- Opowiadanie: khomaniac - Zarodniki

Zarodniki

Podobno artysta przez całe życie maluje jeden obraz :D Zapraszam do drugiego, krótkiego opowiadania pharmacology-fiction. 

 

Kolejny raz, bardzo serdecznie dziękuję MichaelBullfinch za pomocne uwagi do tekstu.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

MichaelBullfinch

Oceny

Zarodniki

Na­kro­pić.

Na­nieść.

Na­kro­pić.

Na­nieść.

Na­kro­pić.

Na­nieść.

Cho­le­ra, nie wy­star­czy mi tip­sów.

Wstał od la­mi­na­ru i po­włó­czą­c nogami po­szedł po koń­ców­ki do pi­pe­ty.

„Dok­to­rze Żół­tek! Da pan sobie dzi­siaj radę sam. Z panią Klau­dią mamy ze­bra­nie z che­mi­ka­mi. Mu­si­my je­chać na Świe­tli­stą. Mają nowe związ­ki.” Przy­po­mniał sobie roz­mo­wę z sze­fem.

Stary zbo­cze­niec. Pew­nie się w niej buja.

Na­kro­pić.

Na­nieść.

Teraz sie­dzę tu sam. Sam z set­ka­mi sza­lek z grzy­bem, dzie­siąt­ka­mi związ­ków che­micz­nych. Szu­ka­jąc po­śród nich pew­nie – jed­ne­go, dwóch – które wy­ka­żą cień sku­tecz­no­ści.

Wró­cił do stołu, gdzie roz­ło­żo­ne miał kil­ka­na­ście pro­bó­wek z roz­two­ra­mi ba­da­nych związ­ków, bi­bu­ło­we krąż­ki i szal­ki z ho­dow­lą Lo­men­to­spo­ra pro­li­fi­cans. Otwo­rzył pu­deł­ko z koń­ców­ka­mi i chwy­cił za pi­pe­tę. Wró­cił do swo­je­go za­ję­cia z ostat­nich kilku go­dzin. Bi­bu­ło­we krąż­ki, na­są­czo­ne roz­two­ra­mi ba­da­nych związ­ków, za­czął prze­no­sić na ko­lej­ne aga­ro­we po­żyw­ki, na któ­rych po­wo­li rósł grzyb.

Na­kro­pić.

Na­nieść.

Było na­praw­dę późno, a on na­praw­dę tego nie lubił. Być ma­szyn­ką do do­da­wa­nia związ­ków.

Sam pro­jekt wy­da­wał mu się eks­cy­tu­ją­cy. Od­kry­to nowe biał­ko RaxLm pa­to­gen­ne­go grzy­ba Lo­men­to­spo­ra pro­li­fi­cans. Zi­den­ty­fi­ko­wa­no, że enzym ten jest klu­czo­wym czyn­ni­kiem od­po­wia­da­ją­cym za na­pra­wę DNA i sta­bi­li­za­cję ge­no­mu sa­pro­tro­fa. Po­nie­waż RaxLm cał­ko­wi­cie od­bie­ga­ło struk­tu­ral­nie od bia­łek czło­wie­ka, sta­no­wi­ło po­ten­cjal­nie do­sko­na­ły cel dla se­lek­tyw­nych leków grzy­bo­bój­czych.

A grzyb od nie­daw­na za­czął sta­no­wić praw­dzi­wy pro­blem. Epidemia miała początek kilka mie­się­cy temu w Au­stra­lii. Wy­kry­to szczep, który nie tylko za­ka­ża im­mu­no­kom­pe­tent­nych ludzi i jest opor­ny na znane te­ra­pie, ale ma też zdol­ność prze­no­sze­nia się z czło­wie­ka na czło­wie­ka. Po­twier­dzo­no już nie­mal dwa ty­sią­ce zgo­nów. Nie­mal stu­pro­cen­to­wa śmier­tel­ność przy za­ka­że­niu. Zero ra­tun­ku.

Na­kro­pić.

Na­nieść.

Bio­che­mi­cy wy­kry­sta­li­zo­wa­li białko i zba­da­li jego struk­tu­rę. Che­mi­cy in si­li­co za­pro­jek­to­wa­li struk­tu­ry in­hi­bi­to­rów, ma­ją­ce wpa­so­wać się w cen­trum ka­ta­li­tycz­ne en­zy­mu. Jak klucz do zamka. Później – syn­te­ty­zo­wa­li je. Ktoś w końcu spraw­dził, czy ak­tyw­ność biał­ka rze­czy­wi­ście jest ha­mo­wa­na przez otrzy­ma­ne związ­ki. Teraz trze­ba było zwe­ry­fi­ko­wać, czy rze­czy­wi­ście wpły­wa­ją one na grzy­ba. Na pierw­szą próbę wy­bra­no szczep o ob­ni­żo­nej zja­dli­wo­ści.

Dla­te­go teraz ja tu sie­dzę – na­kra­piam i na­no­szę.

Żad­nych de­cy­zji. Żad­nych kon­sul­ta­cji. Żad­ne­go uzna­nia.

„Da Pan sobie dzi­siaj sam radę.”

Żad­nych po­dzię­ko­wań.

Ostat­ni roz­twór.

Ko­niec.

Po­sprzą­tał mały ba­ła­gan, który zro­bił się pod la­mi­na­rem pod­czas kil­ku­go­dzin­nej pracy. Za­brał szal­ki z ho­dow­la­mi i rzu­cił na nie okiem pod mi­kro­sko­pem.

– Wspa­nia­łe – po­wie­dział w unie­sie­niu. – Je­ste­ście wspa­nia­łe.

Wpa­try­wał się na­mięt­nie w oku­lar.

– Nie­mal nie­znisz­czal­ne. Nie­mal… wie­ku­iste. Świat prze­mi­nie, ale wy dalej bę­dzie­cie trwać, prze­żu­wa­jąc jego par­szy­we reszt­ki. Bę­dzie­cie gasić świa­tło w tym cyrku.

Wpa­try­wał się w po­je­dyn­cze strzęp­ki, które już roz­wi­nę­ły się na że­lo­wej struk­tu­rze agaru. Jutro miały roz­ro­snąć się gęstą sie­cią po­łą­czeń na całą po­wierzch­nię szal­ki. Ko­lej­ne­go dnia – dum­nie wznieść ster­czą­ce ku niebu doj­rza­łe za­rod­nie – aby nieść swój szla­chet­ny żywot dalej i dalej.

Wło­żył szal­ki do in­ku­ba­to­ra. Na jego gład­kiej sta­lo­wej obu­do­wie od­bi­ja­ła się twarz na­ukow­ca. Przyj­rzał się sobie, ści­ska­jąc kur­czo­wo pię­ści i czer­wie­nie­jąc na twa­rzy.

Się­gnął po laskę, zdjął far­tuch i wy­szedł, trza­ska­jąc drzwia­mi.

 

***

 

Week­end spę­dził głów­nie w swoim zim­nym i wil­got­nym miesz­ka­niu, oglą­da­jąc dziw­ne fil­mi­ki, pro­wa­dząc za­cie­kłe dys­ku­sje na fo­rach in­ter­ne­to­wych i ży­wiąc się reszt­ka­mi z lo­dów­ki. Z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się zie­lon­ka­wym ko­żu­chom ple­śni, które za­do­mo­wi­ły się w zupie po­mi­do­ro­wej.

 

***

 

W po­nie­dzia­łek był pierw­szy w pracy. Jak za­wsze.

– Nie­ro­by – mówił do sie­bie nie­zdar­nie, wkła­da­jąc far­tuch na wy­krzy­wio­ne ręce.

W la­bo­ra­to­rium po­czuł dziw­ny za­pach. Kon­ta­mi­na­cja bak­te­ryj­na? Otwo­rzył pierw­szy in­ku­ba­tor. Spraw­dził kilka ho­dow­li z brze­gu, na któ­rych pre­zen­to­wa­ła się oka­za­ła czar­na grzyb­nia.

Wy­glą­da­ją nor­mal­nie.

Śle­dził ko­lej­ne ho­dow­le.

Teraz zo­ba­czy­my, co z in­hi­bi­to­ra­mi na­sze­go bia­łecz­ka.

Za­czął prze­glą­dać ko­lej­ną par­tię sza­lek.

Ho­dow­la ze związ­kiem INH-13 wy­glą­da­ła cał­kiem zwy­czaj­nie. Zwią­zek nie dzia­ła. Przy INH-42 też nie miał wąt­pli­wo­ści. Nobla nie bę­dzie.

A zwią­zek INH-47? Cie­ka­we.

Tu się coś wy­da­rzy­ło. Grzyb­nia zmie­ni­ła kolor na zie­lon­ka­wy. Mu­tant?

Grzyb miał ob­umie­rać na sku­tek nagromadzenia mu­ta­cji, a on sobie po pro­stu mu­tu­je i żyje dalej.

Się­gnął po wię­cej sza­lek.

Bar­dzo wiele z nich pre­zen­to­wa­ło dra­stycz­ne skut­ki uszkodzenia informacji genetycznej. Nie­któ­re związ­ki rze­czy­wi­ście za­ha­mo­wa­ły wzrost grzy­ba. Jed­nak więk­szość spo­wo­do­wa­ła istot­ne zmia­ny fe­no­ty­po­we. Inny kształt grzyb­ni, inny kolor, inny wzór wzro­stu na szal­ce, za­pach.

Naj­bar­dziej obie­cu­ją­ce związ­ki testowano w dru­gim in­ku­ba­to­rze.

W mo­men­cie, kiedy otwo­rzył urzą­dze­nie, ktoś uchy­lił drzwi pro­wa­dzą­ce ze śluzy do la­bo­ra­to­rium. Roz­ba­wio­ny pro­fe­sor Lesz­czyń­ski ze swoją dok­to­rant­ką wkro­czyli do środ­ka. Żół­tek za­wie­sił przez chwi­lę wzrok na atrak­cyj­nej ko­bie­cie.

– Dzień do­be­rek, dok­to­rze, jak tam te związ­ki? – za­czął Lesz­czyń­ski, trzy­ma­jąc rękę de­li­kat­nie na ra­mie­niu to­wa­rzysz­ki.

Słod­ka­wy za­pach w la­bo­ra­to­rium przy­brał na sile.

Gdy Żół­tek w końcu wró­cił spoj­rze­niem do wnę­trza in­ku­ba­to­ra, ude­rzył go nie­ty­po­wy obraz.

Na jed­nej z półek, za­miast równo uło­żo­nych sza­lek z ho­dow­la­mi, cza­iła się ogrom­na, mię­si­sta, czar­na masa, ob­ro­śnię­ta wi­docz­ny­mi gołym okiem ko­ni­dio­fo­ra­mi. Pra­wie wy­pa­da­ła na ze­wnątrz urzą­dze­nia. Grzyb prze­rósł swoją szal­kę i do­stał się do po­ży­wek z kil­ku­na­stu po­zo­sta­łych. Nie znał umia­ru w eks­pan­sji.

Su­per­mu­tant. Gi­gant. Hi­per­sa­pro­trof.

Mon­strum.

Przy­pad­ki po­to­czy­ły się szyb­ko.

Naj­pew­niej fluk­tu­acja po­wie­trza, wy­wo­ła­na otwar­ciem drzwi w po­łą­cze­niu z na­głym ru­chem wy­ko­na­nym przez prze­stra­szo­ne­go Żółt­ka, spra­wi­ła, że gąb­cza­sta ple­cha z głu­chym dźwię­kiem pękła i za­pa­dła się w sobie.

Po sekundzie wy­rzu­ci­ła ogrom­ną chma­rę mi­kro­sko­pij­nych za­rod­ni­ków. Po­mi­mo próby uniku rój ude­rzył pro­sto w Żółt­ka. Ae­ro­zol szyb­ko roz­prze­strze­niał się po całym po­miesz­cze­niu. Wszy­scy obec­ni ob­ser­wo­wa­li zja­wi­sko, zmro­że­ni. A za­rod­ni­ki pe­ne­tro­wa­ły ich ukła­dy od­de­cho­we.

Nagły atak kasz­lu spadł na całą trój­kę. W ustach po­czu­li gorz­ki, zie­mi­sty smak. Ko­lo­id przy­wie­rał do ich skóry i wło­sów. Grzyb nie usta­wał w py­le­niu ko­lej­ny­mi por­cja­mi czar­nych spo­rów.

Żół­tek był prze­ra­żo­ny. Ale ro­zu­miał. Nie miał więk­szych wąt­pli­wo­ści.

Mu­ta­ge­ne­za spusz­czo­na z uprzę­ży. Ewo­lu­cja z tur­bo­do­ła­do­wa­niem. Au­to-wy­in­du­ko­wa­na pre­sja śro­do­wi­sko­wa.

Związ­ki po­dzia­ła­ły jak in­hi­bi­to­ry. Ale po­dzia­ła­ły też jak ak­ce­le­ra­to­ry. Mu­ta­cje pod­bi­ły tempo me­ta­bo­li­zmu. Pod­krę­ci­ły szyb­kość pro­li­fe­ra­cji. Po wy­czer­pa­niu źró­deł po­ży­wie­nia – na­stą­pi­ły se­lek­cja i uru­cho­mie­nie me­cha­ni­zmów prze­trwa­nia. In­ten­syw­na spo­ru­la­cja.

To nie po­win­no tak wy­glą­dać. Nie tak mó­wi­ła teo­ria. Szansa jedna na mi­lion. Na mi­liard.

A jed­nak.

Tak, tak, tak! Krzy­czał w my­ślach. Skok ewo­lu­cyj­ny równy set­kom ty­się­cy lat!

Pro­fe­sor ze swoją dok­to­rant­ką, prze­ra­że­ni, po­sta­no­wi­li się ewa­ku­ować. Mało roz­waż­nie. Kasz­ląc i pró­bu­jąc po­zbyć się za­rod­ni­ków, które wy­wo­ła­ły ostrą re­ak­cję aler­gicz­ną na skórze, wy­bie­gli z la­bo­ra­to­rium.

Żół­tek stał wpa­tru­jąc się w ple­chę, która zda­wa­ła się żyć bo­ga­tym ży­ciem we­wnętrz­nym. Za­sta­na­wiał się, czy mu­ta­cje przy­wró­ci­ły grzy­bo­wi zja­dli­wość. Krwi­sto­czer­wo­na wy­syp­ka i ka­szel nie prze­szka­dza­ły mu po­dzi­wiać fe­no­me­nu. Go­rzej ze łza­wią­cy­mi ocza­mi. Zanim drzwi la­bo­ra­to­rium się za­trza­snę­ły, udało mu się wy­krzy­czeć:

– Dzia­ła­ją, panie pro­fe­so­rze! Dzia­ła­ją! – Jego śmiech wpra­wiał w ruch ko­lej­ne roje za­rod­ni­ków.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Mam tu skojarzenia z komedią sf pt. “Ewolucja”. :) Ukłony i wielki szacun za tak wiele fachowych określeń. :) Już wiadomo, co będzie dalej. ;) Biada wszystkim! :) Świetny horror. :)

 

Tu nie mam pewności, czy nie powinien być przecinek:

Zanim drzwi laboratorium się zatrzasnęły (tu?) udało mu się wykrzyczeć:

 

Pozdrawiam serdecznie, klik. :) 

Pecunia non olet

Cześć!

Dziękuję bardzo. Nie kojarzę filmu, może czas nadrobić :) Przecinek wydaje się potrzebny :) 

 

Dzięki i pozdrawiam!

 

 

Hej, pobetowo:

Znowu udało Ci się wpleść swoją wiedzę do krótkiej scenki. Jak wspominałem w becie, troszkę mało tu moim zdaniem fabuły, ale tekst napisany bardzo sprawnie, a mutacje zawsze straszne. 

Bardzo fajna ta powtarzalność słów “nakropić, nanieść”.

Polecam do biblioteki i pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

I ja dziękuję, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

I ja dziękuję, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka