- Opowiadanie: Vacter - Jej ciemne wspomnienie

Jej ciemne wspomnienie

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

JolkaK

Oceny

Jej ciemne wspomnienie

Rano przyszedłem odebrać ciebie z dworca, ale minęłaś mnie bez słowa. Poszedłem za tobą, niepewnie rozglądając się na boki. Ludzie mijali mnie beznamiętnie. Słusznie z ich strony, nie robiłem przecież niczego złego. Tylko szedłem za tobą, zbliżając się coraz bardziej. Niemal odczuwałem twoją obecność całym sobą. Złapałem cię za ramię, z którego zwisała niedbale torebka, ale nawet się nie odwróciłaś. Jakbyś nic nie czuła, zupełnie nic. Czy naprawdę nie zrobiłem na tobie żadnego wrażenia? Tak nic, że nawet strach nie kazał ci sprawdzić, cóż to za nikczemnik zaczepia samotną kobietę na dworcu? Twoja torebka spadła na peron, ześlizgując się z gładkiego jak papier ramienia. Musiałaś przecież czuć jak się zsuwa! Jak można być tak zimną osobą! Jednak szłaś dalej, zostawiając mnie ze swoją własnością. Przynajmniej tyle ciebie mi zostało. Znikałaś powoli z pola widzenia, zaklęta w przestrzeń… zatracona w cieniach złego świata. Tego, w którym wszyscy chcą mi ciebie odebrać. Nikczemni porywacze uczuć. Pochyliłem się i podniosłem torebkę. Choć poczułem jej ciężar, a opaska pod wpływem nacisku, lekko ugniatała wnętrze mojej dłoni, to po chwili te wrażenia wydały się ułudą. Torebka rozpłynęła się i wsiąkła w peron, zostawiając czarną kałużę, w której zobaczyłem moje odbicie. Spojrzałem na siebie, dotknąłem palcem twarzy, nie dowierzając. Wyglądałem inaczej, jakbym… nie żył. Moja dłoń przerażała chudością, skóra zdawała się ledwie pokrywać kruche kości. Jak mogłabyś mnie pokochać, gdybym taką dłonią chciał dotknąć choćby twojej piersi? Plama po chwili zniknęła, zostawiając tylko wspomnienie po przerażającym widoku. Zacząłem myśleć, że niosę w sobie tylko trupa i muszę się spieszyć, by zdążyć cię poznać, zanim zeschnę całkowicie. Choćbym miał umrzeć klękając przed tobą ostatni raz, spotkamy się wkrótce. Byłem o tym przekonany całkowicie. Ruszyłem w stronę schodów, schowałem ręce do kieszeni, przebijając się ramionami między ludźmi, którzy niezbyt chętnie schodzili mi z drogi. Tylko mi przeszkadzali.

(„Kobieta w czarnej sukni” Anna Słoncz)

 

I wtedy zobaczyłem znowu ciebie. W ślepej uliczce, pod oknem obdrapanej kamienicy ozdobionym suchymi kwiatami. Tam stałaś, dokładnie w rogu, jakby zablokowana. Jak zbłąkany kwiatek, czekający na trochę wody i kawałek słońca. Przyszedłem cię uratować od uschnięcia kochana! Podszedłem bliżej i dostrzegłem w tobie jakąś anomalię. Kiedy próbowałem zobaczyć ciebie od boku, ty nadal stałaś tyłem. Jakbyś była tylko jednym wymiarem. Chodziłem tak chwilę, wciąż widząc tylko tył twej postaci. W końcu zapragnąłem cię dotknąć, ale zanim moje palce mogły poznać dotyk twojego ramienia, okno z hukiem otworzyło się. Doniczka spadła na ziemię, a twarz z okna wydarła się straszliwie:

 

– Co tu kombinujesz!?

 

Starsza kobieta krzyczała coraz głośniej. Wyzywała od najgorszych, wplatając między bluźnierstwa imiona świętych. Jakby mieli przylecieć, by mnie zgładzić za sam fakt istnienia w przestrzeni. Usłyszałem jeszcze wściekłe szczekanie psów, jedynych sojuszników zdolnych usłyszeć wołanie kobiety. Zdążyłem jeszcze obejrzeć się w twoją stronę, ale widziałem tylko pusty kąt obdrapanej kamienicy. Nie został tam nawet twój cień. Słońce oświetlało całe to zepsucie i brud omszałego kąta. Zniknęłaś, jakby w powietrzu, jak rozwiana… nadzieja. Uciekłem z objęć bezdusznych kamienic, w tle słysząc złorzeczenie nieprzyjaznej kobiety. Gdy wybiegałem z zaułka, usłyszałem jeszcze tłuczone szkło gdzieś blisko mnie. W złości, rzuciła pewnie we mnie butelką, żeby odczuć więcej satysfakcji z unicestwienia naszego miłego spotkania. Przebiegłem kilka ulic, ale zorientowałem się, że to bez sensu. Po prostu przestraszył mnie hałas, przerażające szczekanie psów wybiło z rytmu, wrzask kobiety przeszył mnie dreszczem. To były zwykłe nieprzyjemne doznania, nieporównywalne z dotykiem twej dłoni, gdyby tylko byłoby mi dane go doświadczyć. Zapragnąłem znowu ujrzeć twój spokój. Brak słów, choćby te plecy wyłaniające się z czarnej sukni. Tyle by mi teraz wystarczyło. Gorzka herbata twojej miłości byłaby dla mnie słodyczą, ambrozją. Nawet gdybyś nigdy nie zechciała spojrzeć mi w oczy. Zwolniłem krok i skręciłem w stronę parku, w którym stało kilka czystych ławek. Zaskakujące, że takie jeszcze istniały w tym zepsutym świecie. Usiadłem, żeby odpocząć i pozwolić swoim myślom popłynąć nieco wolniej. Przestać martwić się twoją sylwetką, obecnie odwróconą do mnie tyłem jak zwykle, w nieznanym świecie, w nieznanej przestrzeni. W parku słuchałem śpiewu ptaków. A może ty też śpiewasz? Chętnie bym posłuchał, jak z twych pięknych warg wydobywają się dźwięki. Chętnie bym poczuł, jak cała drżysz, podróżując między tonami melodii. Widziałem też różę, ale tylko widziałem. Mówili, że róże mają zapach, że kwiaty pachną. A ja tylko widziałem, tak jak ciebie. Mogłem cieszyć oczy fragmentem twojego istnienia, ale nic więcej nie było mi dane. Chciałem odpocząć od myśli, a one wróciły. Zamiast zwalniać, biegły coraz szybciej. Myśli o tobie. One wróciły i hałas w mojej głowie wrócił. Gdybyś chociaż raz coś do mnie powiedziała, zamilkłaby każda moja myśl. Co ja głupi szukam w śpiewie ptaków i widoku róży twojej obecności. Jeszcze może zacznę ciebie szukać w moim strachu przed śmiercią. Nie chciałbym tam ciebie ujrzeć. Nie chciałbym tam ciebie kochać.

 

Wstałem z ławki, otrzepując ręce. Wspominałem jeszcze jedyny namacalny dowód twojego istnienia. Torebkę, którą miałem okazje potrzymać. Jednak już nie wiedziałem, czy kiedykolwiek było mi dane ją ujrzeć. Szedłem chodnikiem, ręce schowałem w kieszeni. Nagle gdzieś w tłumie zauważyłem ciebie, szłaś powoli. Byłem pewien, że to ty. Zacząłem biec, zupełnie już nie zwracając uwagi na ludzi. Biegłem, rozpychając się. Zsuwałem innych z chodnika. Na drogę, w trawę. Nie interesowały mnie losy nic nie znaczących przechodniów. W końcu dobiegłem, byłaś blisko. Poczułem zapach perfum. Z pełnym przekonaniem o twoim istnieniu tu i teraz, objąłem cię i przyłożyłem głowę do szyi. Byłaś cała, pełna, prawdziwa… Wszystko się zgadzało. Chciałem spojrzeć ci w oczy, ale zanim zdołałem obrócić ci głowę, poczułem mocne uderzenie prosto w nos. Huknęło i upadłem na chodnik. Poczułem kopnięcia. W nogę, w głowę, pod żebrem. Słychać było krzyki:

 

– Zostaw go, zostaw! Już starczy, to jakiś wariat.

 

Widziałem przez zmrużone powieki mężczyznę, całego ubranego w jeans… i ciebie, odpychającą go. Chciałem krzyknąć. Zawołać. Jednak nagle zdałem sobie sprawę, że… nie znam nawet twojego imienia.

 

Wydawało mi się, że zaraz przyjedzie policja lub ktoś zadzwoni po pogotowie. Jednak nikt się mną nie interesował. Mężczyzna w jeansie wyrwał się jeszcze z twoich objęć i splunął w moją stronę. Tym razem zobaczyłem ciebie od przodu… To nie byłaś ty. To była jakaś paskudna kobieta. Twoja marna imitacja. Zrozumiałem, że dla tej oszustki zaryzykowałem życie. Obolały, powoli wstawałem, chwytając się przydrożnej barierki. Nie wiedziałem jak ciebie odnaleźć, co zrobić, by ciebie znowu spotkać. Zapomniałem nawet skąd się znamy.

 

To straszne, nie znać źródeł swojej miłości. Czułem tylko coś w gardle i coś w brzuchu. Moje motyle przemieniały się w pająki. Teraz już zalepiając mnie od środka pajęczyną miłości, łapiącą każdy sygnał jak muchę wypełnioną wiadomościami o uczuciach. Czułem, że zostało mi niewiele czasu, by cię poznać. Zdecydowałem się wrócić do domu. Dotarłem do klatki schodowej, wszedłem na czwarte piętro po schodach, chwilami tracąc oddech. Złapałem za klamkę, drzwi ustąpiły. Wszedłem do środka, cały pokój był pokryty gazetami zachlapanymi farbą. Światło prześwitywało przez stare wydania dzienników, których już raczej nikt nie przeczyta. Ty byłaś jedyną aktualną rzeczą w tym pomieszczeniu, wartą pełnego poznania. Stałaś na środku pokoju, trzymałaś dziwnie rękę przy twarzy. Jakbyś piła, paliła, jakbyś robiła wszystkie te swoje rzeczy, których powinnaś unikać. Jednak planowałem zadbać o twoje zdrowie. Chciałem wymyślić ciebie na nowo, idealną, wspaniałą. Patrząc na twoje plecy, wyłaniające się z czerni sukni, poczułem jak ustępuje mój cały wewnętrzny ucisk. Ból znikał. Stałem się znów wolny, u progu raju. Spróbowałem raz jeszcze podejść do ciebie z innej strony. Z prawej, lewej… Jednak wciąż stałaś do mnie tyłem… odległa, niedostępna. Zacząłem chodzić wokół ciebie, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gazety pokrywające pokój lekko szeleściły, poruszane wiatrem przeciskającym się przez uchylone okno. Szedłem powoli dookoła twej sylwetki, widząc wciąż tę samą postać. Odwrócona wciąż byłaś do mnie tyłem, trzymając rękę przed twarzą, której nie było mi dane nigdy ujrzeć. Czym ty się wciąż poiłaś? Czym sobie znowu czyniłaś szkodę? A może zażywałaś lekarstwo? Ale czy to by znaczyło, że jesteś chora? Szedłem coraz szybciej, tracąc niemal z oczu cztery ściany. Zacząłem biec, wciąż widząc twą sylwetkę. Stałaś cię centralnym punktem mojego widzenia, byłaś czarną plamą zdolną zakryć twarze mijanych osób. Chorobą, a przecież byłaś moją miłością! Ale po co mam widzieć kogokolwiek? Chcę widzieć tylko ciebie. Zasłoń mi wszystkich ludzi na świecie! Biegłem coraz szybciej, wszystko wirowało. Świat stał się niezrozumiałym szumem, a ty pozostawałaś nieustannie wyraźna. Czułem, że zaczynam tracić równowagę, gazety ledwie utrzymywały mnie w pionie. Biegłem szaleńczo i w końcu upadłem, ślizgając się na jednej ze stron cholernego dziennika.

 

Leżałem, już przyzwyczajony do bólu od ostatniego upadku. Wciąż widziałem ciebie. Unosiłaś się jakby w powietrzu, wykrzywiona w przestrzeni, umiejscowiona jakby pod innym kątem. Z tej perspektywy wydałaś się inna. Twoje płaskie ciało stało się ścieżką. Suknia nie była materiałem, a wnęką. Twoje plecy nieznanym światłem. Zacząłem czołgać się w twoja stronę. Coraz dalej i dalej. Kiedy się odwróciłem, widziałem twój kształt, który obejmował pokój oblepiony gazetami. Teraz ten wycinek rzeczywistości, z którego przybyłem, zachowywał się tak samo jak ty wcześniej. Z każdej strony wyglądał tak samo. A kiedy chciałem do niego podejść, uciekał. W ciemności, która była twoją suknią, zostałem sam. Jakby pokryty woalem śmierci. Straciłem i ciebie, i mój świat.

 

Uniosłem głowę, przypominając sobie o świetle twoich pleców. Wstałem i poszedłem tą świetlistą drogą. Zacząłem coś czuć. Twoje serce biło gdzieś niedaleko, twój oddech lekko ogrzewał moje ciało. Wydawało mi się, że zaczynam słyszeć twoje myśli. Słodkie melodie z dawnych lat, wspomnienia miłości, wspomnienia bólu. Uśmiechnąłem się szeroko, choć nie wiedziałem jak daleka droga mnie czeka. Szedłem powoli, coraz mocniej odczuwając bicie twojego serca, coraz więcej uderzeń na minutę. Już chyba minąłem zupełnie twe piersi i szedłem przez szyję. W głowie straszliwie wiało, słyszałem mętlik myśli, słyszałem jak zalewają ciebie wątpliwości. Za oknem mrok nocy, gwiazdy. Czemu uważasz, że gwiazdy o tobie nie pamiętają? Po co myśleć o tym? Wszyscy ciebie wykorzystują, chciałaś być kimś innym? Przecież masz moją miłość, ale nie czujesz, nie wiesz, że istnieję!? Przecież jestem tutaj. Szedłem dalej, coraz mniej czując myśli, a coraz bardziej smak. Papierosy, czekolada i… metal? Naoglądałaś się filmów? Chcesz skończyć to wszystko? Przecież jestem ja…

 

Nagle poczułem, że władam jej rękami. Zyskałem moc kontroli nad jej ruchem. Odrzuciłem broń, którą trzymała w prawej ręce. Chciała podbiec do niej, ale nie udało się. Drugą nogą odkopnąłem broń, trafiając dopiero za trzecim razem. Siłowałem się z nią na ruchy kończynami. W końcu szarpiąc się jakby w jednym ciele, opadliśmy na podłogę nieznanej rzeczywistości. Byłem ślepy, ona być może widziała. Leżała na ziemi, a ja chciałem sprawdzić coś intrygującego. Mimo dramatyzmu sytuacji, uległem pokusie. Poruszyłem jej ręką i złapałem za ramię. To samo, z którego miała opaść torebka. Zanim skuszony zacząłem wodzić w stronę szyi, zrozumiałem smutną prawdę. Dotykałem samego siebie.

 

Otworzyłem oczy. Leżałem w pokoju obklejonym gazetami. Sączyła się ze mnie czarna ciecz. Kałuża sięgała już niemal ścian. Czy ty już zniknęłaś na zawsze? Położyłem się na boku, dostrzegając w kałuży swoją chudą twarz kościotrupa. Patrzyliśmy na siebie smutnym wzrokiem. Ja i moja czaszka. Myśleliśmy o niej… O dziewczynie, która teraz wydawała się tylko wspomnieniem.

Koniec

Komentarze

Cześć, 

nie wiem czy taki był zamysł, ale te bloki tekstu mnie zmęczyły. Oznaczyłeś opowiadanie jako uczestniczące w konkursie, a nie ma ani tytułu, ani obrazu, ani wspomnienia o samej szanownej autorce.

Osobiście było mi się ciężko skupić, ale też przedstawiasz portret osoby chorej, ogarniętej obsesją – może taki właśnie był twój zamysł. Początek czytałem z zainteresowaniem, które z każdym kolejnym zdaniem malało.

Cześć Lugosi, 

 

Musiałem jeszcze wprowadzić brakujący element w postaci obrazu i nazwiska autorki. Nie spodziewałem się, że ktoś tak szybko przeczyta :). 

Artystom więcej, szybko!

Akurat wszedłem na portal i zobaczyłem Twoje opowiadanie. Kliknąłem, chciałem dodać do kolejki, ale jak zobaczyłem ilość słów, to stwierdziłem, że od razu przeczytam :D

Bardzo poetycki tekst i ładny język. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Vacterze,

nie spodziewałem się po Tobie łatwej lektury i ta taką nie była. Niemniej opis obsesji aż tętni, a ilość emocji, za pomocą których opisałeś obraz konkursowy sprawiła, że czytałem z zainteresowaniem. Zakończenie wydało mi się bardzo przykre. Jednak litość to silna emocja :)

Przez pewien czas miałem wrażenie, że to Wokulski, ale no… 

 

Troszkę przeszkadzała mi ilość “ciebie” w paru miejscach wolałbym “cię”. Dla rytmu.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Cześć Berig, 

 

Dziękuję za miłe słowa.

 

Cześć Bruce, 

 

Przyszłaś jakby z wiatrem, lecz wiadomość, którą pognałaś powiewem przez świerków lasy, rozwiała się w rękach mych nie odnajdując włosów i kwiatów na głowie. Cóż to była za wieść, że taką tajemnicą przez Ciebie została zdmuchnięta? 

 

Cześć Beeeecki:

 

Dzięki za lekturę, nawet jeśli była niełatwa. Można zadać sobie pytanie, co łączy obserwatora z dziełem malarskim? Można spojrzeć jak znawca, ale jest też miejsce na emocje. Te nie zawsze idą za śladem pędzli, ciężarami obiektów, barwą, perspektywą… choć to też jest fascynujące :). 

 

Przejrzałem ciebki i cięki. Udało mi się kilka zmienić tam, gdzie było to możliwe. Niedużo, ale zawsze coś :). 

Artystom więcej, szybko!

Vacter,

Dawno nie przeczytałam opowiadania jednym tchem, nie odrywając oczu od tekstu. Chyba ostatnio jakieś opowiadanie Kawabaty. Masz niebywale potoczysty, gładki, poetycki styl. Zdania płyną, czyta się jak poezję, a pod skórą tętni przeczucie grozy. Zdanie “Chętnie bym poczuł, jak cała drżysz, podróżując między tonami melodii” – sztos. Jedna uwaga czysto osobista – napisałeś “choćby dotknąć twojej piersi”. Pewnie jestem starej daty, ale dla mnie dotknąć piersi to nie jest takie tam “choćby”. Choćby, to dłoni, ramienia. Szyi albo policzka to już coś, a piersi, to jednak sporo.

A kobieta w czarnej sukni odpowiada Ci tak:

 

Mnie nie ma w twojej miłości

to zmysły i ślepy traf

przecież nie będę nigdy

inną kobietą, niż ja

Mnie nie ma w twojej miłości

przez ramię się odwróciłam

i widzę że może zawsze

inną kobietą byłam

 

Mal B

Nie czytałem, bo horror. Powodzenia w konkursie. :)

Cześć Bruce, 

 

Przyszłaś jakby z wiatrem, lecz wiadomość, którą pognałaś powiewem przez świerków lasy, rozwiała się w rękach mych nie odnajdując włosów i kwiatów na głowie. Cóż to była za wieść, że taką tajemnicą przez Ciebie została zdmuchnięta? 

 

surprise Zaniemówiłam… A rzadko mi się to zdarza. laugh

Pecunia non olet

Cześć Mal B, 

 

Dziękuję za tak piękne słowa. Ta pierś chodzi za mną od kilku godzin i przemyślałem trochę temat. Masz trochę rację. Jeżeli pierś jest na etapie “chociaż niech to się da zrobić”, to wtedy można sobie zadać pytanie, ile etapów po tym chociaż istnieje? Dla zwykłego człowieka dotknięcie czyjegoś ciała w zakresie szerszym niż np. dłoń, to już intymność. I gdybym pisał o sobie w tym opowiadaniu, zmieniłbym to chociaż lub zmienił cel fizycznego pożądania. 

 

Jednak w wypadku bohatera, który tutaj się pojawia… Mi się wydaje, że po piersi u niego jest tyle etapów zbliżenia się do drugiej osoby, nie tylko na poziomie cielesnym, że to porównanie uschnięcia z rzeźbą piersi bym jednak zostawił. Choć nie bez wątpliwości. Dziękuję, że zwróciłaś na to uwagę :). 

 

Jesteś moim szczęściem

Które utuliłem w swej wyobraźni

Porzuć ten strach zwany lękiem

Wstąp do mej przyjaznej jaźni

 

Tam jest twój dom, w którym pierś

Nie dalej spczywa od ręki

Gdzie słowo nie zawiśnie gdzieś

Lecz niczym muzyka, zna wszystkie dźwięki

 

Tam jestem sam i ciebie tak wiele

Że gdy patrzę w lustro, w innym się widzę ciele. 

 

Cześć Koala, 

 

Może i horror, ale ja w horrorach jestem dość delikatny i najpewniej moim tekstom daleko do poziomu współczesnego horroru ;). 

 

Ponownie witaj Bruce. Przyjmę to jako wiatr w plecy ;).

Artystom więcej, szybko!

Ponownie witaj Bruce. Przyjmę to jako wiatr w plecy ;).

smiley

 

Pecunia non olet

Hej!

Muszę Ci powiedzieć, że mnie nie porwało, jak przedpiśców. Jest kilka momentów, w których moim zdaniem przeszarżowałeś. I o ile mogę uznać, że purpurowe fragmenty są elementem cechy narratora, która każe mu użalać się nad sobą z starającą się wyglądać na proustowską manierą, o tyle nie kupuję w ogóle momentów, w których objawia się patos (wessana w głębię okrutnego świata na przykład). 

Oprócz powyższego masz też w tekście kilka "ciebie" za dużo, na przykład już w pierwszym zdaniu wydaje się ono nienaturalne, względem bardziej pasującego "cię". No, chyba że ma to służyć budowie postaci, a konkretnie tego jak narrator widzi obiekt swojej obsesyjnej miłości – w końcu "cię" jest bliższe, bardziej spoufałe, zaś "ciebie" jest odleglejsze i może byc wyrazem idealizowania swojej obsesji, spoglądania na nią z pozycji słabszego, niegodnego. To w sumie ciekawa myśl. 

Kilka razy potknąłem się też na szyku zdań.

Ostatecznie przeczytałem Twoje opowiadanie z ciekawością, ale jednocześnie lektura mnie zmęczyła. Wydaje mi się, że czytałem już coś Twojego autorstwa i też było purpurowo, ale jakby pasowało bardziej :)

Powodzenia w konkursie i serdeczne pozdrowienia 

Q

Known some call is air am

Cześć Outta, 

 

Dzięki za wizytę i lekturę. Może rozkład ciężaru purpury zależy od stopnia wolności w pisaniu lub od stopnia jej wysmażenia (czasu leżakowania, poprawiania itd.) ;). Patosu mogłoby nie być właściwie, ale wdarł się chyba przemocą. 

Artystom więcej, szybko!

 

Podążaj za białym królikiem.

Zawsze zaczynam od uwag językowych, ale nie tym razem. Równie dobrze mógłbym poprawiać obraz abstrakcjonisty z poradnikiem “malarstwo dla opornych” w ręku, albo usuwać losowe fragmenty kodu w programie i oczekiwać, że całość dalej będzie działać.

 

Przeczytałem pierwszy akapit. To było trochę jak włożenie stopy do jeziora, zanim da się nura. I podobnie jak nad jeziorem poczułem, że przeszywa mnie dreszcz, więc najlepiej jest wskoczyć od razu, przepłynąć całe, i wyjść po drugiej stronie. Bo w tym opowiadaniu nie da się zanurzyć troszkę. Albo trzeba wysłać zasady logiki tudzież stylu na wakacje i pójść na całość, albo się odpadnie w pierwszym akapicie i tak będzie w kolejnych.

Od strony przekazywanych emocji, możliwości wczucia się w bohatera, zobaczenia świata w bardzo krzywym zwierciadle jest super. Niektóre metafory są porywające, jakby grały na czułych strunach (albo drażniły mroczne myśli, które każdy piszący i czytający zapewne ma w sobie). Efekt zanurzenia jest pełny, ale…

Ale dlaczego, u licha, w tym jeziorze jest tyle zdań-wodorostów, które owijają się wokół nóg i rąk? Są z innej bajki nie tylko pod względem treści, ale również stylu. Domyśliłem się, że to ma sugerować obłęd. I byłoby nieźle, gdyby nie rozśmieszały. Ale niektóre zawierały efekt komiczny. Z jednej strony podkreślało to absurd, z drugiej strony – absurd można było osiągnąć również inaczej, takie miałem wrażenie.

 

Podsumowując – nie ma jezior idealnych, to było super, o wodorostach zapomnę, resztą się cieszyłem i to zapamiętam.

 

Cześć Marszawo, co to za kot tu wbiega? A może to kotek, co smutek rozwiewa?

 

Cześć Marzan. Tak, estetyka momentami sięga bruku, szczególnie na styku obcego świata z obsesją bohatera. Wierzę, że dałbym radę osiągnąć płynniejsze przejście w tym wyrywaniu bohatera z jego płynięcia ku kobiecie. Musiałbym jednak chwilę dłużej nad tym posiedzieć. Po konkursie może trochę podłubię w tym opku. Dzięki za zauważenie lepszych i gorszych stron :).

Artystom więcej, szybko!

Hej Outta, hej Marzan, 

 

Przejrzałem wasze uwagi i tekst jeszcze raz. Kilka wodorostów wyrwałem. Dzięki. 

Artystom więcej, szybko!

Marszawo, ten kocur to już wygląda jak sędzia, nawet w tle jest fragment ławy. Czyżby sędzia dał się porwać emocjom i wyskoczył na środek sali?

A mnie się podobało! Faktycznie, są duże bloki tekstu – coś tam bym rozdzieliła, owszem, są błędy najróżniejszego sortu, ale generalnie liczy się historia. I tu mnie przekonałeś, czytało się dobrze, Wciągnęło mnie. Fabuła może nie jest skomplikowana, ale ogrom emocji, który udało Ci się przekazać jest poruszający. Idę klikać do biblioteki! :) 

Pozdrówka wiosenne! :)

Cześć Jolka, 

 

Dzięki za lekturę. Staram się pisać coraz lepiej. Cieszy mnie, że emocje wybrzmiewają na tyle, że można je odtworzyć przy lekturze :). Szczególnie jeśli z pozytywnym efektem (choćby nawet te emocje nie były zawsze w pełni przyjemne). 

 

Również pozdrawiam :)

Artystom więcej, szybko!

Myślę, że w tym przypadku nie jest ważne jakie są te emocje, ale jak potrafisz je opisać. I to doceniam! :) 

Hejka!

Tekst czytało mi się jak jakiś dziwny sen albo koszmar, momentami nie do końca wiedziałam, co jest realne, a co nie, ale właśnie to było w tym ciekawe. Co mi trochę nie pasowało? Krążysz wokół jednego uczucia za długo, powtarzasz to samo innymi słowami, przez to napięcie zamiast rosnąć, trochę siada.  Ogólnie jednak uważam, że to bardzo ciekawe i klimatyczne opowiadanie.

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Przeczytałam, jednak nie mogę powiedzieć, że lektura sprawiła mi satysfakcję, albowiem słabo trawię tak poetyckie teksty.  

 

Za­czą­łem cho­dzić w okół cie­bie… → Za­czą­łem cho­dzić wokół cie­bie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć betweenthelines,

 

Dzięki za lekturę. Krążenie myśli jest cechą często przy fascynacjach, ale zastanowię się ile krążenia ma wartość, a ile po prostu jest nadmiarem :). Fajnie, że klimat “zaskoczył”.

 

Hej HollyHell91,

 

Smoku z otchłani… co Ci przyszło, by być między nami?

 

Witaj MichaelBullfinch,

 

Piórko widzę koloru któregoś, lecz czy mój monitor dobrze widzi barwę tego czegoś? 

Czy to pióro z sukni kobiety wyrwane? A może pióro co laurem przyznanym się stanie?

 

Dobry wieczór Regulatorzy, 

 

Kiedyś śpiewano o satysfakcji. Mi to słowo do dzisiaj wydaje się obce. Zaraz poprawię “wokół” jak należy. Dzięki!

Artystom więcej, szybko!

Piórko widzę koloru któregoś, lecz czy mój monitor dobrze widzi barwę tego czegoś? 

Czy to pióro z sukni kobiety wyrwane? A może pióro co laurem przyznanym się stanie?

Granat zapłonie, gdy dłoń go uniesie,

Lecz póki co – milczę, co werdykt niesie.

You cannot petition the Lord with prayer!

Kiedyś śpiewano o satysfakcji. Mi to słowo do dzisiaj wydaje się obce.

A mnie obco brzmi mnóstwo słów, których używa się współcześnie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka