- Opowiadanie: MichaelBullfinch - Zepsuty automat do kawy

Zepsuty automat do kawy

Opróżnianie szuflady z szortów. Tym razem coś zupełnie innego. Lekki eksperyment formy. Jestem bardzo ciekaw co myślicie.

Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy II, marzan

Oceny

Zepsuty automat do kawy

Publiczność czekała.

W półmroku sali pulsowały tysiące punktów światła – opaski neuronowe widzów, przypominające stado osiadłych świetlików. Nad sceną górowała czarna kopuła projektora Aura, gotowa przełożyć myśli artysty na hologramy, słowa i żywe scenerie.

Za kulisami mężczyzna trwał w bezruchu na metalowym fotelu. Technicy sprawnie przypinali do jego skroni wiązki cienkich przewodów.

– Gotowy? – szepnął jeden z nich.

Artysta wpatrywał się w mrok za kurtyną.

– Jak zawsze.

Na jego głowę opadł lekki hełm z matowego szkła. Świat na ułamek sekundy zgasł, by zaraz potem eksplodować blaskiem.

 

– ✦ –

 

Pstrokato ubrany konferansjer ukłonił się widowni, po czym z drapieżnym uśmiechem uniósł mikrofon do ust.

– Przed państwem mistrz! Król improwizacji i ostatnia gwiazda wieczoru… Wielki Improstoteles! – zaryczał do tłumu. – Zaraz wylosujemy dzisiejsze wyzwanie!

Sala eksplodowała. Tysiące gardeł skandowało pseudonim artysty, a rytmiczny okrzyk trząsł fundamentami teatru.

Konferansjer dopadł do olbrzymiej maszyny efektownym piruetem i szarpnął za mosiężną dźwignię. Mechanizm zadudnił głucho, a publiczność zamarła. Barwny jegomość przebierał nogami z niecierpliwości, udając, że sam nie może doczekać się werdyktu. Maszyna wystrzeliła drewnianą kulę wysoko w górę. Mężczyzna przechwycił ją tuż nad deskami sceny, kwitując akrobację teatralnym „uff”, które zawtórowała widownia. Rozłupał kulkę i wydobył ze środka niewielką karteczkę.

– Hasło dla mistrza to… – zaczął bębnić palcami o udo, naśladując werbel. – …„Zepsuty automat do kawy”!

Zeskoczył ze sceny w towarzystwie wiwatów.

Improstoteles zamknął oczy. Poczuł znajomą wibrację szklanego hełmu – mrowienie, które towarzyszyło mu od lat. Nie miał planu, ale to właśnie było rdzeniem improwizacji. Zaczął malować wyobraźnią, a obrazy, przesyłane z mózgu, ożywały.

 

 

– ✦ –

 

Na scenie pojawiły się hologramy dwóch mężczyzn. Publiczność zaklaskała.

Pierwszy był tyczkowaty, miał wystające obojczyki i pogniecioną koszulę z podwiniętymi rękawami. Drugi, o głowę niższy, lecz dwa razy szerszy w barkach, stał za nim w ubraniu roboczym, z rękami wbitymi w kieszenie spodni. Obok nich zmaterializował się automat do kawy. Sceneria zaczęła przypominać dworzec autobusowy.

Pierwszy wrzucił monetę i nacisnął przycisk. Automat zawarczał, podstawił kubek, a z dysz wypłynęło coś białego. Mężczyzna zerknął do środka, wykrzywiając usta.

– Majonez?

Drugi zajrzał mu przez ramię.

– Rzeczywiście, a co chciałeś?

– Z automatu do kawy?! Co mogłem chcieć?

– Widocznie uznał, że powinieneś przytyć.

Publiczność się zaśmiała. Pierwszy zamieszał w kubku z obrzydzeniem. Westchnął.

– Jutro mam odwiedzić brata.

– Super.

– W więzieniu.

– Jeszcze lepiej. Rodzinne spotkanie z ochroną.

Tłum parsknął śmiechem.

– Słyszałem, że zastrzelił kochanka żony – kontynuował barczysty.

– Tak. A dokładniej jednego z kochanków.

Drugi kiwnął głową.

– No tak, na wszystkich pewnie zabrakło mu amunicji.

Ludzie na widowni zareagowali głośnym śmiechem.

– Ile ona miała romansów?

– Według policji trzy.

– A według sąsiadów?

– Dochodzenie wciąż trwa.

Publiczność wiwatowała w najlepsze. Pierwszy wrzucił kolejną monetę. Maszyna prychnęła i napełniła nowy kubek czymś czerwonym.

– Ketchup – mruknął, patrząc do środka.

– O, rekonstrukcja zdarzenia – zauważył drugi.

Śmiech.

– To nie jest śmieszne.

– Trochę jest.

– Mój brat zabił człowieka.

– Tak.

– Z zazdrości.

– Klasyk.

– Myślał, że złapał tego jedynego. Okazało się, że to numer trzy.

– To już nie jest sypialnia, tylko przystanek przesiadkowy.

Sala wybuchła śmiechem.

– Najgorsze było później – rzucił pierwszy.

– Co?

– W areszcie dowiedział się o dwóch pozostałych.

Drugi patrzył na niego z niedowierzaniem.

– Czyli twój brat zabił faceta z zazdrości…

– Tak.

– …a potem odkrył, że ofiara była tylko numerem trzy.

– Numerem cztery, jeśli liczyć hydraulika z plotek. Ale o tym nie wie.

Publiczność ryknęła.

– Trzech policjantów musiało go trzymać, bo pomimo kajdanek rzucał się z zębami, żeby go natychmiast wypuścili – ciągnął tyczkowaty.

– To tylu, ilu zostało kochanków. Miał przynajmniej test, że z trzema naraz sobie nie poradzi.

– Zamknij się. Tu chodzi o to, że to nie był już on. Nie mój brat. Gdybyś widział jego spojrzenie… Byłem tam, wtedy widziałem go ostatni raz.

– Spojrzenie faceta, który właśnie zrozumiał, że cały czas grał w rezerwowym składzie?

Wiwaty nie milkły.

– Powinienem go odwiedzić?

– Jeśli nie pójdziesz, uzna, że nawet rodzina się odwróciła.

– A jeśli pójdę?

– To będziesz musiał sprawdzić, czy w oczach mordercy wciąż potrafisz dostrzec brata.

Widownia na moment zaniemówiła. Ludzie spoglądali po sobie, jakby szukali przeoczonego żartu. Tyczkowaty wpatrywał się w kubki z ketchupem i majonezem.

– Wiesz, co jest najgorsze?

– Że oba pasują tylko do frytek?

Publiczność odechnęła z ulgą i znowu wybuchła śmiechem.

– Nie.

– To co?

– Że on naprawdę ją kochał. Też byłem zdradzony, wiem, jak to boli.

Drugi wzruszył ramionami.

– Miłość robi z ludzi idiotów.

– Dzięki.

– Spokojnie. Nie jesteś jedyny w tej rodzinie.

Publiczność płakała ze śmiechu.

– Ale to nie zmienia faktu, że jest mordercą. Nie potrafiłbym mu spojrzeć w oczy. Jak on mógł to zrobić? Co, gdyby wiedział o reszcie kochanków wcześniej? Też by ich zabił? – Tyczkowaty nie dawał za wygraną.

– Po prostu nie lubił stać w kolejce we własnej sypialni.

Maszyna nagle stęknęła, jakby miała eksplodować. Automat podstawił kubek. Z dyszy powoli wypłynęła gęsta, różowa papka.

Pierwszy zaglądnął kolejny raz.

– Sos tysiąca wysp.

– O – ożywił się drugi. – Egzotyka.

– To nie egzotyka. Przecież wszyscy wiedzą, że to tylko ketchup zmieszany z majonezem.

Drugi wzruszył ramionami i wskazał maszynę.

– No właśnie. Masz wybór. Możesz wziąć ketchup, jeśli lubisz cukier z wodą. Możesz też wziąć majonez, jak wolisz, żeby było mdło.

– Albo?

– Albo możesz stać jak idiota i gapić się na ten różowy ściek, udając, że to coś innego niż mieszanka dwóch poprzednich. Kawy niestety dziś w ofercie chyba nie ma.

Publiczność eksplodowała oklaskami. Hologramy skłoniły się i zniknęły, jakby nigdy ich nie było.

Światła rozbłysły. Widownia wiwatowała.

– Mistrz! Genialne! – krzyknął ktoś.

– Najlepszy występ w roku!

– I to wszystko z niczego! Czyste impro!

Czyżby? – pomyślał Artysta otwierając oczy.

Kurtyna opadła.

 

– ✦ –

 

Za kulisami technicy z profesjonalnym chłodem odpięli elektrody od skroni. Szklany hełm uniósł się z sykiem, uwalniając zapach spoconej skóry.

– Fenomenalne! – wykrzyczał konferansjer, wpadając za kulisy z szerokim, scenicznym uśmiechem. – Publika oszalała! Ten żart o sypialni jako przystanku… Złoto, stary! Absolutne złoto!

Improstoteles siedział nieruchomo, ciężko oparty na metalowym fotelu. Wpatrywał się w czarne, gumowe kable na podłodze, które wiły się u jego stóp jak węże. Łzy żłobiły mokre ścieżki w policzkach, kapiąc prosto na zaciśnięte dłonie.

– Wszystko w porządku? – zapytał jeden z techników, wycierając czytniki hełmu szmatką.

Artysta nie odpowiedział. Strach paraliżował kończyny, a w ustach czuł ten cholerny sos, którego smak mózg wyprodukował zbyt realistycznie.

Ekran kontrolny obok sczytywał dane z opasek neuronowych widzów – wskaźniki satysfakcji biły rekordy.

Przez zamknięte drzwi docierał do niego rechot sali, stłumiony i odległy. Publiczność dopijała drinki, wciąż przeżywając najlepsze fragmenty jego improwizacji.

 

– ✦ –

 

Kilkanaście godzin później Improstoteles stał przed wysokim, betonowym budynkiem. Reflektory rzucały ostre światło na druty kolczaste rozcinające ciemne, poranne niebo na równe kawałki. Nad wejściem świeciła pojedyncza, żółta lampa – zupełnie jak na scenie.

Zapalił papierosa. Palce mu drżały. Strażnik, znudzony i zmarznięty, spojrzał na zegarek.

– Zamykamy za pięć minut – rzucił w przestrzeń.

Artysta patrzył na stalowe drzwi. Za nimi, w celi, siedział człowiek, który kiedyś uczył go wiązać sznurowadła i osłaniał przed starszymi chłopakami z osiedla. Ten sam, który w amoku miłości zamienionej w przekleństwo, zabił obcego faceta z zimną krwią. To już nie był po prostu brat. To był morderca.

Dym z papierosa leniwie unosił się w mroźnym powietrzu.

Nagle poczuł fantomowy ucisk szklanego hełmu na skroniach. Mózg, przyzwyczajony do przerabiania tragedii na sztukę, zaczął wariować. Na brudnym chodniku pod jego stopami wykwitła różowawa plama. Lepka, gęsta, spływała z krawężników, wypełniała pęknięcia w betonie, aż Improstoteles poczuł, że grzęźnie w niej po kolana. Automat do kawy wył, mieląc białe, czyste wspomnienia o bracie, z krwawymi obrazami z miejsca zbrodni, wypluwając papkę prosto na niego.

Zacisnął powieki, spod których wypłynęły gorące łzy.

– Wchodzi pan, czy nie? – Głos strażnika przerwał wizję. – Ostatnia szansa.

Artysta nie odpowiedział. Patrzył na klamkę, a w głowie słyszał głośny, okropny śmiech tysiąca ludzi, dla których ta historia była tylko „najlepszym występem w roku”.

Cofnął się o krok. Na scenie potrafił wymyślić każde błyskotliwe wyjście z sytuacji. Tylko tej jednej, własnej, nie umiał dokończyć.

Koniec

Komentarze

Moje uszanowanie!

 

W półmroku sali pulsowały tysiące punktów światła – opaski neuronowe widzów, przypominające stado uśpionych świetlików.

Coś mi zgrzyta (jak zwykle zresztą w otwierających zdaniach). Zrobiłbym tak;

“W półmroku sali pulsowały tysiące punktowych światełek – opaski neuronowe widzów, migoczące jak stada odpoczywających po figlach świetlików”.

Wiem, trochę grafomania. Ale cóż, świetliki nie świecą, gdy śpią, plus sam ten sen tutaj niezbyt mi pasuje. W końcu rzecz dzieje się na widowisku.

 

projektora Aura,

Bardzo nie lubię używania kursywy w tekstach. Nie wiem jak z poprawnością tego zabiegu, niech ktoś mnie douczy, ale moim zdaniem, proza to nie obraz. Twórca winien unikać graficznego wpływania na odbiór treści, również w kontekście wyróżniania pojęć/rzeczy. Pogrubienie, podkreślenie itp. to droga na skróty. 

 

Edit po przeczytaniu: słowo to nie odgrywa w tekście żadnej roli, toteż tym bardziej sugerowałbym jego odkursywowanie.

 

Tysiące gardeł skandowało pseudonim artysty, a rytmiczny okrzyk wstrząsnął fundamentami teatru.

Lekka niezgodność czasów, zmień może na “trząsł”. Rytm też wtedy jakoś lepiej. 

 

Ten sam, który w amoku miłości zamienionej w przekleństwo, zabił obcego faceta z zimną krwią.

Ten oksymoron tutaj specjalnie? W amoku z zimną krwią?

 

Co do warsztatu, to wszystko inne na moje jest w porządku. Język zgrabny, zabiegi wyważone, nic nie przynudza, nic nie odciąga. Chyba trafiłeś w złoty środek. Szort całościowo jak najbardziej udany, a forma, o której wspomniałeś na wstępie, wpada przyjemnie w tryby umysłu. Do tego wtóruje wybornie temu całemu przenikaniu się warstw, które to urzekło mnie najbardziej. Scena z keczupem na końcu genialna, niby groteska, a jednak istny retrospektywny koszmar. Z jednej strony keczupowa transcendencja dobra na pierwszy lepszy szort, z drugiej plastyczne ukazanie stanów granicznych i przytłoczenia rzeczywistością. 

 

Klikam do biblioteki, pozdrawiam serdecznie!!!

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Witaj. :)

Ze spraw technicznych mam wąpliwości oraz sugestie do fragmentów (zawsze – tylko do przemyślenia):

Nad sceną górowała czarna kopuła projektora Aura, gotowa przełożyć myśli artysty na ruch, słowa i żywe obrazy.

Za kulisami mężczyzna trwał w bezruchu na metalowym fotelu. – powtórzenie?

Mężczyzna przechwycił ją tuż nad deskami sceny, kwitując akrobację teatralnym „uff”, które podchwyciła widownia. – styl/powtórzenie?

 

Czasem konferansjer pisze to słowo małą, a czasem – wielką literą – czy to celowe?:

– Przed państwem Mistrz!

– Hasło dla mistrza to…

 

 Zaczął malować wyobraźnią, a obrazy (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) przesyłane z mózgu, ożywały.

– Wiesz (przecinek?) co jest najgorsze?

Też byłem zdradzony, wiem (i tu?) jak to boli.

Co (i tu?) gdyby wiedział o reszcie kochanków wcześniej?

Improstoteles siedział nieruchomo, ciężko oparty o metalowe oparcie fotela. – czy tu celowo taki zabieg stylistyczny?

Przez zamknięte drzwi, wciąż docierał do niego rechot sali, stłumiony i odległy. Publiczność dopijała drinki, wciąż przeżywając najlepsze fragmenty jego improwizacji. – powtórzenie?; zbędny pierwszy przecinek?

– Wchodzi pan (przecinek?) czy nie?

 

Mocny, gorzki, bardzo „ciężki” w swej wymowie szort. Dotyka bolesnych kwestii, a jednocześnie pokazuje zetknięcie „pustego chichotu” z prawdziwą, ludzką tragedią. Tak to niestety jest, że gawiedź najlepiej bawi się, gdy jej opowiedzieć o autentycznych nieszczęściach. Mało kto zapłacze, czy choćby pomyśli, większość po prostu chce ubawu.

Z drugiej strony – zabawianie innych to zawód wielu ludzi i często uważa się ich za prawdziwych artystów, bo wszak niełatwo przecież rozśmieszyć do łez. Śmiech to zdrowie, ludzie lubią bawić się kosztem innych, lecz zdarzają się i takie przypadki, kiedy śmieszy ich własne zachowanie, przywary, „wpadki”, dziwaczne decyzje, wady…

Bohaterowi mózg mimowolnie przywołuje na myśl ciągle to, co boli najbardziej. Nawet podczas pracy. Jak to często powtarzam, podając za przykład najrozmaitsze tragedie, najgorszym uczuciem jest według mnie bezsilność/bezradność. Bohater tej opowieści nie może odwrócić czasu, sprawić, aby brat znowu wstawiał się za nim, aby byli razem, jak dawniej… To bardzo ciężkie. :((

I, co też mi się nasuwa po lekturze Twojego tekstu, mimo że mowa o morderstwie, czytelnik podświadomie współczuje uwięzionemu.

 

Mam nadzieję, że nikogo teraz nie urażę, przepraszam z góry, jeśli tak się stanie, ale nasuwa mi się tu przykład z moich odległych czasów studenckich, kiedy to na początku lat 90-tych zszokowani dowiedzieliśmy się o śmierci znanego artysty, Andrzeja Zauchy. Pamiętam, że media rozpisywały się szeroko o tej tragedii. Podano wtedy, że nawet rodzice zamordowanej kobiety wybaczyli swemu zięciowi, który przecież zabił im córkę i jej kochanka (wspomnianego piosenkarza) – zrobił to bowiem z bezgranicznej miłości do żony, nie potrafiąc zrozumieć zdrady…

 

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Hej Bartkowski.robercie,

Wiem, trochę grafomania. Ale cóż, świetliki nie świecą, gdy śpią, plus sam ten sen tutaj niezbyt mi pasuje. W końcu rzecz dzieje się na widowisku.

Hmm. Twoja podpowiedź mi też zgrzyta niestety, ale możesz mieć rację, że z moją też coś nie gra. Pomyślę nad tym jeszcze.

Bardzo nie lubię używania kursywy w tekstach. Nie wiem jak z poprawnością tego zabiegu, niech ktoś mnie douczy, ale moim zdaniem, proza to nie obraz. Twórca winien unikać graficznego wpływania na odbiór treści, również w kontekście wyróżniania pojęć/rzeczy. Pogrubienie, podkreślenie itp. to droga na skróty. 

Edit po przeczytaniu: słowo to nie odgrywa w tekście żadnej roli, toteż tym bardziej sugerowałbym jego odkursywowanie.

To słowo jest podkreślone, ponieważ to neologizm nazewniczy. Kursywa pełni tu rolę taką, że ja to słowo wymyśliłem w tym kontekście – na potrzeby nazwania projektora. W takim momencie dobrze jest to zaznaczyć, najczęściej robi się to kursywą. 

Lekka niezgodność czasów, zmień może na “trząsł”. Rytm też wtedy jakoś lepiej. 

Może nie tyle niezgodność czasów, co rzeczywiście nielogiczne. Poprawię!

Ten oksymoron tutaj specjalnie? W amoku z zimną krwią?

Tak.

Co do warsztatu, to wszystko inne na moje jest w porządku. Język zgrabny, zabiegi wyważone, nic nie przynudza, nic nie odciąga. Chyba trafiłeś w złoty środek.

Bardzo miło mi to słyszeć! Dzięki.

Szort całościowo jak najbardziej udany, a forma, o której wspomniałeś na wstępie, wpada przyjemnie w tryby umysłu. Do tego wtóruje wybornie temu całemu przenikaniu się warstw, które to urzekło mnie najbardziej.

To mnie cieszy najbardziej!

Scena z keczupem na końcu genialna, niby groteska, a jednak istny retrospektywny koszmar. Z jednej strony keczupowa transcendencja dobra na pierwszy lepszy szort, z drugiej plastyczne ukazanie stanów granicznych i przytłoczenia rzeczywistością. 

Tak, to była chyba najważniejsza scena, cieszę się, że do Ciebie trafiła jak i całe opowiadanie!

Bardzo dziękuję za obszerną opinię i klika!

Pozdrawiam!

 

Dzień dobry bruce!

Ale mi się tym razem błędów namnożyło. A ile poprawiłem, bo pisałem to już dawno temu… Masakra.

Do poprawek się nawet nie odnoszę, po prostu zaraz je wprowadzę, bo z wszystkimi się zgadzam. Niestety powtórzenia nie były celowe :<

Mocny, gorzki, bardzo „ciężki” w swej wymowie szort. Dotyka bolesnych kwestii, a jednocześnie pokazuje zetknięcie „pustego chichotu” z prawdziwą, ludzką tragedią. Tak to niestety jest, że gawiedź najlepiej bawi się, gdy jej opowiedzieć o autentycznych nieszczęściach. Mało kto zapłacze, czy choćby pomyśli, większość po prostu chce ubawu.

Dokładnie tak.

Z drugiej strony – zabawianie innych to zawód wielu ludzi i często uważa się ich za prawdziwych artystów, bo wszak niełatwo przecież rozśmieszyć do łez. Śmiech to zdrowie, ludzie lubią bawić się kosztem innych, lecz zdarzają się i takie przypadki, kiedy śmieszy ich własne zachowanie, przywary, „wpadki”, dziwaczne decyzje, wady…

To też prawda. Dlatego chciałem w tym szorcie chociaż odrobinę rozbawić czytelnika, który zanim się połapie, że coś tu nie gra, sam złapie się na tym, że zaśmiał się z cudzego nieszczęścia – co miało wzmocnić finał.

Bohaterowi mózg mimowolnie przywołuje na myśl ciągle to, co boli najbardziej. Nawet podczas pracy. Jak to często powtarzam, podając za przykład najrozmaitsze tragedie, najgorszym uczuciem jest według mnie bezsilność/bezradność. Bohater tej opowieści nie może odwrócić czasu, sprawić, aby brat znowu wstawiał się za nim, aby byli razem, jak dawniej… To bardzo ciężkie. :((

Tak, niestety czasem nie wystarczy “nie martw się, będzie dobrze”. Są takie problemy, które nosimy w głowie cały czas, nawet w pracy, czy w najmilszych dla nas chwilach.

I, co też mi się nasuwa po lekturze Twojego tekstu, mimo że mowa o morderstwie, czytelnik podświadomie współczuje uwięzionemu.

Tak, może to kwestia rodzaju zbrodni. Ale też specjalnie taką wybrałem (chociaż w sumie wybrało za mnie życie, zaraz do tego przejdę). Szybciej szkoda nam kogoś, jeśli miał jakiś “powód” do dokonania zbrodni. Ale jednocześnie jest to zabójstwo, więc rozterki bohatera powinny być zrozumiałe. Nie wyobrażam sobie mieć takiego problemu.

Mam nadzieję, że nikogo teraz nie urażę, przepraszam z góry, jeśli tak się stanie, ale nasuwa mi się tu przykład z moich odległych czasów studenckich, kiedy to na początku lat 90-tych zszokowani dowiedzieliśmy się o śmierci znanego artysty, Andrzeja Zauchy. Pamiętam, że media rozpisywały się szeroko o tej tragedii. Podano wtedy, że nawet rodzice zamordowanej kobiety wybaczyli swemu zięciowi, który przecież zabił im córkę i jej kochanka (wspomnianego piosenkarza) – zrobił to bowiem z bezgranicznej miłości do żony, nie potrafiąc zrozumieć zdrady…

Ciekawe. Tu już chyba mocno zależy od podejścia konkretnego człowieka i jego skłonności do wybaczania. Powód, smutek i miłość to jedno, ale odebrać komuś życie to druga sprawa. 

Szort został napisany na bazie moich wspomnień z gimnazjum, kiedy to jedna z nauczycielek naprawdę miała taki problem. Tak bardzo ją to bolało, tak bardzo nie mogła sobie z tym poradzić, że jak zrobiliśmy jej jakiś żart, usiadła w fotelu, patrzyła się na nas chwilę i nagle zaczęła spokojnie mówić. Że czy my naprawdę myślimy, że robimy jej na złość, że to robi na niej wrażenie? Że jak tak bardzo chcemy to ona powie nam z czym musi się mierzyć. I opowiedziała dokładnie taki problem, jaki możemy przeczytać w moim szorcie. Nie wiedziała czy odwiedzić brata w więzieniu, bo z jednej strony to jej brat, pamiętała go jako bardzo dobrego człowieka, ale z drugiej zrobił coś strasznego z czym nie mogła sobie poradzić. Cała klasa zamilkła, a kilka łez, które poleciało jej wtedy z oczu i ten ból jaki musiała czuć, że zdecydowała się powiedzieć to klasie… To zostało mi w pamięci przez te piętnaście lat, zdarza mi się pomyśleć o tym. Do tego stopnia, że aż napisałem tego szorta.

Dzięki za obszerny komentarz bruce, trafne spostrzeżenia i klika!

Pozdrawiam!

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Witam!

 

Szumne rozpoczęcie, którego nie kupiłem, a to ze względu na sformułowanie, że jest to ostatnia gwiazda wieczoru. Ta jedna kwestia dialogowa zrujnowała całą logikę. Skoro są na specjalnej sali projekcyjnej, a bohater jest ostatnim występującym artystą, to znaczy, że ktoś przed nim również przedstawiał projekcje. Oklaski w momencie, kiedy tylko “wyczarował” dwóch mężczyzn i automat nie zabrzmiały w tym kontekście wiarygodnie – czyżby poprzednicy byli tak nieudolni, albo technologia słabo zaawansowana? W takim razie po co ludzie chodzili na seanse? Druga wersja: siedzą na specjalnej sali do projekcji, ale tylko bohater potrafi obsługiwać Aurę, a wcześniejsi to “zabawiacze” przed głównym występem. Jakoś nie spina mi się to ekonomicznie ze względu na koszty utrzymania sprzętu, i czy pięć minut skeczu jest atrakcją? :/

Ech, gdybym mógł wyrzucić to zdanie z głowy, wszystko układa się w ładną całość. Ale skoro zostało wypowiedziane, nie dam rady…

Z drobiazgów, bohater wpatruje się w mrok za kurtyną – jak mam to rozumieć?

 

Po tym początku, na którym się wyłożyłem, dalej było za to dobrze i to nawet bardzo dobrze. Uwielbiam dialogi, w którym coś wybrzmiewa między wierszami. Tutaj był nawracający “zgrzyt”, coraz głośniejszy, czytelny dla nas, nieczytelny dla gawiedzi, która przyszła się bawić. Kontrast całkiem przyzwoitego komizmu sformułowań i ukrytego dramatu artysty jest świetny. Od pierwszych kwestii spodziewam się dramatycznego zakończenia, a kolejne skecze krążą wokół tematu, nawracają, jakby bohater rozdrapywał ranę.

 

Koniec był zgodny z oczekiwaniami, bez nagłego zwrotu i zakręcania myśli czytelnika w supełek (ale mam przeczucie, że Autor i takie rzeczy potrafi zrobić i mam nadzieję, że kiedyś zrobi laugh). Po prostu zgrabnie domykał historię.

Hej marzanie!

Oklaski w momencie, kiedy tylko “wyczarował” dwóch mężczyzn i automat nie zabrzmiały w tym kontekście wiarygodnie – czyżby poprzednicy byli tak nieudolni, albo technologia słabo zaawansowana? W takim razie po co ludzie chodzili na seanse? Druga wersja: siedzą na specjalnej sali do projekcji, ale tylko bohater potrafi obsługiwać Aurę, a wcześniejsi to “zabawiacze” przed głównym występem. Jakoś nie spina mi się to ekonomicznie ze względu na koszty utrzymania sprzętu, i czy pięć minut skeczu jest atrakcją? :/

Jest jeszcze trzecia opcja. Przed nim występowali inni, ale Improstoteles jest wielką gwiazdą, wisienką na torcie. To właśnie dlatego były oklaski od początku, zanim zdążył nawet zacząć scenkę. Wszyscy czekali szczególnie na niego. Spodziewam się, że dobrze się bawili na poprzednich komikach, ale co idol – to idol. I taką wizję miałem w głowie. Przydomek nie wziął się znikąd haha!

Po tym początku, na którym się wyłożyłem, dalej było za to dobrze i to nawet bardzo dobrze. Uwielbiam dialogi, w którym coś wybrzmiewa między wierszami. Tutaj był nawracający “zgrzyt”, coraz głośniejszy, czytelny dla nas, nieczytelny dla gawiedzi, która przyszła się bawić. Kontrast całkiem przyzwoitego komizmu sformułowań i ukrytego dramatu artysty jest świetny. Od pierwszych kwestii spodziewam się dramatycznego zakończenia, a kolejne skecze krążą wokół tematu, nawracają, jakby bohater rozdrapywał ranę.

Bardzo mi miło, dziękuję. Cieszę się, że w tej części założenia wypadły tak jak zamierzałem!

Koniec był zgodny z oczekiwaniami, bez nagłego zwrotu i zakręcania myśli czytelnika w supełek (ale mam przeczucie, że Autor i takie rzeczy potrafi zrobić i mam nadzieję, że kiedyś zrobi laugh). Po prostu zgrabnie domykał historię.

Wydaje mi się, że ta historia musiała się tak skończyć, żeby wybrzmieć. Ale postaram się jeszcze kiedyś zaskoczyć jakimś porządnym twistem!

 

Dzięki za obszerny komentarz!

Pozdrawiam!

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Cześć,

 

ale masz tempo. Ostatnio pisałeś w przedmowie, że w końcu Ci się udało zamknąć w szorcie, a tu już kolejny. Zazdro, bo ja swoją szufladę opróżniłam przed tygodniem (no, nie licząc 30-kilku tekstów w różnym stadium ukończenia) i teraz reszta będzie się rodzić w bólach ^^

 

Językowo/warsztatowo jest to dobry tekst, jak to u Ciebie bywa. Czyta się płynnie, nic nie zgrzytało. Fabuła ogólnie też ok, ale z nią mam już większy problem, bo przedstawiasz bohatera jako największą gwiazdę wieczoru i spodziewałam się czegoś “wow”. I publiczność niby szaleje, ale nie do końca czuję dlaczego.

 

Jeśli jest tam zaawansowana technologia “gotowa przełożyć myśli artysty na hologramy, słowa i żywe scenerie” to czy zepsuty automat z kawą jest aż tak spektakularny, by wywołać takie reakcje? Tym bardziej, że ma to być Arystoteles improwizacji, a serwuje widowni statyczną scenkę okraszoną kilkoma dowcipami. Te nie do końca mi siadły, ale nie zaznaczałeś tagu humor, więc on raczej nie miał wybrzmiewać. Przyjmuję przy tym, że to może na tyle zblazowane społeczeństwo, że bawi żart rodem z polskich kabaretów.

 

Ogólnie doceniam próbę eksperymentowania z formą i wyjścia poza swoją strefę komfortu (o ile można to tak określić, ale z tych opowiadań, które czytałam, masz dość jasno nakreślone swoje preferencje), bo to zawsze rozwijające. 

Cześć!

Wstęp i rozwinięcie bardzo mi się podobały! Żarty odebrałem bardziej jako gorzki komentarz do tego, z czego się śmieją ludzie, niż coś, co ma jakoś bardzo rozbawić czytelnika. Zwiększająca napięcie zapowiedź finału i finał, który nie do końca mi siadł. Myślę, że efekt końcówki zepsuł ten wątek sosu, który brzmi mało poważnie jak na przeżycia bohatera. Ostatnie dwa zdania też są bardzo deklaratywne.

Całościowo bardzo ciekawe i oryginalne :)

Pozdrawiam!

Hej OldGuard,

ale masz tempo. Ostatnio pisałeś w przedmowie, że w końcu Ci się udało zamknąć w szorcie, a tu już kolejny. Zazdro, bo ja swoją szufladę opróżniłam przed tygodniem (no, nie licząc 30-kilku tekstów w różnym stadium ukończenia) i teraz reszta będzie się rodzić w bólach ^^

Tak, ale to też nie tak do końca. Odkopuję stare teksty do których mam sentyment. Ale spokojnie, nie planuję nic wrzucać w najbliższym czasie, dość męczenia Was w poczekalni haha. Zaraz wyniki konkursu, kończę też redakcję na Fantastyczne Pióra i wypadałoby nadrobić dyżur i coś poczytać, a nie tylko wrzucać.

Językowo/warsztatowo jest to dobry tekst, jak to u Ciebie bywa. Czyta się płynnie, nic nie zgrzytało.

Bardzo się cieszę.

Fabuła ogólnie też ok, ale z nią mam już większy problem, bo przedstawiasz bohatera jako największą gwiazdę wieczoru i spodziewałam się czegoś “wow”. I publiczność niby szaleje, ale nie do końca czuję dlaczego.

(…)

Jeśli jest tam zaawansowana technologia “gotowa przełożyć myśli artysty na hologramy, słowa i żywe scenerie” to czy zepsuty automat z kawą jest aż tak spektakularny, by wywołać takie reakcje? Tym bardziej, że ma to być Arystoteles improwizacji, a serwuje widowni statyczną scenkę okraszoną kilkoma dowcipami. Te nie do końca mi siadły, ale nie zaznaczałeś tagu humor, więc on raczej nie miał wybrzmiewać.

Nie chcę nikogo obrazić, ale mi impro raczej kojarzy się z czymś nie do końca zabawnym, bardziej troszkę żałosnym. Ale są ludzie, którzy to uwielbiają i super. Nie mogłem tu zrobić stand-upu (pewnie nawet gdybym chciał to bym nie potrafił), bo to tym bardziej nie byłoby naturalne. Żarty miały być czerstwe, ale wystarczające, żeby rozśmieszyć zblazowaną publikę, jak sama to pięknie nazwałaś. Wiadomo, że chodziło mi bardziej na tym co między wierszami, starałem się jak mogłem, żeby żarty jakieś były, ale też dość hmm… improwizowane. 

Odnośnie efektu wow – projektor działa tak jak piszesz. Artyści co chwilę się zmieniają, tworzą nowe scenki, nowe scenerie. To jest efekt wow, bez zmiany dekoracji mogą tworzyć ciągle zmieniające się miejsca akcji (jak nasz bohater wybrał dworzec autobusowy i jednak musiał go sobie wyobrazić) i improwizowane sytuacje. Więc progres bardziej należy porównywać do impro, niż prawdziwego aktorstwa, czy stand-upu, trochę inna dziedzina – ktoś powie sztuki, drugi żenady. 

Całkowicie rozumiem o co Ci chodzi, ale też nie sama dosłowność scenki była tu najważniejsza – miała być wystarczająca, żeby publika się zaśmiała, bo żeby wiwatowali wystarczył pseudonim idola. 

Przyjmuję przy tym, że to może na tyle zblazowane społeczeństwo, że bawi żart rodem z polskich kabaretów.

Otóż to. Każdego bawi co innego. Ja nienawidzę kabaretów, ale inni uwielbiają – i to jest świetne. Nie każdego śmieszy czarny humor, czy seksualny itd. Ale tutaj mamy impro, myślę, że wyrozumiałość do aktorów impro jest o wiele większa niż do innej grupy komików, czy aktorów.

Ogólnie doceniam próbę eksperymentowania z formą i wyjścia poza swoją strefę komfortu (o ile można to tak określić, ale z tych opowiadań, które czytałam, masz dość jasno nakreślone swoje preferencje), bo to zawsze rozwijające. 

Dzięki, tak – to zdecydowanie wyjście poza swoją strefę komfortu, bardzo się cieszę, że doceniasz!

 

Pozdrawiam, dziękuję za obszerny komentarz, mam nadzieję, że chociaż trochę się dobrze bawiłaś!

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej khomaniac,

Wstęp i rozwinięcie bardzo mi się podobały! Żarty odebrałem bardziej jako gorzki komentarz do tego, z czego się śmieją ludzie, niż coś, co ma jakoś bardzo rozbawić czytelnika.

Dzięki wielkie! Słusznie odebrałeś żarty. Ludzie często się śmieją, ale nie wiedzą z czego.

Zwiększająca napięcie zapowiedź finału i finał, który nie do końca mi siadł. Myślę, że efekt końcówki zepsuł ten wątek sosu, który brzmi mało poważnie jak na przeżycia bohatera. Ostatnie dwa zdania też są bardzo deklaratywne.

Rozumiem. Sos jednak był pewnego rodzaju symbolem, przenośnią. Ta scenka go bardzo bolała, to zostało mu w glowie i naturalnie powracało. Ale rozumiem opinię!

Dzięki wielkie, pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Cześć,

 

zazdroszczę umiejętności tworzenia zabawnych i jednocześnie gorzkich ze względu na kontekst, skeczy. laugh

 

Podoba mi się strzelanka dialogowa. Choć w pewnym momencie zacząłem się gubić, która z postaci wypowiada którą kwestię, ale skonstatowałem że niewiedza nie jest przeszkadza w odbiorze sensu sytuacji/gagu.

 

Fabularnie nie pasował mi temperament brata, do wersji z zimną krwią, za którą trafia się do więzienia. W odbiorze lektury to furiat, który zabił w afekcie, ale może ta furia to tylko kreacja Improstotelesa na potrzeby gawiedzi. Jeżeli tak, to fajnie żeby to wybrzmiało, np. w scenie przed więzieniem.

 

 

Dwa spostrzeżenia:

Reflektory rzucały ostre światło na druty kolczaste, których cienie rozcinały ciemne, poranne niebo na równe kawałki.

Cienie byłoby widać bardziej na ziemii, lub na murze. Chyba, że była mgła. Może np.:

Reflektory rzucały ostre światło na druty kolczaste rozcinające ciemne, poranne niebo na równe kawałki.

 

 

Z poniższego, świetnego fragmentu, może usunąć kawanaławiczne wyjaśnienia, które czytelnik może (z satysfakcją) dopowiedzieć sobie z kolejnych słów:

Nagle poczuł fantomowy ucisk szklanego hełmu na skroniach. Mózg, przyzwyczajony do przerabiania tragedii na sztukę, zaczął wariować. Na brudnym chodniku pod jego stopami wykwitła różowawa plama. Sos tysiąca wysp. Lepki, gęsty, spływał z krawężników, wypełniał pęknięcia w betonie, aż Improstoteles poczuł, że grzęźnie w nim po kolana. Automat do kawy wył, mieląc białe, czyste wspomnienia o bracie, z krwawymi, ketchupowymi obrazami z miejsca zbrodni, wypluwając papkę prosto na niego.


Bardzo wizualny szort. Dobrze się go czyta, wciąga i daje do myślenia. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Michaelu,

Wydaje mi się, że gdyby lepiej osadzić początek w realiach społecznych, to dobrze wybrzmiałaby myśl, którą poczułem wyraźnie dopiero wpisie OldGuard; ci ludzie przyszli specjalnie, żeby się pośmiać, ponieważ być może nie mają już do tego okazji. Może to jakiś oczyszczający rytuał, więc dowcipy mogą być czerstwe, równie dobrze mógłby wyznaczać je śmiech puszczany z taśmy. Widzowie śmieją się z czegokolwiek, bo specjalnie tam przyszli i zapłacili, więc trzeba się bawić.

Gdyby na przykład na początku pojawiła się wzmianka, że dzieje się to w pewnym dużym kraju, nazwijmy go nawet mocarstwem, za czwartej kadencji pewnego prezydenta… to przełknąłbym początek całkiem gładko :)

 

(no, nie licząc 30-kilku tekstów w różnym stadium ukończenia)

OldGuard, przerażasz mnie laugh

Ja krótko. Tylko na temat wstępu.

Opróżnianie szuflady z szortów.

Po co to piszesz? Wiosenne porządki?

Dla usprawiedliwienia? Że co? Warsztatu? Tematu? Nie ma potrzeby. Zgrabnie wyszło, a bruce fajnie ujęła wszystkie aspekty, przychodzące na myśl, więc nie będę się rozpisywał.

Hej Berig,

zazdroszczę umiejętności tworzenia zabawnych i jednocześnie gorzkich ze względu na kontekst, skeczy. laugh

Podoba mi się strzelanka dialogowa. Choć w pewnym momencie zacząłem się gubić, która z postaci wypowiada którą kwestię, ale skonstatowałem że niewiedza nie jest niezbedna w odbiorze sensu sytuacji/gagu.

Dziękuję bardzo za miłe słowa!

Fabularnie nie pasował mi temperament brata, do wersji z zimną krwią, za którą trafia się do więzienia. W odbiorze lektury to furiat, który zabił w afekcie, ale może ta furia to tylko kreacja Improstotelesa na potrzeby gawiedzi. Jeżeli tak, to fajnie żeby to wybrzmiało, np. w scenie przed więzieniem.

Główny bohater sam nie wiedział co ma o nim sądzić i jaki teraz jest. Nie mógł uwierzyć, że brat czegos takiego się dopuścił i nie odwiedził go w więzieniu tylko w areszcie. Dlatego wszystko co mówił o obecnej sytuacji to domysły spowodowane rozterką, czy odwiedzić go czy nie.

Cienie byłoby widać bardziej na ziemii, lub na murze. Chyba, że była mgła. Może np.:

Fakt, poprawiam!

Z poniższego, świetnego fragmentu, może usunąć kawanaławiczne wyjaśnienia, które czytelnik może (z satysfakcją) dopowiedzieć sobie z kolejnych słów:

Nie jest to zły pomysł, zaraz pomyślę nad tym.

Bardzo wizualny szort. Dobrze się go czyta, wciąga i daje do myślenia. 

Dzięki wielkie!

 

marzanie,

Gdyby na przykład na początku pojawiła się wzmianka, że dzieje się to w pewnym dużym kraju, nazwijmy go nawet mocarstwem, za czwartej kadencji pewnego prezydenta… to przełknąłbym początek całkiem gładko :)

Jest to jakiś pomysł, rozumiem o co Ci chodzi. Natomiast ja dalej nie jestem przekonany, czy trzeba aż tak dogłębnie tłumaczyć to w szorcie, gdzie w sumie nie jest to ważne. Ludzie wiwatują, bo w końcu moga zobaczyć na żywo swojego idola, tak jest zawsze i wszędzie. Nie widze potrzeby dopisywania do tego ideologii. Był ostatni, bo był najbardziej znany. Ludzie nie mogli się doczekać, więc wiwatowali, cieszyli się i śmiali. Po poprzednich występach byli pewnie już rozgrzani, więc śmieszyło ich już nawet “dzień dobry”. Byłem raz na stand-upie, nie jest to jakiś mój klimat, sam dziwiłem się, że ludzie już prawie skakali po krzesłach, bo facet zapowiedział gwiazdę wieczoru. Ale sam po sobie zauważyłem, że po czasie śmiania się, nawet kiepskie żarty wywoływały uśmiech, bo już jesteś w amoku zabawy.

 

Hej AP,

Po co to piszesz? Wiosenne porządki?

Dla usprawiedliwienia? Że co? Warsztatu? Tematu? Nie ma potrzeby.

Hmm. Nie wiedziałem, że tak to będzie odebrane. To nie miały być tłumaczenia czegokolwiek. Po prostu fakt, że odkopałem szorta, poprawiłem i chętnie się nim dzielę. Nie proszę o żadną taryfę ulgową, nie taki był mój zamiar.

Zgrabnie wyszło, a bruce fajnie ujęła wszystkie aspekty, przychodzące na myśl, więc nie będę się rozpisywał.

Miło mi, dziękuję!

 

Pozdrawiam wszystkich!

 

You cannot petition the Lord with prayer!

To słowo jest podkreślone, ponieważ to neologizm nazewniczy. Kursywa pełni tu rolę taką, że ja to słowo wymyśliłem w tym kontekście – na potrzeby nazwania projektora. W takim momencie dobrze jest to zaznaczyć, najczęściej robi się to kursywą. 

Hm, dalej nie czuje się przekonany. Ale cóż, twój tekst, twoje zasady. 

 

Ten oksymoron tutaj specjalnie? W amoku z zimną krwią?

Tak.

No cóż, w takim razie sugeruje nam to jakiś konflikt interpretacyjno-moralny w głowie bohatera, który od razu zostaje ucięty stwierdzeniem, że brat to nie brat, a morderca. Jaki jest właściwie stosunek artysty do brata siedzącego w kiciu? Bo w sumie, nie zostało nam to jednoznacznie przedstawione. Są poszlaki, ale poszlaki te sobie przeczą. A może tak jest lepiej? Sam nie wiem.

 

Bardzo dziękuję za obszerną opinię i klika!

Pozdrawiam!

Nie ma za co, czytanie było przyjemnością. Również pozdrawiam!!!

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

marzan

 

Wydaje mi się, że gdyby lepiej osadzić początek w realiach społecznych, to dobrze wybrzmiałaby myśl, którą poczułem wyraźnie dopiero wpisie OldGuard; ci ludzie przyszli specjalnie, żeby się pośmiać, ponieważ być może nie mają już do tego okazji. Może to jakiś oczyszczający rytuał, więc dowcipy mogą być czerstwe, równie dobrze mógłby wyznaczać je śmiech puszczany z taśmy. Widzowie śmieją się z czegokolwiek, bo specjalnie tam przyszli i zapłacili, więc trzeba się bawić.

Ciekawe ruminacje, zapewne również poprawne, jednak nie do końca się z Tobą zgodzę. Opowiadanie nie jest o widowni, a stricte o artyście. Dodatkowe wątki, zwłaszcza te wznioślejsze, zabagniłyby, rozmydliły wydźwięk. Sprawa ze śmiechem, jako rytuale, jest prawdziwa, mnóstwo ludzi daje upust beznadziei w ten właśnie sposób. Często przybiera to właśnie formę masowej śmiechawy, a jeszcze częściej sam obiekt tego poruszenia jest zwyczajnie denny i bezpłciowy. Zjawisko to jednak jest tak powszechne, że pisanie o nim w tle tego szorta, mijałoby się z celem. Propozycji osadzenia tego wszystkiego jeszcze w jakichś tam konkretnych realiach politycznych, nawet nie skomentuję. 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Zgrabnie wyszło, a bruce fajnie ujęła wszystkie aspekty, przychodzące na myśl, więc nie będę się rozpisywał.

Miło mi, dziękuję!

I mnie miło, dziękuję, Michaelu; dziękuję, APheart

 

Michaelu, historia o nauczycielce – wstrząsająca. To musi być ciężka sprawa, mieć kogoś bliskiego w więzieniu. crying

 

Pozdrawiam Was. heart

Pecunia non olet

Robercie,

No cóż, w takim razie sugeruje nam to jakiś konflikt interpretacyjno-moralny w głowie bohatera, który od razu zostaje ucięty stwierdzeniem, że brat to nie brat, a morderca. Jaki jest właściwie stosunek artysty do brata siedzącego w kiciu? Bo w sumie, nie zostało nam to jednoznacznie przedstawione. Są poszlaki, ale poszlaki te sobie przeczą. A może tak jest lepiej? Sam nie wiem.

To jest sedno problemu. Nasz bohater bije się z myślami co o tym sądzić. Boi się odwiedzić brata, bo nie może zrozumieć dlaczego to zrobił, boi się jego czynu i tego kim teraz jest. A z drugiej strony to jego brat. Nazywa go mordercą, bo brat nim jest, zastrzelił innego mężczyznę z zimną krwią. To fakt, którego nasz bohater nie może zrozumieć. 

Ciekawe ruminacje, zapewne również poprawne, jednak nie do końca się z Tobą zgodzę. Opowiadanie nie jest o widowni, a stricte o artyście. Dodatkowe wątki, zwłaszcza te wznioślejsze, zabagniłyby, rozmydliły wydźwięk. Sprawa ze śmiechem, jako rytuale, jest prawdziwa, mnóstwo ludzi daje upust beznadziei w ten właśnie sposób. Często przybiera to właśnie formę masowej śmiechawy, a jeszcze częściej sam obiekt tego poruszenia jest zwyczajnie denny i bezpłciowy. Zjawisko to jednak jest tak powszechne, że pisanie o nim w tle tego szorta, mijałoby się z celem.

No ja to widzę podobnie.

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Michaelu, historia o nauczycielce – wstrząsająca. To musi być ciężka sprawa, mieć kogoś bliskiego w więzieniu. crying

Sam na szczęście nie mam takich przypadków wśród bliskich osób, ale tak – to musi być straszne.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka