- Opowiadanie: Drake6 - Stąd jestem

Stąd jestem

Idąc ulicą patrzyłeś kiedyś pod nogi? Nie, nie po to, aby zachować równowagę - po to, aby ją na chwilę stracić i sprawdzić co jest pod spodem. Chodź – zobaczymy, jak Ci się tu nie spodoba, a mimo to i tak będziesz chciał zostać. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Stąd jestem

  Szarość poranka malowała sufit przygaszonymi odcieniami światła. Niemrawo przedzierało się przez mokre szyby. Do jego budzącego się zmysłu słuchu, dotarł werbel tysięcy kropli uderzających o parapet. Uśmiechnął się, po czym przeciągnął intensywnie. Ukłucie w lewym ramieniu przypomniało o kontuzji. To już trzy tygodnie – pomyślał – ale najwyraźniej potrzebne było jeszcze więcej czasu. Zatrzymał się, zastygając z ciałem wygiętym w różnych kierunkach. Spojrzał na wejście do przedpokoju. Fragment ciemnego korytarza sprawiał wrażenie obecności. Wstał z łóżka. Wychylił się i zajrzał w głąb. Było pusto. Rozluźnił mięśnie i poszedł zagotować wodę w podświetlanym, szklanym czajniku.

 Po chwili, gdy siedział na pościelonym już łóżku, z laptopem na kolanach, wyjął papierosa z niebieskiej paczki i włożył do ust. Zaczął zaglądać na strony portali informacyjnych, amatorskie blogi z często błahymi wydarzeniami oraz grupy facebookowe. Jednym z jego ulubionych miejsc był portal „Na Tropie”, gdzie kilku – jak się domyślał – nastolatków publikowało wszystko, co można było skomentować. Zapadnięty chodnik? Jasne. Dziura w jezdni? W Łodzi? Oczywiście – przecież to oryginalne. Pies komuś uciekł? Mamy breaking news! Zakaz trzymania kwiatów na balkonie? Ograniczanie wolności!

 Te i inne podobne tematy gościły na ich portalu i grupie facebookowej codziennie. On jednak potrafił czasami znaleźć w tym gąszczu coś ciekawego. Spojrzał na dzisiejszą datę: 6 marca 2026. Wyszukał najnowsze artykuły. Pięć tytułów powstało w ostatnim dniu.

 „Dziecko potrąciło rowerkiem wózek inwalidzki”. Postanowił ominąć go szerokim łukiem.

 „Łódź Widzew i ŁKS…” – to nie na jego nerwy ani w pobliżu zainteresowań.

 „Bestia z kanałów atakuje podczas remontu kanału!”

 Tak, „kanałów-kanału”. Krytyczna uwaga jednak nie zniechęciła go do otworzenia strony.

 Na samej górze widniało zdjęcie starej, pordzewiałej i porośniętej drobną roślinnością kraty. Za nią ział czarny, dzwonowaty otwór kanału. Przyglądał się chwilę temu, jakby czekając, aż coś z niego wyjdzie. Nie wyszło. Rozluźnił się, odetchnął i zapalił papierosa, którego trzymał od dwóch minut w ustach.

 Jak dowiedział się z treści, wczoraj rozpoczął się remont długiego odcinka kanału burzowego pod ulicą Denną. Jeden z robotników na koniec pracy przez chwilę był sam. Zwierzę, które go zaatakowało, rozcięło mu pazurami ramię. Przewieziony już z rosnącą gorączką do Szpitala im. Biegańskiego, został pozszywany, nafaszerowany lekami i przesłuchany przez policję. Stało się to sto sześćdziesiąt metrów od wejścia. Blisko, prawie na zewnątrz.

 Dalsza część artykułu sugerowała, że to puma, jednak on domyślał się, jak mało jest to prawdopodobne. Żaden aligator, wielki kot czy inny niedźwiedź, jak dalej rozważała autorka. Na informację o niedźwiedziu nawet się zaśmiał. W sumie czemu nie? Niedźwiedzie mieszkają w jaskiniach. Jest tam ciemno, mokro i jest echo. W tunelu też jest ciemno, mokro… i jest echo. Czyli tunel to taka jakby jaskinia. Zaśmiał się głośno i upił łyk kawy. Co kierowało tymi dzieciakami, że pisali takie bzdury? A może po prostu przestawał lubić młodzież, bo już do niej nie należał? Spuścił głowę, po czym doczytał do końca.

 Wiedział niewiele: zwierzę, ostre i pewnie duże szpony, kanały, brak pościgu za ofiarą. Może się tylko broniło? Albo czekało na moment, aż zostanie jeden cel, dzięki czemu polowanie stanie się łatwiejsze. Jutro, czyli w sobotę, miała zjawić się tam inspekcja w asyście policji. Musiał wiedzieć więcej, a na to miał niewiele czasu. Spojrzał na parapet, gdzie leżały kluczyki do auta. Zgarnął je i zaczął się ubierać.

 

 Zaparkował swojego Scouta wzdłuż ulicy przed blokiem na Retkini. Przez chwilę wahał się przed wyjściem z samochodu na deszcz, ale ostatecznie otworzył drzwi z rozmachem i wysiadł. Wybrał numer na domofonie i czekał, aż denerwujący sygnał umilknie.

 – Halo?

 – Erwin.

 – Wchodź.

 Dwa piętra później stał przed drzwiami wyposażonymi w trzy zamki, szerokokątny wizjer oraz napisane kredą „K+M+B”. Otworzył mu niski, brodaty jegomość z wydatnym brzuchem zakrytym koszulą. Nigdy nie mógł dojść do tego, jak ktoś z takim brzuchem mógł zapiąć koszulę.

 – Cześć. Wchodź.

 – Ktoś ci drzwi pomazał.

 Brodacz spojrzał na niego z wyrzutem, po czym, gdy ten już wszedł, zamknął za nim i przekręcił wszystkie trzy zamki.

 – Jak to mówią, strzeżonego Pan Bóg strzeże – po tych słowach wskazał ręką jego lewy bark. – Nadal boli?

 Erwin nie skomentował.

 – To czego dzisiaj potrzebujesz? Nie wystarczy policja?

 – Nie, nie wystarczy. Policja już była na miejscu, więc potrzebuję czegoś większego.

 – No chyba, kurwa, nie ABW?

 Spojrzał na niego z nadzieją w oczach, po czym zaśmiał delikatnie.

 – Nie, to musi być coś bardziej… cichego.

 

 Młoda asystentka na oddziale zakaźnym w Szpitalu Biegańskiego siedziała w oknie izby przyjęć. Wzrok wlepiony w telefon podniosła w momencie, kiedy po drugiej stronie szyby stanął interesant. Zmierzyła go wzrokiem: czarna, przeciwdeszczowa kurtka rozpięta do połowy odsłaniała ciemny garnitur i białą koszulę. Z kaptura narzuconego na głowę kapały co chwilę krople. Niewielka bródka dodatkowo wydłużała optycznie jego pociągłą twarz. Mężczyzna miał około trzydziestu lat i jakiś metr osiemdziesiąt.

 Uśmiechnęła się.

 – W czym mogę pomóc?

 Nieznajomy położył brązową, kanciastą torbę na blacie przed oknem. Z zewnętrznej kieszeni wyjął plastikową legitymację, którą rozłożył i wsunął pod szkłem. Karolina, a przynajmniej takie imię widniało na plakietce, zaczęła czytać treść w środku. Wraz z kolejnymi linijkami tekstu kąciki ust wędrowały w dół.

 – To jakaś kontrola?

 – Pani Karolino – głos miał poważny. – I tak, i nie. Chodzi o waszego pacjenta. Tego z kanałów. Inspektorat Ochrony Środowiska nie zajmuje się szpitalem Biegańskiego.

 – Aha, ten pan. No dobrze, i co z nim?

 – Muszę z nim porozmawiać. Chodzi o procedury na miejscu zdarzenia. Czy Zarząd Wodociągów i Kanalizacji dopełnił procedur bezpieczeństwa na poziomie administracyjnym. To coś podobnego do BHP, ale z innej strony.

 – Ach, tak – na spochmurniałą twarz Karoliny ponownie wracały cieplejsze barwy – No to można iść, to tamte drzwi za panem. Sala dwadzieścia pięć, na końcu.

 – Dziękuję – odwzajemnił uśmiech, po czym skierował we wskazanym kierunku.

 – Tylko, że jakby on spał, to niestety musi pan poczekać.

 Nie zareagował już na tę informację. Żwawym krokiem przeszedł przez drzwi do sali. Stanął tuż za nimi i przymknął delikatnie. Wnętrze było niezwykle jasne. Przymrużył oczy, zastanawiając się, po co ktoś zostawił włączoną lampę. Pośrodku niewielkiej sali stało łóżko z mocno podniesionym oparciem, a na nim leżał poszkodowany. Z karty wyczytał, że pacjent nazywał się Karol Zembrzyński. Prawą rękę miał zabandażowaną od obojczyka, aż do łokcia. Z kącika ust wyciekała powoli strużka gęstej, ciągnącej się śliny. Szyja z lewej, od strony inspektora, nosiła ślady wysypki. Drobne, szare kropki zdawały się błyszczeć, trochę przypominając resztki nielicznego brokatu. To mógł być brokat, dosłownie. Mogło też być coś zupełnie innego.

 Stanął przy nim bliżej, oceniając stan mentalny rannego. Według karty miał kilka godzin temu temperaturę 39,5. Podali mu leki, więc może będzie w stanie rozmawiać.

 – Dzień dobry, panie Karolu.

 Pacjent otworzył oczy i skierował wzrok na inspektora.

 – Kim pan jest?

 – Panie Karolu, jestem z Inspektoratu Ochrony Środowiska. Chciałem porozmawiać o tym zwierzęciu, które pana podrapało.

 – Aha, a może jutro? – odparł niewyraźnym głosem, przygaszonym.

 – No ja rozumiem, że jest pan zmęczony. Wszyscy jesteśmy. Taka pogoda, a pan po tym bohaterskim czynie to już w ogóle wykończony.

 – Co? Bohaterskim? – Karol siorbnął, zasysając strużkę śliny z powrotem do ust.

 – Według nas to, że pan przeżył i zdołał się wydostać, to czyn iście bohaterski. Serio. No kto inny by się tak zachował? Ludzie sobie nie zdają sprawy z tego, jak niebezpieczna może być egzotyczna fauna. A pan? No pan to wiedział. I dzięki temu żyje.

 – No niby tak – wymamrotał niezbyt wyraźnie i patrzył dalej na przybysza.

 – No właśnie. A może pan mi powiedzieć, co konkretnie się stało?

 – Tak – odchrząknął i zaczął. – Zostałem, bo mi się sikać chciało. Reszta już poszła, bo to fajrant był. No i jak zacząłem iść do kraty, znaczy do wyjścia, to mnie coś złapało rękoma. Od tyłu.

 – Niesamowite. Jak pan sobie poradził?

 – Wyrwałem się. Rozwarłem ręce i mnie puściło.

 – A jak te łapy, tego zwierzaka, jak wyglądały?

 – Ręce. To nie wyglądało jak łapy. Palce miało.

 Inspektor przyglądał się uważnie indagowanemu.

 – A jak wyglądały? – zapytał ciszej, wyczuwając cienką granicę, której nie chciał przekroczyć zbyt nachalnie.

 – Szare, jakby śluzem jakimś pokryte. – Karol powiedział to i zatrząsł się.

 – Śliskie?

 – Tak.

 – Ciężko by było to złapać w ręce?

 – Oj, na pewno. Bo widzi pan, jak się wyrwałem, to mi pojechało szponami po ramieniu – w tym momencie poruszył prawym barkiem, jakby akcentując w ten sposób swoją wypowiedź.

 – No tak, to musiało bardzo boleć.

 – Z dziesięć centymetrów szpony miało. No bolało jak cholera!

 – Przykro mi. A tam wtedy jasno było, czy nie? Jakieś reflektory, latarki?

 – Na czole miałem. Wszystko inne już zabrali.

 – Rozumiem. A jak się pan wyrwał, to nie goniło pana?

 – Nie. Jeszcze próbowało ugryźć, ale trafiło w kaptur i tyle. Poszarpało trochę.

 – I nic więcej?

 – No nic. A nie! Jeszcze zapiszczało, a potem chyba się już odwróciło i pobiegło w drugą stronę, bo przy kracie to ja już sam byłem.

 – No doprawdy akt rozwagi, szybka reakcja i zwycięska walka o życie. – Inspektor popatrzył na pacjenta, kiwając z aprobatą. – Dziękuję. Do widzenia.

 – No, a co to było to…

 Jego pytanie uderzyło w drzwi, które zatrzasnął za sobą inspektor. Patrzył się na niego przez wąskie okno, jakby coś kalkulował. Po sekundzie zniknął.

 Wyszedł ze szpitala, wyraźnie zadowolony z przebiegu rozmowy. Od auta dzieliła go jedna ulica. Dystans ten pokonał szybko, a gdy doszedł do samochodu, obserwował przez chwilę krople ściekające po szybie w drzwiach kierowcy. Stukanie deszczu o kaptur wybudziło go z zamyślenia. Schował się do środka, zapalił papierosa i włączył Thy Light na jednym ze streamingów. Spokojne, podszyte niepokojem dźwięki otoczyły go zewsząd. Ciemnobrązową torbę rzucił na fotel pasażera, po czym pogmerał chwilę pod nim i wysunął szufladę. Wewnątrz znajdowała się teczka agenta ubezpieczeniowego, kilka dowodów osobistych z jego zdjęciem, legitymacja policyjna oraz inne dokumenty, których nikt postronny nie powinien oglądać razem, w jednym miejscu. Dorzucił tam torbę z siedzenia i zasunął powoli szufladę, aż usłyszał podwójne kliknięcie. W drodze powrotnej analizował, co przyda mu się na wycieczkę dzisiejszego wieczoru. Krata została na pewno zabezpieczona kłódką. Cel wyprawy był szybki, więc coś na odległość. W środku na pewno panował smród i nie było trudno o trujące opary lub nawet brak tlenu. Stojąc na światłach, szybko wyszukał w sieci informacje o kanałach burzowych. Wyobraził sobie dwieście pięćdziesiąt kilometrów ciemności, ociekającej wilgocią i napompowanej zatęchłym powietrzem, której zgniłymi arteriami przelewała się woda z ulic i nieczystości. Samotność i obecność w jednym miejscu – tuż pod ulicami miasta. Zawiesił wzrok na pobliskim włazie do kanału.

 

 Po przyjściu do domu zrzucił kurtkę i od razu zaczął pakować dużą, sportową torbę z przegrodami. Chodził z nią po całym mieszkaniu, dorzucając co chwilę różne przedmioty. Na końcu schował maczetę i przykrył ją grubym i szeleszczącym kombinezonem chemicznym. Całość zapiął i postawił w przedpokoju przy drzwiach.

 Była godzina trzynasta, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że jeszcze nic dzisiaj nie jadł. Nie miał ochoty zajmować się teraz gotowaniem czegoś skomplikowanego. Jajecznica z pięciu jajek, a do tego trzy kromki ciemnego chleba, wylądowały na talerzu kilka minut później. Zjadł wszystko na stojąco przy zlewie, po czym umieścił w nim brudne naczynia. Usiadł ciężko na łóżku i sięgnął za zasłonę. Na parapecie znajdowała się bateria puszek pepsi. Odpalił jedną i wypił kilka mocno gazowanych łyków.

 Zamknął oczy i ponownie przemyślał temat przygotowań. Czołówka, maczeta, kombinezon. Maska, tazer. Kartridże na wymianę. Czujnik gazów. Uspokojony analizą zasnął.

 

 Chwilę po godzinie dziewiętnastej dojechał do małego, betonowego wąwozu, gdzie znajdowało się ujście kanału. Deszcz od kilku godzin stracił znacznie na intensywności. Zaparkował kilka metrów od ulicy w miejscu, gdzie roślinność skutecznie maskowała obecność auta. Wyłączył światła i zapalił papierosa. Wysiadł, aby powoli przyzwyczaić się do chłodu. W kanałach będzie niezwykle zimno. Dziesięć stopni na zewnątrz mogło oznaczać najwyżej dwa, może trzy w środku. Do tego ten smród – był wyczuwalny nawet tutaj, na górze, ale gdy zejdzie te kilka metrów, poczuje go z większą mocą. Wzdrygnął się.

 Wyjął z bagażnika torbę i zszedł po stromych ścianach. Podchodząc do kraty, zaświecił czołówkę i zajrzał w głąb. Łukowaty sufit opadał łagodnie ku bokom, tworząc kształt przypominający przekrój dzwona. Na dole kraty, tak jak się spodziewał, wisiała kłódka. Była stara i zardzewiała, ale najwyraźniej spełniała swoją funkcję. Uruchomił szlifierkę i po kilku sekundach zdjął przecięte zabezpieczenie. Śmierdziało i każdy oddech przyprawiał go o ból głowy. Zaczął się ubierać. Założenie kombinezonu na ubrania było proste. Jego późniejsze zapięcie na masce gazowej i ściągnięcie pasków uszczelniających również nie sprawiło mu problemu. Zebrał z torby wszystko i porozmieszczał na pasie oraz w kieszeniach stroju. Zauważył pierwszy poważny błąd swojej analizy: jedyne, co słyszał, to swój sapiący oddech przez maskę gazową, a także ocierający się o małżowiny kaptur kombinezonu. Mógł śmiało zapomnieć o zmyśle słuchu.

 Zaklął głośno. Nie miał czasu na zmianę planów – musiał iść z tym, co ma. Rozważał przez chwilę zdjęcie hałasującego ubioru, ale widział w tym więcej minusów niż plusów. Nachylił się do bramy, łapiąc za jej dół, a następnie pociągnął do góry i do siebie. Z wysokim dźwiękiem zawiasów zmieniła pozycję na poziomą – oś miała w okolicach połowy wysokości. Schylił się i przeszedł pod nią, zanurzając się w zupełnie inny, surowy, ciasny w swych ścieżkach świat. Założył czołówkę na głowę i, regulując jej położenie, rozejrzał po wnętrzu. Przez kanał prowadził chodnik podzielony pośrodku wąską kinetą. Płynęły nią rozmaite kolory bliżej nieokreślonych substancji. Czerwień, zieleń, żółty i pomarańcz, a nawet fantazyjne odcienie niebieskiego – wszystko to tworzyło obrzydliwą, artystyczną kompozycję. Odwrócił się, aby zamknąć przejście, i od razu zauważył, że niektóre pręty były wygięte na zewnątrz – w stronę świeżego powietrza. Były grube i mimo dekad trwania w wilgoci potrzeba było dużej siły, aby je ruszyć. Chwilę rozważał różne opcje. Kiedy przestał, położył torbę obok lewej ściany.

 Ruszył przed siebie i poczuł, jak każdy krok przybliża go do niebezpieczeństwa. Szum materiału i jego oddech przestawały dokuczać, choć zdawał sobie sprawę, że wcale nie pomagają. Zapiął po drodze rękawice i przymierzył tazer. Gdy sprawdził, że może zmieścić palec na spuście, schował go z powrotem do kieszeni. Maczeta leżała pewnie w lewej dłoni, a miernik gazów obijał się o prawą nogę. Ustawił w nim alarm dźwiękowy, więc jeśli tylko zadziała, będzie wiedział o zagrożeniach. Kolejny problem pojawił się chwilę po pierwszych krokach. Czołówka dawała sporo światła na boki, rozświetlając całą szerokość tunelu, ale jedynie około piętnastu metrów na wprost. Szedł ostrożnie przez trzy minuty, wlepiając wzrok w granicę cienia i światła przed sobą. Wypatrywał każdego ruchu, wszystkiego, co nie pasuje do reszty, ale jak na razie nie zobaczył nic takiego. Idąc dalej wzdłuż ściany, podziwiał mchy i porosty pokrywające cegły. Niektóre z tych plam miały nawet kilka metrów powierzchni. Kiedy oglądał jedną z nich, kątem oka zobaczył jakiś ruch przed sobą.

 Przystanął.

 Coś poruszyło się ponownie, wchodząc na ułamek sekundy w światło. Nie poruszył się ani o milimetr. Zorientował się, że nie oddycha. Utkwił spojrzenie w miejscu, w którym wydawało mu się, że wcześniej coś było. Cała reszta pola widzenia była pod bezustanną, mimowolną kontrolą – każdy, nawet najmniejszy ruch, zmiana pozycji czegokolwiek, coś nowego na statycznym obrazie, wywoła natychmiastową reakcję.

 Usłyszał pisk, czy tylko mu się zdawało? Cichy, niewyraźny. Nasłuchiwał. Niewielka dawka dźwięków otoczenia docierała do niego w przytłumionej i zdeformowanej formie. Kapanie wody, przelewanie się ścieków, jego oddech i znowu pisk. Ponownie. Ścisnął mocniej rękojeść maczety. Coś się poruszyło. Tym razem odważniej. Wbiegło w światło, tuż przy prawej krawędzi tunelu. Popielate, podłużne, skaczące na niewielką wysokość podczas biegu.

 Szczur.

 Po prostu szczur. Erwin rozluźnił się i odetchnął głęboko. Poczuł ogromną ulgę, a następnie zaśmiał się, widząc kolejnego, pędzącego w stronę wyjścia z tunelu. I jeszcze jeden, dwa, trzy, pięć… biegło ich kilkanaście. Zanim do jego świadomości dotarła informacja, że nie był to moment na ulgę, całe ciało pokryła gęsia skórka. Pędziły szybko i bezkonfliktowo, mijając go w odległości trzech metrów. Kierowały się w stronę światła. W stronę człowieka. Zrozumiał.

 Uciekały.

 Poczuł, sztywniejące włosy na rękach i karku. Kapanie wody, szczury, oddech.

 Zobaczył go. Z ciemności przed nim wychodził na światło wychudzony, humanoidalny kształt. Skóra błyszczała jak nasmarowana olejem, srebrząc się od refleksów. Pochylając łysą głowę do przodu, zaczął się kołysać. Nieskoordynowane, powolne ruchy kończyn i asynchroniczne tempo wzbudzało swą nienaturalnością niepokój. Oczy, barwą zlewające się ze skórą, nie patrzyły na niego, nie patrzyły na nic, bo w tym środowisku – oczy – mogły jedynie przeszkadzać.

 Stwór zapiszczał głośno, przenikliwie, wzbijając się na granicę słyszalności ludzkiego ucha. Skoczył na ścianę, przyczepiając się do niej za pomocą długich szponów, a następnie zaczął nimi odpychać, nabierając prędkości. Zdawał się ślizgać po cegłach, a pazury rwały fugę między nimi z ostrym, metalicznym zgrzytem.

 Sięgnął do kieszeni, wyjmując tazer i widząc, jak napastnik w tym czasie zmniejsza dystans. „Jeszcze za daleko” – pomyślał, a potem poprawił chwyt na rękojeści maczety.

 Sunął, ślizgał się, zostawiając za sobą połyskujący ślad na ścianie. Znowu wydał z siebie dźwięk. Erwin uniósł nieco końcówkę broni. Cztery metry – to teraz! Nie miał czasu na celowanie. Wystrzelił. W kanale pod ulicą Denną rozległ się huk. Wystrzelił i chybił.

 Obie lotki, rozwijające za sobą kable, trafiły pod nacierającym kształtem. Ześlizgnęły się po cegłach i opadły na chodnik, drgając przez chwilę w elektrycznych spazmach.

 Nie miał czasu na przeładowanie. Odrzucił tazer i odskoczył od ściany, gdy potwór był mniej niż dwa metry od niego. Prawa noga, z której chciał się wybić, powędrowała mimowolnie do tyłu, a on poleciał resztą ciała w przód. Kątem oka dostrzegł, jak rozpędzony kształt również leci – w jego kierunku. Lekko oszołomiony upadkiem leżał, próbując zebrać siły. Sekunda. Usłyszał po swojej lewej głośne, obrzydliwie organiczne mlaśnięcie. Skierował głowę w tamtą stronę i zobaczył go. Przywarł do chodnika metr od Erwina, miotając lekko uniesioną głową na boki, raz po raz, przy każdej zmianie pozycji piszcząc cicho. Przyglądał się temu, skupiając przez moment uwagę na oczach – nieruchomych i zarośniętych gęstym śluzem. Pośrodku miały drobne – może milimetrowe – czarne punkty.

 Zaczął powoli się podnosić. Nie mógł pozwolić sobie na kolejny błąd. Nie teraz. Ostrożnie wstał na obie nogi i przełożył maczetę do prawej ręki. Wziął zamach od boku, zwracając uwagę na to, aby broń nie zahaczyła o niski strop tunelu. Rozpoczął wędrówkę ostrza w dół i w lewo. Poczuł delikatny, niemal niewyczuwalny opór. Ostrze otarło się o ścianę. Zamiast w szyję, trafił w prawe ramię.

 Nadal pochylony nad nim, ze stalą tuż przy chodniku, mógł tylko obserwować, jak czarna, gęsta maź cieknie po ramieniu, podczas gdy stwór momentalnie obraca się do tyłu i zaczyna biec, używając wszystkich kończyn. Zauważył, że w tej gonitwie przechyla ciało odrobinę, jednak dostrzegalnie, na prawą stronę. Odprowadził go wzrokiem, podnosząc coraz bardziej głowę, aż po kilku sekundach zniknął w zupełnej ciemności.

 Spojrzał na niewielką, podłużną plamę krwi mieszającą się z innymi płynami na chodniku. W środku coś się świeciło – były to niewielkie drobiny, które drgały w gęstej czerni i zdawały się odbijać światło. Zgasił czołówkę. Plama była teraz widoczna nawet lepiej niż przy świetle, ale drobiny powoli przygasały. Włączył ją z powrotem. Cała ciecz zaczynała parować, ulatniać się, powoli znikać. Dopiero teraz doszło do niego, mocne pulsowanie w skroniach. Nie było czasu na odpoczynek ani strach. Wyprostował się i ruszył. Musiał się spieszyć, inaczej trop dosłownie wyparuje.

Chciał zapalić. Bardzo. Adrenalina, mieszająca się z głodem nikotynowym, stworzyła mieszankę, która teraz gnała go do przodu. Drobny ślad na chodniku, na ścianie – wszystko prowadziło do celu. Rozwidlenie. Ślady po prawej. Skręcił szybko, omal nie tracąc równowagi. Ten odcinek był węższy od poprzedniego. Dostawał zadyszki. Czuł, jak pot ścieka po czole, policzkach, plecach. Kilkadziesiąt metrów dalej przystanął na chwilę, aby przyjrzeć się niewielkiemu stosowi drobnych kości. Były obgryzione do czysta, z małymi żłobieniami na każdym odcinku.

 Ruszył przed siebie, czując, że to już blisko. Kolejne ślady krwi były mniejsze. Erwin przyspieszył, dotknięty myślą o znikającym tropie. Lewą rękę wyciągnął w bok, niemal dotykając ściany.

 Znowu odnoga. Wąska i oznaczona czernią. Każdy mięsień współpracował ze sobą, a on sunął przez błyszczące od wilgoci tunele, mijając kolejne zakręty, rozwidlenia. Odgłos kombinezonu zlał się z oddechem, tworząc tło dźwiękowe, które ponaglało i mobilizowało do działania.

 Przejście. Ten fragment miał prawie dwa metry wysokości, ale tylko nieco ponad metr średnicy. Nie musiał już wyciągać ręki – ocierał się co chwilę o ściany, czując, jak bardzo jego skóra i cegły są śliskie. Droga biegła po łagodnym łuku znów w prawo. Kolejny ślad krwi był plamą wielkości dłoni. Czy zatrzymał się w tym miejscu? Był zmęczony? A może doganiał go i posoka nie zdążyła odparować?

 Wszedł do dużej, okrągłej sali, której środkiem płynął wartki strumień. Szczyt łuku sklepienia był na wysokości około pięciu metrów, a średnica pomieszczenia mogła mieć kilkanaście. Światło odbijało się od czegoś w niewielkiej niszy pozbawionej cegieł. Kiedy podszedł, zidentyfikował drobny metal. Przyjrzał mu się dokładniej, stwierdzając, że kiedyś, lata lub nawet dekady temu, mógł być to medalik z Matką Boską. Odrzucił go na ziemię. Kolejne znalezisko to mała książka mieszcząca się na dłoni. Nie mógł jej otworzyć, gdyż pozlepiane ze sobą kartki już dawno stworzyły jednolitą całość. Na ciemnej okładce zdawał się widnieć niewyraźny znak krzyża. Również to odłożył. Ostatnim przedmiotem była podobnie sklejona celuloza z czymś, co kiedyś zapewne było okładką. Znacznie chudsza od poprzedniej, kojarzyła mu się z jednym – starym, papierowym dowodem osobistym. Położył go na ziemi w niszy i wyprostował się. Rozejrzał po okolicy, próbując dostrzec ślady, ale nic nie widział. Z tej komnaty prowadził tylko jeden tunel poza tym, którym wszedł. Przekroczył strumień zaczynający się i niknący w przeciwległych ścianach, po czym wszedł do kolejnego kanału. Szedł powoli, bez pośpiechu. Nie było tu żadnych odnóg. Był spokojny o trop, który choć parował, wiedział, że jest świeży. Czuł, że to już za chwilę.

 Przystanął.

 Zobaczył go.

 Siedział odwrócony bokiem, chowając przy ścianie zranioną rękę. Trząsł się. Coś w jego postawie mówiło, że wiedział o prześladowcy, który był już blisko. Ostatni dystans dzielący go od celu pokonał niezwykle ostrożnie, ważąc każdy ruch. Nadal nic, żadnej reakcji. Skóra stwora nie błyszczała już tak mocno. Stanął metr od niego. Teraz, w tej pozycji, wydawał się niegroźny. Erwin zrobił zamach uzbrojoną ręką, obserwując uważnie, czy cel nie rzuca się nagle do ataku. Łysa głowa powoli przekręciła się w jego stronę. Gdyby nie brak oczu, mógłby przysiąc, że popatrzył prosto na niego. Gdyby nie wygląd, mógłby przysiąc, że był wystraszony. Potwór otworzył usta i wydał z siebie dźwięk. To nie był pisk, krzyk ani charkot. To było niemal ludzkie.

 ”Marek”.

 Maczeta wisiała w górze.

 I opadła.

 Mlaśnięcie przecinanych tkanek było krótkie i głośne, choć dla Erwina ledwie słyszalne. Serce jeszcze przez chwilę wyrzucało pod ciśnieniem krew przez pozbawioną głowy szyję, a świecące drobiny nadawały całości dziwnie piękny odcień. Głowa poturlała się na metr, a całe ciało oparło prawym bokiem o ścianę. Wyciekająca maź barwiła ramiona i klatkę piersiową licznymi strugami. Otwarte w zastygłym wyrazie usta, przyozdobione były dwoma rzędami drobnych i ostrych zębów.

 Patrzył na to, dysząc ciężko. Zbyt ciężko jak na wysiłek, który włożył w zadanie ciosu. Popatrzył na czujnik. Śladowe ilości metanu, dziewiętnaście procent tlenu. Reszta w normie. Odczepił od paska z tyłu małą puszkę z benzyną do zapalniczek, po czym polał ciało.

 Zapalona zapałka upadła. Odsunął się o dwa kroki i chwilę kontemplował nad sceną. Okolica nabrała pomarańczowych barw, a cienie zmieniały pozycję zbyt niezgrabnie i powoli, aby nazwać ich taniec radosnym. Odwrócił się i zaczął wracać.

 Otwierając kratę, starał się nie patrzeć na wygięte pręty. Wszedł na górę. Rozebrał się, schował wszystko do grubego worka, upychając go w torbie i cisnął ją do bagażnika. Klapa powoli opadała. Otworzył drzwi i wziął papierosy, nie wsiadając do środka. Zapalił. Patrząc w górę na rozjaśniające się niebo wydmuchał dym, po czym zwymiotował.

 

1996

 

 Grupa pijanych skinheadów, przechodząc ulicą Pienistą, zauważyła około trzydziestoletniego mężczyznę. Miał na sobie poplamione spodnie dżinsowe i brudną od plam podkoszulkę. Siedział na schodach sklepu, sącząc powoli tanie wino. Zarośnięta twarz i włosy do ramion – posklejane i brudne – dodatkowo przyciągnęły ich uwagę. Otoczyli go, stając w ciasnym kółku. Spojrzał na nich i wypił dużego łyka.

 – Ja tylko piję – wyjaśnił niewyraźnie.

 – Widzimy. Ale możesz iść do domu, a nie zaśmiecać swoją obecnością nasze miasto.

 – Wasze?

 To pytanie nie spodobało się nikomu, a najbardziej temu, który wymierzył kopniaka w klatkę piersiową mężczyzny.

 Złapał się za brzuch, zaczął kaszleć. Następnie wstał szybko i przedarł się przez kordon. Za sobą usłyszał stukot glanów na asfalcie, gdy wbiegał w zarośla. Zsunął się po betonie prowadzącym do Karolewki, a potem skręcił szybko w kierunku wylotu kanału burzowego. Tamci byli kilkanaście metrów za nim, ale udało mu się ich zgubić na kilka cennych sekund. Wpadł na kratę i podniósł ją szybko do góry, a następnie zanurkował pod nią, opuścił za sobą i schował głębiej. Z dającej poczucie bezpieczeństwa ciemności obserwował ich, jak zaglądają do środka. Mogli słyszeć uderzenie metalu. Jeden z nich odszedł, podczas gdy reszta stała i rozmawiała po cichu. Nie rozumiał o czym. Nie słyszał ich wyraźnie. Po kilkunastu minutach wrócił tamten. Miał łańcuch i kłódkę.

 Przez chwilę pomyślał, że nie mogą tego zrobić, ale szybko rozwiali jego wątpliwości. Zaczął iść w ich kierunku, jeszcze zanim odeszli. Sprawdzali wytrzymałość zapięcia.

 – Chłopaki, otwórzcie, ja tylko tam piłem. Ja stąd jestem, z Lublinka. Marek mam na imię. No każdy mnie tu zna.

 Popatrzyli po sobie i wybuchnęli śmiechem.

 – To i tu zgnijesz, panie Marku! – krzyknął jeden z łysych.

 – Kurwa, przecież jak mam wyjść?

 – Masz nie wychodzić!

 Znowu salwa śmiechu.

 Kiedy już poszli kilkanaście minut później, Marek zaczął kopać w kratę. Robił tak jeszcze przez kilka godzin, aż opadł z sił. Akurat tego dnia nikt już więcej nie przechodził obok. Nikt nie słyszał. A ci, którzy wiedzieli, nie mówili o tym głośno już nigdy.

 Następnego dnia rano ujął medalik na szyi i pomodlił się. Popatrzył jeszcze na jasny poranek na zewnątrz, odwrócił się i wszedł głębiej. Szukał wyjścia. W którymś momencie zobaczył w ciemnościach świecące drobiny na suficie. Dotknął ich.

 Erwin wszedł do pubu i zawiesił wzrok na podłodze. Rzucił spojrzeniem dookoła, podszedł do baru i usiadł. Kelnerka była ładna. Wydawała się mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. Blond włosy, związane w ciasną kitkę, opadały między jej łopatkami. Wyraźne i nieprzesadzone kształty. Nie zwrócił na to uwagi. Wzrok miał mętny, niewyraźny.

 – Co dla ciebie?

 – Podwójna whisky. Może być droga.

 Po chwili stuknęła szklanką przed nim, a rudy płyn w środku zatańczył, obmywając ściany naczynia. Przyjrzała się jego suchym ustom i śladom brudu na policzkach, tonących w cieniu kaptura.

 – Co jest? Powiesz? – wprost, bez udziwnień, bez głaskania.

 Spojrzał na nią, trwając w tym przez kilka długich sekund. Skupił wzrok na naczyniu i wziął je do ręki, kołysząc nim delikatnie, powoli.

 – Ludzie to… – urwał, wciąż patrząc w poruszającą się spokojnie ciecz.

 – No? Co się stało?

 Wychylił naraz, z siłą uderzając pustym naczyniem o blat, po czym odwrócił się i wyszedł z knajpy.

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

Gratuluję debiutu i to tak szybko po rejestracji. Zachęcam do zapoznania się z PORADNIKAMI z działu PUBLICYSTYKA, w tym – Drakainy – dla Nowicjuszy, językowymi, dialogowymi, myślowymi itp. :)

 

Tutaj na pewno trzeba poprawić dialogi, np.:

 – Ach, tak – Karolina, wcześniej nieco wystraszona, teraz uśmiechnęła się. – No to można iść, to tamte drzwi za panem. Sala dwadzieścia pięć, na końcu.

 – Dziękuję – uśmiechnął się przelotnie, po czym skierował we wskazanym kierunku. – przy okazji jest tu powtórzenie.

(…)

 – Co jest? Powiesz? – wprost, bez udziwnień, bez głaskania.

 

Do poprawy jest też interpunkcja, np.:

 – Tylko że jakby on spał, to niestety musi pan poczekać.

 

Inne powtórzenia to np.:

Jeszcze zapiszczało, a potem chyba się już odwróciło i pobiegło w drugą stronę, bo przy kracie to ja już sam byłem.

Zobaczył, jak z ciemności przed nim wychodzi na światło wychudzony, humanoidalny kształt. Skóra błyszczała jak nasmarowana olejem, srebrząc się od refleksów.

Nadal pochylony nad nim, ze stalą tuż przy chodniku, mógł tylko obserwować, jak czarna, gęsta maź zaczyna cieknąć po ramieniu, podczas gdy stwór momentalnie obraca się do tyłu i zaczyna biec, używając wszystkich kończyn. Zauważył, jak w tej gonitwie przechyla ciało odrobinę, jednak dostrzegalnie, na prawą stronę.

 

Ten fragment jest niezrozumiały – najpierw podmiotem jest „stwór”, on się przyczepia, skacze, ślizga; potem nagle pada w zdaniu „sięgnął do kieszeni”, zatem brzmi, jakby nadal chodziło o stwora, potem podmiotem jest „napastnik”, lecz to przecież nie do niego odnosi się słowo „pomyślał”, ale tak to brzmi – itd.:

 Stwór zapiszczał głośno, przenikliwie, wzbijając się na granicę słyszalności ludzkiego ucha. Skoczył na ścianę, przyczepiając się do niej za pomocą długich szponów, a następnie zaczął nimi odpychać, nabierając prędkości. Zdawał się ślizgać po cegłach, a pazury rwały fugę między cegłami z ostrym, metalicznym zgrzytem.

 Sięgnął do kieszeni, wyjmując tazer. Napastnik w tym czasie zmniejszył dystans o kilka metrów. „Jeszcze za daleko” – pomyślał, a potem poprawił chwyt na rękojeści maczety.

 Sunął, ślizgał się, zostawiając za sobą połyskujący ślad na ścianie. Znowu wydał z siebie dźwięk. Erwin uniósł nieco końcówkę broni.

 

 

Pomysł ciekawy, stronę językową trzeba jeszcze podszlifować. ;)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Cześć :) 

Powtórzenia, jasne – aż dziwne, że ich nie wyłapałem. Będzie poprawione :) Oczywiście tak samo, jak interpunkcja. 

 

Co do uwagi: “Ten fragment jest niezrozumiały – najpierw podmiotem jest „stwór”, on się przyczepia, skacze, ślizga; potem nagle pada w zdaniu „sięgnął do kieszeni”, zatem brzmi, jakby nadal chodziło o stwora, potem podmiotem jest „napastnik”, lecz to przecież nie do niego odnosi się słowo „pomyślał”, ale tak to brzmi – itd.:”

 

Wydaje się, że już sam Twój komentarz jest dowodem na to, że jednak fragment jest zrozumiały. I to bardzo dobrze ;)

Rozumiem, że chodzi Ci o brak wskazania na początku “kto teraz dokonuje czynności wyjęcia tazera”, jednak jest to chyba(!) bardzo oczywiste. Następne zdania podobnie wskazują logicznie kogo dotyczą. 

 

Jednak jeśli jest to serio niezrozumiałe, to muszę przemyśleć ten sposób budowania scen. Może DOKŁADNIE wskazywać na autora danej czynności?

 

Dzięki za komentarz, uwagi i przeczytanie całości! 

 

Edit: I ciągle biję się z myślami czytając ten fragment :D 

Nie mogę niestety zrozumieć tych niejasności. Wyszedłem, przewietrzyłem się i przeczytałem ponownie. Na spokojnie. No i nie chodzi tu o “bo ja wiem lepiej”. Liczba powtórzeń kiedy przeczytałem ponownie mnie powaliła i pewnie wielu, bardzo wielu nadal nie wyłapałem. Jednak co do tego fragmentu, o którym wspominasz nie potrafię znaleźć niejasności, które nie byłyby od razu rozstrzygane po kilku słowach.

Edit 2: zmieniłem jedno zdanie, więc może jest to już okay? Damn, długo zajęło mi zrozumienie, że rzeczywiście to może być problem. Dzięki jeszcze raz! :)

 

 

Drake

I ja dziękuję. :) 

Co do omawianego fragmentu, jasne, że trzeba logicznie pogłówkować, aby się zorientować, lecz generalna zasada jest taka, że dane zdanie z podmiotem domyślnym odnosi się zawsze do podmiotu z poprzedniego, a tutaj to nie było klarowne. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

 

Hej :)

Szarość poranka malowała sufit przygaszonymi odcieniami

To zdanie jest niezrozumiałe. Szarość poranka nic nie może pomalować, a nawet jeśli to przygaszonymi odcieniami czego? 

 

W pokoju szarzało. Poranne słońce wpadało przez żaluzje malując cienie na suficie. – domyślam się, że coś w tym stylu miałeś przed oczami ale połowa z tego została w głowie :). 

 

Do jego budzących się zmysłów dotarł tętent tysięcy kropli uderzających o parapet.

Do zmysłów, że wszystkich :D i tętent. Krople nie galopują. 

 Usłyszał deszcz bijący o parapet – prosto i logicznie :) 

 

Uśmiechnął się, po czym przeciągnął, intensywnie rozciągając ciało.

Przeciągnął się wystarczy – po drugim przecinku kropka. 

 

To już trzy tygodnie – pomyślał – ale najwyraźniej potrzebne było jeszcze więcej czasu.

Niepotrzebnie tłumaczysz po "pomyślał" kropka :). 

Zatrzymał się, zastygając z ciałem wygiętym w różnych kierunkach.

A on jest z gumy :D. Możesz to wyciąć bez szkody dla tekstu ;) 

 

Spojrzał na wejście do przedpokoju. Fragment ciemnego korytarza sprawiał wrażenie obecności.

Chyba – sprawiał wrażenie jakby ktoś tam stał. 

Wstał z łóżka i wychylając się, zajrzał tam. Było pusto. Rozluźnił mięśnie i poszedł zagotować wodę w podświetlanym, szklanym czajniku.

Pierwsze zdanie – wstał z łóżka i spojrzał – wystarczy tyle. 

Wstał czy wychylił? Tego nie da się połączyć – dlatego tak źle to wygląda. Możesz zrobić proste ćwiczenie i przeczytaj to na głos. I zastanów się czy to dobrze brzmi :). 

A musimy wiedzieć, że czajnik był podświetlony na niebiesko? 

 

 Po chwili, gdy siedział na pościelonym już łóżku, z laptopem na kolanach, wyjął papierosa z niebieskiej paczki i włożył do ust.

Albo, że paczka jest niebieska. Jeśli dasz informacje o marce to wiemy czy lubi dobre czy tanie papierosy, a to już coś :)

 

Zabrał się do codziennego przeglądania newsów. Zaglądał na strony portali informacyjnych, amatorskie blogi z często błahymi wydarzeniami oraz grupy facebookowe.

Pierwsze zdanie mówi to wszystko co napisałeś w kolejnym. 

 

Jednym z jego ulubionych miejsc był portal „Na Tropie”, gdzie kilku – jak się domyślał – nastolatków publikowało wszystko, co można było skomentować.

Wyrzuć myślniki i to co między nimi i będzie ok :) 

 

Poczytaj teksty innych, spróbuj wyłapywać w nich błędy. Przy następnym tekście skorzystaj z bety i pomału do przodu :). I słuchaj rad, a już na pewno bruce bo to anioł stróż nowych osób na portalu :)

 

To długi tekst więc nie dam rady przeanalizować go w całości. Może uda mi się do niego wrócić później :). A na razie pozdrawiam :) 

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Okay Jaskier :) Widzę tutaj kilka rzeczy, które wydają się sensowne i dzięki za komentarz! 

Kilka rzeczy spróbuję obronić, resztę akceptuję, jako mój błąd. Na zasadzie dyskusji, rozmowy, wyjaśnienia, a przede wszystkim: dialogu.

 

Niektóre uwagi wydają się pomijać fakt istnienia metafor. Inne wydają się być bardzo na siłę. Jeszcze inne są sensowne. 

 

"Szarość poranka malowała sufit" – to jest metafora, nie błąd logiczny. Do tego świetnie opisujesz co zobaczyłeś w wyobraźni po przeczytaniu tego, a jeśli musiałeś się nad tym chwilę zastanowić… to nawet lepiej :) Działa :)

"Tętent tysięcy kropli" – to celowy zabieg dźwiękowy. "Usłyszał deszcz bijący o parapet" jest prostsze, ale gorsze literacko. Nie uważasz? Choć FAKT(!) liczba mnoga “zmysły” jest tutaj moim definitywnym błędem. 

 

Czajnik i niebieska paczka – te detale budują postać i atmosferę. Przynajmniej taki był zamysł. Mógłbym napisać o marce, tak samo, jak o marce czajnika – wtedy wiadomo, czy ma dużo hajsu, albo dostaje drogie prezenty ;) Koloru czajnika nie widzę – nigdzie. Ani czajnika, ani jego podświetlenia, więc nie wiem o co Ci chodziło.

 

“Wstał z łóżka” – przeformułowane. Twoja propozycja jednak w mojej ocenie jest błędna bo odziera tę scenę z napięcia. Mówi zbyt dosłownie, że “coś tam stoi”, a wcale nic tam nie ma ;) Faktem jest, że ubieranie obrazów najwyraźniej u mnie kuleje. Muszę się rozwinąć w tym kierunku. 

 

"Zatrzymał się, zastygając z ciałem wygiętym w różnych kierunkach" – człowiek przeciągając się rozciąga ciało w różnych kierunkach. Noga w lewo, druga prosto i zgięta w kolanie, obie ręce na boki, a głowa i tułów wychylone. A Ty jak to robisz? Pogadajmy o ulubionych sposobach! ;D 

 

“Paczka” – niebieski kolor paczki też coś mówi – nawet sugeruje markę, jeśli ktoś pali, to prawdopodobnie wie o jakie fajki chodzi, albo domyśla się kilku marek. Poza tym niebieskie to stare lajty.

 

“Przeciągnął się intensywnie” – zmienione. Jednak przeciągać można się przez sekundę i delikatnie, a można też “intensywnie”, aż gnaty strzelają. 

 

”Kontuzja” – tutaj jest wtrącenie dosłownych myśli protagonisty. Zostawione definitywnie.

 

“Newsy” – poprawione. Faktycznie opis tego samego ale dwukrotnie ;p

 

“Myślniki” – tutaj jest opis opinii. Musi zostać bo to pokazuje jego myśli, charakter. Bez sensu byłoby to kasować.

 

 

Dzięki za sugestie i mam nadzieję, że kiedyś wrócisz i przeczytasz całość, a fabuła Ci się spodoba :) Zapraszam :)

Drake

No dobra :). Metafora musi mieć sens. I używamy jej by było ładnie, a najlepiej by ładnie opisać coś czego w posty sposób nie da się opisać. Bronisz zdań, które nie wyglądają ładnie, a co gorsze, rozbawiły mnie :) A to przecież horror. Wracając do pierwszej metafory. Tak, musiałem pomyśleć bo nie miałem pojęcia co masz na myśli – a to nie oto chodzi. Tekst musi być zrozumiały i nastrajać odpowiednio do gatunku. Jeśli są fragmenty, które nic nie wnoszą to trzeba je usunąć. Bo tekst ma opowiadać historię w ciekawy sposób, a jeśli zmusza czytelnika do zastanawiania się, co autor miał na myśli to coś jest źle napisane. Ale nie musisz się ze mną zgadzać. Poczekaj na opinię innych. Porównaj i wyciągnij wnioski. Ja osobiście najwięcej nauczyłem się z tych krytycznych komentarzy, bo te "fajne" tylko cieszą ale nic nie dają :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Chyba poczułeś się urażony – taki ton wyczułem z Twojej wypowiedzi, a to nie o to chodziło. Bardziej zależało mi na konstruktywnej dyskusji. Ja na przykład nie lubię prostych tekstów, które nie zmuszają do chwili (choćby na ułamek sekundy) zatrzymania się co kilka/kilkanaście zdań. 

To nie jest tak, że ja się z Tobą nie zgadzam – co do części uwag, jak najbardziej. Jeśli chodzi o drugą część nie za bardzo. Ten nieszczęsny tętent nie jest przypisany jedynie do koni, czy zwierzęcych łap/kopyt. Fakt – użycia takiego zestawienia “tętent-deszcz” nie kojarzyłem pisząc to i dlatego, też tego użyłem. Bardziej fortunne byłoby np. “werbel kropli/deszczu” albo prosto, jak konstrukcja cepa: “bębnienie deszczu”, ale to wydawało mi się zupełnie… właśnie jak ten cep. 

Co do wykrzywienia się w różne strony podczas przeciągania się to… to może bawić w tym momencie, nawet spoko, to jest wszystko super. Nie uznaję czegoś takiego, jak napompowany mrokiem tekst tylko dlatego, że jak mrok, to musi być ciemno. Może być strasznie w sierpniu, w samo południe na polu.

Co do detali, które są zbędne – nie wiem, czy takie są. Używając większości wiedziałem dlaczego to robię – czytelnik w obecnym momencie wiedzieć nie może. Ot po prostu detal – podświetlony czajnik, niebieska paczka. Większość tych rzeczy coś ma oznaczać w przyszłości, do czegoś być potrzebna. O ile będzie jakaś przyszłość dla Erwina ;) 

W dalszym tekście istnieje długi (2800 znaków) opis gonitwy. Dużo podobnych do siebie opisów, sporo staje, idzie, biegnie itd. Mogłem to przerobić, ale czekam na odbiór – skrócić do minimum i przejść do sedna od razu niemal, czy lepiej pomęczyć chwilę wędrówką i jej szczegółowym opisem. Nie oszukujmy się – to nie jest encyklopedia, nie ma 1000 stron, a czyta się szybko – całość to jakieś 20 minut na głos. 

 

Nie jestem osobą, która nie chce się uczyć bo od dziecka zauważam fakt uczenia się co chwilę. Nie lubię jednak, jak ktoś używa argumentów emocjonalnych, nielogicznych, bardzo subiektywnych, a uzasadnienie podważa samo swój sens. 

 

Jeszcze taka drobnostka o metaforach: większość metafor jest używana w amatorskich(?) tekstach nie dlatego, że je czują, albo widzą, a dlatego, że to ładnie będzie wyglądało lub po prostu “tak trzeba”. Mam nadzieję, że więcej nie zrobię czegoś co może być tak odebrane. A właściwie bardziej mam szczerą nadzieję na to, że po prostu tak nie będzie ;)

 

Ach… co do krytyki – masz rację, że najwięcej człowiek uczy się z doświadczeń. 

Drake

Spokojnie, nie jestem urażony :). Moj wpis miał być konkretny, a nie szorstki. A, że sam pracuje nad opowiadaniem i w przerwach zaglądam na forum, to może też przez zmęczenie :). Ale jest i inny powód. Przez forum przechodzi pełno osób, które po czasie dostrzegają pewne "błędy" – bo to co zaznaczyłem, to nie błąd, ale pisanie nie polega na tym by poprawnie napisać tekst. Pisanie to wciągająca historia. A żeby taka była, to trzeba ją ciekawie opowiedzieć :). I jasne możesz obronić tekst ale po czasie sam zobaczysz, że to zdanie, nie jest takie jak być powinno :). Ja wróciłem do moich staruchy tekstów, których broniłem jak lew :). No i… Niektóre da się poprawić. Ale niektóre są stracone :). A przecież były takie fajne. Najgorsze jest to, że cykl.sie powtarza. I obawiam się, że za jakiś czas zobaczę obecne moje teksty i znów będę je poprawiał :D. 

 

Na spokojnie i powodzenia :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dzięki Jaskier i pewnie masz rację. Trzeba odpocząć od czegoś, odświeżyć oczy, aby zauważyć nowe detale. Mam nadzieję, że będę w stanie. 

Drake

Nowa Fantastyka