1.
Nad linią horyzontu uniósł się świetlisty sztylet. Zrobił to z ociąganiem, jakby chciał, aby wszyscy wokół obserwowali jego powolną wspinaczkę. Zostawił za sobą jasnoszarą bruzdę, która wyraźnie rysowała się na bladoniebieskim tle. Po kwadransie z płomienistego ostrza została już tylko jaskrawa kropka, która migotała wysoko między chmurami.
Wzdłuż kanału popłynął dudniący łomot, który zatrząsł szybami w kamienicach i rozbujał rozciągnięte między budynkami kable. Floriana miała z mostu Santa Trinitia doskonały widok na odległy kosmodrom. Dolina Arno wyglądała jak podłoga dziecięcego pokoju z rozrzuconymi klockami i powtykanymi w karton patykami po lizakach.
Floriana czuła, że nie ma na świecie nic bardziej niesamowitego, niż startująca rakieta. Wyobrażała sobie, że ludzie, którzy nią podróżują, są istotami lepszego rodzaju, które stąpają po ziemi tylko po to, żeby je podziwiać. Sama rakieta również nie należała do tej rzeczywistości. Była tworem wyjątkowych, oświeconych umysłów, które potrafią o wiele więcej, niż ludzie z Oltarno.
Dziewczyna za każdym razem, gdy natknęła się na moment startu, pozwalała sobie na chwilę zachwytu. Często spóźniała się przez to do pracy, ale pokusa była tak silna, że żadna kara nie mogła jej wybić tego z głowy. Dzisiaj Floriana mogła spędzić tyle czasu, ile chciała, bo skończyła nocną zmianę w pralni, więc żadne konsekwencje jej nie groziły. Nie śpieszyła się, bo powrót do domu nie zapowiadał niczego dobrego. Rodzice Flory mieli jeden pokój w mieszkaniu, które dzielili z dwiema innymi rodzinami. Nadawało się to do spania, ale do niczego więcej, dlatego dziewczyna wolała stać na moście i czekać na kolejny statek kosmiczny.
– Ej! Rakieta! Uważaj, bo odlecisz w kosmos!
W sąsiedniej uliczce wybuchł dziecięcy śmiech. To koleżanki z pralni szły na poranną zmianę.
– Walcie się! – krzyknęła Flora i pokazała praczkom środkowy palec.
Dziewczyny nie po raz pierwszy nazwały ją „Rakietą”. Nieraz naśmiewały się z jej marzycielstwa. Na szczęście dzisiaj była z nimi kierowniczka zmiany, pani Russo, która uciszyła towarzystwo. Kazała im maszerować dalej, a sama weszła na most. Przy każdym kroku jej nogi postukiwały plastikowymi elementami. Rytmiczne klekotanie umilkło, gdy Russo stanęła na moście. Przez krótką chwilę wpatrywała się w niknący w chmurach obiekt.
– Kiedyś też o tym marzyłam, wiesz? – powiedziała z uśmiechem. – Ale jestem tu. Oltarno to nasz dom.
– To nie jest dobry dom – odparła Flora.
– Lepszego nie mamy.
– Ja kiedyś będę miała.
– Masz dopiero dwanaście lat. Wszystko przed tobą.
Niebo oblało się żółtym rumieńcem. Przy południowym krańcu kosmodromu obudziła się wielka spalarnia śmieci. Nad cylindrycznymi zbiornikami pełzały pomarańczowe jęzory pochodni. Rytmiczny wyziew kominów powodował, że powietrze powoli nabierało kwaśnego zapachu.
– Idź już do domu – poleciła kierowniczka i wcisnęła podopiecznej tubkę z musem owocowym. – Flora, nie przewracaj oczami, tylko słuchaj się starszej kobiety.
Była jedna rzecz, która zachęcała do powrotu – dostęp do migacza. Flora uwielbiała płaskie, lustrzane urządzenie, pełne przepięknych kolorów. Migacze miały w sobie mnóstwo magii, pewnie dlatego, że budowały je te same, wielkie umysły, co rakiety. Ikony, emotki i guziki tak pięknie się animowały, że ciężko było oderwać od nich wzrok. A dzisiaj udało się Florianie urwać kilka drobniaków z tygodniówki i kupić w kiosku tokeny na gry. Dziewczyna najbardziej lubiła te, w których można było założyć ogród i uprawiać rośliny, a szczególnie jabłka. Dlaczego akurat jabłka, tego nie wiedziała. Nigdy nie jadła prawdziwego owocu, tylko te papki ze skórek, które podobno są najzdrowsze. W grze można było przynajmniej patrzeć, jak czerwono-żółte bombki pęczniały na gałęziach jabłoni, które potem energiczny ogrodnik zbierał do kosza. Flora wyobrażała sobie, że gdyby mogła stanąć na innej planecie, to stworzyłaby tam ogród tak piękny, że nawet ci lepsi ludzie doceniliby jej wysiłek.
W kamienicy powoli budziło się życie. Bezrobotni wyruszali, by ustawić się w kolejce po jedzenie. Niemowlęta płakały, a głodne psy ujadały. Ci, którzy mieszkali na korytarzach, zwijali nocne posłania, żeby zrobić przejście dla sąsiadów. Z pierwszego piętra dochodziły odgłosy awantury. Floriana od razu poznała głosy rodziców. Wślizgnęła się do pokoju i usiadła w kącie na materacu. Zaciągnęła zasłonę, którą ojciec zrobił ze skrawków folii. W takiej atmosferze nie śmiała prosić o dostęp do migacza. Ojciec wściekał się na matkę i wymachiwał urządzeniem, jakby opędzał się od much.
– Zgłosiłaś ją? – warczał. – Pogięło cię, Francesca?
Matka nie należała do potulnych kobiet, więc odpowiadała równie arogancko. Do wrzasków dołączył chrapliwy krzyk sąsiada zza ściany, któremu kłótnia naturalnie przeszkadzała.
– Zapłacą nam tyle, że będziemy mogli wykupić kilka lat normalnego mieszkania – argumentowała Francesca. – Może nawet nauczą ją czytać?
– Ty zidiociała babo! Chcesz, żeby nasza Florka dawała…
– Nie rób ze mnie idiotki, Riccardo! Nie o to chodzi. To są jakieś naukowe sprawy. Rozumiesz?
Ojciec jeszcze długo nie chciał wyrazić zgody. A ta najwyraźniej była potrzebna, żeby Floriana mogła robić coś, za co rodzice mieli dostać dużo pieniędzy. Dopiero pod wieczór przyłożył kciuk do powierzchni migacza, na co ten zareagował wesołym pomrukiem. W zielonej poświacie ekranu pojawiła się twarz przystojnego mężczyzny, który oznajmił, że niedługo ich odwiedzi.
*
Takich ludzi, jak ten, Floriana widywała rzadko. Mówiło się o nich „przedstawiciele”, ale nie wiedziała, kogo lub co mieli reprezentować. Gdy zjawiali się w pralni, zwykle grzmieli w nerwowym uniesieniu, że pracownicy to nieroby i darmozjady, których zastąpiliby robotami, gdyby nie idiotyczne prawo. Jednak ten tutaj nie krzyczał, nie był wulgarny i nikomu nie groził. Przyleciał błyszczącym pojazdem, który oznajmił swą obecność rykiem wirników i chmurą gryzącego pyłu.
Rodzice przywitali mężczyznę na dachu, gdzie wystawili stół i krzesła, bo wstydzili się pokoju, w którym gnieździli się od tylu lat. Nie mieli niczego więcej do zaoferowania prócz szklanki wody, ale przedstawiciel grzecznie podziękował i od razu przeszedł do rzeczy. Floriana obserwowała go zza budki wentylatorów. Miał śnieżnobiałe zęby i wystudiowany uśmiech. Perfekcyjnie przycięty zarost nadawał jego twarzy geometrycznego kształtu. Na szczególną uwagę zasługiwało ubranie człowieka. Garnitur przylegał do sylwetki z niepokojącą precyzją. Linia ramion była ostra, talia zarysowana bez cienia fałdy, a rękawy opadały w dół z idealnie wyważoną delikatnością. Powierzchnia tkaniny mieniła się drobną, heksagonalną fakturą, wyraźną w ostrym świetle.
Mężczyzna ewidentnie należał do rasy ludzi idealnych, których umysły były tak dalece zaawansowane, że potrafiły budować rakiety i słać je w kosmos. Flora niewiele pojęła z tego, co omawiał z rodzicami. Temat rozmowy orbitował wokół badań i eksperymentów, ryzyka i ponoszenia kosztów. Rodzice potakiwali, a matka czasem nawet zadała pytanie. Pod koniec ojciec polecił córce, żeby się zbliżyła, ale ona się przestraszyła i uciekła. Zanim zniknęła na klatce schodowej, pochwyciła krótkie spojrzenie przedstawiciela. W jego oczach mieniło się złoto i kamienie szlachetne. Była tam również ciekawość i wręcz nieludzka dobroć. Wzrok mężczyzny prześwietlił dziewczynę i odczytał każdą jej myśl. Dziewczyna nie potrafiła znieść myśli, że musiałaby zestawić swoją przeciętność z kimś tak doskonałym, dlatego uciekła. Dobiegła do Ponte Santa Trinitia i oparła się o reling. Potrzebowała dużo czasu, by opanować oddech.
Tego dnia niebo się zachmurzyło, a powietrze wypełniły niesforne drobiny wilgoci. Deszcz był drobny, niemal sypki. Tafla kanału stała się ziarnista, nakrapiana tysiącem pulsujących punktów. Odbicia okien i mostowych łuków pofragmentowały się w ruchome mozaiki, żółcie pociemniały, zielenie przybrały głębię mokrego mchu, a ceglane czerwienie rozpadły się na drżące plamy. Przy takiej pogodzie nie należało oczekiwać startu rakiety, a jednak Floriana po cichu modliła się o kolejne widowisko. Pragnęła zobaczyć błyszczący pocisk, który wbija się w ciemnoniebieskie niebo i zabiera na pokład wstyd dziewczyny.
– Twoi rodzice powiedzieli mi, gdzie cię znaleźć.
Głos brzmiał, jak zagrany na perfekcyjnie nastrojonej gitarze basowej. Niski ton lekko wibrował, nadając każdemu zdaniu większej wagi.
– Nazywam się Tiberius Casius Orsanti.
Flora milczała, z uporem wbijając wzrok w ciemnoszarą kopułę nieba, która okalała kamienice i mętną wodę kanału.
– Według rodziców, lubisz obserwować rakiety – mówił dalej. – Możemy poczekać razem. Na dzisiaj zaplanowany jest start serwisowy. Na jednej ze stacji orbitalnych doszło do awarii i trzeba wysłać części zapasowe. Ale na pokładzie nie będzie ludzi. Wszystko jest zautomatyzowane.
– Czyli w rakietach nie ma ludzi?
– Wręcz przeciwnie. Zwykle na pokładzie jest kilka osób, czasem kilkanaście. Naukowcy, inżynierowie, żołnierze, a nawet turyści. Chciałabyś kiedyś polecieć z nimi?
Zmęczenie po całym tygodniu pracy natychmiast wyparowało. Floriana dzielnie zniosła łagodne, choć świdrujące spojrzenie przedstawiciela. Płomienna nadzieja, jaką wyczytał z jej twarzy, wystarczyła za odpowiedź.
– To jest możliwe. Możesz zostać astronautką.
– A dziewczyny mogą latać w kosmos?
– Oczywiście. Stanowią większość personelu naukowego.
Flora się zasmuciła. Nie znała liter i nigdy ich nie potrzebowała. Nawet gry na migaczu nie wymagały umiejętności czytania i pisania, zresztą jak cały system operacyjny urządzenia. Ale badania i odkrycia? Bycie naukowcem uważała za równie osiągalne, co spacer po innej planecie. To zdecydowanie domena ludzi takich, jak Tiberius.
– Ja tylko prać umiem – przyznała ze smutkiem.
– Jesteś jeszcze młoda, twój umysł jest plastyczny. Możesz się wszystkiego nauczyć. Chciałabyś?
– Czy będę lepsza, jak ci ludzie z rakiet? Jak pan?
– Celem programu jest badanie możliwości dostosowania ludzkiego ciała do wymogów programu kosmicznego.
– W takim razie chcę.
– Doskonale. Właśnie takich dzieci poszukujemy. Musisz jednak wiedzieć, że wiąże się to z ryzykiem. W trakcie badań mogą wystąpić komplikacje. Mogą zagrozić twojemu zdrowiu.
Pewność siebie zastygła we Florianie i stwardniała na kamień, którego nie dało się poruszyć. Przed dziewczyną pojawiła się szansa, żeby zostać lepszym człowiekiem, wejść na pokład rakiety i zobaczyć odległe światy. W tej sytuacji ryzyko nie miało znaczenia.
– Co muszę zrobić?
– Twoi rodzice wyrazili już odpowiednie zgody, więc formalności mamy z głowy. Za parę dni zgłosi się jednostka medyczna i rozpoczną się badania.
2.
W domu zrobiło się lekko, jakby po miesiącach zaduchu ktoś uprał firanki, otworzył okna i przewietrzył zadymione wnętrze. Rodzice zrzucili szare maski zmęczonych ludzi. Musieli już dostać jakieś pieniądze, bo następnego dnia po wizycie Tiberiusa zabrali córkę do sklepu i kupili nowe ubrania. Jakby tego było mało, w drodze powrotnej wstąpili do cukierni i pozwolili sobie na migdałowe cantuccini. Pierwszy kęs ciastka spowodował, że Floriana niemal się rozpłakała. W ustach rozlała się słodycz tak intensywna, że zapiekło ją podniebienie.
Zgodnie ze słowami Tiberiusa, na dachu kamienicy wylądował medyczny kontener. Na jego widok Floriana się uśmiechnęła, bo ozdobiony brązowymi pasami pękaty pojazd przypominał rurkę z kremowym tiramisu. Sterylne wnętrze wyglądało jak pracownia czarodzieja, w której różnego rodzaju urządzenia migotały kolorowymi kryształami. Szum aparatury pulsował jak oddech śpiącego smoka. Wszystkim zarządzał robot, którego plastikowa twarz przyjęła pogodny wyraz na widok dziecka.
– Witaj Floriano. Jestem jednostką medyczno-eksperymentalną z serii Aures Infant. – Żeński głos robota otulił dziewczynę ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. – Na imię mam Aurelia.
Aurelia zaprosiła pacjentkę na fotel i włączyła kilka migaczy, które oblały ambulatorium przyjemnym, zielonym światłem. Na ekranach pojawiły się różnego rodzaju rysunki, napisy i animowane elementy jak w zwykłej grze, chociaż wcale nie wyglądały na zabawne.
– Rozpocznę teraz badanie, dzięki któremu poznamy twój stan zdrowia – poinformowała Aurelia.
– Czy to będzie bolało?
– Ani trochę.
Pierwsze badanie polegało na przykładaniu dłoni, z których płynęło przyjemne ciepło. Za każdym dotknięciem na migaczach pojawiały się prześwietlone części ciała, które program rozkładał na kolejne warstwy. Floriana obserwowała z fascynacją, której wcale nie przeszkadzał brak zrozumienia. Jednostka medyczna tłumaczyła wszystko na bieżąco. Z zaprogramowaną ekscytacją opowiadała o narządach wewnętrznych, układach krwionośnym oraz oddechowym. Co i rusz chwaliła dziewczynę za odwagę.
– Jesteś moją ulubioną pacjentką. A teraz uważaj. To będzie jedyny raz, kiedy poczujesz lekkie ukłucie. Jesteś gotowa?
– Tak – rzekła Flora, ale nie wcale się tak nie czuła. Zanim zdążyła zapytać, jak dużego bólu powinna się spodziewać, było po wszystkim.
– Pobrałam odrobinę krwi, aby komputer zbadał skład twojej krwi, a także zsekwencjonował twoje DNA. Wiesz, co to jest?
– No, jasne, że wiem – skłamała dziewczyna, ale Aurelia nie dała się oszukać i zaraz podjęła się tłumaczenia roli kwasu deoksyrybonukleinowego. Potem przeszła do kolejnego badania. Tym razem założyła Florianie przyciemniane okulary, których miękkie oprawki opinały głowę na około.
– To urządzenie zbada twój wzrok. Ale to nie będzie powierzchowne badanie, jak u okulisty. Poznamy dokładną budowę twoich oczu, co do pojedynczego czopka.
Nie trwało to długo. Przez kilka minut Flora oglądała płynne plamy kolorów, czasem jaskrawe punkty, a czasem głębokie ciemności. Aurelia nadal opowiadała o wszystkim, co robiła i o wynikach badań. Najwięcej trudnych słów wypowiedziała, gdy komputer zakończył badanie krwi. Wtedy pojawiły się krwinki, płytki i limfocyty, a potem do spanikowanego umysłu pacjentki wcisnęły się jeszcze geny, ekspresje, telomery i inne, obce pojęcia, których znaczenie kryło się w słowniku języka ludzi z lepszego świata.
– Zrobiliśmy między innymi perymetrię i optyczną koherentną tomografię, neuromapping, biodynamiczną analizę receptorów i stworzyliśmy neurointerfejs optogenetyczny. To ekscytujące, prawda?
– Tak, oczywiście.
– Teraz porozmawiamy o zaleceniach. Aby rozpocząć proces modyfikacji, musisz przyjmować specjalne leki. Założę ci iniektor, który będzie podawał dawki w odpowiednich porach. Musisz tylko pamiętać, żeby codziennie rano wymienić pakiet modyfikatorów. To są te małe kółka, które wkładasz do tego slotu, widzisz?
Aurelia z chirurgiczną precyzją przykleiła do podbrzusza Flory pasek z miękkiego plastiku, który przyssał się do skóry o wiele mocniej niż zwykły plaster. Znajdowała się w nim klapka, pod którą wsuwało się okrągłe naklejki.
– Nie musisz niczego wyciągać. Wkład składa się z substancji, które całkiem się rozpuszczają.
Jednostka medyczna podziękowała za dzisiejszą współpracę i prostym zaklęciem sprawiła, że drzwi ambulatorium się uchyliły. Floriana zatrzymała się przed wyjściem i po krótkim zastanowieniu zwróciła się do robota.
– Nie śmiej się ze mnie, ale nic nie zrozumiałam z tego, co opowiadałaś – przyznała się – ale Tiberius mi obiecał, że mnie wszystkiego nauczy. I wtedy polecę w kosmos.
– Doskonale – odparł robot entuzjastycznie. – Gdy już będziesz gotowa, porozmawiamy o fizjologii człowieka w stanie nieważkości.
*
Nowe ubrania trafiały do pralni w sposób całkowicie zautomatyzowany. Nad dachem kamienicy zatrzymywał się dron i zrzucał paczkę do zsypu. Pękaty worek zjeżdżał aż do sutereny, gdzie ktoś z bieżącej zmiany potwierdzał odbiór i zabierał się za sortowanie odzieży. To była ważna część procesu, ponieważ jeśli jakieś ubranie trafiło do niewłaściwej pralki, mogło zostać uszkodzone. A to oznaczało potrącenie jego wartości z tygodniówki całego zespołu.
Paczka przebiła się przez gumową błonę zsypu jak nowonarodzone dziecko i wpadło w objęcia Flory. Wbrew imponującej objętości, worek nie był ciężki. Ubrania bogatych ludzi szyto z niezwykle cienkich i lekkich tkanin. Niektóre z nich były tak delikatne, że do prania nie używało się wody, a jedynie sprężone, wilgotne powietrze.
Teraz Floriana miała chwilę dla siebie. Sortowanie zwykle trwało około godziny, więc można było urwać z harmonogramu parę minut. Nie ona jedna z tego korzystała. Starsze dziewczyny często zamykały się na dole, żeby palić papierosy. A że dziennie zdarzało się to nawet i dwadzieścia razy, to chętnych do odbioru ubrań zawsze było dużo.
Flora usiadła obok stery spodni i wyciągnęła z torby migacza. Jeszcze miesiąc wcześniej nawet sobie nie wyobrażała, że kiedykolwiek będzie miała własnego. A jednak. W ostatnią sobotę ojciec wrócił po pracy z pudełkiem pod pachą i wręczył córce niesamowity prezent. Po odpakowaniu urządzenia dziewczyna rozpłakała się ze szczęścia i pierwszy raz od miesięcy wyściskała tatę. A potem schowała się w kącie za folią i wstąpiła do świata kolorów. Od tamtej pory każdą wolną chwilę spędzała na graniu, ponieważ w pakiecie z urządzeniem dostała też kilka tysięcy tokenów, które mogły starczyć na gry przez rok albo i dłużej.
Twarz Flory tonęła w tęczowym świetle ekranu. Skupiała się na rozbudowie sadu, w którym rosły jej ukochane jabłka. Zieleń skórek była nieco wyblakła, ale przecież owoce potrzebowały czasu, aby dojrzeć. I wtedy spadł pierwszy cios, który pozbawił dziewczynę tchu. Po drugim kopnięciu upadła na stertę damskich bluzek. Gdy się odwróciła, napotkała karcące spojrzenie Chiary, najstarszej dziewczyny z dziennej zmiany. Wokół niej zebrało się kilka młodszych praczek.
– Rakieta daje dupy! Rakieta daje dupy! – skandowały. Otoczyły ofiarę jak hieny, ale zamiast gryźć, wytykały ją palcami. Najmłodsze z nich mgliście pojmowały znaczenie obelgi. Miały tylko głębokie przekonanie, że dawanie dupy to coś nieprzyzwoitego i robią to ludzie bezwstydni. Jedynie Chiara wiedziała, o co chodzi, ponieważ odkąd skończyła czternaście lat, musiała obsługiwać wujka i szwagra. Dlatego przyszła napompowana obrzydzeniem i złością na puszczalską smarkulę, która robiła to samo, co ona, tylko że w zamian dostawała pieniądze.
– Zdzira! – krzyknęła i uderzyła. Flora nie miała zamiaru zostać bierną ofiarą i potulnie znosić ciosy. Rzuciła się z krzykiem do walki. Tłukła, gdzie popadnie, gryzła i drapała. Była mniejsza i słabsza, ale zaatakowała z furią, której nikt się nie spodziewał po niepozornej marzycielce. A pozostałe dziewczyny chłonęły widowisko. Głośno dopingowały splecione we wściekłych objęciach zapaśniczki.
– Wal ją, Rakieta!
– Załatw ją, Chiara!
Dziewczyny na chwilę się rozeszły. Żadna nie zdobyła przewagi, co najwyżej kilka siniaków. Potłuczone policzki szybko czerwieniały, a z nosów ciekła krew.
– Śmierdząca dziwka! – Chiara patrzyła na Rakietę z nienawiścią nastolatki, która nie znała kompromisów, dla której każda emocja była ostateczna i przełomowa. Wydawało jej się, że młodsza praczka będzie łatwym celem, na którym wyładuje złość. A tu, zamiast wielkiego triumfu, skompromitowała się w oczach pozostałych.
– Sama śmierdzisz! – odparła Flora. – Wszystkie śmierdzicie! Ale już niedługo nie będę waszego smrodu znosić. Będę lepsza od was! Będę ładniejsza i mądrzejsza. Patrzcie!
Flora uniosła spód koszulki i pokazała iniektor przymocowany do podbrzusza.
– Widzicie, dziwki? Ja już się zmieniam i niedługo to wy będziecie prać moje ubrania.
– Dość tego!
Pani Russo wkroczyła, zanim rozpoczęła się druga runda. Chiara miała ochotę na rewanż, a dziewczyny liczyły na kontynuację pojedynku, jednak rozeszły się niechętnie.
– Flora, zaczekaj. Co tam masz?
Floriana pokazała żółty pasek. Chciała zrobić hardą minę, ale spływające po twarzy łzy i rzadkie smarki, które obficie uciekały z nosa psuły efekt. Russo niezdarnie kucnęła obok wzbudzając do stukotu plastikowe stawy. Z pomocą chusteczek doprowadziła twarz dziewczyny do porządku.
– Twoi rodzice zapisali cię do programu medycznego, tak? Dlatego masz swojego migacza.
– Niedługo będę miała wszystko swoje – hardo odparła Flora.
Na zwykle pogodnej twarzy kierowniczki odmalowały się szare odcienie zmartwienia.
– Jak się czujesz?
– No, tu mnie boli łokieć i policzek.
– Nie o to pytam. Czy od tych badań coś się zmieniło? Czujesz się gorzej niż zwykle?
– Czuję się lepiej – orzekła Flora. – Każdego dnia jestem lepsza.
Kierowniczka wstała i położyła dłonie na ramionach podopiecznej, jakby właśnie wszystko zrozumiała i teraz chciała się podzielić jakąś wielką mądrością. W jej oczach połyskiwało współczucie.
– Wracaj do domu. Opowiedz rodzicom, co tu się wydarzyło, a potem błagaj ich, żeby cię z tego programu wypisali. Zrozumiałaś?
– Pani żartuje? Dlaczego?
– Po prostu zrób, o co cię proszę.
Floriana chciała protestować, ale zanim ubrała sprzeciw w słowa, kierowniczka bez dyskusji wypchnęła ją z zakładu. Musiała płonąć z zazdrości, pomyślała Flora.
*
Otarcia pokryły się kruchymi strupami, a siniaki urosły i nabrały kolorów jak kwiaty na wiosnę. Aurelia zbadała obolałe miejsca i uznała, że nie stanowią zagrożenia, mogą co najwyżej powodować dyskomfort.
– Czy mam zgłosić incydent na policję?
– Proszę, nie – powiedziała Flora przestraszonym głosem. – Polizia Municipale zrobi z tego aferę, a nic się nie stało. Jeszcze pobiją dziewczyny albo wsadzą do więzienia. A przecież one tylko mi zazdrościły migacza. Ja to rozumiem. Też bym zazdrościła. Ale wiesz, Aurelia? Jak polecę w kosmos, to kupię wszystkim dziewczynom po migaczu i każda będzie miała swój. I będą szczęśliwe.
– Jesteś bardzo hojną osobą – pochwaliła jednostka medyczna. – A teraz pokaż mi iniektor. Sprawdzimy stan urządzenia.
– Wszystko idzie, jak trzeba?
– Idzie świetnie. Twoje wyniki są bardzo obiecujące.
– Dlaczego pani Russo mówiła, żebym zrezygnowała z badań? Po co mam rezygnować z okazji, żebym była lepsza?
Na ułamek sekundy Aurelia zamarła, po czym podniosła się i odsunęła od pacjentki. Po chwili na sąsiednim migaczu pojawiła się foremna twarz Tiberiusa Casiusa Orsanti.
– Witaj, Floriano. Aurelia poinformowała mnie, że masz pytanie, na które mógłbym ci odpowiedzieć.
Widok przedstawiciela ucieszył i uspokoił dziewczynę. Z pełnym zaufaniem opowiedziała o całym zajściu w pralni.
– I ja nie rozumiem, dlaczego miałabym o to prosić rodziców? Przecież to bez sensu, prawda?
Orsanti przez chwilę wpatrywał się w coś poza ekranem. Przez jego twarz przewijały się świetliste paski i kropki.
– Russo… Manuela Russo, mam – mruczał pod nosem. – Z tego, co tu widzę, pani Russo uczestniczyła w tym samym programie, co ty, Floriano, piętnaście lat temu. Dostosowanie półautonomicznej protezy do układu nerwowego i kostnego, wynik poniżej przeciętnej, ostra reakcja immunologiczna. Proces przerwany.
– Przerwany? Dlatego nie poleciała w kosmos?
– Nie poleciała w kosmos, bo jej ciało okazało się zbyt słabe. Na dodatek nie mogła liczyć na rekompensatę z ubezpieczenia, bo złamała zasady poufności umowy.
– Ja niczego nie złamię. Na pewno!
– Wierzę ci. Ty również nie możesz nikomu opowiadać o tym, co tu robimy. To bardzo ważne, bo w razie niepomyślnego wyniku badań, twoi rodzice nie dostaną więcej pieniędzy.
– Przecież ja się staram! Codziennie wymieniam wkład w inmiktorze i jem wszystko, co mam napisane, żeby zjadać.
– Pacjentka jest zaangażowana w proces i w ciągu ostatnich tygodni przestrzegała zaleceń wzrorowo – wyjaśniła Aurelia. – To moja ulubiona podopieczna.
– Doskonale. – Tiberius wyraźnie się ucieszył.
– Czy teraz już będę mogła zacząć się uczyć? Chciałabym umieć lepiej czytać.
– Jesteśmy coraz bliżej finału. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Do zobaczenia niedługo.
Orsanti zakończył rozmowę. Zadowolona z jej wyniku Floriana skupiła się na sąsiednich migaczach, na których przewijały się niezrozumiałe znaki i wykresy.
– Co znaczą te kreski?
– Czy wyrażasz życzenie, abym wyjaśniła ci aktualny status badań?
– Tak, chyba ten, no, wyrażam.
Aurelia odpowiedziała tak skrupulatnie, jakby układała wzory z drobin piasku. Wszystkie szczegóły miały swoje miejsca i dopiero w całości mogły przyjąć rozpoznawalny kształt. W tłumaczeniu robota przeważały informacje o ekspresji genów i kolejności przeprogramowania czopków optycznych, co miało doprowadzić do zmiany procentowego udziału bazowych kolorów. Robot z entuzjazmem wypluł z siebie potok słów, lecz ani jedno nie przypominało ludzkiej mowy. Flora się tym nie przejęła.
3.
Pani Russo zmodyfikowała harmonogram tak, aby Chiara nie pracowała na tej samej zmianie co Flora. Atmosfera w pralni przestała przypominać wnętrze rozgrzanego piekarnika, więc dziewczyny wróciły do codziennej rutyny. Zresztą pracy było bardzo dużo, bo dwie praczki zmarły w zeszłym tygodniu na odrę. Nikogo to specjalnie nie zaskoczyło. W tym roku choroby zabrały pani Russo już dwudziestkę dzieci. Odbyły się ciche kremacje, na które Flora poszła z rodzicami, ale wolała żegnać koleżanki sama. Nie podobało jej się to, że Riccardo obnosił się z nowymi ubraniami, przez co sąsiedzi patrzyli na nich z ukosa.
Flora wkładała do bębna czerwone koszulki i zastanawiała się, czy mogłaby poprosić Aurelię, aby przywiozła do Oltarno trochę lekarstw, żeby jej koleżanki nie musiały umierać. Wyobrażała sobie, że tam, gdzie mieszkali lepsi ludzie, nikt nie umierał z powodu gruźlicy albo różyczki.
Rozmyślania przerwał dźwięk sąsiedniej pralki, która skończyła robotę. Mokre ubrania trzeba było szybko wyjąć i przełożyć do suszarki, załadować następny bęben i ustawić odpowiedni program. Potem wyciągnąć odzież z poprzedniej i włączyć kolejną. I tak w kółko. W jednym cyklu Flora obsługiwała osiem pralek, ale dzisiaj przychodziło to jej z trudem. Czuła się zmęczona, bolały ją mięśnie, a jaskrawe światło lamp zmuszało do mrużenia oczu. Za oknem panowała przygnębiająca szaruga, której wilgotne smugi utrudniały pracę. Na szczęście zmiana powoli dobiegała końca.
– Idziesz dzisiaj na most? – zapytała kierowniczka, kiedy przyniosła ze zsypu kolejną paczkę posortowanych ubrań.
– W taką pogodę to nie. Jest smutno, pochmurno i w ogóle ble.
Russo wbiła w praczkę badawcze spojrzenie.
– Dziecko, co ty opowiadasz? Jest ładne, czyste niebo. Jednej chmurki na niebie nie było od miesiąca.
Pralka z czerwonymi koszulkami wtrąciła się do rozmowy głośnym piknięciem. Kierowniczka zwolniła blokadę, otworzyła drzwi i westchnęła, gdy wyciągnęła pranie.
– Córcia, coś ty narobiła?
Flora nie od razu pojęła, w czym był problem.
– Włożyłaś białe do czerwonych – jęknęła kierowniczka.
– Jak to? Co pani opowiada? Przecież te były różowe.
– Teraz są różowe. Nie widzisz oznaczeń?
Flora widziała litery, ale ich nie znała. Zawsze sortowała odzież według tkanin i kolorów, a do tego alfabet nie był potrzebny.
– Jak to? Przecież były wyraźnie różowe.
Załamana Russo rzuciła koszulki na posadzkę i zresetowała sąsiednią pralkę, aby sprawdzić jej zawartość. W środku znalazła pomieszane kolory czarny z niebieskimi. Po wyłączeniu wszystkich maszyn okazało się, że tylko w jednym bębnie kotłowały się dobrze dobrane czerwone spódnice.
– Czy ty wiesz, ile to nas będzie kosztowało?
Oczy dziewczyny zrobiły się mokre. Nie wydusiła z siebie ani słowa. Wpatrywała się w swoje dzieło i nie rozumiała. Przecież widziała dobrze, wszystkie kolory do siebie pasowały. Pani Russo musiała zmyślać, ale szybko się okazało, że wcale tak nie było. Do komory weszła Julietta z workiem nowych ubrań, a gdy zobaczyła, co się stało, zamarła tak samo, jak kierowniczka.
Przerażona Flora złapała jedną z zafarbowanych koszulek i spróbowała zetrzeć różową barwę. Nerwowe pocieranie o własną bluzę nic nie dało, szorowanie gumową gąbką też nie. I gdy paniczna walka ze zdradzieckim kolorem trwała w najlepsze, na progu pokoju zebrała się wścibska widownia. Kilka dziewczyn wpatrywało się we Florę z oczami wielkimi jak letnie słońce.
– Rakieta już całkiem odleciała – skomentowała któraś. Tego Flora nie wytrzymała i uciekła.
Ulice zrobiły się nieprzyjemnie ciemne i wyblakłe. Dachy odległych kamienic traciły zarysy i zlewały się w jednolitą, szarą maź, w której Flora ledwo rozpoznawała kształty. Gdy biegła przerażona, pytała samą siebie, dlaczego te przeklęte latarnie jeszcze nie świecą, skoro zrobiło się tak ciemno?
Na moście Santa Trinitia grupa nastolatków popijała tanie wina. Flora wbiegła między chłopaków i potrąciła kilku z nich. Nie zwróciła uwagi na krzyki oburzenia, tylko oparła się o mur i wpatrzyła w odległą Dolinę Arno. Port kosmiczny ledwo się rysował na tle pomarańczowych wzgórz. Nad krajobrazem unosił się jaskrawy punkt, który ciągnął za sobą różową smugę. Rakieta świeciła tak mocno, że Flora musiała zmrużyć oczy. To nie był jej ukochany, codzienny widok. To był obraz wyjęty z sennego koszmaru, w którym demoniczny artysta zmielił wszelkie kształty i zatopił w jaskrawej, marchewkowej farbie.
– Co się dzieje? – jęknęła.
– E, Rakieta! Może byś trochę wyluzowała? – zawołał jeden z chłopaków.
Lekko się już zataczał, a ponieważ rosła w nim fantazja, to nabrał ochotę na zaczepki. Myślał sobie, że mimo opinii dziwaczki, z tej Rakiety była całkiem ładna dziewczyna. Podszedł więc bliżej i położył na jej ramieniu rękę. Jednak dzisiaj jego urok osobisty go zawiódł. Chłopak dostał w twarz tak mocno, że zatoczył się i upadł. Kumple zareagowali śmiechem i podnieśli wiwat.
– Rakieta łamie serca!
– I wybija zęby!
Floriana nie czuła satysfakcji. Zostawiła rozbawionych chłopaków za sobą. Pobiegła do domu, wbiegła klatką schodową na dach i dopadła do uśpionego kontenera. Niestety właz pozostał zamknięty i nie pomogło wielokrotne przykładanie karty magnetycznej.
– W dniu dzisiejszym ambulatorium eksperymentalne nie prowadzi badań – poinformował głos Aurelii.
Tłuczenie w obudowę kontenera nic nie dało. Metaliczny łomot jedynie przepędził stado gołębi.
– Błagam, wpuść mnie! Wpuść mnie!
Flora powtórzyła prośbę jeszcze siedemnaście razy. Przy osiemnastym opadła z sił i osunęła się na podłogę. Została tam na długo, aż znalazł ją ojciec i zaprowadził do domu. Zapytana o powód rozpaczy, opowiedziała o wszystkim, co się zdarzyło. Uspokoiła się dopiero, gdy przytuliła ją matka. Tego wieczora nie skorzystała z wody ani mydła, nie poszła też do łazienki lokatorskiej na korytarzu i nie wzięła prysznica, który należał się jej od przynajmniej miesiąca. Jak do tej pory korzystała z zasobów ambulatorium, bo Aurelia pozwalała podopiecznej umyć się w kabinie prysznicowej.
Rodzice byli oburzeni. Riccardo w kółko powtarzał, że to ściema, a Francesca wywnioskowała, że właściciele pralni będą próbowali naciągnąć ich na odszkodowanie. Flora nie słyszała wszystkiego, bo rozmowa toczyła się na klatce schodowej, ale cieszyła się, że rodzice nie zrugali jej za nieumyślne występki. Na dodatek najwyraźniej martwili się zdrowiem córki.
– Dzwoń do tego całego Tiberiusa – poleciła Francesca.
Tej rozmowy Floriana też nie słyszała dokładnie. Tiberius posługiwał się tym samym obcym językiem, co Aurelia, kiedy objaśniała postępy badań. Tym razem dużo było o wygaszaniu czopków, długich falach i mutacjach. Z urywków zdań Flora wywnioskowała, że rodzice mieli się tego spodziewać i wyrazili zgodę. Riccardo próbował dyskutować, ale jedno ostrzeżenie Tiberiusa wystarczyło, aby zamilkł.
*
– Nie musisz już chodzić do pracy – oznajmił Riccardo. – Teraz wystarczy moja pensja ze spalarni i mamy premia z marketu.
– I co będę robić? – zapytała Flora. Siedziała w kącie za folią jak spanikowane zwierzę w klatce. Coś w jej brzuchu drżało, jakby zaraz miało napiąć się do granic wytrzymałości i pęknąć. Kurczowo ściskała migacza, ale w miejscu ekranu widziała tylko jaskrawą, pulsującą plamę czerwieni, z której wycięto czarne kształty ikon.
– Myśleliśmy z mamą, żebyś poszła do szkoły. Bo, wiesz, to nie jest obowiązek. Prawo daje nam wybór. Tak sobie myślimy, że teraz nas stać, wiesz, dzięki tobie. No to tak wybraliśmy. Zdecydowaliśmy, że pójdziesz się uczyć.
Ricardo podskórnie czuł, że wydarzyło się coś złego, że coś przegapił albo nawet stracił. Wolałby, żeby wszystko zostało proste i wytłumaczalne, ale to się już niestety skończyło. Dlatego się tłumaczył.
– Musisz pójść do pracy i nagrać wypowiedzenie. Takie jest prawo, że wiesz, że trzeba osobiście.
Flora posłusznie przytaknęła i wstała. Nie była w stanie sama dotrzeć do pralni, więc ojciec ją zaprowadził. W drodze ściskał dłoń córki mocniej, niż było to konieczne. Schodzili w stronę pralni wąską ulicą Oltarno, a on co chwilę zerkał na Florę i rosła w nim panika. Zauważył, że córka nie patrzyła tam, gdzie powinna. Jej wzrok sunął po murach i dachach, jakby czegoś szukała.
– Pójdziemy na mój most?
Riccardo się zgodził i poprowadził wąską ulicą na Santa Trinitia. Kamienice po obu stronach kanału stały jak wycięte z węgla bryły, pozbawione faktury i detalu, zlane w ciężką ścianę czerni. Okna były martwymi oczodołami bez światła. Między dachami zwieszały się rdzawe kable, jak żyły rozciągnięte nad wodą. Kanał nie odbijał już złotych świateł ani pastelowych elewacji. Był gładką, krwistoczerwoną taflą, w której tonęły wszelkie kształty. Tylko niebo żyło. Płonęło nasyconą czerwienią o wielu odcieniach. Pulsowało różowymi kołtunami, które płynęły znad spalarni.
– Wszystko zniknęło – szepnęła Flora.
*
Drzwi pralni jarzyły się czerwoną diodą czytnika kart. Małe, drżące serce w ciemności to jedyny punkt, który Flora widziała wyraźnie. Reszta kamienicy tonęła w czerni, jakby ktoś wyciął ją z nocy i postawił w środku dnia.
– Wejdźmy – zaproponował ojciec. Flora skinęła głową. Jej oczy znowu błądziły w czerni, szukając czegoś, co zapłonęłoby czerwienią i potwierdziło, że świat jeszcze istnieje.
W pralni przyjęła ich pani Russo. Z jej pomocą Flora nagrała na migaczu oświadczenie o zakończeniu umowy o pracę i to w zasadzie był koniec formalności. Normalnie dziecko musiałoby odpracować miesiąc okresu wypowiedzenia, ale ponieważ Flora brała udział w programie badawczym, jej decyzja miała skutek natychmiastowy.
– Ładna kurtka – zauważyła Russo, gdy Riccardo zbierał się do wyjścia. – Kupił ją pan z pieniędzy na córkę?
– O co pani chodzi?
W odpowiedzi kierowniczka podciągnęła spódnicę i postawiła stopę na oparciu fotela. Syntetyczne stawy zaklekotały przy gwałtwonym ruchu, a plastikowe pokrywy pootwierały się, odsłaniając mechanizm suwnic i przekładni.
– Moim rodzicom pieniądze się skończyły, gdy miałam piętnaście lat. A potem musiałam sama zarobić na rehabilitację i wymianę części. Zostałam z tym na całe życie, rozumiesz pan?
– Daj mi pani spokój.
Russo złapała Riccardo za kurtkę i szarpnęła gwałtownie.
– Sprzedałeś własną córkę tym skurwielom. Nie wstyd ci?
– Przecież to wszystko dla niej. Żeby miała lepsze życie. Pójdzie nawet do szkoły i nauczy się czytać!
Russo zaśmiała się szyderczo i puściła Riccardo z miną, jakby wyrzucała do kosza coś obleśnego.
– Nie rozumiesz, człowieku? Nie dostaniesz wypłaty. Dostaniesz rentę na niepełnosprawne dziecko!
– Co pani opowiadasz? Po co mieliby okaleczyć takie dziecko?
– Jesteś głupi. Naiwny. Robią, co tylko chcą. A wiesz dlaczego? Bo mogą. A my im pozwalamy.
– Bzdura.
– Lepiej odkładajcie te drobniaki na przyszłość.
Russo zatrzasnęła za sobą drzwi od kantorka, a Riccardo spuścił głowę i zaprowadził córkę do domu.
*
Mimo głośnych protestów ojca, Aurelia wpuściła do ambulatorium tylko Florę. Gdy właz się zatrzasnął, zapłakana dziewczyna przytuliła się do chłodnego korpusu robota.
– Jest ze mną bardzo źle – wydukała. – Pomożesz mi, prawda?
Aurelia z iście matczyną czułością delikatnie usadziła pacjentkę na fotelu.
– Moja kochana, wcale nie jest z tobą źle – pocieszyła swoim zwykłym, ciepłym głosem. Nasunęła dziecku na oczy gogle, podłączyła sensory do skroni, klatki piersiowej i przegubów, a jednocześnie cały czas tłumaczyła, że wszystko poszło zgodnie z planem. Modyfikacja na poziomie genetycznym przyniosła oczekiwaną zmianę morfologiczną w aktywności czopków, dzięki czemu Flora lepiej widzi światło odbite w zakresie fal długich.
– Wykonaliśmy terapię genową CRISPR, która wyciszyła geny OPN1MW i OPN1SW. Dzięki temu czopki S i M przestały produkować opsyny i nie przekazują sygnałów do komórek dwubiegunowych. I tu dopiero możemy ogłosić sukces eksperymentu. Według naszych założeń miała nastąpić transdyferencjacja i tak się stało. Wszystkie czopki reagują na fale długie. Dzięki temu masz hiper czułość na czerwienie. Gratuluję!
Flora nieco już opanowała oddech, ale ciągle nie mogła pozbyć się wrażenia, że optymizm Aurelii był równie sztuczny, co plastikowa pokrywa jej korpusu.
– Ale ja nic nie widzę – szepnęła.
– Będziesz widzieć lepiej niż inni o zachodzie słońca. Będziesz doskonale widzieć zanieczyszczenia powietrza o wysokim stężeniu. I to o dowolnej porze dnia! Czy to nie fantastyczne?
Wspaniałość tego osiągnięcia nadal dziewczynie umykała. Lęk przed czymś niezrozumiałym ze mieszał się strachem przed nieposłuszeństwem.
– Chciałabym porozmawiać z Tiberiusem.
Aurelia odsunęła się od dziewczyny i zdjęła jej gogle. Po chwili na migaczu wyświetliła się perfekcyjnie wyrzeźbiona twarz przedstawiciela.
– Moja dzielna Floriana. – Orsanti przywitał się z entuzjazmem. – Widzę, że kończysz ostatnie spotkanie z Aurelią.
– Nie wiedziałam, że to ostatnie.
– Tak. Eksperyment zakończył się sukcesem. Dzięki tobie nasi astronauci będą mogli z łatwością dostosować swoje ciała do eksploracji ciał niebieskich, na których panują odmienne warunki od ziemskich. Dzięki tobie zrobiliśmy wielki krok naprzód w poznaniu naszych możliwości.
– Czy teraz mogę już zacząć naukę?
– Oczywiście! Jeśli twoi rodzice przeznaczą część wypłaty na edukację, to jak najbardziej. Zarówno ty, jak i rodzice, dotrzymaliście warunków umowy o zachowaniu poufności, więc twoja wypłata będzie wpływać regularnie przez najbliższe dwadzieścia lat. Powinno wystarczyć na szkołę.
– A kiedy polecę w kosmos?
– Kochana Floriano. Dziękuję ci za twoje zaangażowanie. Byłaś wspaniałą pacjentką, prawda Aurelio?
– Najlepszą – zgodziła się jednostka medyczna. Orsanti zniknął z migacza. Aurelia pomogła Florze zejść z fotela i wyprowadziła ją na zewnątrz. Gdy tylko właz się zatrzasnął, rozległ się świdrujący dźwięk ostrzegawczy.
– Prosimy odsunąć się od lądownika – poinformował głos Aurelii.
Ambulatorium zatrzęsło się, a z jego boków wyskoczyły masywne wsporniki, na których wirowały podwójne śmigła. W migotliwym świetle lamp alarmowych kontener uniósł się w górę, dmuchając potężnym wiatrem. Riccardo schował córkę w objęciach i kucnął, aby zachować równowagę. Gdy wszystko ucichło, Floriana drżała i chlipała.
– Nigdy nie miałam polecieć rakietą – szepnęła. – Tiberius mnie okłamał. Wcale nie jest lepszy. Ci wszyscy ludzie wcale nie są lepsi. Nienawidzę ich wszystkich. To ich wina.
Riccardo przytulił córkę mocniej i odetchnął z ulgą.
4.
Mieszkanie było cudowne. Nie dało się go nazwać inaczej, jak tylko spełnienie marzeń. Oprócz wielkiego salonu i przedpokoju, miało też swoją własną kuchnię i łazienkę. Już samo to wystarczyło, aby doprowadzić matkę do łez. Co najważniejsze, to że był tam jeszcze jeden, oddzielny pokój, który rodzice przeznaczyli dla córki.
– Patrz, Flora – powiedział ojciec z dumą, gdy otworzył drzwi. – Widzisz, co dla ciebie namalowaliśmy?
Floriana powoli weszła do środka i stanęła pod ścianą. Wpatrywała się w jednolitą, niemal całkowicie czarną powierzchnię, na której odcinały się jaskrawe kule w różnych odcieniach różu i czerwieni, a otaczały je jasnopomarańczowe kropki. Cztery kwadraty światła, wykrojone przez ramę okna, spoczęły na ścianie jak pieczęcie, podbijając czerwień i wyciągając z niej każdy szczegół.
– Jak ci się podoba rakieta? – zapytała Francesca. – Ojciec malował.
– To są czerwone planety? – zapytała Flora.
– Moje dzieło – pochwaliła się matka. – Przecież takie też są w kosmosie, co nie?
– Mamy dla ciebie coś jeszcze – powiedział Riccardo, ale z o wiele mniejszym entuzjazmem, niż planował. – Zobacz.
Flora spojrzała na ojca i w niewyraźnej czarnej sylwetce zobaczyła coś okrągłego i czerwonego. Wzięła to do ręki i poczuła nieco chłodną, miękką i śliską skórkę.
– Ugryź – zachęciła Francesca, a dziewczyna z chęcią posłuchała. Gdy poczuła słodki sok, natychmiast się rozpromieniła.
– Jest pyszne.