Zapraszam na nowe opowiadanie. Dziękuję za pomoc betującym :-) Tekst zawiera wulgaryzmy.
Pozdrawiam
Zapraszam na nowe opowiadanie. Dziękuję za pomoc betującym :-) Tekst zawiera wulgaryzmy.
Pozdrawiam

Diomo siedział na drewnianej ławce nad jeziorem i przyglądał się szybującym po niebie ptakom. W oddali, w gorącym powietrzu, falowały mury świętego miasta. Nie odczuwał pragnienia ani głodu. Nie był też zmęczony, chciał tylko posiedzieć i nacieszyć się pięknym widokiem. Przemierzanie odległości między kontynentami nie sprawiało kłopotu – znikał i pojawiał się w miejscu, o którym pomyślał. Owszem, zdarzały się wpadki, gdy musiał lądować awaryjnie na zatłoczonym rynku. Przerażeni ludzie uciekali w popłochu, widząc wielkiego, łysego człowieka, z którego ramion rozpościerały się potężne skrzydła. Mylił też epoki i pewnego razu, wzięty za demona, wpadł w przygotowaną wcześniej pułapkę, o mały włos, a zostałby spalony żywcem.
Ludzie to dziwne stworzenia – myślał. Rzucił kamień do wody. Spojrzał na nadgarstek, na którym pojawił się mały zielony świetlik.
– Koniec relaksu – powiedział do siebie. Wstał, bezszelestnie wzniósł się nad ziemię i zniknął.
*
– Gdzie ty się szlajasz? – zapytał Szef.
Patrzył na sługę przenikliwymi, niebieskimi oczami.
– Odpoczywałem – rzucił Diomo.
– Przecież nie musisz.
– Tak, ale…
– Koniec dyskusji – przerwał mężczyzna. – Twoi bracia poinformowali mnie, że wróg przedostał się do niewielkiego szpitala i skutecznie się w nim ukrywa. Próbowali zlokalizować Pijawca, ale okazało się to niemożliwe. Z racji tego, że masz większe doświadczenie i umiejętności, przydzieliłem cię do tej sprawy.
– Rozumiem, że przybiera formy, których wcześniej nie stosował?
– Tego dowiesz się na miejscu. – Szef wstał, po czym, unosząc się tuż nad posadzką, zbliżył do Diomo. Położył rękę na jego ramieniu, uśmiechnął się nieznacznie i puścił oczko. – Wierzę w ciebie. Nie zepsuj tego.
Anioł stwierdził, że nie ma się do czego śpieszyć, dlatego postanowił obejrzeć zachód słońca w Egipcie. W czasie krótszym niż mrugnięcie oka wylądował na jednej z piramid i wzruszony patrzył, nie mogąc nasycić się pięknem chwili.
*
Metalowe drzwi szczęknęły, następnie jęknęły niczym wrota piekieł, gdy sanitariusz Golenia wszedł na oddział. Nawet rutynowe “dzień dobry”, którym zazwyczaj raczyli go mijani pacjenci, tym razem nie padło – korytarz był martwy. Sposób, w jaki się poruszał, był jego cechą charakterystyczną. Wyglądał, jakby chciał się wybić w niebiosa, dlatego ochrzczono go ksywką Sprężyn.
Zmierzał w stronę miejsca, w którym się przebierał w białe spodnie i koszulkę. Pomieszczenie zbliżone rozmiarami do toi-toia, trudno było nazwać szatnią, choć pełniło obecnie tylko tę funkcję. Wcześniej znajdowały się w nim miotły, mopy, wiadra, wisiały kaftany bezpieczeństwa w zestawie z pasami na magnesy, oraz klasycznymi na sprzączki.
Łysa głowa Goleni zdawała się świecić, jakby była celowo polerowana przez właściciela. Ktoś mógłby pomyśleć, że należy do świętego, który w podskokach przemierza korytarz szpitala. Wielki, barczysty mężczyzna miał na sobie różowy plecaczek, nie pasujący do jego poważnej sylwetki. Gwizdał pod nosem melodię piosenki, którą słyszał w radiu, jadąc do pracy swoim krwiście czerwonym Oplem Astra. W ogóle nie przejmował się, że nie zrobił przeglądu i za każdym razem, mijając radiowóz, cieszył się jak małe dziecko.
Pocałujcie mnie w dupę – myślał i zaczynał się śmiać. Choć doskonale zdawał sobie sprawę, że jeśli zostanie zatrzymany, jego pensja mocno się uszczupli.
– Moja mała blondyneczko – podśpiewywał.
Pacjenci wychodzili na korytarz. Gdy tylko zobaczyli łysego, szybko wracali do swoich sal.
– Witajcie, panowie! – Golenia wszedł do pomieszczenia socjalnego, w którym dwóch jego kolegów siedziało przy niewielkim stoliku, najwyraźniej przysypiając.
Socjalny przylegał do sali obserwacyjnej. Mężczyzna po lewej stronie okna weneckiego ziewał, wydając odgłos przypominający zawodzenie wieloryba. Kolega naprzeciwko patrzył przez półprzymknięte powieki i kiwał z dezaprobatą głową.
– Coś taki zadowolony? – zapytał Golenię. – Cieszysz się na myśl, że zaczynasz kolejny dzień w Dratkach?
– A dlaczego miałbym być niezadowolony? Wiesz, Kubuś, że ludzie, którzy się denerwują, żyją krócej średnio o dziesięć lat?
– Tak? Co ty nie powiesz. – Kuba poprawił się na krześle. – A gdzie to wyczytałeś?
– Mało istotne – Golenia próbował uciąć rozmowę. Wiedział, że za chwilę mogą paść słowa, których ani on, ani kolega nie chciałby usłyszeć.
– Czy wy zawsze musicie z rana pierdolić jakieś farmazony? – zapytał trzeci.
– To nie są farmazony. – Spokojny głos Goleni był pozorny. Gdyby mógł, najchętniej wyrzuciłby tych dwóch pajaców przez okno. Na szczęście wszystkie były zakratowane.
– Zenek się spóźni dzisiaj? – Kuba rzucił okiem na zegarek, prezent od żony z okazji piętnastej rocznicy ślubu.
– Mnie się pytasz? – Golenia wyciągnął z plecaka spodnie i koszulę.
– Ciebie.
– Skąd mam wiedzieć? Nie jestem jego aniołem stróżem.
Golenia włożył pod pachę ciuchy i wolnym krokiem udał się do przebieralni. Na miejscu wyciągnął pęk kluczy i jak zwykle nie miał pewności, czy wybrał ten dobry, włożył go do zamka. Pasował.
– Moja mała blondyneczko, czy ty o tym wiesz – śpiewał rozbawiony. Wszedł do środka i włączył latarkę w smartfonie. Przebierał się w nikłym świetle. Cuchnęło tutaj starą rupieciarnią i czymś bliżej nieokreślonym, jakby rybą.
Co to może być? – zastanawiał się, lecz po chwili zrezygnował. Nie lubił zbyt długo myśleć o jednej rzeczy, dlatego opracował skuteczną metodę odganiania od siebie niepożądanych myśli. Przekierował uwagę na śniadanie. Mógłby skorzystać z jedzenia przeznaczonego dla pacjentów, ale kto jadłby ciągle kaszę na przemian z ryżem? A poza tym, jak można podzielić plasterek marnej szynki na trzy kromki chleba? I ten malutki kawałek margaryny? Golenia lubił jeść – nażreć się konkretnie, treściwie, oraz co ważne, wszystko musiało mu smakować. Kiedyś kilka razy spróbował wiktu szpitalnego i powiedział sobie – nigdy więcej! Czasami żałował pacjentów, ponieważ nie mieli większego wyboru – przynajmniej ci, którzy nie mogli się spodziewać pomocy z zewnątrz.
*
Szpital psychiatryczny w Dratkach był jednym z największych w kraju, i chyba najstarszym. Przekształcony z poaustriackich koszarów, z zewnątrz robił niesamowite wrażenie. Gdy weszło się na jego teren, wielkie drzewa, przeważnie lipy i dęby, szczególnie późną jesienią ogołocone z liści, przytłaczały swoimi rozmiarami, a podczas silniejszych wiatrów ich stare, grube gałęzie skrzypiały, gdzieniegdzie uderzając o siebie jakby z oddali niósł się odgłos arytmicznego stepowania szaleńca. Z wygiętych, wiekowych koron, na tle wieczornego nieba zygzakowate formy zdawały się przenikać przez siebie, łączyć w siatki czarnych unerwień, miejscami naznaczonych ażurem jasnego tła.
Cztery oddziały trzykondygnacyjnych bloków, a każdy podobny do siebie. Wjechać na teren szpitala można było jedynie za zezwoleniem – nie dotyczyło to personelu. Odwiedzający i nieupoważnieni zostawiali swoje samochody na niewielkim parkingu, na którym ciągle brakowało miejsc, dlatego część osób wybierała centrum miasta. Wyjścia z patowej sytuacji nie było i nikomu oprócz rodzin pacjentów, specjalnie nie zależało na tym, żeby to zmienić.
Golenia wyszedł ze swojej kameralnej przebieralni. W tych białych ciuchach wyglądał jak lekarz – przynajmniej tak mu się wydawało; brakowało tylko stetoskopu zawieszonego na szyi, drewniaków i okularów na końcu nosa, których nigdy nie nosił, bo wzrok miał sokoli. Doktor w jakiś niepojęty dla niego sposób musiał je mieć. Golenia myślał naiwnie, jak dziecko, że jeśli człowiek medycyny nie nosi szkieł, to jest mało wiarygodny, albo co najmniej kiepski w wykonywanym zawodzie.
– Pobudka! – wołał, pukając w drzwi każdej sali.
– Spierdalaj! – Doleciało go spod szesnastki.
Wszedł do środka, rozglądając się jak Terminator w ostatnim dniu sądu.
Czterech pacjentów ścieliło łóżka, a piąty, schowany pod kołdrą, prowadził w ciemnościach ożywiony monolog.
– Osa! – wrzasnął Golenia. – Wyłaź z piernat, bo za chwilę ci w tym pomogę.
Pacjent nie reagował. Jedyną zmianą było to, że kołdra przestała się ruszać.
– Osa. Nie żartuję.
Golenia stał jeszcze przez chwilę w drzwiach, po czym ruszył sprawdzić resztę sal. Siedemnastka różniła się od poprzedniej – skąpana w jasnym świetle, wydawała się być zwykłym, choć zbyt dużym pokojem. Na parapecie rosły piękne kwiaty, a ściany zdobiły obrazy martwych natur. Dwóch mężczyzn w średnim wieku siedziało na skraju swoich łóżek i prawie w tym samym momencie odwrócili głowy; nie byli zadowoleni. Grymas na ich twarzach wyrażał coś pomiędzy reakcją na kwaśną cytrynę, a zjełczały ser.
– No i jak panowie? Piękny dzień, prawda? – zapytał Golenia, jakby nie brał w ogóle pod uwagę, że osoby, do których się zwraca, nie są kumplami spotkanymi w parku, podczas słonecznego, letniego spacerku.
– Dla kogo piękny, dla tego piękny. – Chudy człowiek z wąsikiem Małysza, wystrojony w koszulę z nadrukiem tańczącej Myszki Miki, zmierzył Golenię od stóp do głów.
– O, widzę, Świerczewski, że wstałeś lewą nóżką!
– A co to ja, kura? Nogę mam! Nogę! – krzyczał fan Myszki.
– Kura, nie kura, ale jeść musi. Wstajemy! – Sanitariusz klasnął w dłonie.
Gdy wyszedł, Świerczewski machnął ręką.
– Idiota – podsumował.
Coraz więcej pacjentów wychodziło z sal i kręciło się po korytarzu. Ranne ptaszki – palacze, siedzieli w palarni już od świtu; bywali też tacy, którzy regularnie, cichym krokiem odwiedzali to miejsce nocą, budzeni przez głód nikotynowy. Zdarzały się wyjątki, że pół oddziału nie mogło spać, ponieważ piętro wyżej ktoś zawodził na cały głos: WEEEEEEROOOONIIIIIIKAAA!!! Ale to były sytuacje na tyle rzadkie, że większość nie robiła z nich problemu.
Golenia wszedł do wędzarni.
– Dzień dobry, panowie – powiedział.
Został zmierzony wzrokiem przez siedzących przy stole. Gdy wyszedł i zamknął za sobą drzwi, wewnątrz wybuchła salwa śmiechu.
Idąc korytarzem minął się z pacjentem Tiulą, który przypominał bardziej posąg niż żywego człowieka. Gdy sanitariusz oddalił się nieznacznie, podśpiewując coś pod nosem, Tiula spojrzał w jego stronę.
– Bulgoty – wyszeptał.
Zmrużył oczy jak znudzony, stary kot, który widział już chyba wszystko, co na Ziemi, i wysoce prawdopodobne, że także w niebie. Jak niezbadane są wyroki boskie, tak w przypadku Tiuli wszystko wydawało się zbadane. Przecież on, jako były specjalista od przypadków beznadziejnych i wydawałoby się niewyjaśnionych, podczas pracy w tajnych służbach, jak z Archiwum X, wyróżniał się na tle reszty agentów – zamykał każdą sprawę i przede wszystkim, z adnotacją – wyjaśnione. Według niego nie istniało coś takiego, jak siły nadprzyrodzone, życie po śmierci i wszystkie tym podobne bzdury, choć był świadkiem wydarzeń, które niejednemu twardzielowi zmierzwiłyby włosy na głowie. Należał do profesjonalistów i gdyby nie ci, którzy wrobili go w ten cały cyrk szpitalny, wsadzili do tego cholernego wariatkowa, pokazałby im, gdzie pieprz i wanilia rosną.
Przez pierwsze dwa lata pobytu w Dratkach walczył listownie z administracją szpitala. Składał zażalenia, pisał długie litanie odwołań do sądu, że został niesłusznie ubezwłasnowolniony.
Tiuli skończyły się pomysły na uwolnienie się z murów molocha. Zachodził w głowę, co może jeszcze zrobić – przez krótki czas myślał nawet o ucieczce, ale zdał sobie sprawę, że zapewne jeszcze w ten sam dzień zostałby złapany, a konsekwencje byłyby dla niego opłakane. I nie, nie chodziło o to, że pogorszyłby sobie sytuację długoterminowo – był świadomy, że po zgarnięciu zostanie zabezpieczony i naszprycowany jakimś świństwem.
– Bulgoty, ty łysy chuju – wymamrotał pod nosem Tiula i poszedł zapalić ostatniego Camela, którego ukradł rano nowemu spod ósemki.
Wszedł do palarni i wesołe głosy ucichły. Gruby Tony patrzył przez wielkie szkła okularów, przez co jego oczy, powiększone dwukrotnie, wydawały się w ogóle nie pasować do twarzy. Skrzywił się i cmoknął.
– Ulala – powiedział. – Kogo ja tu widzę? Tiula, znowu buchnąłeś komuś fajeczkę, ty stary złodzieju?
– Odjeb się.
Tony dźwignął się z drewnianego krzesła, które zaskrzypiało – nie wiadomo, czy z ulgi, czy dlatego, że było stare i naprawiane wielokrotnie przez terapeutę zajęciowego. Podszedł do Tiuli – przy którym wyglądał, jak Goliat.
– Czy po ostatnich, jakże niemiłych dla ciebie wydarzeniach, nadal chcesz mnie wkurwiać? – zapytał?
Tiula milczał. Odpalił papierosa i wyjrzał przez zakratowane okno. Wielki wiatrak, pracujący dwadzieścia cztery godziny na dobę, huczał wmontowany w ścianę.
– Nie chce mi się z tobą gadać.
– Ale może mi się chce gadać z tobą. – Zaszedł Tiulę od tyłu i złapał za kark.
– Weź tę łapę, albo ci ją złamię.
– Tylko spróbuj – Tony zaśmiał się, jakby usłyszał wyjątkowo dobry kawał. Reszta pacjentów siedzących przy stole obserwowała przedstawienie; dla nich wyjątkowo ciekawe, bo lepsze niż nudna telewizja.
Tiula błyskawicznie złapał rękę Tonego, jednocześnie wykonał obrót w jego stronę i splunął w twarz; zakończył akcję kopnięciem w krocze. Tony wypuścił z płuc powietrze, złapał się za przyrodzenie i cicho jęknął. Patrzył z niedowierzaniem, jakby jeszcze do niego nie dotarło, że właśnie został spacyfikowany.
Gdyby nie kamera zamontowana w rogu palarni, możliwe, że o zdarzeniu nikt by się nie dowiedział. Nie upłynęła minuta i do środka wpadł Golenia w towarzystwie drugiego sanitariusza. Złapali Tiulę pod boki i wyprowadzili.
– Znowu przypał? – zapytał Golenia. – Czemu robicie rozróbę zaraz z rana? Wybierzcie sobie jakiś dzień weekendowy. W sobotę jest luźniej – zaśmiał się.
– Możecie mnie puścić?
– Nie, bo byłeś niegrzeczny – podsumował młody sanitariusz. Gdyby nie rudy kolor włosów i twarz w odcieniach papieru toaletowego, ktoś mógłby pomyśleć, że to wcielenie wokalisty Boney M.
Wprowadzili Tiulę na jego salę. Został przy nim Golenia, a rudy poszedł po kaftan.
– Teraz włóż grzecznie rączki do rękawów, bo nie będziemy cię o to prosić – oznajmił łysy.
Tiula wiedział, że dyskutowanie nie ma sensu, dlatego zrobił, co mu kazano. Długie rękawy związali na plecach, po czym obrócili tyłem w stronę łóżka.
– Kładź się – rozkazał Golenia.
Pasy biegnące od kaftana umocowano do wezgłowia. Na koniec przywiązali nogi.
Lekarz przebywający poza oddziałem został poinformowany o incydencie w palarni. Telefonicznie zlecił wykonanie zastrzyku.
Niedoszły wokalista Boney M. wszedł do zabiegowego i błądził wzrokiem jak kura, obracając głowę na boki. Miał za sobą pół roku pracy i uważał, że przezorny powinien być zawsze ubezpieczony, a u niego polegało to na częstym rozglądaniu się – nie wiadomo, kiedy i skąd może nadejść cios.
– Grażynka, iść z tobą? – zapytał.
– Jak chcesz, to chodź.
Grażyna miała dwadzieścia pięć lat i była wyjątkowo zgrabną, ładną dziewczyną. Gdy szła korytarzem, nie sposób było przeoczyć jej długich nóg oraz krągłych pośladków, które niczym dwie świeże bułeczki zapraszały do konsumpcji. Rudy kroczył za nią i udawał, że wcale nie gapi się na jej tyłek; robił to tak nieudolnie, że jeden z pacjentów, stojący w drzwiach ósemki, parsknął śmiechem. Klon wokalisty Boney M. zatrzymał się i zmierzył delikwenta piorunującym wzrokiem, jednocześnie czerwieniąc się jak indor.
– Co się patrzysz? Nie masz nic innego do roboty?
Spłoszony chory obrócił się na pięcie i wszedł do sali.
Gdy Rudy wparował na obserwacyjną, Grażyna dawała Tiuli zastrzyk.
– Leż spokojnie – powiedziała.
Tiula wydawał się mieć daleko gdzieś złote rady pielęgniarki. Przypominał człowieka, który znajduje się na plaży, a nie kogoś, kto spędzi kolejne dwadzieścia cztery godziny w kaftanie, przywiązany do łóżka.
– Mógłbym prosić o szklankę wody? – zapytał.
– Nie ma sprawy, tylko muszę na chwilę wrócić do zabiegowego, wpisać w raport to i owo. – Uśmiechnęła się i pogłaskała go po lewej, zaciśniętej w pięść dłoni. – Przykro mi, Tiula, że znowu cię zapięli. Dlaczego tak rozrabiasz?
Obrócił głowę w jej stronę, spojrzał głęboko w oczy i powiedział:
– Bo jest tu cholernie nudno.
– Żartowniś.
Wyszła z obserwacyjnej. Pacjent siedzący na łóżku przy wielkim, zakratowanym oknie mlasnął, niczym pies na widok smakowitego kawałka mięsa.
– Opanuj się, Zakrzewski – warknął Tiula.
– Bo?
– Bo, jak mnie odepną z tego gówna, to przestawię ci kilka zębów.
O siedemnastej wydawano kolację, ale najwyraźniej ktoś zapomniał o człowieku leżącym na łóżku w sali obserwacyjnej. Dźwięk uderzających o talerze metalowych łyżek niósł się przez cały korytarz.
Tiula obrócił głowę w stronę zakratowanego okna. Widział samochody zatrzymujące się na czerwonym świetle. Wielkie płatki śniegu spływały z wieczornego nieba niczym pierze, jakby ktoś tam na górze bawił się w wojnę na poduszki. Prostokąt lustra weneckiego odbijał postać leżącego i puste łóżka.
Zabezpieczony Tiula leżał i nasłuchiwał. Za sobą miał stary, zapowietrzony kaloryfer. Co chwilę w nim bulgotało. Jeśli ktoś poświęciłby chwilę i przyłożył ucho do żeliwnych żeber, zrozumiałby, że czas pomiędzy jednym bulgotem a kolejnym jest do siebie zbliżony.
Pod łóżkiem zaczęła się tworzyć niewielka kałuża.
*
O drugiej w nocy, gdy Golenia wszedł na obserwacyjną, wszyscy pacjenci spali. Zbliżył się do łóżka Tiuli i patrzył, jak z trudem oddycha.
– Gdybyś nie był upartym chujem, nie musielibyśmy tego robić, a tak… – cmoknął i pokręcił głową z dezaprobatą. – Bo widzisz, niczego ci nie utrudniamy, staramy się pomagać, robić swoją robotę, a ty ciągle coś odpierdalasz.
Tiula nie spał i doskonale wszystko słyszał. Obawiał się tylko jednego, że Goleni przyjdzie do głowy jakiś głupi pomysł. Było to uzasadnione, ponieważ wszyscy, którzy go znali, wiedzieli, że jest idiotą. Ale nie to było najgorsze… Golenia wiedział, jak postępować w sytuacjach dla niego niekorzystnych, jak podlizywać się dyrekcji i jak sprzedawać kolegów z pracy w zamian za drobną podwyżkę. Prawdopodobnie, gdyby reszta sanitariuszy znała ten proceder, wyniosłaby go w worze.
Tiula czuł na twarzy nieświeży oddech Goleni i wyobrażał sobie, że gdyby tylko ręce miał wolne, złapałby za szyję brudasa i udusił.
Łysielec stał jeszcze przez chwilę przy łóżku i w końcu wyszedł z sali.
Pacjent spod wielkiego okna podniósł głowę.
– Psttt. Tiula, śpisz? – zapytał szeptem.
– A jak ci się wydaje?
– Skoro odpowiadasz, to chyba nie.
– No, jak widać i słychać.
– Chcesz zapalić?
– Perliczka, co to za pytanie? Przecież widzisz, w jakiej jestem sytuacji.
– No, ale jak chcesz, to cię poczęstuję.
Perliczka wstał i sunął w stronę Tiuli w znoszonych papciach – chudy i niski, cień przypominający szpiega z krainy deszczowców. Otworzył paczkę, wyciągnął papierosa i włożył mu do ust. Przez kilka sekund szukał zapalniczki.
– Dzięki, Perliczka – wymamrotał kącikiem ust Tiula. – Na ciebie zawsze można liczyć.
– Trzeba sobie pomagać, co nie?
– Ale wiesz, że jak nas nakryją, podzielisz mój los?
– Wiem. Leżałem w pasach nieraz.
– Dobry z ciebie kolega. – Tiula się uśmiechnął.
Dym z papierosa unosił się w sali niczym zbłąkana dusza. Oprócz Perliczki żaden z pacjentów się nie wybudził, pogrążeni w głębokim chemicznym śnie, nie widzieli, jak Tiula zaciąga się papierosem, a Perliczka raz za razem strzepuje popiół na dłoń.
– Słyszałeś bulgoty? – zapytał Tiula.
– To znaczy?
– W kaloryferach. Gdy mnie zabezpieczyli, zwróciłem na to uwagę.
– No i co w tym dziwnego? – Perliczka gapił się na ścianę, jakby oglądał seans.
– To nie jest zwykłe zapowietrzenie. Coś tam jest.
– Że niby co?
– No, nie wiem. Może jakieś żywe stworzenie.
– Słuchaj, Tiula. – Perliczka odwrócił głowę od ściany i świdrował wzrokiem leżącego. – Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że postradałeś już do reszty rozum. Wiem, dlaczego tu jesteś i wierzę ci, ale zaczynasz gadać bzdury. Większą część mojego smutnego życia spędziłem w psychiatryku i poznałem wspaniałe osoby, jedną z nich jesteś ty, dlatego proszę cię, zastanów się, czy to, co gadasz, ma sens. – Wstał, podszedł do kosza i wyrzucił kiepa. Wrócił do siebie, położył się i nakrył kołdrą po uszy. – Dobranoc, Tiula.
– Śpij dobrze, Perliczka. Dzięki jeszcze raz za szluga.
– Nie ma sprawy. Następnym razem to ty ratujesz.
*
– A teraz, powiesz mi, w jaki sposób udało ci się wyswobodzić? – zapytała pielęgniarka, gdy weszła na salę i zobaczyła, że Tiula siedzi na łóżku, jak gdyby nigdy nic.
– I tak mi pani nie uwierzy.
– Spróbuj, może mnie przekonasz. – Puściła do niego oczko.
– Nie wiem dokładnie, o której, ale zrobił to Golenia.
– Czy chcesz przez to powiedzieć, że zrobił to jeden z największych służbistów na oddziale?
– Dokładnie tak.
– Wybacz, Tiula, ale nie mogę w to uwierzyć – zawiesiła głos. – Chociaż jestem niesamowicie ciekawa, w jaki sposób udało ci się tego dokonać.
– Mów mi Houdini. – Odwzajemnił się puszczeniem oczka.
– No dobra. Ale wiesz, co teraz musi się stać?
– Chyba tak.
Spojrzał w stronę okna, gdzie wszystkiemu przyglądał się Perliczka.
– Niestety, ale będę zmuszona to zaraportować. Za chwilę przyjdą sanitariusze, żeby cię ponownie zabezpieczyć.
– Jeśli tak trzeba, to nie mam innego wyjścia.
– No, nie masz – podsumowała i wyszła na korytarz.
Po chwili dwóch rosłych goryli wiązało Tiulę do ram łóżka.
– Powiem ci, że z miesiąca na miesiąc jesteś coraz lepszy – odezwał się ten wyższy, zarośnięty jak małpa. Świdrował leżącego małymi oczkami, skrytymi częściowo pod krzaczastymi brwiami.
– Ty też – skwitował Tiula. – Za niedługo zamienisz się całkowicie w małpę. A może nią jesteś, tylko skutecznie się maskujesz.
– Zamknij japę.
Gdy wyszli, Tiula spojrzał na czerwone dłonie.
Zacisnęli najmocniej, jak tylko można, gnoje – pomyślał.
Po śniadaniu pierwsze co zrobił Perliczka, to usiadł na łóżku przyjaciela.
– Jak się masz? – zapytał.
– Całkiem nieźle, tylko nie czuję rąk.
– Kiedyś karma do nich wróci. – Perliczka miał w oczach łzy. – Szkoda mi cię… wszystkich tutaj szkoda.
– Spokojnie, już niedługo. – Twarz Tiuli rozjaśnił uśmiech.
*
Golenia zaparkował samochód pod szpitalem i zamaszyście ruszył w stronę oddziału.
– Cześć, Jola! – przywitał się z młodą pielęgniarką idącą w stronę bliźniaczego bloku.
– Jak zawsze wesoły i uśmiechnięty! – Pomachała mu.
Podobała mu się i chciał zaprosić ją na kawę, ale za każdym razem zdążyła uciec.
Wszedł na oddział, przebrał się i ruszył do pomieszczenia przylegającego do sali obserwacyjnej. Kuba siedział przy stole.
– Byłeś w zabiegowym? – zapytał.
– A niby po co?
– Tiula powiedział, że go rozwiązałeś.
– Co?
– Pepsi szkło. Lepiej zgłoś się sam i wyjaśnij sprawę, bo i tak masz wystarczająco przejebane.
Golenia przebierał nogami niczym postać z kreskówki. Zziajany i zlany potem wszedł do zabiegowego. Grażyna rozkładała leki do małych plastikowych kubeczków. Podniosła głowę i spojrzała ze zdziwieniem na wystraszonego sanitariusza. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie.
– Grażyna – powiedział. – Co tu się odpierdala?
– To znaczy?
– Tiulę ktoś rozwiązał?
– Aaa… faktycznie. – Ściągnęła usta w dziubek. – Nie przeszkadzaj mi teraz, bo się pomylę.
– Grażyna… – wydukał Golenia.
Przerwała rozkładanie.
– Co ci mogę powiedzieć?
Usłyszał w jej głosie litość.
– Odwiązałeś go. Siedział na łóżku, a rączki i nóżki miał wolne – zaśmiała się.
– Zabawne – wyszeptał przez zaciśnięte zęby. Był przekonany o prawdziwości teorii, którą kiedyś wymyślił. Brzmiała mniej więcej tak: wszyscy grają jakieś role, jedni lepiej, drudzy gorzej i życie jest jak teatr. Człowieka można porównać do cebuli, która składa się z warstw. Najgorsze, że istnieli inni, jednostki szczególne, obnażające kłamstwa w całej tej szopce egzystencji.
– Dzień dobry.
Gdy Golenia usłyszał za plecami głos ordynatora, zerwał się jak oparzony.
– Dzień dobry, panie ordynatorze.
– Panie Golenia, proszę usiąść. – Ordynator wskazał krzesło. – Podobno rozwiązał pan w nocy pacjenta… Grażynka, jak on się nazywał?
– Tiula.
– Tak. Tiulę. To prawda?
– To jakieś bzdury!
– Ale proszę nie krzyczeć, dobrze?
Ordynator wyciągnął z kieszeni niebieski długopis i stukał nim w blat.
– Wie pan, że na obserwacyjnej są kamery. Możemy to łatwo sprawdzić.
– Proszę bardzo.
Golenia szedł na całość. To jakaś farsa – myślał. Jak mogą posądzać go o takie niedorzeczności?
Minęło dobrych kilka minut, zanim lekarz znalazł to, czego szukał.
– Proszę spojrzeć. – Obrócił monitor. – Czy to pan?
Golenia patrzył i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na nagraniu widział, jak wchodzi do sali obserwacyjnej, zbliża się do łóżka Tiuli, po czym go rozwiązuje. Ordynator zatrzymał nagranie.
– Trzecia trzydzieści cztery – powiedział. – Czy nadal pan utrzymuje, że to pomówienie?
– Panie ordynatorze… nie wiem, jak się wytłumaczyć.
– Zdziwiłbym się, gdyby pan potrafił.
Lekarz splótł palce dłoni i przyglądał się przez dłuższą chwilę sanitariuszowi. W końcu uśmiechnął się i powiedział:
– Panie Golenia… w zaistniałej sytuacji będę musiał podjąć kroki dyscyplinarne.
– Ale…
– Żadnego ale! – Ostry ton zakończył wymianę zdań. Golenia podniósł się z trudem z krzesła, jakby postarzał się w kilka minut o kilkadziesiąt lat. Wyszedł z zabiegowego z pochyloną głową. Idąc korytarzem pchnął pacjenta, który zawadził nogą o stół. Stojący na nim plastikowy pojemnik z herbatą spadł na podłogę. Będąc już poza oddziałem, trzasnął drzwiami z całych sił.
*
Po powrocie do domu nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ze złości nie mógł pozbierać myśli. W końcu stwierdził, że weźmie kąpiel. Odkręcił kurek z ciepłą wodą. Wypełniała powoli wannę, a on siedział na muszli klozetowej i patrzył tępo w ścianę. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie czuł się dobrze we własnym ciele. Lustro nad umywalką zaparowało. Wstał, przetarł je dłonią i zobaczył swoje odbicie – obce, rozmywane co chwilę przez spływające krople – łączyły się w niewielkie strużki. Zdał sobie sprawę, że stał się nieistotny i nie było nikogo, komu zależałoby na tym, aby istniał. Stracił pracę, która dawała mu poczucie sensu i przydatności. Paradoks – silny, zdrowy mężczyzna, we własnych oczach zamienił się w małego, nędznego robaka. Wystarczyło pomówienie, nagranie, zapewne spreparowane przez jakiegoś złośliwego przydupasa dyrektora.
Musieli podstawić kogoś podobnego – myślał.
Wszedł do wody i zanurzył się w niej cały; leżał tak przez chwilę.
Nagle okrył go cień, jakby ktoś zgasił światło. Złapany za gardło zaczął się dusić. Wyskoczył z wanny, poślizgnął, uderzył głową w umywalkę i stracił przytomność.
Obudził się nagi i zziębnięty. Wstał i chwiejnym krokiem wszedł do pokoju. Usiadł na fotelu i złapał się za tył głowy, gdzie wyczuł wielkiego guza. Otwarte drzwi do łazienki, z której sączyło się blade, żółte światło, wyglądały niczym kadr z horroru. Wyobraził sobie, że to nie on tam leżał, tylko ktoś inny. Zaśmiał się szaleńczo. W końcu narzucił na siebie szlafrok i włączył telewizor. Jak gdyby nigdy nic, oglądał wiadomości i wydawał się zapomnieć, że jeszcze niedawno coś lub ktoś chciał go udusić. Gdy pogodynka – ładna, zgrabna blondynka z wielkim biustem, mówiła o nadchodzącym niżu, wyczuł przy sobie obecność. Spojrzał w prawo – na kanapie obok niego siedział anioł – był łysy, a jego głowę otaczała szklana kula; posiadał wielkie skrzydła, na których znajdowały się ruchome oczy. Przybysz uniósł lewą rękę i zastygł.
Przerażony Golenia wpatrywał się w tajemniczego gościa.
– Kim ty jesteś, do cholery? – zapytał.
– A na kogo wyglądam?
– Na anioła.
– Zgadłeś.
Skrzydlaty nagle wstał, wzbudzając skrzydłami wielki powiew. Wiszące na ścianie, oprawione w szkło zdjęcia, spadły na podłogę. Podszedł do okna – był zmuszony pochylić głowę, inaczej szorowałby nią po suficie. Odsunął nieznacznie firanki i spoglądał na ruch uliczny.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał Golenia.
– Raczej, co mogę dla ciebie zrobić.
– Nie potrzebuję twojej pomocy.
– I tutaj bardzo się mylisz. Nawet nie wiesz, w jakiej sytuacji się znalazłeś.
Po tych słowach w mgnieniu oka znalazł się z powrotem przy Goleni. Usiadł i, rozglądając się po wystroju wnętrza, kręcił głową z dezaprobatą.
– Mogłeś się lepiej urządzić. Dobrze ci w samotności?
Golenia milczał.
– Przepraszam, nie przedstawiłem się. Mam na imię Diomo. Widzę, że bardzo się boisz. Bez obaw, nic ci nie grozi… Przynajmniej z mojej strony. Miałeś szczęście, że przybyłem w porę, inaczej znaleźliby cię rano martwego. Duszniki są bardzo złośliwe.
– A co to takiego?
– To one chciały cię udusić, a poza tym w głowie masz Pijawca, który niepostrzeżenie przedostał się do twojego ciała. Trudno zlokalizować te stworzenia, ale jestem pewien, że masz go w sobie. Dlatego też uwolniłeś nieświadomie Tiulę. Jak się okazuje, nie zawsze Pijawiec podsuwa złe myśli.
– Nie czuję się chory.
– Choroba nie ma tu nic do rzeczy. Z Pijawcem możesz dożyć późnej starości i w ogóle nie wiedzieć, że większość twoich myśli nie pochodziła od ciebie. Inaczej… nie wynikała z twojej woli.
Anioł zawiesił na chwilę głos, po czym mówił dalej.
– Patrzyłem, gdy przychodziłeś na świat, towarzyszyłem ci w sukcesach i porażkach, w bólu i radości. Pamiętam każdą myśl, którą kierowałeś do mnie. A gdy byłeś dzieckiem, czułeś moją obecność. Możesz tego nie pamiętać, ale często rozmawialiśmy, zazwyczaj nad ranem, gdy jeszcze spałeś. Dorastałeś a z upływem lat nasz kontakt słabł. Dopóki żyjesz, będę przy tobie.
Przerażony Golenia nie wiedział, co powiedzieć. Ogarnięty niemocą, mógł jedynie siedzieć i słuchać.
– W przyszłości dokonasz kilku słusznych wyborów – powiedział anioł i spojrzał na Golenię. – Przyniosą więcej dobra niż sam mógłbyś się po sobie spodziewać, dlatego szefowi zależało, żebyś dzisiaj przeżył. Stąd też i moja obecność. A wracając do Pijawców… w tej chwili jeden oplata twoją głowę, zasłaniając ci oczy, drugi lata tuż obok, po lewej stronie. Naprawdę, szczerze ich nie znoszę. W przeciwieństwie do nietoperzy, nie chowają się w ciemnościach i są nieustannie aktywne. W piękny letni dzień potrafią przysłonić słońce i niestety, nie zawsze są widocznie również dla nas. – Diomo zastygł w bezruchu, jego prawa dłoń przeniknęła przez szklaną kulę. Włożył palec do ucha, po czym skrzywił się, jakby właśnie zjadł coś bardzo kwaśnego. – Dobrze mi tutaj z tobą, ale niestety muszę wracać.
Rozejrzał się po wnętrzu.
– Zawsze zastanawiałem się, jak to jest, że ludzie potrafią spędzić większość swego życia w domach i są przekonani, że to ich miejsce – zaśmiał się. – Zabawne… Myślicie, że coś do was należy, że na coś zapracowaliście i to jest wasze, a w rzeczywistości jesteście jedynie dzierżawcami. Nic nie jest wasze. Później umieracie i ktoś przejmuje to po was, a cały trud najczęściej idzie w zapomnienie. Jesteście pyłem i doprawdy nie wiem, dlaczego Szef ujął w swoim wielkim planie istoty tak słabe. No, ale… Komu w drogę, temu czas.
Po tych słowach zniknął.
*
Golenia siedział jeszcze długo w fotelu, zastanawiając się, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. W ogóle nie brał pod uwagę choroby psychicznej. Nie dopuszczał do siebie myśli, że musiałby odwiedzić lekarza. Wyobraził sobie, jak idzie korytarzem oddziału i nie jest już sanitariuszem. Przerażony wstał i wybiegł z mieszkania.
*
– Załatwiłeś wszystko, jak trzeba? – zapytał Szef.
Diomo usiadł na brzegu marmurowej fontanny i wpatrywał się w widok za oknem.
– Tak. Był trochę wystraszony, ale przeżył.
Szef dotknął skroni, zamknął oczy i siedział w milczeniu przez chwilę, następnie westchnął zmęczony.
– Miałeś zlokalizować Pijawca – powiedział. – Nie dopuścić do konsekwencji jego negatywnych działań. Pojawiłeś się zbyt późno i nie w tym miejscu, w którym powinieneś. Doskonale wiesz, że nie zwykłem cofać czasu ziemskiego, ponieważ jest to działanie sprzeczne z naturą. Przez twoje zaniedbanie, muszę teraz ingerować. Ale nie myśl, że już koniec. Wrócisz na Ziemię i naprawisz, co zepsułeś.
Diomo przytaknął i zniknął bez słowa.
*
Tiula i Perliczka palili papierosy. Kraty w oknie rzucały długie cienie na osmolone kafelki, które zapewne kiedyś były białe. Siedzieli przy stole, nie rozmawiali, wiatrak huczał, nieustannie wyciągając dym na zewnątrz. Po obiedzie większość pacjentów ucinała drzemkę. Zwyczajowo przy stole na końcu korytarza trzech mężczyzn grało w karty.
– Kiedy wychodzisz? – zapytał Tiula.
Perliczka kręcił kciukami młynki, patrząc ze smutkiem na kraty.
– Gadają, że za tydzień.
– Widzę, że nie za bardzo cię to cieszy.
– Na mnie nikt nie czeka. Wyjdę i wrócę do pustego mieszkania. Nie mam nawet kota.
– To przygarnij jakiegoś.
Gdy wyszli z palarni, zorientowali się, że grający w karty zniknęli, a korytarz jest pusty. Na oddziale panowała cisza. Okazało się, że wszyscy śpią. Zajrzeli do gabinetu zabiegowego – pielęgniarki siedziały na krzesłach, chrapały z opuszczonymi głowami.
– Co tu się odpierdala? – zapytał Tiula.
– Ty mi powiedz.
Rozległ się grzmot.
Najpierw zobaczyli zarys sylwetki człowieka. Z początku niewyraźny i rozedrgany obraz pojawiał się i znikał. Gdy ostatecznie stanął przed nimi anioł, zastygli w bezruchu. Przybysz rozłożył potężne skrzydła. Szeroki korytarz okazał się być za mały, aby zrobił to całkowicie.
– Kumulacja Pijawców – przemówił, rozglądając się po suficie. Przechodząc obok Tiuli i Perliczki, dotknął ich skrzydłem. Mężczyźni osunęli się na podłogę, zasypiając natychmiast.
Anioł skrzywił się z niesmakiem, otworzył usta i wciągnął w siebie całą czerń wypełniającą oddział.
– Jak ja tego nie lubię. – Klasnął w dłonie i zniknął.
*
Golenia siedział na ławce, obserwując płynącą nieopodal rzekę. Płakał.
Nikt nie zwracał na niego uwagi. Starsza pani prowadziła pieska na smyczy, zatrzymała się, gdy pupil znaczył teren. Widziała zrozpaczonego, ale odwróciła głowę.
Pogrążony w myślach nie potrafił znaleźć niczego, co postrzegałby dobrze. Z pewnego siebie, zadowolonego człowieka, zmienił się w kogoś nie widzącego przed sobą perspektyw. Ogarniała go pustka i beznadzieja. Słyszał śpiew ptaków, czuł ciepłe promienie słoneczne i delikatne powiewy wiatru na twarzy, lecz istniał gdzieś obok, jakby jego dusza opuściła ciało, które stało się opakowaniem.
*
Diomo stał za plecami Goleni, otworzył usta i wciągnął w siebie wszystkie Pijawce, unoszące się nad jego głową. Sprawił, że człowiek zasnął, wziął śpiącego w ramiona i poszybował w powietrze. Zaniósł go do mieszkania, delikatnie położył na łóżku, po czym zniknął.
*
Gdy ordynator psychiatrii w Dratkach zmarł na zawał, jego miejsce zajął doktor Oliwski, który okazał się być bardziej wyrozumiałym człowiekiem. Wszyscy, począwszy od pacjentów po personel, zdążyli się przekonać, że dla każdego potrafi znaleźć czas, i co ważne, nie należał do służbistów.
Tiula nie musiał już walczyć z administracją. Po trzech miesiącach od wizyty Diomo, został wypisany z oddziału z zaleceniem dalszego leczenia ambulatoryjnego.
Perliczka wyszedł wcześniej i przygarnął czarnego kota, któremu dał na imię Herkules.
*
Golenia wrócił do pracy. Co prawda obawiał się rozmowy z Oliwskim, ale nie musiał tłumaczyć, na czym polegało zwolnienie dyscyplinarne. Pomimo, że doktor wiedział, postanowił zaufać sanitariuszowi.
*
Diomo przybrał wkrótce postać pacjenta, chudego, niskiego mężczyzny i zajrzał jeszcze raz na oddział. Wolnym krokiem przemierzył korytarz, ciesząc się, że jest wolny od Pijawców. Wszedł do palarni, odpalił papierosa i patrzył, jak cienie, rzucane przez kraty, wspinają się po ścianie.
Ilustracje: Bartłomiej Kalinowski/ Hesket