Piąte z siedmiu opowiadań cyklu “Skrzydła czasu”, stanowiącego tematyczną całość, choć każde z opowiadań to osobna, zamknięta historia.
Piąte z siedmiu opowiadań cyklu “Skrzydła czasu”, stanowiącego tematyczną całość, choć każde z opowiadań to osobna, zamknięta historia.
Zatoka Perska
16 stycznia 1991
USS Ranger
Powietrze w kwaterach pilotów dywizjonu VF-84 Jolly Rogers było ciężkie mimo klimatyzacji pracującej na pełnej mocy. System chłodzenia tłoczył je nieprzerwanie, ale przy pełnym stanie osobowym i zamkniętych grodziach temperatura rosła szybciej, niż instalacja była w stanie ją zbić. Stalowe ściany magazynowały ciepło z dnia i oddawały je nocą. W wąskiej koi zapach potu mieszał się z paliwem lotniczym i farbą okrętową.
JP-5 nie było abstrakcją. Paliwo do samolotów przechowywano kilka pokładów niżej. Opary przenikały przez system wentylacyjny i osiadały w materiałach. Kombinezon po jednym dniu na pokładzie lotniczym pachniał nim wyraźnie. W zamkniętej przestrzeni zapach był stały i rozpoznawalny.
Światło w kajucie zapaliło się nagle. Jarzeniówki dały równe, białe oświetlenie. Nie było półmroku ani cienia, w którym można by się skryć jeszcze przez kilka sekund.
Reina Costanos otworzyła oczy, gdy ktoś szarpnął ją za rękaw.
– Wstawaj. Odprawa za pięć minut.
Mark „Switch” Ibarra, stał nad jej koi w zapiętym kombinezonie lotniczym. Włosy miał jeszcze przygniecione od snu. Pas był już zapięty, identyfikator przypięty do piersi.
– Pięć minut? – mruknęła. – Kogoś poniosło.
– CAG prowadzi. Lepiej się nie spóźnić.
To wystarczyło.
Reina przetarła twarz dłonią. Skóra była ciepła. Sen ustąpił od razu, jak po nagłym sygnale alarmowym.
– Jasne. Dzięki.
Usiadła. Wciągnęła powietrze głęboko, aż w klatce piersiowej poczuła napięcie. Zsunęła nogi z koi. Buty uderzyły o pokład. Metal odpowiedział krótkim, niskim pogłosem. Pod podeszwami czuła stałe drganie kadłuba – generatory, pompy, praca śrub. Okręt był w ruchu nawet wtedy, gdy człowiek stał w miejscu.
Sięgnęła do zamka kombinezonu i zapięła go pod samą szyję. Sprawdziła pas. Zaciągnęła klamrę. Przyczepiła identyfikator na rzep, poprawiła go tak, by nie odstawał. Rękawice wsunęła do kieszeni na udzie.
Hełm został na półce. Na odprawę nie był potrzebny. Na lot trafi do niej przed wejściem na pokład lotniczy, razem z maską i przewodem tlenowym.
Wąskie przejście między kojami zaczęło się zapełniać. Ktoś zapinał pas w pośpiechu. Ktoś szukał butów pod łóżkiem. Ktoś inny przeszukiwał kieszenie, mrucząc pod nosem, że zgubił długopis. Metalowe ramy koi skrzypiały, gdy ludzie zsuwali się z materacy.
Reina spojrzała w lustro przy wejściu. Krótkie odbicie. Oczy jeszcze obrzękłe od snu, ale skupione. Szczęka lekko zaciśnięta.
– Kawa? – zapytał Mark, stojąc już przy wyjściu.
– Nie teraz. Potem.
Wyszli na korytarz.
Przestrzeń była wąska, wyznaczona grodziami i instalacjami. Po ścianach biegły przewody, zawory i oznaczenia sekcji. Oświetlenie jarzeniowe było stałe, bez zmiany barwy. Pod stopami wyraźnie czuć było wibracje – niskie, jednostajne. Reaktory i turbiny pracowały kilka pokładów niżej, lecz drgania przenosiły się przez konstrukcję.
Zapach paliwa był tu silniejszy niż w kajucie. Drzwi prowadzące na pokład lotniczy otwierano często, a powietrze z góry schodziło w dół szybami wentylacyjnymi. Do tego dochodził zapach detergentów używanych przy myciu korytarzy i słodkawy zapach farby zabezpieczającej stal przed korozją.
Piloci i RIO wychodzili z kajut po drodze. Zasuwali zamki kombinezonów, poprawiali identyfikatory. Ktoś ziewnął. Ktoś rozciągał kark, przesuwając dłonią po sztywnych mięśniach. Jeden z młodszych pilotów powiedział coś półgłosem, wywołując krótką odpowiedź, ale rozmowa zgasła natychmiast.
Ruch był płynny i wyuczony. Nikt się nie zatrzymywał.
Skręcili w kolejne przejście. Schody. Metalowe stopnie. W górę, potem w lewo. Ręka automatycznie przesunęła się po poręczy. Okręt był labiryntem dla nowych. Dla nich był ciągiem zapamiętanych odległości: siedem stopni, zakręt, trzy kroki, kolejna grodź.
Sala odpraw była już prawie pełna.
Piloci siedzieli przy stołach ustawionych w rzędach. Kombinezony w różnych odcieniach zieleni i brązu. Naszywki eskadr na ramionach i piersiach. Hełmy ustawione pod ścianą w jednym rzędzie, jak sprzęt przed wydaniem.
Rozmowy były ciche. Ktoś przeglądał notatki z poprzedniego dnia. Ktoś sprawdzał mapę sektora. Ktoś patrzył w przestrzeń, nie mrugając przez kilka sekund.
Reina zajęła miejsce w drugim rzędzie. Oparła przedramiona o stół. Drewno było chłodne. Czuła pod nim lekkie drganie, przenoszone z napędu okrętu.
Na ścianie wisiała mapa rejonu operacyjnego. Zatoka Perska, wybrzeże Iraku i Kuwejtu, oznaczenia sektorów. Linie narysowane markerem. Strzałki kierunków bojowych patroli powietrznych CAP. Korytarze odlotu i powrotu. Pozycja zespołu uderzeniowego zaznaczona wyraźnie w centrum.
Każda linia oznaczała czas i paliwo. Każdy sektor – odpowiedzialność.
Drzwi otworzyły się.
Do środka wszedł CAG, dowódca grupy lotniczej lotniskowca, komandor podporucznik William C. Gortney. Za nim oficer operacyjny z teczką i arkuszami rozpiski lotów.
Wszyscy wstali odruchowo. Krzesła zaskrzypiały o podłogę.
– Spocznij!
Krótki ruch ręki. Usiedli jednocześnie.
Gortney podszedł do mapy. Wziął wskaźnik. Stał chwilę bez słowa, patrząc na salę. Nie było w tym krzty pośpiechu.
– Jutro o świcie zaczyna się operacja Pustynna Burza. Pierwsze uderzenia pójdą na cele w Iraku i Kuwejcie. Kiedy bomby spadną na ląd, my będziemy już w powietrzu nad zespołem.
Wskaźnik dotknął sektora na północny zachód od grupy lotniskowca.
– Od pierwszego startu to operacja bojowa. Nie ćwiczenia.
W sali zapadła martwa cisza. Tylko klimatyzacja buczała jednostajnie.
– Jutro zaczynamy od CAP. Jeden klucz Tomcatów. 0700. Sektor północno-zachodni.
Wskaźnik zatrzymał się nad wyznaczonym polem.
– Dowodzi komandor podporucznik Harris. Pierwsza para: Harris i Lowell. Druga para: Costanos i Mercer.
Reina poczuła, jak mięśnie między łopatkami napinają się minimalnie.
– Drugą parę prowadzi Costanos. Mercer na skrzydle. Trzymacie się Harrisa i domykacie sektor. Utrzymujecie strefę czystą.
– Tak jest!
– Uzbrojenie bojowe: AIM-54 Phoenix, AIM-7 Sparrow, AIM-9 Sidewinder. – Wskaźnik przesunął się wzdłuż mapy. – Wysokość patrolowa dwadzieścia tysięcy stóp.
Kilku pilotów zanotowało coś na kartkach.
– Przy samej wodzie występuje zakłócenie obrazu radarowego. Echo od powierzchni i różnica temperatur skracają skuteczny horyzont. Cel lecący nisko może zniknąć z ekranu na kilkanaście sekund.
Reina spojrzała na mapę. Kilkanaście sekund przy prędkości naddźwiękowej oznaczało kilka mil.
– Irakijczycy będą latać nisko. W ciszy radiowej. Jeśli Hawkeye poda wektor – reagujecie natychmiast. Jeśli wasz radar złapie kontakt – meldujecie i przechodzicie do przechwycenia zgodnie z procedurą.
Wskaźnik stuknął w symbol lotniskowca.
– Pod wami będzie zespół. Każdy pocisk, który przejdzie przez wasz sektor, trafi w jeden z tych okrętów.
Nikt się nie poruszył.
– Jeśli cel wejdzie w przestrzeń i nie odpowie na wezwanie, traktujecie go jako zagrożenie. Decyzje podejmujecie zgodnie z zasadami użycia siły ROE dla tej operacji. Szybko i skutecznie.
Uniósł wzrok.
– Zrozumiano?
– Tak jest!
Gortney skinął głową i przeszedł do kolejnych punktów odprawy.
– Jutro o szóstej trzydzieści briefing pogodowy. O siódmej start. – Wskaźnik przesunął się dalej. – Kolejni…
CAG mówił o kolejnych kluczach, tankowaniach i harmonogramie uderzeń. Reina patrzyła na mapę, ale obraz przestał się składać w logiczną całość. Linie zaczęły się rozmywać.
Przez moment widziała pas startowy Edwards Air Force Base. Beton nagrzany w słońcu. Powietrze nad nawierzchnią drgało od temperatury i spalin. Starty odbywały się jeden po drugim. Huk dopalaczy wypełniał przestrzeń tak, że w klatce piersiowej czuło się ciśnienie, jakby ktoś uderzył w mostek otwartą dłonią. Stała przy ogrodzeniu, palce zaciśnięte na metalowej siatce. Czekała na moment oderwania. Koła dotykały pasa do ostatniego metra, potem maszyna odchodziła płynnie w górę. Żadnej rezerwy.
Hałas zostawał w uszach jeszcze długo po starcie. Niskie buczenie przechodziło w stały szum. Czuła je w kościach czaszki.
Ojciec wracał z hangaru w kombinezonie przesiąkniętym smarem. Pachniał metalem i olejem hydraulicznym. Siadał przy stole kreślarskim i pracował w ciszy. Ołówek przesuwał się po papierze równym tempem. Rysunki były precyzyjne. Linie miały wymiar i tolerancję. Jeśli coś miało pracować przy określonym obciążeniu, musiało wytrzymać określoną siłę. Bez marginesu „na oko”.
Nie mówił o dumie ani o marzeniach. Mówił o granicach materiału. O zmęczeniu metalu. O tym, że pęknięcie zaczyna się od mikroskopijnej rysy, której nikt nie zauważy.
Czasem zabierał ją na skraj lotniska. Patrzyli na starty testowe. Uderzenie powietrza z dyszy silnika czuła w klatce piersiowej i brzuchu. Cofnęła się kiedyś o krok, odruchowo. Ojciec tylko skinął głową.
– Zapamiętaj to uczucie – powiedział wtedy. – To jest siła, która musi być pod kontrolą.
Zginął podczas testu naziemnego. Silnik pracował na stanowisku prób. W układzie pojawiła się nieszczelność. Płomień poszedł bokiem. W zamkniętej przestrzeni nie było czasu na ucieczkę.
Reina pamiętała zapach spalonej izolacji i chemikaliów. Ostre, gryzące powietrze.
Od tamtej pory dźwięk silnika pracującego na wysokich obrotach zawsze wywoływał w jej ciele napięcie. Nie panikę. Napięcie.
CAG w sali odpraw mówił dalej o sektorach.
Obraz zmienił się ponownie.
Annapolis. Wilgotny beton. Zapach pasty do podłóg w korytarzach. Gwizdek o świcie. Wstawanie bez względu na zmęczenie. Bieganie z plecakiem, który ocierał ramiona do krwi. Wykłady z nawigacji, mechaniki, taktyki. Procedury powtarzane do znudzenia. Bez pytania „dlaczego”. Najpierw zapamiętać. Zrozumienie przychodzi później.
Organizm uczył się funkcjonować przy niedoborze snu. Serce przyspieszało przy pierwszym sygnale, ale wracało do normy szybciej z każdym miesiącem.
Matka przysłała list po pierwszym semestrze. Kartka była cienka, złożona na pół.
„Jestem z Ciebie dumna. Twój ojciec też by był.”
Reina czytała go wieczorem, siedząc na łóżku w koszarach. Kciuk przytrzymywał papier w jednym miejscu, aż zrobiło się w nim wyraźne zagięcie. Wsunęła kartkę do kieszeni munduru. Nosiła ją przy sobie do dnia graduacji.
Po dyplomie nie było czasu na świętowanie. Była koperta z rozkazem i kierunek: szkolenie lotnicze marynarki.
Pensacola przyjęła ją wilgotnym powietrzem znad Zatoki Meksykańskiej. Mundur przyklejał się do pleców. Asfalt przy pasie startowym był ciepły jeszcze po zachodzie słońca. W salach wykładowych pachniało markerami i plastikiem makiet. Aerodynamika, przeciążenia, procedury awaryjne. Na tablicach rysowano profile podejścia i kąty natarcia.
Potem symulatory. Zamknięte kabiny. Siedziała w fotelu, pasy zapięte, ręce na drążku i przepustnicy. Instruktor wyłączał systemy bez ostrzeżenia. Silnik „gasł”. Wskaźniki spadały. Trzeba było reagować zanim w głowie pojawiła się panika.
Pierwsza maszyna – Beechcraft T-34C Mentor. Jednosilnikowy turbośmigłowiec. Kabina była ciasna a w upale temperatura rosła szybko. Instruktor siedział z tyłu, widoczny tylko w lusterku.
Starty, kręgi nadlotniskowe, lądowania. Procedura po procedurze. Drążek lekko do siebie, korekta sterem kierunku, kontrola prędkości podejścia. Jeśli podwozie dotknęło pasa za twardo, od razu było to słychać i czuć w kręgosłupie.
Uczyła się rozpoznawać zmianę obrotów po dźwięku. Uczyła się czuć przeciągnięcie nie oczami, ale napięciem w ramionach.
Po miesiącach przyszedł czas na odrzutowiec.
Wpierw North American T-2 Buckeye. Dwumiejscowy, prosty w obsłudze, ale wymagający przy podejściu. Potem Douglas TA-4J Skyhawk. Mniejszy, szybszy, bardziej nerwowy przy dużym kącie natarcia.
Zapach JP-5 był wyraźniejszy niż w Mentorze. Paliwo do silników odrzutowych miało ostrzejszą nutę. Przy uruchomieniu sprężarka wchodziła na obroty z wyraźnym gwizdem. Drgania przechodziły przez fotel wprost do kręgosłupa.
Przyspieszenie wciskało plecy w oparcie mocniej niż w turbośmigłowcu. Pas startowy kończył się szybciej. Oderwanie było dynamiczne. W kabinie panował stały wysoki dźwięk pracy silnika. Wskaźniki wymagały ciągłej kontroli.
Loty w formacji wymagały precyzji co do metra. Różnica wysokości o kilka stóp była widoczna natychmiast. Pierwsze tankowania w powietrzu wymagały stabilności ręki i kontroli oddechu. Podejścia do pasa treningowego z namalowanymi liniami pokładu lotniskowca uczyły precyzji bez wybaczenia.
Instruktorzy nie chwalili. Jeśli nie podnosili głosu, oznaczało to, że było wystarczająco dobrze, by iść dalej.
Selekcja przyszła po kilku miesiącach.
Sala odpraw. Tablica z listą nazwisk. Kolejność wyboru zależna od wyników.
Najlepsi wybierali pierwsi.
Ktoś wskazał śmigłowce.
Ktoś transport.
Ktoś szturmowce.
Kiedy wywołano jej nazwisko, serce przyspieszyło o jeden rytm. Dłonie były suche.
– Myśliwce.
W sali zapadła krótka cisza. Dwóch instruktorów spojrzało na nią przeciągle. Jeden skinął głową i postawił przy jej nazwisku znak.
Decyzja została zapisana.
Skrzydła przypięto jej w Pensacoli podczas ceremonii. Metal był chłodny, gdy dotknął materiału munduru. Pot spływał po plecach pod białą koszulą. Matka stała z boku. Uśmiechała się, ale dłonie miała splecione tak mocno, że zbielały knykcie.
Po kilku tygodniach przyszła koperta z przydziałem.
Miramar.
VF-124.
Tam czekał Grumman F-14B Tomcat.
Pierwszy raz, gdy stanęła pod F-14B, zwróciła uwagę na proporcje. Szeroki kadłub, dwa silniki w osobnych gondolach, wloty powietrza ustawione pod kątem. Skrzydła rozłożone w pozycji o małym skosie. Dwa fotele w kabinie ustawione w tandemie. Radar AN/AWG-9 w nosie – zdolny śledzić kilka celów jednocześnie i naprowadzać rakiety dalekiego zasięgu.
Samolot stał nieruchomo na płycie, ale nawet wtedy sprawiał wrażenie ciężkiego. Masa startowa przekraczała trzydzieści ton w konfiguracji bojowej. To nie był szkolny odrzutowiec. To była platforma uzbrojenia.
Pierwsze uruchomienie odbywało się według checklisty. Zasilanie zewnętrzne. Włączenie systemów. Rozruch pierwszego silnika. Wzrost obrotów sprężarki, stabilizacja temperatury spalin. Potem drugi silnik. Drgania przeszły przez podwozie i konstrukcję kadłuba. Fotel przenosił je bezpośrednio w kręgosłup.
Gdy zamknęła owiewkę, poziom hałasu z zewnątrz spadł, ale nie do zera. Silniki pracowały na jałowym ciągu. Dźwięk był stały i wysoki. Wibracje pozostały.
Przy kołowaniu czuła ciężar maszyny w sterze kierunku. Reakcja była wolniejsza niż w Skyhawku. Przyspieszenie przy starcie wymagało pełnej koncentracji na parametrach. Wskaźnik prędkości, obroty, temperatura. Oderwanie następowało przy określonej wartości, bez improwizacji.
Start Tomcatem wymagał korekty sterami w pierwszych sekundach po oderwaniu. Skrzydła o zmiennej geometrii zmieniały skos wraz ze wzrostem prędkości. Samolot reagował precyzyjnie, ale wymagał zdecydowanego prowadzenia.
Mark Ibarra – „Switch” – pojawił się na tylnym fotelu kilka dni później. Oficjalnie Radar Intercept Officer. Odpowiadał za radar, identyfikację celów, łączność z kontrolą lotu i zarządzanie uzbrojeniem dalekiego zasięgu.
W kabinie miał własny zestaw wyświetlaczy. Na jego ekranie pojawiał się obraz sytuacji powietrznej, którego ona nie widziała. Jej zadaniem było utrzymać parametry lotu i pozycję. Jego – wykryć, sklasyfikować i naprowadzić.
Uczyła się reagować na jego komendy bez opóźnienia.
– Kontakt, namiar zero dziewięć zero, odległość czterdzieści mil.
– Potwierdzam.
Zmiana kursu. Korekta wysokości. Wspólna praca bez zbędnych słów.
W powietrzu zaufanie było elementem procedury. Jeśli RIO podawał wektor, pilot wykonywał korektę. Jeśli pilot zgłaszał zmianę wysokości lotu, RIO dostosowywał pracę radaru. Brak synchronizacji oznaczał utratę przewagi.
Pierwsze lądowanie na pokładzie przyszło o zmroku.
Podejście odbywało się według ustalonego profilu. Okręt był w ruchu. Pokład wznosił się i opadał na fali. Światła systemu optycznego wskazywały właściwą ścieżkę zniżania. Zbyt nisko – groziło uderzenie w rufę. Zbyt wysoko – minięcie lin hamujących. Tak czy inaczej gwarantowana kąpiel w oceanie.
Na krótkiej prostej serce przyspieszyło. Dłonie były wilgotne w rękawicach. Przepustnica minimalnie do przodu, korekta kąta natarcia.
Koła uderzyły o pokład a hak zaczepił linę hamującą. Szarpnięcie było gwałtowne. Pasy wbiły się w barki. Samolot zatrzymał się w ciągu kilku sekund. Silniki zeszły na mniejsze obroty.
W kabinie przez moment słychać było tylko oddech i pracę hydrauliki.
Po każdym locie raport. Czas reakcji, parametry podejścia, ewentualne odchylenia od ścieżki. Po każdym lądowaniu ocena od oficera LSO. Jeśli podejście było zbyt niskie lub za szybkie, uwaga trafiała do dokumentacji.
Każdy błąd był zapisywany.
Droga do eskadry liniowej wymagała utrzymania określonego poziomu przez wiele miesięcy. Każdy lot był weryfikacją. Każde podejście – oceną zdolności do utrzymania parametrów w warunkach obciążenia.
W końcu przyszedł przydział.
VF-84 Jolly Rogers.
Eskadra operacyjna. Gotowość bojowa. Odpowiedzialność nie za szkolenie, lecz za realną misję.
W tym czasie matka przysłała kolejny list.
„Twój ojciec projektował skrzydła. Ty na nich latasz. Sięgnij gwiazd.”
Reina przeczytała go w milczeniu. Złożyła kartkę na pół i wsunęła do kieszeni kombinezonu. Materiał zaszeleścił krótko.
Głos CAG przeciął wspomnienie.
– Costanos!
Podniosła wzrok natychmiast. Krzesło pod nią skrzypnęło lekko, gdy wyprostowała plecy.
– Jeśli jutro będziesz tak zamyślona, pierwszy Irakijczyk zdmuchnie cię z nieba! – Gortney patrzył chłodno. – Skup się!
Mięśnie szyi napięły się. Oddech skrócił się o ułamek sekundy.
– Tak jest, Sir!
Gortney skinął głową i przeszedł dalej.
– Reszta dnia: tankowania w powietrzu, CAP rotacyjny, osłona uderzeń. Intrudery i Hornety – ataki na cele lądowe. Harmonogram dostaniecie od operacyjnego. Sprawdźcie sprzęt. Jeśli coś nie działa, zgłaszacie od razu.
Szum notatek wypełnił salę. Ktoś pstryknął długopisem. Ktoś inny odchrząknął cicho.
Odprawa trwała jeszcze kilka minut. Na koniec CAG spojrzał po sali.
– Jutro będzie długi dzień. Odpocznijcie. I nie róbcie głupot.
Krzesła zaskrzypiały ponownie. Ludzie wstali. Zbierali mapy, notatniki, hełmy. Rozchodzili się w małych grupach, bez podnoszenia głosu. Ruch był spokojny, ale przyspieszony w szczegółach: zapięcia, poprawki, sprawdzanie kieszeni.
Następnego dnia każdy z nich miał znaleźć się w powietrzu.
***
Reina wyszła na pokład lotniczy przez stalową gródź po prawej burcie.
Słońce schodziło nisko nad horyzontem. Powietrze było chłodniejsze niż w ciągu dnia, ale metal barierki nadal oddawał ciepło nagromadzone w blachach. Oparła na nim dłonie. Czuła pod palcami drobne drgania – praca maszynowni i śrub przenoszona przez konstrukcję kadłuba.
Pokład był częściowo opróżniony. Samoloty ustawione wzdłuż linii parkowania miały złożone skrzydła. Załogi naziemne kończyły ostatnie czynności kontrolne. Zapach paliwa lotniczego był wyraźniejszy niż pod pokładem. Wiatr znad wody rozpraszał go, ale nie usuwał całkowicie.
Za jej plecami zamknęły się drzwi grodzi.
– Wiedziałem, że cię tu znajdę.
Odwróciła głowę.
Podporucznik Daniel „Rook” Mercer szedł w jej stronę z dwoma papierowymi kubkami. Kombinezon miał rozpięty pod szyją, rękawy podwinięte minimalnie powyżej nadgarstków. Podał jej jeden kubek bez słowa.
– Kawa z automatu – powiedział. – Ci z maszynowni twierdzą, że to kawa.
Wzięła łyk. Płyn był zbyt gorący. Cofnęła kubek od ust.
– Smakuje jak filtr paliwa.
– Mówiłem.
Stanął obok niej i oparł przedramiona o barierkę. Przez chwilę patrzyli przed siebie.
Na zachodzie światło słabło szybko. Morze było równe, tylko z lekkim rozbiciem od kursu zespołu. W oddali widać było światła eskorty.
Pod pokładem coś uderzyło metalicznie. Krótki, głuchy dźwięk. Potem znowu stały pomruk pracy turbin.
– Pierwsza prawdziwa akcja – powiedział Mercer po chwili.
Nie patrzył na nią. Skupił wzrok na wodzie.
– Tak.
– Tyle lat szkolenia. – Wypuścił powietrze. – Symulatory, nocne podejścia, tankowania. A teraz ktoś mówi: jutro idziecie do boju.
Reina oparła ciężar ciała bardziej na dłoniach. Metal był już chłodniejszy.
– Parametry są te same – powiedziała. – Prędkość, wysokość, paliwo. Różnica jest w konsekwencjach.
Mercer skinął głową.
– Nie boję się walki. – Zamilkł na moment. – Boję się, że coś przeoczę. Że przegapię sygnał albo źle ocenię sytuację.
Jego prawa dłoń zacisnęła się na krawędzi barierki. Knykcie zbielały.
Reina zauważyła to kątem oka.
– Dlatego lecimy w parze – powiedziała. – Ty masz mój sektor na radarze. Ja mam twój. Jeśli jeden coś przeoczy, drugi to zobaczy.
– O ile będziemy w odpowiedniej odległości.
– Będziemy.
Odwrócił głowę w jej stronę.
– To ty prowadzisz naszą parę.
– Wiem.
– Czyli jeśli coś pójdzie nie tak, decyzja będzie twoja.
Reina poczuła, jak mięśnie brzucha napinają się lekko. Nie odwróciła wzroku.
– Decyzje podejmuje się według ROE. Nie według nastroju.
– Jasne.
Uśmiechnął się krótko, bez humoru.
– Postaram się nie zgubić cię z radaru.
– Postaraj się nie wejść mi w martwą strefę pod ogonem.
– Rozkaz przyjęty.
Zamilkli.
Pokład lotniczy zaczął przechodzić w tryb nocny. Najpierw włączyły się zielone światła krawędzi. Potem czerwone przy stanowiskach obsługi i wózkach amunicyjnych. Na końcu białe światła osi lądowania i strefy przyziemienia. Oświetlenie było punktowe, podporządkowane procedurze podejścia.
W oddali, po lewej burcie, widoczny był krążownik rakietowy.
USS Bunker Hill utrzymywał stałą odległość od lotniskowca. Na nadbudówce obracały się anteny systemu Aegis. Radar SPY-1 pracował w trybie ciągłym, budując obraz sytuacji powietrznej w promieniu setek kilometrów. Dane trafiały do centrum informacji bojowej i były przekazywane dalej – do Hawkeye w powietrzu i do myśliwców na CAP.
– Bez nich bylibyśmy ślepi – powiedział Mercer, patrząc w stronę krążownika.
– I głusi – dodała.
W dzień główną kontrolę przestrzeni zapewniały Northrop Grumman E-2 Hawkeye. Teraz jeden z nich stał na pokładzie z opuszczonymi skrzydłami. Załoga miała kilka godzin przerwy przed nocnym dyżurem. W czasie, gdy nie było maszyny w powietrzu, odpowiedzialność przejmował Aegis.
Dalej, szerzej rozstawione, płynęły niszczyciele.
USS O’Brien utrzymywał sektor zewnętrzny. Jego radary średniego zasięgu i systemy kierowania ogniem miały przechwycić cele, które spróbowałyby podejść nisko nad wodą, poniżej horyzontu głównego radaru krążownika.
Po prawej burcie widoczny był USS Ford. Jego zadaniem była osłona przeciwpodwodna. Sonary aktywne i pasywne pracowały nieprzerwanie. Okręt utrzymywał kurs równoległy do lotniskowca, w stałej odległości taktycznej.
Dalej, z tyłu formacji, poruszały się jednostki wsparcia. Tankowiec i okręt zaopatrzeniowy. Ich światła były ograniczone do minimum. Bez nich operacje lotnicze zatrzymałyby się po jednym dniu – paliwo, amunicja, części zamienne były dostarczane cyklicznie.
Pod powierzchnią, kilka mil przed zespołem, poruszał się okręt podwodny typu Los Angeles. Reina wiedziała o jego obecności z odprawy. Nie widziała go. Jego zadaniem było wczesne wykrycie zagrożeń podwodnych i ewentualne neutralizowanie ich bez ujawniania pozycji zespołu.
Każda jednostka miała przypisany sektor i zakres odpowiedzialności. Nikt nie działał samodzielnie.
Mercer dopił kawę i zgniótł kubek w dłoni.
– O szóstej trzydzieści briefing pogodowy – powiedział.
– Wiem.
– Spróbujesz zasnąć?
Reina spojrzała jeszcze raz na światła eskorty. Układ był stały. Odległości utrzymywane co do mili.
– Muszę.
Odwróciła się od barierki. Dłonie były chłodne. W klatce piersiowej czuła równy rytm serca.
– Do jutra – powiedziała.
– Do jutra.
Przeszli przez grodź z powrotem pod pokład. Drzwi zamknęły się za nimi z metalicznym stuknięciem.
***
Pobudka nie była nagła. Okręt pracował na okrągło. Turbiny napędowe utrzymywały stałe obroty, a drgania przechodziły przez grodzie i pokłady. W koi czuć było niskie, jednostajne wibracje. To był sygnał, że zespół utrzymuje kurs i prędkość.
Reina siedziała już na krawędzi koi, gdy z głośnika w suficie rozległ się komunikat:
– Załogi lotnicze. Odprawa pogodowa za dziesięć minut.
Ton był neutralny. Bez alarmu. Bez podnoszenia głosu.
To była część harmonogramu operacyjnego. Jeśli briefing był o 0630, znaczyło to, że katapulty będą gotowe przed 0700.
Zapięła kombinezon pod samą szyję. Sprawdziła rzepy przy mankietach. Kamizelka przeciążeniowa dopasowana. Pas survivalowy zapięty. Rękawice wsunięte do kieszeni uda. Hełm wzięła pod pachę, drugą ręką poprawiła przewód maski tlenowej.
Ibarra stał przy wyjściu z gotowym hełmem i teczką z kartą misji.
– Chodźmy.
Na korytarzu ruch był większy niż poprzedniego wieczoru. Mechanicy schodzili z nocnej zmiany. Obsługa pokładowa w kolorowych kamizelkach kierowała się w stronę wyjść na pokład. Piloci szli szybkim krokiem, bez rozmów.
Zapach kawy był intensywniejszy niż w nocy. Z mesy wynoszono termosy. W powietrzu wciąż unosił się zapach JP-5, ale teraz mieszał się z rozgrzanym metalem i parą z instalacji.
Sala odpraw pogodowych była wypełniona po brzegi. Miejsca siedzące zajęte, część pilotów stała przy ścianach. Na tablicy wyświetlono aktualne dane meteorologiczne.
Oficer meteo wskazał mapę.
– Widzialność dobra. Wiatr z północnego zachodu do piętnastu węzłów przy pokładzie. To oznacza lekki dryf przy podejściu końcowym i korektę osi po starcie z katapulty.
Przesunął wskaźnik wyżej.
– Na dziesięciu tysiącach stóp cienka warstwa chmur. CAP planowany na dwudziestu tysiącach i wyżej – warunki stabilne. Turbulencja niewielka.
Zmienił planszę.
– Nad lądem możliwe zamglenia i pył przy powierzchni. Nisko lecące cele mogą być trudniejsze do wykrycia wizualnie.
To był element istotny dla identyfikacji przed strzałem.
– Temperatura przy pokładzie wysoka. Wzrost po wschodzie słońca. Gęstość powietrza spadnie w ciągu pierwszej godziny. Parametry startowe w normie.
Krótka pauza.
– Pytania?
Cisza.
– Dobrze. Powodzenia.
Rozeszli się natychmiast. Nie było potrzeby dalszych wyjaśnień. Dane zostały zapisane w pamięci razem z sektorem i godziną startu.
Reina i Ibarra zeszli na moment do wyznaczonego punktu wydawania sprzętu. Sprawdzili radiostacje w hełmach, działanie maski tlenowej, połączenie z interkomem. Technik zaznaczył ich numery lotów na liście.
– Radio test przed kołowaniem – przypomniał.
– Potwierdzam – odpowiedziała.
Na pokład wyszli przez prawą grodź.
Uderzył w nich wiatr znad wody. Było chłodniej niż pod pokładem, ale niósł się zapach paliwa i spalin z uruchamianych agregatów. Hałas był coraz większy. Wózki zasilające APU pracowały przy kilku maszynach jednocześnie.
Światła nocne gasły sekwencyjnie. Białe lampy obrysowe przy krawędziach pokładu wciąż się świeciły. Zielone światła dróg kołowania prowadziły w stronę katapult. Czerwone sygnały przy torach startowych pulsowały, informując o statusie systemu.
Ich F-14 stały za nadbudówką lotniskowca na prawej burcie. Skrzydła złożone w pozycji minimalnej szerokości, by zmniejszyć zajmowaną przestrzeń. Ogony skierowane ku rufie.
Reina zatrzymała się kilka metrów przed maszyną.
Pod kadłubem, między gondolami silników, zamocowane były cztery AIM-54 Phoenix. Rakiety dalekiego zasięgu, naprowadzane radarowo. Ich zadaniem było przechwycenie celu zanim zbliży się do zespołu na odległość odpalenia własnej broni.
Pod skrzydłami dwa AIM-7 Sparrow – półaktywne naprowadzanie radarowe na średnim dystansie. Na zewnętrznych pylonach dwa AIM-9 Sidewinder – naprowadzanie termiczne do walki manewrowej.
Zbiorniki paliwa pod kadłubem zwiększały czas pozostawania w sektorze CAP. Czas był równie istotny jak zasięg rakiet.
Uzbrojenie było pełne. Oznaczało to większą masę przy starcie i dłuższą drogę rozpędzania na katapulcie. Błąd w parametrach startowych nie był dopuszczalny.
Obsługa pracowała bez przerwy.
Jeden z mechaników odłączył wąż paliwowy i zabezpieczył zawór. Inny wpiął przewód zasilania z wózka APU. Sprężone powietrze syknęło przy dołączaniu szybkozłączki. Technik uzbrojenia sprawdzał blokady na pylonach i stan przewodów inicjujących.
Ktoś kontrolował podwozie – amortyzatory, blokady, ciśnienie w oponach. Inny dokręcał panel serwisowy przy wlocie powietrza.
Reina podeszła do swojej maszyny. Dłoń na krawędzi kadłuba. Metal był chłodny.
– Status? – zapytała mechanika.
– Paliwo pełne. Uzbrojenie sprawdzone. Brak uwag – odpowiedział.
Skinęła głową i obeszła samolot. Podwozie. Klapy. Zawiasy skrzydeł. Podwieszenia. Na ziemi pod kadłubem leżały zdjęte blokady kół. Mechanik podniósł je i odsunął na bok.
Kilka metrów dalej Mercer kończył kontrolę swojej maszyny. Podniósł kciuk w jej stronę. Nic więcej.
Z hangaru na dziobie zaczęła wynurzać się platforma.
Najpierw pojawiła się krawędź metalowej płyty, potem nos śmigłowca. Żółte kamizelki obsługi ustawiły się w półokręgu, prowadząc go znakami rąk. Winda drgnęła i zatrzymała się równo z pokładem lotniczym. Zamek zatrzasnął się głucho. Platforma stała się częścią pokładu.
Śmigłowiec ratunkowy – Sikorsky SH-3 Sea King – spoczywał na niej ze złożonymi łopatami. Szary kadłub matowo odbijał poranne światło. Obsługa podpięła wózek holowniczy do przedniego podwozia i powoli ściągnęła maszynę z windy. Koła skrzypnęły na mokrej powierzchni pokładu. Wirnik główny rozłożono ręcznie. Jedna łopata po drugiej, obracana i blokowana we właściwej pozycji. Mechanik sprawdził zawiasy, wcisnął zabezpieczenia, uderzył dłonią w blokadę.
– Gotowe! – krzyknął do drugiego.
Załoga śmigłowca podbiegła truchtem. Pilot i drugi pilot wspięli się do kabiny. Technik pokładowy zajął miejsce przy bocznych drzwiach. Pasy bezpieczeństwa. Hełmy. Mikrofony pod brodą.
Przewód zasilania z wózka podłączono do gniazda. Silniki pomocnicze zakręciły. Z kadłuba dobiegł niski pomruk. Kontrolki w kabinie zapaliły się jedna po drugiej. Technik odłączył przewód i odsunął wózek. Mechanik uniósł kciuk.
Z megafonu nad pokładem rozległ się suchy komunikat:
– Start śmigłowca ratunkowego. Oczyścić sektor dziobowy. Uwaga na strumień wirnika.
Wirnik główny ruszył. Najpierw wolno. Łopaty przecinały powietrze ciężko, z oporem. Potem szybciej. Szum przeszedł w warkot. Strumień powietrza uderzył w ludzi na pokładzie, spłaszczając kamizelki i szarpiąc rękawy. Technicy cofnęli się półkolem. Jeden z nich przyklęknął przy przednim podwoziu, sprawdzając blokadę. Gest ręką. Gotowe.
Pilot podniósł dźwignię. Maszyna odciążyła koła. Najpierw kilka centymetrów. Potem metr. Śmigłowiec zawisł nad pokładem, drżąc lekko w powietrzu pełnym spalin i soli. Obrót w prawo. Powolne przesunięcie nad burtę.
Kadłub lotniskowca przesunął się pod nim. Woda była tuż obok, ciemna i płaska. Śmigłowiec odszedł kilka długości okrętu i ustawił się w zawisie nad sektorem startowym. Tam miał czekać. Jeśli coś pójdzie nie tak przy starcie, to on pierwszy ruszy z pomocą lotnikom.
Pokład na chwilę uspokoił się po jego odejściu. Tylko wiatr od wirnika jeszcze przez moment pchał po pokładzie drobiny kurzu i zapach paliwa.
Reina obeszła swój myśliwiec jeszcze raz, spojrzeniem sprawdzając podwieszenia, klapy, wloty powietrza. Obsługa przesunęła drabinki. Wspięła się po niej, chwyciła krawędź kabiny, postawiła stopę na stopniu i weszła do środka. Fotel przyjął ciężar ciała twardo, znajomo. Pasy przez barki, klamra na biodrach. Hełm na kolana. Dłonie na pulpitach, odruchowo sprawdzające przełączniki.
Za nią Ibarra wsunął się do tylnej kabiny i zapiął pasy. W słuchawkach trzasnęła krótka próba łączności.
Mercer ze swoim RIO wspiął się do swojego F-14 niemal równocześnie. Dwie maszyny, dwie załogi, ten sam rytm.
Owiewki opadły z głuchym stuknięciem, zamki w pozycji zablokowane. Wyrównanie ciśnienia, kabiny odcięły się od wiatru pokładu. Został tylko zapach metalu, elektroniki i ciche tykanie instalacji pod napięciem.
Tymczasem z hangaru pod pokładem lotniskowca ruszyła kolejna winda. Metalowa platforma wynurzyła się powoli z wnętrza okrętu, niosąc na sobie szeroką sylwetkę E-2 Hawkeye. Najpierw pojawił się talerz radaru – matowy, nieruchomy, jak obce ciało wyrastające ponad pokład. Potem skrzydła złożone do tyłu i w górę, na końcu kadłub z zadartym nosem. Winda zatrzymała się równo z poziomem pokładu. Zatrzaski zablokowały się z głuchym stukiem
Obsługa pokładowa podbiegła natychmiast. Żółte kamizelki kierowały ruchem, zielone techniczne sprawdzały zaczepy. Holownik podjechał od przodu i zapiął dyszel pod przednim podwoziem. Silniki transportowe zawyły nisko, gdy maszyna ruszyła powoli do przodu, prowadzona rękami i gestami ludzi. Wczesne światło poranka odbijało się od ciemnej, chropowatej nawierzchni pokładu.
Hawkeye potoczył się w stronę dziobowej katapulty. Maszyna ustawiła się w osi katapulty. Holownik odpiął zaczep i wycofał się na bok.
Nad pokładem rozległ się głos z megafonu:
– Przygotować do startu samolot wczesnego ostrzegania. Uwaga na strumień zaśmigłowy.
Załoga weszła po drabince. Zniknęli w kabinie. Drzwi zamknęły się z metalicznym dźwiękiem.
Rozruch.
Najpierw jeden silnik. Śmigło drgnęło, zatrzymało się na moment, potem ruszyło wolno. Obrót za obrotem. Dźwięk narastał. Drugi silnik podjął pracę chwilę później. Cztery łopaty zamieniły się w półprzezroczyste kręgi. Strumień powietrza uderzył w pokład, spłaszczając ubrania obsługi. Luźne paski zaczęły łopotać. Fale powietrza pchały zapach wody, paliwa i gorącego oleju w stronę rufy. Skrzydła zaczęły się rozkładać. Zawiasy jęknęły, gdy długie płaty opadły z pozycji transportowej i zatrzasnęły się w układzie do lotu. Mechanicy podbiegli, sprawdzili blokady.
Obsługa podpięła zaczep katapulty do przedniego koła. Człowiek w żółtej kamizelce uklęknął, sprawdził blokadę, podniósł kciuk w znaku gotowości. Wskaźniki mocy w kabinie poszły w górę. Silniki zawyły na pełnej mocy. Śmigła zamieniły się w rozmyte dyski.
Z megafonu padł rozkaz:
– Katapulta jeden. Hawkeye 0-1. Start!
Oficer katapultowy uniósł rękę. Krótki gest. Pilot odpowiedział sygnałem.
Sekunda napięcia…
Katapulta wyrzuciła maszynę do przodu z brutalną siłą. Hawkeye został wyrwany do przodu, przyspieszając wzdłuż toru startowego. Koła oderwały się od pokładu po kilku sekundach. Talerz radaru drgnął, gdy kadłub przeciął powietrze nad dziobem okrętu. Maszyna opadła na ułamek sekundy, potem uniosła się i zaczęła nabierać wysokości.
Śmigła zlały się do dwóch wirujących punktów na tle jasnego nieba. Samolot skręcił lekko w lewo i odszedł nad wodę, nabierając wysokości nad zespołem, którego mial chronić.
Na pokładzie już biegli kolejni technicy. Katapulty były puste tylko na moment.
***
Reina patrzyła, jak Hawkeye odrywa się od pokładu i znika nad dziobem lotniskowca. Najpierw błysk podwozia, potem cień skrzydeł, wreszcie tylko wibracja powietrza, która wróciła po pokładzie jak cofająca się fala.
To nigdy mi się nie znudzi…
– Zasilanie zewnętrzne podłączone – przerwał przemyślenia Ibarra.
– Przyjęłam.
Technik z lewej strony kadłuba podniósł przewód GPU. Gruby, czarny jak wąż hydrauliczny. Wpiął go w gniazdo pod kadłubem i uniósł kciuk.
Na panelu przed nią zapaliła się pierwsza kontrolka. Zasilanie pokładowe. Po sekundzie magistrale AC. Potem DC. Szyna główna weszła w obciążenie. Ekrany TID i wskaźniki zaczęły rozświetlać się zimnym, zielonkawym światłem.
Elektronika budziła się sekwencyjnie, żeby nie przeciążyć instalacji. Gdyby podłączyli wszystko naraz, bez GPU, bateria siadłaby w kilkanaście sekund.
– Zasilanie stabilne. AC i DC w normie – zameldował RIO. – Napięcie trzyma 115. Częstotliwość stabilna.
Reina przesunęła po kolei przełączniki zasilania.
– Bateryjne.
Klik.
– Szyna główna.
Klik.
– Awionika w stand-by.
Wskaźniki drgnęły. W kabinie pojawił się niski, ciągły szum przetwornic. Czuła go bardziej w mostku niż w uszach.
– Kalibracja INS. Wprowadzam pozycję – Ibarra pochylał się nad klawiaturą. – Żyroskopy startują. Potrzebują trzech minut bez gwałtownych ruchów.
Jeśli ruszą za wcześnie, myśliwiec zgubi referencję i całe przechwycenie pójdzie w bok o kilka mil.
– Przyjęłam.
Mechanik pod skrzydłem uniósł kciuk. Inny, za ogonem, przeciął powietrze ręką: czysto!
– Rozruch silników.
– Prawy pierwszy.
Reina wcisnęła przełącznik startu.
Z tyłu kadłuba odezwał się rozrusznik pneumatyczny. Niski gwizd, który szybko przeszedł w wyższy ton. Wskaźnik N2 ruszył z miejsca.
– Dziesięć… piętnaście… dwadzieścia procent… – meldował Ibarra. – Parametry czyste.
Przy dwudziestu procentach sprężarka była w stanie przyjąć paliwo bez ryzyka zalania komory spalania.
– Podaj paliwo.
Przesunęła prawą dźwignię przepustnicy.
Zapłon.
Krótki skok temperatury EGT. Płomień złapał. Wibracja przeszła przez fotel i uderzyła w jej plecy. Prawy silnik wszedł na stabilne obroty.
– Dwójka stabilna. EGT na zielonym. Ciśnienie oleju w normie.
Gdyby temperatura przebiła limit, musiałaby natychmiast odciąć paliwo. Na pokładzie nie ma miejsca na pożar.
– Teraz lewy.
Drugi rozruch powtórzył procedurę. Gwizd sprężarki. Rosnące N2. Zapłon.
Na ułamek sekundy z dyszy wyrwał się pomarańczowy język ognia. Obsługa widziała to wyraźnie. Mechanik uniósł rękę, gotowy do sygnału przerwania.
Płomień zgasł. Parametry wróciły do nominalnych.
– Jedynka stabilna. Oba silniki pracują równo.
Reina przestawiła generatory na zasilanie pokładowe.
Przejście musiało być płynne. Jeśli napięcie by spadło, INS zresetowałby się i zaczęliby od początku.
– Zasilanie własne – potwierdził Ibarra.
Technik odłączył GPU i odskoczył w bok. Przewód opadł ciężko na pokład.
– INS dwie minuty do pełnej gotowości. Radar w warm-up. Antena się nagrzewa.
Bez rozgrzania lampy nadawczej impuls byłby zbyt słaby. A w powietrzu nie będzie czasu na czekanie.
Obok ich maszyny wózek paliwowy odpiął się od Tomcata Mercera. Ktoś stuknął w kadłub jego maszyny i pokazał „clear”.
Na dziobie, przy katapultach jeden i dwa, Harris i jego skrzydłowy weszli na pozycje startowe. Strumienie gazów z ich silników wyginały powietrze nad pokładem. Obsługa pracowała synchronicznie: ręce, sygnały, sprawdzenia.
Nad wszystkim górowała wieża kontroli lotów. Oni widzieli cały pokład. Reina – tylko fragment przed sobą.
– Reaper 1–3, tu Ranger. Kołowanie na trójkę.
Łańcuch dowodzenia był prosty. Ktoś wyżej decyduje. Ona wykonuje.
– Przyjęłam, Ranger.
INS przeskoczył w tryb NAV READY.
– Nawigacja ustabilizowana. Kurs wprowadzony. Błąd poniżej jednej mili – powiedział Ibarra. – Jesteśmy w oknie.
Reina przesunęła dźwignie mocy minimalnie do przodu.
Dwa silniki odpowiedziały z lekkim opóźnieniem. Wibracja wzrosła, weszła w ramiona i szczękę. Zacisnęła zęby, żeby jej nie czuć.
Zwolniła hamulce.
Tomcat ruszył ciężko, potem płynniej.
Pokład zwężał się wraz z każdym metrem. Na dziobie było szerzej. Katapulty jeden i dwa miały przestrzeń, symetrię, margines błędu. Tutaj – nie.
Na rufie pokład był wciśnięty pomiędzy nadbudówkę a pustkę oceanu.
Strumień gazów z maszyn na jedynce i dwójce wciąż falował powietrze. Wibracja mieszała się z podmuchem wiatru znad burty. Słona wilgoć osiadała na osłonie kabiny.
Katapulta numer trzy leżała bliżej osi lądowania. Czwórka – na skraju pokładu.
– Trójka aktywna. Czwórka po nas – powiedział Ibarra.
Reina wprowadziła maszynę w łuk.
Po lewej burta. Ocean kilkanaście metrów dalej. Wiatr odbijał się od nadbudówki i wracał pod kątem.
Przed nią leżała metalowa płyta wbudowana w pokład. Na razie opuszczona, niemal niewidoczna.
To był deflektor podmuchu – segment stalowych paneli, które podnoszono pionowo, by osłonić ludzi i samoloty przed strumieniem gazów silników pracujących na pełnej mocy przed startem.
Jeśli nie pójdzie w górę, nikt za nią nie przeżyje pełnego ciągu.
– Trzydzieści stóp do deflektora – powiedział Ibarra. – Utrzymaj oś.
Reina delikatnie nacisnęła lewy pedał. Nos przesunął się o kilka centymetrów. Koła wróciły na środek żółtej linii prowadzącej do wózka katapulty.
Drobna korekta była normalna. Pokład pracował, wiatr zmieniał kierunek, ciąg silników nie był idealnie symetryczny.
Błąd zaczynał się dopiero wtedy, gdy przekroczyło się punkt ustawienia.
Jeśli minie znacznik osi i będzie musiała cofać – obsługa przerwie sekwencję, opuści deflektor i cofnie cały cykl startowy o kilka minut.
A kilka minut przy gorącym pokładzie oznaczało przesunięcie całej fali startowej.
Reina utrzymała linię.
Tym razem nie było potrzeby drugiej poprawki.
Obsługa przy katapultach już na nich patrzyła. Dwóch kierujących ruchem dawało synchroniczne sygnały rękami.
Katapulty trzy i cztery leżały blisko siebie, niemal w jednej osi podejścia. Problem nie polegał na tym, że jedna zasłaniała drugą.
Problem polegał na sekwencji.
Jeśli ona wjechała na trójkę, musiała zatrzymać się przed wózkiem katapulty. Obsługa podchodziła pod nos, zaczepiała launch bar, montowała holdback, sprawdzała stery i klapy.
W tym czasie jej Tomcat stał dokładnie na linii, którą Mercer musiałby wykorzystać, by podkołować do czwórki.
Nie było fizycznej bariery.
Była procedura.
Dopiero gdy podpięcie zostanie zakończone, a ona przesunie maszynę kilka metrów do przodu, aż launch bar wczepi się w wózek katapulty, zwolni przestrzeń roboczą za sobą.
– Zatrzymaj tu – powiedział Ibarra.
Reina przyhamowała dokładnie w punkcie obsługi.
Obsługa weszła pod nos maszyny. Jeden z żółtych klęknął przy przednim podwoziu. Inny dał sygnał do sprawdzenia sterów.
Mercer zatrzymał się za nią.
Czekał, aż ona przejdzie przez wszystkie fazy.
Mechanizm był bezlitosny.
Najpierw jedna maszyna w osi.
Deflektor w górę.
Dopiero potem druga.
Obsługa podniosła rękę.
Hydraulika ruszyła. Metalowe panele zaczęły wznosić się za nią, tworząc pionową barierę.
Dopiero teraz Mercer mógł podkołować do czwórki.
Tu nie było równoległości znanej z dziobu.
Tu była kolejność wymuszona przez fizykę ciągu i ograniczoną przestrzeń.
Ocean był tuż po lewej.
I nie dawał drugiej szansy.
Tomcat 207 callsign Reaper 1–3 wpiął się w wózek katapulty ze skrzydłami cofniętymi maksymalnie do tyłu. W tej pozycji maszyna zajmowała mniej miejsca i łatwiej było manewrować między ludźmi, wózkami i innymi samolotami na zatłoczonym pokładzie. Dysze silników drgały miarowo, strumień gorącego powietrza falował nad hełmami obsługi.
– Ranger, tu Reaper 1-3 rozkładam skrzydła – powiedziała Reina do radia.
Cofnęła dźwignię sterowania kątem rozwarcia maksymalnie do tyłu.
Ciężkie skrzydła ruszyły powoli po prowadnicach. Z pozycji maksymalnie cofniętej przesunęły się w przód do zakresu startowego. Reina patrzyła to na wskaźnik w kabinie to na krawędzie natarcia. Gdy skrzydła doszły do wyznaczonego kąta, zablokowały się z głuchym, metalicznym stukiem.
– Ranger, tu Reaper 1-3, skrzydła w pozycji startowej. Blokady zielone – zameldowała.
Teraz klapy…
Przełącznik w dół. Panele na skrzydłach wysunęły się powoli. Hydraulika pracowała równo, bez szarpnięć. Na wskaźnikach pojawiła się pozycja startowa.
– Ranger, tu Reaper 1-3, klapy ustawione. Sloty wysunięte.
Mechanik podszedł bliżej i spojrzał na powierzchnie nośne. Zatoczył ręką okrąg: kontrola sterów.
– Ranger, tu Reaper 1-3, sprawdzam stery.
Reina poruszyła drążkiem w przód.
Ster wysokości opadł.
W tył – podniósł się.
W lewo. Lotki drgnęły symetrycznie.
W prawo. Odpowiedź natychmiastowa.
– Ster kierunku.
Nacisnęła lewy pedał orczyka.
Statecznik ogonowy skręcił.
Prawy pedał orczyka – powrót i ruch w drugą stronę.
RIO obserwował wszystko z tylnego fotela.
– Powierzchnie sprawne – zameldował Ibarra. – Odpowiedź prawidłowa.
Skrzydła w pozycji startowej. Klapy ustawione. Sterowanie sprawdzone.
Tomcat czekał napięty na sygnał do startu.
Przed nadbudówką, na katapultach jeden i dwa, pierwsza para była już wpięta w wózki katapult. Strumienie gorących gazów z ich silników rozlewały się nisko nad pokładem. Obsługa pracowała w półprzysiadzie, w hełmach i goglach, czytając sygnały z dłoni pilotów i oficerów katapult.
Załoga pokładowa włączyła deflektory. Stalowe płyty podniosły się za samolotami, chroniąc ludzi i sprzęt przed uderzeniem gazów wylotowych.
Oficer startowy uklęknął przed pierwszym Tomcatem. Ręka w górze. Krótki ruch nad głową – pełna moc.
Silniki pierwszej maszyny zawyły. Obroty weszły na maksymalne wartości startowe. Kadłub drżał, jakby próbował ruszyć przed sygnałem. Para i spaliny zderzyły się z podniesionym deflektorem i rozlały w górę i na boki.
Sygnalista spojrzał na wskaźniki, potem na pilota.
Krótki gest dłonią. Gotowość.
Oficer startowy dotknął pokładu i natychmiastowo wyprostował rękę wskazując dziób lotniskowca.
Katapulta huknęła.
Tomcat wystrzelił do przodu jak z procy. W ciągu sekund przemknął nad dziobem okrętu, zostawiając za sobą tylko drżenie pokładu i smugę gorącego powietrza.
Katapulta numer dwa była już gotowa do startu.
Skrzydłowy dowódcy klucza powtórzył procedurę.
Pełna moc.
Sygnał.
Uderzenie przyspieszenia.
Jego maszyna zniknęła w ślad za dowódcą.
Pokład na moment opustoszał z przodu. Obsługa wysypała się na pokład. Deflektory opadły, wózki wróciły na pozycje, sygnaliści pobiegli w stronę rufy. Teraz kolej na katapulty trzy i cztery.
– Reaper 1-3 tu Ranger. Gotowy na trójce? – Głos kontroli lotów w słuchawkach.
– Ranger, tu Reaper 1-3. Potwierdzam!
Mechanik przy przednim podwoziu sprawdził zaczep. Ręka w górze. Cofnął się poza linię.
Oficer startowy uklęknął przed jej maszyną. Wskazał na nią. Potem ręka w górze. Pełna moc.
– Pełna moc! – powtórzyła Reina.
Przepustnice do przodu.
Silniki weszły na maksymalne obroty. Kadłub napiął się jak stalowa sprężyna. Cały świat zwęził się do linii pokładu i dłoni oficera startowego.
Ręka w stronę morza.
Uderzenie przyspieszenia było brutalne. Plecy w fotelu. Hełm w zagłówku. Dziób podniósł się w chwili, gdy koła oderwały się od pokładu. Woda błysnęła pod spodem. Potem już tylko otwarta przestrzeń przed płatowcem.
– Podwozie w górę! – z trudem wystękała Reina do interkomu.
– Klapy w górę!
Myśliwiec oderwał się czysto i zaczął nabierać wysokości po lewej stronie okrętu.
– Sterowanie skrzydłami w tryb automatyczny – zakończyła.
Sekundy później Mercer ruszył z czwartej katapulty. Jego maszyna przecięła powietrze za nią i podniosła się równolegle. Dwa ślady dopalaczy rozciągnęły się nad wodą.
– Reaper 1-4 w powietrzu – zameldował.
– Reaper 1-4 tu Reaper 1-3. Widzę cię – odpowiedziała spoglądając przez ramię. – Zbieramy się.
Pierwsza para czekała już kilka tysięcy stóp powyżej, w łagodnym kręgu nad zespołem okrętów.
Reina podciągnęła maszynę wyżej i wyrównała prędkość.
Mercer doszedł do niej z prawej, zachowując dystans.
– Reaper 1-3 do Reaper 1-1. Druga para w komplecie – zameldowała przez radio Reina.
– Reaper 1-1 przyjąłem. Dołączajcie – odparł komandor Harris.
Cztery Tomcaty ułożyły się w klucz. Najpierw para dowódcy. Potem ich.
Kurs na północny zachód, nad osłonę zespołu.
Za nimi lotniskowiec malał szybko.
Przed nimi była już tylko otwarta przestrzeń nad wodą.
***
Klucz F-14 wspiął się na wysokość patrolową i rozsunął nad zespołem okrętów. Słońce było już wyżej, ale nad wodą wisiała lekka mgła ciepła. Zatoka oddychała długą, równą falą, coś pomiędzy sztormem a ciszą. Wystarczająco, by linia horyzontu drgała i rozbijała odbicia przy samej powierzchni, gdzie radar zawsze miał najtrudniejszą robotę.
Klucz zajął sektor po lewej stronie grupy. Na wysokości kilkunastu tysięcy stóp powietrze było spokojne. Silniki pracowały równo. Na ekranach radaru czyste tło, pojedyncze echa od własnych maszyn i odległe ślady ruchu cywilnego poza strefą operacyjną.
– Reaper 1-1, obraz czysty – odezwał się Hawkeye. – Utrzymujcie orbitę. Tankowiec trzydzieści mil na południe. Okno paliwowe po dziewięćdziesięciu minutach.
– Reaper 1-1 przyjął – odpowiedział Harris. – Krążymy.
Pierwsze minuty po starcie zawsze były ostre. Tętno wysokie, dłonie napięte na drążku. Potem ciało przyzwyczajało się do rytmu silników. Przestrzeń robiła się szeroka. Słońce rosło nad horyzontem, odbijało się od fal. Pod nimi poruszała się szara plama zespołu okrętów. Lotniskowiec w centrum, krążownik z boku, niszczyciele w pierścieniu. Wszystko powoli przesuwało się przez wodę.
Reina trzymała kurs i wysokość. Skrzydła w trybie przelotowym, przepustnice w stabilnej pozycji oszczędzającej paliwo. Z tyłu Ibarra ślęczał nad radarem.
– Obraz czysty. Szum od fal przy niskich kątach, ale wysoko nic nie wychodzi – powiedział. – Hawkeye widzi więcej niż my na tej wysokości.
– Dobrze. Trzymamy orbitę.
Minuty płynęły. Formacja krążyła szerokim łukiem nad zespołem. Od czasu do czasu ktoś rzucał krótką uwagę przez radio. O paliwie. O kursie. O korekcie wysokości.
Po godzinie napięcie opadło do poziomu rutyny. Słońce było już wyżej. W kabinie zrobiło się cieplej. Powietrze pachniało elektroniką i rozgrzanym plastikiem. Na dole morze nadal falowało równym rytmem. Długie grzbiety fal przesuwały się pod nimi, łamiąc odbicia światła.
– Jeszcze dziesięć minut do okna paliwowego – przypomniał Hawkeye.
– Przyjąłem – odpowiedział Harris.
Reina przesunęła wzrok po horyzoncie. Nic. Tylko woda i jasne niebo. Napięcie, które trzymało ją od startu, zaczęło się rozpuszczać w monotonii patrolu.
– Nuda – mruknął Ibarra. – Najgorsza część roboty.
– Najlepsza – odpowiedziała. – Nuda znaczy spokój.
W słuchawkach zabrzmiał głos Harrisa.
– Reaper flight, stan paliwa.
Reina zerknęła na wskaźnik.
– Reaper 1-3, trzy i pół.
– Reaper 1-2, trzy sześć.
– Reaper 1-4, trzy trzy.
Krótka pauza.
– Texaco w drodze. Tankujemy i wracamy na patrol – zdecydował Harris.
Przełączył radio na kanał kontroli powietrznej.
– Hawkeye 0-1, tu Reaper 1-1. Stan paliwa grupy trzy i pół do czterech tysięcy funtów. Prośba o wyjście z sektora na tankowanie. Punkt Bravo, dwa zero tysięcy.
Przez chwilę w słuchawkach słychać było tylko szum tła i daleki pomruk łączności.
– Reaper 1-1, tu Hawkeye 0-1. Przyjęto. Obraz czysty w waszym sektorze. Brak aktywnych kontaktów w promieniu stu mil. Zezwalam na zejście do punktu Bravo. Texaco 7-1 w drodze z południowego-wschodu. Po tankowaniu powrót na CAP północny-zachód. Utrzymujcie nasłuch.
– Przyjąłem, Hawkeye 0-1 – odpowiedział Harris. – Reaper flight, schodzimy na Bravo. Formacja w kolumnie. Dystans standardowy.
Cztery Tomcaty lekko przechyliły skrzydła i odeszły z sektora patrolowego. Zespół okrętów zostawał za nimi, malejący w porannej mgle. Pod nimi zatoka była pofalowana, z długą falą i białymi grzbietami wiatru.
– Reaper flight, tu Texaco 7-1. Pułap dwa zero tysięcy. Prędkość dwa pięć zero węzłów. Dwa kosze gotowe. Podejście od ogona, prawa i lewa strona.
– Texaco 7-1, tu Reaper 1-1. przyjąłem. Podchodzimy od północnego-zachodu – odpowiedział Harris.
Kilka minut później przed kluczem pojawiła się sylwetka tankowca. Grumman KA-6D Intruder. Kadłub zawieszony ciężko w powietrzu, pod skrzydłami dwa zbiorniki i przewody z koszami kołyszącymi się w strudze powietrza. Samolot trzymał równy, stabilny kurs.
– Texaco 7-1, Reapery na ogonie. 1-1 bierze prawą, 1-2 lewą stronę – polecił Harris.
– Reaper 1-3 i 1-4 w drugiej kolejności.
– Texaco przyjął. Prędkość dwa pięć zero węzłów.
Pierwsza para wysunęła się do przodu. Harris przesunął maszynę lekko w prawo, jego skrzydłowy w lewo. Myśliwce zbliżały się powoli, z minimalną różnicą prędkości w stosunku do tankowca. Strugi gazów z Intrudera falowały w powietrzu jak przezroczysta zasłona.
Kosze wisiały niecałe dwa metry poniżej skrzydeł tankowca, obracając się lekko wokół osi. Metalowe obręcze błysnęły w słońcu.
– Reaper 1-1 w kontakcie – zameldował Harris.
Jego sonda wysunęła się z prawej strony nosa Tomcata. Delikatny ruch przepustnic. Milimetry. Kosz podskoczył w strudze powietrza i przyjął końcówkę sondy. Krótki, metaliczny stuk.
Samolot lekko drgnął, gdy przewód napiął się pod obciążeniem tłoczonego paliwa.
– Transfer potwierdzony.
– Reaper 1-2 wchodzę – odezwał się skrzydłowy.
Drugi Tomcat ustawił się symetrycznie po lewej. Struga gazów z prawego silnika Intrudera ciągnęła go lekko w dół, musiał korygować mikroruchami drążka. Kosz zawirował, odbił się na moment i przyjął sondę za drugim podejściem.
– Reaper 1-2 w kontakcie.
Trzy maszyny utrzymywały wspólną geometrię lotu. KA-6D w środku, po jego bokach dwa F-14 podłączone do zbiorników paliwa, a druga para kilka długości kadłuba z tyłu i wyżej, w oczekiwaniu na swoją kolej.
W powietrzu zapanowała napięta stabilność. Każdy ruch przepustnic o włos, każde drgnięcie drążka natychmiast przenosiło się na całą formację.
– Reaper 1-1 zbiorniki pełne, odłączam.
Harris zmniejszył minimalnie ciąg. Kosz odskoczył od sondy i zaczął kołysać się luźno. Tomcat odsunął się płynnie w prawo.
– Reaper 1-2 odłączam.
Drugi przewód zwolnił się chwilę później.
Pierwsza para odeszła lekko w bok i wznosiła się kilka metrów wyżej, robiąc miejsce dla reszty.
– Reapery 1-3, 1-4, wasza kolej – powiedział Harris.
Reina pchnęła delikatnie przepustnice do przodu i poruszyła drążkiem. Intruder rósł w przedniej szybie.
Kosz przewodu od zbiornika z paliwem podczepionego pod lewym skrzydłem powietrznego tankowca kołysał się przed nią w strudze powietrza. Mały, niepozorny, a od niego zależało wszystko.
Reina ustawiła swojego Tomcata kilka metrów za nim. Intruder wypełniał przednią szybę ciężkim kadłubem i nieruchomą sylwetką skrzydeł. Pod nimi dwa zbiorniki i przewody z koszami. Jeden dla Harrisa, drugi dla niej.
Silniki F-14 pracowały równo. Wibracja szła przez fotel i kolumnę sterową prosto na jej dłonie.
Nie patrzyła na kosz. Patrzyła na punkt pod kadłubem Intrudera – niewielką plamę farby, gdzieś między klapą podwozia a anteną. Punkt odniesienia. Jeśli on był nieruchomy, wszystko było w normie.
– Daj trochę w prawo – odezwał się z tyłu Ibarra. – Delikatnie.
Dotknęła przepustnic. Milimetr ruchu. Samolot odpowiedział z opóźnieniem. Struga za tankowcem była niestabilna, powietrze podrywało dziób i próbowało zsunąć ją w lewo.
Skontrowała sterem kierunku. Tomcat wrócił na właściwą oś.
Kosz był już blisko. Metalowa obręcz z siatką drżała w powietrzu jak żywa. Przewód napięty, ale pracujący. Wystarczyło pół węzła za dużo i uderzyłby w dziób. Pół węzła za mało – i odsunąłby się poza zasięg.
– Dziesięć stóp – powiedział Ibarra.
Nie odpowiedziała. Oddychała płytko, w rytmie silników.
– Pięć.
Kosz nagle podskoczył. Turbulencja z lewego silnika Intrudera. Zacisnęła palce na drążku mocniej, korygując lot.
– Trzymaj… trzymaj…
Sonda do tankowania wysuwała się z prawej strony nosa myśliwca. Długa, ponad metrowa rura, zakończona stożkową końcówką. Teraz była wysunięta i zablokowana, czekając w strudze powietrza, drżąc wraz z kadłubem.
– Dwa… jeden…
Dodała pół węzła. Tomcat przesunął się do przodu o włos.
Metal uderzył o metal. Krótkie, głuche stuknięcie. Kosz podskoczył i napiął się na przewodzie. Sonda weszła w środek. Przewód wyprostował się jak struna.
– Kontakt.
Nie było czasu na ulgę. Najtrudniejsza część zaczynała się właśnie teraz.
Wskaźnik przepływu paliwa drgnął. Masa zaczęła rosnąć. Poczuła to w dłoniach – myśliwiec robił się cięższy, bardziej ospały, wolniej reagował na komendy. Każdy ruch wymagał wcześniejszej decyzji. Każda korekta musiała być zaplanowana o sekundę wcześniej.
Utrzymywała wzrok na punkcie kadłuba Intrudera. Nie patrzyła w dół. Nie patrzyła na kosz. Tylko ten punkt.
Struga powietrza z silników tankowca waliła w kabinę. Drgania przechodziły przez fotel i kręgosłup. Pot zbierał się pod kołnierzem kombinezonu.
– Trzy tysiące funtów – powiedział Ibarra. – Przepływ stabilny.
Kosz szarpnął raz w lewo. Skontrowała natychmiast. Przepustnice o włos do przodu, potem cofnięcie. Utrzymać napięcie przewodu. Nie za dużo. Nie za mało.
Obok, po lewej, Mercer wisiał na drugim koszu. Widziała go kątem oka. Jego F-14 drżał w tej samej strudze powietrza. Dwie maszyny przyklejone do jednego Intrudera, połączone przewodami paliwa nad pofalowaną wodą Zatoki.
– Pięć tysiące… sześć…
Samolot stawał się cięższy z każdą sekundą. Reakcja na drążek wolniejsza. Wibracje inne. Pasy mocniej wbijały się w barki przy najmniejszym ruchu.
– Jeszcze tysiąc.
Kosz zadrżał mocniej. Intruder skorygował kurs o kilka stopni. Prawie niezauważalnie, ale w strudze powietrza od razu poczuła zmianę.
– Mam go… – mruknęła.
Skontrowała. Wróciła na punkt.
– Baki pełne – powiedział Ibarra po chwili.
Krótki wdech.
– Odłączam.
Cofnęła przepustnice o kawałek. Samolot odsunął się. Kosz wyskoczył z sondy z metalicznym kliknięciem i odfrunął w bok. Przewód napiął się i wrócił do stabilnej pozycji pod skrzydłem tankowca.
Tomcat stał się cięższy o kilka tysięcy funtów paliwa. Reakcje na drążek były bardziej tępe, wymagające mocniejszego ruchu.
Za to struga za tankowcem przestała nim szarpać. Po wyjściu spod Intrudera powietrze zrobiło się czystsze. Drgania osłabły. Masa wzrosła. Opór zniknął. Maszyna szła stabilniej.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie na dłuższy oddech.
– Reaper 1-3, clear – rzuciła do radia Reina.
– Reaper 1-4, clear – powtórzył po chwili Mercer.
– Reaper flight, Texaco odchodzi na południe.
Intruder leciał powoli, przewody zostały wciągnięte pod skrzydła. Kosze zniknęły. Tankowiec skręcił szerokim łukiem i oddalił się.
– Hawkeye 0-1, tu Reaper flight. Wracamy na CAP – powiedział do radia Harris.
Cztery Tomcaty zaczęły wspinanie na wysokość patrolową. Skrzydła cofały się płynnie do tyłu wraz ze wzrostem prędkości. Silniki grały równym, niskim pomrukiem. Zatoka rozciągała się pod nimi jak rozedrgana tafla metalu. Grupa lotniskowca wracała na ekranach – najpierw jako punkty, potem jako gęsty klaster sygnałów.
Reina sprawdziła paliwo. Wskaźnik wrócił do komfortowego poziomu. Drążek reagował ciężej, ale przewidywalnie. Po kilku minutach po tankowaniu wszystko znów zaczęło się układać w monotony rytm patrolu.
– Radar w normie – powiedział Ibarra z tyłu. – Czysto na sto mil.
– Trzymaj szeroki skan – odpowiedziała.
Na ekranie pojawiały się i znikały echa fal przy powierzchni wody. Clutter. Cienka warstwa zakłóceń, w której mógł schować się każdy, kto leciał nisko. Słońce stało już wyżej. Światło odbijało się od skrzydeł, oślepiało na ułamek sekundy przy każdym przechyleniu.
Harris wyprowadził klucz z powrotem nad sektor patrolu. Najpierw pierwsza para, potem druga. Odstępy wróciły do standardowych kilkuset jardów. Cztery maszyny zamknęły pierścień nad zespołem okrętów. Rutyna powróciła na swoje miejsce.
– Reaper 1-3, jak paliwo? – zapytał Harris.
– Spalanie w normie. Gotowi na kolejną godzinę – odpowiedziała.
Przez chwilę w słuchawkach panował tylko szum eteru i krótkie meldunki z pokładu. Gdzieś daleko pod nimi biegła smuga od śruby jednego z eskortowców. Na wysokości dwudziestu tysięcy stóp powietrze było spokojne, ale w kabinie czuło się napięcie, które nie zniknęło do końca.
– Zawsze po tankowaniu robi się spokojniej – rzucił Ibarra.
– Nie przyzwyczajaj się – odpowiedziała Reina.
Ibarra zmienił zakres radaru.
– Nic. Czysto – zawahał się. – Za czysto.
Reina nie odpowiedziała. Przesunęła wzrok po horyzoncie. Linia wody falowała, łamała się na grzbietach fal. Tam, przy samej powierzchni, zawsze był cień.
Chwilę później w słuchawkach pojawił się głos Hawkeye’a. Tym razem krótki i twardy.
– Reaper 1-1, Hawkeye 0-1. Kontakt. Wysoki pułap. Duża prędkość. Azymut trzy trzy zero od waszej pozycji. Dystans sto dwadzieścia mil. Prędkość rosnąca, ponad jeden mach.
W kabinie od razu zrobiło się ciaśniej. Reina poczuła, jak ciało napina się samo.
– Reaper 1-1 przyjął. Wektor? – zapytał Harris.
– Kurs trzy trzy zero. Wysokość ponad trzydzieści tysięcy. Kontakt niestabilny. Możliwe zakłócenia.
– Reaper flight, tu Reaper 1-1, zmiana kursu. Wektor trzy trzy zero. Zacieśnić formację – polecił Harris.
Cztery Tomcaty skręciły jednocześnie. Przepustnice do przodu. Silniki odpowiedziały głębokim pomrukiem. Wskaźnik prędkości zaczął rosnąć, skrzydła przesunęły się maksymalnie do tyłu a horyzont przesunął się w bok.
– Radar aktywny – powiedział Ibarra. – Szukam.
Na ekranie pojawił się cienki ślad. Potem zniknął. Zakłócenia. Szum.
– Mam echo. Wysoko. Szybki cel. To może być Foxbat – podniósł głos Ibarra.
– Hawkeye 0-1, potwierdź typ – rzucił w eter Harris.
– Reaper, możliwy MiG-25. Obraz niestabilny. Możliwe więcej niż jeden kontakt. Zakłócenia w sektorze.
Prędkość nadal rosła. Silniki wyły przeciągle. Tomcaty wchodziły na wyższy pułap.
– Reaper 1-3 i 1-4, odłączcie w prawo. Separacja pozioma. Złapcie go z innego kąta – polecił Harris.
– Reaper 1-3 przyjął. – Reina przechyliła maszynę w prawo. – Mercer za mną!
Formacja rozpadła się na dwie pary. Jedna szła prosto na kontakt. Druga odchodziła szerzej, żeby złapać go wiązką własnych radarów.
Ibarra pochylił się nad ekranem.
– Daj mi jeszcze chwilę…
Linia skanu przesunęła się raz… drugi…
Na granicy zasięgu pojawił się punkt. Słaby. Migający.
– Mam coś – powiedział cicho. – Wysoko.
Reina delikatnie skorygowała kurs.
Punkt zniknął. Za chwilę powrócił.
– Czekaj… – Ibarra zmrużył oczy nad ekranem. – Jest szybki. Bardzo szybki.
Punkt wydłużył się w kreskę.
– To nie szturmowiec – powiedział. – To…
Chwila.
– MiG.
– Jaki?
– Daj jeszcze sekundę…
Ekran rozbłysł wyraźniej.
– Mam go! – rzucił nagle Ibarra. – Potwierdzam, MiG-25! Czekaj… nie… Dwa! Są dwa cele!
Reina poczuła, jak serce przyspieszyło gwałtownie. Każde uderzenie było wyraźne, ciężkie, wypełniając klatkę piersiową suchym, wręcz mechanicznym rytmem. Dwa szybkie cele na dużej wysokości.
Foxbaty.
MiGi-25, radzieckie myśliwce przechwytujące dalekiego zasięgu, zaprojektowane do jednego zadania: lecieć wysoko i szybko, zanim przeciwnik zdąży zareagować. Prawie Mach 3 w nurkowaniu, potężny radar i rakiety dalekiego zasięgu R-40.
– Reaper 1-1, mamy dwa MiG-25 – zameldowała. – Potwierdzam dwa cele!
W słuchawkach zapadła krótka cisza. Potem głos Harrisa:
– Hawkeye 0-1, tu Reaper 1-1. Potwierdzam dwa MiGi-25. Wysoki pułap.
– Reaper flight, tu Hawkeye 0-1. Kurs na przechwycenie. Zdjąć zabezpieczenia z uzbrojenia. Macie zgodę na otwarcie ognia.
Klucz F-14 włączył dopalacze niemal jednocześnie. Wibracja przeszła przez kadłub i wbiła się w plecy Reiny równym, ciężkim pulsem. Wskaźnik prędkości ruszył w górę skali. Niebo przed szybą zaczęło ciemnieć wraz z nabieraniem wysokości.
Na ekranie radaru lśniły dwie zielone kropki. Oddalone od siebie o niecałą milę.
– Reaper 1-1 do Reaper 1-3, wchodzimy na ich pułap – powiedział Harris. – Ja idę w lewo, ty w prawo. Separacja pozioma dwie mile.
– Reaper 1-3 przyjął.
Reina przechyliła Tomcata w prawo. Mercer utrzymał pozycję kilkadziesiąt jardów za nią. Formacja zaczęła się rozsuwać – dwa szerokie ramiona obejmujące niebo. Każda para z własnym kątem podejścia i z własnym obrazem radarowym.
– Radar w dalekim skanie – powiedział Ibarra z tylnego fotela. – Mam ich. Dwa cele. Pułap wysoki. Prędkość prawie Mach 2.
Reina patrzyła w przednią szybę, ale obraz świata był teraz w ekranie radaru.
– Switch, przechodzimy w śledzenie aktywne – powiedziała.
– Przyjąłem.
Kliknięcie przełącznika. Tryb wyszukiwania przeszedł w TWS. Ekran zmienił się. Dwa ślady MiG-ów stały się stabilne, wyraźne, oznaczone wektorami prędkości. Linie zbiegały się z ich kursem.
– Mam dwa ślady. Wysoki pułap. Trzydzieści pięć tysięcy. Prędkość ponad Mach jeden – mówił Ibarra, szybko i rzeczowo. – Ustawiam priorytet. Biorę pierwszy w śledzenie.
Kolejne kliknięcie. Radar przeszedł w STT. Jeden z punktów na ekranie przestał być tylko echem. Stał się celem.
– Lock na pierwszym. Drugi w TWS. Mamy ich.
Reina poczuła, jak Tomcat stabilizuje się w osi przechwycenia pod jej dłońmi. Niewielkie korekty drążkiem. Dopalacze w pełnej mocy. Wysokość rosła z każda sekundą.
– Reaper 1-1, tu Reaper 1-3. Mamy lock – zameldowała.
– Przyjąłem. Utrzymać. Nie strzelać bez zgody – odpowiedział Harris. – Trzymamy presję.
MiGi były już w zasięgu Phoenixów. Na ekranie radaru ich ślady świeciły jak dwa rozgrzane punkty.
– Trzydzieści dwie mile – powiedział Ibarra. – Parametry wchodzą w strefę!
Reina trzymała kurs. Palec spoczywał na przycisku uzbrojenia. W kabinie panowała cisza przerywana tylko równym szumem powietrza i krótkimi meldunkami.
– Lock stabilny – dodał Ibarra. – Mamy ich w STT.
Na ekranie jeden z MiG-ów był już twardo przypięty. Drugi śledzony w TWS. Linie zbiegały się. Wszystko szło książkowo.
Nagle na ekranie coś drgnęło.
MiGi zmieniły kurs. Najpierw delikatnie. Potem zdecydowanie.
– Zawracają! – rzucił Ibarra. – Odchodzą na… południowy-wschód!
– Uciekają gnoje! – rzucił Mercer przez radio.
– Reaper flight, utrzymać kurs. Nie wchodzimy za głęboko – odpowiedział Harris. – Wystarczy, że wiedzą, że tu jesteśmy.
Reina patrzyła na dwa oddalające się ślady. Radar trzymał lock jeszcze przez kilka sekund, potem cele zaczęły wychodzić z optymalnego kąta. Prędkość MiG-ów rosła.
Przez kilka sekund w kabinie zapanował niemal spokój.
– Wygląda, jakby się przestraszyli – mruknął Mercer.
– Może – odpowiedziała.
Reina wyłączyła dopalacze, nie było sensu marnować paliwa. Napięcie, które trzymało ją od startu, opadło o włos.
Na ekranie radaru dwa ślady MiG-ów oddalały się szybko.
Przez kilka sekund wyglądało to jak pomyślnie zakończone przechwycenie.
Potem RWR zapiszczał.
Najpierw krótko. Jak ostrzeżenie. Potem głośniej, ostrzej.
– Spike! – krzyknął Ibarra. – Wysoki pułap! Dwa źródła!
Na radarze pojawiły się dwa nowe echa. Małe. Szybkie. Lecące prosto w ich stronę.
– Pociski!
Reina poczuła, jak adrenalina wraca jak uderzenie gorącej wody.
– Reaper flight, pociski w powietrzu! – krzyknął Harris. – Break! Break! Manewry unikowe!
Reina pchnęła drążek w prawo i pociągnęła do siebie. Jej Tomcat wszedł w gwałtowny zwrot. Przeciążenie wbiło ją w fotel. Pasy zacisnęły się jak stalowe taśmy.
– Ibara, Chaff!
Metaliczne paski poszły w strugę powietrza. Za samolotem rozbłysła srebrna chmura.
Kątem oka zobaczyła smugę kondensacyjną przecinającą niebo. Biała linia rosła szybko.
– Pierwsza idzie na 1-2! – krzyknął Ibarra.
Lowell próbował odejść w dół. Jego Tomcat zniknął w ostrym zakręcie, zostawiając za sobą srebrny obłok.
Błysk.
Eksplozja rozerwała powietrze obok jego maszyny. Ognista kula na sekundę przysłoniła niebo.
– 1-2 trafiony! – głos Harrisa przeciął szum w radiu.
Drugi ślad był bliżej.
– Druga na nas!
Reina pociągnęła drążek. Tomcat przeszedł w ostry manewr pionowy. Silniki huczały na pełnej mocy. Świat zawęził się do wskaźników i tonu ostrzegawczego.
Rakieta przecięła chmurę chaffu i eksplodowała kilka sekund później, za ich ogonem.
Myśliwcem rzuciło nagle i brutalnie. Fotel wbił jej się w plecy, a horyzont w szybie skoczył w bok, jakby ktoś kopnął maszynę w powietrzu.
– Czysto! – rzucił krótko Ibarra, ciężko oddychając.
Wysoko, na zachodzie, dwa MiGi-25 odchodziły już pełną prędkością.
– Reaper 1-2, zgłoś się! – rzucił Harris w eter.
Kilka sekund ciszy… Potem:
– Reaper 1-2… trafiony… tracę hydraulikę… nie utrzymam… katapultuję się!
Dwa czarne punkty odłączyły się od płonącego wraku.
– Mayday, Mayday, Hawkeye 0-1, tu Reaper 1-1. Jedna maszyna trafiona. Dwa spadochrony. Pozycja trzy dwa zero, siedemdziesiąt mil od zespołu. Prośba o natychmiastowy SAR.
– Tu Hawkeye 0-1, przyjęto. SAR w drodze, utrzymać sektor – odpowiedział głos z tła.
Reina patrzyła na dwa oddalające się ślady MiG-ów.
Dwa wąskie wektory na ekranie. Dwa punkty, które przed chwilą próbowały ich zabić.
– Hawkeye 0-1, tu Reaper 1-1, przyjąłem. SAR w drodze, utrzymać sektor…
Reina poczuła, jak napięcie zamienia się w coś ostrego i zimnego.
Dwa ślady na ekranie oddalały się zbyt spokojnie. Zbyt pewnie.
– Reaper flight, tu Reaper 1-1. Utrzymujemy sektor… – powiedział Harris.
Ale w jego głosie było wahanie. Procedura… Meldunki…
Reina wcisnęła przycisk nadawania.
– Reaper 1-3 do wszystkich. Nie daruję tym skurwysynom. Idę za nimi.
Tomcat Reiny przechylił się i wszedł na kurs pościgowy. Dopalacze rozdarły powietrze za nimi.
– Reaper 1-3, tu dowódca, zabraniam – odezwał się Harris. – Mamy ludzi w wodzie i rozkaz utrzymania sektora…
– Mercer, za mną! Osłaniasz z prawej. – Reina przełączyła się na kodowany kanał łączności ze skrzydłowym.
– Jestem z tobą – odpowiedział Mercer natychmiast.
Oba myśliwce skoczyły do przodu z brutalnym przyspieszeniem, jak drapieżniki, które złapały trop i poczuły zapach zwierzyny.
– Switch – rzuciła krótko. – Parametry do Phoenixów!
Ibarra już pracował na panelach.
Przełączył radar z szerokiego skanu w tryb śledzenia wielocelowego. Przesunął selektor uzbrojenia. Na ekranie dwa symbole celu ustabilizowały się w TWS.
– Dystans czterdzieści pięć mil. Oba cele na kursie ucieczki. Wysoko. Prędkość ponad Mach 2.
– Najlepsze ustawienie?
– Trzymaj ich w stożku. Nie skręcaj za wcześnie. – Ibarra szybko przesuwał kursor po ekranie. – Jeszcze pięć sekund. Niech zwiększą separację. Phoenixy wejdą wyżej i dostaną lepszą energię w końcowej fazie.
Reina minimalnie skorygowała kurs. Horyzont przestał pływać w szybie.
Dopalacze ryczały wniebogłosy za ich plecami. Wibracja przechodziła przez całą konstrukcję płatowca, fotel i kręgosłup.
– Teraz jesteśmy w dobrym korytarzu. – Ibarra spojrzał na dane. – Pięćdziesiąt mil. Prędkość rośnie. Masz czyste parametry.
Dystans rósł z każdą sekundą.
MiGi szły na zachód na dopalaniu, wysoko i szybko, pewne, że po odpaleniu swoich pocisków zamknęły sprawę.
Reina widziała ich ślady na ekranie. Dwa jasne punkty oddalające się równym, pewnym tempem.
To był moment, w którym większość pilotów odpuściłaby pościg.
Za daleko. Za szybko. Za późno.
Ale nie dla jej myśliwca.
AWG-9 widział dalej niż wzrok. Trzymał oba cele w śledzeniu mimo rosnącego dystansu. MiGi leciały wysoko, na czystym niebie, bez chmur i bez zakłóceń przy ziemi. Idealne sylwetki dla radaru Tomcata.
– Parametry dobre – powiedział Ibarra spokojniej. – Ich wysokość działa na naszą korzyść. Rakiety pójdą w loft.
Reina wiedziała, co to znaczy.
Phoenix nie gonił celu po prostej. Wychodził w górę, nabierał energii, a potem spadał z prędkością, której MiG nie mógł już skompensować, nawet na dopalaniu.
Im wyżej i szybciej uciekał przeciwnik, tym lepiej dla pocisku.
Foxbaty były przekonane, że zwiększają dystans.
W rzeczywistości wchodziły w idealne parametry strzału.
Reina przesunęła dłonie na przepustnicach. Tomcat był ciężki od paliwa, ale stabilny. Nos w osi. Radar trzymał dwa twarde ślady.
– Switch?
– Uzbrojenie aktywne – powiedział Ibarra. – Cztery Phoenixy gotowe.
Nie musiała nic więcej słyszeć. Reina zacisnęła palec na spuście.
– Reaper 1-3. Fox Three!
Pod kadłubem rozległo się potężne, metaliczne uderzenie. Hydrauliczne tłoki wypchnęły pierwszego Phoenixa w pustkę. Przez ułamek sekundy półtonowy pocisk wisiał bezwładnie pod samolotem, by po chwili eksplodować oślepiającym, białym ciągiem. Tomcatem szarpnęło, gdy silnik rakiety wgryzł się w powietrze, niosąc go stromo w górę.
– Fox Three two!
Kolejne tąpnięcie. Samolot stawał się lżejszy, bardziej nerwowy na sterach. Reina pchnęła drążek lekko od siebie, kontrując nagły przyrost siły nośnej.
– Fox Three three!
– Fox Three four!
Niebo przed owiewką wypełniło się dymem i turbulencjami. Cztery białe groty, każdy wart fortunę, gnały teraz w stronę stratosfery. Maszyna przestała stawiać opór własnym sterom – stała się przedłużeniem woli Reiny, lżejsza o ciężar czterech wyroków śmierci, które właśnie posłała w niebo.
– Czyste odejścia – zameldował Switch, niemal szeptem. – Wszystkie cztery w locie. Zaczynają loft!
***
Przez długie minuty w kokpitach MiGów panował spokój przerywany jedynie szumem radiostacji. Piloci, pewni bezpiecznego dystansu, skupiali się na powrocie do bazy. Ich systemy ostrzegania wyświetlały jedynie słabe, pulsujące echo radaru Tomcata – sygnał, że są obserwowani, ale nie namierzani.
A potem niebo nad nimi pękło.
***
– Dziesięć sekund do aktywacji – rzucił Ibarra, nie odrywając oczu od ekranu. – Trzy… dwa… jeden…
– Pitbull!
***
W tym samym momencie w kabinach MiGów rozpętało się piekło. Spokojne popiskiwanie systemów obronnych przeszło w ciągły, wysoki skowyt śmierci. Cztery Phoenixy, spadając niemal pionowo z góry z prędkością przekraczającą Mach 5, uruchomiły własne pokładowe stacje radiolokacyjne.
Dla pilotów MiGów to było jak nagłe zapalenie czterech słońc tuż nad ich głowami.
***
– Skręcają! – krzyknął Ibarra. – Łamią szyk!
Reina widziała na HUD, jak dwa jasne punkty na horyzoncie gwałtownie odbijają w przeciwnych kierunkach. Spóźnili się. Przy tej prędkości Phoenix nie był już rakietą, którą można zgubić. Był lecącym kowadłem, fizyką, której nie dało się oszukać żadnym manewrem.
Jeden z MiGów spróbował gwałtownego nurkowania, wyrzucając za siebie kaskady flar i dipoli, które w starciu z radarem dopplerowskim Phoenixa były tylko bezużytecznym śmieciem.
– Pierwszy cel… – Ibarra niemal uderzył dłonią w pulpit – uderzenie za trzy… dwa…
Na ekranie radaru jedna z kropek zlała się z symbolem pocisku. Mały rozbłysk światła, a potem cisza. Symbol zniknął.
– Trafienie! Jeden zniszczony!
Drugi MiG próbował desperackiej świecy w górę, tracąc prędkość, której tak bardzo teraz potrzebował. Trzy pozostałe Phoenixy, jak stado wilków, korygowały kurs niemal niezauważalnie, tnąc powietrze z precyzją chirurgicznego skalpela.
– Pozostałe trzy… idą na drugiego.
Reina zacisnęła dłoń na drążku. Wiedziała, że tam, kilkadziesiąt kilometrów dalej, właśnie kończy się świat drugiego pilota. Nie było już walki. Była tylko czysta matematyka.
Pilot w MiGu, widząc na systemach ostrzegania, że stał się celem, wykonał desperacki, niemal samobójczy manewr – gwałtowny zwrot w dół, połączony z wyrzutem wszystkiego, co miał w zasobnikach systemów zakłócających.
– Chybił! Pierwszy… go minął! – krzyknął Ibarra, a w jego głosie po raz pierwszy pojawiła się nuta niedowierzania.
Reina wstrzymała oddech. Na ekranie widziała, jak pierwszy Phoenix, oślepiony przez gęstą chmurę folii i gwałtowny manewr MiGa, przeszedł tuż pod jego ogonem. Biały grot rakiety przeciął niebo, marnując swoją potężną energię w pustej przestrzeni. Przez sekundę wydawało się, że uciekinier ma szansę.
– Idą dwa kolejne! – Switch niemal rzucił się do przodu w pasach.
Druga rakieta skorygowała kurs z nieludzką precyzją. Pilot MiGa, wyczerpany pierwszym manewrem, nie miał już energii na kolejny unik. Phoenix uderzył bezpośrednio w silnik, zamieniając maszynę w kulę ognia, która natychmiast została rozszarpana przez trzeci pocisk, uderzający ułamek sekundy później w same szczątki.
Niebo rozbłysło dwa razy, jakby ktoś odpalił flesz aparatu w ciemnym pokoju.
– Potwierdzam… – głos Ibarry drżał lekko. – Drugi cel zniszczony. Pierwszy Phoenix poszedł w piach, ale pozostałe dwa domknęły sprawę.
Reina miała jeszcze pod powiekami dwie kule ognia wysoko nad horyzontem. Nie jako obrazy. Jako powidok wypalony w siatkówce. Na TID-zie były tylko zielonymi trójkątami. W rzeczywistości – krótkimi rozbłyskami i zaniknięciem echa.
Teraz niebo było czyste.
Za czyste.
W słuchawkach panowała cisza, która nie miała prawa istnieć nad polem walki. Reina oddychała wolniej, ale w klatce piersiowej wciąż czuła twardą, zwartą kulę napięcia. Nie rozluźnienie. Oczekiwanie.
Tomcat leciał na ciągu nominalnym. Wskaźniki paliwa po tankowaniu pokazywały ponad siedem tysięcy funtów. Masa, która dawała zasięg – i zabierała zwrotność. TF30 pracowały stabilnie, EGT w normie, ale Reina wiedziała, że jedno brutalne pchnięcie przepustnic w dopalanie zmieni paliwo w zegar egzekucyjny. Przy tej masie spalanie rosło wykładniczo. Czas przestawał być linią. Stawał się ścianą.
Pod nimi Zatoka nie była lustrem. Długa martwa fala szła pod kątem do wiatru. Białe pasma piany łamały horyzont. Przy tej wysokości lotu radar dostanie śmieci – echo od grzbietów fal przykryje wszystko, co leci niżej niż dwieście stóp.
– Mam stabilny obraz – odezwał się Switch. – MiGi spadły. Sektor czysty.
Reina nie odpowiedziała od razu. Przełknęła ślinę. W ustach czuła metal.
– Trzymaj skan nisko. Do pięciuset stóp. Filtruj, ale nie wygładzaj za mocno. Nie lubię, jak robi się zbyt cicho.
– Przyjąłem.
Switch przełączył tryb. AWG-9 zmienił charakter pracy. Linie na ekranie zgęstniały przy dolnym zakresie. Morze zaczęło „oddychać” śmieciami. Powroty od fal, fałszywe odbicia, krótkie skoki sygnału. Radar widział wszystko – i nic.
Kilka sekund później w eterze na kanale ogólnym pojawił się nowy głos.
– Bunker Hill, tu O’Brien. Cztery kontakty nisko. Bardzo nisko. Azymut od zespołu – wybrzeże. Ślady niestabilne. Potwierdzam: cztery. Prędkość wysoka. Lecą wzdłuż fal.
Reina poczuła, jak po karku przeszło jej krótkie mrowienie, jakby ktoś przyłożył zimny metal do skóry. Palce same mocniej zacisnęły się na drążku.
Cztery cele nisko. Tuż nad falą. Od strony lądu.
– Reaper flight, tu Hawkeye 0-1. Potwierdzam cztery cele. Wchodzą w strefę okrętów. Reaper 1-1, jesteście najbliżej. Decyzja?
– Reaper 1-1 przyjął – głos Harrisa był krótki. – Zawracamy. Idziemy na przechwycenie!
Reina nie czekała. Pchnęła przepustnice do przodu.
Dopalacz nie był dźwiękiem. Był ciosem. Plecy wbiło w fotel, pasy napięły się jak stalowe linki. Świat przed owiewką spłaszczył się i wydłużył. TF30 weszły w pełen ogień. Wskaźnik przepływu paliwa skoczył brutalnie w górę.
– Switch, złap mi obraz poniżej trzystu stóp.
– Próbuję. Morze połyka echo. Mam przeskoki… są. Cztery. Lecą w notchu. Profil… małe skrzydło zmiennej geometrii. Wygląda na… Su-22.
Suchoj Su-22 na tej wysokości nie były celem. Były problemem taktycznym. Flota musiała odpalić wcześnie, wysoko – albo czekać, aż cele wyjdą z horyzontu radiolokacyjnego niemal nad pokładem.
– Bunker Hill do wszystkich jednostek. Uzbrojenie w gotowości. Przechodzimy na śledzenie półaktywne. Odpalenie na komendę.
Reina wiedziała, co to znaczy. SM-2 pójdą wysoko, z korekcją lotu w pierwszej połówce, potem zejście na półaktywną iluminację. Jeśli cele będą zbyt nisko – przechwycenie będzie na granicy okna.
Harris był najbliżej.
– Reaper 1-1, wchodzę za nich – zameldował.
Sam przeciwko czterem.
Struktura była jasna. On – osłona powietrzna. Okręty – ostatnia warstwa. Jeśli Harris nie rozbije formacji, flota przejdzie w saturację.
– Odpalenie! – krzyknął ktoś w tle na kanale taktycznym.
Na horyzoncie wykwitły białe smugi. SM-2 wyszły pionowo, potem złamały się w łuki. Wysoko. Zbyt wysoko, by zobaczyć szczegóły, ale wystarczająco blisko, by czuć, że to decyzje, których nie da się cofnąć.
Chwilę później Su-22 odpowiedziały ogniem.
– Osiem odpalonych! – głos Switcha stracił spokój. – Dwie salwy. Lecą płasko. Profil… przeciwokrętowy.
Osiem rakiet nad falą. Każda z własnym radarem terminalnym.
Niebo nad zespołem zaczęło się gotować. SM-2 eksplodowały nad pociskami, sypiąc odłamkami. Jedna wroga rakieta zniknęła w chmurze ognia. Druga rozpadła się i spadła do morza.
Ale kolejne były już niżej, tuż nad falami…
– Sea Sparrow, ognia!
– CIWS w trybie automatycznym!
Krążownik i niszczyciele weszły w ostatnią warstwę obrony. Krótkie, basowe serie Vulcanów zamieniły powietrze w migoczącą ścianę metalu. Jedna z rakiet rozpadła się w fontannę iskier tuż nad burtą.
Druga uderzyła w wodę.
Kolejne przeszły przez ogień.
Sekunda ciszy była nienaturalna. Reina poczuła, jak żołądek podciąga się do gardła.
– Trafienie na jednostce osłony! Ogień na pokładzie!
W klatce piersiowej coś zacisnęło się do bólu. Nie obraz. Nie myśl. Czysty, fizyczny ucisk.
– Harris jest pod nimi – meldował Switch. – Jednego ma w zasięgu Sidewindera.
Nad zespołem zapanował chaos. Rakiety floty schodziły z góry. Harris wchodził nisko. Su-22 kończyły zwrot.
Mechanizm bratobójczego ognia był prosty.
Zbyt wiele źródeł iluminacji.
Zbyt wiele śladów w jednym sektorze.
Zbyt mało czasu na identyfikację.
– Za dużo ognia – powiedział Switch ciszej. – Jeśli wejdziemy teraz, możemy dostać półaktywną z własnej floty. Nie odróżnią nas w tym szajsie…
Reina przesunęła wzrok na wskaźnik paliwa. Liczby opadały szybciej, niż chciała przyznać.
Wejść – ryzyko friendly fire.
Nie wejść – Harris sam przeciwko czterem.
Struktura odpowiedzialności była brutalna. Decyzja należała do niej. Koszt poniesie również ktoś inny.
– Mercer, trzymaj dystans dwie mile. Nie przekraczaj mojej linii. – Jej głos był suchy.
Pochyliła nos maszyny minimalnie w dół. Nabierała prędkości. Każdy węzeł więcej oznaczał krótsze okno dla rakiet okrętów, mniejszy czas przebywania w strefie iluminacji.
– Lecimy!
Dopalacz ryknął pełniej. Samolot zadrżał pod przeciążeniem. W karku pulsowało tętno. Obraz przed owiewką drżał od gorącego powietrza.
W dymie i smugach zaczęły wyłaniać się sylwetki. Nisko. Ciemne. Szybkie.
Su-22.
I Tomcat Harrisa.
***
Harris wyszedł na Irakijczyków pierwszy.
Reina zobaczyła tylko krótki błysk dopalaczy jego Tomcata, niski cień przecinający dym i mleczne smugi rakiet. Leciał niemal po powierzchni morza, tak nisko, że każdy ruch drążka był już nie manewrem, lecz korektą wobec czarnej, poruszonej wody.
– Mam jednego! Strzelam!
Jeden z irackich Su-22 kończył zwrot po odpaleniu i próbował wyrwać się nisko na południe, niemal równolegle do linii fal. Harris siedział mu już na ogonie. Nie budował idealnej pozycji. Nie miał na to czasu. Złapał go w celownik, zamknął odległość i odpalił.
– Fox Two!
Sidewinder odszedł krótkim, brutalnym błyskiem. Na tej wysokości lot rakiety wyglądał jak jedno szarpnięcie światła. Pocisk uderzył w dyszę Su-22 i rozerwał tył kadłuba. Iracka maszyna stanęła w ogniu, przechyliła się gwałtownie i rozpadła tuż nad wodą. Rozżarzone szczątki przeorały powierzchnię morza, zostawiając za sobą smugę pary i płonącego paliwa.
– Reaper 1-1, zachowaj separację. Jesteś w sektorze przechwycenia okrętów! – głos z Hawkeye’a przebił się przez trzaski eteru.
Za późno.
Reina zobaczyła nad nim biały ślad schodzący z góry. Czysty. Szybki. Nienaturalnie prosty w porównaniu z szarpaną geometrią walki na niskim pułapie.
W pierwszej chwili mózg nie chciał tego przyjąć. Chciał nazwać to czymś innym. Odbłyskiem. Fragmentem przechwycenia. Czymkolwiek, tylko nie tym, czym było naprawdę.
Rakieta z krążownika zeszła w dół i uderzyła w Tomcata Harrisa od góry, za kabiną, przy nasadzie lewego statecznika. Błysk był niemal sterylny. Potem cały samolot zajął się ogniem.
Reina poczuła, jak coś ściska ją pod mostkiem tak mocno, że na moment zabrakło jej powietrza.
– Harris!
Wrak nie rozpadł się od razu. To było gorsze. Przez ułamek sekundy maszyna leciała jeszcze prosto, jakby pilot wciąż nad nią panował, jakby fizyka nie zdążyła przyjąć do wiadomości, że to już koniec. Potem ogon zdefragmentował, kadłub obrócił się gwałtownie i Tomcat wbił się w morze w fontannie czarnej wody, ognia i metalu.
– Cease fire! Cease fire w sektorze niskim! Wstrzymać ogień! – ryknął ktoś na kanale taktycznym.
Za późno dla Harrisa.
W samą porę dla niej.
Trzy ciemne sylwetki wyrosły przed owiewką. Szły szybko i nisko. Dwa Su-22 ciągnęły jeszcze po odejściu od floty. Trzeci był nieco dalej, ale nadal w zasięgu, jeśli zdąży zamknąć profil ataku, zanim wszyscy rozleją się po niebie.
– Switch, namierzenie!
– Mam dwa ślady z przodu. Trzeci dalej. Najbliższy idzie lekko w lewo. Wejdziemy na Sparrowa, jeśli utrzymasz kurs.
To nie była pozycja komfortowa, ale wystarczająca.
Reina ustawiła maszynę i poczuła, jak Tomcat drży od prędkości, niskiej wysokości i brudnego powietrza nad rozgrzaną taflą morza. Radar próbował utrzymać rozwiązanie wśród chaosu odbić, smug, własnych zakłóceń i resztek tego, co jeszcze przed sekundą było walką obronną całej floty.
– Mamy go?
– Chwilowo. Strzelaj, zanim zejdzie niżej.
Reina nacisnęła spust.
– Fox One!
Pierwszy Sparrow odszedł ciężko, wyraźnie inaczej niż Sidewinder. Nie wystrzelił jak drapieżnik. Ruszył z tępą, brutalną siłą, pchany przez własny silnik, prowadzony półaktywnie, zależny od tego, czy namiar z radaru nosiciela utrzyma się w tym bałaganie choćby o sekundę dłużej.
Nie utrzymał…
Iracki pilot szarpnął maszyną nisko nad wodę, zrzucił odrobinę wysokości i przeciął sektor tak, że rakieta przeszła za nim, tracąc prowadzenie w zakłóconym obrazie odbić. Sparrow poszedł dalej i wbił się w morze daleko za celem. Czarna woda buchnęła pionową kolumną piany.
– Pudło! Stracił ślad! – krzyknął Switch.
Reina już poprawiała celownik. Żadnej złości. Żadnego komentarza. Tylko sucha, zimna konieczność.
– Drugi. Trzymaj mi go.
– Mam! Teraz! Teraz!
– Fox One!
Drugi Sparrow odszedł pół sekundy później. Tym razem iracki Su-22 był już w gorszej pozycji. Pilot próbował dokończyć zwrot po uniknięciu pierwszego pocisku i przez ten jeden moment wystawił bok maszyny pod namiar, którego nie zdołał już zerwać. Rakieta doszła go z lewej strony. Uderzyła przy nasadzie skrzydła.
Eksplozja nie rozerwała samolotu od razu. Lewa połówka skrzydła stanęła w ogniu, kadłub skręcił gwałtownie, a potem Su-22 rozpadł się na dwa płonące fragmenty, które zniknęły w chmurze dymu tuż nad falą.
– Trafiony! – wyrwało się Switchowi.
Dwa pozostałe cele zorientowały się wreszcie, co się dzieje.
Do tej pory uciekali z sektora floty, skupieni na wyrwaniu się z obrony warstwowej. Teraz zobaczyli płonący wrak kolegi i nowy wektor zagrożenia. Nie uciekali już. Rozpoczęli zwrot niemal jednocześnie.
Na Reinę.
– Zawracają! Oba zawracają! – rzucił Switch. – Walka manewrowa!
Reina poczuła, jak dłonie same mocniej zamykają się na drążku. Mięśnie karku stwardniały. Gdzieś pod żebrami coś zacisnęło się twardo i zimno.
Dwa na jednego.
– Wszystkie jednostki, wstrzymać ogień. Powtarzam: wstrzymać ogień. Reaper 1-3 wszedł w sektor celów – huknął kanał taktyczny.
To był koniec wsparcia z floty. Okręty nie mogły już dalej prowadzić ostrzału. Nie, jeśli nie chciały rozerwać jej razem z przeciwnikiem.
Mercer krążył wyżej, zgodnie z rozkazem, poza najgorszym bałaganem radarowym i dymem.
– Tu Reaper 1-2, widzę was z góry. Trzymam osłonę.
– Nie schodź na ślepo! – rzuciła Reina.
– Przyjąłem!
Pierwszy z Irakijczyków wszedł od prawej, agresywnie, próbując od razu zamknąć odległość. Drugi poszedł szerzej, nieco wyżej, budując kleszcze. Nie musieli jej zestrzelić w tej samej sekundzie. Wystarczyło, że jeden ją przytrzyma, a drugi siądzie na ogonie.
Reina szarpnęła maszynę w ciasny zakręt. Przeciążenie uderzyło w nią tak brutalnie, że pasy wżarły się w obojczyki. Krew odpłynęła z palców. Morze i niebo zamieniły się miejscami w jednym szybkim, szarpanym ruchu.
TF30 zawyły ciężko, chrapliwie, jakby każdy ruch na granicy obwiedni chciał jej przypomnieć, że te silniki nie wybaczają gwałtownych kaprysów.
– Uważaj na energię – cisnął Switch. – Za nisko, na przeciągnięcie.
Wiedziała. Czuła to w drążku, w fotelu, w każdej wibracji kadłuba. Każdy stopień za dużo, każda odrobina prędkości stracona teraz mogła kosztować ich życie za kilka sekund.
Pierwszy Su-22 przeciął jej wektor lotu i zniknął na moment pod kadłubem. Drugi przeszedł szerzej, próbując zamknąć kleszcze od drugiej strony.
– Prawy przechodzi! Lewy idzie od drugiej strony! – wrzasnął Switch. – Chcą nas zamknąć!
Reina skontrowała natychmiast. Lewy pedał. Drążek. Krótkie odpuszczenie, zanim samolot zacznie się dusić. Pot spłynął jej po skroni pod hełmem. W ustach miała suchy, metaliczny smak.
Wizjer złapał jednego z nich tylko na moment. Za krótko. Za ostro. Za blisko, by mówić o czystej pozycji. Ale wystarczająco, by spróbować.
– Mam namiar!
– Trafienie niepewne…
Reina nacisnęła spust.
– Fox Two!
Pierwszy Sidewinder odszedł z błyskiem i od razu ruszył za celem, ale pilot Su-22 zdążył szarpnąć maszyną, zrzucić trochę energii i przeciąć tor tak, że rakieta przeszła obok, ciągnąc smugę ognia tuż za jego statecznikiem. Pocisk poleciał dalej i eksplodował nisko nad wodą.
– Minęła! – krzyknął Switch. – Minęła o włos!
Reina nie zdążyła nawet zakląć.
Drugi Irakijczyk był już bliżej. Dużo bliżej.
Przeciął jej sektor z lewej i próbował usiąść za nią, dokładnie tak, jak zaplanowali. Pierwszy, ten który uniknął Sidewindera, nadal był w walce, ale na moment odsunął się szerzej po własnym manewrze. To dawało jej ułamek sekundy. Tyle albo nic.
Reina podciągnęła dziób, nie szukając ideału.
– Mam go! – syknął Switch. – Teraz albo nigdy!
– Fox Two!
Drugi Sidewinder odszedł z prawego pylonu. Przez ułamek sekundy wydawało się, że nie zdąży złamać toru lotu. Potem głowica złapała ciepło, rakieta skręciła brutalnie i uderzyła cel od spodu, przy centropłacie. Wybuch nie był wielki, ale ostateczny. Skrzydło oderwało się niemal czysto. Iracki samolot obrócił się półbeczką i zniknął w morzu.
– Trafiony!
I właśnie wtedy ostatni siadł jej na ogonie.
– Kontakt za nami! Szósta! Blisko! – ryknął Switch.
Reina poczuła to, zanim naprawdę zrozumiała meldunek. Całe ciało spięło się odruchowo. Łopatki wbiły się w fotel. Dłoń na drążku zrobiła się lodowata mimo potu.
Był za nią. Dużo za blisko.
Pchnęła przepustnice do oporu. Tomcat zadrżał i wyrwał do przodu, ale przeciwnik siedział już niemal idealnie na jej szóstej. Na tej wysokości nie było gdzie uciekać w dół. Zostawał tylko ciasny zakręt, beczka albo cud.
– Flary!
Kasety poszły. Samolot wypluł serię rozżarzonych punktów, które przez chwilę zawisły nad wodą jak rozsypane iskry ze spawarki. Irakijczyk nie odpalił od razu. Chciał podejść jeszcze bliżej. Chciał mieć pewność. Może rakiety. Może działka. Na tym dystansie jedno i drugie mogło skończyć sprawę.
To było najgorsze. Ta jedna sekunda świadomości, że ktoś siedzi ci na ogonie i spokojnie buduje rozwiązanie, podczas gdy twoje ciało już wie, że może nie zdążyć.
Reina szarpnęła maszynę w lewo. Przeciążenie uderzyło w nią jak młot. Obraz przyciemnił się na krawędziach. Morze zmieniło się w ciemnoszarą smugę. Dźwięk silników przeszedł w niski, rozciągnięty ryk.
– Za ciasno! Wytracasz prędkość! – ostrzegł Switch.
Miał rację. Czuła to. Tomcat tracił energię szybciej, niż mogła ją odzyskać. Jeszcze chwila i Irakijczyk za nią zamknie sprawę.
Wtedy z góry spadł Mercer.
Przez cały czas krążył wyżej właśnie po to, by nie wchodzić ślepo w kocioł, tylko czekać, aż otworzy mu się okno do czystego strzału. Teraz je miał. Zszedł z pułapu w stromym, szybkim nurkowaniu i z przewagą prędkości.
– Reaper 1-3, tu 1-4 mam go. Trzymaj tor!
Odruch kazał Reinie dalej szarpać i zrywać samolot. Zmusiła jednak rękę do utrzymania kursu jeszcze przez ułamek sekundy. To kosztowało ją więcej niż sam manewr. Mięśnie chciały ratować ją natychmiast. Rozum kazał zaufać.
Mercer przeciął sektor z góry na dół i otworzył ogień, zanim iracki pilot zdążył zareagować.
Nie rakietą.
Działkiem.
Krótka seria z sześciolutowego M61A1 Vulcan rozdarła powietrze suchym, brutalnym warkotem. Ślady pocisków były prawie niewidoczne przy tej prędkości. Widać było dopiero efekt. Kabina i nasada skrzydła ostatniego napastnika eksplodowały niemal jednocześnie. Samolot rozpadł się w locie na chmurę metalu, paliwa i ognia, która przez moment zawisła nad wodą jak rozpruty, świecący cień.
– Cel zniszczony. Sektor czysty – zameldował Mercer ciężkim oddechem.
Przez kilka sekund Reina nie odpowiedziała.
Palce miała tak mocno zaciśnięte na drążku, że aż bolały ją stawy. Serce tłukło w jej klatce piersiowej nierówno, twardo, jakby próbowało wyrwać się spod kombinezonu. W słuchawkach słyszała własny oddech i trzaski w eterze. Nic więcej.
Przed nią nie było już celów. Tylko niskie dymy, opadające szczątki i ślady po rakietach rozciągnięte nad morzem jak białe rysy na pękniętym szkle.
– Wszystkie jednostki, tu Bunker Hill. Zagrożenie powietrzne zneutralizowane. Powtarzam: zagrożenie zneutralizowane. Jednostka osłony uszkodzona, prowadzimy walkę z pożarem. Potwierdzić status Reaper flight.
Status.
Reina przełknęła ślinę. Gardło stawiało opór.
– Reaper 1-3 sprawny – powiedziała w końcu. Głos miała chropawy, prawie obcy. – Uzbrojenie wyczerpane. Stan paliwa niski.
Switch spojrzał na wskaźniki i dokończył za nią:
– Reaper 1-3 ma bardzo ograniczony czas. Zalecany natychmiastowy powrót.
Mercer wszedł na jej skrzydło wyżej i z lewej. Nie za blisko. Wystarczająco, by być osłoną. Wystarczająco daleko, by nie stać się kolejnym problemem.
– Reaper 1-4 przy niej. Odprowadzę ją do zespołu.
Reina nie patrzyła na niego.
Patrzyła w miejsce, gdzie kilka chwil wcześniej spadł Harris.
Morze było tam znów prawie gładkie. Tylko ciemniejsza plama i drobne szczątki znaczące miejsce, w którym dwoje ludzi i maszyna zostali wymazani przez własny parasol obrony.
Zespół przetrwał.
Harrisa zabił ten sam system, który próbował osłonić flotę.
I właśnie to było najgorsze. Nie brutalność samej walki. Nie nawet to, że ktoś zginął.
Najgorsze było to, że wszystko wydarzyło się w logice sekund, zasięgów, kątów i decyzji podejmowanych szybciej, niż człowiek zdążył nadać im sens.
Reina poczuła, jak napięcie schodzi jej z karku w barki, jak ból zaczyna rozlewać się po całym ciele, gdy adrenalina traci pierwszy impet. Odetchnęła raz, płytko. Drugi raz głębiej.
– Wracamy.
Nad zespołem okrętów nadal unosił się dym. Gdzieś na pokładzie płomienie wgryzały się w stal albo w wiązki przewodów, które jeszcze chwilę wcześniej były częścią perfekcyjnie spiętego systemu.
Walka dobiegła końca.
Konsekwencje dopiero miały się pojawić.
***
Mercer wszedł na jej lewe skrzydło, kilka metrów wyżej, stabilny na tle dymu i rozciągniętych nad wodą smug. Reina ledwie to zarejestrowała. Całą uwagę miała skupioną na wskaźniku paliwa.
Cyfry schodziły szybko.
Nie katastrofalnie. Jeszcze nie. Ale już poniżej granicy, przy której pilot przestaje planować, a zaczyna liczyć sekundy, kursy i każdy zbędny ruch ręki.
– Reaper 1-3, Reaper 1-4, tu Hawkeye 0-1. Potwierdzam zakończenie zagrożenia powietrznego. Według USS Bunker Hill trafiona została jednostka osłony, USS O’Brien. Uderzenie w śródokręcie. Pożar w sekcji pokładowej. Okręt zachowuje zdolność manewrową.
O’Brien.
Reina odruchowo skierowała wzrok ku zewnętrznemu sektorowi. Jeden z niszczycieli niósł za sobą cięższą, ciemniejszą smugę dymu. Nie wysoki słup, lecz brudny, rozlany ślad ciągnący się nisko nad wodą. Z tej odległości ruch na pokładzie był ledwie widoczny – drobne, nieregularne punkty przy rufie, błyski lamp, migotanie awaryjnych świateł i poszarpane przebłyski sprzętu gaśniczego.
To właśnie O’Brien pierwszy zameldował niskie kontakty.
– O’Brien nadal w linii? – zapytała.
– Potwierdzam. Ogień pod kontrolą. Okręt utrzymuje pozycję. Mają rannych.
To słowo weszło w nią twardo. Bez obrazu. Bez melodramatu. Po prostu jak kolejna pozycja na liście kosztów.
Ranni. Harris martwy. Paliwo na granicy. I jeszcze powrót.
– Reaper 1-3, tu Marshal. Natychmiastowy powrót. Priorytet z uwagi na stan paliwa. Przejdź na kurs zero dziewięć zero i zgłoś stan.
– Reaper 1-3. Paliwo niskie. Uzbrojenie puste. Maszyna sterowna.
Switch siedział z tyłu niezwykle cicho. Kiedy się odezwał, głos miał już znów równy, suchy, prawie laboratoryjny.
– Mamy dość na jedno podejście…
Mercer potwierdził natychmiast:
– Reaper 1-4, zostaję przy niej do wejścia w krąg.
Zespół okrętów rozsuwał się pod nimi w uporządkowanym chaosie.
Po lewej burcie nadal trzymał stałą odległość od lotniskowca USS Bunker Hill. Na jego nadbudówce pracowały anteny Aegis. To z niego poszła rakieta, która straciła Harrisa z nieba.
Szerzej, w zewnętrznym sektorze, USS O’Brien ciął wodę z uszkodzonym śródokręciem, nadal utrzymując pozycję mimo ognia na pokładzie. Po prawej burcie USS Ford szedł równolegle, niezmiennie w swojej roli osłony przeciwpodwodnej.
Dalej, z tyłu formacji, tankowiec i okręt zaopatrzeniowy trzymały dystans przy wygaszonych światłach.
Lotniskowiec wyrósł przed nią szeroki, szary i pozornie nieruchomy. Z tej odległości pokład wyglądał spokojnie. To złudzenie znała aż za dobrze. Pokład nigdy nie był spokojny.
– Reaper 1-3, przejdź na kontrolę zbliżania. Podejście bez zwłoki.
Reina przełączyła kanał.
– Reaper 1-3, tu kontrola zbliżania. Pokład gotowy. Stan?
– Paliwo na wyczerpaniu. Jedno podejście.
Po krótkiej pauzie odezwał się LSO – oficer naprowadzania lądowania – siedzący na stanowisku po lewej stronie rufy. Głos miał suchy, pozbawiony wahania.
– Przyjąłem. Nie odchodzisz. Przyjmujemy cię od razu. Masz zgodę na lądowanie.
Dobra wiadomość i zła jednocześnie. Dobra, bo nikt nie będzie jej kazał krążyć. Zła, bo gdy pokład mówi „nie odchodzisz”, znaczy to samo, co: albo siądziesz teraz, albo skończysz w wodzie.
Reina przełknęła ślinę i rozpoczęła podejście.
Prędkość. Kąt. Oś. Każdy parametr stał się nagle boleśnie konkretny.
Czuła zmęczenie w barkach. Nie jako emocję. Jako ciężar. Jakby ktoś nalał ołowiu w mięśnie między szyją a łopatkami. Dłoń na przepustnicach była sztywna. Palce na drążku bolały od wcześniejszego zacisku.
– Prędkość stabilna – powiedział Switch. – Trochę wysoko. Koryguj.
Reina poprawiła tor lotu o włos.
Pokład zaczął rosnąć w owiewce. Linie prowadzenia, sylwetki obsługi i bursztynowy punkt soczewki Fresnela, według którego pilot trzyma ścieżkę zejścia – świat zawęził się do jednej osi i jednego momentu, który za kilka sekund miał zdecydować, czy wróci na pokład, czy spadnie za rufę.
– Więcej mocy…
Głos LSO przeciął eter w słuchawkach krótko i twardo.
Reina dodała ciągu.
– Trzymaj… trzymaj…
Pokład był już tak blisko, że przestał wyglądać jak konstrukcja. Stał się powierzchnią, w którą można uderzyć.
– Trochę w prawo… dobra… więcej mocy!
Koła uderzyły w pokład w tej samej chwili co hak.
Nie poczuła miękkiego osiadania. Poczuła brutalne, stalowe szarpnięcie, które niemal wyrwało jej barki z zawiasów. Lina zatrzymała Tomcata z przemocą, do jakiej tylko pokład lotniskowca ma prawo. Głowa poszła do przodu, zęby zacisnęły się z suchym trzaskiem. Potem cisza nie była ciszą, tylko nagłym końcem ruchu.
– Złapaliśmy – powiedział Switch, wypuszczając powietrze.
Reina przez sekundę siedziała bez ruchu. Nadal z ręką na przepustnicach. Nadal z nogami na pedałach. Ciało jeszcze nie przyjęło, że to już koniec tej drogi.
Dopiero gdy obsługa dała sygnał, odjęła ciąg.
Na pokładzie pachniało gorącym metalem, paliwem lotniczym i spalenizną niesioną od strony eskorty. Gdy odsunęła osłonę kabiny, uderzyło ją też słone powietrze i chłód, który po ogniu i dopalaczach wydawał się niemal obcy.
Mercer wylądował chwilę później.
Kiedy zeszła po drabince, kolana na moment zrobiły się miękkie. Nie teatralnie. Po prostu przez ułamek sekundy mięśnie zapomniały, że mają trzymać ciężar. Oparła dłoń o krawędź kadłuba, aż odzyskała równowagę.
Na pokładzie nikt nie gratulował. Nikt nie klepał po ramieniu. Załoga widziała dym nad O’Brienem. Widziała, że wrócili nie w komplecie.
Jeden z oficerów pokładowych podszedł szybkim krokiem.
– CAG chce cię w operacyjnym. Natychmiast.
Reina tylko skinęła głową.
Nie pytała o Harrisa. Nie musiała.
Kiedy szła przez wnętrze lotniskowca, wszystko wydawało się za wąskie i za niskie po otwartym, brutalnym niebie. Metaliczne dźwięki kadłuba, przytłumione alarmy, dudnienie pracujących wind i odległy rytm własnych systemów okrętu składały się w znajomą mechanikę, która zwykle uspokajała. Nie tym razem…
W sali odpraw było chłodno.
Za chłodno.
Nie przez temperaturę. Atmosferę.
Na ścianie wisiała już szybka tablica sytuacyjna. Sześć wrogich samolotów oznaczonych jako zniszczone. Dwie rakiety przeciwokrętowe, które przebiły obronę i trafiły O’Briena. Status pożaru: kontrolowany. Pod statusem lotu widniały cztery krótkie wpisy: Reaper 1-2 – down, SAR en route. Reaper 1-1 – lost. Reaper 1-3 – recovered. Reaper 1-4 – recovered.
Reaper 1-1.
Nie „killed”.
Nie „dead”.
Lost.
Jak pozycja w stanie magazynowym.
CAG stał przy stole. Obok niego oficer taktyczny skrzydła, oficer od uzbrojenia i człowiek od systemu Aegis z USS Bunker Hill. Nie należał do skrzydła lotniczego, ale to właśnie jego obecność nadawała temu spotkaniu kształt dochodzenia.
Mercer wszedł za nią. Switch usiadł z boku, blady, ale już znów opanowany.
Nikt nie kazał jej siadać.
CAG spojrzał najpierw na nią, potem na zegar, potem na kartę meldunków.
– Potwierdzam wynik starcia. Dwa MiG-25 i cztery Su-22 zniszczone. Dwie rakiety przeciwokrętowe przebiły obronę i trafiły USS O’Brien. Okręt utrzymany. Straty własne: Reaper 1-2 – down, SAR w drodze. Reaper 1-1 – lost. – Podniósł wzrok. – Przechodzimy do pełnej sekwencji zdarzeń.
Nie było w tym gniewu. Była tylko procedura.
Oficer taktyczny uruchomił zapis. Na ekranie pojawił się surowy obraz taktyczny: wektory, ślady, znaczniki czasu. Sama geometria.
– FAZA I.
– O godzinie 0921 Hawkeye 0-1 wykrywa dwa szybkie kontakty wysokiego pułapu. Reaper flight wektorowany do przechwycenia.
Na ekranie cztery linie Tomcatów zaczęły się rozchodzić.
– O 0929 cele odpalają pociski w fazie odejścia. Reaper 1-2 trafiony. Katapultowanie potwierdzone. Dwa spadochrony widziane. SAR uruchomiony.
Linia Reaper 1-2 urwała się nad wodą.
Reina nie poruszyła się.
– Reaper 1-3 łamie polecenie utrzymania sektora i wchodzi w pościg.
Jej własny wektor oderwał się od linii CAP.
– Odpalenie czterech AIM-54. Jeden pocisk chybia. Trzy trafienia. Dwa MiG-25 zniszczone.
Dwie zielone kropki zniknęły.
– Wynik fazy pierwszej: zagrożenie wysokiego pułapu zneutralizowane. Jedna maszyna własna utracona. SAR w toku.
Krótka pauza.
– FAZA II.
Na ekranie pojawiły się cztery niskie ślady.
– Wykrycie przez USS O’Brien. Potwierdzenie przez Hawkeye 0-1. Cztery cele niskiego pułapu, kurs na zespół.
– Flota przechodzi na półaktywne przechwycenie. Odpalenie SM-2 – wtrącił łącznik z USS Bunker Hill.
Na ekranie wystrzeliły pionowe wektory.
– Osiem rakiet przeciwokrętowych odpalonych przez Su-22.
Czerwone linie ruszyły ku formacji.
– Dwie przebijają obronę. Trafienie w USS O’Brien. Okręt z trudem zachowuje manewrowość.
Symbol jednostki zmienił kolor, ale nie zniknął.
– Reaper 1-1 schodzi nisko. Odpala Sidewindera. Jeden Su-22 zniszczony.
Jedna kropka wygasła.
Łącznik z USS Bunker Hill przejął głos.
– W tym samym oknie czasowym radar kierowania ogniem prowadzi półaktywną iluminację w sektorze niskim. SM-2 znajduje się w fazie terminalnej. Stożek naprowadzania obejmuje zarówno niskie cele, jak i Reaper 1-1.
Na ekranie pojawił się wąski klin.
– O 1013 Reaper 1-1 przecina korytarz przechwycenia. W tym momencie generuje silniejszy i stabilniejszy ślad niż manewrujący Su-22.
Dwie linie przecięły się pod ostrym kątem.
– Rakieta przechodzi na najsilniejsze odbicie w stożku. Trafienie następuje trzy sekundy później.
Linia Harrisa zgasła.
Cisza była sucha. Techniczna.
– Wstrzymanie ognia w sektorze niskim – dokończył łącznik.
Oficer taktyczny przesunął zapis dalej.
– Następnie Reaper 1-3 przyspiesza i wchodzi na przechwycenie.
Jej wektor przeciął sektor.
– Dwa Sparrowy. Pierwszy chybia. Drugi trafia. – Jedna kropka zniknęła.
– Walka manewrowa dwa na jeden. Dwa Sidewindery. Trafienie drugim. – Kolejna kropka zgasła.
– Ostatni Su-22 zniszczony ogniem działka Reaper 1-4.
Ekran pozostał czysty.
CAG spojrzał na nią przeciągle.
– Analizujemy wyłącznie decyzje Reaper 1-3.
Oficer taktyczny cofnął zapis do momentu utraty Reaper 1-2.
Na ekranie widoczne były dwa spadochrony oddalające się od płonącego wraku.
CAG spojrzał na nią.
– Po utracie Reaper 1-2 otrzymałaś polecenie od dowódcy utrzymania sektora CAP?
– Tak.
– Czy zdecydowałaś się go opuścić?
– Tak.
– Dlaczego?
– MiGi były w zasięgu. Uznałam, że jeśli pozwolimy im odlecieć, za jakiś czas wrócą. Chciałam je wyeliminować jako zagrożenie dla zespołu.
CAG skinął głową.
Oficer przesunął zapis do fazy Su-22.
Na ekranie pojawił się wektor Harrisa schodzącego nisko.
– W fazie ataku Su-22 wydałaś Reaper 1-4 polecenie utrzymania wysokości i dystansu?
– Tak.
– Czy następnie zeszłaś poniżej CAP i weszłaś w walkę na niskim pułapie?
– Tak.
– Byłaś świadoma, że w tym samym czasie flota prowadzi ogień w tym sektorze?
– Tak.
– Dlaczego to zrobiłaś?
– Harris był sam przeciwko trzem celom. Chciałam zwiększyć jego szanse na przetrwanie.
CAG nie komentował.
– Czy przewidywałaś ryzyko nakładania się ognia floty i walki powietrznej?
Krótka pauza.
– Tak.
– Mimo to weszłaś?
– Tak.
CAG położył dłoń na stole.
– Bezpośrednią przyczyną śmierci Reaper 1-1 było trafienie z systemu obrony floty.
– Twoją odpowiedzialnością jest złamanie rozkazu utrzymania CAP oraz świadome wejście w sektor aktywnej obrony floty wbrew ustalonym procedurom.
– Dochodzenie formalne zostaje wszczęte. Do czasu jego zakończenia jesteś zawieszona w lotach.
Reina stała nieruchomo.
– Tak jest.
CAG już zamykał teczkę, gdy obok niej poruszył się Switch.
– Sir.
Nie podniósł głosu. Nie próbował brzmieć dramatycznie.
– Decyzja o wejściu była wspólna. Miałem pełny obraz radaru. Potwierdziłem parametry. Nie zgłosiłem sprzeciwu. Jeśli to naruszenie procedury, odpowiadam za nie razem z nią.
W sali zrobiło się jeszcze ciszej.
CAG spojrzał na niego przeciągle. Nie jak na bohatera. Jak na podwładnego.
– Czy miałeś możliwość odradzić zejście?
– Tak.
– Czy to zrobiłeś?
– Nie.
Krótka pauza.
– W takim razie zawieszenie obejmuje również ciebie.
– Tak jest, sir.
Nie było w tym ani ulgi, ani buntu.
Tylko przyjęcie konsekwencji.
CAG zamknął teczkę.
– Odprawa zakończona.
Krzesła zaczęły się przesuwać. Ekran zgasł.
Reina ruszyła w stronę drzwi. Dopiero w korytarzu, gdy hałas pokładu zagłuszył ciszę sali, powiedziała cicho:
– Nie musiałeś.
Switch szedł obok niej, patrząc przed siebie.
– Miałem pełny obraz. Byłem częścią tej decyzji.
To było wszystko.
Na pokładzie życie toczyło się dalej. Mechanicy pracowali przy maszynach. Ktoś sprawdzał uzbrojenie. Silnik na próbie zawył krótko i zamilkł.
System działał.
A oni od tego momentu byli poza nim.