- Opowiadanie: Drake6 - Ameagari

Ameagari

Do napisania tego shorta zainspirował mnie komiks z F/NF, gdzie (Ratman? Nie, chyba ktoś inny), zaczął mierzyć ekierką/linijką pewien trójkąt ;) To było ze trzydzieści lat temu, a zostało do dziś. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ameagari

 „Widzę cię”.

Stał przy oknie od godziny.

Strugi Deszczu wciąż obmywały szyby, zniekształcając obraz. Miał coś do zrobienia, ale nie czekał, aż przestanie padać – na wyspie padało zawsze. Myślał. Nie patrzył na ogród otoczony niskim, kamiennym murkiem. Nie patrzył na drogę, która wiła się między wzgórzami, wznosząc ku górze. Ku Górze. Nie patrzył nawet na Górę jako całość.

„Widzę Cię”.

Patrzył na jej szczyt tonący w Chmurach, gdzie rozmazana Jasność przedzierała się przez ciemną, grafitową, nabrzmiałą powłokę, rozlewając w niej świetlistą plamą. To z tego miejsca patrzył Bóg swoim wszystkowidzącym wzrokiem. To stąd roztaczał swoje wszechwiedzące panowanie na cały Ocean i całą Wyspę. Na całe Chmury.

„Widzę Cię”.

Rebil spojrzał za siebie, zawieszając wzrok na włóczni stojącej obok kominka. Sam wykonał ją dwadzieścia lat temu z Drzewa. Na Wyspie nie było innych drzew, ale to jedno, zawsze zielone, zawsze potężne Drzewo, odrzucało czasami gałęzie. To z nich czerpał drewno na opał. Z nich łatał dach i to z nich wykonał oręż, mający mu teraz posłużyć najlepiej, jak tylko zdoła. Albo spadnie z Góry, a jego ciało, obmywane odwiecznym Deszczem, leżeć tam będzie w nieskończonej samotności, w towarzystwie wody, mchów, nielicznych krzewów oraz pisków mew – jedynych gości, niekiedy rozbijających się o strome brzegi, których ciała dawały mu pożywienie.

Podszedł do ognia, wyciągając ku niemu ręce. Patrzył głęboko w tańczący leniwie płomień, widząc żar oraz ciepło wypełniające go; on zaś gromadził je tak, aby starczyło na całą drogę.

Gdy nie mógł przyjąć już więcej gorąca, ujął włócznię w prawą rękę i odwrócił się, wychodząc z domu, gdzie ogień przygasał po raz pierwszy, odkąd Rebil pamiętał.

„Widzę cię”.

Najpierw ognia pilnował jego ojciec. Potem matka. Tak jak ojciec, ona również rzuciła się w końcu z klifu w potężne fale, gdy była już niska, przygarbiona, a jej skóra przypominała wyżłobione strumieniami zbocza Góry. Wtedy to ich syn, on, Rebil, zajął się dorzucaniem drewna.

Teraz nie miało to już znaczenia – wyszedł i zaczął podróż. Wyszedł. Deszcz obmywał jego skąpo odziane ciało, a wiatr targał długimi, białymi włosami. Niekiedy przyklejały się do twarzy, zasłaniały oczy, oplatały szyję, ale on nie odgarniał ich. Szedł, patrząc pod nogi, co chwilę podnosząc coraz bardziej głowę, by zobaczyć Jasność – nabierał pewności.

Wypełniała go, jak wcześniej ciepło ognia. Sunęła od torsu, w górę, w dół, wypełniała trzewia i kończyny czystością przekonania, że m u s i .

„Widzę cię”.

Kiedy zbocza Góry stały się zbyt strome, aby iść wyprostowanym, pochylił się. Opierał ciężar bardziej na dłoniach i trzonie włóczni, a gdy zaczął się wspinać, również twarzą przywierał do zimnych, ociekających wodą ścian.

Blask rzucał coraz bardziej wyraźny cień, sunący wraz z jego ciałem w górę. Włócznię wbijał w szczeliny, unosił się na niej, podciągał, a potem wyjmował i wbijał wyżej. Nieraz zawisł oderwany od zbocza, polegając tylko na wytrzymałości drewna pochodzącego z Drzewa i hartowanego przez lata przy płomieniach dobywających się z kominka w jego opuszczonej już chacie.

Obraz wspomnienia nie wywołał tęsknoty.

Dookoła działo się coś, czego jeszcze nigdy nie widział: krople wody materializowały się w gęstej, jasnej od światła mgle, a następnie opadały w dół, niknąc po chwili.

„Widzę cię”.

Po raz pierwszy od Zawsze aż po Teraz, będąc poza swoim domem, Rebil wysychał smagany silnym wiatrem. Gdy Blask przestał rozlewać się wśród Chmur, niemal odpadł od zbocza, uderzony tym, co ujrzał.

Wielki Trójkąt. Kamienny i wyciosany przez wodę oraz powietrze w szczycie – czubku Góry – zdawał się być niemal biały w oślepiającym ogromie świetlistości. Wszedł na skraj płaskiego przy brzegach szczytu i zmrużył mocniej oczy. Powoli unosił powieki, gdy Jasność przestała go oślepiać.

„Widzę cię”.

Wewnątrz Trójkąta, większego od Rebila, znajdowało się Oko. Jasne, świecące, z niewielką, czarną źrenicą ledwie dostrzegalną w jego blasku.

„Widzę cię”.

– Teraz i ja cię widzę – odparł.

Podszedł pewnym krokiem do Oka. Opuścił i cofnął prawą rękę za plecy. Ruszył nią do przodu oraz ku górze, z impetem. Zostawił włócznię w źrenicy, wyglądającej teraz jak tarcza, w którą trafił, a oko zaczęło się zamykać, zarastać kamiennymi ścianami trójkąta, czerwienieć. Blask niknął.

Rebil popatrzył w dół: na zbocze, wzgórza i drogę, na maleńki punkt chaty i wielkie drzewo nieopodal niej. Popatrzył i zobaczył to wszystko, bo chmury się rozchodziły na boki, odlatywały, pierzchały gnane wiatrem. Nad Rebilem wraz ze znikającą jasnością, zapalać zaczęły się białe, maleńkie punkty. I jeden duży, okrągły, przez kontrast z ciemnym tłem rażący go w oczy. A daleko, na jednym z krańców horyzontu, dojrzał, jak Niebo i Ocean nabierają bladej, a potem pomarańczowej barwy.

„Nie widzę nic”.

– Więc jestem Wolny!

 

 

Koniec

Komentarze

A czemu chmury, morze, oko z dużej, to nie są nazwy własne?

 

 

Z nich łatał dach

Nie da się łatać z nich.

 

Nie podoba mi się zakończenie.

Bo cały klimat opowiadania jest fajny, rodzice, którzy nie wytrzymali i rzucili się w przepaść, super, ale zakończenie dziwne. Może zresztą, nie tylko ja go nie zrozumiałam. 

delulu managment

Witaj. :)

W szorcie dojrzałam powtórzenie, być może celowe:

Albo spadnie z Góry, a jego ciało, obmywane odwiecznym Deszczem, leżeć tam będzie w nieskończonej samotności, w towarzystwie wody, mchów, nielicznych krzewów oraz pisków mew – jedynych gości, niekiedy rozbijających się o strome brzegi, których ciała dawały mu pożywienie.

 

Mnóstwo tu metafor, tajemniczości, poezji i opisów zjawisk oraz pojawiających się symboli. Nie do końca czuję natomiast fantastykę. Muszę jeszcze nad tym tekstem podumać. :)

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Cześć,

 

na początek czepialstwo:

 

Strugi Deszczu wciąż obmywały szyby, zniekształcając obraz.

Czemu deszcz, wyspa, chmury, drzewo itd są z wielkiej? A np ogień już nie, chociaż też zdaje się odgrywać ważną rolę?

 

Wielki Trójkąt. kamienny i wyciosany przez wodę oraz powietrze w szczycie – czubku Góry – zdawał się być niemal biały w oślepiającym ogromie świetlistości.

Tu z kolei chyba zabrakło tej wielkiej

 

Ok, mamy tutaj motyw opatrzności dość jasny, a tekst, jeśli dobrze odczytuję, jest mocno alegoryczny, ale ta przemiana bohatera jest dość szybka. Jasne, w dopowiedzeniu ciągnęła się długo, ale mamy ten fragment i facet po prostu wychodzi, zero wahania, zero kryzysu, zero konfliktu wewnętrznego. 

 

Dla mnie całość trochę niejasna niestety

Hej,

Bardzo ciekawe surrealistyczno – symboliczne opowiadanie. Podoba mi się. Główna oś fabularna ma jasne metaforyczne znaczenie.

Wydaje mi się, że dosyć kluczowa sekwencja rzutu włócznią, jest opisana mało zrozumiale. Jest opisany ruch ręki, którzy trzeba powiązać z rzutem/atakiem.

Dając w targach "chrześcijaństwo" też dosyć zawężasz pole do interpretacji. Opowieść bez tego taga, nabrałaby bardziej uniwersalnego przesłania.

 Drobiazg: włócznie robi się raczej z pni małych drzew, a nie z gałęzi :P 

Pozdrawiam :)

Dzięki za komentarze i przeczytanie całości :) Widzę tutaj ciekawe pytania (najlepsze jest to, że się pojawiły) i niestety, ale nie mam innej odpowiedzi, jak zachęcenie do delikatnej rozkminy :)

 

Co do “nie czucia fantastyki”, to chyba jednak realizmem nazwać tego nie można. Zaznaczyłem gatunek, jako “inne” celowo. 

 

Co do ognia… mógł być z dużej, tak samo jak “dom”, czy “murek”. Z jakiegoś powodu nie był, ale może to faktycznie brak konsekwencji w tym jednym przypadku. Przemyślę i możliwe, że zmienię, ale to wymagałoby dopisania pewnej sceny, która jest zbędna dla obecnego wydźwięku. Wydźwięk dźwięczy w moim odczuciu zgodnie z przesłaniem ;p

Drake

Khomaniac (kur… jak zacząłem pisać Twój nick to mi dosłownie w-tym-samym-momencie! Plakato-obraz się wywalił na łeb… a chciałem być kur… miły. I jak to się kończy?) w sumie to, pewnie włócznie faktycznie robi się z nie-gałęzi :D dawno (od dziecka) żadnej nie robiłem, a nie zadałem sobie trudu zastanowienia nad tym, czy sprawdzenia… maj bed. Ale może z konaru, takiego wiesz, prostego konaru, to już by się jakoś dało? Oby :D

Co do “strzału w dziesiątkę” to zastanawiałem się nad tym, żeby to opisać krótko. Dosadnie. Ale jakoś to rozwodniłem i może nie będę tego zmieniał, aczkolwiek domyślałem się, że ktoś podniesie to jako błąd/problem. 

 

Aha… miałem być miły (mimo tego obrazu!) więc bardzo dziękuję za PIERWSZY po prostu pozytywny komentarz pod moim tekstem. 

Drake

Nowa Fantastyka