- Opowiadanie: CZARNA2 - Piekielne Zawody

Piekielne Zawody

Pisać uczy­łam się na wiedź­mi­nie, cza­sem wy­cho­dzi­ły z tego różne, dziw­ne kon­fi­gu­ra­cje i nie­ty­po­we, ab­sur­dal­ne hi­sto­rie.

To opo­wia­dan­ko jest bar­dzo, bar­dzo stare. I niby jest to wiedź­min ale kanon po­szedł w las, a cała akcja dzie­je się w Au­stra­lii w cza­sach około 1890r. Bo czemu nie.

 

Be­to­wa­li:

bruce, me­len­du­r88, Ro­bert Raks, Dra­ke6.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Piekielne Zawody

 

 

 

Las był gęsty, a wąska ścież­ka po­zwa­la­ła je­chać tylko gę­sie­go. Suche, cięż­kie po­wie­trze mę­czy­ło płuca i pa­so­wa­ło tu jak ulał okre­śle­nie Digo: „wsa­dzić głowę do roz­grza­ne­go pieca”. Z tą róż­ni­cą, że sie­dzie­li w nim cali.

Czte­rech męż­czyzn pro­wa­dzi­ło konie za uzdy, oglą­da­jąc drzewa nie tyle z nie­po­ko­jem ile z na­ra­sta­ją­cą iry­ta­cją. Żaden nie przy­znał­by się, nawet pod groź­bą prę­gie­rza, że za­błą­dzi­li.

Na czele tej czwór­ki szedł blon­dy­nek, bar­dzo krót­ko ob­cię­ty, tuż za nim po­dą­żał ma­syw­ny czar­no­wło­sy mło­dzie­nia­szek, a trze­cim był mod­nie ostrzy­żo­ny chło­pa­czek z de­li­kat­nym jesz­cze wąsem ukry­wa­ją­cym za­ję­czą wargę. Po­chód za­my­kał naj­star­szy z nich, Digo ze śla­da­mi po ospie. Wszy­scy mieli kocie oczy.

– Ko­ma­ry wiel­ko­ści słoni – po­wie­dział blon­dy­nek, omi­ja­jąc co więk­sze ka­mie­nie i dołki.

– Bez prze­sa­dy, Sken, za­bi­łeś bruxę, a ko­ma­rów się boisz? Zresz­tą, gdzie tu masz ko­ma­ry?

Za­py­ta­ny zer­k­nął w kie­run­ku idą­ce­go za nim czar­no­wło­se­go, rów­nie mło­de­go jak on i wzru­szył ra­mio­na­mi. Ko­ma­ry czy nie, upo­rczy­wie gry­zły.

– To naj­strasz­liw­sze z po­two­rów. Ata­ku­ją nie­zau­wa­że­nie, wy­sy­sa­ją krew, roz­no­szą cho­ro­by.

Idący za nimi nie zwra­cał na nich naj­mniej­szej uwagi. Bar­dziej po­chła­niał go widok kar­ło­wa­cie­ją­cych aka­cji i waw­rzy­no­po­dob­nych drze­wek, których nie wi­dział do tej pory. Może dla­te­go za­wo­dy za­wsze od­by­wa­ły się w od­lud­nym miej­scu, aby wy­rów­nać szan­se star­tu­ją­cym, albo istniał inny powód, któ­re­go nie był w sta­nie za­uwa­żyć.

Z gó­rzy­stych zie­lo­nych te­re­nów po­wo­li wkra­cza­li na pół­pu­styn­ne ni­zi­ny, ob­fi­tu­ją­ce w stepy z twar­do­list­ny­mi tra­wa­mi, sło­no­ro­śla­mi, ka­zu­ary­na­mi i inną florą, nie­zna­ną wiedź­mi­nom z ro­dzin­nej Szko­cji.

Da­le­ka była droga do domu.

Kilka mie­się­cy stat­kiem tylko po to, żeby do­stać się do ja­kiejś dziu­ry zwa­nej Port Jack­son. Po dro­dze mi­nę­li małą wyspę, na któ­rej prze­by­wa­li chłop­cy, młodzi tak jak oni, i Port Ar­thur, który z obozu drwal­skie­go prze­isto­czo­no w naj­więk­szą ko­lo­nię karną. Głów­nym celem było „zmie­nić ło­trów w uczci­wych ludzi”.

Roz­my­śla­nia wą­sa­cza prze­rwa­ły słowa idą­ce­go na po­cząt­ku nie­wiel­kiej dru­ży­ny.

– My­śli­cie, że któ­ryś z nas wygra?

– Tak, Sken – ode­zwał się naj­star­szy z po­dróż­ni­ków, Digo. – Ty na pewno. Jak będą za­wo­dy w mie­le­niu ozo­rem.

Młody męż­czy­zna na­piął się i naj­wy­raź­niej miał coś po­wie­dzieć, ale prze­mil­czał. Nie było sensu drzeć kotów z opie­ku­nem Digo.

Gru­bo­ko­ści­sty i czar­no­wło­sy chło­pak, zrów­nał się ze Ske­nem i klep­nął go przy­jaź­nie w ramię.

Nie od dziś wia­do­mo, że ospo­wa­ty to naj­gor­szy z opie­ku­nów, któ­re­go chcia­no się po­zbyć z Kaer Mor­hen. Naj­le­piej na za­wsze. Ide­al­ną oka­zją było wy­sła­nie go z mło­dy­mi na tur­niej, gdzie raz na kilka lat zjeż­dża­li wiedź­mi­ni, aby wal­czyć o honor i chwa­łę dla swo­jej szko­ły. Roz­gryw­ki były krwa­we i bez­względ­ne, a ry­wa­li­za­cja okrut­na. Wielu naj­lep­szych, z dwóch lub trzech ostat­nich rocz­ni­ków, miało już nie wró­cić.

Pie­kiel­ne za­wo­dy, jak je po­pu­lar­nie zwano, były ostat­nim i naj­waż­niej­szym wy­zwa­niem, które prze­cho­dzi­li mło­dzi wiedź­mi­ni, przed fak­tycz­nym wy­ru­sze­niem na szlak.

– Kruki za­wsze wy­gry­wa­ją – oświad­czył ja­dą­cy teraz na przy­dzia­ło­wej ko­był­ce wą­sacz.

Gęsty las w końcu się skoń­czył i mogli do­siąść koni, gru­bo­ko­ści­sty wiedź­min w któ­rymś mo­men­cie po­czuł, że są ob­ser­wo­wa­ni. Ko­bie­ca po­stać w tiu­lo­wej sukni, z czar­ny­mi war­ko­cza­mi i grubą księ­gą, znik­nę­ła szyb­ko, jakby była tylko złu­dze­niem.

– Fet, ty to po­tra­fisz pod­nieść na duchu – ode­zwał się czar­no­wło­sy Ruben, prze­no­sząc uwagę z ta­jem­ni­czej ko­bie­ty na przy­ja­cie­la.

– Mówię, jak jest. Kruki wy­gra­ły dzie­sią­ty raz z rzędu. Odkąd ich stwo­rzo­no, nikt z nimi nie ma szans.

– Znamy sta­ty­sty­ki – po­wie­dział po­nu­ro Sken, który miał wra­że­nie, jakby jego wa­łach szedł krok do przo­du, a dwa w tył. – Ale dzię­ki, stary, że nam to uświa­do­mi­łeś.

– Je­stem star­szy tylko o rok – ob­ru­szył się wiedź­min.

– Prze­stań­cie w końcu kła­pać dzio­ba­mi – prze­rwał im Digo, wy­prze­dza­jąc mło­dych.

Przez dłuż­szą chwi­lę je­cha­li w mil­cze­niu.

Cisza, prze­ry­wa­na z rzadka je­dy­nie głosami pta­ków, była mę­czą­ca i cięż­ka jak kra­jo­braz roz­po­ście­ra­ją­cy się przed nimi. Każdy z wiedź­mi­nów miał ocho­tę ode­zwać się, ale żaden nie chciał wyjść na ga­du­łę i pró­bo­wał prze­cze­kać to­wa­rzy­szy.

Ruben się­gnął do sakwy po pasek su­szo­ne­go mięsa. Po­wą­chał i w ca­ło­ści wci­snął w usta. Przez chwi­lę prze­żu­wał twar­dy jak po­de­szwa ochłap.

Fet po­szedł w ślady to­wa­rzy­sza, a po­nie­waż nigdy nie prze­pa­dał za tego typu prze­twa­rza­niem żyw­no­ści, wy­cią­gnął pusz­kę i za­czął się mo­co­wać z wiecz­kiem.

Odkąd Du­rand wpadł na po­mysł za­my­ka­nia żyw­no­ści w bla­sza­nych po­jem­ni­kach, życie Feta na­bra­ło więk­sze­go smaku, przy­naj­mniej w po­dró­ży. W ty­siąc osiem­set trzy­dzie­stym kon­ser­wy można było kupić już w skle­pach i wą­sa­ty chło­pak za­opa­trzył się w nie mimo wy­so­kiej ceny. Sken po­pa­trzył na nich z dez­apro­ba­tą, stwier­dza­jąc, iż ma przed sobą dwie pa­pu­gi, albo małpy. Co robi jeden, to zaraz i drugi. Po chwi­li sam się­gnął do juków po je­dze­nie.

– My­śli­cie, że będą tam ja­kieś cza­ro­dziej­ki? – za­py­tał Ruben, prze­ły­ka­jąc ka­wa­łek mięsa.

– Miej­że li­tość – mruk­nął Fet.

– Po two­jej ostat­niej akcji z cza­ro­dziej­ką mie­li­śmy karę. Mie­sięcz­ną, muszę dodać, ale jak widać ni­cze­go się od tam­tej pory nie na­uczy­łeś – po­wie­dział Sken, grze­biąc łyżką w sło­iku, który ja­kimś cudem prze­trwał długą po­dróż, wli­cza­jąc w to sztorm i galop po ła­god­nych sze­ro­kich prze­łę­czach.

– Poza tym to nie była cza­ro­dziej­ka… No do­brze, kie­dyś była – spro­sto­wał Fet pod spoj­rze­niem ma­syw­ne­go wiedź­mi­na. – Cza­ro­dziej­ka, która po śmier­ci za­mie­ni­ła się w upio­ra.

– A ta upio­rzy­ca rzu­ci­ła na cie­bie czar i od­pa­dła jej dolna szczę­ka, jak ją ca­ło­wa­łeś – za­re­cho­tał Sken.

– Ja jem – po­wie­dział Fet z peł­ny­mi usta­mi, zer­ka­jąc na Ru­be­na, który dłu­bał pa­znok­ciem za ka­wał­kiem ścię­gna tkwią­cym mię­dzy zę­ba­mi.

– To była cza­ro­dziej­ka – upie­rał się.

– Nie zda­li­śmy przez cie­bie eg­za­mi­nu – przy­po­mniał uczyn­nie Sken. – Mie­li­śmy po­praw­kę, jako pierw­si w hi­sto­rii szko­ły, o czym wie­dzieć nie mo­głeś, bo przez mie­siąc prze­le­ża­łeś w szpi­ta­lu.

Ruben wzru­szył ra­mio­na­mi, mając wra­że­nie, że ka­wa­łek je­dze­nia nadal tkwi w zębie. Czas było się­gnąć po dra­stycz­niej­sze środ­ki.

– Czy wy po­tra­fi­cie roz­ma­wiać o czymś innym niż o du­pach i je­dze­niu? – ode­zwał się z przo­du zi­ry­to­wa­ny Digo.

– Taki wiek – od­parł czar­no­wło­sy nie­wy­raź­nie, grze­biąc za­pał­ką w ustach. – Mo­że­my jesz­cze gadać o ro­bo­cie, na przy­kład. Sken, dla­cze­go ka­za­łeś sikać wie­śnia­ko­wi na utop­ce?

– Dość. Nie mo­że­my wtrą­cać się w życie za­mknię­tej spo­łecz­no­ści w taki spo­sób. – Opie­kun Digo miał tej wy­pra­wy ser­decz­nie dość. Dano mu nie­zbyt kon­kret­ne in­for­ma­cje co do miej­sca zwa­ne­go jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat temu Nowa Ho­lan­dia, a że sam nigdy tu nie był, to mu­siał kie­ro­wać się nie­do­kład­ny­mi wska­zów­ka­mi, typu: wy­jedź z lasu i po­dą­żaj na po­łu­dnie dwa dni. Koło skały w kształ­cie zde­chłe­go muła skręć w lewo i jedź czte­ry go­dzi­ny, a bę­dziesz na miej­scu.

Tak czy ina­czej, ze ską­pych wia­do­mo­ści, wy­ni­ka­ło, że mieli przed sobą jesz­cze ka­mie­ni­ste pu­sty­nie, słone je­zio­ra, bagna, a celem ich wę­drów­ki były góry na środ­ku pu­sty­ni. Po pro­stu, żyć nie umie­rać.

W tak zmien­nych wa­run­kach nie­umie­jęt­ne i lek­ko­myśl­ne po­stę­po­wa­nie może mieć fa­tal­ne skut­ki.

Digo wes­tchnął w duchu. Za­miast kon­serw mógł wziąć do­dat­ko­we prze­wod­ni­ki, cho­ciaż z tych, które miał, ko­rzy­stał ukrad­ko­wo, aby go nie przy­ła­pa­no.

Wiedź­mi­ni przez chwi­lę przy­glą­da­li się fa­lu­ją­ce­mu kra­jo­bra­zo­wi, roz­po­ście­ra­ją­ce­mu się przed nimi ni­czym morze błę­kit­na­wych traw. Wy­so­kie i ostre źdźbła się­ga­ły koń­skim brzu­chom, a sam mo­no­ton­ny widok mę­czył oczy, tak jak i słoń­ce świe­cą­ce wprost w zwę­żo­ne źre­ni­ce. Za­trzy­ma­li się jesz­cze przed zmro­kiem, wy­dep­ta­li spory krąg wśród traw, roz­pa­li­li wątłe ogni­sko z ba­dy­li, któ­rych nawet ogień nie chciał po­żreć, a co do­pie­ro zwie­rzę­ta.

Ruben spę­tał konie, wró­cił szyb­ko do ogien­ka i przy­siadł obok Feta, kuląc się z zimna. Tem­pe­ra­tu­ra spa­da­ła bar­dzo szyb­ko i wiedź­min po­dej­rze­wał, że w nocy może być przy­mro­zek.

– Wi­dzia­łem damę w tiu­lach – szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie, pra­wie nie otwie­ra­jąc ust.

– Ty też? Wy­da­wa­ło mi się, że to złu­dze­nie, ale kilka razy też ją za­uwa­ży­łem. Choć nie mam pew­no­ści, że to ta sama po­stać – od­parł rów­nie cicho wą­sacz.

– Gdzie?

– Naj­pierw w Port Jack­son, skąd wy­jeż­dża­li­śmy. Drugi raz, nie­da­le­ko wio­ski Abo­ry­ge­nów i teraz, koło po­łu­dnia, w lesie.

– Hm, cie­ka­we, nie­moż­li­we…

– Cie­ka­we, in­te­re­su­ją­ce, nie­sa­mo­wi­te, jak­byś mógł ja­śniej, Ruben – wtrą­cił się w ich roz­mo­wę Sken, pod­cho­dząc z tyłu. – Sie­dli­ście i szep­cze­cie jak para za­ko­cha­nych go­łą­bków. Nic nie można zro­zu­mieć.

Ruben od­cze­kał, aż Digo znik­nie mię­dzy tra­wa­mi i szep­nął.

– Idzie za nami dama.

– W tiu­lach? – za­py­tał blon­dy­nek, a to­wa­rzy­sze po­twier­dzi­li. – To ani upiór, ani alp, a tym bar­dziej mula, to nie ich kli­mat. Na wam­pi­ry jest tu po pro­stu za go­rą­co, za mało ży­wi­cie­li. To musi być coś in­ne­go. Oso­bi­ście pro­po­nu­ję, za­py­tać ją – po­wie­dział, zer­ka­jąc przed sie­bie ponad trawy. Ruben i Fet po­dą­ży­li za jego wzro­kiem. W nad­cią­ga­ją­cym zmro­ku nie­wy­raź­na, ko­bie­ca syl­wet­ka była nie­da­le­ko, nie­mal wcho­dząc w wy­dep­ta­ny przez wiedź­mi­nów krąg. Czar­ne war­ko­cze opa­da­ły na ra­mio­na.

Ma­syw­ny wiedź­min wstał po­wo­li.

– Po­dejdź no tu, mamy parę pytań! – za­wo­łał.

Pa­nien­ka uśmiech­nę­ła się i roz­pły­nę­ła w po­wie­trzu.

– Po­dejdź no tu? – Fet po­pa­trzył do góry, na przy­ja­cie­la, po­wąt­pie­wa­ją­cym wzro­kiem. – Po­waż­nie?

Czar­no­wło­sy wzru­szył ra­mio­na­mi zer­ka­jąc na chi­cho­czą­ce­go Skena.

– Po­trze­bu­je­my przy­nę­ty – mruk­nął, na po­wrót ku­ca­jąc.

– Nasza przy­nę­ta po­szła za po­trze­bą – uśmiech­nął się pa­skud­nie blon­dy­nek.

Zanim jed­nak co­kol­wiek zro­bi­li, Digo wy­to­czył się z traw, cięż­ko dy­sząc. Mło­dzi wiedź­mi­ni, wi­dząc u opie­ku­na nie­na­tu­ral­ną tru­pią bla­dość, rzu­ci­li się na pomoc. Za późno. Digo grzmot­nął o zie­mię jak długi i wił się po niej ni­czym robak na­bi­ty na ha­czyk, to­cząc przy tym pianę z ust.

– Ugryzł mnie – wy­dy­szał nie mogąc po­wie­dzieć nic wię­cej.

Chwi­lo­we za­sko­cze­nie ustą­pi­ło miej­sca chłod­nej, wiedź­miń­skiej kal­ku­la­cji.

Fet padł na na­uczy­cie­la, unie­ru­cha­mia­jąc go cię­ża­rem ciała i wła­sną siłą. Ruben roz­warł szczę­ki po­szko­do­wa­ne­go, nie­mal je wy­ła­mu­jąc, a Sken wlał Ja­skół­kę. Efek­tu widać nie było.

– Na­stęp­na – wy­sy­czał Fet, czu­jąc jak ciało pod nim wiot­cze­je. – Szyb­ciej.

Digo wił się jesz­cze chwi­lę, coraz sła­biej, a potem znie­ru­cho­miał.

Na chwi­lę mło­dzi wiedź­mi­ni za­mar­li, a potem po­pa­trzy­li na sie­bie nie­pew­nie. Wła­śnie zo­sta­li po­zba­wie­ni opie­ku­na i prze­wod­ni­ka oraz wspar­cia na za­wo­dach.

Wiedźmini byli od­por­ni na tru­ci­zny, a to, co się stało za­sko­czy­ło ich.

Każdy miał swoje po­dej­rze­nia. Teraz mogli je­dy­nie upew­nić się w sy­tu­acji i przy­go­to­wać na nie­uchron­ne.

Sken i Fet spraw­dza­li teren, a Ruben w tym cza­sie robił oglę­dzi­ny trupa.

 

 

 

Po kilku go­dzi­nach, w cza­sie któ­rych księ­życ zdą­żył prze­wę­dro­wać już po­ło­wę nieba, oka­za­ło się, że mają na­praw­dę nie­wie­le, a wła­ści­wie to nic.

– I co? – za­py­tał Ruben, wi­dząc wra­ca­ją­ce­go Skena, za któ­rym po­dą­żał Fet. – A nasza ta­jem­ni­cza dama?

– Ani śladu – od­parł wą­sacz, ku­ca­jąc obok na­uczy­cie­la. Digo nie wy­glą­dał na mniej mar­twe­go niż przed pa­ro­ma go­dzi­na­mi. Był na­to­miast bar­dziej ro­ze­bra­ny. Wła­ści­wie był cał­kiem goły, bo młody wiedź­min nie oszczę­dził mu nawet bie­li­zny, prze­pro­wa­dza­jąc szcze­gó­ło­we oglę­dzi­ny. – Naj­praw­do­po­dob­niej to jakiś tu­tej­szy ro­dzaj ducha.

Jakby na po­twier­dze­nie jego słów gdzieś w od­da­li za­hu­ka­ła sowa i po­wiał zimny wiatr, sze­lesz­cząc tra­wa­mi.

– Żad­nych no­wych ran albo ugry­zień u Digo. Oprócz jed­ne­go. – Wska­zał nie­wiel­kie uką­sze­nie w oko­li­cy łydki.

– Żar­tu­jesz? Praw­da? – Ruben po­krę­cił głową. – To wy­glą­da na ugry­zie­nie węża, a my je­ste­śmy od­por­ni na tok­sy­ny, poza tym wla­łem w niego dwie Ja­skół­ki. To nie­moż­li­we, żeby zabił go wąż. Bo… to wąż. Ro­zu­miesz? Nie man­ti­ko­ra czy ba­zy­li­szek, ale zwy­kły, zie­lo­ny wąż. Wiedź­mi­ni nie umie­ra­ją od węży.

– Wiedź­mi­ni… nie pa­ni­ku­ją, Sken – od­po­wie­dział Fet chłod­no. – Poza tym, skąd mo­żesz wie­dzieć, że był zie­lo­ny?

– Tak tylko po­wie­dzia­łem. Rów­nie do­brze mógł być prze­źro­czy­sty.

– Nie­wi­docz­ny – za­sta­no­wił się Ruben, który jak do tej pory, je­dy­nie przy­glą­dał się z uwagą to­wa­rzy­szom. – Jak ka­me­le­on.

Wą­sa­ty wiedź­min po­de­rwał się z kucek i pal­nął dło­nią w czoło.

– Czego że­ście się na­ćpa­li? Prze­źro­czy­sty wąż ka­me­le­on? Serio?! Czy wy w ogóle się sły­szy­cie?!

– Cie­bie na pewno wszy­scy – od­gryzł się Sken.

– Trze­ba go spa­lić – po­wie­dział spo­koj­nie i bez­na­mięt­nie ma­syw­ny wiedź­min.

– Węża?

– Trupa – po­wie­dział po­wo­li Ruben, spo­glą­da­jąc na Skena. – Potem ru­sza­my dalej, na te cho­ler­ne, pie­kiel­ne za­wo­dy.

– A wiesz, gdzie i któ­rę­dy? – za­py­tał scep­tycz­nie blon­dyn. – Bo mnie się zdaje, że je­ste­śmy w rzyci.

Ruben wy­cią­gnął z sakwy Digo pro­wi­zo­rycz­ną mapę oraz wska­zów­ki spi­sa­ne na niej po­chy­łym pi­smem i po­wie­dział:

– Damy radę.

– Ta… O ile nie za­ata­ku­ją nas prze­źro­czy­ste węże ka­me­le­ony.

– Żeś się ucze­pił tych węży, Fet – sark­nął Sken. – To była ich tu­tej­sza man­ti­ko­ra. – Wi­dząc zdzi­wio­ne spoj­rze­nia to­wa­rzy­szy, dodał. – Głu­pio tak umie­rać od węża. Nie?

– I man­ti­ko­ry się trzy­maj­my. – Zgo­dzi­li się ze sobą wszy­scy trzej.

Na za­pa­le­nie pro­wi­zo­rycz­ne­go stosu nie było naj­mniej­szych szans, na za­ko­pa­nie ciała w wy­schnię­tej ziemi rów­nież. Nawet ka­mie­ni na uło­że­nie kopca nie mieli za wiele. Mu­sie­li wziąć to­wa­rzy­sza ze sobą, z na­dzie­ją, że szyb­ko znaj­dą od­po­wied­nie miej­sce i wa­run­ki, al­bo­wiem cie­pło nie po­zwa­la­ły, go wozić.

– Wie­cie, co mnie za­sta­na­wia? – ode­zwał się Fet, wraz z Ru­be­nem za­wi­ja­jąc szczel­nie zwło­ki.

– Zaraz się do­wie­my. Tak czy ina­czej. – Ruben po­pa­trzył na Skena, przy­go­to­wu­ją­ce­go konie do dal­szej po­dró­ży.

– Nie za­uwa­ży­łem, plam opa­do­wych – po­wie­dział po­wo­li, wra­ca­jąc do za­czę­te­go te­ma­tu.

– Czego nie za­uwa­ży­łeś?

Fet po­pa­trzył na Skena jak na idio­tę.

– Plam opa­do­wych. Po­wsta­ją one w mo­men­cie, kiedy usta­je krą­że­nie, a krew…

– Wiem, co to jest – wark­nął blon­dyn zi­ry­to­wa­ny. – Tyle, że u wiedź­mi­nów jest tro­chę ina­czej z krą­że­niem. Na karcz­ku nie wyjdą ci ru­mie­nie, na uszkach zresz­tą też – dodał cy­nicz­nie.

– Każ­de­mu wy­cho­dzą. Nasz sta­ru­szek może mieć rację.

– Odwal się, Ruben, je­stem star­szy tylko o mie­siąc – po­wie­dział wą­sa­ty.

Ma­syw­ny wiedź­min uniósł ręce w obron­nym ge­ście i po­wie­dział:

– Sprawdź­my? – Wszy­scy w ciszy przy­glą­da­li się, jak wy­cią­ga krót­ki nóż i na­ci­na żyły na nad­garst­ku, pra­wie tnąc po kości. Nic się nie dzia­ło. Z rany nie wy­pły­nę­ła nawet struż­ka krwi, nie po­ja­wi­ła się ani jedna kro­pel­ka. – Hm.

– Hm? To chcesz po­wie­dzieć? Prze­cież jest mar­twy, więc ra­czej krew nie po­pły­nie.

– Sken, ty chyba w ogóle nie uwa­ża­łeś w szko­le, na za­ję­ciach Ru­fu­sa – mruk­nął Ruben, na­chy­la­jąc się do rany, pra­wie do­ty­ka­jąc jej nosem. – Po­świeć mi.

Naj­star­szy z wiedź­mi­nów po­słusz­nie dał świa­tło, trzy­ma­jąc w ręce wy­cią­gnię­tą lampę i kuc­nął obok.

– To wy­glą­da jak skrzep – po­wie­dział, spo­glą­da­jąc na miej­sce, które wska­zy­wał ma­syw­ny męż­czy­zna. – Ro­ze­tnij.

Ru­be­no­wi nie trze­ba było po­wta­rzać, roz­chla­stał rękę zmar­łe­go aż do łok­cia, co nie było za­da­niem ła­twym. Roz­chy­lił na­cię­cie i przez chwi­lę przy­glą­da­li się mię­śniom, ścię­gnom oraz żyłom ro­ze­pchnię­tym przez za­sty­głą krew.

– Dla­te­go ja­skół­ka nie dzia­ła­ła. – Sken za­sło­nił cał­ko­wi­cie świa­tło głową, ale i tak nie było ono już istot­ne. – Prze­źro­czy­sty wąż ka­me­le­on, któ­re­go jad po­wo­du­je tę­że­nie krwi… Dla mnie bomba. Po­my­śl­cie, jakie tru­ci­zny można by z tego zro­bić…

– Jaką wła­dzę można by mieć.

– Prze­stań­cie, obaj – po­wie­dział Fet. – Zgi­nął nasz na­uczy­ciel, a wy o prze­ję­ciu wła­dzy nad świa­tem ga­da­cie i ma­so­wych mor­der­stwach.

– Tylko tak czy­sto hi­po­te­tycz­nie – burk­nął Sken.

W sza­rym przed­świ­cie dnia przy­wią­za­li mar­twe­go Digo do konia i ru­szy­li w drogę. Po­ra­nek, był chłod­ny i rześ­ki. Przy­naj­mniej na razie. Po po­łu­dniu zna­leź­li miej­sce, w któ­rym mogli po­cho­wać to­wa­rzy­sza po­dró­ży na spo­sób wiedź­miń­ski.

 

 

Po­mię­dzy opa­ra­mi dymu Ruben za­uwa­żył nie­wy­raź­ną syl­wet­kę ko­bie­ty. Trą­cił Feta łok­ciem i wska­zał głową.

– Wi­dzia­łem – mruk­nął wą­sa­ty wiedź­min. – Gdyby chcia­ła nam coś zro­bić, już dawno by zro­bi­ła.

– Nie nie­po­koi cię, że za nami idzie?

– Nie­po­koi, Ruben – od­po­wie­dział przy­ja­cie­lo­wi, mru­żąc oczy od dymu – ale na razie, jest poza na­szym za­się­giem.

Blon­dyn prze­su­nął się bli­żej i z uwagą słu­chał, o czym roz­ma­wia­ją to­wa­rzy­sze.

Ogień trza­skał i strze­lał wy­so­ko wprost w słoń­ce, które już nie było naj­ni­żej. Tem­pe­ra­tu­ra da­wa­ła się we znaki wiedź­mi­nom.

Kiedy ogień wy­gasł, nie zo­sta­ło już nic do zro­bie­nia.

Wska­zów­ki, które zo­sta­wił Digo, do­pro­wa­dzi­ły ich i z mniej­szy­mi lub więk­szy­mi pro­ble­ma­mi, do­tar­li na za­wo­dy.

Pu­sty­nia w sercu kon­ty­nen­tu za­chwy­ca­ła czer­wo­nym pust­ko­wiem. U pod­nó­ża gór stały na­mio­ty wszyst­kich wiedź­miń­skich szkół. W cie­płym wie­trze, pro­por­ce po­ru­sza­ły się nie­znacz­nie. Do­oko­ła pa­no­wał ruch, a dia­lek­ty mie­sza­ły się ze sobą two­rząc nie­zno­śny hałas.

– Je­ste­śmy obok Kru­ków – po­wie­dział Fet, zsia­da­jąc z konia i za­uwa­ża­jąc cha­rak­te­ry­stycz­ny znak Kruka z roz­dzia­wio­nym dzio­bem.

Ruben wzru­szył ra­mio­na­mi. W od­da­li wi­dział na­mio­ty Szko­ły Kota, a dalej krę­cą­cych się obok swo­je­go miej­sca w obo­zo­wi­sku wiedź­mi­nów ze Szko­ły Żmii.

– Są już chyba wszy­scy – mruk­nął Sken, przy­glą­da­jąc się, w ja­kiej ilo­ści przy­by­ły Koty. Mała, trzy­oso­bo­wa dru­ży­na wiedź­mi­nów ze Szko­ły Wilka, pre­zen­to­wa­ła się ra­czej kiep­sko na tle in­nych Szkół i nie cho­dzi­ło tu tylko o skład i ilość za­wod­ni­ków, ale rów­nież o wy­po­sa­że­nie.

– Nie ma jesz­cze Gry­fów i Niedź­wie­dzi – ode­zwał się ktoś za nimi. Wiedź­mi­ni od­wró­ci­li się gwał­tow­nie i spoj­rze­li na przy­by­sza.

Męż­czy­zna był ra­czej drob­ny i ko­ści­sty. W ni­czym nie przy­po­mi­nał łowcy po­two­rów. Nie miał nawet pio­no­wych źre­nic.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział czło­wie­czek. – Nie przed­sta­wi­łem się. Na­zy­wam się Urlich, ze Szko­ły Kruka.

– Ruben, Sken i Fet ze Szko­ły Wilka – przed­sta­wił to­wa­rzy­szy i sie­bie wą­sa­ty wiedź­min.

– Sły­sza­łem o wa­szej szko­le wiele do­bre­go – szep­nął Kruk, przy­glą­da­jąc się po kolei wiedź­mi­nom i wy­cią­ga­jąc do nich dłoń, którą Wilki zi­gno­ro­wa­ły.

Sken i Ruben od­da­li­li się z końmi, wi­dząc, że przy­ja­ciel stre­ści im prze­bieg roz­mo­wy. Poza tym nie mieli ocho­ty bra­tać się z Kru­ka­mi ani in­ny­mi wiedź­mi­na­mi.

– My rów­nież co nieco o was sły­sze­li­śmy. Jed­nak były to same pa­skud­ne hi­sto­rie – od­parł Fet, z uwagą przy­glą­da­jąc się bla­dym tę­czów­kom Kruka.

– Na­praw­dę? Na przy­kład jakie?

Nie­zbyt przy­chyl­ną od­po­wiedź Feta za­głu­szy­ły krzy­ki i na teren obo­zo­wi­ska z wiel­ką pompą wje­cha­li mło­dzi wiedź­mi­ni ze szko­ły Gryfa miesz­czą­cej się w Ame­ry­ce Pół­noc­nej.

Fet splu­nął na zie­mię.

– Na­dę­te bubki – mruk­nął ledwo sły­szal­nie.

– Cóż, nie spo­sób się nie zgo­dzić – od­parł jego roz­mów­ca. – W ja­kich kon­ku­ren­cjach star­tu­je­cie?

Fet wzru­szył ra­mio­na­mi. Mało po­do­ba­ło mu się wy­py­ty­wa­nie Kruka, dla­te­go też nie za­mie­rzał od­po­wia­dać.

– Jest dwa­na­ście kon­ku­ren­cji – po­wie­dział blon­dyn z uśmie­chem. – Jedną już za­li­czy­li­ście. Do­tar­li­ście tu.

Fet za­ci­snął zęby, nie­mal do­sta­jąc szczę­ko­ści­sku.

– Każdy ma swo­je­go tak jakby sę­dzie­go–opie­ku­na, który spi­su­je wszyst­ko, co zro­bi­cie…

– Co? – prze­rwał wywód Kruka lekko po­iry­to­wa­ny Wilk – Kto taki?

– Fi­lip­pa Ein­hart. Cza­ro­dziej­ka. Taka z czar­ny­mi war­ko­cza­mi.

 

 

 

– Nasza ta­jem­ni­cza dama jest cza­ro­dziej­ką – po­wie­dział Sken, kiedy we trzech sie­dzie­li przy wą­tłym ogni­sku przed na­mio­tem, a Fet stre­ścił po­krót­ce prze­bieg roz­mo­wy, oświad­cza­jąc przy oka­zji, że ma dość zo­sta­wia­nia go sa­me­go w ta­kich sy­tu­acjach.

– Nie uśmie­chaj się tak głup­ko­wa­to – wtrą­cił po­waż­nie Fet, pa­trząc na Ru­be­na. – Nie mo­że­my na­wią­zy­wać kon­tak­tów z sę­dzia­mi.

– Za późno – mruk­nął Sken. – Znasz Ru­be­na.

– Nie wie­rzę – sap­nął zre­zy­gno­wa­ny, wą­sa­ty wiedź­min. – Czy za­czniesz kie­dyś my­śleć, Ruben?

– Daj spo­kój, cały czas myślę, taki sku­tek ubocz­ny bycia czło­wie­kiem.

– Jak prze­gra­my przez cie­bie za­wo­dy, to cię za­tłu­kę.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem, mam parę uwag, mam przemyśleń, subiektywnych (bo jakżeby inaczej), więc potraktuj je proszę z przymrużeniem oka, zwłaszcza, że miałaś dobrych betareaderów ;)

 

Pierwsze akapity i opisy przyrody były bardzo dokładne. Aż za dokładne, tonąłem w nich, nie dowiadując się niczego nowego o postaciach. A tutaj idealnie można by było wpleść coś w stylu "Sken poczuł, że ostra trawa zraniła mu łydkę, spojrzał z grzbietu konia i […]", krajobraz nadal byłby opisany, ale również postać byłaby trochę bardziej rozwinięta.

To przechodzi płynnie do mojego drugiego przemyślenia, że trzech uczniów jest niemal identycznych w dialogach. Uzupełniają swoje myśli, kończą zdania, nie rozróżniałem ich i nie musiałem się na tym skupiać, bo rozróżnienie ich nie wnosiło wiele do historii. Przy dialogu o czarodziejce, którykolwiek mógł mówić którykolwiek z tych tekstów. Tylko Digo miał własny, zirytowany głos, ale nie powiedział nim za wiele.

Podkreślałaś od początku trudność podróży, po czym nagle po śmierci mentora i przewodnika w dwóch zdaniach dotarli na miejsce. To trochę niszczy zbudowany klimat, rozładowuje napięcie. Moją sugestią byłoby skrócenie opisów trudów drogi lub też podkreślenie, że te trudy nadal występowały jakąś dodatkową sceną.

 

To powiedziawszy, podoba mi się koncept przedstawiony w opowiadaniu. Oryginalnie i sprytnie rozwiązałaś, dlaczego wiedźmin mógł zginąć od zwykłego ukąszenia węża. Fajnie przemyślany jest też turniej, trochę taki Harry Potterowy Turniej Trójmagiczny. Wiem, że to stare opowiadanie i czekam, aż opublikujesz coś nowego :) 

Prestidigitator

Dziękuję za komentarz. Wiedźmina to teraz tak z doskoku piszę, bardziej skłaniam się ku horrorom.

Witaj. :)

Powtórzę pobetowo:

Fajna sprawa, sporo humoru i pomysłowa fabuła. :) Taka – idealna na święta. :) 

Dużo się dzieje PRZED, mało – samych, tytułowych zawodów. :)

 

Przejrzyj jeszcze dialogi, bo pojawiają się usterki, np.:

– Za późno – mruknął Sken – Znasz Rubena.

 

I nadal jest nieco różnych form “powiedział”.

 

Pozdrawiam serdecznie, klik. :) 

Pecunia non olet

Dzięki bruce. Co do tytułu, nie miałam pomysłu na niego. U mnie to akurat ciężka sprawa

Tytuł zawsze trudno wymyślić. :) Ważne, że masz głowę pełną świetnych pomysłów. :) Tak trzymaj! yes

I ja dziękuję, pozdro! :)

Pecunia non olet

No pierdyknęłaś niezły miks. To z tymi Krukami to miałem sam nawet pomysł na jakąś gawędę satyryczną by strollować pandżeja na temat szkół pt “Narobiło się gryfów, mantykor, gryffindorów” a sam autor coś takiego firmował tworząc koty i gryfy :)

 

o powiedziawszy, podoba mi się koncept przedstawiony w opowiadaniu. Oryginalnie i sprytnie rozwiązałaś, dlaczego wiedźmin mógł zginąć od zwykłego ukąszenia węża.

Takie odbrązowianie to co w grach jest na Geralcie mocno uwidocznione, ta super-duper mocarność wiedzminów jest moim zdaniem potrzebne. Pełna zgoda z kolegą.

 

– Filippa Einhart. Czarodziejka. Taka z czarnymi warkoczami.

Ej, she’s mine :)

 

(zart)

 

Teraz do sedna. Ciekawy ten miks ;) Ja bym dalej czytał. Wszelkie miksowanie różnych uniwersum i koncepcji uważam za bardzo fajne posunięcie. Nie trzeba wymyślać koło na nowo, żeby zrobić coś interesującego. To co ty zrobiłaś to miks harrego pottera z wiedźminem. Bardzo interesujące posunięcie. WIelką zaletą jak zwykle są u ciebie proste, ale za to bardzo plastyczne opisy. Zdarzają się nadal jakieś techniczne niedoróbki, ale przykrywasz to… następnym zgrabnym opisem :) 

 

 

Ale i tak wolę twoje Noże :]

 

No i klik. 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

melendur, wielkie dzięki za komentarz. Cieszę się, że przypasowało, a Noże to w ogóle inny stopień zajebitności.

Na początek:

 

Las był gęsty, a wąska ścieżka pozwalała jechać tylko gęsiego.

Czterech mężczyzn prowadziło konie za uzdy

 

To mnie zmyliło, ponieważ piszesz, że jechali, a następnie, że prowadzili.

 

Nie od dziś wiadomo było, że ospowaty był najgorszym z opiekunów, którego chciano się pozbyć z Kaer Morhen. Najlepiej na zawsze. Idealną okazją było wysłanie go z młodymi na turniej, gdzie raz na kilka lat zjeżdżali wiedźmini, aby walczyć o honor i chwałę dla swojej szkoły. ---> powtórzenie?

 

– Myślicie, że będą tam jakieś czarodziejki? – zapytał Ruben, przełykając kawałek mięsa.

Zdrowy chłop :-) 

 

Wiedźmini przez chwilę przyglądali się falującemu krajobrazowi, rozpościerającemu sieę ----> zbędne e

 

Temperatura spadała bardzo szybko i wiedźmin podejrzewał, że w nocy może być nawet zero stopni.

To chłopaki wozili ze sobą termometr? 

 

Nasz przynęta poszła za potrzebą ---> brakło literki

 

to cząc przy tym pianę z ust. ---> wskoczyła spacja

 

Pustynia w sercu kontynentu zachwycała czerwonym pustkowiem.

To zdanie zgrzytnęło w odbiorze. 

 

Interesująca podróż, w której Wiedźmini sporo rozmawiają, ale dzięki temu, można ich poznać. Co prawda nie dzieje się tutaj zbyt wiele, ale bardzo dobrze się czyta. Pomimo tego, że nie siedzę w fantasy, opowiadanie mnie zaciekawiło. 

Czy dobrze zrozumiałem? Ruben będzie podrywał czarodziejkę? :-) 

Klik!

Pozdrawiam

 

 

 

 

Bardzo dziękuję za komentarz. Poprawki naniosę wieczorkiem, jak wrócę z pracy. Ruben ma słabość do czarodziejek, więc na bank będzie coś działał.

Cześć,

Pobetowo, więc krótko. Podoba mi się Twój pomysł na mariaż Wiedźmina z Turniejem Trójmagicznym (o ile taki był zamiar) oraz wyjęcie wiedźminów z ich środowiska i wsadzenie w inny ekosystem. Otwiera to wiele ciekawych możliwości.

Jeżeli interesują Cię takie posunięcia, to polecam (choć pewnie już znasz) bardzo dobre opowiadanie Władimira Wasiljewa „Niańka”, w którym Geralt we współczesnym świecie zamiast miecza ma strzelbę, komórkę i laptopa, a zamiast jeździć na Płotce używa samochodu. Można je znaleźć w antologii opowiadań SF „Czarna Msza”.

 

Pozdroklik,

rr

O dzięki, bo nie wiedziałam. Na pewno zajrze

Jeżeli interesują Cię takie posunięcia, to polecam (choć pewnie już znasz) bardzo dobre opowiadanie Władimira Wasiljewa „Niańka”, w którym Geralt we współczesnym świecie zamiast miecza ma strzelbę, komórkę i laptopa, a zamiast jeździć na Płotce używa samochodu. Można je znaleźć w antologii opowiadań SF „Czarna Msza”.

Znam :) Tak samo znam “Wiedźmina z Wielkiego Kijowa” :) Ale osobiście mi jakoś nie przypadło do gustu :P 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Hej,

pomysł na opowiadanie ciekawy, bardzo przygodowy. Niestety od początku się gubiłem.

W trzecim akapicie opisujesz bohaterów, a dopiero później przedstawiasz ich z imienia. Szczerze mówiąc przy późniejszym czytaniu gubiłem się kto jest kim. Blondynek, wąsacz, czarnowłosy. Opowiadanie zyskałoby na czytelności, gdybyś posługiwała się imionami.

Od pierwszego akapitu miałem wrażenie, że narracja jest trzecioosobowa ograniczona i głównym bohaterem jest Digo. Później następuje headhopping (wymienię poniżej) i osobiście nie byłem się w stanie zżyć z bohaterami. Według mnie opowiadanie wypadłoby o wiele lepiej, gdybyś “siedziała” w głowie jednego bohatera na jedną scenę. 

Dialogi bohaterów, choć są sympatyczni, brzmią bardzo podobnie i brak didaskaliów utrudniał rozpoznanie kto co mówi.

Poniżej sugestie, które są sugestiami. Olej lub zaaplikuj :D

Na czele tej czwórki szedł blondynek, bardzo krótko obcięty, tuż za nim podążał masywny czarnowłosy młodzieniaszek, a trzecim był modnie ostrzyżony chłopaczek z delikatnym jeszcze wąsem ukrywającym zajęczą wargę. Pochód zamykał najstarszy z nich, bliznowaty ze śladami po ospie, Digo. Wszyscy mieli kocie oczy.

Młodzieniaszek/chłopaczek → taki trochę rym częstochowski.

Kilka miesięcy statkiem tylko po to, żeby dostać się do jakiejś dziury zwanej Port Jackson. Po drodze minęli małą wyspę, na której przebywali młodzi chłopcy, tak jak oni, i Port Arthur, który z obozu drwalskiego przeistoczono w największą kolonię karną. Głównym celem było „zmienić łotrów w uczciwych ludzi”.

“Tak jak oni” → nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale Digo jest opiekunem/ nauczycielem, więc jest starszy?

Ruben wzruszył ramionami, mając wrażenie, że kawałek jedzenia nadal tkwi w zębie. Czas było sięgnąć po drastyczniejsze środki.

headhopping

W tak zmiennych warunkach nieumiejętne i lekkomyślne postępowanie może mieć fatalne skutki.

Można usunąć, poprzedni akapit jasno nakreśla zagrożenie.

Ruben spętał konie, wrócił szybko do ogienka i przysiadł obok Feta, kuląc się z zimna. Temperatura spadała bardzo szybko i wiedźmin podejrzewał, że w nocy może być nawet zero stopni.

Ogniska?

Siedliście i szepczecie jak para zakochanych gołąbeczek.

Gołąbków

Ruben odczekał, aż Digo zniknie między trawami i szepnął.

Kiedy Digo wstał i poszedł? Można zrobić z tego kolejną scenę.

Nasz przynęta poszła za potrzebą – uśmiechnął się paskudnie blondynek.

Zjadło „a”.

Digo grzmotnął o ziemię jak długi i wił się po niej niczym robak nabity na haczyk, to cząc przy tym pianę z ust.

Spacja

– Trzeba go spalić – powiedział spokojnie i beznamiętnie masywny wiedźmin.

Wystarczy beznamiętnie

Musieli wziąć towarzysza ze sobą, z nadzieją, że szybko znajdą odpowiednie miejsce i warunki, albowiem ciepło nie pozwalały, go wozić.

Pozwalało. Zdanie również jest trochę niezgrabne.

Rubenowi nie trzeba było powtarzać, rozchlastał rękę zmarłego aż do łokcia, co nie było zadaniem łatwym.

Można rozbić → Rubenowi nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Z trudem rozchlastał rękę zmarłego aż do łokcia.

„Wskazówki, które zostawił Digo, doprowadziły ich i z mniejszymi lub większymi problemami, dotarli na zawody.”

Wskazówki, które zostawił Digo, doprowadziły ich z mniejszymi lub większymi problemami, aż w końcu dotarli na zawody.

– Są już chyba wszyscy – mruknął Sken, przyglądając się, w jakiej ilości przybyli Koty.

Przybyły

Czołem Czarna!

Na czele tej czwórki szedł blondynek, bardzo krótko obcięty, tuż za nim podążał masywny czarnowłosy młodzieniaszek, a trzecim był modnie ostrzyżony chłopaczek z delikatnym jeszcze wąsem ukrywającym zajęczą wargę. Pochód zamykał najstarszy z nich, bliznowaty ze śladami po ospie, Digo. Wszyscy mieli kocie oczy.

Nie podoba mi się ten pomysł na opisanie całej czwórki. Tzn. mamy blondynka, młodzieniaszka i chłopaczka. Jednak wolałbym wyciągnąć przed nawias to, że są młodzi i opisać potem każdego (szło trzech młodzieniaszków: krótko ostrzyżony blondyn, masywny brunet oraz modnie ostrzyżony z delikatnym jeszcze wąsem ukrywającym zajęczą wargę). Acz nie mam w ogóle wrażenia, że musimy poznać fryzury ich wszystkich w jednym akapicie. Skoro wszyscy są ważni, można to rozbić i lepiej wpleść.

Może dlatego zawody zawsze odbywały się w odludnym miejscu, aby wyrównać szanse startującym, albo był też inny powód, którego nie był w stanie zauważyć.

Właściwie to “może” już tworzy probabilistykę, więc druga część jest niepotrzebna.

Z górzystych zielonych terenów powoli wkraczali na półpustynne niziny, obfitujące w stepy z twardolistnymi trawami, słonoroślami, kazuarynami i inną florą, nieznaną wiedźminom z rodzinnej Szkocji.

Nie wiem, czy nie za szybko nam zrzucasz informację, że to wiedźmini. Być może lepiej byłoby to zrobić tajemnicą i tę informację wykazać dopiero przez świat, gdy już zaczynają wchodzić. Z drugiej strony (bardzo odległa analogia), Hagrid mówi Harremu: “jesteś czarodziejem”, a Hogwart oglądamy sporo stron później, więc może nie mam racji. Ale nawet ten Hagrid wcześniej używa coś tam magii, więc czytelnik kuma, że coś jest na rzeczy.

 

Jakoś ten Digo łatwo zszedł, ale rozumiem, że taki mus przygodówek, że ten mądry i liderujący musi zejść, żeby rozbrykana banda została bez przewodnika. Ale tak mam wrażenie jakby się tym niespecjalnie przejęto.

– Tyle, że u wiedźminów jest trochę inaczej z krążeniem. Na karczku nie wyjdą ci rumienie, na uszkach zresztą też – dodał cynicznie.

Właściwie z samej treści wynika, że dodał cynicznie.

Wskazówki, które zostawił Digo, doprowadziły ich i z mniejszymi lub większymi problemami, dotarli na zawody.

Kurczę, chyba wcześniej za bardzo podbudowałaś, że droga nie jest oczywista i trudna, żeby to zdanie tak po prostu kupić.

Poza tym nie mieli ochoty bratać się z Krukami ani innymi wiedźminami.

Właściwie dlaczego nie?

 

Bardzo mnie rozczarowało to nagłe urwanie tekstu. Jednak myślałem, że on będzie o zmaganiach w tym turnieju, a dostałem jeno podbudówkę. A świadczy to o tyle dobrze o tekście, że chciałem przeczytać dalej! Tak, są problemy z prowadzeniem narracji, moim zdaniem dużo lepiej prowadziłaś ją w pomornikach, tutaj takie to trochę niezbalansowane – tu za dużo opisu, tu za dużo dialogu itp. Ale kurczę, to przecięcie końcówki XIX wieku z Australią, turniejem i wiedźminami brzmi epicko i szkoda, że tego nie opowiedziałaś.

Ale przez to nie mogę powiedzieć, że nie czytałem z zainteresowaniem, tu mnie masz :)

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

beeeecki, przez cztery “e”, bardzo się cieszę, że zajrzałeś i skomentowałeś, przede wszystkim jestem dumna, że udało się zainteresować. 

To stare opowiadanie, więc jest tu sporo niedociągnięć, które mimo iż starałam się poprawić nie zawsze dałam rady.

W każdym bądź razie na tym przykładzie widać czy się rozwinęłam, czy zwinęłam.

Tak jak napisałem – rozwinięcie się na pewno widać. I zachęcam byś w wolnej chwili rozwinęła też ten tekst w II część opisującą turniej :)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Na pewno tak zrobię

Zapytany zerknął w kierunku idącego za nim czarnowłosego, równie młodego co on i wzruszył ramionami.

Już wiemy, że byli młodzi. 

 

Idący za nimi nie zwracał na nich najmniejszej uwagi.

Może idący na końcu, wtedy unikniesz lekkiej zaimkozy.

 

Bardziej pochłaniał go widok karłowaciejących akacji i wawrzynopodobnych drzewek, jakich nie widział do tej pory. Może dlatego zawody zawsze odbywały się w odludnym miejscu, aby wyrównać szanse startującym, albo był też inny powód, którego nie był w stanie zauważyć.

Ze zdań wynika, że akacje obkurczały się w trakcie czasie ;)

Nie widział akacji i wawrzynów, bo prowadzą hulaszczy tryb życia i nie uświadczysz ich w ustronnych miejscach ?;))

 

Fet padł na nauczyciela, unieruchamiając go ciężarem ciała i własną siłą.

Unieruchamianie cudzą siłą zdarza się rzadziej ;) Można nie wspominać, że własną.

 

– Każdy ma swojego tak jakby sędziego – opiekuna, który spisuje wszystko, co zrobicie…

Unikaj myślników i półpauz w dialogach, bo nie wiadomo wtedy, co jest didaskaliami, a co nie jest.

 

– Co? – przerwał wywód Kruka lekko poirytowany Wilk – Kto taki?

Kropka po wilk. 

 

Wrócę, ale wstęp jest jak dla mnie nieco za długi.

delulu managment

Dziękuję, za zajrzenie i komentarz.

Zgadzam się z opinią beeeeckiego. Bardzo nierówny tekst. Pomysł naprawdę ciekawy, ale najpierw za bardzo rozwijasz, tak, że mimo że złapałaś moje zainteresowanie z początku, to zaczęło ono mijać – później, jak byłem już naprawdę zainteresowany, urywasz. 

Opowiadanie nie jest złe, nie bierz mojego marudzenia zbyt poważnie. Są tu ewidentnie dobre fragmenty i ciekawy pomysł. Chyba najzwyczajniej się pospieszyłaś. 

Zauważyłem u Ciebie jeden problem. Czasem chyba zmagasz się z niepewnością gdzie skończyć historię. Albo jakbyś już była zmęczona historią i chciała ją skończyć i przejść do kolejnej. To kolejne opowiadanie, gdzie mam wrażenie, że szybko urywasz, jakbyś bała się zakończenia. 

Naprawdę fajnie piszesz, popracuj może nad tymi końcówkami, taka luźna uwaga. 

Mimo wszystko kliknę, opowiadanie jest dobrze napisane i oczywiście czekam na Twoje kolejne teksty.

Dobijam do biblioteki i pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Ot, taka wiedźmińska opowieść drogi. A choć bohaterów wywiało dość daleko od domu, to wielka szkoda, że opowiedziałaś tylko o podróży przez Australię, że historia skończyła się w chwili, kiedy mogło zacząć się coś ciekawego.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Czte­rech męż­czyzn pro­wa­dzi­ło konie za uzdy, oglą­da­jąc kra­jo­braz nie tyle z nie­po­ko­jem ile z na­ra­sta­ją­cą iry­ta­cją. → Wcześniej napisałaś: Las był gęsty, a wąska ścież­ka po­zwa­la­ła je­chać tylko gę­sie­go. → Mam wrażenie, że idąc wąską ścieżką w gęstym lesie można oglądać tylko najbliższe drzewa i zarośla, ale chyba nie krajobraz.

 

Po­chód za­my­kał naj­star­szy z nich, bli­zno­wa­ty ze śla­da­mi po ospie, Digo. → Blizny to ślady po zagojonych ranach, więc wystarczy: Po­chód za­my­kał naj­star­szy z nich, Diego ze śla­da­mi po ospie.

Sprawdź znaczenie słowa bliznowaty.

 

rów­nie mło­de­go co on… → …rów­nie mło­de­go jak on

 

waw­rzy­no­po­dob­nych drze­wek, ja­kich nie wi­dział do tej pory. → …waw­rzy­no­po­dob­nych drze­wek, których nie wi­dział do tej pory.

 

albo był też inny powód, któ­re­go nie był w sta­nie za­uwa­żyć. → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: …albo istniał też inny powód, któ­re­go nie był w sta­nie za­uwa­żyć.

 

mi­nę­li małą wyspę, na któ­rej prze­by­wa­li mło­dzi chłop­cy, tak jak oni… → Czy Twoi bohaterowie też przebywali na małej wyspie? A może miało być: …mi­nę­li małą wyspę, na któ­rej prze­by­wa­li chłopcy, mło­dzi tak jak oni

 

były ostat­nim i naj­waż­niej­szym wy­zwa­niem, jakie prze­cho­dzi­li mło­dzi wiedź­mi­ni… → …były ostat­nim i naj­waż­niej­szym wy­zwa­niem, które prze­cho­dzi­li mło­dzi wiedź­mi­ni

 

Ko­bie­ca po­stać w tiu­lo­wej sukni, czar­ny­mi war­ko­cza­mi i grubą księ­gą… → Pewnie miało być: Ko­bie­ca po­stać w tiu­lo­wej sukni, z czar­ny­mi war­ko­cza­mi i grubą księ­gą

 

Cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie nie­licz­ny­mi od­ze­wa­mi pta­ków… → Na czyje wezwania odpowiadały ptaki?

A może miało być: Cisza, prze­ry­wa­na z rzadka je­dy­nie głosami pta­ków

Sprawdź znaczenie rzeczownika odzew.

 

ze ską­pych wia­do­mo­ści, jakie po­sia­dał, wy­ni­ka­ło… → Raczej: …ze ską­pych wia­do­mo­ści, które po­sia­dał, wy­ni­ka­ło… Lub: …z posiadanych skąpych wiadomości wynikało

 

nie­da­le­ko wio­ski abo­ry­ge­nów… → …nie­da­le­ko wio­ski Abo­ry­ge­nów

 

Czar­ne war­ko­cze opa­da­ły jej na ra­mio­na. → Czy zaimek jest konieczny?

 

Od­por­ni na tru­ci­znytok­sy­ny… → Truciznatoksyna to synonimy, znaczą to samo.

 

Sken i Fet spraw­dza­li teren, a Ruben w tym samym cza­sie robił oglę­dzi­ny trupa. → Może wystarczy: Sken i Fet spraw­dza­li teren, a Ruben w tym cza­sie robił oglę­dzi­ny trupa.

 

– Nie za­uwa­ży­łem, plam opa­do­wych – po­wie­dział po­wo­li… → Zbędny przecinek.

 

po­cą­cym się jak myszy na widok kota. → Myszy się nie pocą.

 

od­da­li­li się z końmi, wi­dząc że przy­ja­ciel stre­ści im prze­bieg roz­mo­wy. → Chyba miało być: …od­da­li­li się z końmi, wi­edząc, że przy­ja­ciel stre­ści im prze­bieg roz­mo­wy.

 

– Każdy ma swo­je­go tak jakby sę­dzie­go opie­ku­na, który spi­su­je wszyst­ko, co zro­bi­cie… → – Każdy ma swo­je­go, tak jakby, sę­dzie­go-opie­ku­na, który spi­su­je wszyst­ko, co zro­bi­cie

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

MichaelBullfinch – Przede wszystkim chciałam podziękować za komentarz i kliczka. Twoje uwagi wezmę sobie do serca. Tym bardziej, że obserwuję jak piszesz i jestem zachwycona tym jak tworzysz historie.

Co do pośpiesznego zakończenia, to zawsze boję się czy czasem nie przeciągnę opowiadania i nie stanie się nudne i rozwlekłe, więc faktycznie należałoby nad tym popracować. 

 

Reg - Bardzo dziękuję za zajrzenie i komentarz. Wszystkie poprawki naniesione. Co ciekawe tekst był już sporo razy poprawiany ale jak widać zawsze się coś znajdzie.

Faktycznie ucięte trochę w połowie i przydałoby się zakończyć.

 

 

Bardzo proszę, Czarna. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

 

Faktycznie ucięte trochę w połowie i przydałoby się zakończyć.

Może uda się kiedyś, w jakiejś wolnej chwili. Tylko… skąd te wolne chwile brać? :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg. Jak to skąd je brać. Z między czasu :). Pozdrawiam i dobrej nocy

Nowa Fantastyka