- Opowiadanie: TheGuru - O początku

O początku

Zbliżają się Jare Gody, więc może coś o jajku.

 

To, budujący świat, epizod z Cuiavi. Historia jaką staruszkowie mogli bajać dzieciom przy ognisku.

Podoba mi się to, jak nazwy bogów i miejsc wywodzą się z pospolitych słów.

 

ROD – (ród). Praojciec i praprzyczyna wszystkiego, bezcielesna wola, która powołała świat do bytu.

RODZANICE – (narodziny). Trzy siostry (Rodna, Suja i Dola) będące uosobieniem losu, który przędą, mierzą i przecinają.

SWARÓG – (skwar). Pan jasności i boski kowal, który z ognia niebios wykuwa kształty rzeczy i włada słońcem.

WELES – (dusze zmarłych). Pan głębin, magii i zaświatów, opiekun tego, co ukryte pod ziemią i w wodnej otchłani.

MOKOSZ – (wilgoć). Matka Ziemia, uosobienie płodności i materii, z której powstał ląd.

PERUN – (uderzenie). Bóg gromu i niebieskiego ognia, narodzony z walki żywiołów, który tchnął w ludzi duszę.

JAWIA – Świat widzialny, rzeczywistość, w której żyją ludzie i ożywiona natura.

PRAWIA – Górna, świetlista sfera niebios, gdzie panuje najwyższy porządek i przebywają bogowie.

NAWIA – Podziemna kraina cieni i korzeni, miejsce spoczynku zmarłych oraz królestwo Welesa.

BUJAN – (bujność). Mityczna wyspa położona w samym sercu świata, będąca punktem wyjścia dla wszelkiego stworzenia.

AŁATYR – (jantar). Biały, mityczny kamień spoczywający w centrum świata, na którym Swaróg oparł swoje kowadło.

DRZEWO MIROWŁADNE – Potężny dąb stanowiący oś świata, spajający swoimi gałęziami i korzeniami wszystkie sfery bytu.

KOŁOWRÓT – Wieczny cykl narodzin, trwania i powrotu, nadający rytm całemu stworzeniu.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

O początku

I. O Prastarej Nicości i Narodzinach Myśli

Na początku trwała Nicość – nie jako naczynie próżne po strawie, lecz jako brak wszystkiego, jako niedostatek ziemi, na której by cokolwiek spocząć mogło. Nie znała dnia wczorajszego ni jutra, albowiem czas jeszcze nie został wzbudzony ze swego uśpienia.

Nicość owa była bez kształtu, nie znając początku ni kresu. Spowijał ją sen głęboki i cisza niezmącona, a w owym milczeniu tliło się pragnienie – niewysłowiona tęsknota bytu, aby się stać.

I stało się, iż w najgłębszej otchłani niebytu zadrżało Ono w sobie. Poczęło zagarniać Nicość i gęstnieć pośród martwego milczenia, aż z owego drgnienia wykwitło Jajo Prastare. Z niego zaś poczęła się Myśl – potężna, jasna i ku czynom gotowa.

 

II. O Praojcu i Pierwszej Pieśni

I tchnęła Myśl owa w pustki żar swego istnienia. Nie miała ona lica ani ciała, lecz była wolą czystą. Był to On – Rod, Praojciec wszystkiego, który trwał, zanim stało się wszystko.

Rozlało się tchnienie Jego po bezkresach, niosąc w sobie iskrę żywota. Wtedy to wywiedzione zostały niebiosy i obłoki nad nimi, a część owego tchnienia opadła jako deszcz rzęsisty, zalewając wszelki padół. I spoczęło oko Roda na dziele jego, a lśniło ono ładem. Plusk kropel w toni nadawał światu rytm pierwszy, a mgła wstępowała znad wód ku niebiosom, jako dym ofiarny.

Pieśń świata znała wtedy dwie nuty: szum deszczu i szept wilgoci. Rod słuchał tej pieśni i widział, iż miara jest dobra. Trwał tedy kołowrót bez końca – doskonały w swej pustce, a przez to jałowy.

 

III. O Zakonie i Trzech Siostrach

I poznał Praojciec, iż nim zakwitnie życie, zakon niezłomny ustanowiony być musi. Z rdzenia własnej woli wywiódł trzy siostry – Rodzanice.

Pierwsza, Rodna, pochwyciła kądziel i poczęła skręcać zgrzebną wełnę bytu w nić istnienia.

Druga, Suja ujęła pasmo i jego długość w dłoniach swych mierzyła.

Trzecia, Dola uniosła ostrze, by przeciąć włókno w czasie, który tylko jej był wiadomym.

Tak powstał zakon, starszy od wszystkiego, co miało nadejść. Było to jarzmo, które Rod nałożył na siebie i na cały świat przyszły. I dopiero gdy zakon stężał, Rod tchnął po raz wtóry.

 

IV. O Dwóch Braciach i Wyławianiu Ziemi

Z najwyższego kręgu niebios, kędy tchnienie najgorętsze było z ognia żywego, co nie spala, lecz stwarza; rozpalił się Swaróg. I stał się Panem Jasności, Duchem Gorejącym, co rozpycha mrok i skleca rzeczom kształt.

W tymże mgnieniu, z najgłębszych den pierwotnej toni, z tego, co na samo dno uległo – z gęstego chłodu, z wilgotnej czerni i z ciężaru, który każe kropli deszczu dążyć ku dołowi – wynurzył się Weles. I stał się Panem Głębi i Duchem Skupienia, tym, który przyciąga, wiąże i skrywa w sobie tajemnice.

Gdy poczuli tętno bytu, Rodzanice już na nich czekały. Uprzędły im pierwsze nici boskie: jedną świetlistą i prostą, drugą zaś mroczną a krętą. I odtąd nawet bogowie podlegali Doli, albowiem zakon był od nich starszy.

Nad Swarogiem rozpościerała się jedynie jasność, a pod stopami – otchłań wodna. Czuł żar tworzenia, brakło mu materii, by tworzyć. Weles zaś, wynurzony z głębi, widział tylko ciemną wodę i daleki brzask w górze. Czuł w sobie mądrość otchłani, lecz nie miał gdzie zasiać swych mocy. Byli jako dwa krańce świata, rozdzieleni otchłanią, lecz nici losu już ciągnęły ich ku sobie.

I przemówił Swaróg głosem jako grzmot cichy:

– Welesie, bracie mój, w mrokach utajony. Oto nie masz ty kęsa ziemi, by stopę postawić, a ja nie mam podwalni, na której bym oparł kowadło moje.

Weles zaś, wynurzywszy lico z czarnej toni, odrzekł:

– Czego żądasz, bracie jasny? Azali niebiosa stały się dla ciebie zbyt ciasne?

I rzekł mu Swaróg:

– Zstąp w same denności, kędy woda najcięższa. Tam spoczywają ziarna piasku i muł pierworodny. Wywiedź je na jaw, a ukujemy rzecz trwałą. Lecz pamiętaj: abyś ujął ziemię z toni, wyrzec musisz słowo przymierza: „Biorę cię mocą moją i mocą Swaroga”. Albowiem tylko w jedności dzieło to poczęte być może.

 

V. O Łakomstwie i Powstaniu Lądu

Weles pomyślał jednak w sercu: „Czemuż mam się dzielić?”. I zanurzył się bez słowa w sinawe głębiny. Lecz choć płynął długo, dna nie dosięgnął, a moc jego własna pierzchła przed naporem wód. I wrócił z pustymi dłońmi.

I rzekł Swaróg cierpliwie:

– Spróbuj raz jeszcze, bracie, lecz nie zapomnij o słowach przymierza.

Weles zanurkował powtórnie, gnany gniewem. Dotarł do dna i chwycił muł, lecz gdy tylko odepchnął się od podwalni, ziemia przeciekła mu przez palce, jako woda. Po raz trzeci tedy zstąpił w otchłań i pochwyciwszy piach, wycharczał niechętnie w mrocznicy:

– Biorę cię mocą moją i mocą Swaroga.

I stało się. Piach stężał w jego garści. Lecz łakomstwo Welesa było wielkie; ukrył on drobne ziarna pod językiem, by zachować cząstkę świata dla siebie.

Gdy wrócił, Swaróg tchnął żarem na piach w jego dłoni, a Weles rzucił go na wody.

I ziemia poczęła rosnąć, rozszerzając się w równinę żyzną. Z mułu zaś wyłoniła się Mokosz, Matka Ziemia – nie jako dziecię bogów, lecz jako sama Jawia, co duszę otrzymała.

W tejże chwili ziarna w ustach Welesa także poczęły pęcznieć. Paliły go i dławiły, przeto gnał przez świat, wypluwając je w bólu. Tam, kędy padały, ciało Mokoszy prężyło się w góry, a kędy pluł i kaszlał – rodziły się moczary.

 

VI. O Gromowładnym i Drzewie Mirowładnym

Świat wszakże nie zaznał ukojenia. Niebiosy Swaroga napierały ciężarem gwiazd na Mokoszę, a Weles pragnął zgasić żar w swej toni. Świat trzeszczał w posadach. Zderzenie żaru i chłodu wykrzesało iskrę pierwotną – i tak narodził się Perun pośród huku gromów i rozdarcia niebios.

Swaróg, widząc chwiejność stworzenia, stanął na wyspie Bujanie, w sercu świata. Tam uderzył młotem w kamień Ałatyr, co był okruchem pierwotnego Jaja. Z iskry uczynił złoty żołądź i rzucił go w łono Mokoszy.

I w oka mgnieniu wyrósł dąb potężny, którego korona podparła nieboskłon Prawi, a korzenie przeniknęły mroczne jaskinie Nawii. I stało się Drzewo Mirowładne, co związało wszystkie sfery w jedność nierozerwalną.

 

VII. O Postrojeniu Człowieka

W cieniu Drzewa Mirowładnego uradzili bogowie, iżby wywieść istotę, co byłaby na ich podobieństwo postrojona. Swaróg, strudzony kowaniem świata, otarł czoło wiechciem słomy i rzucił go ku ziemi. Wiecheć ów, przepojony potem boskim, upadł tam, kędy błoto z wodami zalegało.

Weles pochwycił słomę błotem unoraną i ulepił dwie postacie, lecz trwały nieruchome i oziębłe. Ujrzał to Perun z wierzchołka dębu; zleciał jako orzeł i tchnął w ich piersi błękitny żar niebios – iskrę duszy.

I zadrżały postacie, a w oczach ich błysnęło życie. Tak oto powstali pierwsi ludzie.

Koniec
Nowa Fantastyka