Opowiadanie nawiązuje do postaci księcia żagańskiego Jana II Szalonego i “zaginionego” zielonogórskiego zamku. Jest częścią zbioru “Zagreus”, opartego na wątkach z dziejów Zielonej Góry.
Opowiadanie nawiązuje do postaci księcia żagańskiego Jana II Szalonego i “zaginionego” zielonogórskiego zamku. Jest częścią zbioru “Zagreus”, opartego na wątkach z dziejów Zielonej Góry.
Zamek
Teraz
– I co?
– Znowu pudło! – Paproch stał w głębokim wykopie. – Żadnego śladu.
Arkan Cap wcisnął ręce do kieszeni.
– Ale zupełnie nic?
– Och, znaleźliśmy całkiem sporo. O, tam – kustosz zatoczył łuk laseczką – odkopaliśmy resztki cmentarzyska z czasów kultury łużyckiej, tutaj fundamenty dziewiętnastowiecznych kamienic, złomki kafli, skądinąd całkiem ciekawe, kilka monet…
– Ale zamku nie ma?
– Nie ma – Paproch otarł chustką spocone czoło. – Ani śladu.
Arkan patrzył na ścianę wykopu, przypominającą przekrój tortu, warstwy coraz starszych bruków, zmieniające się kolory ziemi, ławice jakichś skorup, kilka warstw smoliście-czarnych, grubych może na szerokość palca. Jak Paproch mu tłumaczył, były to ślady dawnych pożarów.
– Największa zagadka zielonogórskiej archeologii: jak zgubić zamek?
– Dobrze ci się śmiać – sapnął kustosz, wychodząc z wykopu, otrzepał kolana z piachu – ale my naprawdę niewiele o nim wiemy. Wiemy, że był. Jedyne wskazówki to nazwy ulic i kilka zdań w kronikach, które wskazują na okolice Zamkowej, Jeleniej, może jeszcze Lisiej. Nie wiemy nic więcej, nawet tego, jak ten zamek mógł w ogóle wyglądać!
1488
Zamek wygląda dużo gorzej niż to sobie książę Jan imaginował. Przysadzista wieża z poczerniałego drewna, ostrokół, brama z polnych kamieni tonących w mchu. Fosa wyschła chyba jeszcze w czasach Henryka Wróbla, błotnisty rów wypełniają odpadki i kości.
– Kazałem przygotować miasto do obrony. Czego nie zrozumieliście? – Książę Jan II Żagański pyta niby żartobliwie, ale przyboczny Odo już widzi, na co się zanosi.
Pytanie jest jak najbardziej uzasadnione, wojna ciągnie się już przecież dwunasty rok z rzędu. Kiedy Henryk XI, pan głogowskiego księstwa, opuścił ten łez padół – nie bez cudzej pomocy, jak mówią złe języki – rękę po schedę wyciągnął i teść zmarłego, elektor brandenburski Albrecht Achilles, i Maciej Korwin, król węgierski, któremu nieboszczyk też dziedzictwo przyobiecał, a także książę Jan – Piast i krewniak w końcu. Brandenburczyków pobito dosyć szybko, Odo z drużynami księcia był i pod Krosnem, i pod Leśniowem, pustoszył ziemie Marchii po Frankfurt i Berlin, ale na nic okazały się jego trudy wojenne. Barbarze, księżnej wdowie, ledwie jedenastoletniej, łzy otarł z policzków dziecinnych król czeski Władysław i jako jej nowy małżonek do gry o tron głogowski dołączył. Teraz gra już się kończy, tylko patrzeć Czarnej Armii Macieja Korwina, która Śląsk niczym morze zalała, jak przez ziemie spustoszone przechodząc, u bram stanie. I miasta księcia Jana swoje bramy otworzą, nieważne w jak grubych osadzone murach. Nie słuchają już szalonego Piasta, co rajców głogowskich głodem zamorzył, gdy odmówili mu hołdu.
Także tutaj, w Grunberdze, książę pan zdaje się niemiłym już gościem. Widać to w spojrzeniach, w zawartych na głucho chatach. Zagrody i przedmieścia puste, co bardziej przytomni widać uciekli już i skryli się w lasach. I dziwić im się trudno.
Odo wzdycha w duchu.
Po cośmy tu przyjechali?
Burmistrz i rajcy zielonogórscy patrzą w ziemię. Wreszcie Andrzej Grasse, sukiennik, zbiera się na odwagę.
– Miasto przygotowaliśmy… Mury podwyższone, baszty pobudowane, fosa pełna… Wszystko na nasz koszt, jak wasza miłość raczył był cztery lata temu nakazać.
– A zamek? – Książę Jan na pozór nie zmienia wyrazu twarzy, Odo odrobinę nawet tym łyczkom zielonogórskim współczuje, tak po ludzku, czyli tylko trochę. – Grunberga ma stary hełm i napierśnik, ale dupę gołą, na ciosy wypiętą!
– Zamek już za miastem, pusty, stary i daleko, a mury kosztowały, wasza miłość, że tak powiem, niemiłosiernie, zwłaszcza ta Biała Wieża. Rąk tylko do pracy brakło. Pokolenie całe mężów i młodzi, które wasza miłość na wojny swe wziąć raczyła, żerem kruków i robactwa się stało.
Odo zamyka oczy, cóż widać tak być musiało. Kiedy je otwiera, widzi już, że zmienił się świat. Książę uśmiecha się szeroko i promiennie, mruży oczy jak wielki kot.
– Biała Wieża, tak… Wysoka, mury grube?
– Tak, panie, do nieba sięga – sukiennik prostuje się hardo.
– A loch pod nią głęboki?
– Głęboki, wasza miłość, a ciemny jak samo piekło!
Książę wybucha śmiechem, mężczyźni z miejskiej ławy lękliwie dołączają, jak echa bełkotliwe i słabe.
Książę Jan II Żagański, którego za plecami niektórzy nazywają zupełnie inaczej, unosi dłoń.
– Sprawiłeś się, ty i cech, któremu przewodzisz!
Andrzej krzywi usta w ponurym uśmiechu, a wtedy Jan kładzie mu ręce na ramionach, zagląda w oczy.
– W tej chwili ciężkiej, jak brat mi jesteś.
Śmiechy milkną jak ucięte nożem, sukiennik blednie, sztywnieje, szarpie się chwilę, gdy strażnicy odciągają go na bok. Książę odwraca się na pięcie, odwraca od błagań i szlochu.
– Do lochu z nim, pod wieżę, w końcu za nią zapłacił. I nie karmić. Mury były drogie.
***
Potem, już w mrocznej sali zamkowego stołpu, książę Jan siada przy rozchybotanej ławie, wśród pajęczyn i poczerniałych belek. Na ścianach tarcze herbowe, zakurzone orły śląskich Piastów, czarnopióre, z białymi półksiężycami na piersiach, w jedno zlane znaki brodatego księcia i Hedwig świętej.
– Może jakby podwyższyć wał i napełnić fosę… – mówi Odo bez przekonania.
Książę macha ręką, jakby opędzał się od muchy.
– Zobaczymy. Nalej.
Odo nachyla dzban, starając się nie patrzeć na rojące się na dnie złotego kielicha robactwo. To dlatego księcia pana nazywają Szalonym Hansem, nie przez gwałtowność charakteru, zmienne jak jesienna pogoda sojusze i plany, nawet nie przez śmierć Baltazara, brata, którego Jan raczył był głodem zamorzyć. Nie, przez TO. Książę Jan unosi kielich w toaście ku zmatowiałym tarczom, pije do dna. Odo czuje, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
Jan patrzy w mrok izby, cienie gęstnieją.
1358
– Podpisz, wuju.
Książę Jan Ścinawski skrobie piórem po pergaminie, dłoń mu drży, atrament zostawia brązowe kleksy.
– Jeszcze pieczęć.
Zielony wosk zastyga w nowym kształcie. Oddziela to, co było, od dni, które nadejdą.
– W twoje ręce, Henryku.
– Zaiste – Henryk V, zwany Żelaznym, podnosi dokument, przebiega wzrokiem litery traktatu, choć zna je doskonale, nie może się oprzeć.
– Połowa Ścinawy, Chobienia, Neustadt, Maseritz…
– W twoje ręce – powtarza książę Jan, patrząc na swoje puste dłonie.
Trzęsą się jak ręce starca, zresztą chyba jest już stary. W powietrzu brzęczą komary, nad zamkową fosą krążą ich całe chmury, popołudnie jest parne i lepkie. Przez wąskie okno widać zarys nieodległego miasta, zielonogórski ostrokół rysuje się na tle nieba zębatą linią.
– Zadbam o to miasto, Henryku.
– Słucham? – młodszy mężczyzna marszczy jasne brwi. – Chyba się nie do końca zrozumieliśmy, wuju.
– Przecież darowałeś mi ten zamek – Jan (niegdyś) Ścinawski podrywa głowę. – Jako książęcą rezydencję…
– Drogi wuju – Henryk nachyla się nad starcem, potężny, parujący niewypowiedzianą groźbą – książęcą nosisz mitrę na głowie, ale to ostatnia rzecz, jaka ci z twego władztwa została. Ziemieś swoje, nasze, do kroćset, stracił albo sprzedał Luksemburczykowi. Pół Głogowa, Lubin, Góra, Wschowa, ziemie Piastów, mówię, oddawałeś obcym… Nie ty jeden, prawda, nawet ojciec mój giął kolano przed czeskim lwem, ale dość już, koniec, ja odzyskam co nasze. A ty, wuju drogi, dożyjesz lat tutaj, w tym zameczku, jako gość mój.
– Więzień.
– Gość i szacowny krewny. – Henryk kładzie dłoń w kolczej rękawicy na ramieniu Jana, ten pochyla się bardziej, ciężka to ręka i nieubłagana. Jak żelazo. – To decyzja całego rodu, dla dobra twego i naszego dziedzictwa.
Jan Ścinawski milczy, komar siada mu na czole, ale stary książę nie zwraca na to uwagi. Henryk rusza do wyjścia, kancelista zbiera pisarskie utensylia, zwija pergamin i dawne włości Jana. Ich nowy właściciel zatrzymuje się jeszcze w drzwiach.
– Rozchmurz się, drogi wuju. Bywa tu pięknie… czasami. No i chyba lepsze to niż wypadek na polowaniu?
1488
– Nalej jeszcze. – Jan II Żagański trąca palcem kielich, Odo nachyla się z dzbanem. Wie, że lepiej się nie odzywać kiedy książę… cóż, robi to, co robi. Choć wygląda jak upiór, wpatrzony w pustkę, wsłuchany w ciszę opadającego kurzu. Zresztą, myśli Odo, może tylko to im pozostało, czekać aż huk kroków nadchodzącej armii króla Węgier wymaże wszystkie inne głosy?
Jan II pije powoli, miejscowe wino jest cierpkie i nie maskuje smaku dawnych dni.
1365
Posłanie ze skór przygotowano pod ścianą naprzeciw okna, ciało umierającego niemal w nim znika. Jan Ścinawski kona, kopci czarna świeca, z dziedzińca plecie się sznur klepanych przez mnichów pacierzy. Wielka ćma skwierczy nad knotem, nie pierwsza i nie ostatnia tej nocy. Izba jest pusta, gdy miał jeszcze strzęp sił, wyrzucił stąd płaczki i klechów. Nikt więcej nie przybył, krewni pozostali w swych zamkach i stolicach. Henryk V nawet dalej, wydaje właśnie córkę za Kazimierza, króla Polski, choć tamten nie rozplątał jeszcze dwóch innych małżeńskich węzłów. Marność nad marnościami i wielkie plany owadów…
Ćma biegnie po ławie, trzepocząc płonącymi skrzydłami. Kołyszą się na wietrze światła i cienie. Nie wszystkie, jeden kształt pozostaje nieruchomy i tym wyraźniejszy im dłużej się mu przyglądać. Jan dźwiga się na łokciach, ktoś jest tu jeszcze, ciemna postać majaczy za stołem, nieostra, jak z dymu i snu.
– Ktoś ty?
1488
– Zdobywca – mówi nagle Jan II Szalony, a Odo omal nie mdleje. Książę siedzi wyprostowany, jego oczy wpatrują się w punkt gdzieś pod przeciwległą ścianą. Nic tam nie ma, belki, pajęczyny, mrok.
1365
– Nieprawda.
Jan Ścinawski ma oczy szeroko otwarte i pełne bólu, w bezzębnych ustach świszczą ostatnie oddechy. Widmo przekrzywia głowę zaskoczone.
– Nieprawda?
– Niczego nie zdobędziesz. Walczyłeś z królami i przegrałeś, najpierw jeden weźmie twoje dziedzictwo, potem drugi – szepcze konający. – Wojny twoje daremne, ziemie, jak moje, utracone, imię…
1488
– Moje imię?! – warczy Jan II Żagański. – Sławne!
1365
– Śmieszne. – Jan Ścinawski opada na posłanie. – Dziki Jaś, Hans Szalony.
Majak wali w stół dymną pięścią. Skądś, z jakieś niewyobrażalnej dali, dobiega metaliczny brzęk.
– Kłamiesz!
– Widzę, widzę w mej chwili ostatniej, wczoraj, jutro i dni inne, zszyte w stos jak karty księgi. – Umierający nie stara się przekrzyczeć upiora. – Widzę twój los do ostatniej litery, klęskę, hańbę i wstyd, śmierć samotną na ostatnim strzępie ziemi, widzę…
– Co jeszcze, na Boga?!
– Że jak brat mi jesteś. – I to jest już wszystko, głowa Jana Ścinawskiego opada, świeca gaśnie, duch zostaje sam, nad stosem spalonych ciem.
1488
Odo podnosi strącony na podłogę kielich.
– Panie mój?
Jan II dźwiga się z wysiłkiem.
– Pomóż mi wstać. Szybko, chcę stąd wyjść!
Dopiero przed bramą książę dochodzi do siebie.
– Odo.
– Tak, wasza miłość?
Jan II Żagański patrzy przez chwilę na zamek. Rozgrzane powietrze drży, grają świerszcze, wąskie okna stołpu zaklejone mrokiem.
– Spalcie to. Do gołej ziemi.
– Słucham, wasza miłość. Daj tam, któryś, pochodnię!
– Czekaj, nie skończyłem! – Oczy księcia również są pełne ciemności. – Do gołej ziemi, żeby po tym miejscu ślad żaden nie został. Żaden, rozumiesz?
– Kamień na kamieniu, wasza miłość, rozumiem – mówi łagodnie Odo.
***
Wieczorem orszak księcia zbiera się już do dalszej drogi. Odo i pan jego wstrzymali rumaki u stóp zielonogórskich murów, patrzą na słup ognia i dymu. Zamek powoli się dopala, płomienie buchają z okien wieży, widma dni przeszłych i herby dawnych książąt w popioły obrócone. Niebo ciemnieje, lepka sadza miesza się z nadchodzącą nocą.
– Odo?
– Tak, wasza miłość?
Książę Jan bawi się kielichem, krwawe błyski ślizgają się po złocie.
– Chciałbyś znać przyszłość? Wiedzieć, gdzie prowadzi twoja droga?
Odo wzrusza ramionami i spluwa w wody fosy.
– Boże uchowaj. Wół w kieracie nie wie, dokąd idzie i dlatego szczęśliw.
Płomienie huczą, wokół nich mrok coraz gęstszy, ale blask ognia zdaje się przez to tylko rosnąć. Odo nawet tu, daleko już od starej twierdzy, czuje na twarzy dotknięcie żaru. Jan II Żagański prycha.
– Ja nie wół.
Coś wpada z pluskiem do niewidocznej w mroku miejskiej fosy. Odo widzi, że dłonie księcia są puste, a jego oczy, w których odbija się pożar, lśnią jak ślepia rysia, złoto i dziko. Bestia spała, ale oto się budzi, przeciąga, odsłania kły w pięknym i strasznym uśmiechu. Piast prostuje ramiona, nabiera w piersi haust płonącej nocy.
– Nie koniec to jeszcze. Zbierzemy nowe drużyny, najmiemy zaciężnych. Za zasłonę dni przyszłych zajrzę, krwią i ogniem napiszę sam dzieje swoje!
Zamkowy stołp wali się z trzaskiem, chmura iskier wbija w nieboskłon czerwone gwiazdozbiory. Rozbłysk maluje na moment twarz księcia Jana krwawym blaskiem i cień jego falujący rzuca na mur, aż po blanki sięga czarna sylweta jeźdźca ogromnego, groźna, przytłaczająca.
– Tak, wasza miłość!
Jan II Szalony wybucha grzmiącym śmiechem, wyciąga ręce w stronę pożogi, jakby chciał ją pogłaskać.
Ale ogień już gaśnie.
Witaj. :)
Sprawy językowe i sugestie, a także wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Tytułu już nie trzeba powtarzać.
Teraz – czy celowo ten pierwszy wyraz po prawo?
– Nie ma – Paproch otarł chustką spocone czoło. – Ani śladu. – błędny zapis dialogu?
Także tutaj, w Grunberdze, książę pan zdaje się niemiłym już gościem. Widać to w spojrzeniach, w zawartych na głucho chatach. Zagrody i przedmieścia puste, co bardziej przytomni widać uciekli już i skryli się w lasach. – powtórzenie – celowe?
Odo zamyka oczy, cóż (przecinek albo myślnik?) widać tak być musiało
Książę Jan II Żagański, którego za plecami niektórzy nazywają zupełnie inaczej, unosi dłoń. – czy celowo taka konstrukcja stylistyczna?
– W tej chwili ciężkiej, jak brat mi jesteś.
Śmiechy milkną (przecinek?) jak ucięte nożem, sukiennik blednie, sztywnieje, szarpie się chwilę, gdy strażnicy odciągają go na bok. – powtórzenie?
– Może (przecinek?) jakby podwyższyć wał i napełnić fosę… – mówi Odo bez przekonania.
Książę macha ręką, jakby opędzał się od muchy. – i tu?
– Zaiste – Henryk V, zwany Żelaznym, podnosi dokument, przebiega wzrokiem litery traktatu, choć zna je doskonale, nie może się oprzeć. – błędny zapis dialogu?
– Połowa Ścinawy, Chobienia, Neustadt, Maseritz… – nie umiem znaleźć w necie, czy tu nie miało być: „Meseritz”?
– Przecież darowałeś mi ten zamek – Jan (niegdyś) Ścinawski podrywa głowę. – Jako książęcą rezydencję… – ponownie błędny zapis dialogu?; dialogi zatem trzeba jeszcze starannie przejrzeć, ja już reszty usterek nie wypisuję
Nie ty jeden, prawda, nawet ojciec mój giął kolano przed czeskim lwem, ale dość już, koniec, ja odzyskam (przecinek?) co nasze.
Czy aliteracje (np.: Wieczorem orszak księcia zbiera się już do dalszej drogi) są celowe?
Wiedzieć, gdzie prowadzi twoja droga? – dokąd?
Szybkie przeskoki w czasie nie ułatwiają śledzenia fabuły. :) Pięknie stylizowany język pozwala poczuć klimat tamtych wieków. :) Soczyście zaprezentowałeś sylwetki bohaterów, szczególnie Jana Okrutnego. :) Bardzo gorzko pokazujesz realia oraz zasady, rządzące od zawsze światem i ludźmi.
Gratuluję stworzenia zbioru, o którym wspominasz w Przedmowie. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet