- Opowiadanie: PapierowyMorderca - Ostatnie słowa Kaznodziei

Ostatnie słowa Kaznodziei

Powrót na Forum po latach. Stres jest. Jest też ekscytacja.

 

Opowiadanie inspirowane jest obrazem “Droga ku końcowi” Anny Słoncz.

 

Wanda naprawdę istnieje. Fotografie też, chociaż prawdopodobnie są o dwie dekady starsze, niż w mojej historii. Tożsamość ujętych na nich osób do dziś pozostaje nieustalona. Czyż nie brzmi to jak idealny punkt wyjścia do opowieści grozy?

 

Z niecierpliwością czekam na wszystkie Wasze uwagi, przyjmę je z pokorą i wdzięcznością.

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ostatnie słowa Kaznodziei

1974, Żyrardów

 

– Wandę sprzedali!

Najpierw był krzyk, dopiero potem do pomieszczenia wpadła zziajana Kryśka.

– Słyszysz? Wandę sprzedali!

Mężczyzna podniósł wzrok znad kawałka drewna, ale ręce dalej prowadziły papier ścierny. Drobny pył unosił się w powietrzu i osiadał wszędzie: na stole, kredensie, podłodze.

– A bo to pierwszy raz? – mruknął bez większego zainteresowania.

– Ale tym razem to chyba naprawdę. Jakiś elegancki pan przyjechał. Nie tylko Wandę kupił, ale podobno też zakłady.

– Dziewczyno, pomyśl. Jak zakłady kupił? Przecież państwowe są. Wandę to mógł kupić, ale zakładów nie.

Zziajana dziewczyna dopadła saturatora. Chwyciła szklankę, przepłukała ją szybkim strzałem wody, potem nalała pod sam brzeg. Wypiła jednym haustem, otarła twarz rękawem. Odczekała chwilę, aż gaz zagra w przełyku.

– No dobrze, może nie kupił, ale coś w tym stylu. Nie znam się. Mówią, że firma polonijna. Podobno płacił w dolarach. No i ma przywrócić do życia te stare zakłady. Podobno.

– Podobno, podobno… – prychnął. – Podobno toś ty jest do swojej matki. Coś zasłyszysz, pół zrozumiesz i latasz po mieście głupoty powtarzać.

– Ale, wujku, naprawdę. Niech wujek pójdzie ze mną i sam zobaczy. Plakat powiesili koło plebanii.

– Plakat? Jakiś znowu plakat?

Odłożył kozik i wytarł ręce w fartuch. Laska była prawie gotowa. Zostało tylko ją zabejcować. Zajmie się tym po powrocie, bo przecież ta narwana dziewczyna i tak nie dałaby mu spokoju.

Kilka minut spaceru i już stali pod plebanią.

– Widzisz, widzisz, o tu, o tu – podskakiwała Kryśka, wskazując palcem na zgrabnie wykaligrafowany plakat.

Litery przyciągały wzrok. Starannie prowadzone, czarne jak świeża sadza, obiecywały coś więcej niż zwykłe ogłoszenie. Nowy inwestor zapraszał mieszkańców na spotkanie, deklarował chęć rozmowy, wysłuchania potrzeb i obaw. Pod spodem, już mniejszym pismem, informowano, że zebranie odbędzie się w miejscowym kinie w sobotni wieczór – dla wszystkich zainteresowanych przyszłością miasta.

Kryśka nagle zamilkła. Wyprostowała się i zmrużyła oczy.

– Wujku… – szepnęła, unosząc rękę i wskazując w dół ulicy. – Wujku Marianie, To chyba on – pociągnęła go za rękaw.

Elegancki mężczyzna szedł powoli chodnikiem, z rękami splecionymi za plecami, jakby wszystko wokół należało już do niego.

Marian znieruchomiał na ułamek sekundy.

– Gdzie? – wyrwało mu się ostrzej niż zamierzał. – Gdzie się zatrzymał?

– No gdzie… – prychnęła Kryśka. – Na plebanii, wujku. A gdzie by indziej?

Bo hoteli w mieście nie było. Przyjezdni od zawsze nocowali u księdza. Skinął głową, jakby ta odpowiedź tylko potwierdziła coś, co już wiedział. Potem coś w nim pękło – ożywił się nagle, aż nazbyt gwałtownie. Odwrócił się na pięcie i niemal biegiem ruszył w stronę domu, jakby przypomniał sobie o sprawie, której nie wolno było odkładać ani chwili dłużej.

Kryśka krzyczała za nim, wołała po imieniu, zadyszana, zaskoczona jego nagłym zrywem, ale on nawet się nie odwrócił. Machnął tylko ręką, jakby odganiał natrętną muchę i przyspieszył kroku.

– Ale przecież to tu – wskazała na plebanię, a potem się poddała. Staremu dziwakowi widać właśnie przeskoczyła jakaś klepka w głowie.

Taki już był – miejscowy osobliwiec, o którym mówiło się półgębkiem, z mieszaniną drwiny i lęku. Kaznodzieja – tak o nim mówili, choć od lat nikt w kościele go nie widział. Kiedyś miał zostać księdzem, już nawet sutannę miał kupioną. Wierzył w powołanie, ale… miłość. Zamiast Boga wybrał kobietę, a kiedy stracił jedno i drugie, został mu tylko gniew, pamięć i miasto, dla którego stał się stałym elementem krajobrazu, jak stara ławka pod sklepem albo krzywy słup ogłoszeniowy. Zawsze gdzieś krążył – trochę zagubiony, trochę nieobecny – a jednak nigdy nie przestawał pouczać ludzi, zatrzymywać ich na ulicy, mówić swoje.

Dlatego nazywali go Kaznodzieją.

Bo powtarzał to w kółko, jak modlitwę albo przekleństwo:

Kiedyś się dokona.

Kiedyś się dokona.

 

 

Kaznodzieja wpadł do domu, niemal wyrywając drzwi z futryny. Dopadł szafy, uklęknął przy niej i wygrzebał z samego dna niewielkie pudełko, owinięte w pożółkły materiał.

Przez chwilę tylko na nie patrzył, z namaszczeniem, jak na relikwię, której nie wolno dotykać pochopnie. Gdy w końcu je otworzył, ręce mu drżały. W środku leżały dwie fotografie. Na pierwszej – elegancki mężczyzna z przystrzyżonym wąsem i wysokim czołem, o spojrzeniu surowym, niemal nieprzystępnym. Na drugiej był ten sam mężczyzna, lecz obok stała kobieta, a przy niej dziecko – chłopiec trzymany za rękę, ubrany w biel. Pod fotografiami kryły się inne rzeczy: kilka pożółkłych listów przewiązanych nicią, mały medalik, a także stary, zniszczony notatnik. Okładka była przetarta na rogach, kartki pożółkłe, choć od lat nikt już do niego nie zaglądał. Między tym wszystkim leżał złożony świstek papieru.

Kaznodzieja wyjął go ostrożnie. Nie czytał.

Jeszcze raz spojrzał na fotografie. Długo.

W końcu wyszeptał głosem łamiącym się od tłumionych łez:

– Kochana Dalio… już czas. Już czas.

Zamknął i odłożył pudełko, a zeszyt, list i fotografię wcisnął w kieszeń płaszcza.

 

 

Na plebanii pachniało kapustą i topionym woskiem. Kaznodzieja wszedł bez zaproszenia, zostawiając na podłodze ślad wilgoci i błota. Gospodyni spojrzała na niego niechętnie, marszcząc brwi. Był nieszkodliwy, ale wolała, żeby nadal nie zbliżał się do kościoła. Tyle lat tu nie był, a teraz nagle przychodzi jak do siebie.

– Nie można teraz – powiedziała chłodno. – Gość odpoczywa. Nie będę mu spokoju zakłócać.

– Będzie chciał mnie zobaczyć – odparł Kaznodzieja z pewnością w głosie.

Gospodyni otaksowała go od stóp do głów. Wyjął z kieszeni złożoną kartkę i podał jej ją do ręki.

– Proszę mu to przekazać.

– Mam cię jakoś zapowiedzieć?

– On będzie wiedział.

Zniknęła w głębi korytarza. Czas dłużył się nieznośnie. W końcu rozległy się kroki. Elegancki mężczyzna wyszedł z pokoju, trzymając kartkę w dłoni. Twarz miał bladą, skupioną. Spojrzał na Kaznodzieję tak, jak patrzy się na kogoś, kogo zna się od dawna, choć dawno się go nie widziało.

– Dziękuję – powiedział do gospodyni, nie odrywając od niego wzroku. – Może pani już iść.

Gdy zostali sami, cisza między nimi pękła. Padli sobie w ramiona gwałtownie, jakby nadrabiali lata rozłąki jednym ruchem.

– Wiedziałem – wyszeptał inwestor. – Wiedziałem, że przyjdziesz.

– Boguś – odpowiedział Kaznodzieja. – Obiecałem. Obiecałem, to jestem.

Mężczyzna odsunął się i jeszcze raz spojrzał na kartkę.

– To wszystko? – zapytał cicho.

– Jest jeszcze to – odparł Kaznodzieja i podał mu notes. – Nie czytałem. Ale to chyba ważne.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Potem inwestor otworzył drzwi do pokoju i gestem zaprosił go do środka. Usiedli: Kaznodzieja na jedynym krześle przy niewielkim stoliku, Bogdan na łóżku. Przez dłuższą chwilę wertował notes, mruknął kilka razy pod nosem, w końcu uniósł głowę.

– A więc to takie proste. Nie myślałem, że uda się tak szybko. Marian, trzeba ściągnąć jak najwięcej ludzi. Na jutro. Niech przyjdzie jak najwięcej. Rozpuść wici. Powiedz, że mam pracę dla każdego.

Kaznodzieja uśmiechnął się. Wystarczy, że raz powie Kryśce – zaraz całe miasto będzie wiedziało.

– Dokona się.

 

 

Ławki przed lokalną knajpą uginały się pod ciężarem zmęczonych ciał i pustych butelek. Robotnicy pili piwo, spluwali pod nogi, śmiali się głośno, jakby śmiech mógł zagłuszyć niepokój. Mówili o nowym inwestorze – że robotę ma dla wszystkich, że nie będzie przebierał: młodzi, starzy, baby – każdy się przyda. Od wczoraj całe miasto o tym huczało: nowe warunki, lepsze, uczciwsze, technologie zza oceanu, takie, jakich tu jeszcze nie widziano. Kiwnięcia głów, mruknięcia aprobaty, iskra nadziei w oczach.

Wśród nich siedział Kaznodzieja, milczący, z butelką trzymaną luźno w dłoni.

– A ty co, proroku? – zagadnął któryś, krzywiąc się w uśmiechu. – Wybierasz się na spotkanie?

Kaznodzieja podniósł wzrok, jakby wracał z daleka.

– A jakże – mruknął. – Dokona się. Dokona się.

Chłopy parsknęły śmiechem. Jeden stuknął się palcem w skroń, drugi splunął, trzeci pokiwał głową z politowaniem.

Tymczasem ulicami czerwonego miasta zaczęli krążyć ludzie. Pojedynczo, parami, potem całymi grupami. Ciągnęli w stronę kina, jak rzeka, która nagle znalazła koryto. Robotnicy dopili piwo, wytarli usta rękawami i ruszyli za nimi. Niebo zrobiło się szkarłatne, ciężkie, płonące zachodem słońca.

Kaznodzieja został chwilę dłużej. Spojrzał za odchodzącymi, dopił swoje piwo do dna, postawił pustą butelkę na ławce i powtórzył cicho, bardziej do siebie niż do świata:

– Dokona się. Dokona się.

 

(”Droga ku końcowi” Anna Słoncz)

 

 

Do kina przyszli podekscytowani, jeszcze przed czasem. Jedni prosto z domu, inni prosto z pracy – z pyłem na butach, z zapachem oleju i pary na ubraniach. Mężczyźni w roboczych kurtkach lub spranych koszulach, kobiety starannie ubrane, w sukienkach na specjalne okazje, tak rzadko noszonych. Dzieci w bieli, jak na pierwszą komunię albo szkolną akademię, rozglądały się szeroko otwartymi oczami.

Ktoś przyniósł chleb, ktoś butelkę wódki, ktoś zawiniętą w papier kiełbasę – bo tak się robiło, gdy przychodziło się z dobrą wolą i nadzieją. A nadziei im nie brakowało. W końcu ktoś chciał dać im szansę.

Inwestor stał już na scenie. Spokojny, uśmiechnięty, zapraszał ludzi bliżej, do pierwszych rzędów. Gest miał pewny, wyćwiczony. Tłum przesuwał się powoli, szurając krzesłami, ściszając rozmowy.

Mężczyźni, kobiety, dzieci – wszyscy chcieli być jak najbliżej, widzieć, słyszeć, uwierzyć.

Jako ostatni wszedł Kaznodzieja. Przeszedł przez salę wolno, wśród spojrzeń pełnych zdziwienia, niechęci i cichej ciekawości. Ktoś syknął, ktoś odwrócił głowę, ktoś przeżegnał się odruchowo.

A potem, ku zdumieniu wszystkich, nie usiadł.

Wszedł na scenę i stanął obok inwestora, jakby to było miejsce dla niego przeznaczone. Przez salę przeszedł nerwowy szmer.

Zanim sala zdążyła całkiem ucichnąć, Kaznodzieja wykonał gest pełen teatralnej precyzji. Uniósł ręce powoli, zatrzymał je w powietrzu, palce wygięte, jakby wytyczał niewidzialną przestrzeń przed sobą.

Wyszeptał kilka słów, cicho, nierówno. Brzmiały twardo, obco, jak mowa, której nikt nie znał, a mimo to wszyscy poczuli jej wagę.

Ktoś w pierwszym rzędzie zmrużył oczy. Ktoś inny poczuł ciepło na karku. Światło z projektora drgnęło, rozlało się po ekranie, choć nie wyświetlało żadnego obrazu. Na moment nad sceną zawisła ledwie widoczna poświata, jak odbicie kurzu w promieniu słońca. Może to było tylko podupadające kino, może zmęczone oczy widzów, a może coś, czego nikt nie chciał nazywać.

Kaznodzieja cofnął rękę, szczęk zamka przełamał ciszę. Ludzie popatrzyli po sobie zdziwieni. Oni jeszcze nie nazwaliby tego strachem, ale Kaznodzieja widział go to w ich oczach.

– Moja matka była Litwinką – odezwał się nagle inwestor.

Przez salę przeszedł szmer.

– Miała na imię Dalia.

Szmer zamienił się w gwar. Ktoś wstał z miejsca, ktoś ruszył za nim w stronę drzwi. Ktoś szarpał się z klamką, ktoś walił w grube drewno.

– I umarła po to, abym ja mógł żyć.

– Dość tego, co to za cyrki? – zakrzyknął jakiś mężczyzna. – Proszę nas natychmiast wypuścić!

Gwar narastał. To nie był już pomruk niepokoju, lecz rozpaczliwa próba zrozumienia, co się dzieje.

Nieliczni siedzieli bez ruchu. Bliscy, którzy przyszli z nimi, bezskutecznie nimi potrząsali, próbowali wyrwać ich z letargu, skłonić do ucieczki. Tyle że ucieczki nie było. Drzwi ani drgnęły, chociaż paru osiłków napierało na nie z całej siły. Kilku mężczyzn ruszyło w stronę sceny.

– Wybornie, wybornie! – Kaznodzieja roześmiał się nagle, szczerze, dziecięco, jakby całe to zamieszanie było dokładnie tym, na co czekał. Klasnął w dłonie i dodał, kołysząc się na palcach i piętach: – Dokona się, dokona!

Ludzie napierali na drzwi, na przejścia między rzędami, na samą scenę – i odbijali się od nich, zaskoczeni, wściekli, przerażeni. Jakby pomiędzy nimi a wyjściem, pomiędzy nimi a mężczyznami na scenie, stało coś niewidzialnego, miękkiego, a jednocześnie nieustępliwego. Krzyki narastały, ktoś przeklinał, ktoś płakał, ktoś walił pięścią w drewno.

– Proszę usiąść – powiedział inwestor. Głośno, wyraźnie, bez cienia emocji.

Nie chcieli. Jeszcze przez chwilę szarpali się, próbowali raz jeszcze, jakby upór mógł przełamać to, czego nie rozumieli. W końcu jednak zaczęli opadać na miejsca – jeden po drugim, ciężko, niechętnie, jakby nagle zabrakło im sił. Sala powoli cichła. Pozostały tylko przyspieszony oddech i szelest ubrań.

Kaznodzieja przestał się śmiać. Spoważniał. Spojrzał na zgromadzonych, na twarze blade ze strachu i czerwone z wściekłości.

– Teraz – powiedział cicho. – Teraz posłuchajcie.

I wtedy zaczął swoją opowieść.

 

 

Maszyny ryczały od świtu do zmierzchu. Pracowałem w zakładach włókienniczych jak wszyscy, przy tych samych krosnach, w tym samym pyle i hałasie. Niektórzy z was pewnie jeszcze pamiętają te czasy, gdy razem stawaliśmy przed bramą na swoje zmiany. Marzenia o stanie kapłański porzuciłem kilka lat wcześniej. Miałem życie takie jak wy. I miałem swoją Dalię, która uparcie odrzucała moje zaloty, ale pozostawaliśmy w pięknej przyjaźni.

Pamiętacie lato 1939? 21 lipca. Najpierw jeden wypadek, potem drugi. Człowiek wciągnięty przez wały, drugi zmiażdżony metalem, potem ktoś upadł, trzymając się za pierś. To wystarczyło, by strach rozlał się po zakładzie. A strach zawsze szuka winnego.

Szeptaliście między sobą, najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej. Że to nie może być przypadek. Że ktoś musiał to sprowadzić. Że ona nie stąd.

– Litwinka – powiedział ktoś.

– Dziwna była od zawsze – dodał inny.

– Mąż jej też zginął w zakładach – przypomniał trzeci.

– A dziecko? – padło pytanie. – Takie oczy ma…

Zawsze mieliście ją za czarownicę. A ja widziałem w niej tylko dobro. To dla niej zrezygnowałem z sutanny. Gdy usłyszałem, jak mówicie, że trzeba z nią skończyć, zanim sprowadzi kolejne nieszczęście, pękło mi serce. Powtarzaliście, że lepiej zrobić to szybko. Że ogień oczyści.

Rzuciłem robotę, udając, że muszę do łazienki. Nawet nie zdjąłem fartucha. Biegłem, jakbym mógł zdążyć przed gniewem, który już ogarnął wasze serca.

Zastałem ją spokojną. Jakby wiedziała, że przyjdę.

– Musisz uciekać – powiedziałem. – Idą po ciebie.

Pokręciła głową.

– I gdzie się schowam? Szukać mnie będą. Jak chcą, to mnie dostaną. Ale jego im nie oddam – przycisnęła syna do piersi. – Chcieli mieć czarownicę, to będą ją mieli.

Wyciągnęła spod stołu notes i luźne kartki, na których zaczęła szybko kreślić znaki. Podała mi je.

– Ta jest dla ciebie. To adres mojej siostry. Wyślij go za ocean, do niej – powiedziała, popychając dziecko w moją stronę. – A to oddasz mu, kiedy wróci.

– Wróci? – zapytałem.

Uśmiechnęła się.

– Wróci.

Schyliła się do chłopca, objęła go ostatni raz.

– Bądź dzielny. Żyj. Wracaj, kiedy dorośniesz. Uwierz, że się jeszcze spotkamy. Pan Marian Ci pomoże, słuchaj się go.

Podbiegła do kredensu, rozbiła wazon, ujawniając schowane w nim pieniądze. W pośpiechu strąciła stojące obok fotografie. Raniła się szkłem, podnosząc z ziemi zdjęcia. Dołączyła je do pieniędzy.

– Więcej nie mam.

Za oknem narastał hałas. Krzyki, kroki, gniew.

– Chcą mojej krwi – powiedziała spokojnie. – Będą ją mieli.

Poczułem zapach żelaza i zgniłych jaj. – Idźcie – rozkazała. – Teraz.

Wybiegliśmy tylnym wyjściem. Chłopiec płakał, ale biegł. Usłyszałem jeszcze jak drzwi frontowe poddają się pod waszym naporem. Słowa dotrzymałem. Chłopca chroniłem, urywałem, i choć nie było to łatwe, udało mi się go wysłać do Ameryki. A potem czekałem.

Trzydzieści pięć lat czekałem, aż się dokona.

 

 

Kiedy Kaznodzieja umilkł, w sali zapadła cisza, ciężka, lepka, jakby powietrze zgęstniało i zaczęło przylegać do skóry. Ludzie patrzyli na siebie nawzajem, jakby nie poznawali twarzy obok. Ci, którzy wiedzieli, którzy pamiętali tamte dni, pobledli. Kobiety kręciły głowami, szeptały, że to niemożliwe, że ich mężowie by czegoś takiego nie zrobili, że to kłamstwo, bajanie starego wariata. Tak, Litwinka zniknęła, ale jej syn też, mówiło się, że wyjechali. Że przed wojną uciekali. Dzieci zaczęły płakać, najpierw pojedynczo, potem chórem, a krzyki dorosłych tylko wzmagały ich strach.

Mężczyźni podnosili się z miejsc, zaciskali pięści, gniew przysłaniał im rozsądek.

Wtedy głos zabrał inwestor. Boguś. Mały Boguś, teraz widzieli w nim tego chłopca.

– Dziękuję – powiedział inwestor, zwracając się do Kaznodziei. – Teraz zrób to, co konieczne. Niech się dokona. Spotkamy się w Wandzie.

Kaznodzieja skinął głową.

Zrobił krok do przodu i rozłożył ręce.

Ogień pojawił się nagle. Bez iskry. Bez ostrzeżenia. Najpierw zajęły się kotary, ciężkie od kurzu. Potem fotele, jeden po drugim. Krzyk wyrwał się z gardeł jednocześnie, wysoki, rwany. Ludzie próbowali wstać, uciec, zasłonić twarze, ale gorąco było wszędzie naraz. Ogień nie wybierał – obejmował ciała, ubrania, włosy. Zapach spalenizny mieszał się z dymem i rozpaczą.

Inwestor stał nieruchomo, gdy płomienie dosięgły także jego. Ogień oplótł go jak szata. Nie krzyczał.

Kaznodzieja patrzył na wszystko z obłąkańczym uśmiechem, a płomienie się go nie imały.

Podłoga kinowej sali pękła z głuchym jękiem. Z pulsującej ogniem rany buchała woń siarki. Ogień pożerał kino, belki trzeszczały, dach zapadał się do środka. Wijący się z bólu ludzie w amoku rzucali się w czerwoną szczelinę.

Inwestor stał na jej krawędzi.

I wtedy pojawiła się Dalia.

Nie była płomienna ani straszna. Była spokojna, niemal czuła. Chwycili się za ręce i ruszyli naprzód. Żywioł rozstępował się przed nimi, droga ku końcowi była ich drogą ku początkowi.

– Dokonało się! – krzyknął Kaznodzieja, a jego głos niknął w trzaskach płomieni.

 

 

1995

 

Wanda niszczała, ale nadal nie można było odmówić jej piękna. Szczególnie w słoneczne dni, gdy niemal puste przestrzenie wypełniały ostre, południowe promienie. Tańczące w nich cienie dawno niepielęgnowanej roślinności, która korzystając z wolności rozrosła się do granic działki. Willa była stara, tu i ówdzie odchodził tynk, w paru oknach brakowało szyb, ale pozostawała czysta i sucha.

Czas odbył się również na nim. Już wtedy był wiekowy, a teraz zdawało się, że śmierć po prostu o nim zapomniała. Poruszanie się sprawiało mu ból, ale narzekał. Czuł się w willi szczęśliwy.

Usłyszał kroki, ale nie poprzedzone pukaniem. W drzwiach pokoju stanęła kobieta, na oko dwudziestoletnia.

– Pan Marian? – głos miała wysoki, miałczący. Nie spodobał mu się. – Nazywam się Iwona Przybylska, jestem dziennikarką.

Nie odpowiedział. Nawet na nią nie spojrzał. W mieście mówiono, że stracił głos od dymu. Niektórzy byli zdania, że w pożarze zobaczył coś tak przerażającego, że aż odebrało mu mowę.

– W mieście pojawił się nowy inwestor. Chce uruchomić dawne linie produkcyjne. A pan jest jedną z niewielu osób, które pamiętają czasy świetności zakładów. W mieście jest poruszenie. Ludzie gadają, plotkują. A ja chcę dowiedzieć się, jak żyło się tu kiedyś. Jakie było to miasto, jacy byli jego mieszkańcy? Przecież to takie piękne miejsce z historią. Czerwone miasto.

Kaznodzieja pozostał niewzruszony. Wydawało się, że nawet jej nie słyszy.

– W mieście znów jest poruszenie – ciągnęła, trochę głośniej, jakby cisza ją drażniła. – Nowy inwestor. Stare zakłady. Stare historie.

Kaznodzieja poruszył palcami. Tylko tyle.

– Wszyscy wiedzą, że był pan w kinie – mówiła dalej. – Że wyszedł pan jako jedyny.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Ale nikt nie wie, jak.

Zadrżała. Włosy na jej karku zjeżyły się, jakby ktoś stał zbyt blisko. Odwróciła się, ale nikogo nie dostrzegła.

– Są różne wersje – mówiła coraz szybciej. – Jedni twierdzą, że pan uciekł. Inni, że drzwi się przed panem same otworzyły. Jeszcze inni… – zawahała się – że to pan był powodem, dla którego one się już nigdy nie otworzyły.

Kaznodzieja powoli podniósł wzrok. Spojrzał na nią po raz pierwszy.

Znów przebiegł ją dreszcz. Przypomniała sobie, słowa babci: „śmierć się o mnie otarła”.

– Ale tu zimno – powiedziała, rozglądając się nerwowo. – Chcę tylko prawdy – powiedziała już ciszej. – Ludzie zginęli. Całe rodziny. A pan żył dalej. Bez słowa. Przez dwadzieścia jeden lat.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nie mogła. Strach ścisnął jej gardło. „Tracę zmysły” – pomyślała, chociaż była gotowa przysiąc, że czuje na sobie czyjeś palce.

Kaznodzieja uśmiechnął się.

– Pan mnie przeraża – wyszeptała. – Ten dom… pan… to milczenie… Niech ktoś inny pisze ten cholerny artykuł.

Wybiegła z domu. Drzwi trzasnęły. Kroki na ganku były szybkie, paniczne. Staruszek spojrzał w stronę okna. Wieczór nadchodził, a niebo powoli zachodziło czerwienią.

Koniec
Nowa Fantastyka