Opowiadanie inspirowane obrazem pani Anny Słoncz „Odcień snu”.
Opowiadanie inspirowane obrazem pani Anny Słoncz „Odcień snu”.
Słońce nad Ristirią, urokliwą wioską, uśmiechało się do jej obydwu mieszkańców uśmiechem serdecznym oraz szczerym. Wisiało tuż pod kryształowym sklepieniem już od czterech godzin, toteż pora na śniadanie dawno przeminęła.
Pomimo tego Najwyższy Tereon, Libos Waol, wciąż siedział na ganku swojej chatki z pustym brzuchem. Obok niego stał niewielki, okrągły stolik z dwoma pustymi talerzami oraz zestawem sztućców. Spoglądał co chwilę na puste krzesło po drugiej stronie stolika i tylko irytował się jeszcze bardziej. Pomimo całkowitej mocy sprawczej, by zrobić coś z faktem swojego pustego brzucha, zdecydował się na nie nie reagować. To nie była jego kolej.
W końcu, po kolejnym kwadransie oczekiwań, na drodze idącej przez środek pobliskiego wzgórza zobaczył postać, która w ręku trzymała koszyk.
Libos powinien ucieszyć się na widok swojego kompana, Paramisa, lecz jego zgorzknienie było zbyt głębokie. Odwrócił jedynie wzrok i czekał na to, jaką tym razem wymówkę jego kompan wymyśli na swoje spóźnienie.
Słońce śledziło Paramisa swoimi ognistymi oczami, gdy ten podszedł pod chatę Libosa. Ten jednak, zanim przybysz zdążył postawić swoją stopę na drewnianych stopniach, powiedział twardo:
– Ani mi się waż.
Paramis spojrzał na niego, samemu nie będąc w dobrym nastroju. Miał na sobie zieloną, luźną koszulę oraz luźne, czarne spodnie które trzymał na szelkach. Był wysoki, ale bardzo chudy. Jego czarne włosy rozrastały się na wszystkie strony, tworząc na głowie istny kłębek chaosu. Do zaniedbanego wrażenia jego twarzy dodawał również cienki i ledwie widoczny wąs:
– Nie rób scen, proszę cię – powiedział zrezygnowany, spoglądając na Libosa. Ten z kolei był niższy i trochę szerszy w barkach od swojego kompana. Jego włosy były siwe i dosyć długie, spięte w kucyk. Ubrany był podobnie do Paramisa, z tym, że jego koszula była żółta. Libos mierzył wzrokiem spóźnialskiego przez chwilę, zanim powiedział:
– Minęła godzina, Paramis, od godziny na Ciebie tutaj czekam.
– Wydarzyło się coś, o czym nie chcę mówić, dlatego się spóźniłem. Jeżeli byłeś na mnie taki zły to mogłeś to wyrazić słońcem – odpowiedział wyższy mężczyzna, wchodząc na stopnie.
– Nie mam zamiaru edukować cię na temat tego, czy spóźnianie się jest dobre czy nie zmieniając minę słońca. Wiesz doskonale, jak bardzo to jest trudne – powiedział, przekręcając swoje krzesło, by usiąść do stołu, po czym dodał – Poza tym, czy to „coś” co się wydarzyło jest czymś o czym powinienem wiedzieć?
Paramis rozpoczął wykładać rzeczy z koszyka na stół. Chleb, ser, słoik dżemu, fasola strączkowa, wędlina. Pozwolił, by pytanie Libosa zawisło w powietrzu, zanim odpowiedział:
– Miałeś nie używać mojego imienia w rozmowach. To tworzy dystans i nie sprzyja \komunikatywności, Libosie – rzekł, siadając na krześle naprzeciwko drugiego mężczyzny i kładąc koszyk na ziemi: – Słyszysz, jak nienaturalnie to brzmi? Przyjaciele tak do siebie nie mówią.
– Tak, tak – powiedział Libos, urywając kawałek chleba i nakładając na niego wędlinę: – Ale nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Czemu się spóźniłeś? To nie tak, że masz nadmiar obowiązków.
– Powiedziałeś mi wcześniej, że mam nie zawracać ci głowy jakimiś „błahostkami”, więc postanowiłem się tym zająć samemu. – Zaczął nakładać sobie fasoli.
– Cóż, nie są to błahostki, skoro sprawiają, że się spóźniasz ze śniadaniem. Ja się nigdy nie spóźniam – zauważył Libos.
– Dlatego, bo zawsze przychodzisz za wcześnie i mnie budzisz. Mówiłem ci, że lubię spać długo i masz do mnie przychodzić o dwunastej – odpowiedział Paramis, żując.
– Tylko, że ja tak długo nie śpię i jestem głodny już o dziewiątej. Zgodziliśmy się na godzinę dziesiątą, by ujednolicić nasze charaktery i by stworzyć przyjazną atmosferę – powiedział, ugryzł kawałek kanapki, po czym dodał: – atmosfera przyjaźni jest bardzo ważna dla przetrwania naszych poczytalności.
– I moje spóźnienie podważa naszą poczytalność? – zapytał Paramis zirytowany.
– Nie mówię, że podważa, tylko, że może zepsuć przyjazną atmosferę. Poza tym, nie spóźniasz się pierwszy raz.
– No nie! – ryknął Paramis, uderzając pięścią w stół, po czym wstał: – Ty zawsze to robisz! Zawsze musisz mi wytykać błędy przy jedzeniu, zawsze coś ci nie pasuje. Byłeś głodny, to możesz teraz zjeść, a moje problemy to nie twoja sprawa. Jak się następnym razem spóźnię, to zjedz coś samemu może w końcu, co?
Libos wstał. Patrzył na Paramisa wzrokiem który wyrażał podziw:
– Czy chcesz mi coś zaproponować?
Paramisowi opadły ręce.
– Czy chcesz mi zaproponować zmianę naszej rutyny? – powtórzył się.
– Tak, chcę.
– Więc słucham. – Libos usiadł na krześle i spojrzał na drugiego mężczyznę wyczekująco. Ten z kolei przewrócił oczami i podnosząc swoją prawą rękę, położył ją na swojej piersi:
– Ja, Paramis Lovero, wnoszę wniosek do Zarządu Państwa Ristirii.
– Jesteś słuchany – odpowiedział mu Libos z uśmiechem.
– Wniosek ten głosi: proponuję oraz oddaję swój głos jako Drugiego Zarządcy, by śniadania jeść oddzielnie, w dowolnych porach, w swoich chatach. Ustalone godziny pozostałych posiłków zostają tak jak wcześniej. Nic innego się nie zmienia. Czy wniosek zostaje pozytywnie rozpatrzony przez Zarząd Państwa Ristirii?
Libos patrzył na Paramisa z błogim uśmiechem, po czym rzekł:
– Nie. – wziął do ręki chleb, urwał kawałek i po zamoczeniu w dżemie zaczął go jeść.
Paramis patrzył na niego zdenerwowany:
– A to dlaczego nie?
– Nie, bo to jest niebezpieczne – odpowiedział Libos między gryzami: – Jeżeli nie będziemy się widzieć rano, nie będę wiedział, czy przypadkiem coś ci się nie stało w nocy i dlatego, jeżeli odwiedzę cię dopiero o godzinie piętnastej, może być już za późno. Znasz zasady, sam je ze mną wymyślałeś.
– A co takiego może mi się stać? Dosłownie na całym świecie nie ma poza nami żywej duszy! – zawołał wyższy mężczyzna. Słońce nad Ristirią przestało się uśmiechać i zamiast tego, na jego ognistej twarzy pojawił się grymas smutku.
– No i widzisz, zasmuciłeś nasze słońce – powiedział Libos, spuszczając wzrok z Paramisa na swój talerz.
– To nawet nie jest prawdziwe słońce tylko nasz konstrukt który ma imitować klimat i dawać nam tlen! – wychylił się z ganku i wskazał palcem na ognistą kulę wiszącą nad nimi: – To ty z niego zrobiłeś jakieś dziwadło!
– Wypraszam sobie! To ja jako jedyny pomyślałem, że możemy się dzięki niemu komunikować, bez potrzeby przychodzenia do swoich chat. A teraz uspokój się i dokończ jeść. Wniosek nie został przyjęty, więc musisz ze mną zjeść to śniadanie.
Paramis miał w głowie coś, co mógłby odpowiedzieć, a co jednocześnie bardzo zburzyłoby resztki świata jaki im pozostał, toteż usiadł z powrotem na krzesło. Zaczął jeść fasolę którą sobie wcześniej nałożył, po czym zapytał:
– Nie odpowiedziałeś mi. Co takiego może mi się tutaj stać? Cała wioska jest nasza, dzieli nas kwadrans spaceru. Poza kopułą nie ma nic co może nam zagrozić.
– Może ta sama rzecz, która spowodowała twoje kolejne, podkreślam, spóźnienie. A z racji tego, że wolisz mieć przede mną tajemnice niż wyjawić mi powód to… cóż. Rutyna to jedyna rzecz jaka może nas uratować przed niespodziewanym.
– Więc… ty nie wiesz – ton głosu Paramisa wyrażał głębokie przerażenie.
Libos spojrzał na swojego kompana i widząc wyraz jego twarzy, natychmiast zrozumiał:
– Czego nie wiem? – Położył kanapkę na talerzu.
– Chodźmy do mnie. Lepiej będzie jeżeli ci pokażę. – Paramis wstał i zaczął kierować się za wzgórze, do swojej chaty. Libos ruszył za nim.
W trakcie drogi Libos z trudem dorównywał kroku Paramisowi. Wyższy mężczyzna oglądał się za swoim kompanem, lecz odmawiał jakichkolwiek wyjaśnień. Słońce patrzyło za nimi, powstrzymując łzy.
Dom Paramisa diametralnie różnił się od domu Libosa. Zamiast standardowej, jednopiętrowej chaty, Paramis za swój dom wybrał posiadłość letniskową niegdyś żyjącego Lorda okolicznych terenów. Był to kamienny budynek zrobiony z jasnego kruszcu o dwóch piętrach oraz z balkonem. Wnętrze było bogato zdobione, z żyrandolem wiszącym na przestrzeni wszystkich pięter oraz wewnętrzną fontanną, z której już nie płynie woda.
Gdy Paramis wszedł do środka przez szerokie wrota, od razu skierował swoje kroki w stronę piwnicy, po czym zaczął mówić:
– Zaczęło się od fasoli. Miałem wrażenie, że to może ja popełniam błąd. Nie chciałem Ciebie o to pytać, bo wiem co byś powiedział, a poza tym, to ja się zarzekałem, że zajmę się roślinami. – Otworzył drzwi od piwnicy i zaczął schodzić w dół. Libos szedł za nim, w ciszy.
– Strączki zaczęły wyglądać trochę inaczej. W smaku były podobne, ale zaczęły żółknąć. W pewnym momencie różnice zaczęły być tak widoczne, że mogłem łatwo rozpoznać fasole dwóch różnych strączków. Wtedy dopiero coś zaczęło mi świtać. To nie była moja wina. To wina ziemi.– Zapalił światło, rozjaśniając dużą piwniczkę w której kiedyś pewnie składowano wino.
– Ziemi? To niemożliwe, kopuła sięga bardzo głęboko, wcześniej służyła do izolowania samych wymiarów, nie ma szans na to, żeby coś się pod nią przedostało.
– A jeżeli coś byłoby… głębiej? – zapytał Paramis.
– Nie, nie ma na to szans. Głębiej niż kopuła? – Libos zatrzymał się wpół kroku, zauważając powód dla którego Paramis spóźnił się ze śniadaniem.
Ciało kreatury przypominającej połączenie psa oraz kreta leżało na podłodze piwnicy. Długi, smukły tors kontrastował z szerokimi, trójkątnymi ramionami i silnymi rękami. Dłonie stwora miały kształty łopat i były większe od jego głowy. Sama głowa nieznanego potwora przypominała ludzką, jednak posiadała zamiast nosa coś w rodzaju trzech długich trąb. Jej oczy były błękitne, otwarte. Wyrażały szok.
Cały brzuch kreatury był spopielony. Libos wiedział, że Paramis użył magii, by je zabić. Czasem zapomina o tym, jak oboje są potężni.
– Obudził mnie, próbując wejść do domu. Przestraszyłem się, myślałem, że to ty, ale ma inne włosy. Libos, wiesz co to może oznaczać?
– Że mamy dziurę w kopule. – powiedział, po czym zaczął wspinać się po schodach z piwnicy.
– Co? Nie! – Paramis zaczął iść za nim, mówiąc: – to znaczy, że poza kopułą jest życie, Libos! Że poza kopułą można żyć, że świat wcale nie jest taki, jak myśleliśmy!
– Nonsens, nasze badania mówią jasno – mówił Libos, idąc w stronę wyjścia z domu: – to zapewne anomalia, niektórzy ludzie nie byli bezpośrednio narażeni na Morowiatr, część z nich była wówczas pod ziemią. Musieli zmutować przez dziką magię. Tak, to jedyne wytłumaczenie.
– Nie rozmawialiśmy nigdy o tym, że może tam być życie, a Tobie tak łatwo to wszystko przyjąć? – zapytał go Paramis, zastępując mu drogę: – Przed chwilą miałeś dowód na to, że Morowiatr nie zniszczył całego życia, że jakaś jego część nadal istnieje.
– I ty ją zabiłeś, zamiast próbując zbadać. Jeżeli jakakolwiek szansa na dowiedzenie się czegoś o tym istniała, to umarła zanim mogłem zjeść śniadanie. Musimy znaleźć wyrwę w kopule zanim cokolwiek innego, większego i nie dającego się zabić Kulą Płomiennej Gwiazdy znajdzie drogę do naszych gardeł. – Ominął Paramisa i wyszedłszy z domu, ruszył w stronę krawędzi kopuły.
Paramis spojrzał na swoje dłonie. Myślał o słowach Libosa oraz o tym, że gdyby stworzenie to żyło, oboje na pewno mogliby mu pomóc. Po raz ostatni spojrzał na leżące na podłodze stworzenie. Przyglądał się jego wykręconym kończynom oraz tej przedziwnej, ludzkiej twarzy. Jeżeli to był kiedyś człowiek, to czy mógł go znać? Patrzył w oczy kreatury i próbował dopasować do niej jakąkolwiek twarz. W momencie, gdy zdał sobie sprawę z tego jak niewiele z nich pamięta, zamknął oczy stworzeniu. Tylko tyle mógł już zrobić.
Zrezygnowany, ruszył w końcu w końcu za swoim kompanem.
Oboje przeszukiwali krawędzie kopuły aż do końca dnia, każdy swoją połowę. W okolicach godziny osiemnastej płonące słońce zgasło i zamieniło się w księżyc który miał zamknięte oczy i łagodny uśmiech. Nastała noc, a Libos oraz Paramis nie znaleźli żadnej wyrwy. Zgodzili się, że kopuła była w absolutnie nienaruszonym stanie, nadal tak wielka jak i nieprzenikalna. Spotkali się w końcu, wieczorem, na wzgórzu pomiędzy swoimi domami na Nocne Odroczenie:
– Witaj, Drugi Zarządco – powiedział do Paramisa Libos, który już na niego czekał: – dzisiejszy dzień zapisze się w naszych kronikach.
– Witaj, Pierwszy Zarządco – odpowiedział mu wyższy mężczyzna: – Oczywiście, zapewne tak. Nie chce za bardzo o tym rozmawiać. Uważam, że popełniłem błąd.
– Nic bardziej mylnego, mój drogi. Dokonałeś pacyfikacji stworzenia nieznanego pochodzenia by chronić mnie, Ciebie oraz naszą rutynę. By chronić Państwo Ristirii. Jego ludność jest ci za to wdzięczna.
– Masz na myśli… mnie i Ciebie? – zapytał Paramis drwiąco.
– Mnie, Ciebie, słońce, nasze kwiaty oraz trawę. Nasze dwa drzewa i cztery krzewy. Gdyby nie ty, ostatni bastion cywilizacji poległby.
– Niezbyt pocieszająca perspektywa.
– A jednak, dzięki Tobie będziemy w stanie dokonać sekcji zwłok kreatury. Dla twojego bezpieczeństwa, polecam zanieść je do mojej piwnicy. Mam tam wszystkie potrzebne rzeczy.
– To prawda, od nauki, badań i diagnostyki jesteś ty… a jednak, bardzo chciałbym Tobie w tym towarzyszyć – powiedział Paramis, po czym dodał, patrząc gdzieś w bok: – Mimo wszystko to ja jestem odpowiedzialny za śmierć tego stworzenia. To był kiedyś człowiek.
– Absolutnie wykluczone, moje badania są zbyt niebezpieczne. Poza tym, jest to na mojej prywatnej posesji która jest prywatna z nie byle jakich powodów. Nie, Paramisie, ty zajmiesz się swoimi sprawami a ja swoimi.
Paramis patrzył w horyzont, słysząc słowa Libosa. Rozumiał decyzje o niewdrażanie go w badania nad tajemniczym stworzeniem, lecz wciąż czuł w sobie urazę. Nie był takim samym naukowcem jak Libos, lecz nadal nie mógł oprzeć się wrażeniu, że byłoby lepiej gdyby ta kreatura trafiła do domu jego kompana, niż niego samego.
– Dobrze, rozumiem – odpowiedział zmieszany, ale spokojny.
– Ruszajmy więc – zalecił Libos.
– Dzisiaj?
– Nie ma czasu do stracenia – odpowiedział poważnie, po czym zaczął iść w stronę domu Paramisa: – Jeśli to stworzenie ma w sobie Morowiatr, nie możemy zwlekać. Twój dom może zostać objęty kwarantanną.
Na dźwięk tych słów wyższy mężczyzna ruszył za Libosem. Przeniesienie ciała kreatury nie było trudne. Zrobili to używając zaklęć Grawitacyjnych, popychając stworzenie w powietrzu jakby było balonem. W końcu, zniknęło pod drewnianą klapą w domu Libosa.
Tej nocy oraz przez kilka następnych, Paramisowi spało się trudno. Starał się nie spóźniać na śniadania do Libosa oraz, w wyznaczone do tego dni, nie kręcić nosem na wizyty mężczyzny w jego własnym domu. Myślami nadal był przy tajemniczym stworzeniu oraz tym, co się teraz z nim dzieje. Za każdym razem gdy na przestrzeni następnego tygodnia próbował zapytać Pierwszego Zarządcę Państwa Ristirii o stan stworzenia, ten zawsze odpowiadał:
– Bardzo trudne ciało do badań. Pewnie zajmą jeszcze trochę czasu, zanim czegokolwiek się dowiem. Ale nie martw się o mnie, Morowiatru w nim nie wykryłem. Jest bezpieczne, gdy jest martwe. Szczątkowe ilości pewnie z niego wyciekły już w twojej piwnicy.
Pewnego dnia jednak Paranis obudził się do dźwięku, którego nie słyszał od czasu postawienia kopuły. Obudził go grzmot.
Wybiegł on ze swojego domu czym prędzej, spoglądając w niebo, lecz jego spojrzenie zostało jedynie złapane przez uśmiechniętą minę słońca.
Przebiegłszy przez pagórek pomiędzy ich domami, zawołał:
– Hej! Wszystko w porządku? – Po czym magią Telekinetyczną przekazał wiadomość konstruktowi magicznemu, ich słońcu.
Gdy przebiegał przez szczyt wzgórza, słońce spojrzało w stronę domku Libosa i powtórzyło pytanie głosem Paramisa, tym razem o wiele głośniej. Wówczas, mężczyzna zobaczył dym nad domem i wychodzącego zza rogu mężczyznę.
Paramis podbiegł do niego i próbując złapać oddech, zapytał:
– Słyszałeś to?
Libos wyglądał na skołowanego, łapiąc się ściany domu jedną ręką i drugą ręką pokazując Paramisowi by ten chwilę poczekał. Wyższy mężczyzna stał nad drugim, wyczekując, gdy ten wyprostował się, łapiąc się kurczowo za prawy bok:
– Tak, słyszałem – powiedział, złapał Paramisa za przedramię i dodał: – Zaprowadź mnie na ganek, dobrze?
Drugi Zarządca zaprowadził Libosa przed jego chatę, gdzie ten usiadł w swoim krześle i głęboko odetchnął, po czym powiedział:
– To ja użyłem Błyskawicy Makokai. Przez przypadek w trakcie badań doszło do resuscytacji kreatury…
– Ona żyła? – zapytał Paramis: – Nie zabiłem jej?
– Nie, zapadła w pewien rodzaj hibernacji… ale zająłem się tym.
– Ty ją zabiłeś?! – Paramis odszedł od Libosa na parę kroków: – Była żywa a ty ją zabiłeś? Dlaczego?
– Żywa, mogłaby zrobić coś więcej niż tylko zranić mnie w bok. Spójrz, jestem ranny. – Pokazał drugiemu mężczyźnie okrwawioną dłoń.
Paramis spojrzał na rannego Libosa. W jego głowie kłębiły się różne myśli. Czuł, jak wstępuje w niego gniew. Z okrwawioną ręką swojego kompana wciąż w górze, podniósł swoją prawą dłoń i rzekł:
– Ja, Paramis Lovero, wnoszę wniosek do Zarządu Państwa Ristirii.
Libos spojrzał na niego najpierw ze zdziwieniem, lecz po chwili na jego twarz wstąpił wyraz przerażenia:
– Jesteś słuchany.
– Wniosek ten głosi: na mocy nadanej mi władzy jako Drugiego Zarządcy Państwa Ristirii, wyznaczam karę poziomu trzeciego Pierwszemu Zarządcy za zaprzepaszczenie szansy na zdobycie wiedzy na temat świata zewnętrznego oraz za samodzielne, lekkomyślne działanie względem badań nad tajemniczą kreaturą. Termin i miejsce nadania kary: za kwadrans na środku centralnego wzgórza.
Libos słuchał wniosku Paramisa ze strachem w oczach:
– Czy Zarząd Państwa rozpatrzy wniosek?
Libos spuścił wzrok i chowając swoją okrwawioną dłoń, powiedział cicho:
– Wniosek rozpatrzony pozytywnie.
Na dźwięk tych słów Paramis odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wzgórza. Słońce ponownie miało na sobie smutny grymas.
Libos wstał powoli ze swojego krzesła i utykając, z ręką trzymającą jego ranę w boku, zaczął kierować się w stronę wzgórza.
Paramis czekał już na niego. Patrzył na Pierwszego Zarządcę który w całkowitej ciszy oddaje się karze którą sam ustanowił. W tym czasie Paramis rozmyślał o tym, czy podejmuje dobrą decyzje, czy w tym momencie nie powinni tym bardziej sobie ufać.
Libos nie miał takich myśli. Wierzył w porządek jaki stworzyli w swojej krainie i wierzył w to, że jest odpowiedzialny za swoje czyny.
Dwóch ostatnich mężczyzn na świecie spotkało się na ostatnim zielonym wzgórzu. Libos podniósł swój wzrok do Paramisa i zapytał:
– Co wybierzesz? Kula Ognistej Gwiazdy? Bryła Wszechlodu? Zawsze byłeś dobry w magii kierunków. Dla mnie zawsze była zbyt szybka.
– Zamilcz i przygotuj się, Pierwszy Zarządco – powiedział Paramis a jego głos wypełniony był determinacją.
Libos wyprostował się i spojrzał w oczy wyższego mężczyzny. Czekał, a w jego myślach powtarzało się tylko jedno zdanie: „Tak musi być.”
W pewnym momencie, palce Paramisa pokryły się szronem. Poczuł chłód między swoimi dłońmi. Tylko przez chwilę myślał ile mocy powinien władować do tego zaklęcia. Wiedział, że jeżeli Libos nic nie zrobi, będzie w stanie go teraz zabić. Ta myśl przemknęła przez jego głowę, gdy ładował energię zaklęcia.
W końcu poczuł między palcami lód, parzący swoim chłodem, i wyrzucił go w stronę Libosa. Pęd nadany przez magię sprawił, że kula wirującej zimy uderzyła w tors Libosa z siłą która sprawiła, że ranny mężczyzna został odrzucony na dwa metry do tyłu. Uderzył o ziemię plecami i skulił się, łapiąc dłońmi za brzuch. Spod niego zaczęła rozprzestrzeniać się kałuża krwi.
Paramis patrzył na Libosa przez chwilę.
Ta chwila trwała długo.
Gdy przeminęła, Paramis mrugnął parę razy, jakby otrząsając się z amoku, po czym ruszył w stronę Libosa:
– Żyjesz? Hej, czy wszystko dobrze?
Libos nie odpowiadał, lecz było od niego słychać dźwięki łapania oddechu oraz pochrząkiwania. Paramis uklęknął przy nim i podał mu rękę, kątem oka spoglądając na ranę jaką zadał swoim zaklęciem.
Kawałki lodu wystawały z koszuli Libosa, kilka z nich wbitych w jego ciało.
– Przeżyję, Drugi Zarządco – powiedział, po czym złapał za dłoń Paramisa, pozwalając by ten pomógł mu wstać.
Paramis chciał coś powiedzieć, lecz nie czuł wobec Libosa żadnego rodzaju współczucia. Zastanawiało go dlaczego, lecz to nawet nie miało znaczenia. Patrzył na rannego mężczyznę który trzymając kurczowo dłoń Paramisa próbował utrzymywać się na nogach. Drugi Zarządca wiedział, że Libos zna zaklęcia regeneracyjne, lecz używanie ich stale będzie go kosztować dużo wysiłku. Prawdopodobnie przez następne dni będzie lepiej, jeżeli spędzą trochę czasu oddzielnie. Libos patrzył na wyższego mężczyznę z wyczekiwaniem oraz bólem w oczach. Paramisowi przypomniało się to, co powinien powiedzieć:
– Kara została nałożona. Twoje przewiny zostają ci wybaczone oraz zapomniane, Pierwszy Zarządco. – powiedział, po czym gdy zobaczył jak Libos kiwa głową i odchodzi, dodał: – Przepraszam.
Pierwszy Zarządca nie usłyszał ostatniego słowa, tylko powolnym krokiem odszedł w stronę swojego domu. Paramis patrzył na niego aż ten nie wszedł do środka po czym w ciszy wrócił do swojej posiadłości. Słońce nad nimi powstrzymywało łzy, próbując zachować spokój i ciszę.
Kolejne dni Libos przeżył na dogorywaniu po ranie zadanej przez Paramisa oraz tajemniczą kreaturę. Nadal podtrzymywał rutynę i przychodził do Drugiego Zarządcy oraz pozwalał by ten przychodził do niego w celu wspólnego jedzenia, lecz nie odzywał się do niego bardziej, niż było to konieczne. Paramis przez ten czas zajmował się swoimi uprawami za swoją willą i poświęcił swoje myśli na zapisywanie w kronice każdego przebytego dnia.
Po dziewięciu dniach, coś w Paramisie pękło. Kolejny zapis w kronice wyglądał dokładnie tak samo. Szczątkowa rozmowa z Libosem przy śniadaniu, praca w ogrodzie, milczenie przy obiedzie, zapisywanie w kronikach, czytanie, kolejna cicha kolacja i Wieczorne Odroczenie. Ich egzystencja ograniczyła się do punktów na osi ich rutyny, tej, która miała ocalić ich od kłótni, nadać sprawiedliwość i porządek do tego ostatniego przyczółku świata. To nie było życie na jakie się zgodzili. To był cichy koszmar szeptów i napięcia. Paramis nie mógł pozbyć się wrażenia, że Libosowi pasowała ta sytuacja, chociaż wiedział, że to właśnie Pierwszemu Zarządcy zależało na zasadach określających ich jasną komunikację.
Paramisowi zrobiło się żal, dlatego pewnego dnia obudził się szybciej niż zwykle. Spakował do swojego koszyka rzeczy które Libos najbardziej lubił jeść. Ciepłe pieczywo, wypieczone wczoraj wieczorem, jedna z najlepszych wędlin jaka im została, świeży dżem oraz naleśniki, o których Libos tak często wspominał, lecz nigdy nie potrafił zrobić.
Wyposażony w zestaw który miał odnowić ich pozytywne stosunki oraz postawić ich przyszłość na nowe tory, wyszedł o godzinie dziewiątej ze swojej posiadłości.
Słońce nie patrzyło na niego, zauważył. Po chwili jednak zwrócił uwagę na to, że nie było również zwrócone w stronę Libosa. Zamiast tego, wzrok uśmiechniętego słońca poruszał się jakby śledził ruchy czegoś co poruszało się pomiędzy domami mieszkańców kopuły.
Widząc to, Paramis zatrzymał się, myśląc, że to Libos biegnie w jego stronę, będąc już w pełni swoich sił, chcąc mu coś powiedzieć.
Przez chwilę w głowie Drugiego Zarządcy pojawiła się myśl, w której oboje, naraz wpadli na pomysł by zapomnieć o dzielących ich waśniach i powrócić do ich starego, sprawdzającego się porządku.
Wówczas zza wzgórza wybiegła ludzka kobieta. Miała na sobie ubrudzoną koszulę oraz parę połatanych, skórzanych spodni. Jej krótkie włosy były brązowe a ona sama miała na sobie wiele ran i bandaży. Na widok Paramisa pomachała w jego stronę i zawołała:
– Proszę, pomocy! On chce-
Nagle powietrze przeciął ostry świst i plecy kobiety wybuchły błękitnym płomieniem. Zaklęcie odrzuciło ją w powietrze, po czym przeturlała się w dół skarpy, by zatrzymać się u podnóża wzgórza. Błękitny płomień trawił jej ciało, które na oczach Paramisa zamieniało się w czarne, spopielone truchło. Zapach dotarł do nozdrzy Drugiego Zarządcy i ponownie była to rzecz, która wyrwała go z szoku.
Koszyk z jedzeniem uderzył o ziemię, gdy Paramis ruszył biegiem w stronę kobiety. Z opuszków jego palców zaczęła skapywać woda gdy zaczął splatać zaklęcie Wodospadów Izydii. Gdy poczuł na swojej twarzy żar z magicznego płomienia, od razu zaczął ugaszać je wodą, wypływającą wprost z jego dłoni. Po chwili stał on nad czymś, co być może kiedyś mogło przypominać ciało.
Zobaczył człowieka. Kolejna istota przedostała się przez kopułę.
Zobaczył człowieka. Kobieta została zabita na jego oczach.
Zobaczył człowieka. Ktoś oprócz nich żyje na tym świecie.
Zobaczy-
Błagała o pomoc.
– Wszystko dobrze, Paramis? Czy coś się stało, Drugi Zarządco?
Głos Libosa był spokojny, lecz słychać było w nim zmęczenie. Paramis powoli odwrócił się w stronę Pierwszego Zarządcy a jego usta stały się nagle suche. Przez jego gardło nie mogło się przedostać żadne słowo:
– Odsuń się od tego, proszę cię. Nie jestem pewny, co mogło przynieść z zewnątrz. Widziałeś ten odcień skóry? Morowiatr zabrał kolejne żniwo. Przykra rzecz.
Paramis słyszał słowa wypowiadane przez Libosa, lecz nie docierał do niego ich całkowity sens. Wciąż milczał:
– Lepiej będzie, jeżeli ponownie przeszukamy kopułę. Może znajdziemy tunel, czy coś w tym rodzaju. W najgorszym wypadku rozważymy pogrubienie kopuły zaklęciami. Przygotuję wniosek formalny.
Słońce patrzyło na mężczyzn zobojętniale. Zapach spalonego mięsa wypełnił już najbliższą okolicę, a Paramis nadal nie wiedział, co ma powiedzieć. Jednak, nie mógł dłużej wytrzymać tej ciszy. Z oczami wciąż wlepionymi w spalone ciało kobiety, powiedział cicho:
– Błagała o pomoc.
Libos spojrzał na Drugiego Zarządcę z wątpliwością:
– Paramis, to już nie była osoba, już od dawna. Morowiatr zainfekował jej ciało i umysł. Osoba zainfekowana traci jakąkolwiek świadomość a jej system nerwowy powtarza stare, znane schematy. Dziw bierze, że w ogóle mogła chodzić.
– Mówiłeś, że Morowiatr zabił wszelkie życie, że nie ma już nikogo poza nami – słowa z trudem wychodziły z ust Drugiego Zarządcy.
– Bo to prawda. Nie ma życia poza nami, naprawdę – Libos złapał wyższego mężczyznę za ramię: – To nie było życie, to była marionetka. Nie miała świadomości.
Paramis odrzucił rękę Libosa jak oparzony, po czym z łzami w oczach powiedział:
– Mówiłeś, że Morowiatr zabił całe życie, a ja w przeciągu zaledwie tygodni widzę dwie żywe istoty. Jedną myślałem, że zabiłem, lecz zrobiłeś to ty w samoobronie. Drugą również zabiłeś, zabi-
– Również w samoobronie. Musisz zrozumieć, że gdyby do Ciebie podeszła, mogłaby cię zarazić, a wówczas zostałbym tutaj całkowicie sam. Musiałem działać gdy tylko miałem szansę – głos Libosa był łagodny i spokojny.
– Jesteś naukowcem! – wykrzyczał z zaciśniętym gardłem Paramis: – Miałeś badać! Badać a nie zabijać! Ona mogła zostać uleczona, gdybyś tylko znalazł dla niej ratunek, ale ty ją zabiłeś, spaliłeś na moich oczach!
Libos wyprostował się, patrząc na Paramisa spod przymrużonych oczu:
– Co ty myślisz, że widzisz? Gdy na mnie patrzysz, co podpowiada ci instynkt?
– Co? – zapytał Paramis skołowany.
– Myślisz, że widzisz Boga, który byłby w stanie wykonać dla Ciebie cud? Myślisz, że widzisz najlepszego na świecie naukowca, który przy pomocy kilkudziesięciu śniadań i kilku miesięcy byłby w stanie uratować cały wszechświat? Obudź się, Paramis – powiedział, po czym złapał Drugiego Zarządce za koszulę, przybliżając się do niego: – Jestem tylko człowiekiem, rozumiesz? Jestem człowiekiem który jako jedyny jest w stanie zrobić coś, cokolwiek, rozumiesz? Nie jestem biologiem, nie jestem terraformatą, nie jestem doktorem nauk ścisłych, ja całe swoje życie badałem klimat, zdajesz sobie z tego sprawę? Zdajesz sobie sprawę z tego, dlaczego ja nigdy nie będę ani nigdy nie byłem w stanie uratować całego świata? Morowiatr to cud, istny cud który wyrodził się z felernego eksperymentu. Obudź się! Myślisz, że te kilka pipet, stół operacyjny, zestawów skalpeli i plików dokumentacji jaką zdołaliśmy uratować z laboratorium trzyma w sobie klucz do odratowania całego świata? Nie! Otóż nie trzyma! Nie ma czegoś takiego! A jeżeli nawet jest… To ja nie jestem w stanie to z tego wyciągnąć.
Paramis patrzył na Libosa z horrorem. Ich spojrzenia walczyły ze sobą.
Libos próbował znaleźć w oczach Paramisa zrozumienie. Paramis próbował znaleźć w oczach Libosa człowieka.
Oboje byli zawiedzeni.
– Powiedziałeś mi, że studiowałeś w Akademii omnitriantykę za młodu, że wiesz na ten temat bardzo dużo, tylko potrzebujesz czasu. Po wybuchu, przed kopułą sam znosiłem ci książki, przysięgliśmy sobie wtedy, że zrobimy co możemy by to wszystko odwrócić – Paramis nie był pewny, czy próbuje bardziej przekonać Libosa, czy siebie: – Oczywiście, że potrzebny będzie czas, ale w tych księgach musi być odpowiedź. Ty znasz tę odpowiedź.
– Nie, nie znam! – wybuchł Libos, odpychając od siebie Paramisa i odchodząc od niego na parę kroków: – Nie znam tej odpowiedzi, nie ma jej w tych książkach! A nawet jeśli jest… nie wiem! Nie wiem, nie potrafię! Nie potrafię nic określić, każde moje badanie kończy się fiaskiem, dochodzę do wniosków, kolejnych wniosków, ale to wszystko prowadzi donikąd!
– Co ty mówisz? – zapytał Paramis, podnosząc ręce, a jego serce wydawało się jakby miało wypaść z jego piersi: – Co ty teraz mówisz? Co ty próbujesz mi powiedzieć?
– Ja nie chcę tego! – zawołał Libos: – Mieliśmy porządek, mamy go nadal. Wszystko może wrócić do tego porządku, rozumiesz? Może w tych książkach jest odpowiedź, to jest możliwe, naprawdę! J-ja tylko potrzebuję więcej czasu!
– Więcej czasu? Przed chwilą mówiłeś-
– Wiem, wiem co mówiłem, nie musisz mi powtarzać. Byłem spanikowany, ot co… Zostawmy to, naprawdę. Nie myśl już o tym stworzeniu, o tej kobiecie – Libos zauważył leżący nieopodal koszyk z rzeczami na śniadanie: – O, wybierałeś się do mnie? Cóż za niefortunny zbieg okoliczności… Ale jak miło, naprawdę! Z tym spóźnianiem nie chodziło mi o to, byś nagle zaczął przychodzić szybciej, niemniej, jest to odmiana w tą dobrą stronę.
– Libos.
– Ja zaniosę, na spokojnie, już się tak nie gorączkuj – zaczął podnosić rzeczy które wypadły z koszyka: – Naprawdę, jak będziesz to zapisywał w kronice to nie zapomnij o moim wyrazie twarzy kiedy plotłem te głupoty. Musiałem wyglądać jak ostatni wariat. Oczywiście nie przesadzaj ze szczegółami, każdemu przecie-
Odgłos grzmotu zdominował wszystkie dźwięki wokół tak mocno, że Libos upuścił koszyk znów na ziemię. Łapiąc się za swoje uszy odwrócił się w stronę Paramisa i zobaczył pod swoimi nogami ślad spalonej trawy. Spomiędzy palców Drugiego Zarządcy wydobywały się niewielkie wyładowania elektryczne a on sam patrzył na Libosa wzrokiem którego ten nigdy u Paramisa nie widział:
– Jak ta kobieta się tu dostała?
Pierwszy Zarządca patrzył na Paramisa z ostrożnością, po czym cicho odpowiedział:
– Nie wiem. Oboje sprawdzaliśmy kopułę po wcześniejszej kreaturze i nie znaleźliśmy przejścia.
– Ja sprawdzałem swoją stronę, a ty sprawdziłeś swoją. Czy jesteś w stanie mi przysiąc, że po twojej stronie nie było w kopule przejścia?
Libos patrzył na niego nadal tym samym wzrokiem:
– O co mnie pytasz?
– Przysięgnij. Na naszą rutynę. Na Państwo Ristirii, że nie znalazłeś przejścia na zewnątrz. Że kopuła jest nienaruszona.
– To paradne…
– Przysięgnij! – Z kącików oczu Paramisa zaczęły wydobywać się kolejne wyładowania elektryczne, parzące jego twarz. Libos patrzył na niego, po czym wyprostował się i odwrócił się do niego przodem:
– Nie. Nie przysięgnę.
Pomiędzy mężczyznami nastąpiła cisza. Słońce patrzyło na nich z obojętnością. Wszystko nagle się zatrzymało.
– Ja, Paramis Lovero, wnoszę wniosek do Zarządu Państwa Ristirii.
– Jesteś słuchany – Odpowiedział Libos, zaciskając pięści.
– Wniosek ten głosi: Pierwszy Zarządca odda się pod areszt w trakcie gdy Drugi Zarządca z dokładnością oraz pieczołowitością przeszuka całość krawędzi kopuły. Przez ten czas Pierwszy Zarządca zostanie w domu Drugiego Zarządcy i nie wyjdzie z niego dopóki ten nie powróci. Jeżeli okaże się, że Pierwszy Zarządca z premedytacją ukrywał cenne informacje, narażając na niebezpieczeństwo całe Państwo oraz mieszkańców Świata Zewnętrznego, zostanie zdegradowany do Zarządcy Drugiego, gdzie ja, Paramis Lovero, zastąpię go na tym stanowisku. Libos Waol zostanie w ten sposób pozbawiony władzy wykonawczej i pozostanie w areszcie aż do odwołania. Czy wniosek zostaje rozpatrzony pozytywnie?
Libos patrzył na Paramisa zrezygnowanym wzrokiem. Jego serce biło zadziwiająco powoli:
– Wniosek rozpatrzony negatywnie.
Paramis w tym momencie utracił część siebie, która bardzo pielęgnował. Musiał ją utracić, ponieważ okazało się, że Libos jej tak naprawdę nigdy nie miał.
Wyładowanie elektryczne ruszyło z dłoni Paramisa, wystrzelone we wcześniej raniony bok Libosa. Ładował to zaklęcie długo – grzmot niemal odrzucił go samego. Pierwszy Zarządca sparował zaklęcie, tąpnąwszy nogą użył zaklęć grawitacyjnych, by postawić przed sobą ścianę zrobioną z ziemi.
Popchnął tą ścianę w stronę Paramisa, lecz ten wykonał unik i widząc Libosa ponownie, klasnął w dłonie. Z opuszków jego palców wyszła sieć błyskawic, resztki wcześniej naładowanej mocy. Libos wówczas tąpnął ponownie, chowając się w kokonie zrobionym z ziemi. Błyskawice smagały kamień i piach, lecz nie zraniły Pierwszego Zarządcy.
Paramis zawarczał z wściekłości i czując ciepło wewnątrz swoich dłoni wyprowadził kolejny atak. Płomień Ognistej Gwiazdy był stałym strumieniem ognia, wykonywał on te zaklęcie raz po raz, by płomień nie przestawał wydostawać się z jego dłoni. Czuł, jak samemu zostaje oparzony przez taką intensywność zaklęcia, lecz nie zważał na to.
Świata i tak nie było.
Po chwili zrozumiał, że coś jest nie tak. Zamachnął się więc swoimi dłońmi i używając Tornada Tuzina Kataklizmów zdmuchnął kamienną klatkę Pierwszego Zarządcy. Nie było go wewnątrz. Zamiast Libosa, Paramis zobaczył tunel idący głęboko w ziemię.
Drugi Zarządca spojrzał w górę. Słońce patrzyło na niego. Zaczął powoli iść w stronę domu Libosa, po czym wysłał słońcu sygnał telekinetyczny. Słońce, będące magicznym konstruktem, posłuchało się swojego twórcy i skierowało swój wzrok w stronę Libosa.
Gdy Paramis wyszedł na szczyt wzgórza i jego oczom ukazała się drewniana chata. Wysoki mężczyzna miał przez chwilę ochotę coś krzyknąć, odezwać się, powiedzieć. Niestety jednak, Paramis wiedział, że słowa teraz niewiele już dadzą. Poczuł ponownie gorąc w swoich dłoniach.
Płomień Ognistej Gwiazdy ładowała się trochę dłużej, lecz mężczyzna chciał mieć pewność, że nie będzie potrzebował więcej zaklęć.
W końcu, z jego obu połączonych dłoni wylał się ocean płomieni, zasłaniający widok całej drewnianej chaty.
– Nie! – wrzasnął Libos, wybiegając na ganek. Widząc falę ognia zmierzającą w jego stronę tąpnął on ponownie i podniósł ręce w górę. W tym samym momencie ziemia przed jego chatą podniosła się i zablokowała większość fali ognia. W kilkunastu miejscach płomień przedostał się jednak i dach nad gankiem począł zajmować się ogniem.
Pierwszy Zarządca szybko skroplił w swoich dłoniach wodę i zgasił płomienie:
– Co ty robisz?! To jest mój dom, Paramis! Mój dom! To jest stanowcza przesada! Jeśli mi go spalisz, będziemy musieli mieszkać razem, nie rozumiesz? To zepsuje nasze relacje!
Drugi Zarządca jednak nie odpowiedział. Zamiast tego, twarz Libosa poczuła ciepło i gdy ten spojrzał w górę, zobaczył, że, na niego oraz jego chatę spada kolejna fala ognia.
Nie zdążył jej zablokować.
Instynktowne zaklęcie Grawitacyjnego Kreta uratowało mu życie. Zakopał się on pod ziemią tak głęboko, że słyszał niewiele, jedynie niewyraźny szum. Gdy w końcu postanowił wyjść ze swojej nory, jego oczom ukazał się koszmarny widok.
Drewniana chata Libosa zamieniła się w spopielone zgliszcza. W miejscu z którego teraz wyszedł powinien stanąć przed swoim gankiem. Zamiast tego, stanął on przed kilkunastoma deskami które właśnie się dopalały oraz przed polem spalonej ziemi. Tam, gdzie niegdyś była jego kuchnia, jego prywatka, jego sypialnia leżała tylko kupa dopalających się węgielków.
Paramisa jednak nie było z nim.
Do oczu Libosa napłynęły łzy. Zasłonił on swoje usta dłońmi i padł na kolana. Smutek i wzruszenie ścisnęły mu gardło. Próbował powstrzymywać łzy, lecz emocje dały za wygraną.
Pierwszy Zarządca zapłakał nad swoim domem oraz nad wszystkim co się wydarzyło. Jego myśli były w rozsypce, a jego ciało trzęsło się. Uderzał on w ziemię pięściami, płakał tak, jak nie płakał nigdy. Nie było bowiem już na świecie nikogo, kto mógłby go oceniać.
Po pewnym czasie, przełknął on większość łez. Podniósł się na nogi i ruszył w jedyne miejsce w którym wiedział, że znajdzie Paramisa. W miejsce, które zapoczątkowało i zakończy to wszystko.
Idąc za swój dom, minął on dwa wzgórza, które oddzielały jego dom od krawędzi kopuły. Tam, gdy przeszedł mniejsze wzgórze, zobaczył on stojącego Drugiego Zarządcę stojącego przed okrągłą wyrwą w kopule. Stał na granicy, z plecami mając cały ich świat, a przed sobą mając wszystko co kiedyś znał a już nie jest w stanie rozpoznać.
Gdy Libos stanął obok niego, mężczyźni nie odzywali się. Oboje, po raz pierwszy od tak długiego czasu, byli teraz w stanie spojrzeć głęboko w świat jaki po sobie zostawili.

(”Odcień snu” Anna Słoncz)
Ich oczom ukazało się zimowe pustkowie. Mieszanina koloru białego, czarnego oraz fioletowej barwy nieba tworzyła widok jednocześnie znajomy, lecz nierozpoznawalny.
Oboje poczuli na swoich twarzach powiew powietrza. Czy był to Morowiatr? Wysoce możliwe, bardzo prawdopodobne. Nie przejmowali się tym jednak oboje. Minęło dużo czasu od ostatniego razu, gdy poczuli na wiatr na swojej skórze:
– To ty stworzyłeś tą wyrwę? – zadał pytanie Paramis. Libos nie odpowiedział, zapatrzony w śniegowe pustkowie.
– Próbowaliśmy, prawda? – zapytał Libos, po czym dodał: – Naprawdę próbowaliśmy. To co mieliśmy było dobre. A… A ja naprawdę mogę spróbować to odmienić. Naprawić wszystko. Nas. Świat.
– Wierzę ci – odpowiedział Paramis łagodnym głosem.
Oboje stali przed wejściem do kopuły i chłonęli to, co wydarzyło się oraz to, co może się wydarzyć. Bardzo wiele słów zostało powiedzianych, jeszcze więcej czynów zostało dokonanych. Oboje nie byli tymi samymi ludźmi, którzy jedli razem na śniadanie fasole z dwóch różnych strączków.
W końcu jeden z nich postąpił naprzód.
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Pecunia non olet