- Opowiadanie: pisze.po.swojemu - Dzieci znalezione w kapuście

Dzieci znalezione w kapuście

Zapraszam do niezbyt-długiego-ale-nie-udało-mi-się-napisać-szorta opowiadania o macierzyństwie. Chciałam napisać coś lekkiego, sympatycznego, co wzbudzi uśmiech i poprawi humor. Polecam szczególnie rodzicom przedszkolaków:) 

Jak zawsze u mnie – na dwoje babka z tą fantastyką wróżyła, chociaż może babcia Aniela pojawiająca się na peryferiach tego opowiadania miałaby bardziej sprecyzowane zdanie :) Dlatego postanowiłam zaznaczyć realizm magiczny – może dzięki temu tekst trafi do osób, które lubią takie klimaty. 

 

Będę wdzięczna za wskazówki. I dajcie znać, jeśli się uśmiechnęliście :) 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dzieci znalezione w kapuście

W jaki sposób przychodzą na świat dzieci? Na pewno to dla was jasne, tego nie wiedzą tylko przedszkolaki i prawicowcy. 

Dzieci przychodzą na świat mokre od wód płodowych i brudne od krwi. Krzyczą z niezadowolenia, że wyrwano je z ciepłego brzucha mamy, na chłodny, wielki świat, a potem uspokajają się przy jej piersi. Zasypiają, a rodzicielki wąchają ich główki, pachnące mlekiem i łzami, oby szczęścia. 

Z moimi dziećmi było zupełnie inaczej, bo Tyfcię i Pulka znalazłam w kapuście. 

 

***

Dobrze pamiętam ten późnomajowy dzień, a właściwie poranek, bo dopiero świtało. Obudziło mnie pianie koguta, do którego wciąż nie mogłam się przyzwyczaić – mieszkałam w domku po babci Anieli zaledwie od miesiąca, a wszystkie wiejskie odgłosy były nadal niecodzienne, jak pierwszego dnia po przeprowadzce. 

W małym pokoju, w którym spałam, robiło się już jasno, a przez otwarte na oścież okno wlewała się lepka, chłodna mgła. 

Kogut zapiał drugi raz, a ja wstałam z łóżka, sprężyny starego materaca zaskrzypiały. Podeszłam do okna, żeby je zamknąć, chociaż wcale nie pamiętałam, żebym je w ogóle wcześniej otwierała… i wtedy usłyszałam śmiech dochodzący zza krzewu jaśminowca.

Skąd dziecięcy chichot w ogrodzie domu po nieżyjącej babci Anieli, który zajmowała teraz bezdzietna, wielkomiastowa pańcia?

Owinęłam się w babciną podomkę i poszłam do ogródka.

Tam, na grządce z wczesnymi kapustami, których główki zieleniły się w promieniach wschodzącego słońca rozpraszającego mgłę, siedziało dwoje golutkich dzieci. Miały, tak na oko, po trzy lata, chociaż nie miałam do końca pewności, bo na dzieciach słabo się znałam, przynajmniej wtedy. Śmiały się głośno i rzucały w siebie grudkami ziemi. W pierwszej chwili zamarłam, oszołomiona. Wpatrywałam się w nie, zaciskając ręce dookoła siebie jak rękawy kaftana bezpieczeństwa i dostrzegłam, że dzieci zamiast stóp miały kopytka, ich uszy były zdecydowanie bardziej spiczaste niż u człowieka, a z tyłu wyrastały im pokryte łuskami ogony jak u jaszczurek. 

Kiedy mnie dostrzegły, zgodnie uśmiechnęły się, pokazując ostre kły, i krzyknęły unisono: 

– Mamcia! 

Odwróciłam się na pięcie i uciekłam do domu. 

Długo siedziałam w kuchni. Wypiłam czarną kawę z czterema łyżeczkami cukru i kieliszkiem wiśniówki. Taką kawę robiła sobie moja babcia, kiedy miała problem. Siadała z nią na drewnianym stołku, siorbała małymi łyczkami, a kiedy w filiżance pokazywało się dno, wzdychała ciężko. A potem szła robić to, co robić musiała. 

Babci już nie było, został po niej ten dom, stołek i podomka. Oraz przekonanie, w jakim starała się mnie przez całe życie utwierdzić, że jak są rzeczy do zrobienia, to się je po prostu robi, a nie ucieka.

Więc poszłam do ogrodu i zabrałam moje dzieci do domu. 

W końcu to ja, poprzedniej nocy, przy pełni księżyca, wsadziłam w ziemię na grządce kapusty te dwa ziarna dziwnej, włochatej fasoli, jakie znalazłam w babcinej szkatułce. 

 

*** 

Pierwsze nasze wspólne lato było upalne. Jedno z tych, które zostawia skwierczące żuki na asfalcie, podczas gdy kurz z wiejskiej drogi unosi się godzinami w powietrzu. Niebo nabrało intensywnej, niebieskiej barwy, jakby za nim nie wisiała wcale czarna otchłań kosmosu, tylko błękitna toń ciepłego morza. 

Tyfcia i Pulek zupełnie nie rośli, chociaż dobrze ich karmiłam. Codziennie dostawali kaszę manną, garść żelków i po trzy łyżki brudnego piachu z piaskownicy, ale po upływie kilku miesięcy wciąż wyglądali jak tego dnia, kiedy ich znalazłam na grządce. 

Dzieci powiedziały mi, jak mam na nie mówić, chociaż nie wiem, czy mnie nie okłamywały i sobie tych imion nie zmyśliły. W ogóle trudno się było z nimi dogadać: buzie im się nie zamykały, kiedy gaworzyły na wpół po ludzku, a na wpół w swoim własnym języku, którego nie rozumiałam. Czasem paplały godzinami bez sensu, a czasem godzinami milczały, rzucając do siebie porozumiewawcze spojrzenia. Kiedy wściekła groziłam, że albo powiedzą, o co im chodzi, albo wrócą na grządkę kapusty, chowały się gdzieś na całe dnie tak, że nie mogłam ich znaleźć. Dopiero z czasem odkryłam, że potrafiły zmieniać się w myszy i wygryzły sobie kryjówkę w starej wersalce.

Dzieci przez całe lato chodziły na golasa, chociaż nakupiłam im ubrań. Ale, mimo że łaziły golusieńskie, machając na prawo i lewo gadzimi ogonami, wszędzie piętrzyły się góry brudnych ciuszków, których nie byłam w stanie niczym doprać. 

Tyfcia i Pulek wydawali się najszczęśliwsi wtedy, kiedy umorusani od ziemi, wysmarowani żywicą i sokiem z ogrodowych jeżyn, gonili za motylami i zakładali pułapki na nietoperze. “Dzieci wojny”, tak by o nich powiedziała babcia Aniela. Ciekawe, czy dodałaby coś jeszcze, widząc ich pomazane flamastrami kopytka. 

Ale z brudem musiałam uważać – jeśli dzieci za długo się nie myły, zaczynały im na ciele wyrastać kolce, drobne, zakrzywione, jak na jakimś egzotycznym owocu. Wtedy robiłam im kąpiel, do której wlewałam pół opakowania mydła w płynie i wrzucałam kilka plasterków cytryny z miętą. Kolce wtedy odpadały i spływały na dno wanny, skąd nie mogłam ich w żaden sposób usunąć. Niestety, na drugi dzień wykluwały się z nich srebrzyste rybiki, które chowały się po kątach wykafelkowanej łazienki. 

Miałam zdecydowanie za dużo rybików pod wanną, więc kąpiele urządzałam bardzo regularnie. 

Dzieci spały ze mną w łóżku. Obwijały się ogonami i zwijały w małe kuleczki, jedynie kopytka wystawały im z tego zawiniątka, jakim stawało się ich ciało. Jedno przytulało się do mojego lewego boku, drugie układało się pod prawą pachą. Grzały mnie jak cholera, więc codziennie na noc zostawiałam otwarte okna. 

Ale pianie koguta przestało mnie w końcu budzić. 

 

***

Dzięki temu, że dzieciaki najczęściej zajmowały się sobą, ja mogłam pracować zdalnie, przy komputerze ustawionym na kuchennym stole. Pomiędzy kolejnymi linijkami kodu słyszałam z tamtego miejsca ich śmiechy i płacze, chociaż trzeba przyznać, że rzadko się ze sobą kłócili.

Czasem musiałam jechać do biura, najczęściej aby podpisać jakieś papiery, a wtedy dzieci zawsze chciały jeździć ze mną. Na początku się nie zgadzałam, ale jednego razu, jak wyjechałam na cały dzień do miasta, chciały mi zrobić niespodziankę. Upiekły ciasto, używając do tego mąki z ususzonych płatków kwiatów bzu i galaretki z potłuczonych ślimaków. Było pyszne, ale Dyson ledwo odkurzył bałagan, jaki dzieciaki zrobiły w kuchni. 

Po tym incydencie się ugięłam i poszliśmy na kompromis – zabierałam je do pracy pod warunkiem, że zmienione w myszki siedziały zamknięte w mojej torebce. Kilka razy udało mi się pojechać i spędzić całkiem normalne dni z moimi dzieciakami schowanymi w wyściełanych kieszeniach torby, ale potem całkowicie przestałam jeździć do biura, kiedy podczas jednej wizyty wylazły z niej i poprzegryzały wszystkie kable HDMI na piętrze. 

 

*** 

Na jesień dzieci przeniosły zabawy z ogrodu do pokoju po babci. 

Przykryły łóżko poduszkami wypełnionymi piórami, które musiały powyrywać z kupra koguta. Naznosiły kolorowych kamieni, a do ścian poprzybijały szpilkami motyle i kwiatki. Uwielbiały buszować w dawnej babcinej szafie i sekretarzyku. Pewnego razu spruły jej stary, wełniany sweter i utkały z odzyskanej przędzy wielką pajęczynę, rozciągniętą pomiędzy ścianami korytarza. Wlazłam w nią, kiedy szłam z kuchni do łazienki i utknęłam. Nie wiem, ile czasu w niej wisiałam, ale zdawało mi się, że dzieci zdjęły mnie z niej dopiero na drugi dzień. 

Ale kiedy przyszedł grudzień, śnieg przykrył grządkę kapusty, a mróz zamroził ziemię, nudziły się jak mopsy. Zaczęłam je wtedy zabierać do sklepu na zakupy, z nadzieją, że się trochę ucywilizują. Na spiczaste uszy zakładałam grube czapki, ogony kryłam w kombinezonach i tylko kopytka wystawały im spod ortalionu – ale, dziwnym trafem, nikt nigdy ich nie zauważał. 

Tamtego dnia znów je zabrałam do sklepu spożywczego. Dzieciaki jak zwykle wbiegły podekscytowane do środka i przypadły do mięsnej lady, gdzie wpatrywały się oszołomione w połacie szynek, boczków i kiełbasy.

– Mamcia, kupisz nam to? – zajęczała Tyfcia, a Pulek prawie rozpłaszczył się krzyżem na szybie.

– Co konkretnie? 

– No, to! – Paluszek Tyfci skierował się na intensywnie bordową wątróbkę. 

Sprzedawca uśmiechnął się do mnie szeroko. Chyba przejmował interes po mamie, którą coraz rzadziej widywałam za ladą. Był młodym, barczystym facetem, miał łysinę, za to jego długa broda trzęsła się od ciągłego śmiechu. 

– Podać? – zapytał, a ja kiwnęłam głową. Dzieci z namaszczeniem przyglądały się, jak ręką w cienkiej, nitrylowej rękawiczce wrzuca garściami wątróbkę do plastikowej torebki. – Wiedzą, co dobre, te pani dzieciaki! Pewnie po mamie takie mądre! 

Kiedy położył na szczyt lady zawiniątko z podrobami, maluchy aż zatupały z radości kopytkami o podłogę.

– Dałem tyle, żeby starczyło też dla taty – zaśmiał się sprzedawca i spojrzał na mnie znacząco.

– My nie mamy taty – wysapał Pulek, sięgając z trudem po pełną wątróbki torebkę. Wziął ją delikatnie w obie dłonie i skierował się do drzwi sklepu. 

– Nom. Nie starczyło fasoli – dopowiedziała Tyfcia i ruszyła za bratem, podskakując wesoło.

Sprzedawca spojrzał na mnie badawczo, a ja zarumieniłam się i uciekłam.

Brodacz zawsze dorzucał mi skrzydełko lub garść wątróbki na koszt firmy. Mrugał do dzieciaków, mówił im, jaką to one mają piękną mamę, a potem wlepiał we mnie czarne oczy, przypominające wilgotne ślepia psiaka. Otwierał usta ukryte w brodzie, a ja zawsze uciekałam na zewnątrz, przy śmiechach dzieci i stukocie kopyt, zanim zdążył mnie gdzieś zaprosić. Podobałam mu się, czułam to gdzieś pod skórą. Takie rzeczy się po prostu wie, na pewno zdajecie sobie z tego sprawę.

Kiedy w domu podzieliłam po równo wątróbkę i patrzyłam, jak dzieci wcinają surowe kawałki podrobów, posypane kurzem spod szafy, zastanawiałam się, jak by to było, jakbyśmy naprawdę wyszli na randkę. Czy bym się dobrze bawiła? A może brodacz okazałby się bucem? Zresztą…

Nawet gdybym się z nim spotkała i spędziła miło czas, to czy byłabym gotowa na związek? Przecież mężczyźni są trudni do utrzymania. Trzeba im usługiwać, gotować… nie zniosłabym przygotowywania codziennie schabowego polewanego WD40. 

Zresztą, jaki facet chciałby spotykać się z samotną matką dwójki dzieci z magicznej fasoli?

 

*** 

– Mamcia… chyba mam dreszcze. 

Zamarłam z gąbką i brudnym kubkiem w ręce. O nie, tylko nie to. Niemożliwe, żeby znowu Pulek się rozchorował! Przecież ledwie w tamtym tygodniu wygrzebał się z przecieplenia. 

Rzuciłam zmywanie i klęknęłam przed chłopcem. Miał lodowate czoło. 

– Ja też nie czuję się dobrze – wychlipała Tyfcia, opierając się na framudze drzwi. 

Jej czoło było jeszcze zimniejsze. 

W panice zagoniłam oboje do łazienki i wsadziłam do wanny, po czym nalałam gorącej wody, mając nadzieję, że to trochę podwyższy temperaturę ich ciałek. Często chorowały, ale zwykle pomagał wełniany koc, termofor i kilka kropel krwi wyciśniętych z mojego palca na ich języki. No i mnóstwo odpoczynku, tulasów w łóżku i narzekania, że zostawiam chorusów i zajmuję się tak błahymi rzeczami jak praca. 

Tym razem jednak było inaczej. Do wanny co chwilę dolewałam wrzątku, ale stygł w mgnieniu oka – w wodzie pojawiały się małe, zamrożone kryształki, które zaraz zmieniały się w kostki lodu. Nie nadążałam ich wyławiać kuchennym sitkiem. Dzieci bladły coraz bardziej, a ja zaczynałam panikować.

– Mamcia, więcej krwi! – zapłakał Pulek, a ja w panice pobiegłam do kuchni, by po chwili wrócić z nożem i szklanką. Jego ostrze zatrzymało się tuż przy moim nadgarstku, kiedy Tyfcia wysapała drżącymi wargami:

– Ale nie twojej, zwierzaka! Z chilli, mamcia, bo przestało mnie palić w gardle! Naprawdę źle się czuję!

 

***

W domu nie było ani chilli, ani krwi zwierzaka. Z tym pierwszym mogłam sobie jeszcze łatwo poradzić – w końcu we wsi stał sklep. 

Nigdy nie jechałam tak szybko samochodem jak tamtego wieczora. Prawie nie wyrobiłam się na zakręcie i z ledwością ominęłam hydrant, autem zarzuciło na śniegu. Pod spożywczym stanęłam w poprzek kilku miejsc parkingowych i prawie zawyłam, kiedy zobaczyłam, że brodacz właśnie wychodził na zewnątrz ciemnego budynku z kluczami w dłoni.

– Proszę, nie! – krzyknęłam i ruszyłam biegiem w jego stronę, ślizgając się na oblodzonej ziemi.

Zamarł z uniesioną ręką, a kiedy zobaczył, że to ja, uśmiechnął się pod brodą. 

– Proszę, potrzebuję pilnie… chilli – wysapałam, gdy dotarłam pod drzwi. Nie czekając na odpowiedź, szarpnęłam za klamkę i przepchnęłam się przed mężczyznę, żeby wejść do środka sklepu. 

– Yyy, co się stało? – Usłyszałam za sobą, kiedy zapalałam światło. Bez zastanowienia ruszyłam między regałami sklepowymi i zaczęłam przeczesywać półkę z przyprawami. Już mi się wydawało, że ostrych papryczek nie było, ale na szczęście znalazłam trzy saszetki, upchane z tyłu za majerankiem. 

– Moje dzieci… Są chore. Muszę je rozgrzać – powiedziałam zgodnie z prawdą, wciskając brodaczowi dwadzieścia złotych w dłoń.

– Jesteś pewna, że to tak działa? 

Spojrzał z powątpiewaniem na saszetki przypraw w mojej dłoni.

– Moje dzieci… one nie są do końca… muszę zabić koguta. 

– Zabić koguta? Dla chorych dzieci? – upewnił się, a brwi podjechały mu wysoko do góry. 

Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby nie wyjść na wariatkę. Wzruszyłam w końcu bezradnie ramionami, bo chyba nie dało się tego uniknąć.

– Tak, muszę go zabić, chociaż nie wiem jak! Nigdy tego nie robiłam, nie umiem za bardzo, ale przecież muszę, moje dzieci są naprawdę chore, mają tak niską temperaturę… – Słowa wylewały się ze mnie strumieniem tak szybko, że dopiero po chwili zrozumiałam, że wylewały się ze mnie także łzy. 

Musiałam wyglądać naprawdę żałośnie, bo mężczyzna powiedział:

– Słuchaj, pomogę ci. Czasem zabijam drób na gospodarce mojej mamy, żaden kogut mi nie straszny. 

Po czym puścił mnie przodem do wyjścia ze sklepu, zamknął za nami drzwi i bez dalszych komentarzy wsiadł ze mną do auta. 

 

*** 

Resztę tej okropnej nocy pamiętam jak przez mgłę. 

Przestraszony wzrok brodacza, kiedy zobaczył, w jak złym stanie są moje dzieci. 

Tyfcia i Pulek przelewający się przez ręce i wanna wypełniona kostkami lodu. 

Rozpaczliwy krzyk koguta, który przecież musiał rozumieć, co takiego go czeka, kiedy uwięziły go mocne ręce mężczyzny. Jeszcze się rzucał, kiedy brodacz odciął mu tasakiem głowę i przekręcił do góry nogami, by posoka wypłynęła do szklanki.

Czarno-czerwona krew, którą zagotowałam w garnuszku z trzema saszetkami chilli i, drżącymi dłońmi, przelałam do bidonów dzieci, z których potem siorbały ją bez sił. 

Brodacz o nic nie pytał. Myślę, że jak inni nie widział kopytek, gadzich ogonów, ani spiczastych uszu. Czekał w pogotowiu w kuchni i gotował w czajniku wrzątek, który dolewałam co chwilę do wanny z lodem, którego na szczęście było coraz mniej, a kiedy poiłam dzieci krwią z chilli, robił mi herbatę i pilnował, żebym ją piła. 

W pewnym momencie, nad ranem, o godzinie, o której normalnie zapiałby nasz kogut, temperatura dzieci się wreszcie podniosła na tyle, że wyciągnęłam je z wanny, opatuliłam w wełniane koce i swetry po babci, a potem ułożyłam do snu z napęczniałymi od parującego wrzątku termoforami z polarowymi pokrowcami. Całując ich małe rączki, zamknięte oczy i policzki, na które wreszcie wrócił rumieniec, zastanawiałam się nad tym, jakie mam szczęście. 

I nad tym, jak dobrze było pierwszy raz od śmierci babci mieć w kimś prawdziwe wsparcie. 

 

***

Wiecie, w jaki sposób ludzie się w sobie zakochują? Na pewno to dla was jasne, tego nie wiedzą tylko przedszkolaki i zacietrzewione feministki.

Ludzie zakochują się w sobie z zaskoczenia. Nawet jeśli uczucie rodzi się powoli, to w końcu przychodzi ten nieoczekiwany moment, kiedy patrzysz na drugą osobę i zdajesz sobie sprawę z tego, że nie chcesz, aby gdziekolwiek odchodziła. Że bez jej żartu czy mruknięcia pod nosem tobie samemu język zwiąże się w bolesny, smutny supeł. Że kiedy zasypiasz przy ukochanej osobie, wtulasz się w jej ramiona i wciągasz zapach drugiego człowieka, masz nadzieję, że to na zawsze.

Z Karolem było zupełnie tak samo. 

Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu, najpierw tylko we dwoje. Ale kiedy zobaczyłam, że Karol nie wymaga codziennej dawki WD40, wręcz przeciwnie, sam potrafi o siebie zadbać, do układanki dołączyli Tyfcia i Pulek. W jego oczach najwyraźniej byli zwyczajnymi dziećmi. Bawił się z nimi, żartował, zabierał na spacery i zostawiał pod ladą najlepsze kawałki wątróbki. Nie widział kopytek, pokrytych łuską ogonów, ani kłów.

Co najdziwniejsze, Tyfcia i Pulek z czasem zaczęli się zmieniać. 

Pewnego dnia, kiedy ubierałam ich na dwór, zamiast kopytek odkryłam małe stópki i w sumie dwadzieścia brudnych paluszków, przez co zamiast na spacer, pomaszerowałam do laptopa zamówić buty. Innego dnia ze starego pokoju babci zniknęły motyle i kwiaty przyczepione szpilkami do ścian, za to pojawiła się tam tapeta w podobne do nich wzory. Parę tygodni później, przy rutynowym czyszczeniu dzieciom uszu, stwierdziłam, że przestały być spiczaste, a muszelka małżowiny jest zwyczajnego kształtu. Ogony też stawały się coraz krótsze – każdego dnia zaznaczaliśmy we troje ich długość na ścianie, żeby zobaczyć, ile jeszcze czasu potrzeba, by całkowicie zniknęły. 

W sekretarzyku babci znalazłam dokumenty, których tam nie odkładałam – dwa niepozorne akty urodzenia, w których ojciec był nieznany, ale ja byłam wpisana jako matka. Z czasem pojawiła się też teczka, a w niej dokumenty z numerami PESEL i nawet książeczki zdrowia. Tymcio i Ulcia – takie imiona tam widniały, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy dzieci naprawdę się tak nazywały, czy może znów wszystko zmyśliły. 

Kiedy po kilku miesiącach Karol wprowadził się do nas, do domku po babci Anieli i do naszego życia, przygotowałam na obiad smażoną wątróbkę z cebulą, aby to uczcić. 

Ubóstwienie wobec tej potrawy było jedną z niewielu rzeczy, jakie ostały się Tymciowi i Ulce z czasów, kiedy jeszcze pozostawali diabelskimi dziećmi z fasoli, znalezionymi w kapuście. 

 

Koniec

Komentarze

Cześć

Piękne opowiadanie, zawierające mnóstwo emocji, które przekazuje nam bohaterka. Widać, że się stara z całych sił, żeby Tyfce i Pulkowi było jak najlepiej. Jest tutaj tęsknota do macierzyństwa i jednocześnie ogromne pokłady miłości, która musi znaleźć odbiorcę, bo bez niego/niej, sama w sobie nie może istnieć. 

Technicznie nic mi nie przeszkadzało. 

Klik!

Pozdrawiam

Uśmiechnęło. Nie będę powtarzał komentarza Hesketa, bo w całości go aprobuję (komentarz). Klik. :)

@Hesket, dziękuję za piękny komentarz i klika:) Sama mam właśnie takie maluszki w domu (nie z fasoli co prawda, ale też potrafią dać w kość) i zależało mi, żeby trochę tego spojrzenia na macierzyństwo/rodzicielstwo tutaj przemycić. Że jest ciężko, ale jednak jest to pełen magii czas, szczególnie, jak dzieci są małe. Myślę, że jak dorosną, to będzie za czym tęsknić :) 

 

@Koala75, dziękuję za przeczytanie i klika :) 

www.instagram.com/pisze.po.swojemu/

Nowa Fantastyka