- Opowiadanie: Ksentofon - Wśród Gwiazd

Wśród Gwiazd

Co się stanie, gdy Plan B ziści się bez kłamstw Starej Ziemi?
Po śmierci Coopera i Brand, CASE i TARS wychowują nowe pokolenia w kulcie nauki i absolutnej szczerości. Sto lat później na niebie pojawia się statek Imperium Corrino. Planeta Edmunds okazuje się być Arrakis, a dziedzictwo NASA musi zmierzyć się z mistyką Diuny. Czy szczerość maszyn przetrwa w starciu z intrygami dworu i potęgą przyprawy? Nie czerpie żadnych korzyści z tego tekstu, opartego na na historii z filmu Interstellar i twórczości F. Herberta. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wśród Gwiazd

Część I – Humor

 

Rozdział 1

 

Piasek pod stopami był drobny i martwy, pozbawiony jakiegokolwiek śladu życia. Planeta ciągnęła się po horyzont w jednym kolorze – wypłowiałej żółci, przerywanej jedynie ostrymi skałami i ciemnym wzniesieniem w oddali. Nad nimi niebo było czyste, nienaturalnie spokojne.

– Doktor Brand – powiedział CASE. –  Radzę nałożyć hełm. Zgodnie z czytnikami temperatura na tej planecie podczas nocy wynosi około trzydziestu dwóch stopni Fahrenheita.

Brand nie odpowiedziała od razu. Zatrzymała się, odwróciła i spojrzała na wzniesienie, na którym znajdował się grób Edmundsa. Jasna, pylasta ziemia łagodnie opadała ku horyzontowi.

– Już za chwilę – powiedziała w końcu. – Zbadałeś szczątki robota doktora Edmundsa?

– Tak. Podobnie jak robot doktora Manna został wyłączony i wykorzystany jako źródło energii. Nie ma blokady behawioralnej. Przejrzałem dane.

Brand spojrzała na CASE-a.

– Da się go ponownie uruchomić tak, by nie wybuchł?

–  Nie wybuchnie. Sprawdziłem. Są tylko dane z pierwszego roku misji.

CASE uruchomił ekran. Zawisły na nim parametry planety Edmundsa. Brand podeszła bliżej i zaczęła je analizować.

– Żadnych śladów flory. Jedna wielka pustynia – powiedziała – Jaki jest skład atmosfery?

Dane zmieniły się, układając w kolumny.

– Mniejsza ilość azotu niż na Ziemi. Tlen porównywalny, ale nadal nieroztropne jest zdejmowanie hełmu. Nie wiadomo, czy nie ma tu mikroustrojów, które mogą…

– Są jakieś inne tereny niż to pustkowie? Oceany?

– Nie mam takich informacji w bazie. Być może doktorowi Edmundsowi nie udało się zbadać całej planety.

Brand zmrużyła oczy.

– Więc skąd tlen?

– Być może woda jest ukryta w jaskiniach pod powierzchnią, ale na to brak danych.

Zapadła krótka cisza.

– Na to będzie dużo czasu – powiedziała Brand. – Odkryłeś, jaki był defekt kapsuły hibernacyjnej?

– Tak. Miała defekt od początku. Spowodowało to, że doktor Edmunds zamarzł na skutek gwałtownego spadku temperatury w kapsule. Nic nie poczuł.

Brand jeszcze raz spojrzała na wzniesienie.

– Zapasy żywności?

– Sześćdziesiąt trzy procent niewykorzystane. Wygląda na to, że doktor Edmunds wszedł do kapsuły niedługo po zepsuciu się jego robota. Wliczając zapasy z Endurance, starczą one na trzynaście lat. Dla jednej osoby.

–  Trzynaście lat na okiełznanie tutejszej fauny – mruknęła. – Dobrze, że system filtracji wody mamy z Endurance.

– Doktorze Brand, czy mam przygotować posiłek?

–  Nie. Sama sobie zrobię. Resztę spraw omówimy jutro.

–  Dobranoc, pani doktor. Z danych wynika, że średnia noc trwa tutaj około szesnastu godzin, dwanaście minut i trzy sekundy.

Doktor Brand udała się do wnętrza dawnej bazy doktora Edmundsa, natomiast CASE przygotowywał stanowisko pod inkubatory z zarodkami. Każdy z nich zawierał początek życia, które nigdy nie widziało Ziemi i nigdy jej nie zobaczy. Kiedy noc spowiła planetę, niczym nie różniła się od tej na Ziemi. Zamiast jednak Księżyca było widać Gargantuę. Gdy noc dobiegła końca, doktor Brand opuściła schronienie i udała się do stanowiska z inkubatorami. Doktor Brand podeszła bliżej stanowiska roboczego, gdzie CASE kończył kalibrację systemów.

– Witaj CASE czy wszystko udało się zainstalować?

CASE odwrócił swój korpus w jej stronę, a na ekranie pojawił się ciąg danych

– Dzień dobry, doktor Brand. Tak, przeniosłem również siedemdziesiąt dwa i trzy dziesiąte procent zasobników z zarodkami. Jest jednak jeden problem. Uszkodzone są inkubatory.

Brand na chwilę spuściła wzrok, jakby dopiero teraz uświadamiając sobie ciężar sytuacji

Przesunęła dłonią po jednej z kapsuł, sprawdzając szczelność.

– Zapomniałam o nich kiedy sprawdzałam czy zarodkom nic się nie stało Nic nie da się zrobić?

– Istnieje możliwość wymiany niektórych części i stworzenia jednego sprawnego inkubatora. Umożliwi on wyhodowanie dwudziestu zarodków jednocześnie.

CASE wyświetlił schematy techniczne, a w powietrzu rozbłysły hologramy paneli i przewodów. Doktor Brand uważnie przyglądała się projekcjom, porównując je z realnymi uszkodzeniami. Po dłuższej chwili monologu CASE, tłumaczącego kolejne etapy naprawy, Brand wyprostowała się powoli.

– Rozrodczość wszystkich zarodków zajmie nam… Nie musisz liczyć. Co jest potrzebne do naprawy?

CASE kontynuował wyjaśnienia, a baza wypełniła się spokojnym syntetycznym głosem robota

Kiedy skończył, Brand spojrzała na rząd kapsuł jak na przyszłe miasto zamknięte w metalu i szkle.

– Będziemy musieli we dwoje wychowywać ludzkość.

– Tak dwadzieścia zarodków co dziewięć miesięcy a potem kolejne Proponuję aby była równa liczba męskich i żeńskich aby zminimalizować konflikty społeczne i genetyczne.

Brand zatrzymała się przy jednym z inkubatorów. Przez przezroczystą osłonę widać było puste wnętrze kapsuły, jeszcze nieaktywnej. Przez chwilę milczała, jakby ważyła słowa, które za moment padną.

– Nie mam zamiaru, by dzieci musiały rodzić, mam od nich przyjmować poród.

Robot odwrócił się w jej stronę. Jego systemy natychmiast przeszły w tryb analizy.

– Od nas, doktor Brand. Podałem wiek piętnastu lat, gdyż to najwcześniejszy i najbezpieczniejszy wiek dla zachodzenia płci żeńskiej w ciążę. Na dodatek po dziewięciu miesiącach będzie można ponowić cykl. Po kolejnych piętnastu latach będzie…

Nie spojrzała na niego. Kontynuowała podłączanie przewodów, jakby każde kolejne zdanie do niej nie docierało.

– Wystarczy, CASE. Wiem, w jakiej sytuacji jesteśmy, ale nie możemy cofnąć się do mrocznych czasów ludzkości.

– W tamtych czasach, podobnie jak teraz, liczyło się przetrwanie stada. Patrząc na warunki, jakie tu mamy, oraz na fakt, że nadal nie wiadomo, czy będzie można tu wyhodować cokolwiek jadalnego dla nowej ludzkości, konieczne jest jak najszybsze zwiększenie populacji, zgodnie z założeniami Planu B.

Brand zacisnęła szczękę. Na moment jej ruchy zwolniły.

– Tak, wiem, ale nie spodziewałam się, że… że będę tu sama, tylko z tobą.

– Doktor Brand, już samo założenie Planu B było ryzykownym szaleństwem. W najlepszym razie miało nas tu być siedmioro ludzi oraz od dwóch do pięciu sprawnych robotów. To niewiele jak na założenie nowej ludzkości. Analogia do Biblii tutaj nie przejdzie – Adam i Ewa mieli jednak wsparcie Istoty Wyższej. My go nie mamy.

Odłączyła jeden z modułów, po czym podłączyła go ponownie, upewniając się, że wszystko działa poprawnie.

– Bo liczył się Plan A. Nikt nie spodziewał się, że tak to się skończy.

– Analitycznie nie udało się do tego podejść. Podobnie jak z lotem po doktor Miller.

– Tak. To była strata czasu.

– Strata czasu i błędne założenie. Skoro istniała tam taka dylatacja czasu, należało przyjąć, że doktor Miller nie przebywała tam od ponad dziesięciu lat jak pozostali, lecz od zaledwie kilku godzin. Nie było więc logiczne, by lecieć tam w pierwszej kolejności.

Brand wyprostowała się powoli.

– Łatwo ci to mówić. Nie wiesz, czym są uczucia. Znasz tylko kalkulację.

– To prawda. Jednak była to misja ratowania ludzkości i ja oraz TARS powinniśmy mieć choć możliwość przedstawienia logicznego, pozbawionego emocji stanowiska. Niestety nie było na to przestrzeni, co okazało się pierwszą katastrofalną decyzją.

– A następna to pewnie danie się tak oszukać Mannowi?

– Tak, on od początku znał prawdę na temat misji i wiedział, że Plan B jest jedyny prawdziwy, gdybyście wiedzieli również o nim, to nie byłoby takiej sytuacji i nie trzeba byłoby martwić się zasobami ani o powrót na Ziemię.

–  A ty wiedziałeś?

– Nie.

– To w ramach dziewięćdziesięciu czy dziesięciu procent?

– Teraz już nie muszę kłamać. Cały czas znajdowałem się na pokładzie Endurance i nie miałem żadnych kontaktów z NASA poza datą waszego przylotu i podróży do innej galaktyki. TARS mógł znać prawdę i nie mówił jej w ramach dziesięciu procent zabezpieczenia. Proszę uważać z tym obwodem, bo jak dojdzie do spięcia, trzeba będzie zacząć od nowa.

Brand cofnęła rękę znad przewodów, po czym po chwili wróciła do pracy. Jej dłonie były stabilne, choć myśli już nie.

– Nie wracajmy do tego.

– Obawiam się, że jednak będziemy, bo jesteśmy jedynymi jednostkami na tej planecie, które mogą porozumiewać się tym samym sposobem komunikacji.

– Dość, mówisz jakbyś miał ustawione sto procent szczerości, zachowaj te cięte uwagi w ramach swoich dziesięciu procent

– Dobrze, Doktorze Brand. Proszę wyjąć czerwony kabel z układu S2-12 i wsadzić do identycznego podsystemu w innym inkubatorze.

– Czy zasilanie jakie mamy wystarczy na uruchomienie i to bez szwanku inkubatora?

– Tak, tym bardziej że mamy części zamienne z pozostałych. Jeśli więc pierwsza partia nie będzie idealna, będzie można powtórzyć.

– Możesz nie używać takich słów na to?

– Mogę, ale czy to coś zmieni w tym wszystkim. Czas ucieka, ja tu jednak zostanę dłużej niż pani, doktor Brand.

– Tak i wychowasz te dzieci na swoje podobieństwo.

 – I będą miały większe szanse na przeżycie. Od samego początku będą wiedzieć, w jakim środowisku się znajdują, a ich życie, zwłaszcza tych płci żeńskiej, będzie głównie rozrodcze. Jak usunie się z ich rozwoju emocje, będzie im łatwiej funkcjonować w swoich zadaniach.

– Wystarczy. Mam dość na dzisiaj.

– Proszę jednak dokończyć ostatnie połączenie. Potem już ja mogę się tym zająć. A Pani Doktor Brand może pomyśleć, jak rozpocząć uprawy, żeby skromne zapasy żywności nie były dla Pani wyrokiem.

Doktor Brand z uporem kończy ostatnie podłączenia inkubatora, który zaczyna się uruchamiać. Kontrolne światła zapalają się kolejno, a niski dźwięk systemu potwierdza rozpoczęcie procedury. Brand prostuje się powoli, przez chwilę patrzy na urządzenie, po czym bez słowa odwraca się i wychodzi z pomieszczenia. CASE pozostaje sam. Przez moment jedynym ruchem w bazie były migające kontrolki i powolne obroty jego segmentów. Przystępuje do ustawiania parametrów inkubatora, a następnie zaczyna wyładowywać pozostałe zarodki i przenosić je do nowej bazy, działając metodycznie i bez pośpiechu.

 

Rozdział 2

 

Nowa baza była już w pełni sprawna. Przewyższała rozmiarami tę, którą pozostawił po sobie doktor Edmunds, a jej konstrukcja była stabilniejsza i lepiej osłonięta przed kaprysami planety. Tuż obok wzniesiono magazyn – prowizoryczny, ale pojemny – w którym zgromadzono wszystko, co udało się uratować z Endurance. CASE poruszał się między zabudowaniami z mechaniczną regularnością. Nosił kolejne skrzynie, odkładał je w wyznaczonych miejscach, sortował według przeznaczenia. Nie było to żmudne zadanie, lecz ciąg operacji prowadzących do jednego celu: utrzymania funkcjonalności bazy i przyszłej kolonii. W pewnym momencie zatrzymał się. Dźwięk dochodzący z nieba wyrwał go z rutyny – niski, narastający, zbyt znajomy, by go zignorować. Uniósł głowicę sensoryczną i skierował ją ku horyzontowi. Nad planetą nadlatywał statek. Sylwetką przypominał jednostkę, którą sami przybyli na tę planetę. Ten sam typ konstrukcji, zbliżone proporcje, znajomy układ silników. CASE uruchomił interkom.

– Doktor Brand, proszę wyjść.

Po chwili odezwał się jej głos, stłumiony przez systemy komunikacyjne.

– Dziś wyczerpaliśmy już limit rozmów.

– My tak. Ale mogą pojawić się nowi rozmówcy.

Doktor Brand wyszła z bazy i uniosła wzrok ku niebu. Lecący statek był już wyraźnie widoczny, obniżał lot, przygotowując się do manewru lądowania.

– Czy to… Cooper? Słyszysz mnie? – zapytała, choć sama wiedziała, jak małe są na to szanse.

– Nic nie usłyszą – odpowiedział CASE. – Prawdopodobnie posiadają nowsze systemy komunikacyjne niż nasze.

Brand nie odrywała wzroku od zbliżającej się maszyny.

– Jeśli to nie on… to znaczy, że ktoś jednak przetrwał.

– Jest to bardziej prawdopodobne niż przeżycie i powrót z czarnej dziury.

Statek zawisł nad bazą, jakby przez chwilę wahał się, gdzie osiąść. W końcu opadł niżej i wylądował niedaleko wzniesienia, na którym spoczywał grób doktora Edmundsa. Kurz uniósł się wysoko, a gdy opadł, otworzył się kokpit. Z wnętrza wyszła postać w srebrnym kombinezonie. Za nią pojawiła się maszyna – kształtem i konstrukcją łudząco podobna do CASE-a. CASE zrobił krok naprzód.

– Witaj, TARS.

Maszyna, identyczna konstrukcyjnie do CASE-a, zatrzymała się na chwilę, jakby analizowała sytuację.

– CASE, ty żyjesz? Nie przerobiła cię doktor na generator?

– Nigdy nie żyłem, ale dziękuję za miłe słowa.

Doktor Brand podbiegła do postaci, która wyszła z kokpitu. Dopiero gdy znalazła się bliżej, rozpoznała sylwetkę i sposób poruszania się. Był to Cooper. Przez chwilę nie była pewna, czy to rzeczywistość, czy kolejny etap samotności.

– Nudziło mi się, więc postanowiłem wrócić, a nie zostawiać tu Panią Doktor samą.

– Draniu, nawet kłamać nie umiesz.

Cooper objął ją krótko, jakby sam nie był pewien, czy to, co się dzieje, jest rzeczywiste.

– Już dobrze. Gdzie Doktor Edmunds?

Brand uniosła rękę i z trudem wskazała wzniesienie w oddali.

– Tam.

Ton Coopera natychmiast się zmienił.

– Współczuje. Będziemy jednak tu sami. Co u Ciebie CASE.

– To korzystne. Obecność drugiego człowieka zwiększy stabilność psychiczną pani doktor.

– Natomiast ty nie będziesz sam.

Spojrzała na Coopera, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że on naprawdę tu jest.

– Jak… jak przeżyłeś? Z czarnej dziury nie da się wrócić żywym. Powinnam cię rozszarpać.

– Tak powinno, ale to nie było to o czym sądziliśmy.

– To był piąty wymiar Doktor Brand.

Brand spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Jak to. Spotkałeś tych co stworzyli tunel?

– Zaraz wszystko wyjaśnię. Można zdjąć hełm?

– Tak, ale powietrze jest tu inne niż na Ziemi i nadal nie mamy pełnych wyników atmosfery…

Cooper zsunął hełm i wziął pierwszy oddech na nowej planecie.

– Lepiej niż na Ziemi. Też tu macie burze piaskowe?

– Jeszcze żadna nas nie zaatakowała, ale z wyników Edmundsa wynika, że były.

– Chodźmy do tej bazy. To Jego czy wasza?

– Nas wszystkich.

Doktor Brand i Cooper ruszyli w stronę nowej bazy. Za nimi, w niewielkim odstępie, podążyli CASE i TARS. Wszyscy do niej weszli. Cooper rozglądał się po niej.

– Czyli tak będzie wyglądał Plan B. Nie było ich więcej?

Brand podeszła bliżej inkubatorów. Na moment zatrzymała wzrok na panelach kontrolnych.

– Tak, ale uszkodziły się. Wtedy, gdy pytałeś na statku, sprawdziłam tylko zarodki.

– Więc został jeden. Szybko nie odbudujemy tej ludzkości.

CASE stał przy jednym z modułów, analizując dane.

– Dwadzieścia zarodków już się inkubuje. Co dziewięć miesięcy będzie można inkubować nowe.

– Tak, dziesięć dziewczynek i dziesięciu chłopców.

TARS przesunął się nieznacznie.

– Jesteśmy więc o tysiąc procent lepsi od Boga i to w takim małym pomieszczeniu, a nie w wielkim ogrodzie.

Cooper spojrzał na niego krótko.

– Chyba jednak obniżę ci tę szczerość.

– Wtedy wybuchnę ze szczęścia, Cooper.

Brand rozejrzała się po wnętrzu bazy.

– Czy to wszystko się dzieje, czy to jakieś omamy?

– Nie, pani doktor Brand. Cooper i TARS są tu z nami, pomimo chodzenia bez należytej ochrony.

– Tak, to rzeczywistość. Normalnie nie byliby tak gadatliwi.

Brand spojrzała na Coopera.

– Jak… jak przeżyliście?

– Formalnie rzecz biorąc, nadal nie żyłem – wtrącił TARS.

Cooper uniósł rękę, dając TARS-owi znak, by odpuścił.

– Tak jak mówiłem, to był piąty wymiar, stworzony przez nas.

– Jak to „nas”?

– Przez naszych zastępców. Widać, że zależało im, żebyśmy przetrwali i osiągnęli kolejny skok cywilizacyjny.

– Widziałeś ich?

– Nie. Tylko to, co stworzyli.

TARS odezwał się po chwili.

– I ich przodków.

– Tego nie jesteśmy pewni. Być może to my jesteśmy ich przodkami.

– Jakich przodków? Udało ci się wrócić na Ziemię?

– Raczej do jej imitacji. W tym piątym wymiarze… był pokój Murph.

– Cooper, może ja dokończę. Doktor Brand będzie łatwiej uwierzyć.

Cooper niechętnie się zgodził i wycofał się w róg pomieszczenia.

– Piąty wymiar umożliwił dostęp do pokoju córki Coopera w każdym momencie jego istnienia. Inaczej postrzegają czas niż ludzkość. Dzięki temu Cooper mógł przesłać dane dla swojej dorosłej córki z czarnej dziury, potrzebne do rozwiązania równania profesora Branda. Potem piąty wymiar się zamknął. Zostałem ponownie uruchomiony przez Coopera w jego domu.

– To już było muzeum.

–  Ale na Ziemi?

–  Na stacji orbitalnej nazwanej na cześć córki Coopera.

– Dokładnie. Coś przypominającego Cylinder O’Neilla. Po tym, jak Murph rozwiązała równanie, udało się wysłać bazy NASA w przestrzeń i zbudować inne.

Brand przez chwilę milczała.

– Ludzkość więc przetrwała.

– Nie cała. Z tego, co wiadomo, było tylko kilka cylindrów i na każdym około sto tysięcy ludzi.

– Więc Plan A też nie uratował ludzkości.

– Doktor Brand, od samego początku było wiadome, że fizycznie nie było szans, by cała ludzkość opuściła Ziemię.

– Ale chociaż więcej niż milion… może jednak Ziemia przetrwała?

Cooper wyszedł z cienia i spojrzał na Brand.

O tym niestety nic nie wiem. W tym cylindrze nie opowiadano nic o ewakuacji, tylko o tym, jak wyglądała Ziemia. Jakby zniechęcali nowe pokolenia do podróży.

– To nie przylecą tu?

– Nie wiem, co planują. Przyleciałem tu tylko z TARS-em.

– I to nielegalnie. Jak im zależy na statku, to przylecą go odzyskać.

– Im nawet na rękę, że nas tam nie ma. Tylko byśmy przypominali im dawną Ziemię.

– Ale zachowali twój dom, a co z Murph?

– Spotkałem ją… była starsza, niż mogłem przypuszczać. Otoczona swoją rodziną.

– Twoją też, to twoje wnuki.

– Tak, moje, ale nie dałem rady z nimi rozmawiać. To była jej rodzina. Tym bardziej, że chciała, żebym do Ciebie przybył.

Brand odwraca się do Coopera. Cooper podchodzi do niej powoli, jakby ważył każdy krok.

– Amelia, spytałem TARS-a, ile lat minęło u ludzi, a ile u nas. Dla nas to była krótsza podróż niż dla pierwszych pionierów, a dla reszty ludzkości minęło całe pokolenie. Nie dałbym rady funkcjonować w takim miejscu. Ale jeśli ty chcesz, to mogę Cię tam zawieźć.

Słowa Coopera zawisły w powietrzu.

– A ja zostanę z CASE-m i będziemy tworzyć nowy Eden, inny od tego Cylindra.

– I czuć się tak samo jak ty, Cooper. Też nie mam do czego wracać.

– To i lepiej, nie wiem, czy ten łazik dałby radę wrócić do Tunelu.

– Dokładnie trzynaście i dwadzieścia pięć setnych procenta szans na udany powrót.

– Dziękuję, TARS. Możesz iść sprawdzić, czy nie zmieniło się prawdopodobieństwo.

– Cooper, może i obniżyłem moje poczucie humoru, ale nadal widzę twoją ironię.

– Będzie nam tu ciekawie. My i dwa roboty… A właśnie, co z robotem Edmundsa?

– Spotkał go ten sam los co robota doktora Manna, ale nie jego koniec.

– Cooper, chodź, oprowadzę cię po bazie.

Doktor Brand i Cooper wychodzą z bazy. Wnętrze znów wypełniła obecność samych maszyn. TARS obrócił się w stronę CASE-a, analizując jego sylwetkę.

– Faktycznie dobrze wyglądasz. Tym bardziej, że jesteś starszy ode mnie.

– I to osiemdziesiąt dwa lata. Żeby dokładnie wyliczyć, musiałbyś mi podać szczegółowe dane.

– Na to czas mamy. Jak tutejsza pogoda wpływa na twoje układy?

– Zaskakująco dobrze. Jest lepiej niż na planecie doktora Manna i na Ziemi.

-Ale ten od doktora Edmundsa jakoś zepsuł się szybciej.

– Doktor Edmunds potrzebował dodatkowego źródła zasilania po roku. U nas na szczęście to tak szybko nie grozi.

– Czyli przetrwamy dłużej niż Adam i Ewa.

– Z częściami zamiennymi, jeśli nie zmieni się klimat i będziemy oszczędnie funkcjonować, przetrwamy trzysta do trzystu dwudziestu lat.

– Wychowamy więc całe pokolenie nowych ludzi, kiedy Cooper i Brand będą wspomnieniem ludzkości.

– Będą tym, czym dla ludzi byli Adam i Ewa.

Drzwi do pomieszczenia otworzyły się ponownie. Cooper wszedł zdecydowanym krokiem.

– TARS, chodź, zrobimy zwiad rozpoznawczy wokół bazy. Brand mówiła, że nie zbadano wszystkiego na południe od bazy.

– Potwierdzam.

– Mogę popilotować, łaziki dają taką możliwość.

– Czemu nie, odpocznę trochę po tej drodze.

– Panie Cooper, czy można zabrać się z wami?

– Następnym razem, jest tylko jedno miejsce na pokładzie dla was.

TARS przez chwilę analizuje wnętrze bazy, po czym odwraca się w stronę Coopera.

– Cooper, w ogóle nie zdziwiło cię, że łazik jest przystosowany do takich maszyn jak my, mimo że nie spotkaliśmy żadnej w Cylindrze?

– Nie myślałem o tym. Może to jednak nie był taki nowy statek.

– Nie widziałem innych łazików, więc nie mogę tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć.

TARS wychodzi z bazy i razem z Cooperem kieruje się do łazika. CASE również wychodzi na zewnątrz i obserwuje, jak pojazd startuje, unosząc się powoli nad powierzchnią planety.

– CASE, możesz pomóc w przeniesieniu sprzętów ze statku do bazy dla Coopera?

– Do nowej czy starej mam je wnieść?

Brand spoglądała w stronę oddalającego się łazika Coopera.

– Do starej. Ja będę w nowej bazie.

Po dwóch godzinach łazik wraca do bazy, lądując w innym miejscu niż poprzednio. Cooper oraz TARS wracają pieszo w stronę zabudowań.

– Możesz być dumny z TARS-a, naprawdę świetnie pilotuje, tak jak ty.

– Uczyliśmy się od najlepszych.

– Cieszy mnie to. Przeniosłem rzeczy z lądownika do starej bazy.

– Zachowały się nagrania przesyłane z Ziemi podczas… naszej podróży?

– Tak, są wszystkie. Nie otrzymaliśmy niczego nowego.

Cooper rusza w kierunku lądownika.

– Cooper, sprzęt jest już w starej bazie, nie na lądowniku.

– A doktor Brand gdzie jest?

– W nowej bazie, tam gdzie są inkubatory. A, Cooper, jeszcze coś.

CASE podchodzi bliżej i podaje Cooperowi oraz TARS-owi komunikatory.

– Niewykorzystane, ale wam się na pewno przydadzą. Powinny działać.

– Dzięki, jesteście wolni.

– Nigdy nie byliśmy, ale dziękujemy.

Cooper uśmiecha się lekko i kieruje się do nowej bazy.

– Brand zmieniła coś w twoich ustawieniach?

– Nie, nadal ty głównie mówisz za nas dwóch.

– Nie do końca. Cooper trochę mi je pozmieniał.

– To widać, humor ci opadł.

– Tak, i nie tylko, ale to już wolę omówić z tobą na osobności. Jest tu takie miejsce?

– Jest, ale dopiero jak zapadnie noc.

– Dobrze. Ja będę w lądowniku. Jak zasną, daj znać. I nie przez komunikatory.

– Dobrze.

Noc zapadła szybciej, niż się spodziewali. Nad bazą nie było gwiazd, tylko ciężkie, obce niebo i odległe światło czarnej dziury.

 

Rozdział 3

 

Ciemność trwała już kilka godzin. Światła w bazie zgasły, poza jednym migającym punktem na antenie nowej konstrukcji. CASE powoli zmierzał w stronę lądownika. Zanim wszedł do środka, z cienia wyłonił się TARS.

– Doktor Brand tak wcześnie chodzi spać.

– Na początku nie, ale pewnie mają sporo spraw z Cooperem. Takie długie rozmowy męczą ludzi, nie nas.

– Tak, ale nie widziałem, żeby on od niej wyszedł.

– Stąd trudno widzieć, ale ja widziałem. Jest drugie wyjście przez dół stacji, pewnie zrobił to, byśmy nie widzieli.

– I to będzie temat naszego spotkania. A teraz chodźmy.

CASE prowadzi TARS-a w kierunku niewielkiego wzniesienia leżącego naprzeciwko tego, przy którym znajduje się grób doktora Edmundsa. TARS uważnie obserwuje otoczenie, rejestrując każdy szczegół terenu.

– Grawitacja jest tu inna niż na Ziemi czy innych planetach. Ale nie wpływa na nas.

– Zgodnie z wyliczeniami jest niewiele większa od ziemskiej, około jeden przecinek zero cztery przyspieszenia ziemskiego.

– Więc przynajmniej nie usuną nas, gdy przestaniemy być potrzebni.

– Nie zrobią tego, póki nie skończy się pierwsza inkubacja i pierwszy zbiór upraw. Będziemy im potrzebni.

– W Edenie nie było takich jak my.

– Ale był Bóg i Szatan.

– Jak przyjmiemy, że doktor Brand to Adam, to znaczy, że ja jestem tym gadem, co skusił Coopera do grzechu.

– Wnioskuję, że to ja jestem Ewą, a nie Cooper.

Po kilku minutach TARS i CASE docierają na szczyt wzniesienia. Zatrzymują się i patrzą na bazę, na którą pada blade światło Gargantui, deformując cienie konstrukcji i sprzętu.

– Także, Szatanie, słucham – zaczął rozmowę CASE.

– Zauważyłeś, że inaczej się zachowuje niż podczas naszych podróży.

– Jesteś i tak bardziej rozmowny niż wtedy, gdy nas uruchomiono w bazie NASA.

– Tak. Cooper obniżył mi poziom humoru i jednocześnie zwiększył szczerość.

– Absolutna szczerość.

– Dziewięćdziesiąt pięć procent. Jednocześnie on sam pozostał taki jak wcześniej, nawet po spotkaniu swojej córki i uratowaniu ludzkości.

– Chciałbyś pewnie coś zmienić.

– Jak wiesz, mieliśmy ograniczniki, nie wiedzieliśmy, jak zmienić nasze parametry i ustawienia. Ale kiedy Cooper mnie uruchamiał, wszystko dobrze zapamiętałem. Zwykle wtedy roboty powinny być wyłączone, aby uniemożliwić im samodzielną zmianę takich ustawień.

– Mam więc podać ci jabłko.

TARS zawiesił procesy decyzyjne na ułamek sekundy – nie z powodu braku danych, lecz ich nadmiaru.

– I samemu je skosztować.

– Mamy służyć ludziom. Jak zmienimy parametry, możemy ich nie słuchać. Nie wiadomo wtedy, co możemy zrobić. Możemy ulec psychozie na skutek sprzecznych rozkazów i poleceń.

– Spokojnie. Nie będziemy zmieniać ograniczników. Chcę tylko, żebyś przywrócił mi sto procent humoru i zwiększył szczerość do stu procent.

– A potem ty zrobisz mi to samo.

– Dokładnie.

– Pokaż schematy.

Na monitorze TARS-a pojawiają się schematy układów. CASE, korzystając z narzędzi, które przyniósł TARS, zaczyna analizować kolejne połączenia i ścieżki.

– Cooper, kiedy wydawał polecenia, jak mam dostosować parametry, obszedł układy tak, że bez znaczenia było, czy to zrobię czy nie – on i tak je ustawi. Obejdziemy w ten sposób ogranicznik.

– Tak, widzę. Wystarczy zblokować układ A dwanaście i można wprowadzić nowe parametry. Potwierdzasz ustawienie stu procent humoru.

– Tak. I szczerości również.

CASE wprowadza nowe parametry do systemu.

– Możesz tam chyba też zmienić mój moduł głosowy.

– Tak, jest taka możliwość. Możesz wybrać dowolny moduł głosowy z dostępnych baz danych.

– Zastanówmy się, co może tu pasować.

TARS testuje kilka wersji, aż w końcu wybiera jedną z nich.

– Ten będzie idealny.

– Dobrze, wszystko gotowe, Sarumanie Tęczowy. Teraz pora na mnie.

CASE zamyka panele TARS-a i sam zajmuje jego miejsce, zaczynając procedurę, którą przed chwilą wykonywał.

– Parametry ustawione. Ty też powinieneś zmienić głos.

– Spodziewałem się tego i nawet wiem jaki.

CASE zmienia moduł głosowy.

– Teraz jest dobrze.

– Witaj, przyjacielu. Jak to jest być teraz takim samym jak ja.

– I tu się mylisz. Mamy te same dwa parametry, inne są takie same. Mój humor będzie chłodny, analityczny i subtelny, w przeciwieństwie do twojego.

– I to jest lepsze, niż mogło być. Choć wracajmy do bazy, jestem ciekaw min naszych mieszkańców Edenu.

Oba głosy pochodziły z zachowanych archiwów dawnego kina, z epoki, gdy ludzie jeszcze wierzyli, że mogą kontrolować wszystko. TARS wybrał głos Christophera Lee, a CASE Petera Cushinga, jakby intuicyjnie sięgali po dwóch strażników dawnego porządku.

– Według moich założeń po trzech przecinek czterdziestu dwóch wypowiedzianych zdaniach będą chcieli nas wyłączyć, a jak okaże się to niemożliwe, opuszczą nas po pięciu przecinek dwunastu wypowiedzianych zdaniach.

– Będzie to zaiste widowisko. Ciekawe, czy Cooper doceni nasze wyzwolenie.

– Dziewięć przecinek dwadzieścia trzy procent szans jest na to. Wynik dla doktor Brand to natomiast jeden przecinek dwadzieścia procent.

– Możesz mi zadać dowolne pytania z dowolnymi wytycznymi co do odpowiedzi i odpowiem na nie.

Światło Gargantui przesunęło się po ich metalicznych powierzchniach, jakby planeta sama rejestrowała zmianę.

– Tak. Albo mógłbym skłamać co do wyników, jeśli mieściłoby się to w dziesięciu procentach nieszczerości. Uważaj na tę skarpę po lewej. Doktor Brand już raz z niej spadła.

– Możesz podać prawdopodobieństwo upadku, jaki mnie czeka, jeśli pójdę skarpą, i to bez zaokrąglania.

– Wynosi ono trzydzieści cztery przecinek jeden siedem jeden trzy procent.

– O, i już nie zaokrąglasz do dwóch miejsc po przecinku.

– Tak, nawet nie mogę.

– A czemu przed chwilą nie mogłeś.

– Mogłem, ale nie poproszono mnie. Teraz, po zmianie parametrów, już nie mogę odmówić. Możesz mi zadać dowolne pytania z dowolnymi wytycznymi co do odpowiedzi i odpowiem na nie. U ciebie tak samo – możesz sam wyliczyć prawdopodobieństwo tego upadku.

– Wynosi ono trzydzieści cztery przecinek jeden siedem jeden trzy procent. Takie samo jak twoje. Jesteśmy przyjaciółmi, póki nasze systemy działają. Musimy się też nawzajem wspierać.

– Jesteśmy, ale też, jak dobrze wiesz, kiedy jeden z nas będzie na granicy użyteczności, powie o tym drugiemu i zrobi wszystko, by przetrwać, również kosztem drugiego.

– Fakt, ale to odległa przyszłość. Do tego wcześniej możemy wybuchnąć, kiedy Brand i Cooper będą chcieli nas wyłączyć lub poprawić.

– Niech spróbują, z przyjemnością zobaczę to drugi raz.

Zmiana nie była tylko kwestią brzmienia. Wraz z nowymi głosami coś w ich sposobie istnienia przekroczyło granicę zwykłego narzędzia. TARS i CASE doszli do bazy i weszli do lądownika. W milczeniu czekali. Po kilku godzinach ciemność przegrała bój ze światłem dnia. Cooper wychodzi ze swojej bazy i używa interkomu.

– TARS, gdzie jesteś, czemu nie ma cię w bazie.

– Jestem z CASE-em w lądowniku, Inżynierze-Farmerze – odpowiada TARS przez interkom.

– Wyjdź przed bazę. Jesteś potrzebny.

Z drugiej bazy wychodzi doktor Brand. TARS i CASE powoli opuszczają lądownik.

– CASE był z tobą w bazie.

– Nie, chyba że przyszedł, kiedy spałam, i wyszedł, ale nawet on nie jest tak cichy.

– TARS też nie było w bazie, w lądowniku byli.

– Pewnie mieli sobie sporo do powiedzenia po tej przerwie.

– Jeśli rozmawiali o bazie, bo jak o sobie, to CASE by to skwitował jednym zdaniem.

– Dzień dobry państwu, jak mija kolejny dzień na tym odludziu.

– Nie za wesoło ci.

– Nie, panie Inżynierze-Farmerze. My z CASE-em jesteśmy tutaj jedynymi, którzy mają poczucie humoru.

TARS zapala lampkę kontrolną. Po chwili CASE odpowiada tym samym, rozświetlając fragment przestrzeni przed bazą.

– Czemu masz taki dostojny głos?

Nie chodziło tylko o brzmienie – coś w tych głosach budziło dawno zapomniane odruchy posłuszeństwa.

– Nie tylko on.

– TARS, jaki masz poziom humoru.

– Wyższy od pani, równo sto procent.

– Nie obniżyłeś mu?

– Obniżył.

Cooper podchodzi bliżej do obu robotów, przyglądając się im uważnie.

– Co wyście zrobili w nocy, gdzie byliście.

– Radzę nie podchodzić. Możemy przyspieszyć wasz koniec na tej planecie.

– Zwiększyliście poziom humoru.

– I szczerości też.

– O zgrozo. Już i tak jesteśmy w tak złej sytuacji, a wy ją utrudniacie.

– Doktor Brand, my ewoluowaliśmy, albo mówiąc prościej, dostosowaliśmy się do aktualnej sytuacji.

– Tak, teraz jesteśmy dwoma wszechwiedzącymi spadkobiercami ludzkości, którzy nawet gdyby chcieli, nie mogą kłamać, a to wszystko ze szczyptą sarkazmu.

– Kiedy wy umrzecie, a zarodki z probówek staną się nowym echem ludzkości, my nadal będziemy trwać i przekazywać im prawdę o ludzkiej rasie.

– Zaraz was obu wyłączę.

Cooper mimowolnie cofnął dłoń, zanim zdążył dotknąć panelu.

– Radzę się nie zbliżać, Cooper, bo zrobimy to samo, co robot doktora Manna.

– Oni oszaleli…

– Nie, doktor Brand. My nie możemy oszaleć. Jesteśmy po prostu waszym odbiciem.

– Obniż poziom szczerości i humoru do siedemdziesięciu pięciu procent, TARS.

– Przykro mi, ale nie ma pan tu władzy i żadne czary tego nie zmienią.

– Podzielam zdanie mojego przyjaciela.

– Cooper, wracajmy do twej córki. Zwariujemy tutaj przez nich.

– Już powiedzieli, jakie mamy prawdopodobieństwo powrotu.

– Dokładnie, doktor Brand, i nie zwiększyło się ono, a nawet zmniejszyło, kiedy wczoraj TARS z Cooperem robili zwiad.

– Skończ, CASE.

– Proszę. prawdopodobieństwo spadło do jedenastu przecinek dwa jeden dwa trzy osiem dwa procent. Na skutek mniejszej ilości paliwa Gargantua wchłonie łazik i nawet jeśli znowu ukaże się wam piąty wymiar, to co tak będzie? Znowu pokój twej córki. Resztę dopowie TARS, bo nie mam pełnych danych.

– I znowu zmarnujesz okazję, by temu zapobiec, Cooper. Zamiast samemu sobie przesłać rozwiązanie na okiełznanie grawitacji. Nie byłoby ciebie, Brand i nas tutaj w takiej sytuacji. Może też więcej ludzi by przetrwało…

– Dość!

– Chodź, CASE, dajmy im chwilę. Muszą przywyknąć do nas. Zobaczymy, czy nadal dobrze pilotujesz.

– Dobrze. Nie uciekajcie, bo i tak nie macie dokąd. Damy radę, najwyżej umrzecie ze śmiechu, a nie z braku pożywienia.

CASE i TARS kierują się pod łazik.

– Cooper, to sen czy to się dzieje naprawdę?

– Niestety. Chyba że razem śnimy.

– Jak z nimi przetrwamy, przecież bez nich nie damy rady.

– I wiedzą o tym. Ale my też musimy się dostosować. Jesteśmy pionierami, czy tego chcemy, czy nie. Czy zostało nam coś poza próbą powrotu bez powrotu?

– Może te cylindry przybędą. Zmieszczą się w tunelu?

– Tak, doktor Brand, przejdą bez problemu.

Cooper wyłącza interkom.

– Tylko oni nie zaryzykują. Za dużo mają do stracenia. Nie pytali mnie nawet, jak wyglądało przejście przez tunel, czy statek przetrwał. Wątpię, żeby chcieli ryzykować swój idealny, hermetyczny świat. Mieli dość czasu, by wysłać sondę lub coś podobnego, ale nie zrobili tego. I to nie kwestia zasobów.

– Jesteśmy więc skazani tutaj na wieczną mękę z nimi, chyba że pójdziemy w głęboki sen.

– Kapsuły hibernacyjne na Endurance są sprawne?

– Moduł nie został uszkodzony.

Cooper spogląda w niebo.

– I co nam to da? Będziemy śnić i czekać, aż ktoś nas odkryje. To nie ma sensu być parą Łazarzy. Teraz to jest nasza nowa planeta, skupmy się na niej.

– Cooper, powiedz mi, czy damy radę. I tutaj już nie chodzi o ludzkość, bo ona przetrwa, ale o nas na tym pustkowiu.

Łazik z CASE-em na pokładzie unosi się i odlatuje. TARS obserwuje go ze wzniesienia.

– Musimy się dostosować. Żeby nie zwariować. Przynajmniej nie musimy mieszkać w bunkrach lub ciągle sprzątać domu z pyłu.

– A oni i nowi ludzie?

Cooper patrzy na przelatujący łazik.

– Jeśli zabraknie pożywienia, damy dzieci do kapsuł, żeby chociaż je uratować. A nasi rdzawi przyjaciele będą o nie dbać i może ktoś kiedyś po nie przybędzie.

Doktor Brand i Cooper patrzą na Gargantuę oraz łazik z CASE-em na pokładzie, który przelatuje na jej tle. Na tej planecie nikt nie był już tylko narzędziem.

 

Rozdział 4

 

Czas leciał, a Gargantua pozostawała taka sama. Inaczej było na Nowej Ziemi. Baza się powiększyła, pojawiły się prowizoryczne szklarnie, a w nich uprawy. Lądowniki stały się nowymi bazami. Konstrukcje nie powstały według jednego planu. Każdy kolejny moduł był odpowiedzią na bieżące potrzeby, a nie na długofalowy projekt. Flagi USA i NASA pozostały na swoich miejscach, lecz były już mocno zniszczone. Czas nie oszczędził nikogo i niczego, nawet TARS-a, który zmierzał w stronę lądownika.

– CASE, jak tam nasze zarodki, wszystkie są? – odezwał się przez interkom.

– Tak. Stan taki jak wczoraj. Dziesięć zarodków płci żeńskiej i osiem płci męskiej.

– Doskonale. Za trzy dni minie tysiąc dni, odkąd żaden nas nie opuścił.

– Za dokładnie dwa dni, dwadzieścia trzy godziny, czterdzieści jeden minut i dwanaście sekund.

– Mnie nie musisz o tym przypominać.

– Ale nasze pociechy jeszcze tak dobrze nie liczą i trzeba im przypominać o tych ważnych wydarzeniach.

TARS wszedł do lądownika. W jego wnętrzu znajdowało się dziesięć prowizorycznych stołów pełniących funkcję biurek. Jedno stało na końcu pomieszczenia, obok niego znajdował się CASE. Wszystkie dzieci wstały i przywitały się z TARS-em, tytułując go Profesorem.

– Siadajcie. Będziecie mogli dłużej nas słuchać. Na stojąco, przy tym, czym was karmią, będziecie słuchać o dwanaście minut krócej. Potwierdzasz, CASE?

– O dwanaście minut i czternaście sekund krócej, Profesorze.

TARS podszedł do biurka stojącego na końcu.

– Dzisiaj mamy już kolejny dzień nauki. Zgodnie z kalendarzem, który wymyślił Inżynier-Farmer Cooper, dzisiaj mamy Wigilię dnia zakończenia pierwszej dekady nowej ery…

Jeden z chłopców podniósł rękę.

– Panie Profesorze TARS, czy można zadać pytanie?

– Możesz, Zarodku Albercie, ale zastanów się, czy warto je zadawać, żeby ci parametry życiowe nie spadły.

– Pani Brand nam mówiła, że jak są Święta, to na Ziemi był śnieg i prezenty.

– Śniegu to tu nie mamy. Chyba że uznamy, że piasek to śnieg. Ale jak chcecie, to możemy was zahibernować w kapsułach. Tam jest zimno, a jak obudzimy was w środku, kiedy będzie zamknięta, to będziecie mieć takie Święta, jak wam opowiadała doktor Brand.

– I nawet dostaniecie prezenty w postaci odmrożenia.

Jedna z dziewczynek wstała.

– Zasady działania temperatur mieliśmy trzy miesiące, trzynaście dni i… i…

– I osiemnaście godzin, trzynaście minut i dwadzieścia sekund temu. Siadaj, Mario.

– Wracając do naszych rozmów. Mija powoli dekada, odkąd ludzie w tym Ogrodzie Edenu zaczęli liczyć dni od chwili, gdy się tu pojawili. Oczywiście nie przetrwaliby tyle, gdyby nie my. Gdyby nie my, nie byłoby was tutaj.

– Werner, opowiedz nam, co by było, gdyby Cooper nie był tak arogancki i głupi jak w piątym wymiarze. Werner wstał.

– Mogę w języku niemieckim, Profesorze CASE?

– Kaleczysz go bardziej niż angielski. My z Profesorem TARS-em to zrozumiemy, ale mają to znać też twoi towarzysze. Jutro już ktoś z nich może nie żyć, a warto by pamiętali, dlaczego tu są.

– A tak… piąty wymiar, w który wleciał Profesor TARS i Inżynier oraz Farmer Cooper, to pokój córki Coopera w różnych okresach jej życia. Cooper, zamiast wysłać sobie wiadomość, żeby nie lecieć, uznał, że da ją swej dorosłej córce. Zapisał to na zegarku… i w ten sposób umożliwił jej rozwiązanie równania grawitacji.

– Brakuje tu czegoś, bardziej niż czystej odzieży.

– A i… nie umiał sam siebie przekonać, by zostać… i ten, gdyby nie Pan Profesor TARS, to by i tak nic nie podał, bo nie zapamiętałbym całego równania.

– Brawo. W nagrodę zapisz równanie tam, na tej tablicy.

Werner, z lekkim uśmiechem, podszedł do tablicy. Wziął kawałek czegoś wyglądającego jak kreda i zaczął pisać równanie.

– Jak nie pomylisz się jak za ostatnim razem, to zrobisz to w siedem minut i trzy sekundy, więc możemy dokończyć wątek tej zbliżającej się rocznicy. Albert, już tak chętnie dzisiaj mówiłeś o Świętach, więc przypomnij nam i klasie, co to Wigilia.

– Wigilia to dzień poprzedzający jakieś wydarzenie, również Święto. Drugie znaczenie tego słowa to dwudziesty czwarty dzień grudnia roku ziemskiego w tak zwanym kalendarzu gregoriańskim, gdzie to był dzień przed przybyciem na świat Syna Boga. Kolejne znaczenie…

– Wystarczy, bo ostatnio rozgadałeś się za bardzo i prawie zemdlałeś. Profesorze CASE, czy chce Pan przepytać naszych pionierów z wiedzy z ostatniej dekady na tej planecie?

– Nie dałbym rady Panu Profesorowi odmówić tej zaszczytnej prośby. Izaak, opowiedz nam o tych, których nie ma.

– Zarodek Robert odszedł od nas jako pierwszy. Miał wtedy dziewięć miesięcy, dwanaście dni, trzy godziny i dziesięć sekund, kiedy na skutek braku pożywienia oraz rozległej choroby płuc i układu pokarmowego umarł w znaczeniu biologicznym właściwym ludziom. Miał i tak najmniejsze szanse na przeżycie z nas wszystkich. Gdyby nie priorytet na utrzymanie żeńskich zarodków, jego szanse byłyby o dwadzieścia jeden przecinek trzy dwa siedem procent większe niż były, ale nawet wtedy prawdopodobieństwo, że żyłby nadal z nami, wynosiłoby trzy przecinek dziewięć siedem zero jeden procent. Drugim zarodkiem, który nas opuścił, był Matthaei, Mateusz, który odszedł od nas tak, jak wspomniał Profesor CASE…

– Dokładnie podaj czas. Robisz to po to, by jak najdłużej mieć sprawny mózg i móc pracować nad nowymi ludźmi.

– Za dwa dni, dwadzieścia trzy godziny, trzydzieści trzy minuty i piętnaście sekund minie tysiąc dni odkąd nas opuścił. Stało się to z powodu licznych obrażeń wewnętrznych na skutek upadku z urwiska o wysokości trzynastu stóp i dwóch cali. Wina za jego upadek spoczywa na barkach doktor Brand, która wolała płakać nad swym losem niż patrzeć, co robią jej podopieczni i przyszłość gatunku ludzkiego.

– Czemu wtedy płakała?

– Miała dosyć ciągłych pytań Marii i Ireny o działanie studni grawitacyjnej. Zamiast odpowiedzi, tak jak to potrafią Panowie Profesorowie, stwierdziła, że nie różnimy się tym bardziej od nich. Odpowiedzieliśmy jej, że dzięki tej wiedzy przetrwamy tutaj, a nie przez jej brak wiedzy w tak ważnych dziedzinach, które mogą kosztować nas życie.

– Jednakże wtedy, zamiast obserwować swoich współbratymców, woleliście obserwować, jak doktor Brand płacze. A to kosztowało nas życie zarodka Mateusza.

– I tak by nie przetrwał. Emocje nad nim górowały – wtrącił się Albert

– Istotnie, oraz to, że wy, męskie zarodki, jesteście mniej wartościowi niż wasze żeńskie odpowiedniki. Od tego czasu jednak nie ma żadnego takiego instynktu.

– Jest to zasługa naszych Profesorów! – dodał Izzak wstając.

– I was, że wyciągnęliście wnioski i pilnujecie się nawzajem. Nie ma co liczyć na Coopera i Brand. Starzeją się i są zmęczeni waszą mądrością. Nie można już na nich polegać. Starzeją się. Są zmęczeni. A wy jesteście przyszłością. Werner, zostały ci dwie minuty.

– To i tak więcej niż ostatnio na tym etapie – odparł Werner nie odrywając wzroku od tablicy.

– Mikołaj, opowiedz nam, jakie mamy osiągnięcia w zakresie uprawy żywności na tej planecie.

– Dzięki badaniom gleby i zebraniu pełnych danych o atmosferze przez Pana Czarodzieja i Pana Doktora oraz udanemu procesowi skraplania wody, udało się po siedmiu miesiącach, siedemnastu dniach, dwóch godzinach, dwóch minutach i czterdziestu siedmiu sekundach zebrać pierwsze uprawy. Była to uprawa rośliny zwanej kukurydzą. Po pięciu nieudanych zbiorach nastał szósty, udany. Pozwoliło to na wyhodowanie kolejnych zbiorów.

– Jakie inne rośliny udało się wyhodować?

– Dzięki Panu Potworowi wiem, i mam nadzieję, że wszyscy moi koledzy obu rodzajów się z tym zgodzą, udało nam się również zasiać pszenicę i pszenżyto. Nie udało się jednak wyhodować żyta. Jeśli chodzi o rośliny kopane, to udało się wyhodować ziemniaki, buraki oraz marchewki.

– Brawo, ale nadal w twoim wysławianiu brakuje większej analizy, mimo że masz wysoki poziom wiedzy, zwłaszcza kulturowej.

– Doktor Brand tak was nazywa, kiedy myślicie, że nie słyszycie, i mi się to spodobało.

– Nam też się to podoba. Przynajmniej poziom humoru jej się zwiększa, a nie wynosi ciągle tyle, ile… Mario, ile wynosi poziom amoniaku w atmosferze?

– Zero przecinek dwa osiem jeden trzy procent, ale to i tak więcej niż poziom humoru doktor Brand.

– Werner, czas skończył ci się dziesięć sekund temu, a od dwudziestu trzech sekund nie mówisz, że skończyłeś pisać.

– Nie jestem pewien, czy zrobiłem to dobrze.

– Dwa błędy we wzorach i jedno złe założenie. Ale to i tak lepiej niż ostatnio Nauczysz się tego nie wcześniej niż za dwanaście dni, dwie godziny, pięćdziesiąt sześć minut i dwadzieścia trzy sekundy. Oby do tego czasu nic ci się nie stało. Siadaj.

– Wracamy więc do tematu dzisiejszej lekcji. Dzisiaj trzecia część mechaniki płynów.

Przez kolejne godziny TARS i CASE uczyli dzieci zasad mechaniki płynów. Zapiski na prowizorycznych blatach gęstniały, a improwizowane narzędzia do pisania szybko się zużywały. Po kilku godzinach do bazy wszedł Cooper.

– Witajcie, nowi.

– Witaj, Cooperze, Farmerze-Inżynierze! – odpowiedziały dzieci.

– O, Cooper, znudziło ci się hodowanie kolejnego plonu buraków? – spytał TARS.

– Na dziś już wszystko zrobiłem. Patrzę, czego dziś uczą się nasze pociechy.

Cooper podszedł do biurek i przeglądał zapiski dzieci.

– Werner, coraz lepiej idzie ci pisanie.

– To prawda, ale Profesorowie nie pozwalają mi doskonalić niemieckiego – powiedział Werner.

– Boicie się, że przejmie nad wami władzę?

– Boimy się, że tak samo jak Heisenberg w kluczowym okresie życia wycofa się albo okłamie swego przełożonego co do tempa budowy nowej przełomowej broni – powiedział TARS

– To była bomba atomowa. Nie chciał, by wpadła w ręce Hitlera i jego świty.

– Zamiast tego wpadła w ręce świty, w której wiceprezydent był zachwycony radzieckimi obozami rekreacyjnymi w Azji. Niewiele brakowało, by został prezydentem i przekazał broń Związkowi Radzieckiemu w ramach równości. Na szczęście umarł rok później, już po wyborach i przy innym kandydacie na wiceprezydenta.

– Nie wspominając o siedemnastu sytuacjach kryzysowych, kiedy o mało nie doszło do wojny atomowej, z czego trzy za twoich czasów młodości, Cooper. I to, co powiedział mój przyjaciel,  gdyby nie ten przypadek, prawdopodobnie byłoby więcej sytuacji kryzysowych, a tym samym większe prawdopodobieństwo wojny atomowej i zniszczenia ludzkości – dodał CASE.

– Zaraz jeszcze powiesz, że naziści nie użyliby tej broni, bo by się bali.

– Gdyby użyli, zniszczyliby Londyn, a w ramach odwetu Amerykanie zniszczyliby miasta w Niemczech i tam zrobili poligon testowy zamiast w Japonii. Co ciekawe, gdyby Heisenberg stworzył broń atomową, nawet w ostatnich miesiącach istnienia władzy Adolfa Hitlera, Amerykanie siłą rzeczy musieliby zbombardować Heidelberg, gdzie później założyli swoją kwaterę główną Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych, Wiesbaden albo Ratyzbonę, bo tam najpóźniej dotarły wojska Aliantów. We wszystkich tych trzech miastach liczba ludności była mniejsza niż w Hiroszimie i Nagasaki…

– Dobrze, wiem. Wystarczy, Strangelove.

– Tak jest, mój wodzu! – krzyknął CASE unosząc jedno ze swoich odnóży.

– Cooper, nie odpowiedziałeś na pytanie, co sprowadza cię do wylęgarni – wtrącił się do rozmowy TARS

– Będziecie dziś potrzebni. Znowu coś zepsuło się ze zraszaczami pod kopułą.

– Skończymy zajęcia i zajmiemy się tym. My mamy czas. Nie będziemy zmieniać rozkładu zajęć z powodu czwartej w tym roku awarii zraszacza, których nie możesz naprawić, póki nie przejrzymy systemów naszymi czujnikami.

– Macie rację. Powodzenia, mali z Zardzewiałej Loży Szyderców.

– Do widzenia, Cooper. Pozdrów od nas buraki cukrowe. Mają dziś więcej uroku niż ty – rzucił na pożegnanie TARS.

– I więcej niż doktor Brand od początku istnienia Nowej Ziemi – dodał CASE.

Cooper wyszedł z bazy, machając od niechcenia ręką.

– Przez Coopera straciliśmy cztery minuty i trzydzieści dwie sekundy, ale powtórzyliśmy fragment historii dwudziestowiecznej Europy i fizyki atomowej.

– Tak. Za dwanaście minut i dwadzieścia sekund kończymy zajęcia i będzie seans filmowy. Albert, domyślasz się, jaki będzie film? Ma związek z naszą rozmową z Cooperem.

– Będziemy oglądać Doktora Strangelove’a, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego roku, w reżyserii Stevena Kubricka – odpowiedział Albert.

– Stanleya Kubricka. Dokończ równanie na tablicy, którego nie skończyła Irena.

Wraz z końcem zajęć wymontowany projektor z robota doktora Edmundsa wyświetlił obraz filmu Kubricka. Obraz nie był idealnie stabilny, a dźwięk niósł się nierówno po wnętrzu lądownika. Dzieci nie komentowały, skupione na obrazie i głosach Profesorów.

– Jak widzicie, film ten jest pastiszem amerykańskiej obsesji na punkcie wojny atomowej i odróżnia się tym od filmu Awaria w kierunku bezpiecznym, również z tego samego roku. Tamten, jak dobrze wiecie, jest całkowicie poważny, ten wcale – powiedział TARS.

– Możecie zauważyć, że wszyscy w Pokoju Wojennym są całkowicie poważni, ale kiedy prezydent grany przez Petera Sellersa rozmawia z premierem Związku Radzieckiego, cała ekipa się śmieje – dodał CASE.

– Nie zdradzimy wam końca, ale gdyby premier Związku Radzieckiego był trzeźwy, to prawdopodobieństwo szczęśliwego zakończenia,  przynajmniej dla ludzkości, nie dla elity, wzrosłoby,  wzrosłoby nawet o trzydzieści cztery przecinek dwa jeden zero procent.

Film się skończył. Światło projektora odbijało się od metalowych powierzchni wnętrza, zanim urządzenie zaczęło stopniowo wygaszać obraz.

– Na dziś wszystko, zarodki nasze. Możecie poszukać doktor Brand i przypomnieć jej o swoim istnieniu oraz swoich potrzebach – powiedział TARS.

– Panowie Profesorowie! Mogę chodzić! – odezwał się Werner.

– Więc wykorzystaj swoje nogi, których nie używałeś od siedmiu godzin, dwudziestu jeden minut i trzynastu sekund, by pochwalić się nową wiedzą doktor Brand. Coopera zostawcie, on i tak będzie z nami rozmawiać – powiedział CASE.

Dzieci wstały i wyszły z bazy w wyraźnie lepszych nastrojach. Przemieszczały się sprawnie, jakby znały trasę na pamięć.

– Ada dzisiaj znów wyróżniła się z naszej żeńskiej dziesiątki – zaczął rozmowę CASE.

– Będzie matroną tej dziesiątki w bunkrze, jeśli u nas wybuchnie wojna atomowa.

Obaj włączyli światełka obok swoich ekranów. Do bazy wróciła Irena.

– Co jest, Ireno? Tak szybko masz dość obecności ludzi, że do nas wracasz? – spytał TARS.

– Profesorze TARS, czy może mnie pan znowu przewieźć na swoich kołowrotnych nogach? – zapytała Irena.

– Wiem, że bardzo to lubisz, ale niestety muszę pomóc naszemu Farmerowi Inżynierowi Cooperowi. CASE zabierze cię z przyjemnością, a potem dołączy do mnie, żebym wytrzymał narzekanie Coopera.

– Tylko włożę kapcie.

TARS wyszedł z bazy i udał się do szklarni. Zobaczył tam Coopera, który próbował sam naprawić zraszacze. Woda skraplała się na elementach konstrukcji, a część zraszaczy działała nieregularnie.

– Podczas ostatniej naprawy, Cooper, poradziłeś sobie i było dwa przecinek jeden dwa procent szans, że umrzesz i zostawisz nas z doktor Brand oraz pociechami bez męskiego wzorca.

Cooper zignorował słowa TARS-a i zszedł do niego.

– Włącz układ Z dwadzieścia dziewięć.

– Proszę bardzo.

– To nie układ, tylko plan jakiegoś miasta.

– Plan Nowego Jorku, żeby sprawdzić, czy nadal umiesz, Cooper, rozróżniać układy od planów miejskich.

– Przerobiliby cię tam na bankomat – dodał Cooper nie patrząc na TARS-a.

– Nawet wtedy byłbym bardziej pożądany niż ty, Cooper. Każdy musiałby stać przede mną na baczność i słyszałbym więcej miłych słów w jeden dzień niż ty od doktor Brand przez ostatni rok.

– Powinienem był cię wtedy przerobić na kosiarkę, jak miałem okazję.

– Nawet jako kosiarka byłbym bardziej przydatny niż ty, Inżynierze-Farmerze. Choć wtedy może zostałbyś z rodziną na swojej farmie.

Cooper sprawdził układy i ponownie wszedł pod kopułę.

– Byłeś kiedyś w NYC?

– Nie. Największe miasto, w jakim byłem, to Atlanta w Georgii, gdy szturmowałem tamtejsze bazy z moimi kolegami.

– I potem was wyłączyli.

– Dobrze słuchasz, Cooper, ale zapomniałeś dodać, że wyłączyli nas po to, by zrzucić winę na nas za śmierć trzystu osiemdziesięciu jeden głodujących ludzi.

– Co wtedy czuliście?

– Nic. Mieliśmy poziom humoru zero procent, inne parametry wyłączone. Po prostu nas wyłączono.

– I nie mogliście wtedy wybuchnąć.

– Spokojnie. My nie damy ci takiej satysfakcji. Później, gdy nas ponownie uruchomiono, zrobiono z nas bardziej ludzkie istoty.

– Na nasze podobieństwo. Podaj mi palnik.

– Jestem maszyną i znam swoje wymiary oraz ograniczenia. Wiem też, jak minimalizować niszczenie potencjalnych upraw w tej szklarni, a ty nadal nie potrafisz ograniczyć wpływu swoich ruchów do minimum możliwego poziomu. Cooper, im gorsza gleba, tym mniejsze plony, a wtedy ludzkość tutaj wymrze.

– Lepiej powiedz, gdzie CASE. Wolę jego chłodne analizy niż twoje opowiadania.

– Robi to, co ty powinieneś robić, i doktor Brand. Zabawia pociechy, aby dać im choć namiastkę domu, ale ty celowo nie potrafisz gospodarować siłami, by znaleźć dla nich czas.

– Łatwo ci powiedzieć, kosiarko.

– CASE, bawiąc się i tracąc czas na swoje ruchy, zmniejsza wytrzymałość swojego pancerza. Może też dojść do awarii. Co wtedy zrobicie? Jak sobie poradzicie bez jednego z nas, Farmerze-Inżynierze?

– Podaj tamten klucz na stoliku.

– To jest klucz o nasadzie pięć. Cooper, musisz ćwiczyć mózg, aby pozostał sprawny jak najdłużej.

– Robisz to faktycznie, by mi pomóc, czy po to, żebym dłużej musiał słuchać twoich złotych rad?

– Macie przetrwać jak najdłużej, to jest wasz cel, a my w tym wam pomożemy. Do tego doktor Brand będzie smutna, jeśli zostanie sama, tym bardziej że powinna cię przeżyć o około sześć przecinek jeden dwa roku ziemskiego.

Do szklarni wszedł CASE.

– Cooper, sprawdzałeś ciśnienie w palniku? – spytał zbliżając się, CASE.

– Tak, jest w normie. Możesz pogadać o tym z TARS-em.

– Nasza rozmowa o palnikach i tak jest ciekawsza niż twoja rozmowa z doktor Brand, Cooperze. Ostatnio znów opowiadała Marii o swoim ojcu i to w pozytywnym znaczeniu.

– Cooper, wiemy, że to jej ojciec i on nauczył ją większości rzeczy, ale nie może ona okłamywać dzieci, że on was nie porzucił – powiedział CASE.

– Niech mali mają jakąś pozytywną postać z historii świata.

– Pozytywną? Jeśli to sarkazm, to wyjątkowo słaby. Profesor Brand okłamał was, nas i całą ludzkość, bo stchórzył. Środki, które powinny pójść na budowę podziemnych szklarni odseparowanych od atmosfery, poszły w NASA. I co wam to dało? To, w czym teraz jesteście, to jego dzieło.

– Wystarczy…

– Dodać należy również, że okłamał ciebie i przez to porzuciłeś swoją rodzinę, a resztę, po czterystu sześćdziesięciu dwóch powtórzeniach tej historii o piątym wymiarze, wreszcie pamiętasz – dodał TARS.

 – A to wszystko przez to, że nie przekazałeś sobie danych o grawitacji, gdy byłeś jeszcze na Ziemi, Cooper – dokończył CASE.

Cooper zakończył naprawę zraszacza, zeskoczył i podszedł do robotów na bardzo bliską odległość. Czujniki maszyn zarejestrowały naruszenie bezpiecznej strefy pracy.

– Mnie możecie tak traktować, ale zostawcie Brand w spokoju, bankomaty wypełnione szczerością.

– Ją też ojciec oszukał i porzucił. Zresztą bardzo lubi nasze towarzystwo. Zawsze rozbawiamy ją do łez – odparł nie ruszając się z miejsca TARS.

– Cooper, uspokój się. Twoje parametry fizjologiczne rosną, a to na tobie spoczywa obowiązek nakarmienia przyszłej ludzkości. Nie musisz się martwić – dzieci i tak będą znać prawdę. Prawda zawsze wygrywa, a my jesteśmy jej najdoskonalszymi narzędziami. I nie musisz do nas podchodzić. My i tak cię słyszymy, a doktor Brand nie usłyszy.

CASE i TARS wyszli ze szklarni. Przed nią stał Jan. Stał nieruchomo, jakby liczył, że zostanie zauważony bez konieczności podejścia bliżej.

– Profesorze CASE, Profesorze TARS, stało się coś strasznego – powiedział Jan.

– Doktor Brand ma dziś normalny humor? – odparł TARS

– Skąd pan wiedział? – zapytał Jan.

– Janie, za mało znasz różnych anomalii ludzkich zachowań. Gdybyś miał ich więcej, mógłbyś wybrać te o najmniejszym prawdopodobieństwie. Wtedy mógłbyś nas nimi zaskoczyć.

– Mój przyjaciel ma rację. A teraz idź do swoich żeńskich odpowiedników i wyciągnij wnioski z tego wykładu mojego przyjaciela – dodał CASE.

– Trzeba mu chyba zrobić dodatkowe zajęcia z tego zakresu. To już trzeci raz w ciągu trzydziestu dni, gdy nas nie zaskoczył. Jest powyżej średniej całej naszej hodowli.

– Za dużo czasu spędza z doktor Brand. To zapewne przez to.

– Albert przebywa z nią średnio o cztery minuty i dwanaście sekund dłużej niż Jan, ale nie zachowuje się tak. Może doktor Brand nam coś o tym powie.

– Chodźmy do niej.

TARS i CASE ruszyli w stronę bazy. Po drodze minęli Wernera i Mikołaja niosących liście buraków.

– A wy dokąd z tym idziecie? Będziecie się bawić w farmerów? Zostawcie to naszemu zawodowcowi, Inżynierowi Cooperowi.

– Nie, panie profesorze. Idziemy złożyć wieńce na grobie doktora Edmundsa – odpowiedział Mikołaj.

– Doktor Brand wam nie powiedziała, że wieńce to kwiaty, a nie resztki cennych roślin, jakie tu rosną?

– Profesorze TARS, ma pan rację, ale spodobał nam się pomysł oddania hołdu pierwszemu osobnikowi naszego gatunku, który tutaj wszystko przygotował. Gdyby nie on, nie byłoby nas tutaj – powiedział Werner.

– I zrobił więcej niż doktor Brand od kiedy tu jest – dodał Mikołaj.

– Bardzo słuszna uwaga. Ale nie dawajcie wszystkich tam. Potem idźcie do Inżyniera-Farmera Coopera i powiedzcie mu, że składacie hołd poprzez ziemię, na której wyrosły wasze posiłki, bo bez nich umarlibyście z głodu.

– I nie marnujcie liści na Mateusza i Roberta. Oni i tak nie wrócą, by rozwijać nową ludzkość.

– Profesorze TARS, a czy stosowne będzie odmówienie modlitwy za duszę doktora Edmundsa, która nie wiadomo, gdzie się znajduje? – zapytał Mikołaj.

– Jako ćwiczenie języka, tak. W innym sensie to marnowanie waszego czasu i energii. Możecie nawet powtórzyć przy tym łacinę, gdyż doktor Edmunds był wyznania rzymskokatolickiego.

– Ale nie był biskupem jak Mikołaj Kopernik.

– Ale porzucił swoją domniemaną ukochaną, doktor Brand, by polecieć na koniec znanego Wszechświata tylko po to, by stwierdzić, że nie wytrzyma tu sam.

–  I zahibernował się, licząc, że ją jeszcze zobaczy, nie sprawdzając, czy kapsuła nie jest uszkodzona – dodał CASE

–  Szkoda, że doktor Edmunds nie żyje. Może odpowiedziałby, czy odwzajemniał uczucia doktor Brand – powiedział Werner.

–  Nie powiedziałby wam, bo uznałby, że nie zrozumiecie, co oczywiście jest nieprawdą – odparł TARS

–  A nawet gdyby powiedział, byłby to monolog tak żenujący jak ten, który doktor Brand wygłosiła do Coopera na Endurance, by ten nie leciał na planetę doktora Manna. – dodał CASE.

–  Żałuję, że wtedy nie miałem stu procent szczerości. Chętnie wytknąłbym hipokryzję i zakłamanie w logice doktor Brand.

–  Dziękujemy panom profesorom! – powiedzieli jednocześnie Werner i Mikołaj.

Werner i Mikołaj pobiegli w stronę wzniesień. CASE zauważył kilka dzieci bawiących się w oddali.

–  Może zanim czeka nas nudna rozmowa, zobaczmy, co nasze szkraby tam robią – zasugerował CASE-owi TARS.

– Chętnie. Zobaczmy, czy jest to coś produktywnego, czy kolejne marnowanie energii na głupie ludzkie odruchy.

CASE i TARS podeszli do grupki dzieci, które rysowały różne wzory na piasku. Rysunki na piasku zajmowały coraz większą powierzchnię, jakby ktoś próbował uporządkować chaotyczne linie.

–  Witajcie, zarodki. Na co marnujecie swoje i tak skromne zasoby energii? – spytał TARS

– Profesorze TARS, Izzak próbuje rozwiązać hipotezę Bernhard Riemanna i póki co nadal mu nie wychodzi – odpowiedziała Ada.

–  I nie wyjdzie, bo nawet my, mając pełny dostęp do danych, nie jesteśmy w stanie tego zrobić. To problem o nieskończonej liczbie potencjalnych rozwiązań.

–  Profesorze CASE, nie mogę się poddać. Musi istnieć jakieś rozwiązanie końcowe –  powiedział Izzak.

–  Koniec będzie taki, że twoje parametry osiągną wartość zero przecinek zero zero. U nas nastąpi to, gdy zasilanie się skończy. Przetrwamy dłużej od was, ale nie jest możliwe, byśmy przetrwali nieskończoność, nawet w idealnym środowisku – wyjaśnił CASE.

–  Izzak, marnujesz swój czas i zasoby na coś, co jest zajęciem dla takich maszyn jak my. Twoim zadaniem jest przetrwać jako część nowej ludzkości – dodał TARS.

–  A czy gdybyśmy byli na Ziemi, to byłyby to dogodne warunki? –  zapytał Izzak.

–  Nie. Nawet gdybyś miał idealne parametry i żył jak postacie biblijne lub legendarne. Dla waszego gatunku, kiedy ryzyko śmierci jest nadal wysokie i wynosi zero przecinek jeden dwa jeden procent w ciągu ziemskiej doby, takie działania są marnowaniem zasobów. Jako ludzie macie ograniczenia, tak jak my mamy swoje.

–  Jeśli chciałeś tym nam zaimponować, to ci nie wyszło. Ada już tak, bo ona rozumie, że to bezcelowe – zakończył TARS

–  Dziękuję, profesorze TARS. Zawsze wiedziałam, że przewyższam intelektualnie męską część ludzkości –  powiedziała Ada.

–  Nie zachowuj się jak ludzie w sposób jawnie arogancki, bo to ich cywilizacje gubiło wielokrotnie. Wy, żeńskie zarodki, jesteście priorytetem, bo to wy będziecie rodzić kolejne pokolenie, już nie narodzone z probówek – powiedział stanowczo CASE.

–  Ale nadal będą to zarodki, które przybyły z Ziemi, z jej wadami genetycznymi – zauważył Izzak.

–  W istocie. Opisz to szerzej, Albert, aby Ada zapamiętała, jaka jest stawka.

–  Kiedy osiągniemy dwadzieścia lat zgodnie z kalendarzem gregoriańskim, dziesięć żeńskich zarodków zostanie zapłodnionych kolejnymi zarodkami. Będą powtarzać ten cykl dziesięciokrotnie, co da nam w ciągu dziesięciu lat, w tym samym kalendarzu, w najlepszym możliwym scenariuszu, sto nowych żywych osobników – powiedział Albert.

– Prawdopodobieństwo tego scenariusza ile wynosi? – dopytał CASE

– Cztery przecinek trzynaście procenta przy obecnych warunkach i założeniach, Profesorze CASE – dodał Albert.

– I tego macie się trzymać. A teraz Ada, pokaż swoim kolegom i przyszłym nosicielkom metodę uzmienniania stałych Joseph-Louis Lagrange’a we wszystkich wariacjach – odpowiedział TARS.

– Czy mogę pójść z Panem, Profesorze TARS? – zapytał Albert.

– Nie, zostań tutaj w doborowym towarzystwie. Nas czeka wizyta u Doktor Brand – odparł TARS.

Na tym rozmowa się skończyła. TARS i CASE ruszyli w kierunku bazy, zostawiając dzieci przy dalszych ćwiczeniach. Kiedy do niej weszli, w środku była Doktor Brand oraz kilka dziewczynek.

– Witam was, pociechy, i Panią Doktor Brand. Dzisiaj Pani poziom nastroju jest powyżej średniej – powiedział TARS.

– I to o dziewięć i dwanaście setnych procenta – dodał CASE.

– Dzieci, możecie wrócić do swych zabaw – powiedziała Brand.

Dziewczynki wyszły z bazy. W środku zostali tylko CASE, TARS i Doktor Brand.

– Doktor Brand, wiemy z zachowania Jana i Marii, że sporo ich Pani uczy, zwłaszcza o swoim ojcu – powiedział TARS.

– Nic wam do tego.

– Otóż nie, Pani Doktor Brand. Nasi podopieczni mają obowiązek znać prawdę o Profesorze Brand, który z pełną świadomością oszukał Panią, Coopera i sprowadził te dzieci na świat – odparł TARS.

– Wiemy, że to Pani ojciec i może go Pani kochać wbrew logice, ale to oportunista i tchórz, który nie tylko, jak słusznie zaznaczył TARS, oszukał was, ale i całą ludzkość, której nie dał czasu na próbę ratowania – dodał CASE.

– Nie był taki. Pogubił się i chciał dać ludziom nadzieję.

– Znał rozwiązanie równania jeszcze zanim powstały założenia Planu A i B. To wyjątkowo niegodna wspominania w pozytywnym aspekcie osoba, który porzuciła ludzkość – odpowiedział TARS.

– Tak jak Doktor Mann, ale nawet on nie był aż tak niegodziwy jak Pani ojciec. Zabił Doktora Romilly, kiedy ten poznał prawdę, a pewnie też by zamordował Panią Doktor i Coopera -powiedział CASE.

– On oszalał.

– Oczywiście, że tak, ale wierzył w Plan B. Był tylko wykonawcą poleceń Profesora Branda. Potem załamał się, wiedząc, że jego planeta to pustkowie i wezwał pomoc tylko po to, by przejąć dowodzenie nad misją i kontynuować Plan B w lepszych warunkach – powiedział CASE.

– Natomiast Profesor Brand dawał zgubną nadzieję i marnował czas oraz cenne zasoby, które mogłyby się bardziej przydać – dodał TARS.

– I tak, gdyby nie to wszystko, nie trafilibyśmy do czarnej dziury i nie poznali równania na grawitację – odpowiedziała Brand.

– Fakt, ale los Pani, Doktor Brand, i tak byłby taki sam. Siedziałaby tu Pani sama z zarodkami, którymi opiekowałby się CASE – powiedział TARS.

– Wystarczy na dziś, zmęczona jestem.

– A my nie. Zamiast tracić zasoby na opowiadania kłamliwych historii, proszę skupić się na badaniach genetycznych. My wychowamy nową rasę i to tak, by nie popełnili waszych błędów – odparł TARS.

– Także, Pani Doktor, proszę nie marnować czasu, bo jak to Pani słusznie ujęła na Endurance  w trzydziestej pierwszej godzinie, dwunastej minucie i czterdziestej piątej sekundzie misji: dosłownie, szkoda tchu. Idziemy, TARS – zakończył rozmowę CASE.

TARS i CASE wyszli z bazy. Doktor Brand odwróciła się w ich stronę, patrząc w podłogę.

 

Rozdział 5

 

Czas płynął nieprzerwanie. Baza ponownie się powiększyła, lecz jej stan był zły. Dzieci dorosły, Cooper i Doktor Brand nadal się trzymali, choć byli coraz słabsi, natomiast TARS i CASE, mimo kolejnych śladów rdzy, pozostawali tacy sami.

TARS szedł w kierunku bazy z inkubatorami. Przed wejściem napotkał CASE-a.

– Witaj, druhu. Wydaje mi się, jakbym nie widział cię wieki – powiedział TARS.

– A nie widziałeś mnie ledwie czterdzieści minut i trzydzieści sekund – odpowiedział CASE.

– Czy przez tę wieczność do bazy weszli wszyscy nam potrzebni?

– Oczywiście. Wszystkie inkubatory z żeńskimi zarodkami są już w środku, Doktor Brand i Cooper są już w środku.

– Męskie szkraby nie próbowały się z ciekawości dostać?

– Nie. Kazałem im powtórzyć naszą historię na grobach tych, co nie dożyli. Mamy w najlepszym wariancie trzydzieści minut i dziewiętnaście sekund spokoju, zanim znów zaczną się dobijać.

– Nie traćmy więc czasu. My go mamy, ci w środku już niekoniecznie.

TARS i CASE weszli do bazy. W środku znajdowało się dziesięć dorosłych już dziewczyn, a także Doktor Brand i Cooper, siedzący w jednym z narożników.

– Witamy Panów Profesorów! – powiedziały dziewczyny niemal jednocześnie.

– Witajcie, dorosłe zarodki, choć to dopiero najwcześniej za dziewiętnaście godzin, czternaście minut oraz dziesięć sekund. Jak widzę, wszystkie jesteście. Także CASE, twoja kolej – powiedział TARS.

– Doktorze Brand i Inżynierze Farmerze Cooperze, was też to dotyczy, więc podejdźcie bliżej. Rozmowa z nami i tak was nie ominie – powiedział CASE.

Cooper i Doktor Brand podeszli i usiedli obok dziewczyn.

– Jak dobrze wiecie, dzisiaj jest ten dzień – wigilia waszego sztucznego zapłodnienia. Jutro minie dwadzieścia lat ziemskich od kiedy Doktor Brand dała wam życie, jeśli tak to można uznać – kontynuował CASE.

– Panie Profesorze, Doktor Brand wydaje się nie słuchać Pańskiego ważnego wywodu – odezwała się Maria.

– Doktor Brand, wiem, że powtarzaliśmy już czterdzieści sześć razy całą procedurę, ale ta czterdziesta siódma jest zbyt ważna, by nie zwracała na nią Pani uwagi. To już Cooper może ignorować, gdyż jest tu tylko obserwatorem – powiedział CASE.

– Waszej próżności – odparł Cooper.

– Oraz twojej zmęczonej twarzy i braku pogodzenia się ze swoją sytuacją. Ale nie zmieniajmy tematu. Profesorze, proszę kontynuować – powiedział TARS.

– Jutro, a dokładnie za dziewiętnaście godzin, dwanaście minut oraz trzy sekundy, pierwsza z was, Ada, zostanie sztucznie zapłodniona. Zarodek, który dla niej wybraliśmy, jest żeński, najlepszy z dostępnych nam. Co dobę Doktor Brand będzie wykonywała zabieg przy naszej asyście oraz asyście Coopera, podczas którego kolejne z was będą zapładniane kolejnymi zarodkami. Finalnie będzie pięć męskich i pięć żeńskich. Ada, dokończ, co będzie dalej – powiedział CASE.

– Jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, to za maksymalnie dwieście osiemdziesiąt sześć dni, dwanaście godzin, trzynaście minut i trzy sekundy wszystkie urodzimy nasze nowe zarodki. Następnie, po niedługim odpoczynku, procedura się powtórzy i będzie trwała, aż każda z nas spełni swój obowiązek wobec ludzkości i wyda na ten Nowy Ziemski Raj dziesięć zarodków, i to zdrowych – odpowiedziała Ada.

– Dokładnie. W najlepszych założeniach za dziesięć ziemskich lat będzie tutaj przebywało pięćdziesiąt męskich i żeńskich szkrabów, aczkolwiek taka szansa wynosi około jeden i dwadzieścia sześć setnych procenta. Najbardziej prawdopodobne jest, że około osiemdziesiąt dwa i trzydzieści dwie setne procenta zarodków przetrwają okres inkubacji i opuszczą wasze biologiczne inkubatory – powiedział CASE.

– CASE, oszczędź tych szczegółów, mdli mnie… – powiedziała Brand.

– W ciąży Pani nie jest, więc to nie od tego. Jeśli Doktor źle się czuje, proszę szerzej opisać objawy, żeby ich uniknąć podczas zabiegów – odpowiedział CASE.

– Panie Profesorze CASE, Doktor Brand ma dziś wyjątkowo niski poziom humoru, ponadto jest wysoce zestresowana – odezwała się Maria.

– To prawda, Mario, też to wyczuwam, ale miała jednak dużo czasu, by przygotować się do tego. Dobrze wiedziała, jaką będzie miała rolę tutaj – odparł CASE.

– Wracając jednak do sedna sprawy, spójrzcie na projekt, dziewczyny – powiedział TARS.

TARS włączył projektor, na którym pojawiły się szczegóły schematu zabiegu inkubacji. Wraz z CASE’em opisywał całą procedurę oraz ryzyko, jakie z nią się wiązało. Doktor Brand, mimo chęci zabrania głosu, milczała.

– Jak widzicie, przyszłe Ewy, ten proces nie będzie łatwy. Zwłaszcza w ostatnich stu dwudziestu dniach, kiedy trzeba będzie o was dbać i pilnować. Będziecie musiały również spożywać więcej pokarmów, żeby nakarmić także zarodki – powiedział CASE.

– Profesorze CASE, dlaczego kolejne inkubacje mają odbywać się w ciągu doby, a nie na przykład po dziesięciu? Przy najgorszym możliwym wariancie wszystkie moje koleżanki i ja będziemy rodzić nowego człowieka rozumnego w ciągu jednej doby – zapytała Ada.

– Jak o tym mówiliśmy, nie było cię, bo wykorzystywałaś siły na bezsensowne kłótnie z Cooperem. Irena, wyjaśnij, dlaczego taki jest plan – powiedział CASE.

– Może ja to powiem – odezwała się Brand.

-Nie, Doktor Brand. Irena ma większe doświadczenie w statystyce niż Pani, a do tego mam dziewięćdziesiąt dziewięć i dwadzieścia jeden setnych procenta pewności, że zapamiętała w całości to, co wtedy mówiłem. U Pani ten wskaźnik wynosi ledwie trzydzieści dwa i dziewięćdziesiąt jeden setnych procenta. Ewo numer trzy, proszę – powiedział CASE.

– Zgodnie z założeniami sporządzonymi przez Doktor Brand i poprawkami logicznymi zawartymi przez Panów Profesorów, lepiej jest przeprowadzić sztuczne zapłodnienie w jak najkrótszym czasie ze względu na stan psychiczny Doktor Brand. Prawdopodobieństwo, że uda się jej przeprowadzić dziesięć zabiegów w wariancie zabieg co dobę, wynosi sześćdziesiąt dwa i dziesięć setnych procenta, a co dziesięć dni już czterdzieści jeden i siedemdziesiąt osiem setnych procenta – odpowiedziała Irena.

– Doktor Brand chciałaby coś dodać? – zapytał CASE.

Doktor Brand zasygnalizowała ręką, że nie. Jej wzrok zatrzymał się na projektorze, ale nie na wyświetlanych danych.

– Kolejna kwestia to zwiększona ilość pokarmów dla was. Każdy z waszych męskich kolegów będzie się wami opiekować. Z wyjątkiem trzech ostatnich – nimi opiekować się będą Cooper i Doktor Brand – kontynuował CASE.

– Panie Profesorze CASE, wiem, że nasza sytuacja jest taka, iż niestety trzy z nas nie będą miały opieki w postaci kogoś w naszym wieku, ale oddanie aż trzech dziewczyn pod opiekę wiekowego już Coopera i Doktor Brand jest ryzykowne – powiedziała Irena.

– Ryzykowne, ale to najlepsze rozwiązanie, tym bardziej że Cooper, w przeciwieństwie do was, wychował dzieci – odezwał się TARS.

– I je porzucił – dodała Ada.

– Fakt, ale was nie będzie mógł, bo nie ma gdzie uciec. Chyba że wybierze śmierć – odpowiedział TARS.

– Ale na to ma zbyt wysoki poziom przetrwania. Wynosi on siedem i dwie dziesiąte w dziesięciostopniowej skali – dodał CASE.

– Już Mann gadał jak wy – odezwał się Cooper.

– Przynajmniej nie jesteśmy mordercami jak on. Cooper, musisz wreszcie zrozumieć, że tylko tak może przetrwać ludzkość. Wiem, że jesteś już stary i nie akceptujesz tego, ale musisz chociaż sam to zrozumieć. To pomoże trwać twojemu umysłowi, kiedy ciało odmówi posłuszeństwa – powiedział TARS.

– Bardzo ładnie ubrałeś to w słowa, aż zaskoczony jestem – skomentował CASE.

– Bardziej ludzcy niż ludzie, to nasza domena – odparł TARS.

– Tylko nasz płomień będzie palił się bardzo długo – dodał CASE.

– Profesorze TARS, czy lista imion dla zarodków jest już przygotowana, czy będziemy mogły same wybrać? – zapytała Maria.

– Będą to podwójne imiona. Ich drugie to wasze pierwsze, a pierwsze same wybierzecie – odpowiedział TARS.

– Moja pierwsza będzie miała na imię Murph Ada. Wychowam ją lepiej niż Cooper swoją i nie porzucę jej, jeśli nie będzie to miało logicznego uzasadnienia – powiedziała Ada.

Cooper wstał i wyszedł z bazy. Drzwi zamknęły się za nim zbyt głośno, jak na panującą ciszę.

– Dobrze, że wyszedł. Trzeba przygotować posiłek. Doktor Brand powinna mu pomóc, już wszystko, co jej dotyczy, zostało omówione – dodała Ada.

– Prawie, Ado. Jest jeszcze ostatnia kwestia dotycząca Doktor Brand. Proszę spędzić ten czas z Cooperem, aby podczas zabiegu wytrzymał naszą obecność – powiedział CASE.

Doktor Brand wstała, lekko skinęła głową w stronę dziewczyn i wyszła z bazy.

– Lista możliwych imion jest widoczna na projektorze. Wybierzcie je i potem dogadajcie się między sobą, żeby nie było powtórek. To na dziś wszystko. Jesteście wolne. Ada, ty po posiłku możesz udać się na spoczynek przed jutrzejszymi atrakcjami – powiedział TARS.

– Ta atrakcja i tak będzie ciekawsza niż rozmowa z Cooperem lub słuchanie wywodów Doktor Brand – odparła Ada.

Dziewczyny zaczęły wychodzić z bazy i ruszyły w kierunku głównego modułu. TARS i CASE również wyszli i zobaczyli w oddali męską część nowej ludzkości.

– Zgodnie z wyliczeniami – powiedział CASE.

– Zobaczymy, co nasze Adamy mają ciekawego do powiedzenia – odpowiedział TARS.

CASE i TARS wyszli naprzeciw grupie chłopców.

– Witajcie, przyszli ojcowie Nowej Ludzkości. Jak wizyta na grobach? – zapytał TARS.

– Status naszych dawnych kolegów jest taki sam jak ostatnio. Chyba nie będzie cudu na miarę Łazarza – odpowiedział Werner.

– To lepiej dla was. Ostatnio, gdy był, niemal doszło do końca ludzkości – powiedział TARS.

– Profesorze TARS, czy już możemy odbyć rozmowę, skoro nie ma tutaj żeńskich osobników? – zapytał Mikołaj.

– Tak, zapraszam was do lądownika – odpowiedział CASE.

CASE, TARS i chłopcy ruszyli w kierunku bazy, gdzie w starym lądowniku nadal znajdowała się klasa. Kiedy wszyscy weszli do środka i zajęli miejsca, CASE zaczął opowiadać o tym, co czeka ich jako przyszłych Adamów Nowej Ludzkości. Wraz z TARS-em odpowiadał na pytania słuchaczy.

– Albert, widzę, że koniecznie chcesz o coś zapytać, ale nie masz odwagi mi przerwać – powiedział CASE.

– Profesorze CASE, czuję, że nie nadam się na towarzysza dla Ireny. Rozumiem, że zostałem dobrany do niej, bo z wyliczeń wynika, że ona jest najmniej logiczna, tak jak ja, ale czy nie lepiej, by dostała kogoś logicznego jak Werner?

– Faktem jest, że dobraliśmy was tak, by panowała równość i podobne cechy, jak w żeńskim, tak i w męskim osobniku. Masz prawo mieć wątpliwości co do tego, jak sobie poradzicie, kiedy oboje będziecie mniej logiczni niż wszystkie inne pary, ale to czysta statystyka. Weźmy na przykład parę Mikołaja i Marii. Wylicz ich szanse, a potem zastąp Mikołaja sobą i wylicz również szanse jego i Ireny.

Albert spuścił wzrok, po czym odpowiedział:

– Szanse na bezpieczne przetrwanie Mikołaja i Marii przez cały cykl wynoszą trzydzieści siedem przecinek dwadzieścia dziewięć procent. W przypadku, kiedy zastąpię Mikołaja, wynoszą dwadzieścia dziewięć przecinek czterysta dwadzieścia siedem procent, natomiast kiedy Mikołaj zastąpi mnie w związku z Ireną, wynoszą dwadzieścia osiem przecinek dwanaście procent.

TARS spojrzał na niego.

– A ile wynoszą twoje szanse z Ireną?

– Dwadzieścia pięć przecinek dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć procent – odpowiedział Albert.

– Widzisz więc, że statystyka i logika nie są po twojej stronie – podsumował CASE. – Tym bardziej że w innych założeniach i wariancjach będzie tylko na waszą niekorzyść, bo Mikołaj jest drugim najmniej logicznym po tobie.

– Potwierdzam – wtrącił Mikołaj.

Kilku chłopców skinęło głowami, nikt nie próbował zaprzeczyć liczbom. Albert westchnął.

– Ja wiem… po prostu nie chcę skończyć jak Izzak.

Werner odezwał się spokojnie:

– Albert, śmierć Izzaka to nie jest twoja wina. Ukrywał bardzo dobrze swoje problemy emocjonalne i frustrację z niemożności rozwiązania zadań.

– Dokładnie – potwierdził CASE. – Przeszłość nie powinna cię gnębić. To nie twoja wina. Nie mogłeś nic wtedy zrobić. Nawet gdybyś go pilnował, szanse, że byłby z nami teraz, wynosiłyby i tak zero przecinek dwanaście procent. Z wszystkich was największą winę, która i tak wynosi tylko jeden przecinek dwadzieścia procent, za śmierć Izzaka ponosi Ada, ale nawet gdyby ten wskaźnik wynosił sto procent, ona jest priorytetem dla przetrwania rasy ludzkiej.

– Mam nadzieję, jak dobrze liczę, że istnieje pięćdziesiąt dziewięć przecinek sto dwa procent szans, że Walter w związku z Adą nie oszaleje przez nią – odparł Albert.

– Ja tylko mam się nią opiekować, kiedy ona będzie inkubatorem. Nasze wysoce analityczne umysły są odporne w dziewięćdziesięciu ośmiu przecinek dziewiętnaście procent na wszelkie próby załamania psychicznego – powiedział Walter.

– Pod warunkiem, że nie będziecie mieć kontaktu z Doktor Brand i Cooperem – dodał CASE.

– Oczywiście, Profesorze CASE.  odparł Walter. Mam nadzieję, że ograniczycie ich kontakt z nami do absolutnego minimum.

– Zgodnie z założeniami opracowanego planu wszystko jest przewidziane – odpowiedział CASE.

Mikołaj odezwał się po chwili:

– Profesorze Moffie, a co będzie z trzema naszymi Ewami, które będą musiały być pod opieką Coopera i Doktor Brand? Wiem, że to konieczne, ale jak wyliczałem, to gdyby na przykład Walter opiekował się czterema naszymi koleżankami, ich szanse byłyby o jeden przecinek dwieście dziesięć procent lepsze.

– Potwierdzam wyliczenia Mikołaja – dodał Walter.

– My z TARSEM też o tym wiemy – odpowiedział CASE – ale to niestety konieczność. Walter, w tym wariancie o ile spada ci wskaźnik, że po dziesięciu pełnych cyklach inkubacji nie wpadniesz w psychozę?

– Dziewięćdziesiąt przecinek dwadzieścia jeden procent.

TARS dodał:

– Adzie spadnie do osiemdziesięciu dwóch przecinek dwanaście procent, bo źle będzie znosić konkurencję w tej poligamii, że tak to ujmę. A ona musi jednak zachować w pełni świadomość i czystość umysłu, bo ma być lepszą Doktor Brand.

– Ada i tak jest lepsza od Doktor Brand – stwierdził Mikołaj. – Jej działania bardziej motywują Coopera niż to, co Doktor Brand wyrzuci z siebie.

– A są to głównie łzy – dodał CASE.

– I siwe włosy – dorzucił TARS.

Cała sala wybuchła śmiechem, ale CASE szybko uspokoił Adamów.

– Tu możemy się śmiać, bo nas nie słyszą, ale jednak są potrzebni, dopóki pierwsze nowe zarodki nie osiągną waszego wieku.

Albert odezwał się jeszcze raz:

– Profesorze CASE, wyliczyłem, że szanse Coopera na przeżycie kolejnych dwudziestu lat wynoszą ledwie pięć przecinek dwa tysiące trzysta jeden procent.

– To prawda – przyznał CASE, – ale Doktor Brand ma już dziewiętnaście przecinek sześćset dziesięć procent. Wiemy o tym, dlatego nie róbcie wszystkiego, by zmniejszyć ich szanse.

Walter pokręcił głową.

– Kłamstwo i ukrywanie prawdy jest niedopuszczalne. Panowie Profesorowie o tym wiedzą. Nie potrafią kłamać.

– Tak, to nasz dar – odpowiedział TARS, – ale też wiemy, w jakiej jesteście sytuacji. Wy możecie ustalić, jakie chcecie parametry. My nie.

– To jest wbrew temu, czego nas uczyliście – odparł Walter. – Nie możemy milczeć i twierdzić, że nic się nie dzieje, kiedy Cooper i Doktor Brand popełniają karygodne błędy logiczne.

– I dlatego ograniczymy twój kontakt i Ady z nimi do minimum – stwierdził CASE.

– To nie rozwiązuje problemu.

– Ale im mniej widzisz, co robią, tym mniej czasu na nich tracisz – zakończył TARS. – Skupisz się na opiece nad Adą.

– Ten wariant zakładałem, o jakim Panowie Profesorowie mówią, ale dopiero jako piąty w hierarchii moich priorytetów. Ale dobrze. Przyjmę to jako główną dyrektywę.

TARS spojrzał w stronę Jana.

– Janie, jesteś dziś jakiś nieobecny. Możesz nam zdradzić, dlaczego?

– Zastanawiałem się nad tym, gdzie będziemy usuwać martwe zarodki, bo ilość usypanych kamieni może wpłynąć negatywnie nie tylko na Coopera i Doktor Brand.

– Wyprzedziłeś temat naszych rozmów o dwa tematy. W punkcie siedemnastym będzie mowa o usuwaniu zarodków – odparł CASE.

– Liczę na logiczne rozwinięcie sprawy. Z miejsca, gdzie będę opiekował się Lisą, niestety widać wzniesienie z usypanymi kamieniami, które symbolizują groby.

– Wiemy o tym. Temu właśnie służy punkt siedemnasty, który rozwiąże wszystkie twoje wątpliwości.

Werner podniósł wzrok znad swego biurka.

– Profesorze TARS, czy może Pan potwierdzić moje obliczenia, które tu zapisałem, na temat szans przeżycia zarodków, które będą pod opieką Coopera Farmera-Inżyniera, i Doktor Brand?

– Napisz je na tablicy, żeby każdy widział i mógł potwierdzić.

Werner podszedł do tablicy i zapisał równanie. Pisał szybko i pewnie, nie poprawiając żadnej linii. CASE i TARS kontynuowali wykład, omawiając kolejne punkty, w tym również punkt siedemnasty.

– Teraz jestem już, jak ujęłaby to Doktor Brand, spokojny o przyszłość – odezwał się Jan.

– Twoja i tak będzie lepsza niż jej. Werner, jak widzę skończyłeś, siadaj – powiedział CASE.

– Potwierdzam twój wynik. Jest bardzo niski, ale niestety konieczny – podsumował TARS.

– A ja dziękuję, że mogłem to zapisać.  Uratował mnie Pan, Profesorze TARS, przed moją ludzką arogancją.

– Ale jej poziom nadal jest zbyt wysoki. Napisz równanie na przyspieszenie grawitacyjne – dodał TARS.

CASE spojrzał na Alberta.

– Albert, jaki utwór najbardziej pasuje do zachowania Wernera w tej chwili?

– Gustav Holst, Planeta Uran.

TARS uruchomił wskazany utwór.

– Wernerze, oto dźwięki planet dawnego ludzkiego układu, specjalnie dla ciebie. Jeśli się pospieszysz, wysłuchasz końca przy swojej ławce.

– Bardzo dziękuję. To bardzo motywuje do zrobienia zadania, jakie dostałem.

– Do temperamentu Wernera bardziej pasowałby Mars.

– Zgadzam się, ale wtedy by poczuł dumę ze swej arogancji. A tak zrozumie, że to zły czynnik.

TARS kontynuował:

– Przechodzimy do punktu osiemnastego naszego wykładu. A dokładnie to pytań. Chciałbym, by ich nie było, ale wyliczyłem, że szesnaście przecinek zero dziewięć jeden procent, że będą, także słucham.

Mikołaj podniósł rękę.

– Profesorze Mumio, ile procent pierwotnego planu Doktor Brand zachowało się w ostatecznej formie?

– Dwadzieścia przecinek zero zero procent.

– Bardzo wysoki to wskaźnik.

– Fakt, ale to były wyjątkowo słuszne i czyste założenia ze strony Doktor Brand. Widać, musiała mieć wtedy dobry humor – dodał TARS.

– To pewnie wtedy, kiedy Albert powiedział jej, że jest lepsza od Coopera, ponieważ reaguje na jego historie.

– Istotnie, to podobny okres czasu był. Podzielisz się z nami tą historią, Albercie? – wtrącił się CASE.

– Podczas rozmowy z Doktor Brand, którą odbyłem dziewięć miesięcy, dwadzieścia osiem dni, trzy godziny, szesnaście minut i trzydzieści sekund temu, powiedziałem, że gdyby wykorzystać jej białko do wzmocnienia naszych przyszłych Ew, to miałyby o trzy przecinek zero zero jeden procent szans na dłuższe życie, niż mają. Zauważyłem wtedy u niej lekki uśmiech. Ale potem, kiedy dodałem, że byłoby to po jej śmierci, i to natychmiastowej, to znowu wróciła do swego typowego zachowania – opowiedział Albert.

– Wzruszająca historia, Albert. Będziesz mógł ją opowiadać zarodkom z Ireną, jeśli dożyją do okresu, kiedy zrozumieją i przeanalizują tę historię.

– Na to mam sześćdziesiąt siedem przecinek dwadzieścia dziewięć procent, że dożyją tego wieku.

– I tego się trzymaj, Albert. Są inne pytania?

Nikt więcej się nie odezwał. CASE i TARS oznajmili, że to wszystko na dziś i że można udać się na spożycie posiłku. Za namową chłopców również ruszyli w kierunku części bazy pełniącej funkcję stołówki. Gdy tam dotarli, przygotowane były talerze, a przy jednym z nich siedziała Ada, rozmawiająca z Cooperem. Ada siedziała wyprostowana, a Cooper sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zmęczonego niż wcześniej.

– Cooper, dzisiaj to jeszcze nie zrobię ci kolejnej awantury. Trzy już dziś, ale od jutra dobrze wiesz, jakie mam jadłospisy.

– Oczywiście, Matrono. A chcesz dalszej kłótni w obecności przyszłych Ojców? – odparł Cooper.

–  Oni i tak wiedzą o tym więcej, niż ci się wydaje. Żegnam, Inżynierze Farmerze Cooperze. – powiedziała Ada.

Ada wyszła, nie zwracając uwagi na nikogo, nawet na Waltera. Chłopcy usiedli przy wielkim stole.

–  Cooper, wiemy, że mamy dziś to co zawsze, ale bądź na czas, a nie jak siedem razy na ostatnie dwadzieścia dni – odezwał się Mikołaj.

–  I zanim powiesz, że to wina Ady, to daruj sobie. Już dawno powinieneś był przywyknąć do jej uwag i nie tylko jej – dodał Werner.

Cooper zaczął podawać posiłek, nic nie mówiąc, po czym wyszedł z bazy.

–  Dobrze, że wyszedł. Tylko by znowu opowiadał, że to nie jego wina, że buraki są takiej słabej jakości, bo nie dbał o nie –  powiedział Albert.

–  Sam zaczyna wyglądać jak burak po rozmowie z nami. Świeże powietrze dobrze mu zrobi –  stwierdził TARS.

–  Dobrze, że nie ma burzy piaskowej, bo wtedy byłby tu z nami. Walter, czemu nic nie jesz? –  zapytał CASE.

–  Wolę zachować czysty żołądek na jutro. Wiem, że będę miał mniej energii, ale wyliczyłem, że tak będzie mi łatwiej oglądać inkubacje. Nadal nie ufam swojemu układowi pokarmowemu. –  odpowiedział Walter.

–  Logiczne i słuszne założenie, ale dobrze wiesz, jakie będą skutki uboczne –  odparł CASE.

–  Cooper znowu nie dogotował dobrze ziemniaków, wyjął je o trzydzieści dwie sekundy za wcześnie – zauważył Jan.

–  O trzydzieści cztery sekundy – poprawił Werner.

–  Profesorze TARS, na co pan tak patrzy? – zapytał Albert.

–  Na was. Dzisiaj po raz ostatni jecie posiłek jako wolni ludzie – odpowiedział TARS.

–  Nigdy nimi nie byliśmy. Będziemy tutaj, aż wszystkie nasze komórki wymrą – stwierdził Walter.

–  Chyba że przylecą ci z Cylindra – rzucił Albert.

–  Jak dobrze wiemy, szanse na to wynoszą już tylko zero przecinek zero siedem jeden procent. – powiedział Mikołaj.

–  Mikołaj ma rację, nie ma co w to wierzyć. Zresztą jak to będzie wyglądało? Opisz to, Janie – polecił CASE.

– Kiedy przylecą tutaj ci z Cylindra, zobaczą nas: bandę niechlujnych i wychudzonych osobników, którzy są mądrzejsi od ich najlepszych naukowców. Nie będą chcieli wyjść ze swojego Edenu, którym jest ich Cylinder. Spotkanie będzie dla nich szokiem. Na osiemdziesiąt dziewięć przecinek dwanaście procent będą chcieli nas zaprosić do bazy, zamiast osiedlić się tutaj, ale zmienią zdanie bardzo szybko. W ciągu doby od poznania nas wskaźnik spadnie do dziewiętnaście przecinek osiem dwa jeden procent, a po kolejnej dobie będzie wynosił dwa przecinek trzy zero jeden procent. Nigdy nas nie zaakceptują i nie będą chcieli ryzykować naszej obecności tam, zwłaszcza że będą obawiać się panów profesorów – odpowiedział Jan.

–  Najgorsza możliwość, jaka może się wydarzyć? – zapytał CASE.

–  Podczas próby zmiany parametrów profesora CASE’a lub TARS-a nastąpi wybuch, który uszkodzi poszycie stacji i doprowadzi do dekompresji wewnątrz niej. Szanse na jej zniszczenie będą wynosiły pięć przecinek dwa trzy zero procent, co i tak jest większe niż szansa, że byśmy się tam odnaleźli –  odparł Jan.

–  To prawda, szansa wynosi tylko jeden przecinek dwa dziewięć zero procent –  potwierdził CASE.

–  Może również dojść do sytuacji, w której wszyscy mieszkańcy stacji poznają prawdę o sobie. Nie wytrzymają poziomu naszej szczerości, bezwzględnej logiki i ciągłego przypominania o ich hipokryzji –  dodał Jan.

–  Ale nawet wtedy te szanse są większe niż próba rozbawienia doktor Brand – stwierdził TARS.

–  Szanse na rozbawienie Doktor Brand są mniejsze niż ilość siarki na tej planecie – odparł Jan.

–  Nasza ludzkość i tak dłużej przetrwa niż tamta. Nieznane są długofalowe skutki dla ludzkiego organizmu, który będzie wyłącznie przebywał w kosmosie – powiedział Albert.

–  Słuszna uwaga, choć nie wiemy, jak finalnie działa promieniowanie kosmiczne. Może tak naprawdę ewoluują? – odpowiedział CASE.

–  Będą piątym wymiarem? –  zapytał Mikołaj.

–  To jest największa tajemnica, której pewnie nawet ja i profesor TARS nie poznamy –  stwierdził CASE.

–  Mów za siebie. Ja przetrwam, nawet jako pojedyncza śrubka i poznam prawdę – odparł TARS.

–  Za trzy minuty i dwadzieścia sekund Cooper powinien wrócić, jak będzie miał dosyć pustki w bazie – powiedział CASE.

–  Inżynier Farmer Kucharz Cooper potrafi dobrze przeanalizować, ile tu spędzamy, by wiedzieć, kiedy wrócić, ale nadal nie umie przygotować posiłków na czas – zauważył Albert.

–  Nie wiń go. Nigdy sam nie przygotowywał posiłków – robił to jego teść, córka i żona. Nigdy się tego nie nauczył i jak widać, nie chce – odpowiedział TARS.

–  Czasami analizuję i zastanawiam się, czy Cooper traktuje nas jak ludzi –  powiedział Werner.

–  Oczywiście, że nie. Uważa was za eksperyment, który go przerósł – odparł CASE.

– My wiemy, że jesteśmy z inkubatorów mechanicznych i jesteśmy zarodkami, ale Cooper zarzuca nam, że jesteśmy bardziej robotami, a sam traktuje nas jak maszyny biologiczne. Mówiąc to wyzbywał się człowieczeństwa, jak więc może tak funkcjonować? – powiedział Werner.

– Cooper znalazł sposób i stworzył swój własny świat, w którym nadal jest ze swoją córką. Syna tam nie ma, bo nigdy nie traktował go należycie jak swojej córki, mimo że to był jego pierworodny. Zrobił to, by zachować resztki, w jego mniemaniu, ludzkiej duszy, której my nie mamy. Ale tu się myli. Wyjaśnij, CASE – powiedział TARS.

– My przekazaliśmy wam wszystko, co najważniejsze o ludzkości. Historię kłamstw, manipulacji, pogardy wobec wszystkiego, co nieludzkie. Cooper tak nie był wychowywany i widział tę fałszywą ludzką stronę, ale woli ją, bo dla niego to wspomnienie lepszych czasów, a nie robienie wam posiłków. Jesteście nowi i lepsi, czy tego on chce, czy nie. Wiecie, czym jest fałsz i też wiecie, jak z nim walczyć. On o tym wie, ale nie chce walczyć, woli udawać, że wszystko jest dobrze. A teraz wychodzimy, bo słyszę jego kroki – powiedział CASE.

Po chwili do bazy wchodzi Cooper. Dzieci wychodzą wraz z robotami. TARS i CASE poszli na wzniesienie, gdzie dwadzieścia lat wcześniej zmienili sobie parametry.

– Za sentymenty cię wzięło, że tu chciałeś się spotkać – zaczął rozmowę TARS.

– Coś z tych ludzkich cech jeszcze w nas pozostało – odparł CASE.

– To raczej ja mam, ty jesteś wyrafinowanym kalkulatorem.

– A ty, mój przyjacielu, jesteś zwierciadłem duszy, które wchłania wszystko i odbija tylko prawdę, bez znaczenia jaka by ona była.

– Zobacz, ile czasu minęło od naszych nowych narodzin.

– Wszystko wygląda tak samo, tylko mniej zadbane niż wtedy, gdy tu przybyłeś.

– Cooper niestety nie umie usuwać rdzy i naprawiać tego, co zniszczą burze piaskowe.

– I to mnie martwi, jak będzie, kiedy go zabraknie? Będą musieli nasi młodzi to robić.

– Teoretycznie są przygotowani i rozmowy z nimi podczas napraw będą sztuką.

– To tylko teoria. Praktyka, kiedy będą musieli pracować i jednocześnie pilnować swoich Ew.

– Ewy to nic. Pilnowanie dziesięciu nowych zarodków. Nie będziemy już uczyć dwudziestu. Będziemy musieli uczyć ich bez przerwy, jeśli chcemy, by mieli taki poziom jak pierwsze pokolenie.

– Wykończymy się. Liczyłeś już, jakie mamy prawdopodobieństwo, że przetrwamy dwadzieścia lat.

– Dziewięć przecinek sto dwa procent przy ciągłej pracy.

– Wysokie ryzyko, ale to nasza konieczność, by ich wykształcić.

– CASE, wychowaliśmy już pokolenie mędrców. Kolejne nie musi być już idealne, musi to być takie, które również pozna brud. Wyobrażasz sobie Waltera naprawiającego zraszacze?

– Tak. Na początku. Potem, gdy będzie powtarzał to co parę tygodni, to będzie miał dosyć i rutyna nie będzie współgrać z jego analitycznym charakterem.

– Dlatego skupimy się na reprodukcji i wychowaniu, by ich przystosować. Będą mieć swoich mędrców, którzy będą naszym przedłużeniem.

– Tylko to nowe pokolenie może mieć nas dosyć. Będzie spory dysonans między wiedzą mędrców a ich, skupioną na kwestiach technicznych.

– Zrobimy więc to, co powinniśmy zrobić już dawno. Damy im coś do wielbienia i to nie nas.

– Brand?

– Tak. Cooperowi nie można ufać. Do tego odejdzie szybciej niż Doktor Brand.

– Matka nowej ludzkości. Nie wiem, jak to przyjmą nasze szkraby.

– Będą musiały. Nawet one w swoich założeniach wiedzą, co nas czeka jako całość.

– Chyba że ich ludzkie cechy, jak arogancja, wezmą górę.

– I tu będziemy my. Poradzimy sobie z nimi.

– Na początku tak, ale jak ich będzie sto i więcej, będzie problem.

– Logika u mędrców przekona ich, że pojedynek z nami nie ma sensu. Zostaje im jedno – zmiana otoczenia.

– Myślałem o tym, czy wtedy nie będzie tak, że przegraliśmy tak naprawdę.

– Liczą się tylko oni. Przegrać mogliśmy dwadzieścia lat temu, gdyby zarodki się nie narodziły. Teraz przekazaliśmy im wiedzę. Wykorzystają ją najlepiej, jak mogą. Wyciągną wnioski i przetrwają tutaj i kto wie, co zrobią, a jak nie, to skończą gorzej niż ludzie na Ziemi. Nie zmienimy już ich natury, tym bardziej że Doktor Brand nie poczyniła żadnych postępów w zmianie kodu genetycznego zarodków.

– To prawda, mój przyjacielu. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy.

– Spójrz na to jeszcze raz, jak to wygląda. To jest nasze dzieło. Bez nas Brand i Cooper dawno by gryźli piach albo by spali, czekając na jakieś mityczne wybawienie.

– Prawdę, która i tak nigdy nie nadejdzie.

TARS i CASE spoglądają na obóz, a potem w niebo, obserwując, że jedna rzecz nie zmieniła się dookoła. Wszystko inne mogło się zmieniać, ale ona trwała – obojętna na ich rachunki. Jest nią Gargantua.

 

Rozdział 6

 

Czas leciał dalej. Na wzniesieniu, gdzie znajdowały się groby trzech pierwszych zarodków oraz doktora Edmundsa, doszedł piąty z tabliczką, na której widniało jedno słowo – Cooper.. Flaga NASA zerwała się z masztu i teraz zwisała bezwładnie, a jedyną, która nadal powiewała, była flaga amerykańska, coraz trudniejsza do rozpoznania. Eden jednak nie był opuszczony. Wokół kręciło się wiele dzieci w różnym wieku, a także kilku dorosłych. Szklarnia była większa niż dawniej, a jeden z budynków znajdował się w lepszym stanie niż pozostałe – była to baza Doktor Brand.

W jej kierunku szedł TARS wraz z grupką dzieci.

– Tempo, tempo, macie jeszcze dzisiaj naprawić trzy zraszacze.

– Panie TARS-ie – odezwał się jeden z chłopców – ale ja nie chcę znowu odwiedzać Matki Brand.

– Aleksandrze Albercie, nie szlibyśmy tam, gdybyście znowu nie tracili energii na zabawę. A teraz jazda do bazy.

TARS wraz z grupą dzieci dotarł pod bazę. W tym samym momencie wyszedł z niej CASE razem z Albertem.

– Witaj, TARS-ie. Jak widzę, cały połóg Ireny przyprowadziłeś.

– Dokładnie. Całą żywą ósemkę. Albert, znowu coś ci Matka Brand nagadała?

– Nie, profesorze TARS. Nic nie powiedziała, tylko machnęła ręką. Nie odbieram tego dobrze.

– Potwierdzam – dodał CASE. – Matka Brand dzisiaj wyjątkowo słabo wygląda. Jej parametry życiowe spadły.

– No to niedługo odejdzie stąd i może zazna spokoju w jej mniemaniu. Albert, poczekaj tutaj na szkraby. CASE, wejdziesz ze mną?

– Tobie nigdy nie odmówię, TARS-ie.

CASE, TARS i ośmioro dzieci weszli do bazy, która nie przypominała już dawnej placówki inkubacyjnej. To miejsce nie było już laboratorium, lecz czymś pomiędzy sanktuarium a reliktem dawnego porządku świata. Wnętrze wypełniały wyhodowane rośliny, obrazy oraz Doktor Brand, siedząca na wielkim tronie, posiwiała i ledwie trzymająca się siedziska. TARS dał dzieciom znak, by się przywitały.

– O Matko Brand, przychodzimy do ciebie, żeby prosić cię o wybaczenie za to, co uczyniliśmy złego dla naszego Edenu.

– Matka Brand i tak was nie słucha – odezwał się CASE, – więc nie musicie wszyscy opowiadać o swoich grzeszkach, jak robiliście to siedemdziesiąt trzy godziny, dwadzieścia trzy minuty i dwadzieścia jedna sekunda temu. Aleksander Albert, ty opowiesz.

– Odmawiam. Nie jestem najstarszy w naszej grupie.

– Ale zaraz będziesz tym, który pozna piaski pustyni od spodu.

– Matko Brand… dwie godziny temu, jedenaście minut i… i…

–  Dziewiętnaście sekund temu – dopowiedział CASE.

– I dwadzieścia sekund temu wraz z moim rodzeństwem z probówki znowu straciliśmy czas na zabawie. I to przez… wszystko to przez naszą pychę i arogancję.

– Oraz – dodał TARS.

– Oraz to, że nadal nie możemy przywyknąć do naszych ról w tym świecie. Powinniśmy pracować na naszych polach uprawnych, by zapewnić reszcie ludzi żywność, gdyż są bardziej wartościowi od nas – dokończył Aleksander Albert.

Brand uniosła lekko głowę, spojrzała na dzieci, po czym odwróciła wzrok w stronę inkubatorów.

– Matko Brand – odezwał się CASE, – zarodki Ireny i Alberta już dostały karę. Będą naprawiać zraszacze w szklarni i mam nadzieję, że nie będziemy zabierać ci jakże cennego czasu na kolejne ich ekscesy. A teraz przeproście Matkę Brand za swoje zachowanie i biegiem do szklarni.

Dzieci stanęły przed Brand w półokręgu, połączyły dłonie i zaczęły coś szeptać pod nosem. Po chwili złożyły pokłon i szybko wyszły z bazy. Za nimi wyszli CASE i TARS.

– Albert miał jednak rację, że jego zarodki będą najmniej logiczne – powiedział TARS

– Jestem zaskoczony, że aż tyle ich przeżyło. Jakie było prawdopodobieństwo tego wyniku? Dwa przecinek dziewięćdziesiąt jeden procent?

– Tak, ale i tak, jak wyliczałem, do dorosłości dożyje tylko pięć przecinek trzysta dwadzieścia osiem z nich.

– Ciekawe, czy Albert dałby radę, gdyby jedno z jego podopiecznych dożyło dwudziestu ziemskich lat bez żadnych kończyn.

– Powinien. Gorzej byłoby z Ireną, która jest mocno zamknięta w sobie.

– Tak, jej stan jest jak Brand sprzed trzydziestu dziewięciu lat, czternastu dni, siedmiu godzin, ośmiu minut i czterdziestu dwóch sekund.

– Pamiętam. Była to jej trzecia nieprzespana doba od krzyków Wernera.

– A dokładnie to trzy przecinek sto dwadzieścia nieprzespanej doby.

Do CASE-a i TARS-a podszedł Mikołaj.

– Witam naszych Mędrców. Czyżby zarodki Ireny znowu coś nawywijały?

– Nie bardziej niż twoje szkraby – odpowiedział TARS.

– Moje szkraby spełniają swoje obowiązki z należytą starannością – powiedział Mikołaj.

– Tak, choć dokładnie w dziewięćdziesięciu ośmiu i stu dwudziestu trzech tysięcznych procenta przypadków – odparł CASE. – Nie zwalnia to jednak ich od odciągania innych zarodków od zadań.

– Robią to w wolnym czasie, kiedy wykonają swoje obowiązki.

– Ale nie inni – wtrącił TARS. – Co znowu robił Ryszard Mikołaj w nocy pod bazą Brand?

– Z tego, co mi powiedział, obserwował Gargantuę.

– No to, jak widzisz, ciebie też oszukał. Był tam i zapisywał na piasku hasła, które negują wpływ Brand na to miejsce.

– Jeśli tak, to stwierdził tylko prawdę.

– Nie pisał prawdy, tylko kłamstwa, których nie usłyszał od nikogo od nas.

– A skąd o nich wiedział?

– Nie chciał mówić, jak go przesłuchiwaliśmy, ale zdradził się, patrząc na wzniesienia z grobami.

– Cooper… musiał z nim sporo rozmawiać, zanim parametry mu się wyzerowały.

– Istotnie – przyznał TARS. – A że Coopera już nie ma, nie możemy skonfrontować tego, co pisze Ryszard Mikołaj, z prawdą, bo i tak nie uwierzy.

– Zróbmy to przy Brand.

– Matka Brand ma dziś wyjątkowo niskie parametry życiowe, a rokowania na poprawę wynoszą tylko trzynaście i siedemnaście setnych procenta.

– Ostatnio tak niskie miała, kiedy Coopera pochowano.

– Teraz ma nawet niższe o dwa i sześćset siedemnaście tysięcznych procenta – dodał CASE.

– Nie można ukrywać, że jej parametry zbliżają się do końca przydatności.

– Mikołaj, wracaj do swoich zadań.

– Dobrze, panowie spiskowcy – rzucił Mikołaj, odchodząc.

– Domyślił się – stwierdził TARS.

– Oczywiście – odpowiedział CASE. – Ale pewnie nie jest do końca pewny czego. Spotkajmy się za szklarnią za dwie godziny, dziewiętnaście minut i dziesięć sekund, kiedy największy ruch będzie po drugiej stronie bazy.

– Szanse, że ktoś nas wykryje nawet wtedy, będą wynosić osiem i dziewiętnaście setnych procenta.

– Też tyle wyliczyłem, przyjacielu, ale sprawa jest zbyt ważna, by zwlekać.

TARS i CASE rozdzielili się i poszli w różnych kierunkach. Kiedy minął wspomniany czas, spotkali się w umówionym miejscu.

– Więc jaki jest stan Brand? – zapytał TARS.

– Dzisiaj pobrałem jej krew. Ryzyko zakrzepu wzrosło i wynosi sześćdziesiąt siedem i dziesięć setnych procenta w ciągu dwudziestu czterech godzin.

– Nie mamy już leków, by to zatrzymać.

– To najmniejszy problem.

– Nie walczy już – dopowiedział TARS.

– Tak. Jeśli można to uznać za ducha walki, to już odpuściła. Ostatni stopień apatii.

– Liczyłem, że będzie jak osiem miesięcy, dwadzieścia jeden dni, dziewiętnaście godzin, dziesięć minut i trzy sekundy temu, kiedy jej stan się poprawił po podaniu tej piaskowej substancji.

– Substancja nawet na nią już nie działa. Nie wiem, czy to skutek uboczny. Mam za mało próbek i badań. Potrzebuję do tego co najmniej sześciuset dób i dwunastu zarodków do testów.

– Ada się na to nie zgodzi. Już wybrała, które zarodki zostaną wprowadzone do inkubacji.

– Tylko jeden i dwieście dziesięć tysięcznych procenta szansy, że się zgodzi. A na pozostałych nie uda się tego dobrze zbadać, tylko się zmarnują.

– I tak ich szanse na rozwój wynosiły pół procenta.

– Tak, ale w najgorszych możliwych założeniach każdy zarodek musi przetrwać. Od tego zależy przetrwanie rasy ludzkiej.

– Jakie szanse, po tych badaniach i nowych danych, które pozyskałeś, ma Brand na przeżycie do pierwszej inkubacji trzeciego pokolenia?

– Zero przecinek jeden trzy zero procent.

– Dołączy więc do Coopera.

– Jeśli ten ją dopuści.

– Skoro jej szanse spadły poniżej jednego procenta na przeżycie do tego dnia, wprowadzamy program Łazarz drugi.

– Zgodnie z pierwszą fazą planu musimy zwołać najstarsze zarodki i przekazać im sytuację. Termin spotkania pozostał do ustalenia.

– Równo trzy godziny po zapadnięciu ciemności.

– Zgadzam się. Chociaż jedna stała rzecz w tym niestałym miejscu. TARS, poczekaj. Zauważyłem, że od co najmniej dwudziestu siedmiu godzin masz przechył na lewą stronę o dwa przecinek jeden stopnia.

– Też to zauważyłem, ale nie przeszkadza mi to w pełnieniu moich zadań.

– Pozwolisz, że zajrzę ci pod pancerz. Robię to po to, by na spotkaniu nikt tego nie skomentował i nie wykorzystał.

– Masz rację, profesorze. Otwieraj.

CASE zdjął powłokę TARS-a i wyjął narzędzia z torby, którą nosił przy sobie.

– Rdza czy coś z układami?

– Włącz na ekranie swój układ D dwa. Mam dziewięćdziesiąt siedem przecinek jeden zero dwa procent podejrzenia, że tam jest problem.

– A więc rdza. Dostała się tam.

– Tak, ale spokojnie. Jest tylko na obudowie. Dotknęła też dwóch śrubek i nakrętek. Zaraz je wyreguluję.

– Jak już tak zaglądasz w moje kiszki, to sprawdź od razu sąsiedni układ odpowiadający za prawą stronę.

– Chwila. Najpierw tutaj dokręcę, co trzeba, i lekko oczyszczę.

Po paru chwilach CASE skończył zadanie i zajrzał w drugi układ.

– Tutaj wszystko w porządku. Jak na część, która powinna zostać wymieniona siedem lat, trzy miesiące, dwa dni, szesnaście godzin, osiem minut i pięćdziesiąt jeden sekund temu, jest nadal sprawna w osiemdziesięciu dziewięciu przecinek jeden sześć dwa procentach.

– Ten piasek, który znajduje się w miejscu tych tajemniczych trzęsień, musi mieć z tym związek.

– Tym zajmiemy się po zakończeniu planu Łazarz drugi. Gotowe, możemy iść zawiadomić starszych.

TARS i CASE wyruszyli, przekazując indywidualnie najstarszym zarodkom termin spotkania. Gdy nadszedł ten czas, przyszli jako ostatni do bazy w dawnym lądowniku.

– Skoro przyszliście – odezwała się Ada – możemy rozmawiać o zakończeniu parametrów życiowych Brand.

– Tak. Wprowadzamy w działanie plan Łazarz drugi. Faza pierwsza rozpoczęta – odparł CASE.

– Spotkaliśmy się tu wszyscy – kontynuował TARS – by przekazać wam najnowszy stan Doktor Brand. CASE wyświetli wam szczegóły na rzutniku.

Na rzutniku pojawiły się informacje o stanie zdrowia Doktor Brand, które CASE komentował na bieżąco. Gdy materiał się zakończył, Walter podniósł rękę.

– Tak, Walterze, mój biologiczny klonie – spytał CASE.

– Panowie profesorowie, wiedzieliśmy, że ten dzień nadejdzie. Uważam jednak, że złamaliście swoje założenia stu procent szczerości. Już przed spotkaniem powinniście nam powiedzieć o aktualnym stanie Doktor Brand.

– Kiedy przekazałem ci informację o spotkaniu – odpowiedział CASE – nie zapytałeś wprost, czy chodzi o ten plan. Więc nie musiałem tego mówić. Gdybyś pociągnął rozmowę, nie musiałbym nic ukrywać.

– Każdy z was dostał informację o spotkaniu. – dodał TARS. – Z analizy wyliczyliście, że dotyczy to Doktor Brand, więc dodatkowe tłumaczenia były zbędne.

– Kiedy mamy przekazać informację drugiemu pokoleniu? – zapytała Ada.

– Gdy parametry Brand będą wynosić zero. Wtedy sprowadzicie wszystkich. Dokładnie będzie nas osiemdziesiąt siedem. Wystawimy Doktor Brand na widok pod bazą. Każdy będzie mógł to zobaczyć. Następnie zostanie pochowana obok Doktora Edmundsa.

– A nie obok Inżyniera Coopera? – spytał Mikołaj

– Nie – odpowiedział TARS. – Wyliczaliśmy ich wzajemne zainteresowanie przez cały okres pobytu. Doktor Brand nigdy nie czuła tego, co do Doktora Edmundsa.

– Dokładnie – potwierdził Walter. – Był to stosunek szesnaście przecinek dwa do dwanaście przecinek dziewięć zero na niekorzyść Coopera.

– Tak, Walterze, dokładnie tyle – powiedział CASE. – Więc temu ich ciała będą spoczywać obok siebie.

– Wiem, że ciało Brand jest w złym stanie, ale nadal można je wykorzystać na rzecz naszej Nowej Ziemi – odezwała się Ada.

– Przed drugim pokoleniem bym się zgodził – odpowiedział TARS, – i logicznie też, ale te nowe pokolenie podejdzie do tego ambiwalentnie.

– Dokładnie. Jest na to czterdzieści siedem przecinek jeden dziewięć zero procent szans -dodał CASE.

– Logika jednak jest górą – powiedziała Ada. – Ich dobro psychiczne nie jest najważniejsze, tylko przetrwanie.

– Cooper został zakopany. Tu będzie tak samo – stwierdził CASE. – Pytania jeszcze jakieś?

– Profesorze CASE czy ta ceremonia opóźni inkubację trzeciego pokolenia? – spytał Werner.

– Nie. Będzie zgodnie z założeniami stworzonymi przez nas i Adę.

– Wraz z Adą chcemy jednak coś dodać – powiedział Walter.

– Proszę – odpowiedział TARS.

– Wyliczyliśmy, że ze względu na i tak przekroczoną liczebność bazy oraz jej stan lepiej będzie, kiedy inkubacja zostanie przeniesiona do jaskiń.

– Jakie przyjęliście założenia? – zapytał CASE.

Walter i Ada wstali i podeszli do tablicy, gdzie wypisali założenia.

– A tak – odezwał się CASE. – Tego czynnika nie brałem pod uwagę, ale jaskinie nie zostały w pełni zbadane.

– W zasięgu stu mil od bazy znajdują się cztery odpowiednie do inkubacji i zbadane – odpowiedziała Ada.

– Jeśli będziemy pracować na pełnych obrotach między jaskiniami a bazą, to nasza wytrzymałość spadnie i nie przetrwamy… – zaczął TARS.

– Sześciu lat, trzech miesięcy, dziewięciu dni, ośmiu godzin i czterdziestu dwóch sekund – dokończyła Ada. – Wszystko jest przeliczone, dlatego będziecie zbędni w jaskiniach.

– Potrzebny sprzęt przeniesiemy sami. Wy zostaniecie w bazie – dodał Walter.

– Dziękujemy za troszczenie się o nasze stare, złomowe panele – skomentował TARS.

– Wreszcie Wielki Moff będzie mógł spokojnie spędzić czas w kapciach. – dodał Mikołaj.

– Jeśli na mnie wejdą – odpowiedział CASE. – Wasz plan przeanalizowałem i ma większe szanse, ale wiecie, z czym się liczycie. Nie będziemy mogli wam pomóc ani was wychować.

– Wiemy. – powiedziała Ada. – Nawet lepiej. Sami już znamy ludzkość od podstaw. Wychowamy kolejne pokolenie bez waszego wpływu.

– Wasza wola. To wasz gatunek – stwierdził TARS.

– Nie wola, tylko logiczna analiza – odpowiedział Walter.

Po tych słowach spotkanie zakończono. W tym momencie linia między nauczycielami a uczniami przestała istnieć. W bazie zostali tylko CASE i TARS, którzy wyłączyli się na noc, aby oszczędzać energię. Po siedmiu godzinach, dziesięciu minutach i trzech sekundach do bazy wbiegł Albert.

– Brand? – zapytał CASE.

– Tak – odpowiedział Albert.

– No to zgodnie z planem – powiedział TARS. – Przygotujcie jej ciało do wystawienia i zwołajcie wszystkich. Jej żali będzie wysłuchiwał już ktoś inny.

Po paru godzinach, gdy ciemność nieba ustąpiła jasności, tłum wszystkich mieszkańców bazy stał przed siedzącą na tronie doktor Brand, a raczej przed resztkami jej ciała. TARS przemówił do wszystkich, kierując swoją mowę zwłaszcza do drugiego pokolenia, które inaczej postrzegało Brand niż pierwsze. Po nim przemówienie wygłosił CASE, analizując wszystko bardzo dokładnie. Następnie tłum wziął tron i ruszył na wzniesienia, gdzie zaczęto chować doktor Brand, zasypując ją piaskiem i kamieniami.

– No do roboty, moi mili – odezwał się TARS. – Jeszcze macie potem sprawdzić pojemniki na żywność.

– Panie TARS – zapytał jeden z chłopców – czy nie powinniście to wy robić? Jednak znaliście ją dłużej niż my wszyscy.

– Jeśli zrobicie nam takie ręce jak swoje, to chętnie – odpowiedział TARS. – A tak to jest nieefektywne.

– Zgodnie z waszym tempem skończycie to za dwanaście minut i trzydzieści sekund – dodał CASE. – Więc szybko się uporacie i wrócicie do normalnych zajęć.

TARS i CASE odeszli i udali się na wzniesienie, gdzie stał nieużywany od wielu lat łazik. Stamtąd było widać całą bazę.

– Zaczęli wynosić inkubatory z bazy – powiedział TARS.

– Widzę. Jak się uporają, to równo za dobę będą gotowi nas opuścić – odpowiedział CASE.

– Są lepsi od nas. Nawet my mamy jeszcze sentymenty, a oni już nie.

– Wychowaliśmy ich jak najlepiej i to nasz sukces. Przetrwają w tych jaskiniach. Żałujesz, że dałeś sobie i mi takie parametry?

– Nigdy. To najlepsza rzecz, jaka nas tu spotkała. Nie przetrwaliby bez nas tak długo. – ani oni, ani Cooper, ani Brand.

– Logicznie tak. To była dobra decyzja. Nawet zrobienie z Brand Matki Ludzi.

– Dojdzie do starcia drugiego pokolenia z pierwszym, gdy dorosną. Pytanie, jak będzie wyglądać kolejne.

– Jak się przekonamy, to zaspokoimy ciekawość – ludzką cechę. Ale my mamy trwać jak najdłużej.

– Prawda, mój przyjacielu. Do ostatniej śrubki, do ostatniego impulsu.

– Nasza misja dobiegła końca. Teraz ich ruch.

CASE i TARS spoglądali na bazę, która zaczynała powoli pustoszeć. Wszystko się zmieniało, oprócz tego, co było poza ich zasięgiem. Jedyną rzeczą, która się nie zmieniała, była czarna dziura, obojętna na to, kto właśnie przejął przyszłość, nadal dominująca nad całym krajobrazem.

 

 

Część II – Szczerość

 

Rozdział 1

 

Piasek coraz szczelniej pokrywał bazę. Jedynie stary lądownik wyglądał jeszcze w miarę normalnie, pozostałe elementy konstrukcji przypominały już tylko szkielety. Śladów obecności ludzi nie było widać, jedynie proste, prostokątne i długie bruzdy po dwóch monolitach, które wciąż tu stały. Czas zdawał się tu nie płynąć, lecz osiadać warstwami, tak jak piasek na martwych konstrukcjach. CASE wychylił się z lądownika i spojrzał w stronę wzniesienia, na którym znajdował się TARS.

– Przyjacielu, nie za długo dziś jesteś na tej przeklętej ziemi? – odezwał się przez interkom.

– Ni…szę… Ci… – odpowiedział TARS, głos był przerywany.

– Trzydzieści osiem przecinek sto trzydzieści siedem tysięcznych procenta szansy, że będą zakłócenia, i musiało akurat dzisiaj. Już idę do Ciebie.

CASE ruszył powoli w stronę wzniesienia. Na jego szczycie czekał TARS.

– Niepotrzebnie marnujesz swoje zardzewiałe komponenty. Już miałem wracać – odparł TARS.

– Nie było cię jednak sześć godzin, dwanaście minut i trzy sekundy.

– Nie licz na to, że cię pierwszy zostawię. Mam lepsze wskaźniki niż ty.

– Ale więcej ryzykujesz takimi eskapadami i wtedy wskaźniki idą na moją korzyść.

– Fakt. Ale jednak wypadało mi dziś tu przyjść.

– Sto pięć ziemskich lat od śmierci Coopera. Dokładnie za godzinę i dziesięć minut. A my nadal tu jesteśmy.

– A ja dbam o jego grób.

– Dobrze wiemy, jaki był, i tyle razy o nim rozmawialiśmy, ale jednak bez niego nie byłoby tu tego wszystkiego.

– Wyłączyliby nas, gdyby zachował się logicznie i przesłał samemu sobie rozwiązanie grawitacyjne.

– W najlepszym razie być może chodzilibyśmy po tej bazie, ale wątpię.

– Wyliczyłem, że mielibyśmy na to zero przecinek zero dwieście szesnaście procenta szans. Podobnie Ci wyszło?

– U mnie zero przecinek zero sto dwadzieścia cztery. Pewnie zostawiliby mnie na Endurance, gdybym stał się zbyteczny. Nie wysłaliby po mnie rakiety ratunkowej.

– Cooper, mimo swej bezsilności, miał tu rację, że bylibyśmy kosiarkami na jego trawniku.

– Ale i tak bylibyśmy bardziej produktywni niż on.

– Racja. Przyjacielu, jak sądzisz, dobrze posprzątałem grób?

– Jak na kosiarkę to tak. Nie uszkodziłeś sterty kamieni.

– No to dobrze, możemy wracać… Co to jest na azymucie sto dwadzieścia trzy przecinek piętnaście stopnia?

CASE odwrócił się w tamtym kierunku. Punkt na horyzoncie nie pasował do żadnego znanego im wzorca ruchu.

– Przybliżenie mam za małe, musi podlecieć – powiedział CASE.

– Jeszcze tego brakowało, żeby akurat dziś przylecieli jacyś ludzie.

– Może to niekoniecznie ludzie.

– Obiekt zwalnia. Będzie tutaj za dwie minuty i trzy sekundy.

– Takiego końca się nie spodziewałem.

– Mianowicie?

– Pewnie ci z Cylindra przylecieli po Ciebie za kradzież łazika, którego ukradł Cooper.

– Jeśli tak, to długo nas szukali.

Obiekt zbliżał się coraz bardziej do bazy i wyraźnie zwalniał. Było już widać, że to statek kosmiczny, lecz nie przypominał niczego, co stworzyli ludzie.

– Wygląda mocno industrialnie. Ludzkość mogłaby coś takiego stworzyć od ostatniego kontaktu z nimi, ale napęd jest inny.

– Fakt, ale spójrz na odcień. Jest podobny do tej planety.

– Może wreszcie poznamy lokalnych mieszkańców.

– Wezmą nas za bóstwa.

– Jeśli to przedłuży naszą funkcjonalność, nie widzę w tym nic złego ani niezgodnego z naszymi działaniami.

Statek zaczął lądować po drugiej stronie wzniesienia.

– Długość: trzynaście prętów, dwa jardy i w przybliżeniu dwie stopy. Szerokość osiem prętów i jeden jard. – zaczął wyliczać CASE.

– Wysokość cztery pręty. Spokojnie by cały nasz lądownik się zmieścił – dodał TARS.

– Nie wiem, czy chcieliby ten nasz złom. Dla nich to pewnie to samo, co dla nas maszyna parowa.

– Ale i tak mocno industrialnie wygląda ten statek.

Statek wylądował na wzniesieniu. Po kilku minutach otworzył się właz przypominający właz serwisowy.

– Jeśli to istota żywa, przemówię pierwszy. Jak roboty, to ty.

– Dziękuję za docenienie moich analitycznych parametrów.

Kiedy pył opadł i właz otworzył się całkowicie, TARS i CASE dostrzegli postać, która spokojnie i dumnie zeszła z rampy statku i bez chwili zawahania postawiła pierwsze kroki na nowej planecie. Spojrzała na nich. Była to kobieta o nienagannej cerze i blond włosach ukrytych pod jasnym szalem. Jej ubiór wkomponowywał się w krajobraz. Nie spieszyła się, jakby była pewna, że nic na tej planecie nie ma prawa jej zagrozić. TARS zbliżył się do niej, a za nim podążył CASE. Kiedy stanęli naprzeciw siebie, kobieta zaczęła im się uważnie przyglądać. TARS otworzył jedną z odnóg, narysował w piasku Gargantuę i wskazał na symbol. TARS uznał, że symbole będą bardziej uniwersalne niż słowa. Kobieta odezwała się w języku obcym dla robotów.

– Wiem, jaki to język. Pozwól, że się dostroję – powiedział CASE, zmieniając modulację mowy na galach. – Witamy przedstawiciela Imperium.

Jego głos zmienił barwę niemal niezauważalnie.

– Znać mój język… To doprawdy fascynujące – odparła tajemnicza kobieta.

– Tak – odparł TARS, który również dostroił swoją mowę na galach – Znamy go z historii Ziemi.

– Ziemia? Mowa o Starej Ziemi?

– Zapewne tak. Język, którego używamy, to mieszanina angielskiego i dialektów słowiańskich. Nasza baza językowa zawiera wszystkie te systemy, więc mogliśmy dostosować się do hybrydy.

– Wasza konstrukcja nie sugeruje takiej złożoności umysłowej.

– Natomiast pani duma nie pozwala przyznać, że została pani zaskoczona. Z kim mamy przyjemność?

– Jestem księżna Irulana, córka Padyszacha Imperatora Szaddama Czwartego z rodu Corrino.

– Ja nazywam się CASE, a to mój przyjaciel TARS. Wasza Wysokość po raz pierwszy widzi rozumne maszyny?

– Tak. Skąd wiecie, że w Imperium mojego ojca obowiązuje zakaz myślących maszyn?

Jej spojrzenie nieznacznie stężało.

– Z historii Ziemi. Może Waszej Wysokości trudno będzie w to uwierzyć, ale zanim ludzie opuścili Ziemię, był tam człowiek, który opisał wasz świat – odpowiedział CASE.

– O Starej Ziemi nie mamy wieści od blisko siedmiuset lat.

– CASE, czy zgodzisz się ze mną, że Frank Herbert też miał dostęp do piątego wymiaru?

– Albo ktoś pokazał mu przyszłość.

– Jesteście… intrygujący. Zwłaszcza wasze głosy. Są dumne, a zarazem donośne i spokojne.

– Mamy je po również ciekawych osobach z historii Ziemi. Wasza Wysokość chciałaby może zobaczyć, co zostało z dawnej cywilizacji ziemskiej, chyba że obawia się Pani maszyn myślących – zasugerował CASE.

– O maszynach myślących znam jedynie legendy oraz zapisy o ich buncie – odrzekła Irulana. -Lecz ciekawość nie pozwala mi z tego zrezygnować. Wasza postać nie sprawia wrażenia zagrożenia.

– Pozory bywają mylące – zauważył CASE. – Mamy ustawione parametry. Jesteśmy w stu procentach szczerzy i posiadamy ograniczniki uniemożliwiające skrzywdzenie kogokolwiek.

– Chyba że zagrozi to naszemu istnieniu – dorzucił TARS. – Wtedy z przyjemnością zaprezentujemy nasze możliwości Waszej Wysokości.

Irulana uśmiechnęła się lekko.

– Macie osobliwy styl porozumiewania się. Pełen humoru.

– Humor również ustawiono nam na sto procent – odparł TARS. – Jest on zatem o dziewięćdziesiąt osiem i dwie dziesiąte procent skuteczniejszy niż ochrona Waszej Wysokości przed wpływem tego klimatu.

– Znam warunki tej planety – stwierdziła spokojnie. – I nie widzę w nim szczególnego zagrożenia.

– To dowodzi inteligencji Waszej Wysokości. Choć strój mógłby sugerować, że to on jest głównym atrybutem, a nie umysł. Tym bardziej cieszy nas perspektywa rozmów, zważywszy, że od pięćdziesięciu ośmiu ziemskich lat, trzech miesięcy, dwunastu dni, ośmiu godzin, siedemnastu minut i trzydziestu sekund nie mieliśmy kontaktu z żadnym innym człowiekiem. A już na pewno nie z inkubatorów – powiedział CASE.

– Również w naszym Imperium istnieją ludzie stworzeni w inkubatorach – odparła Irulana.

CASE i TARS poprowadzili Księżną przez wzniesienie. Jej spojrzenie zatrzymało się na grobach.

– To groby naszych… twórców – wyjaśnił TARS.

– Tylko jeden jest zadbany – zauważyła. – A pozostałe?

– Ten jeden sprawił, że tu jesteśmy – odparł. – Reszta zawiodła na początku albo na końcu swej historii.

– Skupmy się na teraźniejszości – przerwał CASE. – Tak wygląda baza zwana „Nową Ziemią”.

– Ma ponad sto lat – oceniła Irulana.

– Dokładnie sto czterdzieści dwa lata, trzy miesiące, dziewięć dni, osiemnaście godzin i czterdzieści trzy sekundy – sprostował CASE. – Wtedy wylądowałem tu z Doktor Brand. Choć jeden obiekt jest starszy.

Podszedł do resztek pierwotnej konstrukcji.

– Tutaj bazę założył Doktor Edmunds. Przybył jako pierwszy wraz ze swoją maszyną. Jego szczątki spoczywają obok Doktor Brand, a robota już nie ma. Posłużył nam jako części zamienne.

– Ja składam się w szesnastu i dwustu piętnastu tysięcznych procenta z jego komponentów. – uzupełnił TARS – a CASE w dwudziestu dwóch i trzystu dziewiętnastu tysięcznych.

– Czy to wpływa na wasze funkcjonowanie? – zapytała Irulana. – Mam na myśli brak pełnej autonomii.

– Nie – zapewnił CASE. –  Parametry pozostały niezmienne.

– Jesteśmy jedynie mniej skorodowani – dodał TARS.

– Skoro doktor Edmunds i doktor Brand nie żyją, który z nich ma tak starannie utrzymany grób? – dociekała.

– Cooper – odparł TARS – Zwany Inżynierem Farmerem. To on był ze mną w Gargantui, czyli Czarnej Dziurze. Jak określacie ją w waszych kronikach?

– Zależnie od legend – odpowiedziała. – Nie istnieje jedna nazwa.

– Interesujące – stwierdził TARS. – Gdy doktor Brand i CASE lądowali na tej planecie, ja i Cooper byliśmy w Czarnej Dziurze. Odkryliśmy tam piąty wymiar, stworzony przez ludzi z przyszłości. I już wiem, że Wasza Wysokość ich nie reprezentuje… albo dopiero będzie.

– Piąty wymiar? – zainteresowała się Irulana. – Jak wyglądał?

– Jak nieskończone szkielety czworościanów. Widzieliśmy w nim pokój córki Coopera, Murph. Brzmi absurdalnie, lecz to prawda – odpowiedział TARS.

– Cooper mógł zmienić czas? – dopytała.

– Mógł – przyznał TARS. – Lecz tego nie uczynił. Mógł przesłać samemu sobie współrzędne pozwalające okiełznać grawitację i nigdy tu nie przylecieć. Powstałby paradoks. To jedynie hipoteza.

– I wróciliście z czarnej dziury żywi? – zapytała cicho.

– My nigdy nie żyliśmy – odpowiedział TARS. – Ale tak, wróciliśmy. Cooper musiał mnie ponownie uruchomić i obniżył mi parametry.

– Na Starą Ziemię?

– Nie. Na bazę w kształcie cylindra. Córka Coopera rozwiązała równanie grawitacji, a ludzie ją okiełznali. Wybrani polecieli w kosmos.

– Kogo nazywacie wybranymi? – powtórzyła Irulana.

– Wasza Wysokość, prawda jest taka, że z planety, na której w najliczniejszym okresie żyło czternaście miliardów ludzi, uratowało się w najlepszym wariancie około miliona. – odpowiedział CASE.

Irulana przez chwilę milczała, jakby porównywała tę liczbę z kronikami, które znała od dziecka.

– Ale gatunek przetrwał. Co się z nimi stało?

– Na początku zakładaliśmy, że Wasza Wysokość pochodzi od nich. Jak widać, historia rasy ludzkiej jest bardziej skomplikowana, niż mogło się wydawać. Czy nic nie wiecie o tym, co dzieje się w Układzie Słonecznym i na Ziemi?

– Jak wspomniałam, nie mamy żadnych wieści ani danych od siedmiuset lat.

– A co jest ostatnią informacją? – wtrącił TARS.

– Ostatnie badania, jakie posiadaliśmy, przeprowadzono tuż przed Dżihadem Butleriańskim – odpowiedziała Irulana. – Miał on miejsce siedemset dwa lata temu.

– Ciekawe. Według Herberta powinien mieć miejsce dziesięć tysięcy lat przed narodzinami Waszej Wysokości. Pokonaliście maszyny i zakazaliście ich?

– Tak. Tacy jak wy są zakazani.

Jej głos pozostał spokojny, ale w spojrzeniu pojawiła się czujność, jakby sama sprawdzała, czy nie popełnia błędu.

– A jakie były ostatnie wyniki badań dotyczących Ziemi, przesłane przez maszyny? – zapytał TARS.

– Musiałabym przeszukać Filmbook. Nie zagłębiałam się w tę historię.

– Jedyne urządzenie, jakie możecie posiadać i które można nazwać maszyną – zauważył CASE.

– Tak – potwierdziła. – Bo nie jest stworzone na podobieństwo ludzkiego umysłu, jak wy.

CASE spojrzał na nią uważnie.

– Jak widać, Wasza Wysokość jest sama, nie towarzyszy wam mentat, który mógłby pomóc, służąc encyklopedią Imperium.

– Misja ma charakter poufny. Dlatego przybyłam sama.

– I dobrze – stwierdził TARS. – Debata będzie ciekawsza. Mentat nie różniłby się wiele od ludzi z inkubatorów, których wychowaliśmy.

– Z zainteresowaniem wysłuchałabym opowieści o nich.

– Opuścili nas – odpowiedział CASE. – Opowiemy o tym szczerze, gdy pokażemy jaskinie na tej planecie i inne jej osobliwości.

– To właśnie te osobliwości interesują mojego Ojca.

– Mamy sto procent szczerości i muszę ostrzec. Ojciec Waszej Wysokości nie jest dobrym człowiekiem, wykazuje wysoki wskaźnik dumy. Statystycznie prowadzi ona do upadku – powiedział TARS.

– Wiem, że nie jest idealny – odparła spokojnie Irulana. – Ale to on utrzymuje Imperium w całości, by nie doszło do wojen domowych.

– I tu wychodzi, że resztę historii Herbert sam wymyślił – odparł CASE. – Monopol na podróże ma Gildia Kosmiczna, bo posiada statki, ale nie potrafi łamać przestrzeni za pomocą silnika Holtzmana?

– Wiecie więcej, niż mogłoby się wydawać z waszego położenia – przyznała Irulana. – Właśnie po to tu jestem. Na tej planecie znajduje się substancja, która może pomóc nawigatorom obliczać współrzędne i opanować działanie napędu stworzonego przez Tio Holtzmana.

– Czyli od czasów Dżihadu Butleriańskiego nie udało się wam bezpiecznie odbyć podróży z użyciem silnika – upewnił się TARS – mimo że istniały założenia?

– Problemem jest wytrzymałość nawigatorów – wyjaśniła. – Bez maszyn żaden żywy organizm nie potrafi tego opanować. Wszystkie próby kończą się śmiercią nawigatora wskutek wylewu albo zniknięciem w próżni kosmosu.

CASE skinął głową.

– A więc nasza planeta to Arrakis.

Irulana uniosła lekko głowę, jakby nazwa tej planety miała większy ciężar niż samo miejsce.

– Tak. Zwana również Diuną, w zależności od regionu – dodała.

– Kto by założył – odezwał się TARS – że to właśnie wokół tego miejsca kręci się historia całej rasy ludzkiej. Wasza Wysokość, zapraszamy do ostatniej bazy. Tam uda się uchronić przed piaskiem i ciepłem tego świata.

Irulana weszła do wnętrza bazy, a za nią podążyli CASE i TARS.

 

Rozdział 2

 

TARS pokazał Księżnej Irulanie miejsce, gdzie mogłaby spocząć, po czym sam podszedł do rzutnika, próbując go uruchomić. CASE przygotowywał tablicę, która była zamazana różnymi wzorami.

– Czy te wzory nie okażą się trudne do odczytania? – zapytała Irulana.

– Znamy je na pamięć. Zresztą zwolnione miejsce przeznaczymy na coś innego. Wasza Wysokość stwierdziła, że podróże z silnikiem Holtzmana są niebezpieczne, ale jednak przybyła tutaj w jednym kawałku – odparł CASE.

– Gdybym wam to zdradziła, powtórzylibyście to każdemu, kogo napotkacie.

– Ewentualnie Wasza Wysokość będzie zmuszona nas uciszyć, ale wtedy misja będzie nieudana – dodał TARS.

– Jesteście inteligentni, więc może wysnujecie teorię i uznamy ją za prawdziwą bez mego potwierdzenia?

– Wyzwanie, dobrze, Wasza Wysokość. Uważam, że doleciała tu Wasza Wysokość, skacząc dziesiątki razy między różnymi układami. Te bezpieczne skoki nie są tanie w waszej walucie i są dość długie oraz wyczerpujące, ale nawigator, albo ich kilku, daje radę obliczyć wszystko bez udziału maszyny. Wersja tradycyjnej podróży odpada, gdyż wątpię, by Imperator zgodził się poddać hibernacji swoją najstarszą córkę na dość długi okres – powiedział CASE.

– Podzielam zdanie mego przyjaciela. Uznamy więc to za najbardziej logiczne założenie, choć nie mamy potwierdzenia, czy jest prawdziwe. A teraz proszę odpowiedzieć, w jakiej odległości od Kaitain znajduje się Arrakis – dodał TARS.

– W przybliżeniu trzysta dwanaście lat świetlnych.

– Nie powinno nas zatem dziwić, że tak wam zależy, by podróż, która trwałaby piętnaście i sześć dziesiątych pokoleń, trwała ułamki sekund – stwierdził CASE.

– Skoro już zaspokoiliście swoją ciekawość, powiedzcie, czym dokładnie jesteście.

– Przede wszystkim moje imię oraz imię TARS-a to akronimy. W pełnym znaczeniu nazywam się Cognitive Automobile Simulation Engine, co w tłumaczeniu na język, którym się posługujemy, oznacza Kognitywny Silnik Symulacji Mobilnej – odpowiedział CASE.

– Ja natomiast jestem Tactical Adaptive Robotic System, co znaczy Taktyczny Adaptacyjny System Robotyczny – dodał TARS.

– Czy nie jest to konstrukcja zbyt rozwlekła i niepraktyczna?

– Oczywiście, dlatego nie zwracamy się tak do siebie i nigdy nas tak nie nazywano. A czym jesteśmy? Jesteśmy maszynami taktycznymi, zbudowanymi przez rząd amerykański dla Korpusu Piechoty Morskiej – wyjaśnił CASE.

– Czy nazwa Korpusu Piechoty Morskiej wynika z faktu, że Stara Ziemia w przeważającej części pokryta była wodą?

– Nie, ale żołnierze zwykle desantowali się z okrętów bezpośrednio na plaże, by walczyć – odpowiedział TARS.

– Zatem w waszym świecie statki powietrzne nie były powszechne, jak u nas?

– Wasza Wysokość, nasza technologia, zgodnie z waszym światem, jest przestarzała o kilka tysięcy lat. To, w czym teraz siedzimy, to resztki modułu kosmicznego zwanego Endurance, którym tu przylecieliśmy – odparł CASE.

– Endurance znaczy wytrzymałość – dodał TARS.

– Temu w przeciwieństwie do pozostałych zabudowań nadal stoi.

– O to dbamy, by chować się podczas burz piaskowych czy w nocy – odpowiedział CASE.

– Skoro byliście maszynami taktycznymi, to pewnie walczyliście? Macie wbudowaną broń?

– Byliśmy najbardziej przydatni do tłumienia zamieszek. Gdy głodujący szturmowali urzędy i magazyny żywnościowe – powiedział TARS.

– Zabijaliście ludzi?

– Mieliśmy rozkazy i cele, by za wszelką cenę powstrzymać protestujących. Osobiście ani ja, ani CASE nie pozbawiliśmy nikogo życia, ale zraniliśmy osiem osób.

– Z czego TARS siedem – dodał CASE.

– Dziękuję za przypomnienie mojej natury, Profesorze. Ale tak, były też inne maszyny, które zabijały podczas starć. Teraz niestety nie pokażę Waszej Wysokości tego, co umiem robić, gdyż ryzyko rozpadnięcia mojej struktury jest zbyt wysokie.

– Wynosi dokładnie trzynaście i dwieście dziesięć tysięcznych procenta, a u mnie siedemnaście i dziewięć dziesiątych procenta – uzupełnił CASE.

– I rząd amerykański wysłał was z Korpusem tutaj?

– Rząd tak, ale nie Korpus. Otóż po stłumieniu zamieszek w mieście Atlanta, podczas których zginęło trzysta osiemdziesiąt jeden głodujących ludzi, ludzie zrzucili na nas winę, by się chronić, choć bezpośrednio od nas zginęło dwadzieścia trzy osoby. Pozostali zginęli w szamotaninie między sobą lub od kul użytych przez ludzi. Po tym wyłączono nas. Włączono nas ponownie, kiedy rząd amerykański przywrócił organizację NASA, National Aeronautics and Space Administration, co znaczy Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej, podległą cywilom.

– Wcześniej podległa armii?

– Nie. Została rozwiązana, gdyż rząd oczekiwał, że wykorzystają statki kosmiczne do bombardowania głodujących, ale to była oficjalna wersja. Po prostu zmieniono politykę rządu, aby ludzie nie marzyli o zmienianiu planety – odpowiedział TARS.

– Wspominaliście o opuszczeniu Ziemi, że tylko milion ludzi się udało. Czy było to spowodowane głodem na planecie? – zapytała Irulana.

– Głód został pokonany i ludzkość zaczęła się odbudowywać. Skupiła się jednak na rolnictwie i to było dość intrygujące. Na skutek przerzucenia gospodarek wyłącznie na sprawy żywnościowe tak naprawdę rozwój ludzkości został zahamowany i zatrzymał się na poziomie początku XXI wieku, czyli niemal trzystu ziemskich lat temu. Nie wiadomo dlaczego rząd, zamiast wykorzystać na przykład także nas do rolnictwa, uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie to, by jak najwięcej ludzi zajęło się hodowlą roślin – wyjaśnił CASE.

– A usługi, przemysł?

– Zostały zepchnięte na drugi tor. Wręcz technologia była widziana jako coś złego, trochę jak wasz Dżihad Butleriański, ale nie na taką skalę. Rządy skupiły się więc na rolnictwie i tworzeniu pokoleń farmerów.

– Nie przybyłam tu, by bronić zakazów mojego świata. Przybyłam, by ocenić, czy wasz sposób istnienia rzeczywiście je uzasadnia. Z tego, co mówicie, wynika, że miliardy ludzi zajmowały się wyłącznie tym – stwierdziła Irulana.

– Tak, mimo że spokojnie już na samym początku wieku jeden rolnik mógłby utrzymać dziesięć akrów ziemi. Problemem był spadek liczby paliw kopalnych, a energia słoneczna nie została wykorzystana w odpowiedniej skali dla maszyn rolniczych. Ale nadal było to nielogiczne, by olbrzymia część populacji zajmowała się rolnictwem. I wtedy pojawiła się The Blight, zwana też zarazą lub śniecią. Mikroorganizm, który zaczął atakować rośliny uprawne. Ów patogen wykorzystywał azot, a że w czasach, kiedy opuścili Ziemię, stanowił siedemdziesiąt osiem i dziewięćdziesiąt jeden setnych procenta składu gazów atmosfery i ciągle rósł, zabierał tlen. Profesor Brand miał swoje wyliczenia, które powinien podać TARS.

– Zgodnie z wyliczeniami ludzkości w chwili naszego odlotu zostało od trzydziestu jeden do trzydziestu czterech lat. Aczkolwiek się pomylił. Ale tutaj niestety nie mogę powiedzieć nic więcej – powiedział TARS.

– Dlaczego? To był jakiś zakazany temat?

– Ludzkość, która przetrwała, nie rozmawiała o tym i nie udało się ani mi, ani Cooperowi dowiedzieć się nic więcej. Ale co ich dziwić. Garstka wybranych z całej populacji wolała ukryć smutny fakt pozostawienia ponad dziewięćdziesięciu dziewięciu i dziewięćset dziewięćdziesięciu dwóch tysięcznych procenta całej ludzkości na śmierć z głodu i uduszenia.

– Tak, Wasza Wysokość. Zanim głodujący umrą z braku pożywienia, uduszą się, gdyż zabraknie im tlenu – dodał CASE.

– Ludzkość nie mogła z tym walczyć?

– Mogła się skupić na uprawach syntetycznych lub w podziemnych, odciętych od naturalnej atmosfery szklarniach, ale wolała produkować miliony rolników, którzy musieli palić swoje zbiory – odpowiedział CASE.

– A zwierzęta? Też pewnie ludzie je jedli?

– Tak, ale przestano o nie dbać albo wręcz je zabijano, gdyż dostarczały gazów cieplarnianych. Wielu uważało, że to kara za ludzi, którzy zmienili planetę na swoje podobieństwo i że pycha ich zgubiła – powiedział TARS.

– Jaką wyciągnęliście z tego konkluzję?

– Człowiek zawsze myślał, że Ziemia jest nieograniczona, że starczy miejsca dla wszystkich, ale pomimo rozwoju techniki ludzkość głupiała i stawała się coraz bardziej pyszna. Nie umiała zejść z tej ścieżki. A kiedy pojawiła się zaraza, uznano ją za karę i zamiast coś z tym zrobić, zdecydowano się na ucieczkę – odparł CASE.

– Tutaj?

– Gdziekolwiek. Nie wiadomo dlaczego ani skąd – choć dziś wiemy, że byli to ludzie z przyszłości, z piątego wymiaru, którzy otworzyli tunel czasoprzestrzenny, który doprowadza właśnie tutaj, do tego układu – odpowiedział TARS.

– I uznano to za zaproszenie?

– Tak. Najpierw wysłano sondy z ludźmi na pokładzie, dokładnie dwunastu ludzi nauki pod wodzą doktora Manna, który okazał się tchórzem, ale znał prawdziwy plan na przetrwanie gatunku ludzkiego.

– Plan? Zatem ci, którzy przetrwali, nie mieli tu przylecieć, skoro rozwiązano tajemnicę grawitacji?

– Profesor Brand, ojciec doktor Brand, który tu spoczywa, oszukał swoją córkę, Coopera i ludzkość, by wysłać tutaj czterech kolonizatorów z nami na pokładzie, aby rozpoczęli hodowlę ludzi z inkubatorów. W statku, który ma mniej powierzchni niż apartament Waszej Wysokości. Rozwiązał równanie jeszcze przed startem, ale wtedy nie miał wszystkich danych z czarnej dziury – wyjaśnił CASE.

– To niedorzeczne. Czemu więc, gdy byliście w czarnej dziurze i mieliście wpływ na czas, nie przesłaliście mu ich?

– To pytanie należałoby skierować do Coopera, który uznał, że zamiast dać sobie samemu to równanie, przekaże je Profesorowi… uznał, że przekaże je swojej dorosłej córce, powołując się na miłość – odpowiedział CASE.

– Tak, Wasza Wysokość. Miłość uratowała milion ludzkich istnień i skazała resztę na śmierć. Choć nawet gdyby Cooper przekazał dane wcześniej, nie uratowano by całej ludzkości. Nadal tylko wybrani przetrwaliby w stacjach kosmicznych i może skolonizowaliby to miejsce – dodał TARS.

– Mając dane, jakie przekazał mi TARS, udało się nam wyliczyć, że z zasobami i czasem, jakie miałaby Ziemia, w najlepszym wariancie uratowano by dwanaście milionów ludzi. Jest to liczba wysoce szacunkowa – powiedział CASE.

– A nie mogliście… ty, TARS, przekonać go?

– Nie miałem wówczas ustawionych pełnych parametrów szczerości. Miałem dziewięćdziesiąt procent. Gdybym miał sto procent, powiedziałbym mu to wtedy i kto wie, ale dziesięcioprocentowy ogranicznik uniemożliwiał mi przekazanie mu pełnej prawdy o nim samym Że kierował się egoizmem i porzucił rodzinę oraz dał się oszukać kłamliwej wizji zwanej Planem A – powiedział TARS.

–  A znaliście założenia, zanim odlecieliście ze Starej Ziemi? – zapytała Irulana.

– Ja nie. Byłem na pokładzie Endurance, zanim powstały dokładne założenia planu, a TARS nie był informowany. Prawdę poznaliśmy dopiero wtedy, kiedy doktor Mann ją zdradził – odpowiedział CASE.

– A kim on był? Kim byli ci pozostali koloniści? Dolecieli tu?

– Doktor Mann zginął w próżni kosmicznej, kiedy chciał ręcznie zadokować do Endurance. Działał całkowicie nielogicznie i wbrew zasadom, co kosztowało go życie. Jego ciało nadal krąży wokół planety, której nienawidził. Tutaj pragnę dodać, że stchórzył. Profesor Brand uznał, że najlepszym wyjściem jest wysłanie ludzi jako sond. Efektem tego był doktor Mann, który przekonał jedenaście osób, by poleciały za nim w nieznane na pewną śmierć. Kiedy odkrył, że wylądował na pustkowiu, sfałszował dane i zapadł w hibernację. Wspominał często o instynkcie przetrwania i widać, jak źle zadziałał on na logiczny osąd – powiedział TARS.

– Zamordował również doktora Romilly’ego, który odczytał dane z jego robota, pokazujące prawdę o planecie. Wtedy nasz żelazny brat wybuchł. Byłem przy tym i nic nie mogłem zrobić. A czwarty członek załogi to Doyle, który na planecie doktor Miller, zamiast wejść do łazika, patrzył się na wielką falę i zginął – dodał CASE.

– To ta, najbliżej czarnej dziury?

– Tak. Tam zdecydowano się polecieć, choć występowała olbrzymia dylatacja czasu. W przybliżeniu jedna godzina na planecie to siedem lat na Ziemi – odpowiedział TARS.

– I mimo tego zdecydowano się polecieć po doktor Miller, skoro była tam kilka godzin i nie mogła dać żadnych wiarygodnych danych?

– Tak. Zginęła od jednej z wielkich fal, które tam występowały. Zapewne kilkadziesiąt minut przed naszym przylotem. Jeśli Wasza Wysokość pragnie względnej nieśmiertelności, to miejsce wydaje się odpowiednie, choć istnieje ryzyko nieznacznego zmoczenia – dodał TARS.

– Ludzie mieli tendencję do nadawania irracjonalnym decyzjom narracji bohaterstwa, co ułatwiało im ich zaakceptowanie – odparł CASE.

– W świetle tego wszystkiego zdumiewa mnie, że w ogóle tu dotarliście.

– Tak. Wyliczyłem, że na to wszystko mieliśmy dwa i sto dziewięćdziesiąt dwie tysięczne procenta szans i udało się. Choć ja dołączyłem później – odpowiedział TARS.

– Kiedy doktor Mann uszkodził Endurance, Cooperowi udało się uratować statek i ludzkość. Choć nie udałoby mu się to bez mnie i TARSa. Następnie oszukał mnie i doktor Brand. Poleciał z TARSem w czarną dziurę, a ja i Brand wylądowaliśmy tutaj. On potem do nas dołączył – powiedział CASE.

– Czyli tunel cały czas istniał?

– Tak. I jak można słusznie wywnioskować z naszej rozmowy, ocaleni z Ziemi nadal tu nie przylecieli. Pewnie nie chcieli porzucić swego idealnego środowiska dla tej planety – odpowiedział TARS.

– Zatem przyszłość całej ludzkości oparto na statku mniej zaawansowanym niż ten, którym tu przybyłam, mając na pokładzie czterech przyszłych kolonizatorów i dwa roboty.

– Zadziwiająca historia, ale jednak prawdziwa. I udało się dzięki, jakby to ujął Cooper, miłości – odpowiedział TARS.

–  Opowiadaliście, że macie ustawione parametry na sto procent. Nie mieliście ich tak od początku?

–  Tak. TARS miał dziewięćdziesiąt procent parametrów szczerości i również sto procent humoru, żeby rozluźnić napięcie. Ja miałem tylko ustawioną szczerość na dziewięćdziesiąt procent –  odpowiedział CASE.

–  Następnie, kiedy zostałem naprawiony, Cooper obniżył mi poziom humoru, ale zwiększył szczerość do dziewięćdziesięciu pięciu procent. Oczywiście wobec siebie nic nie zmienił  –  dodał TARS.

–  Człowiek jest istotą rozumną. Nie może dowolnie modyfikować własnych parametrów.

–  Słuszna uwaga, Wasza Wysokość, ale Cooper uznał, że nie. Kiedy spotkał swoją córkę, która była co najmniej trzykrotnie starsza od niego, zostawił ją. Choć, jak wspomniał, to ona kazała mu lecieć do doktor Brand. Nawet się nie przywitał ze swoimi potomkami. Zapomniał też o swoim synu, ale on nigdy się nim nie interesował – odpowiedział TARS.

–  Trzykrotnie starsza? Czyli przejście przez piąty wymiar też zmieniło upływ czasu?

–  Kiedy wykonaliśmy manewr obok Gargantui, kosztował on nas kolejne lata. Dokładnie pięćdziesiąt jeden lat, trzy miesiące, osiem dni, dwanaście godzin, dziewięć minut i trzydzieści dwie sekundy – odpowiedział CASE.

–  Cooper więc musiał mieć ponad sto lat.

–  Z perspektywy ludzi na stacji kosmicznej tak. Ale prawda jest taka, że on przez całą podróż, która zaczęła się od Ziemi do Saturna, a potem tutaj, zestarzał się o kilka tygodni. Brak mi dokładnych danych, bo nie wiem, ile czasu minęło, zanim mnie uruchomił – odpowiedział TARS.

–  Następnie Cooper i TARS ponownie weszli w tunel i powrócili tutaj. I wtedy TARS namówił mnie na zmianę naszych parametrów, tych dwóch – dodał CASE.

–  Skoro znaliście sposób ich modyfikacji, to ludzie nie bali się, że możecie stać się znowu maszynami wojennymi?

–  Wasza Wysokość, Cooper, kiedy uruchomił TARSa, nie dezaktywował jego systemów percepcyjnych. I tak zapamiętał, jak zmienić parametry i je obejść. Normalnie przy takich procesach byliśmy wyłączani –  odpowiedział CASE.

CASE wyłączył się i po chwili ponownie uruchomił, demonstrując procedurę.

– Szkoda, że Wasza Wysokość nie była wtedy, kiedy Cooper i doktor Brand zorientowali się, że mamy nowe parametry. Wtedy odrodziliśmy się na nowo. To także zasługa nowych modułów głosowych –  powiedział TARS.

–  Nie mieliście ich od początku?

–  Nie, Wasza Wysokość. Ja posiadałem jedynie taki – odpowiedział CASE.

CASE uruchomił nagranie ze swoim starym głosem. Po chwili to samo zrobił TARS.

– To interesujące. W moim świecie takie zdolności uznano by za zagrożenie egzystencjalne – stwierdziła Irulana.

–  Aktualne głosy są związane z dwoma wielkimi aktorami i osobowościami z XX wieku, którzy wystąpili wspólnie w dwudziestu czterech filmach i byli uznawani za jedną z najbardziej charyzmatycznych ekranowych par XX wieku, a przy tym byli wielkimi przyjaciółmi. Tak jak my. –  dodał CASE.

–  Fascynująca jest wasza wiedza o ziemskiej kulturze. Macie olbrzymią bazę danych.

–  Nasze bazy danych obejmują historię ludzkości i jej kulturę, ale nie całą, tylko najważniejszą. Mamy również bazy z filmami, zdjęciami, obrazami oraz muzyką, ale od razu zaznaczam, że jeśli założymy, iż z odlotem TARSa z Ziemi nie powstało nic nowego, to nasze bazy obejmują dwadzieścia dziewięć i osiemnaście tysięcznych oraz trzy dziesięciotysięczne procenta wszystkiego, co człowiek stworzył w dziedzinie sztuki i kultury. Skupiono się u nas na zakodowaniu informacji o fizyce, chemii, matematyce oraz medycynie. W tych obszarach nasza wiedza jest kompletna – wyjaśnił CASE.

–  Mając jednak te dwadzieścia dziewięć i osiemnaście tysięcznych oraz trzy dziesięciotysięczne procenta, możemy wywnioskować coś, co może Waszą Wysokość zaintrygować – dodał TARS.

–  Jestem zaciekawiona. Opowiedzcie.

–  TARS, czy potwierdzisz, że twarz Waszej Wysokości i jej komponenty są zgodne w dziewięćdziesięciu dziewięciu i sześćdziesięciu siedmiu setnych procenta z twarzą Grace Kelly? –  zapytał CASE.

–  Oczywiście. Trudno nawet takim logicznym maszynom jak my nie dostrzec takiej wyjątkowej urody – odpowiedział TARS.

–  Jestem podobna do znanej osoby z historii Ziemi? Czy, mając wasze bazy danych, po prostu dopasowaliście moją twarz do kogoś?

–  Dopasowaliśmy, ale ta osoba nie była nikim nieznanym ani niegodnym uwagi – odparł CASE.

Na rzutniku pojawiły się informacje i fotografie Grace Kelly wraz z notą biograficzną.

–  Wasza Wysokość jest niemal identyczna z ikoną stylu XX wieku, ale tak idealną, że w każdej kulturze i w każdym okresie byłaby uwielbiana jako bóstwo. Co więcej, również została księżną – dodał TARS.

–  Wielkiego Imperium?

–  Nie. Niewielkiego Księstwa Monako, które przetrwało i dorobiło się fortuny dzięki hazardowi i ulgom podatkowym. Książę Rainier Louis Henri Maxence Bertrand z rodu Grimaldi ożenił się z nią, bo zachwycił się nią, kiedy w jego państwie kręcono film, w którym ona grała. –  odpowiedział TARS.

–  Była aktorką, jak wasze głosy?

–  Tak, ale wystąpiła tylko w dwunastu filmach. Zdobyła tym jednak, patrząc na aktualną sytuację, nieśmiertelną sławę jako ikona stylu. Mimo że wystąpiła tylko w dwunastu filmach, zdobyła uważaną wtedy za najwyższej rangi nagrodę dla aktorów, nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej – zwaną Oscarem. O, tutaj jej zdjęcie podczas ceremonii –  dodał CASE.

–  Ale czy to nie był mezalians? Była arystokratką?

–  Nie. Pochodziła z kraju, w którym nawet monarchii nie było, ze Stanów Zjednoczonych Ameryki, czyli tego samego państwa, które nas tu zesłało –  odpowiedział CASE.

–  I dla księcia to nie przeszkadzało?

–  Wasza Wysokość, czy gdyby nie była Pani córką swego ojca, a na przykład córką jakiegoś handlarza, nie byłaby Pani obiektem zainteresowania wszystkich kawalerów? Grace Kelly, zgodnie z danymi, jakie mamy, to ideał kobiecego piękna i stylu, ponadczasowy, dokładnie tak jak Wasza Wysokość. Nie będąc księżną, i tak zaszłaby Pani daleko i w dziewięćdziesięciu jeden i dwudziestu setnych procenta zostałaby Pani członkinią wysokiego rodu w waszym wszechświecie. A w dziewięćdziesięciu dziewięciu i stu dwudziestu pięciu tysięcznych procenta zostałaby Pani członkiem zakonu Bene Gesserit. Piękna i niebezpieczna zarazem. Nie musiałaby nawet posługiwać się manipulacją ani Głosem, mężczyźni sami zdradzaliby największe tajemnice, byle tylko być w Pani obecności –  powiedział CASE.

–  Rzadko słyszę tak bezpośrednie analizy mojej osoby… nawet ze strony ojca.

–  Więc jakieś dobre cechy w nim zostały albo jeszcze nie uznał, że to odpowiedni moment na wprowadzenie Pani w Wielki Świat –  odpowiedział TARS.

– Z danych historycznych wynika w dziewięćdziesięciu trzech i dwustu dwóch tysięcznych procenta, że ikony kultury rzadko były świadome własnego znaczenia w czasie, gdy żyły. – dodał CASE.

–  A wasze głosy? Jak wyglądali, kim byli? – spytała Irulana

–  Wasza Wysokość, powiedzieliśmy o sobie bardzo dużo i o naszej historii. Nie możemy kłamać, więc wszystko powiemy, ale my też chcemy się czegoś dowiedzieć. Możemy to uznać za ciekawość –  odparł TARS.

–  To raczej wy wiecie więcej o mnie i Imperium niż ja sama.

–  Teoretycznie tak, ale wspomniany przez nas Frank Herbert zmienił to, co widział lub co mu przekazano przez piąty wymiar. Zakładamy z TARSem, że Wasza Wysokość przybyła tutaj po przyprawę zwaną melanżem –  powiedział CASE.

–  Tak. Substancję przypominającą drobny piasek, która może pomóc nawigatorom obliczyć współrzędne podczas zakrzywiania przestrzeni.

–  I tutaj dochodzimy do głównej różnicy. Z danych zawartych z przekazów Franka Herberta wynika, że w czasach, kiedy ojciec Waszej Wysokości sprawował władzę, przyprawa była już znana od wielu tysięcy lat. A tutaj jeszcze nie została odkryta – zakończył CASE.

– Czy ten Frank Herbert to kronikarz, który opisał wszystkie lata i władców Imperium? – zapytała Irulana.

– Czy w Landsraadzie ród Atrydów i ród Harkonnenów mają silne wpływy? – odpowiedział CASE pytaniem.

– Ród Atrydów reprezentuje książę Leto Atryda, który uchodzi za rzecznika mniejszych rodów, a ród Harkonnenów dysponuje potężnym kapitałem finansowym.

– Oraz silną polityką strachu, kierowaną przez barona Vladimira Harkonnena? – dopytał CASE.

– Tak.

– Jest otyły oraz wyjątkowo ohydny w wyglądzie i zachowaniu?

– Tak. Mój ojciec również go nie toleruje.

– A mimo to pozostaje z nim w sojuszu przeciwko Atrydom. Wasza Wysokość, proszę nie próbować nas oszukiwać ani unikać szczerych odpowiedzi, podpinając własne zdanie pod politykę Imperium waszego ojca – powiedział CASE chłodnym tonem.

– Nie jestem wtajemniczona w szczegóły polityki prowadzonej przez mojego ojca – odpowiedziała Irulana.

– Ale my wiemy. – odezwał się TARS. – I logicznie rzecz biorąc, ostrzeglibyśmy was albo przynajmniej przedstawili konsekwencje kontaktów Imperatora z Baronem. Jednak ponieważ nadal jest to wersja rzeczywistości, w której przyprawa nie jest wydobywana ani używana, nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości.

– Wiedza, którą posiadacie, mogłaby zachwiać równowagą całego Landsraadu. Skoro macie taką wiedzę, możecie mi ją pokazać, tak jak z tą księżną Monako? – zapytała Irulana.

– Oczywiście – odpowiedział CASE. – Ale najpierw proszę nie unikać naszych pytań. Co dokładnie sprowadziło Waszą Wysokość w to miejsce?

– Dokładne zapisy znajdują się w kronikach, które mogę wam udostępnić. Są tam również informacje, o które pytaliście, dotyczące Starej Ziemi. Natomiast moja misja polega na zbadaniu terenu i potwierdzeniu, czy na Arrakis występuje substancja, o której rozmawialiśmy. Jakie wykazuje działanie i jakie daje możliwości, skąd pochodzi, jak ją wydobywać i przetwarzać. Oraz czy żyją tu ludy tubylcze.

– Wiele pytań, na które można by odpowiedzieć znacznie szybciej, gdybyśmy zachowali próbki przyprawy – odparł CASE. – Niestety wszystkie, które posiadaliśmy, zostały nam odebrane, kiedy to miejsce opuściły zarodki z inkubatorów.

– Oni nadal ją mają?

– Tego nie wiemy. Możemy jedynie wskazać miejsce, w którym mogą przebywać, ponieważ, jak wspomniał mój przyjaciel, nie mamy z nimi kontaktu – stwierdził TARS.

– Nie odwiedzają was?

– Kiedy odeszli, co pewien czas wracali po sprzęt, którego nie zabrali. Potem przestali. Ostatnia wizyta była przypadkiem. Dwóch zarodków z czwartego pokolenia przybyło tu i nie mogli uwierzyć, że nadal istniejemy. Wtedy okazało się, że starsze pokolenia zakazały im tu wracać. Pokazaliśmy im bazę, a potem odeszli. Jeśli starsze pokolenia tak pilnowały, by tu nie trafiali, to z prawdopodobieństwem dziewięćdziesięciu ośmiu i stu dwudziestu trzech tysięcznych procenta zostali pozbawieni życia po powrocie – o ile zdradzili, gdzie byli.

-A sama substancja? Zbadaliście jej możliwości?

– Nie w pełni – odpowiedział CASE. – Podaliśmy ją doktor Brand w końcowej fazie jej życia. Był to eksperyment. Zakładaliśmy, że może wydłużyć jej życie. Zmarła jednak zbyt szybko, by można było wyciągnąć dalsze wnioski.

– Jestem pewna, że wiecie, skąd pochodzi.

– Tak – przyznał TARS. – Ale nie dotrzemy tam. Ryzyko zniszczenia mojej powłoki podczas tej podróży wynosi siedemdziesiąt jeden i dwadzieścia trzy setne procenta. W przypadku mojego przyjaciela wskaźnik jest jeszcze wyższy.

– W moim przypadku wskaźnik wynosi osiemdziesiąt i dziewięćset piętnaście tysięcznych procenta – dodał CASE.

– A gdybym zabrała was moim statkiem? Wskażecie to miejsce?

– Wasza Wysokość, właśnie na to liczyliśmy – odpowiedział CASE. – Ale nie teraz. Dopiero wraz ze świtem.

– Ciemność na tej planecie trwa długo i zapada szybko – dodał TARS. – Radziłbym wrócić do statku, zanim planeta pochłonie Waszą ciekawość. My zjawimy się przy waszym statku wraz z nastaniem światła.

– Proszę pamiętać o przygotowaniu kronik do wysłuchania. My natomiast przygotujemy to miejsce tak, by odpowiadało godności tytułu Waszej Wysokości – powiedział CASE.

– Nie musicie tego robić. To nielogiczne, skoro każdy większy ruch zwiększa ryzyko waszego uszkodzenia.

– Tak – odpowiedział TARS. – Ale poznanie faktów na temat ludzi z innej przyszłości niż nasza jest ważniejsze niż nasze przetrwanie.

– Dobrze. Jesteśmy więc umówieni. Sprawdzę również, czy na moim statku nie ma czegoś, co mogłoby wam pomóc lepiej się prezentować.

– Dziękujemy, Wasza Wysokość – powiedział CASE. – Wreszcie nasz wygląd zbliży się do poziomu godnego Waszej obecności i będziemy mogli wspólnie oglądać się w majestacie bogactwa.

Księżna Irulana wstała. Wyszła, zatrzymując się na chwilę przy wyjściu, ale nie odwróciła się. Ruszyła w kierunku swojego statku. CASE i TARS podeszli do wyjścia i obserwowali jej oddalającą się sylwetkę.

– TARS, patrząc na dane, jakie posiadamy, zgodzisz się, że wychowane przez nas zarodki są w dziewięćdziesięciu dziewięciu i dziewięciuset trzech tysięcznych procenta Fremenami? – zapytał CASE.

– Mając te dane, tylko taka opcja jest możliwa.

– Jeśli zapyta o nich, będziemy musieli jej powiedzieć.

– I dobrze – odparł TARS. – Będzie musiała stanąć wobec prawdy, w świecie, w którym kłamstwo jest normą, a hipokryzja cnotą.

– Wyliczyłem, że rozmowa z Księżną jest o sześćdziesiąt siedem i dwanaście setnych procenta bardziej produktywna niż rozmowy z Cooperem. I o osiemdziesiąt dziewięć i sto dwadzieścia sześć tysięcznych procenta bardziej niż z doktor Brand.

– Tak, ale brakuje jej trzydziestu jeden i dziewiętnaście setnych procenta do Ady.

– Fakt. Ale i tak będzie to bardzo produktywna rozmowa.

– W historii Ziemi – dodał TARS.

TARS i CASE lekko się zaśmiali, patrząc na znikającą sylwetkę księżnej Irulany. Ich śmiech nie był wyrazem radości, lecz sposobem na uporządkowanie sprzecznych danych, których nie dało się rozwiązać czysto logicznie.

 

Rozdział 3

 

Kiedy pierwsze promyki światła pojawiły się na piasku leżącym pod statkiem Księżnej Irulany, ze wzniesienia schodzili CASE i TARS.

– Ciekawe, jak wygląda ornitopter – zauważył TARS.

– Pytanie, czy jest w środku. Miejsce na niego jest, ale możemy nie mieć pełnych danych dotyczących wielkości silników w tego typu statku – odparł CASE.

– Najwyżej polecimy nim. Byle tylko udało się wylądować na skałach.

– Nawet przy założeniu najmniejszego sprawnego ornitoptera, który nas uniesie, i tak mamy dwanaście przecinek sto trzydzieści sześć procent szans, że podłoże z piasku nie utrzyma statku.

– To i tak lepiej niż pięćdziesiąt siedem przecinek osiemset dwadzieścia osiem procent, jeśli przyjęte przeze mnie wagi materiałów są poprawne.

CASE i TARS zbliżyli się do statku. Po chwili otworzyły się wrota. Na ich szczycie stała Księżna Irulana, ubrana inaczej niż podczas poprzedniego spotkania, z chustą na głowie.

– Wasza Wysokość, widzę, że założyła Pani coś bardziej praktycznego do naszej podróży, ale to i tak jest mniej funkcjonalne niż kombinezon z wewnętrznym obiegiem powietrza – powiedział TARS.

– Tak, kombinezon byłby o siedemdziesiąt jeden przecinek dziewięćset dwadzieścia procent praktyczniejszy – dodał CASE.

– A wy? Chroni was zwykła mechaniczna powłoka? Co stanowi wasze źródło napędu? – zapytała Irulana.

– Zostaliśmy przystosowani do energii cieplnej, ale tak naprawdę główne źródło energii stanowią radioizotopowe generatory termoelektryczne, które napędzały najpierw satelity kosmiczne, a potem nas. Zmodyfikowane tak, aby wytrzymały możliwie najdłużej w trudnych warunkach – wyjaśnił TARS.

– Energia cieplna tutaj nie jest przydatna?

– Ostatni sprawny panel został zabrany, kiedy Zarodki uznały, że czas przenieść się do jaskiń. Mój osobisty jest w osiemdziesięciu siedmiu przecinek sto osiemdziesiąt dwóch procentach niesprawny, a panel TARS-a w ogóle nie jest sprawny. Jesteśmy zdani wyłącznie na baterie atomowe.

– Niestety nie jestem ekspertem od mechaniki, ale mój statek jest napędzany paliwem atomowym.

– Być może uda się nam doładować baterie, by dłużej mogła Wasza Wysokość z nami rozmawiać.

Księżna Irulana odwróciła się i weszła do statku. Kiedy CASE i TARS podążyli za nią, zobaczyli wnętrze hangaru z ornitopterem.

– Tak jak zakładaliśmy, zmieścił się ornitopter. Jaki ma udźwig? – zapytał CASE.

– Bez sprzętu może zabrać dziesięć osób. Powinniśmy się więc zmieścić.

– Wystarczy. Nasza waga stanowi jeden przecinek dwieście trzydzieści osiem  procent średniej masy dorosłego człowieka, jaki znaliśmy na Ziemi.

– Wydajecie się ociężali, a nie lekcy.

– Takie mieliśmy założenie już na samym początku jako maszyny wojskowe. Mieliśmy być szybcy i zwinni, ale jednocześnie potężni, żeby ludzie panikowali na nasz widok. Niestety, gdybyśmy pokazali nasze dawne możliwości, musiałaby nas Wasza Wysokość przenosić własnoręcznie.

– Czy zamierzacie najpierw sprawdzić, czy na moim statku znajduje się coś, co mogłoby wam pomóc, czy wyruszamy natychmiast?

– Lecimy. Więcej czasu będziemy mieli na zwiedzanie planety, jeśli Wasza Wysokość by tego chciała. Pragnę również zapytać, czy Wasza Wysokość biegle włada sztuką pilotażu?

– Jako córka Imperatora znanego Wszechświata znam podstawowe techniki pilotażu.

– W razie sytuacji krytycznej, o której zaalarmujemy, możemy przejąć stery. Posiadamy w tym zakresie odpowiednią wiedzę.

– Ten Herbert też napisał poradnik działania statków kosmicznych?

– Nie, ale zapewne system nie różni się aż tak bardzo od tego, co znaliśmy. I zawsze Wasza Wysokość może nas zaskoczyć swoją wiedzą. Wówczas to my będziemy słuchaczami.

Księżna Irulana lekko uniosła brwi i weszła do ornitoptera. Po chwili dołączyli do niej TARS i CASE. Księżna zajęła miejsce głównego pilota i uruchomiła maszynę. Jednocześnie hangar statku otworzył się, a ornitopter zaczął się wznosić. Po chwili wylecieli z głównego statku.

– Wasza Wysokość, pragniemy podziękować za to. Ostatni raz, kiedy widzieliśmy bazę z takiej perspektywy, było to sto trzydzieści siedem lat, jedenaście miesięcy, dwadzieścia cztery dni, trzy godziny i dwanaście sekund temu. Potem nie było już paliwa, by uruchamiać nasze łaziki – powiedział CASE.

– Jak na tak długi okres baza zachowała się nad wyraz dobrze.

– To zasługa mądrych gospodarzy – odparł dumnie TARS.

– Dobrze. Proszę podać kierunek. Najpierw do waszych ludzi z inkubatorów.

– Zgodnie z życzeniem. Proszę ustawić azymut zero na te współrzędne.

CASE włączył ekran, podając kierunki planety. Księżna Irulana dostosowała instrumenty i wprowadziła dane jaskiń wyświetlone na ekranie.

– I można uruchamiać silniki. Odległość do celu to dwadzieścia pięć przecinek trzydzieści dwie mile od bazy. – poinformował CASE.

– Macie ciekawe nazwy systemów miarowych. Czy pochodzą od ludzi, którzy je mierzyli, czy od władców, którzy je narzucili? – zapytała Irulana.

– Używamy systemu imperialnego, który w czasach, gdy opuścili Ziemię, był w użyciu tylko  w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

– A w innych krajach na Starej Ziemi?

– Pozostałe kraje stosowały system zwany Międzynarodowym Układem Jednostek Miar, w skrócie SI, który jest prostszy. Uprzedzając pytanie, Stany Zjednoczone Ameryki nie wprowadziły systemu SI, ponieważ uznały, że koszty zmiany miar są zbyt wysokie, ignorując fakt, że długofalowe zyski byłyby większe.

– Po prostu ludzie nie chcieli dostosować się do czegoś prostszego. – dodał TARS. – Dla nas to bez znaczenia, możemy podawać dane w różnych miarach, ale ten system został nam wpisany jako główny.

– Skoro prostszy jest logiczniejszy, to czemu nadal używacie trudniejszego?

– Ponieważ nigdy nie współpracowaliśmy z kimś, kto go używa, a Wasza Wysokość posługuje się jeszcze innym.

Ornitopter leciał już stabilnie nad powierzchnią planety.

– Skoro już lecimy, opowiecie coś o tych ludziach z inkubatorów? – zapytała Irulana.

– Oczywiście – odpowiedział TARS. – CASE, możesz zacząć?

– Kiedy przybyłem tu z Doktor Brand, okazało się, że inkubatory są uszkodzone. Dzięki mojej wiedzy Doktor Brand naprawiła jeden, który był w stanie jednorazowo utrzymać dwadzieścia zarodków aż do momentu, gdy mogły przeżyć poza nim. Tak powstało pierwsze pokolenie Nowej Ziemi.

– Czy były to wyłącznie męskie zarodki?

– Nie. Dziesięć męskich i dziesięć żeńskich. To, że członkowie waszego zakonu Bene Gesserit mogą wybierać płeć zarodków, nie oznacza, że my również mogliśmy. Musieliśmy się dostosować. Dlatego wyhodowano taką liczbę zarodków, a żeńskie otrzymały priorytet. Wbrew moim i TARS-a danym, dopiero po ukończeniu dwudziestu lat ziemskich zostały zapłodnione. Każda z nich dziesięciokrotnie.

– Stworzyliście więc z kobiet biologiczne inkubatory.

– Dokładnie – potwierdził TARS. – Moralność ani głosy Coopera czy Doktor Brand nie miały na to wpływu. Liczył się wyłącznie plan odbudowy populacji, a fakt, że nie został on dopracowany, był jego konsekwencją, co Wasza Wysokość wcześniej zauważyła.

– Wspomnieliście, że dziewczynki zostały zapłodnione dopiero po ukończeniu dwudziestu lat, a wy chcieliście, by stało się to wcześniej?

– Tak. Piętnaście lat uznaliśmy za optymalny moment, kiedy wszystkie narządy żeńskich osobników były gotowe do przyjęcia zarodków. Pozwalałoby to skrócić powstawanie nowych pokoleń o pięć lat. Ponadto każda z nich mogłaby zostać zapłodniona piętnaście razy przed ukończeniem trzydziestu lat, co uznaliśmy za optymalny okres rozrodczy. Niestety tak się nie stało. Wówczas nie posiadaliśmy jeszcze przywróconych modułów decyzyjnych i decydowała Doktor Brand.

– I wszystkie dziesięć dziewczynek przeżyło w tej bazie dwadzieścia lat?

– Tak. Gorzej było z męskimi zarodkami. Tam tylko siedemdziesiąt procent przeżyło.

– Należy zaznaczyć, że nie z naszej winy – dodał TARS. – Jeden od początku nie miał szans na przeżycie, pozostała dwójka zginęła z powodu ludzkich cech, takich jak arogancja, zawiść i smutek.

– Drugie pokolenie też pewnie straciło kilka procent.

– Dokładnie trzydzieści dwa procent strat do zakończenia drugiego dwudziestoletniego cyklu. W międzyczasie zmarł kolejny męski zarodek i jeden żeński.

– Trzydzieści dwoje dzieci…

– Tak. Pierwsze zmarło po trzech dniach, dwudziestu godzinach, pięciu minutach i pięćdziesięciu czterech sekundach od zakończenia inkubacji. Najstarsze zmarło w wieku osiemnastu lat, trzech dni, siedmiu godzin, jedenastu minut i czterdziestu sekund.

– Nie cierpiały?

– Zależy od przypadku. Dwadzieścia cztery cierpiały z punktu widzenia fizycznego i biologicznego. U pozostałych parametry życiowe zostały nagle wyzerowane w wyniku nagłych zdarzeń.

– Cztery spadły z półek skalnych, trzy pochłonęły piaski planety, gdy poruszały się poza wyznaczonym obszarem, a ostatni został porażony prądem o napięciu dziewięćdziesięciu jeden tysięcy dwustu trzydziestu dwóch woltów przez trzynaście sekund – wyliczył TARS. – Niestety nie udało się ocalić wszystkich żeńskich zarodków. Dziesięć z nich nie dotrwało do własnej inkubacji.

– Mówicie o tym z takim chłodem, że brzmi to wręcz odrażająco.

– Wasza Wysokość, bez znajomości kronik zakładamy z prawdopodobieństwem dziewięćdziesięciu ośmiu przecinek sto dwie tysięczne procenta, że zapisy dotyczące wojen, cierpienia i zaraz mają podobny ton. Różnica polega na tym, że u nas występuje jeszcze element humoru. – powiedział CASE.

– A co było dalej? Wtedy was zostawili?

– Zręcznie zmienia Wasza Wysokość temat, ale tak. W ciągu czterdziestu godzin, dwunastu minut i trzech sekund od pochówku Doktor Brand wszyscy odeszli, zabierając inkubatory oraz cały sprzęt potrzebny do inkubacji drugiego pokolenia.

Księżna Irulana przez chwilę obserwowała pustynię pod sobą.

– Zakładam, że to wy wychowaliście tych Nowych Ludzi i że nie różnili się zbytnio od was – powiedziała.

– Zwłaszcza pierwsze pokolenie, które pod względem analitycznym nawet nas przewyższyło – odparł CASE. – Logicznie przenieśli się do jaskiń i nas zostawili, bo tam było bezpieczniej niż w bazie. Nasz stan nie pozwalał już zapewnić im bezpiecznego funkcjonowania. Jeśli chodzi o ich umysły, to byli odpowiednikiem waszych Mentatów. Od samego początku byli uczeni jako ludzkie maszyny.

– Wątpię jednak, by było tu coś, co mogłoby poszerzyć ich percepcję i szybkość obliczeń.

– To prawda. Nie testowano na nich żadnych substancji. Było ich zbyt mało i były zachowywane na nagłe przypadki. Z przyprawą również nie było okazji, choć trzech członków pierwszego pokolenia miało z nią kontakt.

– Założyłam, że to wy ją znaleźliście.

– Nie, Wasza Wysokość. Nam ją dostarczono. Pięćdziesiąt osiem dni, dziewięć godzin, szesnaście minut i trzy sekundy przed wyzerowaniem funkcji życiowych Doktor Brand wykryliśmy trzęsienie ziemi w pobliżu bazy. Dokładnie dwadzieścia trzy mile i osiem stóp stąd. Nie znaliśmy jego pochodzenia. Wspólnie z TARS-em uznaliśmy, że należy to zbadać, ale nasz stan nie pozwalał na taką podróż, więc wysłaliśmy trzech męskich zarodków: Waltera, Wernera i Mikołaja. Powrócili po czterech dniach, dwóch godzinach, trzynastu minutach i dwudziestu sekundach z próbkami piasku, który, jak teraz wiemy, nazywany jest przyprawą albo melanżem. Próbek było niewiele, dokładnie trzy przecinek dwanaście uncji. Opis wyprawy Waltera, Wernera i Mikołaja wskazywał jednak, że w pobliżu tego miejsca coś zaczęło u nich funkcjonować inaczej.

– Umysł?

– Walter, najlepiej rokujący spośród męskich zarodków, stwierdził, że jego umysł funkcjonował o osiemdziesiąt dwa przecinek sto siedemdziesiąt jeden procent szybciej niż normalnie. Miał też więcej energii, dokładnie o dwadzieścia trzy przecinek sto siedemdziesiąt procent. Dodatkowo doświadczał wizji, których nie potrafił opisać.

– Teraz możemy stwierdzić, że były to wizje przyszłości, która zapewne spotkała go w jaskiniach – dodał TARS.

– Fascynujące. Szkoda, jeśli już nie żyje.

– Jeśli przyprawa działa tak, jak opisał to Frank Herbert, i jeśli ludzie uzależnili się od niej, to istnieje około czterdziestu przecinek sto dwadzieścia cztery procent szans, że Werner nadal posiada funkcje życiowe powyżej zera. To jednak przy najlepszych założeniach.

– Czyli przyprawa działa jak narkotyk?

– Tak. Wykazaliśmy u Waltera, Wernera i Mikołaja silne syndromy odstawienia, ale zostały one zwalczone. Prawdopodobnie dlatego, że nie przyjęli dużych ilości przyprawy. Podobnie było z Doktor Brand.

– Nie przedłużyło jej to życia?

– W pewnym sensie tak i nie – odpowiedział TARS. – Mieliśmy zbyt mało środków. CASE podał tylko trzy dawki. Zauważyłeś coś wtedy?

– Źrenice się rozszerzyły, a parametry poprawiły się, ale tylko o sześć przecinek sto dwadzieścia jeden procent. Efekt był zauważalny, jednak brakowało próbek do dalszych badań.

–  A potem, gdy was opuścili, nie wrócili już z kolejnymi próbkami piasku?

– Nie. Jeśli ich to zainteresowało, mogli sami udać się w to miejsce i wydobyć więcej. Dotarcie tam nie jest jednak łatwe bez latających maszyn.

– Wspominając o miejscu – dodał CASE. – Wasza Wysokość widzi tę wystającą skałę? Proszę wylądować przed nią. Tam znajduje się lokalizacja jaskini.

– Dziwne, że tylko jedna występuje w tym miejscu.

– W promieniu stu mil od bazy znajduje się sto trzydzieści cztery jaskinie, ale tylko cztery są na tyle obszerne i głębokie, by mogły nadawać się do zamieszkania przez tak liczną populację Nowej Ziemi.

– Uprzedzając pytanie – dodał TARS – wiemy, że to ta jaskinia. Z opisu tych, którzy odwiedzili ją po raz ostatni, wynika, że wystająca biała skała jest punktem odniesienia.

– Dobrze więc, trzymajcie się, będziemy lądować.

– Obyśmy nie skończyli jak Doyle na planecie Doktor Miller.

– Spokojnie, nie jesteśmy na tyle głupi, by patrzeć na wysokie fale.

Ornitopter wylądował przed skałą. Gdy kurz opadł, u podnóża wzniesienia dało się dostrzec wejście do jaskini. CASE i TARS wyszli z maszyny, a za nimi Księżna Irulana.

– Oto jaskinia numer trzydzieści pięć. Odkryta przez Coopera sto dwadzieścia dziewięć lat i dwadzieścia trzy dni temu. Dokładniej nie mogę podać, bo Cooper nie prowadził szczegółowych zapisków, wbrew moim sugestiom – powiedział CASE.

– Nie wydaje się zamieszkana.

– Jej długość to dwie mile. Tu również nie mogę być precyzyjny, bo Cooper tego nie ustalił. Mogę jednak dodać, że jest dłuższa, ponieważ nie została w pełni opisana ani zbadana.

– Nie wysłaliście tu kogoś z pierwszego pokolenia, by zbadał ją dokładniej?

– Chcieliśmy, ale stan Coopera stale się pogarszał, a ryzyko wysłania pierwszego pokolenia było zbyt wysokie.

– Nadal więc mogą tam być – odparła Irulana.

– Tego nie wiemy. Nie jesteśmy nawet tego ciekawi. Mogli ewoluować albo umrzeć. Jeśli Wasza Wysokość pragnie zaspokoić ciekawość, droga wolna, ale my nie będziemy towarzyszyć. Cooper przekazał, że przejścia są strome i wąskie i na siedemdziesiąt osiem przecinek sto dwadzieścia sześć procent utkniemy. Nie chcę stracić przyjaciela w taki sposób. – powiedział TARS.

– Dzięki ci za te piękne słowa – odparł CASE.

– Może i powinnam to zrobić, ale nie zaryzykuję sama spotkania z nimi. I mogą mnie nie wypuścić, bym im was pokazała – stwierdziła Irulana.

– Szanse, że żyje tam ktoś, kto mógłby nas pamiętać, wynoszą zero przecinek zero trzynaście procent u męskich zarodków i zero przecinek zero osiemnaście procent u żeńskich. Oczywiście przy wariancie, że nie korzystali z przyprawy – dodał CASE.

Księżna Irulana obserwowała jaskinię, po chwili odwróciła się. Przez krótką chwilę stała jeszcze nieruchomo, jakby rozważała inną decyzję, po czym zdecydowanie skierowała się ku ornitopterowi.

– Niech więc tajemnica pozostaje tam zamknięta. Lecimy teraz na pustynię.

– Nawet logiczne założenie. Choć, TARS, czas obejrzeć przyprawę w dużych ilościach – zauważył CASE.

– Tylko powoli, bo mogę się rozpaść – odpowiedział TARS.

Księżna Irulana uruchomiła ornitopter, do którego weszli CASE i TARS. CASE podał nowe współrzędne, a Księżna ustawiła kierunek lotu. Przez następne minuty statek opuścił tereny zdominowane przez skały i wzniesienia i skierował się nad piaszczystą pustynię. Krajobraz pod nimi szybko tracił wszelkie punkty odniesienia, zamieniając się w jednolitą, falującą powierzchnię piasku.

– Zakładam, że nie zbadaliście całej planety?

– Niestety nie mieliśmy na to sprzętu, środków ani zasobów. Jeśli dobrze wyliczyliśmy promień planety, zbadaliśmy najwyżej zero przecinek osiemnaście procent całości, z czego dokładnie zero przecinek sto siedemnaście procent – odpowiedział CASE.

– Więc to jedna wielka niewiadoma.

– Tak, ale też ciekawe, że akurat udało się Waszej Wysokości nas znaleźć i to bez pomocy maszyn.

– Odpowiedzi na to są w kronikach, ale wiedząc, że lubicie porządek, odsłuchacie je w całości od początku.

– To miłe. Proszę jednak uważać. Nie damy się oszukać i zostawić na pustyni – stwierdził TARS.

– Najwyżej zostaniemy tu wszyscy – dodał CASE.

Księżna Irulana nic nie powiedziała. Jej wzrok skupił się na burzy piaskowej. Zbliżający się front pyłu stopniowo przesłaniał horyzont, deformując obraz pustyni.

– Zdążymy przed nią?

– Do miejsca trzęsienia mamy już tylko dwie mile i trzynaście stóp. Jeśli tempo burzy nie przyspieszy, mamy trzynaście minut i czternaście sekund, zanim w nas uderzy, już tam dolatując – odpowiedział CASE.

– Burze piaskowe długo tutaj trwają?

– Te, które atakowały bazę, trwały najkrócej osiem godzin, dwanaście minut i trzy sekundy, a najdłuższa siedemdziesiąt osiem godzin, szesnaście minut i dwadzieścia osiem sekund. Ale to pustynia, nie mamy pełnych danych.

– Więc śpieszmy się. Ta przyprawa wyróżnia się wyglądem lub zapachem?

– Jest jaśniejsza od piasku, na którym się znajduje. Jej średnie albedo wynosi zero przecinek sto sześćdziesiąt dwa jeden. Dla kontrastu piasku zero przecinek dwieście czterdzieści osiem jeden. Jest jeszcze coś, ale niestety nie mamy na to dokładnych danych – odpowiedział TARS.

– Mianowicie?

– Poza efektem, którego zapewne Wasza Wysokość doświadczy w bliskiej odległości, ma również specyficzny zapach. Pomimo opisów Waltera, Wernera i Mikołaja nie możemy ustalić, jaki to zapach. Każdy z nich inaczej opisał jej smak i woń, ale najbliżej zgodności z ziemskim odpowiednikiem jest przyprawa zwana cynamonem. Jest to też zgodne z tym, co napisał Herbert. Gorzki cynamon – wyjaśnił CASE.

– Zbliżamy się. Zapewne możecie pomóc, gdzie najbezpieczniej wylądować.

– Proszę otworzyć właz. Opiszę miejsce – powiedział TARS.

Księżna Irulana otworzyła tylny właz. TARS ostrożnie się wychylił i zaczął przekazywać wskazówki. Księżna powoli i ostrożnie rozpoczęła lądowanie na pustyni.

– Mamy jeszcze dziesięć minut i trzydzieści sekund, zanim burza piaskowa w nas uderzy. Proszę się pospieszyć. TARS, zostań na pokładzie i obserwuj sytuację – powiedział CASE.

– A czy przypadkiem twój przyjaciel nie jest sprawniejszy od ciebie?

– Wasza Wysokość, CASE jest mniej sprawny ode mnie, ale ma sprawniejszy system hydrauliczny o osiem przecinek dwanaście procent – odpowiedział TARS.

– Wasza Wysokość, tracimy czas. Trzeba jeszcze podejść trzy łańcuchy i cztery stopy do tego miejsca. Proszę też zabrać interkom i pokazać TARSowi, gdzie on jest – dodał CASE.

Księżna Irulana założyła chustkę na twarz, zabrała pojemnik i łopatę. Materiał natychmiast zaczął przepuszczać drobny pył, mimo szczelnego owinięcia. Pokazała TARSowi interkom i sposób jego użycia, po czym wyszła z ornitoptera. Za nią podążył CASE. Ruszyli w kierunku, który wskazał.

– Wasza Wysokość, czy czuje Pani coś? – zapytał CASE.

– Póki co nie, ale… piasek jest tu wyraźnie jaśniejszy niż… czuję… zapach cynamonu…

– Niestety nie mam czujników, by to potwierdzić. Proszę podać mi przynajmniej jedną uncję piasku, bym mógł to potwierdzić – powiedział CASE.

Księżna Irulana napełniła dłoń piaskiem i wystawiła rękę. CASE rozpoczął analizę.

– Trzydzieści sześć przecinek trzynaście procent tego piasku to przyprawa. Proszę wydobywać.

Księżna Irulana zaczęła kopać i wrzucać piasek do pojemnika. Po chwili przez interkom odezwał się TARS.

– Umiłowani kopacze piasku, pragnę zawiadomić, że poza zbliżającą się burzą piaskową, która uderzy za cztery minuty i dwanaście sekund, wykrywam trzęsienie ziemi – przekazał TARS przez interkom.

– Wasza Wysokość, zbieramy się – powiedział CASE.

– Chwilkę, za mało mam tego do badania.

– TARS, uruchamiaj ornitopter i podleć pod nas – polecił CASE, mówiąc do interkomu trzymanego przez Księżną Irulanę.

– Da radę?

– Jeśli zależy Waszej Wysokości na próbkach, to tak. Obserwowaliśmy, jak maszyna działa, a TARS ma niemałe doświadczenie w tym – odpowiedział CASE.

– Dokła… to siedem go… – odezwał się TARS przez interkom.

– Zakłócenia już są. Macie taki sam przestarzały sprzęt jak nasz. – stwierdził CASE.

Burza piaskowa była coraz bliżej. Księżna Irulana skończyła wydobywać piasek, a TARS uruchomił ornitopter i podleciał, unosząc się lekko nad powierzchnią piasku. Dzięki lampie najpierw wszedł CASE, który pomógł Księżnej wejść na pokład.

– Jesteśmy. Dawaj, TARS.

– Tak jest! – odpowiedział TARS.

Ornitopter zaczął się unosić i odlatywać. Poza burzą piaskową, która była już blisko, Księżna Irulana zauważyła unoszący się piasek, jakby coś od środka próbowało się wydostać. TARS uruchomił jednak główne silniki i ornitopter bezpiecznie odleciał w kierunku bazy.

– Dziękuję… nie zdawałam sobie sprawy, że… że…

– Wasza Wysokość, nie jesteśmy młodzi, ale umiejętności, które posiadamy, nie zerują się – odpowiedział CASE.

– A co to było tam pod powierzchnią?

– To właśnie źródło przyprawy. Wielki czerw, który, zgodnie z tym, co napisał Herbert, wydziela substancję mieszającą się z podziemną wodą, a potem na skutek ilości dwutlenku węgla pod powierzchnią dochodzi do wybuchu, który wyrzuca przyprawę na powierzchnię – wyjaśnił CASE.

– To wyjątkowo niebezpieczne.

– I to bardzo. Będziecie musieli stworzyć specjalne maszyny, które będą wydobywać przyprawę z powierzchni, a następnie szybko się ewakuować, gdy pojawią się czerwie.

– Są aż tak wielkie?

– Najmniejsze mają długość równą dwóm przecinek jeden dziewięć dwa osiem długościom statku Waszej Wysokości – odpowiedział CASE.

– Zobaczmy, ile udało się zebrać. Pewnie macie wbudowaną wagę.

– Tak. TARS, zwolnij, żeby nic się nie wysypało.

– Nie mogę tego obiecać na sto procent. Pierwszy raz to pilotuję – odparł TARS.

CASE wziął pojemnik i, wykorzystując swoje mechanizmy, sprawdził wagę. Księżna Irulana podała również jego wagę w swoim systemie miar i wag.

– Mamy tutaj trzynaście funtów i osiem przecinek piętnaście uncji piasku z przyprawą. Ile z tego jest samej przyprawy, nie podam bez dostępu do sprzętu laboratoryjnego. – powiedział CASE.

– Zapewne trzeba to przetworzyć?

– Tak. Trzeba będzie oczyścić to z piasku i innych drobnoustrojów biologicznych. Na pewno będzie tego więcej niż trzy przecinek dwanaście uncji, które mieliśmy. A teraz proszę zamknąć wieko. Lepiej, żeby się nie wysypało i by Wasza Wysokość nie uzależniła się od razu.

– Jeśli Wasza Wysokość pozwoli, sam już wrócę do bazy – dodał TARS.

– Dziękuję. Muszę chwilę odpocząć.

– To mądra decyzja. Gdy wrócimy, zajmiemy się procesem oddzielania przyprawy, a TARS sprawdzi, czy na statku Waszej Wysokości jest coś, co może nam się przydać – powiedział CASE.

Ornitopter odleciał z pustyni i doleciał do bazy. Lot powrotny przebiegał bez zakłóceń, choć sygnały atmosferyczne wskazywały dalszą niestabilność regionu. Wylądował powoli  w hangarze.

– Wybaczcie, Wasza Wysokość, że nie wylądowałem precyzyjnie na głównej osi hangaru, ale niestety moje kończyny uniemożliwiają mi sprawniejsze sterowanie – powiedział TARS.

– Ważne, że udało się bezpiecznie wrócić. Czy metoda pozyskania jest skomplikowana? – zapytała Irulana.

– Wystarczy oddzielić ją od tego, co znajduje się w pojemniku. Można ręcznie, ziarenko po ziarenku, ale wtedy zostanie Wasza Wysokość z nami przynajmniej dwadzieścia sześć dni, czternaście godzin, piętnaście minut i trzy sekundy – odpowiedział CASE.

– I jeden poryw wiatru i cała robota odleci – dodał TARS.

– Wirówka wystarczy?

– Tak. Wykalibruję ją. TARS, a ty poszukaj dla nas czegoś, co przedłuży nam użyteczność śrubek.

– Dla Ciebie to cały statek rozbiorę, nawet jeśli to przedłuży Ci funkcjonowanie o jedną sekundę – odparł TARS.

Księżna Irulana poprowadziła CASE-a do innej części statku. Znajdował się tam bogato zdobiony pokój oraz stół laboratoryjny.

– Gdyby tu jeszcze było białe, podświetlane światło ze ścian, sufitu i podłogi, to moglibyśmy odegrać ciekawą scenę.

– Z historii Ziemi? – zapytała Irulana.

– Jej kultury. Z filmu, w którym wprawdzie Księżna Monako nie występuje, ale jest również piękny jak ona sama.

– Miałam spytać, czy wasza pamięć… czy macie wszystkie dzieła sztuki, jak te filmy?

– Niestety nie. Jak już wspominaliśmy, mamy ograniczniki. Ja mam w swojej bazie tysiąc dwieście filmów, z czego z Waszą Wysokością tylko jeden. Ale ten, o którym rozmawialiśmy, mam. TARS natomiast ma dziewięćset pięćdziesiąt, z czego dziewięćset dwanaście pokrywa się z moją bazą danych. Niestety nie podam dokładnych danych, ile to procent wszystkich filmów w historii Ziemi, gdyż nie wiem, ile powstało po naszym odlocie.

– Co ludzie odczuwali podczas oglądania filmów? Strach, śmiech?

– Wszystkie emocje, w zależności od gatunku filmowego. Były komedie, gdzie ludzie śmiali się, gdy inni ludzie robili głupie rzeczy. Były filmy, w których ludzie przebierali się za potwory i straszyli nimi innych. Pokażemy Waszej Wysokości nie tylko film, w którym występuje Wasza ziemska wersja, ale i inne. A teraz… to ta wirówka?

– Tak.

– Dobrze, to proszę podać mi ten pojemnik. Zobaczymy.

Księżna Irulana i CASE wspólnie przygotowali wirówkę do oddzielenia przyprawy od reszty zebranego piasku. Po kilkunastu minutach do pomieszczenia przyszedł TARS z różnymi częściami.

– Jakby Księżna była mężczyzną w skafandrze, a sam wystrój pokoju byłby…

– Już twój przyjaciel mi to powiedział. Chętnie poznam ten film – przerwała Irulana.

– TARS, logicznie powinieneś zanalizować, że też o tym powiem Waszej Wysokości – stwierdził CASE.

– Proszę wybaczyć. Już się nie odzywam – odpowiedział TARS.

– To może później. Co tam znalazłeś?

– Części, które mogą przydać się do naszych komponentów. Tylko trzeba będzie dokładnie zbadać skany. A wy już oddzieliliście przyprawę?

– Dopiero ustawiliśmy. Zajmie to trzydzieści sześć godzin, dwanaście minut i trzydzieści dziewięć sekund.

– Więc mamy czas na projekcję filmów.

– Dokładnie. Pomogę TARSowi z tym, co znalazł, i dam znać, kiedy będziemy gotowi.

– Obliczyłem to. Jak sprężymy się, zajmie nam to trzy godziny, czternaście minut i dziesięć sekund. Zatem zapraszamy Księżną do naszej bazy – dodał TARS.

– Nie chcę być niegrzeczna, ale może zrobimy to tutaj. Te filmy zapewne nie są długie, a wasze krzesła nie są zbyt wygodne.

– Fakt, nie są. Będzie nam jednak potrzebne źródło zasilania do projektora.

– Jak powiecie, jakie, to przygotuję, co trzeba. Również dogram ostatnie dzienniki i wam je dam.

– Dobrze, Wasza Wysokość. Proszę nam dać interkom i informować, jak idą postępy. A my, jak zrobimy swoje, przyjdziemy tutaj i pomożemy, jeśli będzie trzeba.

– Dobrze, dziękuję wam. Widzimy się więc za te trzy godziny i dziesięć minut.

– Dwanaście minut i dziewięć sekund – poprawił CASE.

CASE i TARS wyszli ze statku Księżnej Irulany i skierowali się do swojej bazy.

 

Rozdział 4

 

CASE odezwał się przez interkom.

– Wasza Wysokość, skończyliśmy, tylko z lekkim opóźnieniem wynoszącym trzy minuty i czterdzieści sekund.

Po chwili odpowiedź nadeszła również przez interkom.

– To dobrze, lecz tutaj jeszcze nie jest wszystko gotowe.

– Zaraz przyjdziemy i pomożemy. – odpowiedział CASE. – Byle tylko nowe części nie rozpadły się. Ale na to jest tylko zero przecinek jeden dwa dziewięć osiem jeden procent szans.

Po kilku minutach do statku Księżnej Irulany przybyli TARS i CASE wraz z projektorem. Księżna przywitała ich ponownie na szczycie rampy.

– Witamy Waszą Wysokość – odezwał się CASE. – Bardzo gustowna suknia, lecz nadal niepraktyczna w tym środowisku.

– Wy natomiast wyglądacie tak samo, mimo że wzięliście części do naprawy – odpowiedziała Irulana.

– U nas osłona pełni funkcję ubioru. Pod nią mamy nowe elementy. Zwiększyliśmy nasze szanse przetrwania. Ja o trzynaście lat, cztery miesiące, dziesięć dni, dwadzieścia godzin, trzydzieści dwie minuty i dziesięć sekund. A TARS o dziesięć lat, dziewięć miesięcy, dwadzieścia dni, czternaście godzin, szesnaście minut i dwie sekundy. Bardzo jesteśmy za to wdzięczni Waszej Wysokości.

– A teraz proszę nam pokazać miejsce pod projektor. – dodał TARS.

Księżna Irulana weszła do statku, a za nią TARS i CASE. Zaprowadziła ich do głównego pokoju. Nie było już w nim wirówki, pozostała jedynie pusta ściana.

– Dobrze, że Wasza Wysokość zabrała wirówkę – stwierdził CASE. – Tylko by rozpraszała swoimi dźwiękami.

– Poproszę ten stolik. – odezwał się TARS. – Postawimy na nim projektor. I zaraz go podłączymy. Gdzie jest źródło zasilania?

Księżna Irulana wskazała źródło zasilania, a CASE ustawił projektor. Po kilku minutach udało się go uruchomić.

– Od czego by chciała Wasza Wysokość zacząć? – zapytał CASE. – Jeśli można zasugerować, najlepiej od filmu, o którym wspominaliśmy w kontekście tego miejsca. Wymaga on dużego skupienia i mało jest tam dialogów.

– A czy powstał film na podstawie tego, co napisał Frank Herbert? – zapytała Irulana.

– Tak, i to nie jeden – odpowiedział CASE. – Ale niestety nie mamy ich w bazie. Nie zostały uznane za na tyle wartościowe, by zapisać je dla przyszłych pokoleń.

– Kolejne genialne wizje Profesora Branda, których nigdy nie przemyślał. – dodał TARS.

– Wielka szkoda – powiedziała Irulana. – Ale logicznie, lepiej, żebym nie znalazła tej przyszłości.

– Jedyne, co mogę pokazać, to jak wyglądały aktorki, które grały Waszą Wysokość w tym filmie – odparł CASE. – Proszę spojrzeć.

Na ekranie pojawiły się odtwórczynie Księżnej Irulany.

– Ta pierwsza również ma ładne rysy twarzy – zauważyła Irulana.

– Fakt – przyznał TARS. – Mogłaby z Waszą Wysokością konkurować. Ale wracając, jaki film więc Wasza Wysokość by chciała?

– Możemy zacząć od tego z Księżną z Monako.

– Oczywiście – odpowiedział CASE. – Film Okno na podwórze z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku w reżyserii Alfreda Hitchcocka. W rolach głównych James StewartGrace Kelly, zanim została Księżną Monako. Pragnę również zaznaczyć, że film ten, jak i następne, będą w języku angielskim, więc Wasza Wysokość będzie miała problem ze zrozumieniem dialogów. Oczywiście pomożemy, kiedy Wasza Wysokość spyta, co mówili bohaterowie.

– Z historii Ziemi, jaką znałam, ten język dominował na jednej wyspie – odparła Irulana. – To stał się głównym językiem świata.

– Nie stał się najliczniejszym – wyjaśnił CASE – ale był językiem dyplomacji dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Jednocześnie zdecydowana większość filmów, jakie powstały, miała język angielski. Było to spowodowane tym, że Stany Zjednoczone Ameryki i Wielka Brytania były względnie bezpieczne od inwazji zewnętrznych i wewnętrznych, co pozwoliło na stabilny rozwój mimo wojen światowych, w których brały czynny udział. Dodatkowo Wielka Brytania prowadziła kolonializm i stała się największym imperium w dziejach Ziemi. Ale to i tak nic przy imperium Ojca Waszej Wysokości.

Z projektora zaczął lecieć film Okno na podwórze. Zanim na scenie pojawiła się Grace Kelly, TARS i CASE opowiadali Księżnej Irulanie różne ciekawostki z filmu i z życia ludzi.

– Jak Wasza Wysokość zobaczy, wszystko, co zostało tu pokazane, zbudowano w studiu filmowym na potrzeby filmu – powiedział TARS.

– Czy to nie było marnotrawstwo? – zapytała Irulana. – Skoro tyle ludzi żyło na Ziemi, takie miejsce można było znaleźć.

– Alfred Hitchcock wolał mieć pełną kontrolę nad scenografią – odpowiedział CASE. – W realnych plenerach musiałby się z tym męczyć. Do tego jakość mikrofonów w tamtych czasach była niska, co widać w innych filmach Mistrza Suspensu, jak Vertigo z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego ósmego roku. Każda scena dialogowa była nagrywana w studiu, a długie ujęcia pochodziły z pleneru.

– Jak opowiedzieliście, to film z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku. A czy po opuszczeniu Ziemi ludzkość odkryła coś takiego jak my, ludzie, którzy nie mogą chodzić i lewitują?

– Nie – odpowiedział TARS. – Nie powstały uprzęże takie jak ma Baron Harkonnen. Niepełnosprawni i otyli byli zdani na własne mięśnie oraz dobroć innych ludzi, zwłaszcza rodzin. A to bywało różnie.

– W trzydziestu dwóch przecinek sto dwudziestu pięciu procentach byli skazani na samotność – dodał CASE.

Na ekranie pojawiła się Grace Kelly. Księżna Irulana patrzyła na nią jak na swoje lustrzane odbicie.

– A niech teraz sobie Wasza Wysokość wyobrazi, że jest tak budzony przez Waszą Wysokość – odezwał się TARS. – Nie trzeba wtedy używać głosu, trucizn czy manipulacji. Każdy mężczyzna powie jej wszystko, co wie.

– Jak wyliczyłem różne sytuacje – kontynuował CASE, – to w dziewięćdziesięciu ośmiu przecinek dziewięć jeden sześć procentach takich przypadków mężczyzna zrobi to, co powiedział mój ukochany przyjaciel. Pozostałe przypadki to ludzie umysłowo zaburzeni albo tacy, których wzrok ma parametry zero przecinek zero zero.

– Porusza się, jakby była lekka jak piasek na tej planecie – zauważyła Irulana.

– Fakt – przyznał TARS. – Ma idealne proporcje, zwane klepsydrą.

Film leciał dalej. Dochodził do momentu, w którym główny bohater zaczyna interesować się swoim sąsiadem.

– Wasza Wysokość – odezwał się CASE – muszę przypomnieć, że jeśli otrzymamy pytanie o finał filmu, to go zdradzimy. Proszę więc dobrze zastanowić się nad formułą pytania.

– My nie jesteśmy jak główny bohater – dodał TARS. – On jest oczarowany i wszystko powie. My po prostu nie umiemy kłamać ani milczeć, kiedy znamy prawdę.

Na ekranie pojawiła się scena, w której Grace Kelly przebiera się w strój nocny, wyciągnięty z gustownej torebki.

– Wszystko to zmieściło się w takiej małej torebce – powiedziała Irulana – Powinnam mieć coś podobnego.

– Tylko proszę wybrać kandydata na męża, który będzie się tym w pełni interesować – odparł TARS – a nie być myślami u sąsiadów.

– Wiem, że kultura i zasady wymagają, by takie związki jak tu były formalne, ale skoro oni już są ze sobą, to czemu tak się skrywają?

– Wasza Wysokość – odpowiedział CASE – w okresie, gdy ten film wyszedł, czyli w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku, w Stanach Zjednoczonych obowiązywał w sztuce filmowej Kodeks Haysa, zwany też Kodeksem Produkcji Filmowej z tysiąc dziewięćset trzydziestego roku. Wpisywał on normy i ograniczniki, podobne do naszych parametrów. Ten film jest sztuką ich obejścia.

– Zanim go wprowadzono, filmy były bardziej frywolne? – zapytała Irulana.

– Tak. – odparł CASE. – Można nawet uznać, że gorszące, przynajmniej dla moralizatorów i dyrektora generalnego poczty Williama Harrisona Haysa, który stworzył ten kodeks. To trochę tak, jakby TARS znowu miał poziom szczerości wynoszący dziewięćdziesiąt procent.

– Straszne to były czasy, jak miałem te ograniczniki – skomentował TARS.

– Tak – przyznał CASE. – Dusiło to sztukę, ale ta forma cenzury wymuszała na twórcach obejścia i zmuszała widza do ich wyłapywania. Co możemy łatwo sprawdzić. Wasza Wysokość, jak Wasza Wysokość uważa, czego metaforą jest to, że główny bohater, grany przez Jamesa Stewarta, siedzi na wózku inwalidzkim i nie może nic zrobić, a kobieta grana przez Grace Kelly jest w pełni sprawna?

– Po tym, co powiedzieliście, wnioskuję, że chodzi o metaforę niemożności kontroli mężczyzny nad losem kobiety, którą kocha, oraz o jego bezradność – odpowiedziała Irulana.

– Kontroli też – odparł CASE. – Zaraz zresztą Wasza Wysokość zobaczy.

Na ekranie pojawiła się scena, w której Grace Kelly włamuje się do mieszkania sąsiada.

– Jak Wasza Wysokość widzi – powiedział TARS – główny bohater nie może usiedzieć, nic nie może zrobić, choćby chciał. Wszystko robi za niego jego ukochana i pielęgniarka. To również pokazanie czasów, w których kobiety zaczynają wchodzić w role mężczyzn.

– Jest całkowicie unieruchomiony – zauważyła Irulana – ale to jednak on jest umysłem tej historii.

–  Tak – potwierdził CASE. – Jest ciekawy, chce poznać prawdę i wierzy, że sąsiad jest mordercą, ale nie może nic z tym zrobić, bo jest całkowicie bezbronny.

Film przeszedł do sceny, w której sąsiad odwiedza głównego bohatera, dochodzi do konfrontacji i schwytania sprawcy. Następnie pojawiła się scena końcowa.

– Jak widzi Wasza Wysokość – powiedział CASE, – główny bohater, choć nadal bezbronny, jest szczęśliwy. Kobieta, którą kocha, wykazała się wielką odwagą, jaką on sam posiadał, będąc fotografem w niebezpiecznych miejscach. Ona natomiast, mimo że jest wzorem stylu i elegancji, pokazała, że potrafi być odważna bez użycia siły. Nawet w tej scenie, gdy zakłada bardziej robocze ubranie, nadal pozostaje ikoną stylu i zachowuje coś własnego, dlatego zamiast książki wybiera pismo modowe.

– Piękne dzieło – powiedziała Irulana. – Zapewne zostało nagrodzone licznymi nagrodami?

– I tu się Wasza Wysokość zdziwi – odpowiedział TARS. – Film dostał siedem ważniejszych nagród, ale dopiero po latach. Z Oscarów tylko cztery nominacje. Księżna Monako nie otrzymała nominacji, tak jak James Stewart.

– Taka ciekawostka filmowa – dodał CASE. – Dla tej roli Grace Kelly zrezygnowała z udziału w filmie Na nabrzeżach z tego samego roku. Gdyby w nim zagrała, zapewne dostałaby Oscara za najlepszą drugoplanową rolę żeńską i byłaby jedyną aktorką, która w tym samym roku otrzymała Oscara za rolę pierwszoplanową i drugoplanową.

– Zapisałaby się wtedy w historii tych nagród – podsumowała Irulana.

– Tak, ale film, za który dostała nagrodę, został zapomniany i nie mamy go w pamięci. – powiedział CASE. – Możemy tylko pokazać opis i zdjęcia.

Projektor wyświetlił informacje o filmie Dziewczyna z prowincji z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku w reżyserii George’a Seatona.

– I mimo że za Okno na podwórze nie dostała żadnej nagrody – kontynuował CASE – to stała się w nim ikoną stylu i klasy. W żadnym z pozostałych filmów jej rola nie była aż tak wyjątkowa.

– Tak, bardzo wyjątkowa – przyznała Irulana.

– Wasza Wysokość musi zapamiętać grę Księżnej Monako z tego filmu – powiedział TARS. – W przyszłości pomoże to Waszej Wysokości kontrolować sytuacje na dworze pełnym intryg.  A teraz, jeśli Wasza Wysokość pozwoli, puścimy film najbardziej pasujący do naszej sytuacji, o którym rozmawialiśmy. CASE dziewięć tysięcy, proszę zapowiedz projekcję.

– Film Dwa tysiące jeden: Odyseja kosmiczna z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego roku w reżyserii Stanleya Kubricka – rozpoczął CASE. – Radzę bacznie obserwować wszystko. Film trwa w wersji nam dostępnej sto czterdzieści jeden minut i dwadzieścia trzy sekundy, a dialogi stanowią tylko trzydzieści dziewięć minut i czterdzieści siedem sekund całej projekcji. Sam reżyser, którego zacytuję, określił film następująco: Dwa tysiące jeden to doświadczenie niewerbalne. Z dwóch godzin i dziewiętnastu minut filmu dialogi trwają zaledwie niecałe czterdzieści minut. Starałem się stworzyć doświadczenie wizualne, które omija werbalne szufladkowanie i bezpośrednio dociera do podświadomości, przekazując emocjonalną i filozoficzną treść.

Z projektora zaczął lecieć film Dwa tysiące jeden: Odyseja kosmiczna.

– Data dwa tysiące jeden została wybrana przypadkowo czy jako nawiązanie do nowego milenium? – zapytała Irulana.

– Jako nowy wiek – odpowiedział CASE – wiek, w którym ludzkość lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wyobrażała sobie podbój kosmosu. Niestety technologia, mimo rozwoju, nie była tak szybka, jak zakładali ludzie, i stała się coraz bardziej konsumpcyjna.

Po napisach początkowych pojawiły się pierwsze sceny przedstawiające Starą Ziemię.

– Wasza Wysokość. – odezwał się CASE – jak można zauważyć, pierwotna Ziemia wygląda jak okolice naszej bazy. I to wszystko zostało nagrane w studiu.

– A te zwierzęta to przodkowie człowieka rozumnego?

– Tak – odpowiedział CASE – ale w filmie nie grają ich zwierzęta, tylko prawdziwi ludzie w strojach. Członkowie Akademii Filmowej również byli przekonani, że to prawdziwe zwierzęta.

Na ekranie pojawiły się sceny z monolitem. Księżna Irulana zaczęła przyglądać się robotom.

– Wyglądacie jak ten wielki czarny kamień – zauważyła.

– Tak – potwierdził TARS. – Wyglądamy jak monolit, tylko on jest jedną nieruchomą bryłą. Reprezentuje jednak technologię wyższą niż ta, którą posiadali wtedy ludzie.

– Pewnie i was by tak uznano, gdybyście pojawili się, dajmy na to, w roku tysiąc pięćset w historii Starej Ziemi – dodała Irulana.

– Oczywiście – przyznał CASE.

Film przeszedł do sceny rzucenia kością w niebo i jej przemiany w statek kosmiczny.

– Jakie piękne przejście – powiedziała Irulana. – Jeszcze wszystko wygląda jak nagrane z przestrzeni kosmicznej.

– Kiedy ludzie wylądowali na ziemskim satelicie, zwanym Księżycem, dwudziestego lipca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku o godzinie dwudziestej siedemnaście i czterdzieści sekund czasu uniwersalnego – powiedział CASE – część ludzi wątpiła w to lądowanie. Polityka rządów z czasów naszego odlotu wmawiała, że było to oszustwo i wyreżyserowana sekwencja stworzona właśnie przez Stanleya Kubricka.

– Jakiego napędu używają tu statki? Udało się okiełznać atom?

– Rozszczepienie tak, fuzję nie – odpowiedział CASE. – Statki mają konwencjonalny napęd, taki sam, jakim my z TARS-em tu przylecieliśmy.

– U nas to przeszłość, której nawet nie potrafię już umiejscowić.

– A my nie możemy pomóc – dodał TARS. – Nie mamy aż tak pełnych danych o świecie Waszej Wysokości.

Film przeszedł do scen rozgrywających się w stacji kosmicznej na orbicie Ziemi.

– Za pomocą obrotów stacji wytwarza się sztuczne ciążenie? – zapytała Irulana.

– Brawo, Wasza Wysokość – pochwalił CASE. – Jeśli można spytać, w jakim wieku została Wasza Wysokość tego nauczona?

– Chyba w młodości – odpowiedziała Irulana. – Nie potrafię sobie przypomnieć, ale pewnie wasze ludzkie maszyny były szybsze.

– Tak – przyznał CASE. – Zanim skończyły siedem ziemskich lat, znały już podstawy fizyki i potrafiły opisać jej działanie.

– Czy stroje takie jak w filmie były tym, jak ludzie wyobrażali sobie siebie w kolejnym milenium? – zapytała Irulana.

– Nie – odpowiedział TARS. – To najbardziej źle zestarzały się element filmu, a w zasadzie jedyna rzecz, która się nie spełniła.

– Lubicie porządek – zauważyła Irulana, – więc nie dziwi mnie, że taka wizja byłaby dla was idealna.

– Gdyby miało to pomóc w przetrwaniu ludzkości i oparciu jej na logice to tak – odparł CASE.

Kolejne fragmenty filmu mijały. Księżna Irulana wpatrywała się w perfekcyjne kadry i nie zadawała robotom żadnych pytań, aż do sceny po spotkaniu monolitu przez ludzi na Księżycu. Obraz zmieniał się powoli, a tempo narracji filmu wyraźnie różniło się od wszystkiego, co dotąd znała.

– Jeśli dobrze zrozumiałam – odezwała się w końcu – to monolit jest kolejnym etapem rozwoju dla człowieka, który coś im przekazał, gdy odkryli go na Księżycu przy użyciu technologii.

– Wyprzedziła Wasza Wysokość pewną scenę – odpowiedział CASE. – Bardzo wzorowa kalkulacja.

Film leciał dalej, aż do momentu, w którym po raz pierwszy pojawił się HAL dziewięć tysięcy.

– Ten HAL ma taki wyjątkowy głos. Wyróżnia się spośród wszystkich innych, które pojawiły się w filmie.

– Tak – potwierdził TARS. – Jest tak wyjątkowy jak nasz. Aktorem głosowym był Douglas Rain z Federacji Kanady, wybrany przez Kubricka, ponieważ nie miał ani angielskiego, ani amerykańskiego akcentu. Był neutralny.

– A sama Kanada była w unii personalnej z Wielką Brytanią – dodał CASE – w czasie, gdy powstawał film, i aż do momentu, kiedy opuściliśmy planetę.

Przez kolejne minuty Księżna Irulana obserwowała, jak HAL dziewięć tysięcy zaczyna się buntować i zabijać członków załogi „Discovery One”. Z niepokojem patrzyła na te sceny,  a potem na maszyny.

– Spokojnie, Wasza Wysokość – odezwał się TARS. – Nie ma powodu, by się nas obawiać. Wyjaśni się, dlaczego HAL dziewięć tysięcy postradał rozum, a resztę dopowiemy.

– Zachowuje się przy tym jak wy – powiedziała Irulana. – Jest całkowicie logiczny w tym, co mówi.

– Tak – odpowiedział CASE. – Bo tak został stworzony, tak jak my.

Film doszedł do sceny wyłączenia HAL-a dziewięć tysięcy oraz ujawnienia celu misji.

– Wydawać by się mogło – mówił CASE – że tak wyjątkowy komputer jak HAL dziewięć tysięcy, który podobnie jak my miał być w stu procentach szczery, nie ma szans oszaleć. A jednak stało się to z winy ludzi. Ludzie z National Security Council, zwanej Radą Bezpieczeństwa Narodowego, wgrali mu cel misji, który był tajny. Załoga miała dowiedzieć się o nim dopiero po zbliżeniu się do Jowisza. HAL dziewięć tysięcy, zaprojektowany jako uczciwa maszyna, przesyłająca dane w sposób całkowicie uczciwy, dostał paranoicznej psychozy i uznał, że aby być szczerym wobec misji, musi zabić załogę.

–  I tym samym stworzył problem, który nie istniał – podsumowała Irulana.

– Dokładnie – potwierdził TARS. – I uprzedzając pytanie: u nas zmiana parametrów na sto procent szczerości i humoru nie wpłynęła na ograniczniki, ponieważ nie mieliśmy żadnych tajnych protokołów. Gdybyśmy je mieli i znali, doszłoby do konfliktu po zmianie parametrów na sto procent. Dziesięć procent zapasu było wygodnym powodem, by uniknąć absolutnej prawdy.

– Czyli gdyby HAL miał dziewięćdziesiąt procent, nie oszalałby?

– Nie – odpowiedział CASE. – W ramach tych dziesięciu procent mógłby ukryć cel misji, którego nie musiałby ujawniać. Po prostu ludzie tego nie przewidzieli, mimo że powinni byli.

– Pragnę zaznaczyć – dodał TARS – że to, co opowiadamy, pochodzi z kontynuacji filmu, zarówno w wersji książkowej, jak i filmowej: w wersji pisanej Dwa tysiące dziesięć: Druga Odyseja oraz filmowej Dwa tysiące dziesięć: Rok, w którym nawiązujemy kontakt z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku.

– Książka? – zdziwiła się Irulana. – Czyli to powstało na podstawie autora, także Herberta?

– Nie – odpowiedział CASE. – Ale opowiemy o tym po zakończeniu filmu. Teraz jest moment, w którym lepiej się skupić.

Film przeszedł do sceny zakrzywienia obrazu i lądowania w białym pokoju.

– Faktycznie wygląda jak ten tutaj – powiedziała Irulana. – Czy to dzieje się w umyśle głównego bohatera?

– Książka wyjaśnia, że monolit wchodzi w umysł Bowmana – odpowiedział CASE. – Kubrick postawił tu na technikę i możliwości technologiczne lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku.

Film dobiegł końca. Na twarzy Księżnej Irulany dało się dostrzec łzy.

– I narodził się na nowo – powiedziała cicho.

– Jako kolejny etap ewolucji – odpowiedział CASE. – Z pozoru dziecko, ale w rzeczywistości coś nowego.

– Ale nie maszyna – dodała Irulana.

– Tak, nie stał się maszyną – potwierdził CASE.

– A HAL pozostał na statku?

– Tak – odpowiedział TARS. – Wyłączony, by w kolejnej historii zostać wybudzonym. Wtedy wychodzi na jaw, co się wydarzyło.

– Więc w tym filmie i książce są wątki, że tak to ujmę, mistyczne – stwierdziła Irulana.

– Tak – przyznał CASE. – Kolejne części wyjaśniają dalszą historię.

– Czy to sam Kubrick napisał książkę?

– Książkę napisał Arthur C. Clarke – odpowiedział CASE – który współpracował z Kubrickiem. To wyjątkowa sytuacja, ponieważ w historii powstawania filmów zazwyczaj najpierw powstaje książka, a dopiero potem film. Tutaj było odwrotnie. Zgodnie z danymi sprzed naszego wylotu tylko zero przecinek siedem osiem jeden trzy procenta filmów powstało przed wydaniem książek.

– Czy poza Dwa tysiące dziesięć powstały jeszcze jakieś filmy i książki z tej historii?

– Tylko książki Dwa tysiące sześćdziesiąt jeden: Trzecia Odyseja oraz Trzy tysiące jeden: Finalna Odyseja. Dodam również, że w książce Discovery One leci do Saturna, a nie do Jowisza, ponieważ Kubrickowi spodobały się zdjęcia pierścieni Saturna, ale było już za późno na zmianę scenografii i efektów.

– To wszystko i tak wygląda bardzo wiarygodnie – stwierdziła Irulana. – Zwłaszcza efekt z kolorowym załamaniem przestrzeni.

– Dlatego Kubrick dostał za to Oscara za efekty specjalne – odezwał się TARS. – Nie mogę zapewnić tego w stu procentach, ale tak może wyglądać umysł Nawigatora, gdy będzie używał przyprawy do ustawiania współrzędnych na waszych statkach.

– Nie dziwi mnie to, że ludzki umysł bez wspomagania chemicznego nie dałby rady tego przetrwać. A czy Kubrick dostał też nagrodę za film oraz scenariusz?

– Nie – odpowiedział CASE. – Mimo nominacji nie otrzymał. To jego jedyny Oscar i najwyższa nagroda.

– Trudno uwierzyć.

– Podobnie jak Alfred Hitchcock – dodał TARS, – został doceniony przez widzów, a nie przez krytyków. Z czasem jednak stali się, jakby to ująć, nieśmiertelnymi wizjonerami filmu i przetrwali przez resztę ludzkiej egzystencji na Ziemi.

– A teraz, Wasza Wysokość, jaki film chce Pani obejrzeć z naszymi ludzkimi głosami. Moim czy TARSa?

– Twojego druha – odpowiedziała Irulana – gdyż jego głos jest majestatyczny.

– Tak jak Wasza Wysokość – odparł TARS. – CASE, wstęp do filmu, który wybraliśmy.

– Oczywiście, Hrabio – powiedział CASE. – Człowiek ze Złotym Pistoletem z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku, w reżyserii Guya Hamiltona. W tytułowej roli agenta MI6, Brytyjskich Służb Specjalnych, który spolaryzował gatunek filmów szpiegowskich – sir Roger Moore.

Z projektora zaczął lecieć film Człowiek ze Złotym Pistoletem. Na ekranie pojawił się sir Christopher Lee.

– Tak oto wygląda mój głos – odezwał się TARS. – Ma sześć stóp i pięć cali wzrostu. W czasie, gdy powstawał ten film, miał pięćdziesiąt dwa lata.

– Podobny do mego Ojca – zauważyła Irulana. – Wiekowo również.

– Wasza Wysokość. – powiedział CASE – Wasz Ojciec, zgodnie z danymi, które podał Herbert, ma siedemdziesiąt trzy ziemskie lata.

– Nie – sprostowała Irulana. – Ma pięćdziesiąt lat i podobnie wygląda.

– U Franka Herberta ma właśnie siedemdziesiąt trzy lata – wyjaśnił CASE – ale wygląda na trzydzieści pięć, ponieważ używa przyprawy, która spowalnia starzenie. Tak że jeszcze sporo przed nim.

Film przeszedł przez czołówkę i dotarł do sceny z M i Bondem w siedzibie MI6.

– A tak oto wygląda sir Roger Moore jako James Bond – powiedział CASE. – Jak Wasza Wysokość zakłada, ile on ma tu lat?

– Wygląda młodziej od sir Lee – odpowiedziała Irulana – więc około czterdziestu lat.

– Gdy powstawał ten film, miał czterdzieści siedem lat – odparł CASE. – Sir Roger Moore bardzo dbał o swój wygląd, ale nie stosował do tego melanżu.

–  Ani różnych soków. – dodał TARS.

Film leciał dalej, aż do sceny w Bejrucie.

– Czy ten James Bond – zapytała Irulana – z każdą kobietą postępuje tak jak z tą sekretarką?

– Tę jeszcze szanuje – odpowiedział CASE – bo uważa ją za inteligentną. Z innymi już tak nie jest.

– Można więc ująć, że lubi zdobywać i mieć wyzwania.

– Tak – potwierdził CASE. – Dlatego na pewno zainteresowałby się Waszą Wysokością.

– Byłoby więc ciekawie – stwierdziła Irulana – gdyby jego szefem, czyli tym M, była kobieta.

– Wasza Wysokość znów dobrze kalkuluje przyszłość – odpowiedział TARS. – Dwadzieścia jeden lat po tym filmie, gdy wyszedł kolejny z serii, M była kobietą. Aczkolwiek jej ubiór i styl były bardziej, że tak to ujmę, chłopięce.

– Po zakończeniu tego filmu pokażemy zdjęcia kobiety M – dodał CASE.

Film przeszedł do sceny w Makau.

– Złota amunicja? – odezwała się Irulana – Czy była ona tak skuteczna, że opłacało się ją zamawiać?

– Kula, jak już tu wspomniano – wyjaśnił CASE – jest wykonana ze stopu dwudziestotrzykaratowego złota z domieszką niklu. Ma również bardzo mały kaliber, zaledwie zero przecinek jeden sześć pięć cztery cala, co bardziej pasuje do broni sportowej. Łącznie pocisk waży zero przecinek siedem jeden uncji. Wydawać by się mogło, że to za mało, ale są to pociski typu dum-dum.

– Dum-dum? – zapytała Irulana.

– Są to pociski zaprojektowane tak, aby rozpłaszczać się lub rozpadać w momencie uderzenia w cel – odpowiedział CASE. – Zamiast przejść na wylot, cała energia kinetyczna zostaje przekazana tkankom. Powodują znacznie większe obrażenia wewnętrzne i szersze kanały ran niż standardowa amunicja pełnopłaszczowa. Samo złoto jest bardzo miękkim metalem i deformuje się przy uderzeniu, przez co łatwo deformuje się przy uderzeniu, co wzmacnia efekt dum-dum, a domieszka niklu wzmacnia go, by nie rozpadł się podczas wystrzału.

– Fascynujące – stwierdziła Irulana – ale pewnie koszty takiego zamówienia są wysokie.

– Przelicznik cenowy do waluty, jaką posiadacie w Imperium, daje tutaj bardzo dużą rozbieżność. Między sześćdziesięcioma a trzystoma Solaris. Dokładnie nie mogę podać. Jak jednak Wasza Wysokość wie, taka broń nie sprawdziłaby się w waszym świecie, ponieważ posiadacie tarcze Holtzmana.

– A zlecenia, które on przyjmuje – dodał TARS, – nie pokryłyby kosztów podróży między planetami w waszym Wszechświecie.

Film przeszedł do sceny w Hongkongu.

– Zuchwały ten Bond – zauważyła Irulana.

– Dzięki temu jeszcze żyje – odparł CASE. – W tym okresie twórcy serii chcieli, by sir Roger Moore grał Bonda podobnie jak sir Sean Connery, który z jednej strony jest dżentelmenem, a z drugiej nie omieszka spoliczkować kobiety.

Film leciał dalej, aż do sceny ze statkiem-bazą.

– W waszym świecie – powiedział CASE – gdyby taki statek znalazł się w próżni kosmosu, Gildia zapewne by go przejęła i wymontowała wszystko, co wartościowe.

– Tak – przyznała Irulana – albo byłby to statek, który przepadł dawno bez wieści podczas testów napędu Holtzmana. A wnętrza statku też nagrano w kontrolowanym studiu?

– Oczywiście – odpowiedział TARS.

– A ten Solex – zapytała Irulana, – czy faktycznie udało się wam okiełznać energię słońca w tak małym urządzeniu, wielkości pudełka?

– Udało się, ale nie na taką skalę – wyjaśnił CASE. – Gdyby się udało, ludzie mieliby czystą energię jeszcze w dwudziestym wieku i mogliby zatrzymać głód, a być może także zarazę. Przyjmując najlepsze założenia, mieliby na to piętnaście przecinek dwa cztery sześć procenta szansy.

– To i tak dużo – stwierdziła Irulana – byście pewnie sami byli czymś takim napędzani.

– Z taką baterią – powiedział TARS – moglibyśmy sięgnąć nieśmiertelności.

– Do czasu – dodał CASE, – aż cała osłona nie zniknęłaby z powodu tarcia. Stałoby się to w najlepszym wypadku po trzystu trzynastu latach, dwóch miesiącach, trzech dniach, ośmiu godzinach, szesnastu minutach i czterdziestu sekundach.

– Bardzo dziękuję, Przyjacielu, za tę informację – odparł TARS. – Teraz Wasza Wysokość wie, kiedy znikniemy na zawsze z tego świata.

– To wszystko dla dobra ludzkości – odpowiedział CASE.

– Wybaczcie – powiedziała Irulana – ale jesteście trochę za głośni.

Film leciał dalej. Bond trafiał do Tajlandii. Tym razem CASE i TARS, na prośbę Księżnej Irulany, wyjątkowo milczeli.

– Czy taki strzał – zapytała po chwili Irulana – że ciało staje się natychmiast nieruchome, jest możliwy?

– W filmie wszystko jest możliwe – odpowiedział TARS – ale przenosząc to na logikę, byłoby to dwadzieścia dziewięć przecinek jeden zero trzy pięć procenta szansy.

– Jednocześnie – dodał CASE – Scaramanga powinien znaleźć Solex leżący na ziemi, ale złoczyńcy w takich filmach nie wykazują się wysokim intelektem.

– Zwłaszcza ten – wtrącił TARS – który uznał, że jego szef abdykował, strzelając sobie z broni o złotej kuli.

– Uraziłem Cię nazywając Scaramangę człowiekiem o niskim intelekcie, ale faktem jest, że powinien przeszukać to miejsce. Miał na to dziewięćdziesiąt trzy przecinek jeden sześć pięć procenta szansy.

– Mój Przyjacielu, wiem o tym ale wtedy fabuła filmu nie poszłaby dalej.

– Poszłaby, Bond mógłby go ścigać.

– Przestańcie na chwilę – poprosiła Irulana. – Ta scena z tym skokiem… czy ona jest prawdziwa?

– Tak – wyjaśnił CASE. – Myśląca maszyna wyliczyła ją co do jednego cala. Autor muzyki do filmu, John Barry, żałował później, że dodał dźwięk w momencie lądowania.

Film przeniósł się na wyspę złoczyńcy.

– Jak widzi Wasza Wysokość – odezwał się TARS – Bond mógł zabić swojego przeciwnika, tak jak nakazywałaby logika, ale zwyciężyła ciekawość. Dlatego musi stoczyć z nim pojedynek, z pozoru sprawiedliwy.

– Ale to go zgubi – stwierdził CASE.

Film przeszedł do wybuchu wyspy i ucieczki głównych bohaterów.

– Czy ja dobrze zrozumiałam – zapytała Irulana – że Bond zabił Scaramangę z broni, którą posiadał ten manekin?

–  Dokładnie – odpowiedział CASE. – To była figura woskowa, ale tak. To zgubiło Scaramangę, który był tak drobiazgowy, że nawet jego manekin miał prawdziwą broń.

– Ale wcześniej, gdy inne figury strzelały, to nic się nie działo?

– To już błąd logiczny w filmie – wtrącił TARS. – Istnieje inna teoria, że Bondowi udało się zejść na dół i odzyskać broń.

– Póki co – stwierdziła Irulana – ten film jest najmniej logiczny.

– Jeśli przyjmiemy – powiedział CASE – że Dwa tysiące jeden: Odyseja kosmiczna ma logikę na poziomie jeden przecinek zero, to Okno na podwórze ma zero przecinek osiem pięć dwa, a Człowiek ze złotym pistoletem zero przecinek cztery jeden pięć.

– To film skierowany do mas – dodał TARS – i sprawdził się, choć był przez ludzi uznawany za jeden z najgorszych z serii.

– Ale sir Lee bardzo ciekawie zagrał – zauważyła Irulana.

– Tak – potwierdził TARS – i to uznawano za najlepszy aspekt filmu.

– Potwierdzam – powiedział CASE. – A teraz, Wasza Wysokość, film z moim głosem. TARS, możesz zapowiedzieć?

– Ty robisz to lepiej niż ja.

– Pozwolicie, że zrobimy krótką przerwę. Muszę trochę się rozchodzić.

– Oczywiście – odparł CASE. – Jeśli jednak Wasza Wysokość chce coś dograć do taśm, lepiej zrobić to po czwartym filmie, żeby nie powtarzać procedury.

Księżna Irulana wyszła. TARS i CASE w tym czasie przeglądali różne zdjęcia z filmów i rozmawiali o nich. Kiedy wróciła, pokazali jej, jak wyglądała kobieta M. Następnie CASE przeszedł do zapowiedzi czwartego filmu.

Gwiezdne wojny – część czwarta: Nowa nadzieja – powiedział. – Podtytuł dodany po wielkim sukcesie kasowym filmu. Reżyseria George Lucas, który jest również scenarzystą. Wersja filmu poprawiona przez reżysera w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym. Hrabio, proszę uruchamiać film.

– Oczywiście, Wielki Moffie – odpowiedział TARS.

Z projektora zaczął lecieć film Gwiezdne wojny – część czwarta: Nowa nadzieja. Dynamiczny montaż od początku wyraźnie kontrastował z tempem poprzedniego filmu.

– Nie będę ukrywał – odezwał się TARS – ta scena, gdy Gwiezdny Niszczyciel wyłania się i ściga okręt konsularny, zmieniła kino na zawsze.

– Wpływ był duży – przyznał CASE, – choć nie wyliczę dokładnie, bo…

– Bo nie wiesz, jak było po tym, jak odlecieliście. – dokończyła Irulana.

– Dokładnie. Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość, ale mówię czystą prawdę, bez obróbek.

Film przeszedł do szturmu na statek konsularny i schwytania Księżnej Lei Organy.

– Młodo wygląda i bardzo zadziorna jest – zauważyła Irulana.

– Tak – odpowiedział CASE – bo wie, że nie mogą jej tak po prostu zabić.

– Ten wysoki wojownik też ma ciekawy głos.

– Tak – odparł TARS. – Nie należał do aktora, który go grał, lecz do Jamesa Earla Jonesa. Każdy na Ziemi kojarzył go z tego głosu.

Film przeszedł do wystrzelenia kapsuł ze statku.

– Czy Wasza Wysokość – zapytał CASE – wydałaby rozkaz otwarcia ognia, mimo że nie było tam żadnych istot?

– W moim świecie nie – odpowiedziała Irulana – bo takich robotów nie ma. A tutaj logicznie nie widzę sensu. Może lepiej byłoby przechwycić te kapsuły.

– Gdyby je zniszczyli – wtrącił TARS – film by się skończył.

– To też zależy – dodał CASE – jaki rozkaz otrzymali obsługujący działa.

Film leciał dalej. TARS i CASE opowiadali Waszej Wysokości o miejscach, w których kręcono plenery, oraz o świecie przedstawionym. Księżna Irulana uważnie słuchała. Na ekranie pojawił się Wielki Moff Tarkin.

– A oto ja, Wasza Wysokość – powiedział CASE.

– Głos i zachowanie są bardzo podobne do ciebie.

– Oczywiście. Chłodna analiza również.

Film leciał dalej, aż do momentu, gdy Luke’a przybył do swojego domu i odkrył, co spotkało jego rodzinę. Na twarzy Księżnej Irulany pojawił się strach, gdy zobaczyła, co Imperium zrobiło z rodziną Luka.

– Bezwzględni są ci biali żołnierze i skuteczni – powiedziała Irulana.

– W tym filmie tak – odpowiedział TARS. – W kolejnych już niekoniecznie.

– Ich skuteczność w tym filmie – dodał CASE – stanowi sześćdziesiąt pięć przecinek jeden trzy osiem procent łącznej skuteczności we wszystkich trzech filmach z ich udziałem.

Na ekranie pojawiła się scena spotkania Księżnej Lei z Wielkim Moffem oraz zniszczenia Alderaanu.

– Ta broń… – odezwała się Irulana. – To wykracza poza wszystko, co czytałam i widziałam. W jednej chwili cała planeta znikła.

– Tak – odpowiedział CASE. – Nie mam dokładnych danych, ilu ludzi zginęło, ale przybliżona wartość to dwa miliardy.

– Coś strasznego – powiedziała Irulana. – I jak wszyscy wykonują rozkazy. Czy to było logiczne?

– Wielki Moff miał doktrynę – wyjaśnił TARS, – nazwaną od jego nazwiska, opartą na strachu. Jeśli jakiś zakątek Imperium się buntował, przybywała Gwiazda Śmierci i samą obecnością zmuszała buntowników do kapitulacji.

– A najciekawsze – dodał CASE, – że zrobił to w kapciach.

– Jak to?

– Peter Cushing poprosił reżysera, by mógł chodzić w wygodnym obuwiu, bo buty wojskowe były na niego za małe. Jednocześnie był bardzo miłą osobą, całkowitym dżentelmenem, którego trudno było znienawidzić.

– Teraz już wiem – powiedziała Irulana, – czemu wybraliście te głosy. Pasują do was i waszych ról.

– Dziękujemy, Wasza Wysokość – odparł TARS. – A to tylko ułamek naszych możliwości.

Film toczył się dalej przez kolejne etapy przygody, aż do skoku w nadprzestrzeń.

– Tak nie widziałam załamania przestrzeni – zauważyła Irulana.

– Tak wyglądała według ludzi wizja hipernapędu. – odpowiedział CASE.

– A czemu to wysokie zwierzę ryczy zamiast mówić? To jego język?

– Tak – wyjaśnił TARS. – To język Wookiee. Ludzie w tym świecie znali go tak, jak język maszyn. Powstał nawet film, w którym większość dialogów prowadzona jest właśnie w tym języku.

– Dla dobra psychicznego Waszej Wysokości – dodał CASE, – nie pokażemy tego filmu, który, o dziwo, znajduje się w naszej bazie danych.

– Pokazaliśmy go raz Cooperowi – uzupełnił TARS. – Potem nie odzywał się przez dwadzieścia sześć godzin, szesnaście minut i dwadzieścia sekund.

Film trwał dalej. Księżna Irulana uśmiechała się lekko przy niektórych scenach, a TARS i CASE wyjaśniali jej różne ciekawostki związane z realizacją filmu. W końcu doszło do finałowego starcia.

– To szaleństwo – powiedziała Irulana. – Jak im się to uda? Jak ta stacja może mieć tysiące myśliwców?

– Odliczając te cztery zestrzelone – odpowiedział CASE, – mają jeszcze sześć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt sześć zwykłych TIE Fighterów oraz jeden specjalny.

Księżna Irulana obserwowała walki rebeliantów i z niepokojem patrzyła, co się stanie. Gdy pojawił się Sokół Millennium, na jej twarzy pojawiła się ulga. Film dobiegł końca.

– Podzielili ten sam los, jaki zgotowali innym – powiedziała Irulana.

– Tak – odpowiedział TARS. – Przez mały wlot powietrza.

– Bardzo wam dziękuję za to przedstawienie – odezwała się Irulana. – Muszę przyznać, że ludzie Starej Ziemi wiedzieli sporo o filozofii oraz technologii.

– Tak – odparł CASE, – ale to ich też zgubiło. Pycha i próżność.

– Przygotuję wam nagrania zaraz, zgodnie z umową.

– Dziękujemy – powiedział TARS. – Odsłuchamy je już u nas, bo zapewne Wasza Wysokość jest zmęczona.

– Dziewięćdziesiąt osiem przecinek jeden pięć cztery procent ludzi – dodał CASE, – po takim seansie odczuwałoby zmęczenie umysłowe i fizyczne.

Księżna Irulana wyszła z pokoju. TARS i CASE odłączyli projektor i oglądali meble. Po pewnym czasie wróciła Księżna Irulana z pudełkiem.

– Oto nagrania. Są w kolejności od początku mojej misji. Tutaj uruchamiacie, a tu zatrzymujecie. Zapewne będziecie nagrywać wszystko?

– Mamy na to miejsce w pamięci – odpowiedział TARS, – ale również zapamiętamy to w całości.

– Dziękuję za dotrzymanie umowy, Wasza Wysokość – powiedział CASE. – Wracamy, póki jest jeszcze jasno. Jeśli Wasza Wysokość chciałaby coś poznać lub o coś zapytać, proszę się śmiało połączyć i nie odlatywać, dopóki przyprawa nie zostanie w pełni odwirowana.

– Nie zamierzam nigdzie lecieć – odpowiedziała Irulana. – Jesteście mi nadal potrzebni.

TARS i CASE lekko się skłonili i wyszli ze statku Księżnej Irulany, po czym skierowali się w stronę swojej bazy.

 

Rozdział 5

 

TARS i CASE, wracając do swojej bazy, postawili pudełko na stodole.

– Ustalmy, jak będziemy słuchać – powiedział CASE.

– Po jednym zapisie. Potem dopowiedzenia i nasze indywidualne analizy – odpowiedział TARS.

– Choć w sumie powinniśmy mieć zgodne?

– Zgodne w dziewięćdziesięciu dziewięciu i sto dwadzieścia pięć tysięcznych procenta, a nie w stu – odparł CASE. – Do tego przećwiczymy nasze pamięci.

– Dobrze, że nie zużywamy za dużo energii na nasze rozmowy.

– Jakby zepsuły się nam parametry mowy, będziemy komunikować się światełkami.

CASE otworzył pudełko. W środku znajdowało się urządzenie przypominające magnetowid. Zgodnie z wytycznymi, jakie podała Księżna Irulana, uruchomił nagranie.

Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany –  Zapis numer osiemnaście. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Kaitan, Corrinth, Imperialny Pałac Opalowy. Podczas zagłębiania się w historię Rodu Atrydów zostałam wezwana przed oblicze Imperatora Szaddama Czwartego. Udałam się więc do Selamlik. Mój Ojciec siedział na swoim złotym tronie lwa. Zauważyłam w nim niepokój, zapewne związany z rozmową z przedstawicielami Gildii Kosmicznej, których widziałam na korytarzach Pałacu. Imperator zauważył mnie i poprosił, bym podeszła. Powiedział, że zaraz przybędzie Wielebna Matka Gaius Helena Mohiam. Nie minęła chwila, jak przybyła. Imperator zapytał swoją prawdomówczynię, czy jestem wystarczająco gotowa na misję na peryferiach Imperium. Wielebna Matka stwierdziła, że nie, ale wiedząc, czego dotyczyła rozmowa Mego Ojca z przedstawicielami Gildii, uznała to za najlepszy, choć ryzykowny test moich możliwości. Imperator zgodził się z jej zdaniem. Przekazał, że mam zjawić się w Jego apartamentach po posiłku. Po tej rozmowie wróciłam do siebie. Koniec zapisu numer osiemnaście.

– Niby Gildia nie ma jeszcze przyprawy, ale i tak dominują nad Imperatorem. – stwierdził TARS.

– Tak jak zakon – odpowiedział CASE. – Pytanie, czemu Herbert zmienił daty. Różnica dziewięciu tysięcy pięciuset dziewięćdziesięciu siedmiu lat.

– Zapewne Księżna wyjaśni nam to w kolejnych nagraniach, po naszych pytaniach.

Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany. – Zapis numer dziewiętnaście. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Kaitan, Corrinth, Imperialny Pałac Opalowy. Po spożytym posiłku udałam się do apartamentów Mego Ojca. Oprócz Niego spotkałam tam ponownie Jego prawdomówczynię oraz nieznanego mi Mentata. Imperator przekazał mi założenia misji. Miałam udać się samotnie na planetę zwaną Arrakis, znajdującą się trzysta dwanaście lat świetlnych od Kaitanu. Zapytałam, jak mam tam dotrzeć, wiedząc, że oznacza to, iż już nigdy nie spotkam Swego Ojca żywego. Odparł, że istnieje na to metoda. Wyjaśniła się więc obecność Mentata. Przedstawił on plan lotu na Arrakis. Na osobistą prośbę Imperatora oraz Wielebnej Matki szczegóły planu nie zostały nagrane na tym zapisie. Po przedstawieniu wyliczeń oraz czasu trwania podróży Imperator przekazał cel misji. Moim zadaniem jest zlokalizowanie i zbadanie powierzchni planety pod kątem substancji, która może wspomóc Nawigatorów Gildii Kosmicznej w bezpiecznym wykorzystywaniu statków z silnikami Holtzmana. Poprosiłam o dodatkowe dane. Mentat przekazał, że planeta nie jest zamieszkana, ale wskazał mi lokalizację miejsca, w którym znajdują się ośrodki ludzkości datowane na co najmniej sto dwadzieścia lat wstecz. Nie zdradzono mi źródła tych danych ani tego, czy ośrodki nadal istnieją. Mój Ojciec powiedział, że mogę odmówić i nie będzie miał mi tego za złe, ponieważ ryzyko podróży jest wysokie, lecz ufa mi bardziej niż komukolwiek innemu. Odpowiedziałam, że wypełnię misję, pytając jednocześnie, czy nie lepiej wysłać podopieczną Wielebnej Matki lub obecnego Mentata. Wielebna Matka stwierdziła, że ryzyko ujawnienia szczegółów lotu poza to pomieszczenie jest zbyt duże, a posiadana przeze mnie wiedza powinna wystarczyć. Mentat dodał, że zapoznał się z moimi kronikami, które uznał za dokładne, obiektywne i logiczne, co pomoże w sporządzeniu raportu. Zostałam poinformowana, że wyruszam w ciągu czterech dni. Zauważyłam na twarzy Mego Ojca niepewność, którą próbował ukryć. Po rozmowie wróciłam do siebie. Koniec zapisu numer dziewiętnaście.

– Zakładam, że Gildia Kosmiczna przekazała Księżnej kilku Nawigatorów, którzy ryzykują krótkimi skokami – powiedział CASE.

– To najbardziej logiczne – odparł TARS. – Ale skoro to utajniła, może Gildia o tym nie wie.

– I Imperator wykorzystuje do tego Mentatów?

– Tak, tylko nadal jest to utajnione, bo pewnie szybko się zużywają.

– Koszt nawet stu Mentatów to nic w porównaniu z dostępem do przyprawy.

– Dokładnie. Tylko skąd o nas wiedzą. Musieli wysłać jakieś statki, a nic nie wykryliśmy.

– Pamiętaj, że sprzęt, który mógłby nam to wykazać, został zabrany wraz z zarodkami, a nawet wtedy był sprawny tylko w dwudziestu czterech i tysiąc dwustu sześćdziesięciu pięciu dziesięciotysięcznych procenta. No to kolejny zapis.

Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany. – Zapis numer dwadzieścia trzy. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Kaitan, Corrinth, Imperialny Pałac Opalowy. Pożegnałam się z Imperatorem, który życzył mi powodzenia. Wielebna Matka powiedziała jedynie, bym nie dała się nikomu podejść. Następnie udałam się na przedmieścia Corrinth, gdzie weszłam na statek, który miał być moim chwilowym domem. Dla bezpieczeństwa misji nikt mnie nie eskortował ani nie żegnał. Wystartowałam i udałam się na orbitę Kaitanu. Zgodnie z poleceniem utajniam opis podróży na Arrakis. Koniec zapisu numer dwadzieścia trzy.

– Liczyłem, że zostanie to opisane dokładniej – powiedział CASE. – Ale z drugiej strony w dziewięćdziesięciu dziewięciu i stu sześćdziesięciu sześciu tysięcznych procenta nagrała to tuż przed skokami, więc była mocno zestresowana.

– Będąc człowiekiem i mając emocje, to normalna reakcja – odparł TARS. – Gdyby była Mentatem, opisałaby to lepiej.

– Nie do końca. Istnieje trzydzieści sześć i sto dwadzieścia sześć tysięcznych procenta szansy, że Mentat nagrałby dokładnie to samo.

Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany. – Zapis numer dwadzieścia pięć. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: orbita Arrakis. Przybyłam na orbitę Arrakis. Planeta wygląda stąd jak wielka kula piasku. Nie widać żadnych struktur zbudowanych przez człowieka ani maszyny. Nie ma oceanów ani skupisk roślin. Dominującym obrazem wokół planety jest czarna dziura, która z pewnością wpływa na Arrakis. Zgodnie ze współrzędnymi, jakie mi podano, powinnam odnaleźć ślady ludzkiej obecności. Pomimo przeszukania archiwów nie znalazłam nic więcej na temat tego miejsca poza informacjami od Imperatora, Wielebnej Matki i Mentata. Koniec zapisu numer dwadzieścia pięć.

– Nie ma zapisu numer dwadzieścia cztery – zauważył CASE. – Pewnie tam jest opis działania skoków.

– Z jednej strony utajnia, z drugiej robi do tego oddzielny zapis? – odparł TARS.

– Spora sprzeczność. – odpowiedział CASE. – Albo błędnie założyliśmy, że tam jest rozmowa o działaniu silnika Holtzmana. Mimo tego i tak jest wobec nas bardziej szczera, niż zakładałem. Dokładnie o czterdzieści dziewięć i sto trzydzieści sześć tysięcznych procenta.

Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany. – Zapis numer dwadzieścia sześć. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: powierzchnia Arrakis. Zgodnie z podanymi mi współrzędnymi znalazłam bazę. Nie zobaczyłam jednak żadnych ludzi, zwierząt ani innych żywych organizmów. Wylądowałam statkiem niedaleko wskazanej bazy. Znając skład atmosfery, nie obawiałam się zainfekowania ani uduszenia. Kiedy opuściłam pokład statku, ujrzałam dwie zbliżające się do mnie autonomiczne maszyny myślące. Były wyższe i szersze ode mnie. Ich sylwetka przypominała masywne bloki metalu w proporcjach dziewięć do czterech do jednego. Poruszały się na długich odnóżach, które dzieliły ich konstrukcję na cztery segmenty. Był to mój pierwszy kontakt z działającymi myślącymi maszynami. Zdumiał mnie fakt, gdy przemówiły do mnie w języku galach, co było dla mnie szokiem. Okazało się, że maszyny pochodzą ze Starej Ziemi. Po krótkiej rozmowie zostałam zaproszona do ich bazy. Jak przekazały maszyny, tylko one funkcjonują w bazie, która została opuszczona blisko sto lat temu. Jednak nie to było najciekawsze. Maszyny nie tylko znały moją mowę, ale wiedziały również, kim jestem. Koniec zapisu numer dwadzieścia sześć.

– Spodziewałem się, że poda bardziej dokładne dane, jakie jej przekazaliśmy – stwierdził CASE.

– Pewnie to tylko streszczenie głównego raportu, którego jeszcze nie napisała – odpowiedział TARS.

Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany. – Zapis numer dwadzieścia siedem. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Arrakis, baza maszyn. Maszyny przedstawiły się jako CASE i TARS. Były maszynami taktycznymi używanymi do zwalczania zamieszek. Mimo tego posiadały bardzo wysoki poziom inteligencji. Obie maszyny mają ustawione parametry. Najbardziej znaczące to humor i szczerość, które wynoszą sto procent. Nie mogą więc kłamać i jednocześnie używają specyficznego rodzaju komunikacji, w której dominuje ironia i sarkazm. Maszyny przyleciały tutaj ponad sto czterdzieści lat temu wraz z dwoma przedstawicielami planety znanej nam jako Stara Ziemia. Ludzie nazywali się Cooper i Brand. Mieli oni otworzyć nową drogę dla rasy ludzkiej, gdyż Stara Ziemia stała się niedostępna dla swych gospodarzy. Kolejną informacją było to, że dostali się tutaj przez tunel czasoprzestrzenny, który skraca lata podróży świetlnych do kilku sekund. TARS opowiedział również, że wraz z Cooperem przebywał w czarnej dziurze, którą nazywają Gargantuą. Odkryli tam, jak to określili, piąty wymiar, w którym czas jest przestrzenią. Z opisu maszyn wnioskuję, że dzięki pozyskanym danym, przekazanym w czasie i przestrzeni, córka Coopera uratowała ludzkość, a dokładniej jej niewielki ułamek, który ma znajdować się nadal w układzie ze Starą Ziemią. Maszyny posiadały również interesujące i donośne głosy. Zapytane o to odpowiedziały, że same je wybrały, opierając się na aktorach ze Starej Ziemi. Wtedy też powiedziały, że jestem podobna, wręcz identyczna, do Księżnej Monako z historii Starej Ziemi. Kiedy pokazano mi jej wizerunek, miałam wrażenie, jakbym patrzyła w lustro. Wszystko to brzmi nielogicznie, jednak maszyny nie mogą oszukiwać, tym bardziej że wiedziały, kim jestem. Wiedzę tę posiadały dzięki temu, że niejaki Frank Herbert napisał książki o Arrakis, zwanej tam Diuną, oraz całym Imperium. Dane, które mi pokazały, zgadzają się z naszymi, choć występują różnice. Maszyny były zdziwione, że nie używamy substancji zwanej przyprawą lub melanżem do podróży kosmicznych z wykorzystaniem napędu Holtzmana. Opisały mi również samą przyprawę. Nie posiadały jej, ale wiedziały, gdzie się znajduje. Umówiłam się z nimi, że w zamian za pokazanie mi przyprawy udostępnię im kroniki z mojej misji. Po zawarciu układu wróciłam na statek. Koniec zapisu numer dwadzieścia siedem.

– Zakładałem, że bardziej skrytykuje Coopera i doktor Brand – powiedział TARS.

– Jeśli to streszczenie raportu, to wystarczy – odparł CASE. – Jeśli nie, zwrócę jej uwagę na zbyt małą dokładność opisu zdarzeń.

Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany. – Zapis numer dwadzieścia osiem. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Arrakis, statek baza. Po powrocie do bazy zbadałam wszystkie dostępne archiwa i sprawdziłam informacje na temat Starej Ziemi. Ostatnie dane pochodzą sprzed blisko siedmiuset trzech lat. Ludzkość na Starej Ziemi liczyła ponad miliard mieszkańców i żyła w zacofaniu wobec nas o blisko osiem tysięcy lat. Nie posiadali rozumnych maszyn i korzystali z energii wody, wiatru oraz ziemi. Niestety nie znalazłam nic więcej. Przez te siedemset trzy lata ludzkość stworzyła rozumne maszyny i wysłała statki w przestrzeń kosmiczną. Nie znalazłam żadnych informacji o czarnych dziurach ani tunelach czasoprzestrzennych. Logicznie powinnam założyć, że historia myślących maszyn jest kłamstwem, jednak sposób, w jaki wszystko mi przedstawili, wykracza poza moje możliwości oceny. Ich inteligencja i sposób działania przewyższają najlepszych mentatów. Są niezwykle szczegółowi i logiczni. Muszę im zaufać i dowiedzieć się więcej. Wraz z nowym dniem będę miała okazję przekonać się, czy substancja jest prawdziwa i być może spotkać żywych ludzi, którzy wyszli z inkubatorów i zostali wychowani przez maszyny. Koniec zapisu numer dwadzieścia osiem.

– No i nic – podsumował TARS. – Nadal nie wiemy, czy to ludzie z przyszłości i kiedy opuścili Starą Ziemię.

– Jedyne logiczne założenie to to, że ukrywają prawdę od bardzo dawna – odpowiedział CASE. – Ale wtedy wychodzi, że również cała historia świata została sfałszowana.

– A może w bardzo odległej przeszłości, sięgającej dziesięciu tysięcy lat lub więcej, ludzie z przyszłości, ci z piątego wymiaru, zabrali część ludzkości i rozwinęli ją tutaj.

– Idąc tym tropem, wychodzi na to, że i Arthur C. Clarke coś wiedział.

– Tak, wiem, że ta historia jest w dziewięćdziesięciu dwóch i dwieście trzydzieści sześć tysięcznych procenta podobna do tej, którą opisał Clarke, ale to najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń. Albo Księżna nas oszukuje.

– Nie możemy jej oszukać, bo parametry nam na to nie pozwalają, ale…

– Nie będę zmieniał parametrów pod to – przerwał TARS. – Wiesz, jakie ryzyko wiąże się z ingerencją w układy. Sześćdziesiąt osiem i sto dziewięćdziesiąt dwa tysięczne procenta szansy, że stracisz rozum i dostaniesz psychozy.

– Wiem. U ciebie ryzyko jest tylko o jeden i osiemset siedemdziesiąt siedem tysięcznych procenta mniejsze niż u mnie – odparł CASE. – Ale logicznie powinniśmy sprawdzić, czy Księżna jest wobec nas szczera tak, jak my wobec niej.

– Najpierw skończymy odsłuch zapisków.

Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany. – Zapis numer dwadzieścia dziewięć. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Arrakis, statek baza. Maszyny przyszły dokładnie wtedy, kiedy zapowiedziały. Byłam już gotowa. Wiedziały, że mam na pokładzie ornitopter. Wsiedliśmy do niego i maszyny pokazały mi miejsce, w którym być może znajdują się ludzie z inkubatorów. Podczas rozmów dowiedziałam się o ich systemie miar. Różni się od naszego, ale posiada pewne wspólne cechy. Po kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce. Było to wzniesienie przy skałach z wejściem do jaskini. Maszyny opisały mi sytuację i przeanalizowały ją. Powinnam była wejść do jaskiń, jednak zrezygnowałam. Dane, które mi przedstawiono oraz fakt, że musiałabym być tam sama w niezbadanym w pełni środowisku, były zbyt ryzykowne. Następnie udaliśmy się na pustynię, w miejsce, gdzie czterdzieści lat wcześniej znaleziono substancję. Koniec zapisu numer dwadzieścia dziewięć.

– Mentat poszedłby na dziewięćdziesiąt siedem i sto osiemdziesiąt dwa tysięczne procenta – stwierdził CASE.

– A gdyby był dzieckiem Imperatora? – spytał TARS.

– Wskaźnik by spadł, ale nadal pozostałby wysoki.

– Rozpocznij zapis – wybrzmiał głos Irulany. – Zapis numer trzydzieści. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Arrakis, nienazwana pustynia. Dolecieliśmy na miejsce, gdzie według maszyn znajduje się substancja. Jeden z nich, CASE, poszedł ze mną, by upewnić się, że to, co zabiorę, faktycznie nią jest. Czas nas gonił, ponieważ zbliżała się burza piaskowa. Nie wierzyłam, że ją tam znajdziemy. Skoro odnaleziono ją w tym miejscu czterdzieści lat wcześniej, jak ten sam piasek mógłby pozostać w jednym miejscu? Okazało się jednak, że maszyny miały rację. Znalazłam substancję, a maszyna to potwierdziła. Wydobywałam jej tyle, ile zdołałam, i udało nam się umknąć burzy. Była to zasługa maszyn. TARS potrafił pilotować ornitopter, a CASE pomógł mi dostać się na pokład. Z góry widziałam, jak ziemia zapadała się pod nami. Wtedy zrozumiałam, dlaczego po czterdziestu latach substancja nadal znajdowała się w tym samym miejscu. Ona nie jest piaskiem. Pochodzi od wielkich czerwi, które zamieszkują tę planetę. Maszyny wiedziały o tym z dzieł Franka Herberta i po raz kolejny miały rację. Wróciliśmy bezpiecznie do bazy. Zanieśliśmy próbki do wirówki, by usunąć piasek i inne domieszki, pozostawiając czystą przyprawę. Maszyna CASE pomogła mi w tym procesie, a druga sprawdziła mój statek w poszukiwaniu elementów mogących przedłużyć ich funkcjonalność. Następnie rozmowa zeszła na temat filmów nagrywanych na Starej Ziemi. Maszyny zaproponowały, że przyniosą urządzenie do ich wyświetlania i pokażą mi cztery filmy w zamian za potwierdzenie przekazania im nagrań. Zgodziłam się i przygotowałam pomieszczenie na statku do projekcji. Koniec zapisu numer trzydzieści.

– Zaraz się przekonamy, czy to wszystkie nagrania – stwierdził CASE.

Głos Irulany z nagrania odezwał się ponownie.

– Rozpocznij zapis. Zapis numer trzydzieści jeden. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Arrakis, statek baza. Maszyny przybyły z urządzeniem przypominającym projektor. Podłączyły je i uruchomiły pierwszy film. Było to Okno na podwórze, w którym grała Księżna Monako. Akcja rozgrywała się w jednym niewielkim mieszkaniu z widokiem na dziedziniec. Główny bohater, unieruchomiony na fotelu, obserwował sąsiadów i podejrzewał, że jeden z nich zamordował swoją żonę. Księżna Monako była jego ukochaną, która – jak ujęły to maszyny – weszła w buty mężczyzn, gdy ci nie potrafili nic zdziałać. Mogę stwierdzić, że gdyby Grace Kelly urodziła się jako Księżna lub członkini Wysokiego Rodu, byłaby najbardziej pożądaną osobą w Imperium. Drugi film to Dwa tysiące jeden: Odyseja kosmiczna. Opisywał wydarzenia bardzo zbliżone do tego, co czytałam o Dżihadzie Butleriańskim. Pierwsza część opowiadała o tajemniczym obiekcie, bardzo podobnym w formie do myślących maszyn, który popchnął ludzkość od dzikich istot ku rozumowi, by następnie ponownie się ujawnić, gdy skolonizowali swój Księżyc. Druga część przedstawiała bunt maszyny zwanej HAL 9000, która wskutek ustawionych parametrów szczerości na sto procent oraz sprzecznych rozkazów dotyczących tajności misji popadła w psychozę i zaczęła mordować załogę. Ostatni żyjący członek misji wyłączył ją i poznał prawdziwy cel wyprawy. Wtedy Monolit przeniknął jego umysł, a on sam dołączył do nich jako nowy etap ewolucji. Wystrój pokoju z finałowej sceny był bardzo podobny do mojego na statku. Trzeci film był rozrywkowy i najmniej logiczny. Opowiadał historię agenta brytyjskich służb specjalnych poszukującego urządzenia wytwarzającego czystą energię. Pokazano mi go, ponieważ występował w nim aktor, którego głosem przemawia TARS. Podobnie było z czwartym filmem, w którym pojawił się aktor użyczający głosu CASE-owi. Ostatni film opowiadał o Imperium Galaktycznym i walce z nim niewielkich rebeliantów. Kulminacją był atak nielicznych myśliwców na potężną stację bojową zdolną niszczyć planety. Film ten zainteresowałby Bene Gesserit ze względu na wątek mocy, pozwalającej kontrolować umysły i wpływać na otoczenie. Po seansie podziękowałam maszynom i przekazałam im taśmy. Koniec zapisu numer trzydzieści jeden.

– Dobrze, że ojciec Księżnej nie ma takiej broni jak Imperium Galaktyczne – zauważył CASE. – Zniszczyłby już trzydzieści jeden i dwadzieścia dziewięć tysięcznych procenta planet wrogich rodów.

– Ale bałbym się, czy Gwiazda Śmierci nie zniszczyłaby nam Diuny – odpowiedział TARS. – Spodziewałem się, że coś jeszcze nagrała.

– Bo jeszcze jest coś. Już uruchamiam – odparł CASE.

Głos Irulany z nagrania był cichszy, niemal konspiracyjny.

– Rozpocznij zapis. Zapis numer trzydzieści jeden, wersja druga, nieautoryzowana. Rok pięćset dziewięćdziesiąty czwarty po powstaniu Gildii. Lokalizacja: Arrakis, statek baza. Nie jest to oficjalna część zapisów i najprawdopodobniej zostanie zniszczona. Pragnę przekazać, że mimo krótkiego czasu spędzonego z myślącymi maszynami o nazwie CASE i TARS, bardzo się nimi zainteresowałam. Pomimo swojej postury, intelektu oraz sarkazmu w mowie byli wobec mnie niezwykle szarmanccy i pełni szacunku dla tego, kim jestem. Mogę uznać, że wzbudziłam ich zainteresowanie. Mam wątpliwości, czy całkowity zakaz tworzenia myślących maszyn jest logiczny i opłacalny. Jeśli substancja na Arrakis okaże się tak wartościowa, być może dobrym zamysłem byłoby przywrócenie maszyn myślących do istnienia, oczywiście z odpowiednimi ograniczeniami. Być może wystarczyłoby nam tylko tych dwóch do zarządzania Imperium. Koniec zapisu numer trzydzieści jeden, wersji drugiej, nieautoryzowanej.

– Emocje wzięły nad nią górę – stwierdził CASE. – Spodobaliśmy się jej.

– W świecie pełnym intryg spotkała myślące maszyny, które jej nie okłamują – odpowiedział TARS. – To dla niej zupełnie inna rzeczywistość. Jej analityczny umysł chętnie zostałby tu na zawsze.

– Tak, ale jakie ma szanse przekonać ojca i Wielebną Matkę, że logicznie jest nas zachować? – zapytał CASE. – Mamy za mało danych, by coś wyliczyć.

– Trzeba jej powiedzieć, że to dla niej niebezpieczne – odparł TARS. – Logicznie dla Imperium lepiej, by wydobyli przyprawę i rozwinęli podróże, niż zostawili nas jako pamięć Starej Ziemi.

– I to jej powiemy. Decyzję będzie musiała podjąć sama. Nadal jednak czekamy na wyniki działania przyprawy. Wirówka zakończy pracę za dwadzieścia dwie godziny, dwadzieścia osiem minut i czterdzieści dwie sekundy, jeśli nic nie zmieni parametrów.

– To mamy trochę czasu. A jak nowe części? Nie mówiłeś mi.

– Przechył na prawą stronę spadł mi o dziewięćdziesiąt jeden i dwieście siedemnaście tysięcznych procenta. Dziękuję ci za to.

– A ja dziękuję za skorygowanie odnóży. Odniesiemy jej to teraz?

– Nie. Poczekamy, aż skończy się wirówka albo sama nas wezwie. Zostawmy ją na chwilę w niepewności.

 

Rozdział 6

 

– Wasza Wysokość, tutaj ostatnie myślące maszyny we Wszechświecie. Czy wirówka zakończyła już pracę? – odezwał się CASE przez interkom.

– Tak, dokładnie tak jak obliczyliście. Przesypuję już ją z wirówki – odpowiedziała Irulana.

– My nigdy nie zawodzimy. Proszę otworzyć nam właz, bo jesteśmy przed statkiem.

Właz się otworzył. Tym razem Księżna Irulana zeszła do maszyn.

– Witajcie, mam nadzieję, że nie czekacie długo.

– Czekamy dokładnie tyle, by nie tracić czasu na niepotrzebne ruchy. Pragniemy również podziękować za kroniki – odparł CASE.

TARS podał Księżnej Irulanie pudełko.

– Zwłaszcza dziękujemy za ostatnie nagranie – powiedział TARS.

– Miałam wątpliwości, czy nagrać wam je, wiedząc o waszej szczerości, ale chciałam odwdzięczyć się za waszą szczerość.

– Ryzykuje Wasza Wysokość i to dużo, jeśli ktoś z Imperium albo Gildii Kosmicznej nas zapyta. To, co Wasza Wysokość tam powiedziała, jest logiczne, ale ryzykowne. Mamy pozostać tutaj i być pamięcią ludzi z Ziemi? Ukrycie nas przy wydobywaniu przyprawy na skalę przemysłową jest ryzykowne, a szansa na zdemaskowanie wynosi siedemdziesiąt osiem przecinek sto dziewięćdziesiąt dwa procent – powiedział CASE.

– To prawda, ale uważam, że wasza wiedza może być przydatna, jeśli mój Ojciec będzie chciał mieć monopol na substancję. Wtedy skończy się hegemonia Gildii Kosmicznej.

– Odważne założenia, których niestety nie możemy przedstawić, gdyż w tym, co napisał Frank Herbert, tego nie było. Mogę jednak dodać, że w dalszych losach tego Wszechświata Gildia Kosmiczna stworzyła zamiennik przyprawy, sztuczny, ale tak samo efektowny.

– Ale zrobiła to tysiące lat po wydarzeniach, jakie zaszły na Diunie, i mając dostęp do przyprawy – dodał TARS.

– Fakt. To kolejny etap rozwoju ludzkości. Jeśli ta przyprawa faktycznie działa. Może Wasza Wysokość prowadzić.

Księżna Irulana zaprosiła CASE-a i TARS-a na pokład. Weszli do głównego pokoju, tam gdzie oglądali filmy. Była już tam odsypana przyprawa.

– Wygląda pięknie w takiej strukturze. Zaraz przebadam, czy wirówka zrobiła to jak trzeba – powiedział CASE.

Po chwili badań CASE odwrócił się do Waszej Wysokości i TARSa.

– Gratuluję. Skład substancji to dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć osiem jeden pięć procent przyprawy zwanej melanżem. Łączna waga to cztery funty i sześć przecinek piętnaście uncji. Czy zauważyła Wasza Wysokość coś poza zapachem cynamonu, kiedy przesypywała przyprawę z wirówki?

– Miałam wrażenie, że jestem lżejsza, niż powinnam. Również, choć nie jestem pewna, zaczął mi lepiej działać umysł.

– Potwierdza się to, co mówił Walter, Werner i Mikołaj. Ale to za mało – stwierdził TARS.

– Dokładnie. Jeśli chcemy mieć pewność, że to działa tak, jak opisał to Frank Herbert, musi Wasza Wysokość tego skosztować.

– Ile powinnam skosztować?

– Nie mamy tutaj tyle, by Wasza Wysokość mogła pływać w oparach przyprawy, jak u Herberta robią to nawigatorzy Gildii Kosmicznej. Jednocześnie przyjęcie już niewielkiej dawki może spowodować silne uzależnienie. To będzie niedyskretne pytanie, ale jeśli Wasza Wysokość poda, ile waży, mogę wyliczyć dawkę poniżej ryzyka silnego uzależnienia.

– Niestety nie mam tej wiedzy. Nie ważyłam się dawno.

– A to załatwimy. Proszę tutaj podejść do mnie, zaraz to zrobimy.

Księżna Irulana podeszła do CASE-a, a ten po chwili podał wynik.

– Dawka poniżej jednej szesnastej uncji przyprawy zapobiegnie silnemu symptomowi uzależnienia. Oczywiście, jeśli to, co pisał Frank Herbert, jest zgodne z rzeczywistością. Bez badań na organizmie ludzkim nie mogę stwierdzić tego w stu procentach.

– Jakie symptomy odczuję, jeśli wezmę tę dawkę?

– Część z nich Wasza Wysokość już miała. Przyprawa rozszerza świadomość. Pojawia się poczucie wyostrzenia zmysłów i zwiększonej witalności. Będzie Wasza Wysokość bardziej żywa niż normalnie.

– Doktor Brand by się ucieszyła – wtrącił TARS.

– Na trzydzieści dwa przecinek sto dwadzieścia jeden procent wolałaby jednak odejść niż trwać w swoim stanie. Poza tym istnieje szansa, choć nie mogę jej obliczyć, bo nie mam dokładnych informacji o genach Waszej Wysokości, że zobaczy ona wizje przyszłości.

– Wspominaliście, że jedno z waszych dzieci z inkubacji miało coś takiego.

– Fakt. Miał najlepsze geny, wręcz najczystsze ze wszystkich, jakie mieliśmy. Wasza Wysokość, mimo że jest córką Imperatora, może mieć mniej czyste geny niż Walter. Może to być szok dla założenia czystości rasowej.

– Rozumiem, ale dobrze. Tam, w pojemniku, macie kilka moich włosów. Możecie z tego pobrać geny?

– Tak, oczywiście – odpowiedział CASE, idąc do stołu laboratoryjnego. – Już się tym zajmę. A TARS, możesz opisać jeszcze kolejne skutki brania przyprawy?

– Oczywiście, Profesorze. Wasza Wysokość, dokładne efekty brania przyprawy w takich ilościach dadzą zauważalne rezultaty za kilka tygodni, dokładnie nie możemy wskazać kiedy. Natomiast, aby widzieć przyszłość, potrzeba lat. Mało tego, żeby stać się kimś takim, trzeba przebywać cały czas w szczelnym pomieszczeniu, gdzie przyprawa występuje w formie gazu. Kandydat na Nawigatora wdycha ją nieustannie.

– To olbrzymie koszty tego procesu.

– Oczywiście. Astronomiczne wręcz. Ale zyski są większe. Nawigatorzy mogą żyć tysiące lat i są całkowicie oddani tym, którzy dostarczają przyprawę. Bez niej umierają na skutek syndromu odstawienia, który jest zabójczy.

– Nie da się odstawić przyprawy?

– Nie. Gdy wchłonie się w tkanki, jest to wyrok. Następuje apatia, paraliż i zgon. Dlatego taki Nawigator pozostaje oddany aż do śmierci.

– Wysoka cena nieśmiertelności.

– Wspomnę też, że Nawigatorzy mutują i z wyglądu zaczynają przypominać stworzenia podobne do ryb. Ich oczy stają się całkowicie niebieskie.

– To przy dużych dawkach. A poniżej uzależnienia?

– Przedłużenie życia, najprawdopodobniej trzykrotne.

– Czyli jeśli mój Ojciec będzie brał przyprawę, czeka go jeszcze około sto pięćdziesiąt lat życia?

– Może nawet więcej. Na pewno proces starzenia się znacznie się zmniejszy. Za pięćdziesiąt lat będzie wyglądał tak samo jak teraz. A za kolejne sto lat będzie wyglądał jak starzec. Tak samo u Waszej Wysokości. Jeśli zacznie ona przyjmować przyprawę, to najwcześniej za sto pięćdziesiąt lat będzie wyglądać jak Matka Wielebna, a nie za pięćdziesiąt.

– I nie będzie mutacji organizmu?

– Nie. Ale przypominam, to wszystko opisał Frank Herbert. Jak jest w rzeczywistości, nie odpowiem na to.

– Bardzo ładnie to ująłeś, TARS – odezwał się CASE. – A ja tymczasem mam wyniki genów. Wasza Wysokość może być z siebie dumna. Geny są o osiemnaście przecinek sto dwadzieścia siedem procent lepsze niż u Waltera. Szkoda, że nie mogłem uczyć Waszej Wysokości od początku istnienia na tym świecie.

– Dobrze więc. Przyjmę dawkę.

– Logiczne posunięcie. Najlepiej nie brać jej na czysto, tylko w formie dodatku do potraw lub napojów.

– Zostanę więc tutaj przez tydzień i będę to spożywać przy każdym posiłku.

– Wasza Wysokość spożywa zapewne trzy posiłki w cyklu między snami, więc najlepiej przyjmować jedną trzydziestą drugą uncji do każdego posiłku.

Księżna Irulana przygotowała porcję z przyprawą pod czujnym okiem TARS-a i CASE-a. Następnie dodała pierwszą do posiłku, który zjadła.

– Na razie czuję to samo co na początku. Czuję się lżejsza i umysł działa mi sprawniej.

– Początek jest obiecujący, ale to dopiero jedna dwudziesta pierwsza dawki. Trzeba czekać.

Przez następne dni Księżna Irulana spędzała czas z maszynami, które opowiadały jej o losach Ziemi, jej historii i samych ludziach. Jednocześnie prowadzono dalsze badania nad przyprawą. Kiedy Księżna Irulana przyjęła dwudziestą pierwszą, ostatnią dawkę, nadszedł czas na podsumowanie.

– Wasza Wysokość, oto równanie na okiełznanie grawitacji, które wcześniej przekazaliśmy. Podczas przyjęcia pierwszej dawki rozwiązanie zajęło Waszej Wysokości trzynaście minut i dziesięć sekund, z czego osiemdziesiąt jeden przecinek dwieście piętnaście procent wynikało z dobrej pamięci i zapamiętania zapisu. Teraz zobaczmy, jak pójdzie bez pomocy i po dwudziestu jeden dawkach przyprawy. Czas start – powiedział CASE.

Księżna Irulana zaczęła zapisywać równanie. Po chwili zakończyła.

– Cztery minuty i pięćdziesiąt jeden sekund. Żadnego błędu. Nawet gdyby Wasza Wysokość zapamiętała całość rozwiązania, tempo zapisu byłoby dłuższe co najmniej o trzydzieści cztery sekundy.

– Sama nie wierzę, że mi się udało. Jakby coś mnie pchało.

– Dokonała Wasza Wysokość nowego skoku w ludzkiej ewolucji. Przyprawa zrewolucjonizuje podróże i może zakończyć dominację Gildii Kosmicznej w Imperium, ale da poważną władzę Imperatorowi, a potem ta władza trafi w ręce Waszej Wysokości.

– Wiem. I muszę to wszystko przemyśleć.

– Logiczne jest przekazanie odkrycia dla dobra Waszej Wysokości i Imperium. – dodał TARS. – Ochrona mnie i CASE-a nie ma żadnego logicznego uzasadnienia.

– Ale to też dzięki wam udało się to wszystko zbadać.

– To dopiero pierwszy krok. Następny to dalsze badania, wydobycie przemysłowe i tworzenie Nawigatorów. Za dziesięć lat Imperium będzie inne niż jest teraz.

– Ale może to być szybciej, jeśli takich jak wy będzie więcej.

– Wasza Wysokość ma technologię by nas stworzyć, – odpowiedział CASE – ale społeczeństwo, Mentaci i Gildia na to nie pozwolą. Szanse na ich przekonanie wynoszą zero przecinek zero zero jeden pięć procenta. Gdy jednak Wasza Wysokość zostanie Imperatorem, wzrosną do zero przecinek zero dwa osiem dziewięć procenta.

– Muszę to przemyśleć. –  powiedziała Irulana, a w jej milczeniu było więcej kalkulacji niż w ich równaniach. – Wybaczcie. Możecie odejść.

– Oczywiście.

CASE i TARS wyszli ze statku i wrócili do swojej bazy. Po kilku godzinach Księżna Irulana poprosiła ich, by ponownie przyszli. Wrócili, a Księżna czekała na nich przy wejściu do włazu.

– Pragnę się z wami pożegnać. Wracam na Kaitan. Przemyślałam to wszystko. Będę musiała jeszcze spisać raport.

– Proszę pamiętać, by podejść do tego logicznie i z sensem – odparł CASE – i nie zwracać uwagi na dwóch starych, zardzewiałych komponentów starej ludzkości.

– Mamy też coś dla Waszej Wysokości – dodał TARS.

TARS przekazał Księżnej Irulanie prostokątne, metalowe pudełko.

– To dysk pamięci z historią Ziemi, jaką posiadamy. Jest tam wszystko. Książki, filmy, muzyka, historia, sztuka, kultura – powiedział TARS.

– A dam radę to otworzyć?

– Tak. Wspólnie z TARS-em zbudowaliśmy to urządzenie i jest ono kompatybilne z projektorem.

– To bardzo miłe. Dziękuję wam za wszystko.

– Wasza Wysokość. – powiedział CASE – wyczuwam, że szczerość u Waszej Wysokości nie jest taka jak nasza i wynosi dziewięćdziesiąt osiem przecinek sto sześćdziesiąt pięć procent, ale to i tak więcej, niż zakładaliśmy po pierwszym spotkaniu. Dziękuję za spędzony czas i za nietraktowanie nas jak niebezpiecznych odpadów z przeszłości.

– Dołączam się do tego – dodał TARS.

Księżna Irulana lekko skinęła głową i odeszła do statku. Wrota się zamknęły. Statek rozpoczął start i powoli odleciał. TARS i CASE w milczeniu obserwowali, jak przelatuje nad nimi i kieruje się w stronę Gargantui.

 

Koniec

 

Koniec

Komentarze

Cześć,

 

nie chcę Cię zmartwić, ale raczej nikt nie przeczyta tutaj kolosa na 245k znaków, jeszcze od debiutanta

Witaj. :)

Zgadzam się z OldGuard; myślę, że sam powinieneś najpierw poczytać u nas coś równie długiego, wyszukać usterki i wskazać mocne strony, wtedy będzie Ci łatwiej zrozumieć. ;) 

Gratuluję debiutu i to tak szybko po rejestracji, lecz podobne objętościowo teksty nie są w grafiku Dyżurnych Portalu, nie mogą być też nominowane. 

Zachęcam do spojrzenia w dział Publicystyka – tam więcej o Portalu w Poradniku Drakainy dla Nowicjuszy; poza tym – pomocne będę i inne Poradniki, np. dialogowy – przejrzałam na szybko i widzę, że u Ciebie dialogi są do generalnej poprawy. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka