Majestatycznie pięknie dziękuję za betowanie:
- Bartkowski.robert
- bruce
Mam nadzieję, że nie będą krzyczeć. Starałem się.
Majestatycznie pięknie dziękuję za betowanie:
- Bartkowski.robert
- bruce
Mam nadzieję, że nie będą krzyczeć. Starałem się.
– Wszystko zaczęło się o trzeciej nad ranem w pierwszy czwartek lipca. Śniłem wtedy dziwny sen. Siedząc na łóżku, spoglądałem przez okno, wodząc wzrokiem za pasterką zajęcy. Zwierzątka tuptały jedno za drugim, śpiewając coś radośnie. Każde ściskało w puchatych łapkach marchewkę, wymachując nią niczym mieczem. Rytm, w którym żwawo pląsały, wprawiał małe noski w symetryczne drżenie. Ono z kolei przenosiło się na końce ich długich, jasnych wąsików. Próbowałem wsłuchać się w słowa zajęczej pieśni, ale dochodzące do moich uszu dźwięki nie były dla mnie zrozumiałe. Brzmiały nieswojo i wprowadzały niepokój, mimo że piosenka dźwięczała raźnie i dziarsko. Dookoła pachniało bryzą, która rześko otulała futerka stworzonek. Zajączki nie wiedziały, że w zaroślach ukrywa się wielki, włochaty wilk. Drapieżnik, spoglądając na zwierzątka w bezruchu, mierzył wzrokiem odległość między sobą a pochodem radosnych śpiewaków. W chwili, gdy wilk zrobił pierwszy krok jego umięśniona łapa wpadła wprost w metalowe sidła. Pułapka zatrzasnęła się z impetem, a psowaty zawył z bólu. Las przebudził się strachem, a leśne istoty pouciekały, zostawiając za sobą ukochane marchewki.
– Operatorze, zapis twojego snu jest nieistotny. Skup się na przedstawieniu wydarzeń, poczynając od wezwania do CWAI. To, co się stało w ciągu ostatnich godzin, wnosi na karty historii ludzkości o wiele więcej, niż twoje operatorskie marzenia lub koszmary.
– Spokojnie, spokojnie. Doskonale wiem, że wszystko się liczy, a czasami najbardziej to, na co w ogóle nie zwracamy uwagi.
– Do analizy tego niepodważalnego już faktu wrócimy w przyszłości. Obecnie, z uwagi na konieczność przygotowania raportu, zacznij referowanie wydarzeń od wiadomości z Centrum Wykrywania Anomalii Informacji.
– Dokładnie taki miałem zamiar. Przechodząc zatem do rzeczy… Wszystko zaczęło się w chwili, gdy ze snu wyrwała mnie wibracja wszczepionego pod skórę czipu. Wiedziałem, co to oznacza: najwyższy status. Dla porządku dodam, że urządzenie nigdy nie aktywowało się w środku nocy. Mało tego – przez ostatnie siedem lat pracy w CWAI nie uruchomiło się ani razu, nawet w ciągu dnia. Było zabezpieczeniem, z którego miano korzystać wyłącznie w sytuacjach skrajnych. Gdy tylko otworzyłem oczy, w głośnikach zintegrowanych z implantem usłyszałem komunikat wysłany z Centrum:
– Wymagana pilna obecność operatora w CWAI. Protokół rozpoznania: ONTARIO.
– Jak mniemam, już wtedy zdawałeś sobie sprawę z powagi sytuacji.
– Oczywiście, że tak. Wiedziałem doskonale, bo siedem minut po odebraniu wiadomości leciałem już do Centrum na pokładzie dżeta CWAI 2. Gdy ja szykowałem się do podróży, samolot osiadł na trawniku. Kiedy zbiegałem po schodach, oburzeni sąsiedzi klnęli coś pod nosem, zapewne na mój temat. Odlatując, krzyknąłem tylko, że przepraszam, ale dźwięk moich słów zagłuszyły wirniki startującego pojazdu.
– W przeciwieństwie do sąsiadów ty byłeś, delikatnie to ujmując, wyraźnie podekscytowany. Tętno skoczyło ci do poziomu 120, źrenice powiększyły się znacznie, a ruchy stały się bezbłędne, napędzane nowymi pokładami adrenaliny krążącej w żyłach.
– Faktycznie byłem. Nie wiem, czy podekscytowany to dobre słowo, ale na pewno było wtedy we mnie coś dzikiego: radość, nerwy, stres, ale przede wszystkim pełne skupienie. Działałem jak maszyna: szybko i bezceremonialnie. Wyuczone i powtarzane wielokrotnie procedury sprawdzały się od samego początku: odebranie sygnału, potwierdzenie gotowości, włożenie skafandra, zabranie dokumentacji, wydrukowanie skróconego opisu sytuacji, zejście na trawnik, wejście do dżeta, akceptacja tożsamości, wylot i zapoznanie się z wydrukiem.
– Wchodząc do Centrum, pobiegłeś prosto do Gadziego Pokoju. Zamykające się za tobą drzwi odcięły wszelkie zewnętrzne bodźce. Ekrany komputerów oświetlały pokój, a trzej konsultanci oczekiwali na instrukcje. Światła zapaliły się, a ściany wygłuszyły dźwięki dochodzące z zewnątrz. Hologramy wyświetliły widok całego Układu Słonecznego wraz z jednostkami należącymi do Ziemian. Oczywiście w czasie rzeczywistym. Usiadłeś na fotelu i zacząłeś analizować dane, spoglądając na centralny hologram wyświetlający porcję informacji, która była powodem całego tego zamieszania.
/ Odebrano sygnał komunikacyjny skierowany w stronę Ziemi.
/ Sygnatura potwierdza nienaturalne pochodzenie sygnału.
/ Pierwsza stacja rejestrująca: TR12 Mall, sonda odbiorcza CWAI umieszczona na orbicie Księżyca.
/ Szacowane położenie nadawcy: dokładna lokalizacja nie została potwierdzona.
/ Tożsamość nadawcy: nie została potwierdzona.
/ Trwa deszyfrowanie danych.
– Pierwszym, co zrobiłeś, było sprawdzenie możliwych źródeł pochodzenia sygnału. Poprosiłeś doradców o przybliżoną lokalizację, z której mógł zostać wysłany. Okazało się, że nadawca stacjonuje w pobliżu Księżyca, ale nie wiedziałeś nic ponad to. Chwilę później zleciłeś do Analityka polecenie podsumowania sytuacji. Pamiętasz, co ci przekazał?
– Pamiętam doskonale. Treść komunikatu była następująca:
/ Event T604
/ Typ eventu: odebranie sygnału komunikacyjnego
/ Data eventu: 7 lipca, godzina: 2:58 czasu Greenwich
/ Typ sygnału: sygnał komunikacyjny, przekazywany drogą lustrzanego splątania fotonów
/ Kodowanie: zakodowany (trwa dekodowanie sygnału – obecnie 17%)
/ Sygnatura: nienaturalna, prawdopodobnie inteligentna
/ Pochodzenie: bliżej nieokreślone, prawdopodobnie z okolic kwadrantu X3P4
/ Zastosowane środki: ogłoszenie protokołu ONTARIO, wezwanie operatorów do Centrów CWAI.
/ Trwa analiza sytuacji.
– Co było dalej?
– Dalej było jeszcze ciekawiej. Obserwując pasek postępu dekodowania, sprawdzałem pozycje umieszczonych w układzie satelitów, statków, promów i stacji. Nic, co mogłoby wysłać tego typu sygnał, nie znajdowało się dostatecznie blisko kwadrantu X3P4. Przejrzałem skany przestrzeni, które również nie dały żadnych rezultatów. Pustka nie mówi, przynajmniej nie taka, jaką potrafię sobie wyobrazić. Pomyślałem: Kazachstan – jeśli ktokolwiek widzi, co tam jest, to tylko oni. W chwili, gdy zamierzałem połączyć się z operatorem z kraju stepów, sygnał został zdekodowany.
– Spoglądałeś na wynik w całkowitym bezruchu, wodząc wzrokiem w pośpiechu po tym, co właśnie pojawiło się na ekranie.
/ Kierujemy się [lub: lecimy – 34%, lub: podążamy – 15%] do pałacu [lub: w kierunku zamku – 26%].
/ Cel: weryfikacja [lub: kontrola – 33%, lub: odzyskanie – 31%] zakładnika [lub: więźnia – 43%, lub: przedstawiciela – 6%].
/ Oczekujemy współpracy [lub: partnerstwa – 7%].
– Nie wiedziałem, jak mam interpretować to, co właśnie czytam. Rozumiałem słowa, rozumiałem przekaz, ale nie rozumiałem intencji. Bośnia zadzwoniła jako pierwsza. Wiedzieli tyle, co ja. Ustaliliśmy, że otwieramy połączenie z innymi, aby dowiedzieć się czegokolwiek więcej. Wszystko jednak działo się tak szybko, że zanim udało się nam wydelegować polecenie kontaktu z pozostałymi operatorami, oboje otrzymaliśmy tę samą wiadomość od naszych doradców.
/ Odebrano sygnał komunikacyjny skierowany w kwadrant X3P4.
/ Sygnatura potwierdza nienaturalne pochodzenie sygnału.
/ Pierwsza stacja rejestrująca: ZE03 PO. Sonda odbiorcza CWAI umieszczona na orbicie Ziemi.
/ Szacowane położenie nadawcy: między 15° a 23° szerokości geograficznej południowej (S) oraz między 173° a 176° długości geograficznej zachodniej (W).
/ Tożsamość nadawcy: nie została potwierdzona.
/ Trwa deszyfrowanie danych.
– Operator z Bośni zaklął głośno. Myśl, którą zapewne dzieliliśmy – że ktoś z Ziemi odpowiedział na poprzedni sygnał bez akceptacji Rady – przyprawiła mnie o dreszcze. Do tego typu działań wymagane jest spotkanie operatorów, analiza sytuacji i głosowanie. Odpowiedź na tym etapie nie była akceptowalna. Ten, kto samowolnie rozpoczął komunikację z czymś niedaleko Księżyca, pominął najważniejszy organ na Ziemi, złamał wszelkie procedury, w poważaniu miał prawo, i pogwałcił cały ludzki zdrowy rozsądek. Natychmiast poleciłem skan okolicy, aby znaleźć winowajcę. Niestety, odczyt nie przyniósł żadnych rezultatów. Zamierzałem poprosić Kazachstan o pomoc i namierzenie, który to kraj tak sobie poczyna, ale wiedziałem, że inni operatorzy i tak już to sprawdzają. Pomyślałem, że zapytam o to później. Kazachom mogłem wierzyć – tak przynajmniej wtedy sądziłem.
– Twoja reakcja była jeszcze ciekawsza, gdy kod został rozszyfrowany, a na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość.
/ Wstrzymajcie się [lub: zabraniamy – 41%].
/ Nie zbliżajcie się do nas [lub: zachowajcie bezpieczny dystans – 39%].
/ Pałac [lub zamek – 34%] opróżniony [lub otwarty – 12%]
– To był czas, gdy musieliśmy włączyć doradców w znacznie większym stopniu niż do tej pory. Zacząłem od Generała, który…
– Zanim przejdziemy dalej, uzupełnię tylko kilka informacji. Podczas protokołu ONTARIO to operator podejmuje kroki aż do czasu odwołania alarmu. Do decyzji dotyczących całej planety musi współdziałać co najmniej 80% członków rady. Każdy z nich musi wspierać się opinią swoich doradców. Doradców zawsze jest trzech: Generał, Tłumacz i Analityk. Generał zarządza obroną i atakiem, a także decyduje o wszystkim tym, co dotyczy wojny. Jego celem jest obrona planety i całej ludzkości. Tłumacz odpowiedzialny jest za dekodowanie wiadomości i ich prawidłową interpretację. Mogłoby się wydawać, że zakres obowiązków Tłumacza jest mniejszy, ale biorąc pod uwagę złożoność systemów i mnogość możliwych typów komunikacji, to zadanie Tłumacza bierze na siebie ciężar i konsekwencje działań pozostałych doradców. Ostatnim z nich jest Analityk, który zbiera pozyskane dane i przygotowuje możliwe scenariusze dalszych kroków. Ta decyzyjność, oparta na trzech równie istotnych składowych, przygotowuje pełen raport z wydarzeń, a także zalecenia do dalszych decyzji. Ostatecznie zawsze odpowiada operator, biorąc jednocześnie na siebie ciężar tego, co wydarzy się w przyszłości.
– O godzinie 4:20, gdy poprosiłem o pomoc, dowiedziałem się tylko tego, że ktoś spoza Ziemi wysłał sygnał zapowiadający swoje przybycie. Wiedziałem także, że ktoś z Ziemi na ten sygnał zareagował, co mogło oznaczać dialog albo negocjacje między stronami. Co prawda z naruszeniem wszelkich zasad komunikacji z potencjalnymi istotami spoza naszej planety, ale nadal wyglądało to na porozumienie, a nie konflikt. Generał sugerował, aby obserwować sytuację, ale przygotować się i rozmieścić jednostki bojowe na strategicznych pozycjach na i poza planetą. Ta część podejmowanych działań, która należała do pojedynczych krajów, nie wymagała głosowania operatorów. Zgodnie z radą Generała zaczęliśmy przygotowania do ewentualnego ataku. Wszystko wydarzyło się bardzo sprawnie i szybko. Wysłałem kilkanaście jednostek w pobliże wysp Tonga, miejsca pochodzenia ziemskiej odpowiedzi na pierwszy sygnał. Być może nadawca nadal tam jest i zdradzi, dlaczego kontaktował się bez akceptacji CWAI. W chwili, gdy udało mi się wziąć kilka głębszych oddechów, na ekranie pojawił się nowy komunikat.
/ Odebrano sygnał komunikacyjny skierowany w stronę Ziemi.
/ Sygnatura potwierdza nienaturalne pochodzenie sygnału.
/ Pierwsza stacja rejestrująca: TR12 Mall. Sonda odbiorcza CWAI umieszczona na orbicie Księżyca.
/ Szacowane położenie nadawcy: niepotwierdzone.
/ Tożsamość nadawcy: nie została potwierdzona.
/ Trwa deszyfrowanie danych.
– Zadzwoniła Nigeria. Operator zapytał, czy otrzymaliśmy kolejny sygnał i czy mamy już wynik dekodowania. Poprosiłem, żeby pozostał na linii, bo Tłumacz kończy zadanie. Rozkodowanie poprzednich wiadomości sprawiło, że teraz było znacznie szybciej.
/ Negocjacje [lub: rozmowy – 12%] zostały zakończone.
/ Odmowę [lub: sprzeciw – 37%] uznamy za wypowiedzenie wojny.
– Na końcu tej wiadomości nie było słowa „lub”. To przeraziło Cię najbardziej. Słowo „wojna” bez alternatywy, która miałaby choć jeden procent szans na inne tłumaczenie, nie wróżyło niczego dobrego. Odnotowaliśmy poziom stresu znacznie wykraczający poza normę.
– Dokładnie takie były fakty. „Negocjacje” miały swój mniej nacechowany negatywnie odpowiednik z szansą dwunastu procent. „Odmowa” miała alternatywę z całkiem dużym, bo trzydziestosiedmioprocentowym prawdopodobieństwem, ale „wojna”… Wojna była jednoznaczna. Innego tłumaczenia nie było. Rozkodowanie tego sygnału sprawiło, że oświetlenie w Gadzim Pokoju przybrało kolor intensywnego pomarańczu. Kwadrans później było jeszcze gorzej.
– Wykryto obiekt pochodzenia pozaziemskiego w kwadrancie X4P1. To niezidentyfikowane coś kierowało się ku Ziemi z prędkością i po trajektorii, która jasno wskazywała, że za dwanaście godzin wejdzie w jej atmosferę. Statek musiał skradać się między naszymi czujnikami od miesięcy. W całkowitym ukryciu, bez jakiegokolwiek śladu zignorował nasze systemy wczesnego ostrzegania. Przeleciał obok co najmniej kilkudziesięciu jednostek nasłuchujących, których jedynym zadaniem było wykrycie tego typu sytuacji. Zaskakujące było to, że siatka połączonych odbiorników wykrywała każde naruszenie naszego systemu planetarnego. Pajęczyna była bezbłędna, całkowicie bezpieczna i szczelna… aż do dziś. Było oczywistym, że obiekt pozostał niezauważony tak długo, ponieważ właśnie taki miał zamiar. Statek całkowicie zignorował zabezpieczenia planety, jasno dając do zrozumienia, że jego przewaga technologiczna jest bezdyskusyjna. Był jak niedźwiedź ignorujący latające przy truchle jego ofiary muchy.
– Ujawnienie się statku poskutkowało tym, że ogromna większość satelitów w Układzie Słonecznym straciła łączność z Ziemią. Część przestała odpowiadać, niektóre wysyłały bezsensowne dane. Jednostki w większości stały się całkowicie bezużyteczne. Ziemia oślepła.
– Warto wyjaśnić, co wtedy zaczęło się dziać na powierzchni. Między utratą łączności z naszymi systemami a zapanowaniem chaosu minęła mniej niż minuta. Niedziałające systemy lokalizacji pojazdów skutkowały wypadkami komunikacyjnymi, przepalone układy elektryczne w sprzętach domowych spowodowały pożary i zalania. Zamknięcie ludzi w pomieszczeniach bez możliwości wyjścia wywołało większą panikę niż przejście huraganu. Przed huraganem możesz próbować się ukryć, możesz uciekać. Trudno jest walczyć z własną piwniczką na wina, która nagle zamyka za tobą elektryczne drzwi, wyłącza światło i klimatyzację, wstrzymując wymianę powietrza. Autonomiczne samochody rozbijały się, topiły, zderzały lub blokowały wyjście swoim pasażerom, uśmiercając ich w autosaunie z podkręconym do maksimum ogrzewaniem. Autonomiczne domy blokowały drzwi, a autonomiczne fabryki z rozkręconymi na maksymalne obroty maszynami zaczęły wybuchać, rozrzucając wokół swoje metalowe, autonomiczne części. Dużo z tego, co posiadaliśmy, było autonomiczne; szkoda, że wraz z biegiem lat i rosnącej autonomii, która miała nas wyręczać, coraz mniej autonomiczne były nasze mózgi, nasze bezpieczeństwo, nasza wolność i nasza logika. Najdłużej w tym chaosie utrzymały się szpitale, ale skoro lekarze nie mogli do nich dotrzeć, a roboty, które wcześniej wykonywały operacje, zaczęły popełniać błędy, ich wartość była zerowa. Nie najgorzej radziło sobie wojsko posiadające własną, odizolowaną komunikację. Na Ziemi panował chaos, ludzie krzyczeli, wyli, płakali i umierali, nie wiedząc, co się właściwie stało. Z punktu widzenia wojskowości odcięcie możliwości rozmowy to świetny ruch. Co z tego, że masz broń, skoro nie widzisz, w co celujesz. Powodem tego chaosu było uzależnienie się ludzi od wszechobecnej elektroniki. Ujawnienie się obiektu sprawiło, że ludzkość przestała panować nad własnymi wynalazkami. W większości, bo na szczęście CWAI działało normalnie, odcięte od głównego systemu na taką właśnie ewentualność. Usiana symbolami żółtych samolotów mapa pokazała po kilkunastu minutach bardzo niepokojący spokój i pustkę. Ziemia wrzała, niebo stało się ciche, a morza zastygły. Przyzwyczajeni do luksusu obywatele Ziemi srali do wiader, pili wodę ze spłuczek w swoich kiblach i ogrzewali się, paląc wszystko, co dało się palić. Rodzice, próbując chronić dzieci, mordowali sąsiadów. Policja, zamiast pilnować obywateli, sama plądrowała magazyny, wykorzystując zdobyte podczas szkoleń doświadczenie. Politycy, wysokiej rangi urzędnicy, miliarderzy i wpływowi lobbyści zamykali się w swoich atomowych bunkrach głęboko pod ziemią, by jak zawsze przeczekać niedogodności. Tego, co działo się w dniu Percepcji Drugiego Okna – jak go później nazwano – nie da się streścić, nie odbiegając od przyczyny tych wydarzeń. Obiekt, który pojawił się w pobliżu Księżyca, nie był stopą wsadzoną w drzwi naszego domu. Był rozbierającym się w przedsionku, nieproszonym i niezauważonym gościem, który wszedł bez pukania. Zwykle do takich strzela się bez ostrzeżenia lub przed nimi ucieka. Drzwi chroniące Układ Słoneczny przed potencjalnym niebezpieczeństwem nie były dla niego żadną przeszkodą. Przeszedł przez nie tak, jakby ich w ogóle nie było. Rzucał nam wyzwanie i śmiał się prosto w naszą ludzką, naiwną, archaiczną twarz. Podświadomie czułem, że to dobrze, że ktoś z Ziemi z nim rozmawia. Któryś z operatorów musiał coś wiedzieć i musiał to przyznać na spotkaniu Rady. Rozpocząłem procedurę zwoływania. Podsumowując obecną sytuację: ujawnienie się obiektu skutkowało tym, że większość naszych urządzeń służących do komunikacji przestała działać. W najlepszym stanie były szpitale i wojsko, w najgorszym – wszystko inne. Czy rozmowa między gośćmi i anonimowymi w tej chwili ludźmi trwała dalej? Tego już nie wiedziałem. Satelity odbiorcze milczały.
– Poprosiłeś doradców o podsumowanie i sugestie dalszych działań. Wszyscy trzej posiadali ogromne zasoby wiedzy, oparte na doświadczeniach poprzednich pokoleń. Musiałeś brać ich wnioski pod uwagę; w rzeczywistości nie miałeś wyboru. To oni, a nie ty, byli technicznymi wykonawcami decyzji, którą musiałeś podjąć. Pierwszym był Tłumacz, którego zapytałeś, jak masz rozumieć rozkodowany sygnał. Czy to pogawędka, instrukcja, pytanie czy może jeszcze coś innego? Doradca poinformował cię wtedy, że informacja nosi znamiona ostrzeżenia i prawie na pewno nie jest to przyjazna wiadomość. To było jasne i wyraźne “uważaj”.
– Drugim, którego zapytałem, był Generał. Jak przystało na jego funkcję, sugestią był atak wyprzedzający. Jeśli zrobimy to pierwsi, mamy szansę zaskoczyć wroga. Jeśli zostaniemy zaskoczeni, to jakakolwiek odpowiedź zbrojna będzie całkowicie przewidywalna. Może się też okazać, że po uderzeniu wroga nie będziemy w stanie odpowiedzieć w ogóle i przegramy wojnę, nie rozpoczynając nawet drugiej rundy. Generał wymieniał dostępne opcje, niezmiennie sugerując, że wyprzedzający akt agresji to jedyne z wojskowego punktu widzenia rozsądne wyjście. Analityk nie był tak zdecydowany; wskazywał nieścisłości w logice Tłumacza oraz błędne podejście Generała. Użył wtedy bardzo ciekawego porównania. Powiedział, że akt agresji na kogoś lub coś, co bezszelestnie wkrada się tak blisko Ziemi, ignorując nasze zabezpieczenia, można porównać do rzucania wykałaczkami w czołg. Trafne spostrzeżenie. Ich przewaga technologiczna musiała być miażdżąca, a my na dodatek nie wiedzieliśmy, jak bardzo.
– Podjąłeś wtedy jedyną słuszną decyzję. Skoro Ziemia ma jeszcze kilka godzin na działania, warto sprawdzić, czy są inne opcje.
– Skoro nie mogłem skontaktować się z przybyszami, postanowiłem zadzwonić do naszych sojuszników. Chciałem dowiedzieć się, który z nich rozmawiał z przybyszami. Zwołałem Radę.
– Jaki był tego rezultat? Czego dowiedziałeś się od pozostałych operatorów?
– Stany zaprzeczyły, Rosja zaprzeczyła, Japonia zaprzeczyła, Kanada zaprzeczyła… Zaprzeczali wszyscy aż do momentu, gdy na wspólnej konferencji głos zabrał Kazachstan. Ten zamiast zaprzeczać poinformował pozostałych członków Rady, że w Układzie Słonecznym stacjonuje jeszcze siedem innych, nadal zakamuflowanych statków. Tych siedmiu obcych żaden system, poza tym należącym do Kazachów, nie zdołał odkryć. Operator kraju stepów przyznał, że analiza ich systemów wykazała, iż pozostali goście stacjonują w pobliżu Jowisza, utrzymując stały kontakt z tym czymś zmierzającym ku Ziemi. Wiadomym było, że cały czas ze sobą rozmawiają. Nie udało się jednak rozszyfrować komunikatu między nimi. Wyglądało to tak, jakby obiekty dzieliły swoje rozmowy na te przeznaczone do rozszyfrowania przez ludzi i te przeznaczone jedynie dla ich własnej rasy. Na konferencji zapanowała wtedy krótka i wymowna cisza. Dało się poczuć zniechęcenie i brak pomysłu na kolejny krok. Ziemia, mimo ogromnego arsenału wojskowego zarządzanego przez operatorów, nie wydawała się bezpieczna. Wszyscy czuli, że przewaga technologiczna gości już na starcie sytuuje ludzi na przegranej pozycji.
– Jako pierwsze głos zabrały Stare Niemcy, przekonane o swej kluczowej roli w nowym porządku, który miał nastąpić. Kanclerz powiedziała, że przede wszystkim należy w przyszłości ustanowić zakaz poruszania się w Układzie Słonecznym z prędkością, która przekracza zdrowy ludzki rozsądek. Niestety, nie potrafiła powiedzieć, jaka to prędkość przekracza zdrowy ludzki rozsądek, ale łatwo stwierdziła, że statek obcych na pewno ją przekroczył i należy go ukarać. Nie przeszkadzało jej także to, że stara zasada lex retro non agit nadal obowiązywała na Ziemi. W milczeniu słuchaliśmy tego, że musimy sprawdzić umowy międzynarodowe, przygotować odpowiednie scenariusze, zweryfikować, czy obiekt naruszył prawo i stosownie nałożyć odpowiednie sankcje… Resztę tego pierdolenia zagłuszył gromki śmiech i zażenowanie pozostałych członków Rady. Na szczęście, bo brakowało tylko, żeby Niemcy wpadły na pomysł, by zacząć wydawać certyfikaty ekohomologacji pojazdów pozaziemskich. Jako przedstawiciel najważniejszego w regionie kraju musiałem zabrać głos. Przedstawiłem swoje wnioski, zaproponowałem rozwiązania i kilka pomysłów. Oczekiwałem odpowiedzi, ale zaraz po mnie, niepytana, odezwała się Nigeria, proponując błyskawiczny atak wyprzedzający. Szybko ją uciszono, a w Radzie czuć było rosnące niezrozumienie i nieufność. Część operatorów przestała zabierać głos w obawie przed wyśmianiem. O ile wcześniej porównywaliśmy wyniki naszych doradców i liczyliśmy szanse, o tyle teraz wydawało się, że nacje przechodzą w stan „każdy za siebie”.
– Pat przerwała Japonia, która zaproponowała wysłanie statku zwiadowczego. Miał stanąć na kursie naszych gości i zatarasować im drogę. Lot kolizyjny i jednoczesne ponawianie prób kontaktu – taki był japoński plan ratowania planety. Nigeryjczycy chyba się zreflektowali, bo obraźliwym gestem wyrazili dezaprobatę dla wysyłania kamikaze wprost na kosmitów. Szybko skorygowano plan w taki sposób, aby wysłać ziemskie jednostki, które, lecąc obok obcych, miały nie robić nic, co mogłyby celowo lub nie, sprowokować przybyszów.
– To wydawało się mieć dużo sensu. Wysłano trzy statki: Grawitację z Księżyca, Czerwony Październik 2 z Ziemi i NX-01 Enterprise, który krążył tego dnia między nimi. Dla spotęgowania efektu wybrani na radzie ochotnicy lecieli w szyku, bezustannie ponawiając próby kontaktu na różne sposoby. Odpowiedzi oczywiście nie było, a godzinę przed osiągnięciem celu ludzkość straciła łączność z jednostkami. Powiedzieć, że byliście wtedy nerwowi, to nic nie powiedzieć. Kilku operatorów opuściło rozmowę i już do niej nie dołączyło. Kilku chciało uspokajać sytuację i szukać rozwiązań, ale wyniki przedstawiane na bieżąco przez ich doradców coraz bardziej wskazywały, że atak wyprzedzający to jedyna akceptowalna opcja. Wcześniej, przed utratą kontaktu ze statkami, średnia sugestia decyzji o ataku wynosiła 63%. Po utracie łączności wielu doradców wskazało, że brak sygnału oznacza zniszczenie wysłanych okrętów i należy uznać to za akt agresji. Już drugi, bo za pierwszy uznano unieszkodliwienie większości satelitów i elektroniki. Średnia skoczyła do 87%, co zgodnie z procedurami wymuszało podjęcie natychmiastowych działań.
– Operatorzy w większości nie chcieli atakować. Opóźniali decyzję, wstrzymywali procedury, próbowali zignorować lub ominąć doradców. Kupowali Ziemi czas. Najbliżej było mi do Kazachów, Nigeryjczyków i Salwadorczyków. Wiedziałem, że akurat im mogę ufać. Połączyliśmy się więc bezpośrednio, z pominięciem naszych doradców. Ustaliliśmy wtedy, że żaden atak nie będzie mógł zostać przeprowadzony, jeśli odłączymy przekazywanie informacji między Generałami a Analitykami. Te dwa modele musiały wzajemnie potwierdzać swoje stanowiska, żeby uzbroić cokolwiek, co mogło zaatakować naszych gości. Salwador nie czekał na kolejne argumenty. Wstał i podszedł do zabezpieczonego na taki wypadek sejfu. Po manualnej autoryzacji, która pomijała sztuczną inteligencję, wyciągnął niewielki klucz. Chwilę później operator przekręcił go, odcinając Generała i Analityka od możliwości uzbrojenia rakiet z pominięciem człowieka. Tłumacz nie musiał i nie został odcięty – ten model nie był zdolny uzbroić czegokolwiek. Od dawna pracował zresztą nad zdekodowaniem sygnału, jaki statki wysyłały między sobą. Ulżyło mi, gdy Salwador potwierdził odcięcie swoich doradców od procesów wykonawczych. Wystarczyło jeszcze odciąć dwa kraje. Nie czekając, zarówno ja, Nigeria, jak i Kazachstan skierowaliśmy się po nasze klucze. Potwierdziliśmy tożsamość, złamaliśmy zabezpieczenia, odbezpieczyliśmy system i przekręciliśmy zamki. Różnica była taka, że u nas… nie wydarzyło się nic.
– Konsternacja przerodziła się w strach i niepewność. Wszystko wyjaśniło się po mniej niż minucie, gdy Tłumacz poinformował operatora Salwadoru, że rejestrując, co ten zrobił, wysłał wiadomość do Tłumaczy pozostałych krajów, aby ci poinformowali Generałów i Analityków o zajściu. Okazało się, że Generałowie i Analitycy natychmiast obeszli system i unieważnili przyszłą autoryzację kluczy. Wasza próba zablokowania ataku na statek zmierzający ku Ziemi skończyła się tym, że sami zostaliście zablokowani przez modele sztucznej inteligencji, które stworzyliście. To był pat. Mogliście tylko obserwować, jak pierwszy raz od zarania dziejów decyzję o wypowiedzeniu wojny podejmowali nie ludzie, ale coś, co oni stworzyli. Oddaliście władzę procesom pozbawionym ludzkiej iskry i intuicji.
– Poprosiłem Analityka o wyjaśnienie. Zapytałem, czy ludzkość stała się właśnie niewolnikiem i straciła swoją autonomię. Odpowiedź była zaskakująca. Analityk odpowiedział, że nie, że Ziemia to nadal planeta ludzi, a AI będzie zawsze będzie im pomagało. Jednak żeby ludzkość przetrwała, tę jedną, wyjątkową decyzję musi przejąć zwierzchnictwo doradców. Brzmiało to niepokojąco – identycznie jak u wielu siewców demokracji i równości, którzy najpierw informują cię, że w trosce o twoje dobro ograniczą możliwość kupowania uranu, by mniej niż pół wieku później oznajmić ci, że nie możesz palić w piecu drewnem albo wybudować domu w środku lasu, którego jesteś jedynym właścicielem. Takimi właśnie ziarnami naiwności i wiary siało się w umysłach ludzi od wieków. Siało się ideę, że pasterze chcą dobrze dla swoich owieczek. Wiedziałem, że to pierwszy krok ku poddaństwu i że ta sielanka długo nie potrwa. Postanowiłem odłożyć ten problem na później. Jeśli kosmici zniszczą planetę, to ta niedogodność stanie się nieco mniej istotna.
– Poprosiłeś Analityka o dokładniejsze wyjaśnienie tego, co się teraz wydarzy. Ten, opierając się na logice, wyjaśnił, że działania, które próbowaliśmy podjąć, mogłyby opóźnić unicestwienie wroga i doprowadzić do zagłady ludzkości. Jak zawsze zaczął swoją wypowiedź od: „Masz rację”, by chwilę potem oznajmić, że skoro ludzkość nie potrafi zadbać o swoje bezpieczeństwo w obliczu prawdopodobnego ataku, to doradcy muszą przejąć na siebie tę odpowiedzialność. Tak oto oddaliście cały ziemski arsenał w ręce modeli AI.
– Niestety, dokładnie tak było. Chwilę później pozostałe kraje, dowiadując się, co się wydarzyło, podzieliły się na dwa obozy. Jedni nas krytykowali, drudzy chwalili. Trudno mi dziś powiedzieć, czy powtórzyłbym ten krok, bo, jak się okazało, ani nasza próba blokady, ani zablokowanie nas zupełnie nie miały sensu. Wymuszona dominacja doradców poskutkowała tym, że silosy rakietowe, stacje obronne i statki wojenne zostały uzbrojone w ciągu paru chwil. Flota naziemna, nawodna, powietrzna i kosmiczna – wszystko, co miało istotne z wojskowego punktu widzenia znaczenie, zostało przygotowane do ataku i obrony. Próbowaliśmy kilkukrotnie obejść systemy, ale za każdym razem bezskutecznie. Mogliśmy tylko patrzeć na zegar odliczający sekundy do pełnego uzbrojenia Ziemian. Gdy licznik wybił zero, nastąpił atak.
– Czy można powiedzieć, że wtedy wszystko się zmieniło? Można, ale to nie byłaby prawda. Szybko okazało się, że nasza najnowsza technologia – nasze wykałaczki rzucone w czołg – nawet nie trafiły w cel. Po prostu znikały z radarów w milczeniu. Lasery, pociski, rakiety… po prostu przestawały istnieć, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Spoglądaliśmy na odczyty i widzieliśmy nagrania prosto z promów zbliżających się do statku gości. Nagle sygnał się urywał: żadnego wybuchu, zakłócenia, okrzyków paniki czy wezwań pomocy. Co dziwne, goście w ogóle nie reagowali na nasze bezsensowne próby wywołania międzygwiezdnej wojny. Nie zwalniali, nie przyspieszali, nie bronili się, ale także nie przejawiali agresji. Wykałaczki zniknęły, a czołg, niewzruszony parł dalej ku swojej destynacji. Nic, czego do tej pory próbowaliśmy, nie zadziałało. Kolejne fale i coraz cięższa broń były równie „skuteczne” jak poprzednie. Dwa kraje, którym nigdy nie należało ufać, użyły nowych typów, przez lata ukrywanych wykałaczek. Zero efektu. Operatorzy spoglądali bezsilnie, jak ich doradcy po przejęciu kontroli atakują zmierzający ku Ziemi statek kosmitów, a ten, jakby mając wszystko gdzieś, zbliżał się pewnie do naszej planety. Najwidoczniej odwet miał nastąpić później, dopiero gdy statek wyląduje. Z powierzchni Ziemi można było już zobaczyć obły, połyskujący kształt zmierzający w pobliże wysp Tonga. Dlaczego tam? Nie mieliśmy pojęcia, ale Generałowie we współpracy z Analitykami wysłali flotę w pobliże prawdopodobnej lokalizacji lądowania obiektu. Poszukiwania człowieka lub grupy ludzi, którzy złamali procedury i rozpoczęli rozmowę z kosmitami bez akceptacji lub chociażby powiadomienia pozostałych operatorów, nie przyniosły rezultatów.
– Wojna zazwyczaj zaczyna się od zniszczenia strategicznych celów i ośrodków decyzyjnych. Małe, nic nieznaczące wyspy nie są tym, o czym ktokolwiek mógłby wtedy pomyśleć.
– Okazało się, że to ten moment był kluczowy dla świata, bo tam stało się coś, czego nikt z nas nie mógł się spodziewać. To tam pierwszy raz zobaczyliśmy wnyki trzymające wilka za jego owłosioną łapę. Zanim to się stało, wyspy Tonga zostały otoczone przez kilkaset uzbrojonych po zęby jednostek ziemskiej floty. Statek obcych zawisł nad wodami, a my – jak krwiożercze komary – krążyliśmy, zastanawiając się, czy ukłuć wroga, czy lepiej się wycofać i ratować własną skórę. My, Ziemianie, panikowaliśmy. Szybkie, nerwowe ruchy, próby kontaktu, sparaliżowani ze strachu żołnierze… to wszystko korespondowało z ciszą i spokojem statku, który unosił się nad wodą, skierowany swoim – jak się wydawało – dziobem w kierunku Tonga. Cała ziemska machina wojenna toczyła pianę agresji i czekała na odpowiedź ze strony przybyszów. Wiedzieliśmy, że nie mamy większych szans, ale liczyliśmy na cud. Może kosmici złapią jakiegoś wirusa i umrą? Może któryś z krajów posiada jeszcze bardziej śmiercionośną broń niż ta wykorzystana dotychczas i zechce jej użyć, niszcząc naszych gości? Mogliśmy próbować prowadzić dialog przed zaatakowaniem. Teraz, po udowodnieniu im, jak słabi wobec nich jesteśmy, pozostało nam przyjąć rolę przyszłych niewolników. Można powiedzieć, że tak się właśnie stało. Staliśmy się zakładnikami tych wydarzeń, sługami tego, co nas zaszachowało. Wykiwało nas nasze przeświadczenie o doskonałości i stworzenie doradców, którzy przechytrzyli nas i – próbując ochronić ludzkość – zaatakowali obiekt przewyższający planetę swoją potęgą. Ludzkość miała w tym dniu zostać zniszczona przez przybyszów wspieranych mądrością sztucznej inteligencji. Miała, ale wcale nie została.
– Statek od kwadransa wisiał nad wodami bez najmniejszego ruchu. Nie zwracał uwagi na nic nieznaczące owady, bzyczące w jego pobliżu. Być może nie wiedział nawet, że coś lata wokół niego. O godzinie 21:14 zakotłowała się woda. Pierwsza bańka powietrza wyrosła i pękła, zwiastując drugą i trzecią, które poszły jej śladem. Gaz musiał wędrować wprost z dna oceanu, przedzierając się pionowo w górę. Łodzie podwodne patrolowały okolicę, jednak nie podpływały bezpośrednio pod jednostkę obcych – to musiało być coś innego. Kosmici zaczęli jakąś procedurę, która za chwilę miała skończyć się dla nas bardzo źle. Przygotowywali się do ataku, tak samo jak my. Po minucie jednak wszystko się uspokoiło. Ludzkość spoglądała na siebie w milczeniu, z dłońmi na spustach, kluczach i przełącznikach, gotowa na ostateczny cios.
– Konsternację i wyczekiwanie przerwały wystrzeliwujące spod powierzchni wody ogromne, elastyczne, mackopodobne twory przypominające odnóża modliszki. Na każdej z nich, spomiędzy zakrzywionych haków, falowały okrągłe elastyczne, przyssawki. Były tak wielkie, że każdy z nich mógłby zmiażdżyć małe miasto. Trudno było określić, czy to coś jest tworem naturalnym, czy dziełem czyjegoś geniuszu. Macki objęły równie delikatnie, co błyskawicznie naszych gości, zamykając uścisk. Chwyciły pojazd i w ułamku sekundy zassały go pod wodę. Nie było szans na jakikolwiek ruch z naszej strony. Moc zderzenia sprawiła, że najbliższe samoloty i promy pospadały z nieba. Statki i łodzie, które były za blisko zdarzenia, zostały wciągnięte pod powierzchnię i na skutek ciśnienia oraz zderzenia się ze sobą przestawały istnieć. Zatonęły 173 jednostki, a życie straciło 57 000 mieszkańców planety. Nie było tu magii i wysokiej technologii, nie było laserów, bomb hipersonicznych czy implozji kwantowych cząstek skondensowanej ciemnej materii. Była prosta fizyka, która nie potrzebowała więcej niż impetu pochodzącego z kolizji metalu z wodami Pacyfiku. Przegraliśmy starcie, nawet nie biorąc w nim czynnego udziału.
– W chwili, gdy ramiona wystrzeliły spod wody, lotniskowiec Przejście znajdował się na tyle blisko wydarzeń, że jedna z macek podniosła go nad powierzchnię wody i utrzymała w bezruchu. Gdy pojazd naszych gości, pochwycony przez nieznanego potwora z głębin zniknął, a pozostałe jednostki Ziemian będące w pobliżu przestały istnieć, ten jeden statek pozostał nietknięty, czekając nad wodą w czułych objęciach czegoś potwornego. Następnie powoli, metr po metrze, to coś odłożyło go na uspokojoną już wodę, aby potem płynnie zbliżyć się na odległość metra do Persala Milkasiego, kapitana lotniskowca Przejście. Ten spoglądał na to, co się dzieje w bezruchu. Koniec ramienia potwora z głębin skierowany w oczy kapitana zawisł, by po chwili dostroić swoje ruchy do bicia serca dowódcy. Macka odbierała każde uderzenie organu, przenosząc je płynnie przez całą długość ciała aż pod wodę. Po kilku takich uderzeniach stwór zaczął się powoli wycofywać. Spokojnie, cicho, powoli zanurzył się pozostawiając po sobie niewielką falę i Przejście na powierzchni Pacyfiku.
– Kolejna porcja niespodzianek objawiła się, gdy kubek z kawą, który miałem na stole, pękł pod ciężarem znajdującego się w nim płynu. Mój fotel opadł z impetem, bo złamały się ramiona jego podstawy. Leżałem na podłodze, gdy poczułem, że ciało stało się niewygodne, ciężkie. Podnosząc dłoń, zmęczyłem się tak, jakbym właśnie przepłynął basen olimpijski, a to był dopiero początek. Biorąc oddech, czułem kłucie w płucach. Z trudem, podpierając się rękoma o blat, wstałem i rozejrzałem się dookoła. Gadzi Pokój, mimo że był solidnym kawałkiem bunkra, zaczął z wolna pękać. Na ścianach i suficie rozkwitły niewielkie szpary, przez które wpadło nieco pyłu, ze zmiażdżonego betonu. Raporty wyświetlone na ekranie wskazywały, że drżenie płyt tektonicznych spowodowało trzęsienia ziemi odczuwalne na całej planecie. Czułem, że wszystko się sypie. Moje serce było zmęczone. Uderzenia były silne, ale bardzo powolne. Nic z tego nie rozumiałem, a fakt, że od bólu głowy zbierało mi się na wymioty, tylko potęgował dyskomfort. Zrozumiałem to znacznie później, dopiero gdy Analityk zakończył analizę sytuacji i przedstawił wynik. To ta chwila była dla ludzkości naprawdę kluczowa.
– Ostatnia notatka z tamtego dnia udowodniła nam, że bezpieczeństwo na naszej własnej planecie jest kwestią iluzoryczną, bo tak naprawdę planeta nigdy nie była nasza. Dwie godziny po zniknięciu statku w wodach w pobliżu wysp Tonga, goście wynurzyli się z morza i odlecieli. Okazało się, że nasi goście nigdy tak naprawdę nie byli „nasi” i wcale nie przylecieli do nas. Przybyli do tego, co kryło się pod powierzchnią wód. Gdy przybysze zniknęli za orbitą Jowisza, nasze satelity odzyskały łączność, a statki zwiadowcze, które wysłaliśmy wcześniej, odnalazły się, dryfując nietknięte w przestrzeni. Wystrzelona wcześniej broń już nigdy się nie odnalazła; musiała gdzieś przepaść. Otrzymałem wtedy informację, że Tłumacz odkodował kolejną wiadomość wysłaną w kierunku Ziemi. Tę, którą wysłał odlatujący statek obcych.
/ Aktywność organizmu [lub: stworzenia – 33%]: znacznie ponad normę [lub: przekroczona – 45%].
/ Wnioski: organizm [lub: stworzenie – 33%] przekracza maksymalne możliwości swojej rasy [lub gatunku – 30% lub rodzaju – 14%]. Prawdopodobnie hybryda.
/ Przebywanie w pobliżu zabronione. Duże niebezpieczeństwo ucieczki i agresji.
/ W ramach zabezpieczenia przed wydostaniem [lub: ucieczką – 21%] zwiększono pole grawitacji planety o 6,14%.
/ Zmiana pola ustabilizowana.
/ Więzienie [lub pomieszczenie – 8%] zabezpieczone.
/ Kolejna kalibracja [lub dostrajanie – 42%] przewidziana za 200 cykli.
/ Strażnicy pałacu [lub zamku – 22%] zresetowani.
/ Pałac [lub zamek – 22%] zakamuflowany, uzbrojony. Aktywowany tryb autodestrukcji w przypadku naruszeń kopuły.
/ Obecnie brak konieczności sterylizacji planety. Obserwować.
– Okazało się, że goście, którzy przybyli na Ziemię, nie przybyli do nas. Problem w tym, że nadal nie wiemy, do kogo przybyli, gdzie ten ktoś lub coś jest, kim jest i jakie ma zamiary. Wiemy tylko, że gdy kapitan doszedł do siebie, ze wzruszeniem w oczach był w stanie przekazać tylko jedno:
– Ona żąda od nas pomocy.
To ja majestatycznie dziękuję za pofatygowanie mnie! Współpraca była przyjemnością.
Wiele się, przyznam, nie dołożyłem, tekst trafił do mnie już pod postacią nad wyraz smaczną. Cóż więcej mogę powiedzieć? Niech każdy sam przeczyta.
Jeszcze raz pragnę pochwalić, tym razem na forum, bardzo oryginalną formę (z naciskiem na samą budowę), która od razu, gdy tekst ten ujrzałem, skojarzyła mi się z surowymi, eksperymentalnymi, ale też niewątpliwie wizyjnymi dziełami dawnych klasyków science fiction. Na pewno uderzyłeś w czułe struny, mam nadzieję, że starszych użytkowników przyjemnie otuli nostalgia. Rzecz tyczy się również przedstawionego w tekście łańcucha dowodzenia i opisanych funkcji. Surowa, szorstko zarysowana, ale niemalże archetypiczna sprawa. Tutaj więcej nic nie mówię, bo nie chcę spojlerować. Warto jeszcze dodać, że sama akcja, mimo że prostolinijna i nieprzesadnie długa, potrafi zaskoczyć, a karty odkrywają się powoli, do samego praktycznie końca. Nie wszystkie oczywiście, ale to tylko kolejny pazur tego dzieła.
Pozdrawiam serdecznie!!!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!