna może być jebana Pippi Poń­czo­szanka, naj­waż­niej­sze, żeby­śmy zna­leźli lek na to świń­stwo. Ludzie boją się dzie­ciaki do sys­temu podłą­czać, dele­gat par­tyjny grzeje nam głowy, że pozwa­lamy na nastroje reak­cyjne i pry­mi­ty­wizm, a ruskie nie mogą nam pomóc, bo wdali się w wojnę han­dlową z chi­no­lami. Wiesz co Franz, na twoim miej­scu bym pier­do­lił to wszystko, nie masz żony, dzieci, ogar­nij pasz­port i bilet w jedną stronę na Kubę, z dala od tego pier­do­lo­nego syfu, wszę­dzie potrze­bują detek­tywów, a tam przy­naj­mniej wygrze­jesz dupę i popa­trzysz na opa­lone laty­no­ski w bikini – zaśmiał się mili­cjant – no i mówią, że poza RLŚ nikt nie zasy­pia. Same Plusy. 

 

– Same plu­sy…

 

Ambu­lans przy­le­ciał, gdy dopa­lili dru­giego papie­rosa. Grupa ratow­ni­ków w bia­łych stro­jach ochron­nych oto­czyła ciało Ritza, wzięła na nosze, po czym szybko wcią­gnęła na pokład i odle­ciała. 

 

– Spie­szy im się – mruk­nął Franz. 

 

– No spie­szy, a co ma się nie spie­szyć? Przez ten bur­del nie wie­dzą, w co ręce wło­żyć, tu śpiący, tam pobici, gdzie indziej zabici, dywer­sanci, czy inne nacjo­zjeby, jesz­cze dzi­siaj mają być bara­że… Jeden wielki roz­pier­dol. Ja też kurwa od dwóch dni na nogach, spać nie dają, ale pra­co­wać nie ma komu, ubeki pier­do­lone pod­kra­dają nam rekru­tów, ekh, za dużo pier­do­lę… – w tym momen­cie z radio­wozu dało się sły­chać kolejne wezwa­nie, mili­cjant wsiadł do loto­chodu, przy­jął zgło­sze­nie i nachy­lił się przez okno do detek­tywa – muszę lecieć. Prze­myśl Franz tę Kubę, jak przyj­dzie co do czego dam chło­pakom znać, że dobra morda jesteś, cho­ciaż niepar­tyjny i nie dono­si­sz… ale chuj tam, bez pro­blemu to ogar­niemy i będziesz mógł to wszystko pier­do­lić. 

 

– Dobra, dobra, gnają cię, ty wiesz co ja myślę, a teraz zapier­da­laj, bo cię wyprze­dzą – mówiąc to zaśmiał się i ude­rzył dło­nią o dach loto­chodu. 

 

Mili­cjant kiw­nął głową i mach­nął ręką. Sil­nik Polo­neza zater­ko­tał, po czym radio­wóz wzbił się przy dźwięku syreny. 

 

Franz się odwró­cił. Czwórka pozo­sta­łych gów­nia­rzy sie­działa roz­bita na ławce. Było mu ich żal. Wsa­dził papie­rosa do ust, ale przy­po­mniał sobie, o pustej zapa­la­rze. Nie miał serca, by pro­sić sza­tyna o ogień, wyjął papie­ro­śnicę, odło­żył szluga i ponow­nie ruszył w stronę windy. 

 

– Będą w sta­nie go napra­wić? – zawo­łał jesz­cze za nim sza­tyn. Nie odpowie­dział, cisza sta­no­wiła wystar­cza­jącą odpo­wiedź. Blon­dyna łkała, bru­netka z bobem szep­tała coś do ucha Hoepke, a sza­tyn rzu­cił bez­silną kurwą. 

 

Detek­tyw popra­wił koł­nierz i nacią­gnął kape­lusz na głowę. Pod­szedł do windy, naci­snął prze­tarty przy­cisk, zro­bił krok w tył. Dźwig wydał meta­liczny zgrzyt. Jechała z góry. 

 

Cze­kał kolej­nych kilka chwil wkur­wiony, że nie ma jak odpa­lić papie­rosa. Spoj­rzał na zega­rek. Radio­lu­mi­ne­scen­cyjne wska­zówki wska­zy­wały 5.30. Do świtu jesz­cze tro­chę czasu. 

 

Winda przy­je­chała ze zmę­czonym świ­stem. Żarówka w lampce nad wej­ściem zaja­rzyła się bla­dym, żół­tym świa­tłem. Drzwi otwarły się mozol­nie. W środku nikogo nie było. Wszedł. 

 

Sklej­kowa boaze­ria i matowe lustro były mocno zmę­czone i poma­lo­wane anty­rzą­do­wym graf­fiti. Naci­snął przy­cisk pro­wa­dzący na par­ter i spoj­rzał się na swoje odbi­cie. Płaszcz i kape­lusz miały swoje naj­lep­sze lata już za sobą. Twarz posma­gana zmarszcz­kami i nie­ogo­lona, wargi mocno spierzch­nięte, pod oczami wory. Znad pra­wego ucha wysta­wał kawa­łek sczer­nia­łej blaszki, pod którą zostały wsz­cze­pione implanty. Mimo, że nie był jesz­cze tak stary, widział, jak każdy rok posta­rza go kil­ku­krot­nie. 

 

Wyłą­czył sys­tem nocny – nok­to­wi­zja zakła­my­wała detale, zimne świa­tło jarze­niówki koiło zmy­sły. Musiał się uspo­koić, poja­wie­nie się jej twa­rzy przy zerwa­niu połą­cze­nia z Rit­zem sie­działo mu w gło­wie jak zły omen. Nie miał poję­cia, czy to wina styku pod­czas uśpie­nia, sys­temowego deli­rium, czy cze­go­kol­wiek innego. Gnę­biło go to. 

 

Winda zje­chała na par­ter. Drzwi otwo­rzyły się przy syn­te­tycz­nym dźwięku dzwonka. Rozej­rzał się po kory­ta­rzu, jak można się było spo­dzie­wać – pustka. 

 

Lobby Wieży Zjed­no­cze­nia miało dawać odwie­dza­ją­cym wra­że­nie Pałacu Ludo­wego – złote neony, dębowe ławki pokryte brą­zową alcan­tarą, krysz­ta­łowy żyran­dol i malo­wa­nia ścian przy­no­szące na myśl art­de­cow­ską ele­gan­cję i roz­mach. Teraz jed­nak detek­tywa ota­czało miej­sce smutne i pozba­wione daw­nego bla­sku. Alcan­tara na ław­kach była popla­miona i poprze­cie­rana, a mosiężne oku­cia, nie­gdyś dum­nie zdo­biące każdą moż­liwą prze­strzeń, teraz można było sobie jedy­nie wyobra­zić – zostały po nich jedy­nie kil­ku­cen­ty­me­trowe dziury. 

 

Franz był zdzi­wiony, że w taką noc w Lobby nie było żad­nych bez­dom­nych. Na dwo­rze sypało, alcan­tara była miękka, ściany chro­niły przed pogodą. 

 

 W powie­trzu czuć ludzki mocz i wil­goć. 

 

Wycho­dząc cięż­kimi drzwiami Wieży, detek­tyw natknął się na noc­nego stróża, który powol­nym kro­kiem prze­cha­dzał się po placu – To on musiał prze­go­nić bez­dom­nych – pomy­ślał. Stróż musiał być nowy, Franz go nie koja­rzył, zresztą, sta­rzy dawno dali sobie spo­kój z roz­ga­nia­niem bez­dom­nych, tym bar­dziej w taką mroźną noc jak dzi­siej­sza. 

 

Plac pod Wieżą Zjed­no­cze­nia był smut­nym obra­zem ludz­kiej mega­lo­ma­nii. Wiel­kie beto­nowe pole oświe­tlone gołymi latar­niami usta­wio­nymi co 10 metrów, dookoła ogro­dzone tabli­cami wymie­nia­ją­cymi naj­waż­niej­szymi oso­bi­sto­ściami w histo­rii trzech repu­blik związ­ko­wych. Na środku stał wysoki na pięt­na­ście pię­ter beto­nowy posąg przed­sta­wia­jący splą­ta­nych ze sobą łok­ciami Niemca, Polaka i Cze­cho­sło­waka ubra­nych w stroje ludowe. Mimo wręcz tanecz­nych póz ciał postaci, twa­rze nie miały nawet cie­nia wyrazu, wpa­try­wały się ślepo w swoje trzy strony świata, jak gdyby to całe zjed­no­cze­nie, w któ­rym brali udział, ich nie doty­czyło, mimo celu arty­sty, by poka­zać siłę zjed­no­czo­nych repu­blik ludowo-demo­kra­tycz­nych, domi­nu­jąca inter­pre­ta­cja wśród miesz­kań­ców oko­licy jest jedna – niby sto­imy razem, ale każdy cią­gnie w swoją stronę. 

 

Franz prze­szedł przez plac w mil­cze­niu, cel jego noc­nej wędrówki był bli­sko. 

 

Po zej­ściu na asfalt skrę­cił w jedną uliczkę, potem drugą i trze­cią, klu­czył tak jesz­cze chwilę, aż doszedł do obskur­nej, osmo­lo­nej kamie­nicy. Otwo­rzył drzwi, a z wnę­trza wydo­był się gorzko-kwa­śny smród fuzla. Wszedł do środka i skie­ro­wał się w stronę piw­nicy, przed wej­ściem nie stał tym razem ochro­niarz, o tej porze rzadko ktoś tu przy­cho­dził. 

 

Melina u Rudego Zjeba to jedno z tych miejsc, w któ­rych poja­wić się mogłeś zawsze i gdzie zawsze sie­dział ktoś gotowy cię „ugo­ścić”. Śmier­działo – ow­szem, capiło wręcz, klien­tela była skraj­nie nie­bez­pieczna – bez dwóch zdań, więk­szość pozba­wio­nych zębów, sta­łych bywal­ców wal­czyło nawet o zła­ma­nego gro­sza, żeby tylko móc wlać w sie­bie kolejny łyk męt­nej tru­ci­cielki, ale jed­nak ludzie się tam poja­wiali, wyła­niali się z cie­nia, po czym, gdy ich głód został wystar­cza­jąco zaspo­ko­jony, lub kie­szeń odpo­wied­nio pusta, znowu się w niego zagłę­biali, by powró­cić, kiedy tylko nada­rzy się następna oka­zja. 

 

– Ty kurwa Franz nie masz co robić o szó­stej rano, że tu przy­ła­zisz? – wark­nął noso­wym gło­sem rudy „bar­man” widząc wcho­dzą­cego do wnę­trza Noskiego – Nor­malni ludzie o tej porze śpią, lub wstają do pracy, a nie szwen­dają się po zjed­nawce, życie ci nie­miłe?

 

– Mia­łem lekką obsuwę – wychry­piał detek­tyw – lej kurwa, nie gadaj. 

 

Rudy posłusz­nie napeł­nił zapa­ro­waną szklankę męt­nym trun­kiem i podał spra­gnio­nemu przy­by­szowi. 

 

Melinę sta­no­wiło słabo oświe­tlone pomiesz­cze­nie bez okien, kil­koma zbi­tymi ze skrzy­nek ław­kami oraz dwiema wnę­kami – jedną na skrzy­nie z wódą, drugą na apa­ra­turę. 

 

Franz wypił na raz i się wzdry­gnął, ciecz była ole­ista, cuch­nąca i paliła w gar­dło jak kwas. Ude­rzył szklanką o pro­wi­zo­ryczną ladę – Lej dwa. 

 

Franz pił, a rudy lał. Sie­dzieli w ciszy, a umysł detek­tywa motała coraz głęb­sza mgła. Wie­dział, że się napier­doli, po to tam przy­szedł, dla­tego wyszedł w środku nocy z biura, wsiadł w pięt­nastkę i wysiadł na Wieży Zjed­no­cze­nia. Zaśnię­cie Ritza było jedy­nie dener­wu­jącą prze­szkodą w dro­dze do celu. To jego uro­dziny, dzień, by puścić wszyst­kie hamulce i wle­wa­jąc w sie­bie mętną, gorzką, ole­istą ciecz zapo­mnieć o wszyst­kim, co się wyda­rzyło przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat, o spra­wie pro­gramu LOTTA, o byciu twa­rzą upu­blicz­nie­nia taj­nych badań na ludziach, o Lot­cie III i jej odej­ściu, o pro­te­stach, zamiesz­kach, wal­kach na uli­cach i strze­la­ni­nach, o refor­mach, które nie przy­szły i obiet­ni­cach, które speł­zły na niczym. O tym, że nie może spać, o propo­zy­cji Wacka, żeby wyje­chał na Kubę, zaśnię­ciach w całym kraju i uśpio­nym na jego oczach Toma­szu Ritzu, po połą­cze­niu, z któ­rym spo­tkał pustkę, usły­szał swoje imię i zoba­czył jej twarz. 

 

W wie­czor­nych wia­domościach zapo­wiadano odwilż, ale wle­wa­jący w sie­bie kolejną szklankę wypa­la­ją­cego gar­dło płynu detek­tyw Franz Noski nie wie­rzył, że ta kie­dy­kol­wiek nadej­dzie.

 

Koniec

Komentarze

Moje uszanowanie!

 

Napisałem ogromną recenzję, i przy wstawianiu mi ją usunęło. Zaraz mnie szlag jasny trafi. Teraz muszę już wychodzić z domu, więc zajrzę później.

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

okej, rozumiem

Cześć StaryScislaka !!!

 

Przeczytałem tekst. Wszystko jest w porządku. Opowiadanie ciekawe. Wciągające. Czasami przyjemnie mocne. Szkoda, że mało osób je przeczytało (oczywiście nadal może przeczytać) widzisz tak to jest z fragmentami. Ja nie żałuję, że do ciebie wstąpiłem :) i zagłębiłem się w Twoją opowieść.

 

Pozdrawiam!!!

Jestem niepełnosprawny...

dzięki za komentarz, tak to już bywa, że jak w końcu ogarnąłem coś poprawnie, to jest mniejsze zainteresowanie, może z czasem złapie trakcję

StaryScislaka 

 

Przepraszam Cię najmocniej za zniknięcie. Sprawy wokół mnie mnożą się, nie wszystko mogę robić, jak należy. 

Ze spraw technicznych to pododawaj wszędzie pauzy do dialogów, i przeczytaj tekst raz jeszcze, bo miejscami widać, że się zgubiłeś przy poprawianiu zdań; czasem czegoś brakuje, czasem jest coś, czego nie powinno być. Ogólnie nad tekstem bym jeszcze popracował. Dialogi wypadły moim zdaniem drętwo. 

Bardzo spodobało mi się to fikcyjne państwo, i ciekawy, dystopijny anturaż, który może z jednej strony jest już trochę oklepany, to jednak ty ugryzłeś ten komunizm z ciekawej strony (fuzja NRD, Czechosłowacji i Polskie nie jest taka oczywista dla laika, a z drugiej strony, wypada całkiem logicznie). Cieszy też bogate słownictwo, jednak największą, moim zdaniem, zaletą tekstu, są przemyślenia narratora. Masz dryg do ruminacji, i przedstawiasz swoje refleksje w bardzo ludzki, przystępny, a przede wszystkim klarownym sposób. Warto byś skupił się na tym w przyszłości, i z tego talentu starał się wyciągać możliwie jak najwięcej.

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Dzięki za reckę!

Nowa Fantastyka