- Opowiadanie: JJSiemin - Badanie z zewnątrz

Badanie z zewnątrz

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Badanie z zewnątrz

,,Badanie z zewnątrz''

 

W pracy detektywa człowiek musi być gotowy na wszystko. Jak się jednak okazało, ja do takich ludzi nie należałem.

Pozwolę sobie zacząć moją historię od pewnego poniedziałkowego południa. 

Siedząc w swoim biurze i paląc papierosa, nagle usłyszałem telefon od mojej sekretarki. Odebrałem i usłyszałem, że przybyła klientka o nazwisku Roswell. Poprosiłem Felicię, żeby ją wpuściła.

Klientka weszła nieśmiało, ściskając w dłoniach swoją torebkę. Była to kobieta średniego wieku, elegancko ubrana. Wniosek, że jest z wyższych sfer, sam się rzucał na myśl.

Zgasiłem papierosa, nie wiedząc, czy moja klientka pali i wskazałem jej miejsce, mówiąc:

– Proszę, pani Roswell. Niech pani siada.

Podziękowała zdawkowo i zajęła miejsce naprzeciwko mnie.

– No więc – podjąłem. – z czym pani dziś do mnie przychodzi?

Na jej wymalowanej twarzy odbiło się zmieszanie. Klienci często tak mają. Zwłaszcza jeżeli chodzi o sprawy małżeńskie. Ta sprawa, jak się okazało, właśnie do takich należała. Przynajmniej z początku.

– Widzi pan, to trochę wstydliwa sytuacja. – orzekła pani Roswell, przełykając ślinę. – Proszę mi wybaczyć, nie potrafię ubrać tego w lepsze słowa… Myślę, że mąż mnie zdradza.

Zachowałem kamienną twarz, co ewidentnie ją nieco zszokowało. Zawsze wydaje im się, że z problemem, z jakim do mnie przychodzą, nigdy nie miałem do czynienia. I zwykle się mylą. 

– W porządku. A co wzbudziło w pani takie obawy?

– Mój mąż od jakiegoś czasu bywa momentami rozdrażniony. Wcześniej taki nie był. Zdaje się też, że dystansuje się ode mnie. Musi pan wiedzieć, że od zawsze byliśmy ze sobą bardzo zżyci. Wszystko robiliśmy razem. Teraz jednak moja obecność przy różnych aktywnościach go deprymuje.

– Co pani przez to rozumie? – spytałem, wyczuwając przerwę w jej opowieści.

– No… weźmy na przykład to, że mój mąż był od zawsze uzdolnionym tenisistą. Ale gdy ostatnio poszliśmy na kort, grał fatalnie. Nie nadążał za piłką, trzymał jakoś dziwnie rakietę i w ogóle to już po jednym gemie powiedział mi, że ma dosyć i pojechaliśmy do domu. 

Niewiele mi to mówiło. Sądząc po wieku mojej klientki, jej mąż mógł być teraz mężczyzną w średnim wieku, przed pięćdziesiątką, albo i po. To normalne, że w tym wieku ludzie tracą na sprawności fizycznej.

Potrzebowałem konkretów.

– Rozumiem. – pokiwałem głową. – Niech mi pani opowie o mężu. Gdzie pracuje, czym się zajmuje, czy ma koleżanki?

– Ralph to szef firmy budowlanej. Nie wiem nawet, czy poza jego sekretarką, pracują tam jakiekolwiek kobiety. Może architektki. Ale koleżanki? Wątpię. 

– A poza tą niechęcią do tenisa, czy dostrzegła pani u niego jakieś inne dziwne zachowania? Niespodziewane wyjścia z domu? Jakieś dziwne telefony?

– Tak, proszę pana. Właśnie miałam do tego przejść. Ralph ostatnio wychodzi gdzieś wieczorami i znika na całą albo przynajmniej połowę nocy. Nie wiem, bo zwykle po dwóch, trzech godzinach nie chcę mi się już dłużej czekać.

Wreszcie jakaś przydatna informacja.

– A może mi pani przynajmniej tak szacunkowo powiedzieć, od kiedy zaczęły się te dziwne zachowania?

– Niech pomyślę… – zamyśliła się, patrząc w kąt gabinetu. – Mąż ostatnio miał zabieg. Kamienie nerkowe. Myślę, że gdzieś od tamtej pory to wszystko się zaczęło. Może w tej klinice kogoś poznał?

– Co to za klinika?

– A wie pan, ta nowa przy polu golfowym.

Skinąłem głową. Słyszałem o Klinice Zielonego Krzyża. Miejsce, które potrafiło ponoć wyleczyć bogaczy ze wszystkiego. Mój znajomy ostatnio tam zajrzał, gdyż astma mu nie dawała spokoju i, ciężko w to uwierzyć, ale pracującym tam lekarzom naprawdę udało się go wyleczyć.

– Dobrze, proszę pani. Będę potrzebować waszego adresu zamieszkania i firmy pani męża. Czy są jeszcze jakieś miejsca, w których mąż lubi przesiadywać?

– Kuchnia u Ala. 

– Dobrze. – kojarzyłem tę knajpę. Serwowali tam niezłe steki. – Chyba tyle na razie mi wystarczy.

Wymieniliśmy formalności. Otrzymałem połowę zapłaty za mój czas poświęcony na śledzenie Ralpha Roswella. Drugą miałem otrzymać, gdy przyniosę jego żonie dowód zdrady.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to zlecenie wywróci mój świat do góry nogami.

***

Śledzenie Ralpha Roswella rozpocząłem następnego dnia.

Pojechałem za nim do siedziby jego firmy. Poruszał się czarnym bentleyem. Potem gdy już upewniłem się, że wszedł do środka, zaparkowałem samochód i czekałem. Osiemdziesiąt procent pracy detektywa, jeśli nie więcej, opiera się na czekaniu właśnie. Przez pierwszą godzinę jest jeszcze dobrze. Po niej następują pierwsze objawy nudy. Najgorsze jednak jest to, że nie możesz ot tak po prostu przeglądać telefonu w oczekiwaniu. Ciągle musisz być czujny, bo jeszcze może się zdarzyć, że obiekt obserwacji niespodziewanie gdzieś wyjdzie.

Ralph akurat wyszedł zgodnie z harmonogramem dnia wypunktowanym przez jego żonę. Była godzina szesnasta. Po drodze Roswell zatrzymał się w swojej ulubionej restauracji. Wszedłem za nim do środka w nadziei, że za chwilę do jego stolika podejdzie jakaś kochanka, dzięki czemu będę mógł już otrzymać resztę zapłaty i wrócić do domu.

Ralph zamówił sobie rybę. Ja wziąłem jedynie kawę i obserwowałem go z kąta sali.

I wtedy stało się coś, co sprawiło, że mimowolnie się nastroszyłem.

Roswell, zamiast normalnie jeść rybę przy pomocy widelca, wziął ją do ręki i odgryzł jej łeb, nie przejmując się zupełnie ościami. Po prostu przeżuwał to, jakby miał w dłoni batona.

Ryba zniknęła prędko z talerza. Podobnie frytki. Roswell otarł sobie twarz przy pomocy rękawa, po czym opuścił restaurację. 

Uderzył mnie kontrast tego, w jaki sposób prezentowała się żona Roswella, a jak zachowywał się jej mąż. Jedzenie rękami? Wycieranie twarzy w rękaw? Co prawda, nigdy nie byłem pośród wyższych sfer, ale wydaje mi się, że to nie są zachowania im charakterystyczne. Zwłaszcza w miejscach publicznych.

Niemniej, jako że żadna kochanka się nie zjawiła, musiałem kontynuować śledzenie Roswella.

Za piętnaście szósta dotarł do domu. Przesiedział tam trzy godziny. W międzyczasie otrzymałem telefon od Felicii.

– Halo? Panie Heathrow. Do biura przyszedł pan Tomlock. 

– Przełącz mnie na linię. – odpowiedziałem i po chwili usłyszałem z głośników głos mężczyzny.

– Dzień dobry, detektyw Heathrow?

– Zgadza się. W czym mogę pomóc?

– Proszę pana, chciałbym, jeśli to nie problem, zlecić panu zadanie.

– Zamieniam się w słuch.

– Czy mogę na prywatności? – spytał, pewnie zmieszany obecnością Felicii.

– Nie mam przed Felicią żadnych tajemnic. – oświadczyłem. – Może pan spokojnie mówić.

– Bo ja… ja podejrzewam, że żona mnie zdradza.

Kolejny?

To już sprawiło, że uniosłem brew.

– Skąd takie u pana podejrzenia? – zapytałem.

– Wieczorami znika z domu. Unika mnie. Udaje, że nie istnieję.

– Rozumiem. Od kiedy się to zaczęło?

– Kurczę… Wie pan? Miała ostatnio wycinane migdałki. W takiej nowej klinice.

Sprawa naprawdę nabierała teraz tempa. Nim jednak zdążyłem to przetrawić, zauważyłem sylwetkę Ralpha opuszczającą posiadłość Roswellów.

– Niech pan posłucha, panie…

– Keith.

– Panie Keith. Jeszcze się z panem skontaktuję. Na razie wykonuję inne zlecenie. Proszę zostawić swój numer u Felicii. Oddzwonię.

Powiedziawszy to, rozłączyłem się. Ralph odpalił silnik w swoim bentleyu, a następnie wyjechał na ulicę i ruszył przed siebie. A ja za nim.

Wielkie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że zaprowadził mnie pod budynek Kliniki Zielonego Krzyża.

Zaparkował samochód we wnęce między kliniką a sąsiadującą z nią opuszczoną kamienicą. Zatrzymałem swój wóz nieopodal po drugiej stronie ulicy.

W klinice nie paliły się żadne światła. Tym dziwniejsze więc było obranie przez Roswella właśnie tego miejsca za cel podróży. Ruszyłem w stronę wnęki, gdzie zostawił samochód. Tam spostrzegłem, że na bocznej ścianie kliniki znajdują się drzwi. Roswella nigdzie nie było. Wysnułem więc wniosek, że musiał przez nie przejść.

Zapukać nie było jak. Zostałbym zdemaskowany. Musiałem wymyślić coś innego. Dlatego obszedłem budynek dookoła. Tam. Z tyłu zobaczyłem okno przysłonięte w połowie żaluzjami. Przeskoczyłem płot, przeszedłem małe podwórko i podszedłem do okna na klęczkach, wystawiając jedynie głowę na wysokości oczu.

Widok, który tam zastałem, sprawił, że oddech uwiązł mi w gardle.

W małym gabinecie otoczonym ścianami wypełnionymi białymi kafelkami stała grupka istot, które ciężko mi tu teraz opisać, ale postaram się jak mogę. Były to bowiem istoty o brunatnym umaszczeniu, posiadały cztery ramiona wznoszące się do góry i otaczające łeb z każdego kąta. Same ich łby wyglądały, jakby modliszce przyszyć do paszczy wielką muchołówkę. Tuż nad tymże pyskiem wznosiły się ślepia, czerwone, okrążające łby stworów dookoła.

Zaś to nawet nie było najgorsze. Najgorsze było to, co leżało pod każdym stworem. Były to ludzkie ciała, ale ciała wyglądające tak, jakby spuszczono z nich wszelkie powietrze. Wśród nich był Ralph Roswell, a raczej jego porzucona powłoka. Ciała przypominały prześcieradła rzucone niedbale na podłogę. Nie. Nie prześcieradła, ubrania. Stroje.

Ciała stworów łączyły się z nimi za sprawą jakiejś dziwnej, czarnej pępowiny. 

Miałem ochotę krzyczeć, uciec, tarzać się po podłodze. Lecz ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Zamiast tego moja dłoń sięgnęła do kieszeni po telefon. I gdy już odpaliłem aparat, aby zrobić zdjęcie, nagle zabłysnęła lampka, o której wyłączeniu zapomniałem. Przez to stwory mnie zauważyły.

Krzyknąłem i porwałem się do ucieczki, ale niespodziewanie poczułem silne pulsowanie w głowie. Krew zaczęła dudnić mi w uszach. Kończyny mi zdrętwiały. Padłem na ziemię i ogarnęła mnie ciemność.

***

Ocknąłem się, gdy było już jasno, a więc następnego dnia. Chwilę zajęło mi przypomnienie, czego byłem świadkiem i gdy to w końcu nastało, sięgnąłem do kieszeni po telefon. Nie miałem go. Sam znajdowałem się na drugim końcu miasteczka. Na całe szczęście tuż obok mnie był mój samochód. Pojechałem natychmiast w kierunku kliniki. Gdy tam jednak dotarłem, zauważyłem tłum, a także straż pożarną. Jak się okazało, budynek został doszczętnie spalony. 

Lekarzy nie udało się znaleźć. Nikogo ponoć nie było w środku.

Ja jednak wiedziałem swoje i z tą wiedzą poszedłem na policję.

Nie uwierzyli mi. Dziś z perspektywy czasu wiem, jak obłąkańczo musiałem wtedy brzmieć. Zacząłem wrzeszczeć, wygrażać się im, aż w końcu mnie obezwładnili i zadzwonili po karetkę.

Obecnie siedzę w zakładzie psychiatrycznym. Opowiadałem moją historię nie tylko policji, ale także i lekarzom oraz Felicii, która mnie odwiedza. Nikt mi nie wierzy. Kiwają głową, uśmiechając się pobłażliwie, jakbym był niespełna rozumu świrem, ale ja wiem, co widziałem. Mam tutaj sporo czasu, dlatego wysnułem pewną teorię. To nie były istoty z tego świata. To byli przybysze z bardzo daleka. Przybysze, którzy pod postacią kliniki, odbierali swoim pacjentom ciała, by móc pod przykrywką infiltrować ludzkość. Uzyskali dzięki temu sporo informacji o nas. Informacji, które ulotniły się wraz z nimi po moim odkryciu. Daleko. Nie wiadomo gdzie. A przez ignorancję służb i ludzi z mojego otoczenia, nigdy nie dowiemy się, kim byli i do czego wykorzystają tę wiedzę.

Pozostaje jedynie czekać.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć, JJSiemin

Gratuluję debiutu!

Jest klimat Lovecrafta, za to plus. Tekst nie jest wolny od błędów, ale postanowiłem w ogóle się nimi nie przejmować.

Ciekawe istoty podszywające się pod ludzi, pozostawiające po nich tylko sflaczałe opakowania. Szkoda, że tak szybko przeszedłeś do zakończenia, przez co historia wydaje się być urwana. Bohater zasłabł (nie wiadomo dlaczego), a później obudził się na końcu miasta i jeszcze dorzuciłeś w pakiecie samochód :-) Czyżby obcy teleportowali niechcianego świadka? To przecież mogli go zmienić w dętkę, jak innych… zmarnowali ciało. A jeśli został ocalony, to dlaczego? Jedynie po to, żeby wylądować w psychiatryku? 

Pozdrawiam

Dziękuję za recenzję i celne uwagi :). Również pozdrawiam

Nowa Fantastyka