- Opowiadanie: maciekzolnowski - Zapiski na biletach

Zapiski na biletach

Nie ma fantastyki, ale jest realizm magiczny. Chciałem polecić Wam zbiór miniopowiadań – relacji z podróży po Dolnym Śląsku. Tu macie fragment, który ma Was zachęcić do przeczytania całości, a całość znajduje się tutaj:  nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33779   . I tak, wiem jaki jest Wasz stosunek do fragmentów. Ja też ich nie lubię. Wolę całe opowiadania. Lecz to wyjątek, więc bądźcie, proszę, dla mnie łaskawi. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Zapiski na biletach

Ząbkowice – Stolec – Ząbkowice, sierpień 2025

Wyszedłem z domu bladym świtem, kiedy asfalt jeszcze trzymał w sobie nocny chłód. Najpierw niebieski szlak, kolejno czarny, a potem już tylko las, gęsty i cichy, jakby od lat nikogo tu nie wpuszczał. Pod nogami coś zabłysnęło. Dwudziestogroszówka, stara, peerelowska, z orłem tak wytartym, że ledwo przypominał ptaka. Podniosłem ją. Nie wiem czemu, ale od razu zrobiło mi się lżej na duszy, jakby ktoś z przeszłości mrugnął do mnie okiem.

Czarny szlak zszedł się z czerwonym i nagle skończył się las. Została asfaltówka: spękana, poorana, z kępami trawy wyrastającymi z pęknięć jak wąsy starego pijaka. Piękna w swojej ruinie. Kiedyś pewnie położą tu nową, gładką, czarną jak smoła i cichą jak grzech. Wtedy umrze. Bo tylko zniszczenie potrafi opowiadać. Nowa nawierzchnia będzie milczeć. Ta stara jeszcze szepcze, jeszcze dialoguje.

Minąłem Skałki Stoleckie. Ktoś kiedyś spojrzał na ten niepozorny garb i nazwał go Stolniczką. Do dziś nie wiem, czy od stolca, czy od tej drewnianej deski, na której babki wałkują ciasto. Może jedno i drugie. W każdym razie szczyt wygląda jak żart, który ktoś zapomniał dokończyć.

Potem skręciłem w las między Stolcem, Niedźwiednikiem, Rososznicą, Czerńczycami i Sieroszowem. Wielki, ciemny, pachnący żywicą i grzybami. Uderzyła mnie cisza taka, że słyszałem własne serce. Żadnych pił, żadnych traktorów, żadnego ryku spalinowych maszyn i ludzi, którzy we wtorek rano muszą zarabiać na chleb. Tylko ja, drzewa i coś, co można by nazwać dobrą energią, gdyby ktoś jeszcze wierzył w takie rzeczy.

Przez chwilę pomyślałem: a może jestem tu jedyny? Może te ścieżki istnieją tylko po to, żeby raz na kilka lat ktoś taki jak ja przeszedł i potwierdził, że nadal są? Może znaki ktoś maluje dla samego malowania, a ja jestem tu przypadkiem, jak ta dwudziestogroszówka w trawie? I właśnie kiedy to pomyślałem, wyobraziłem sobie dwie rzeczy naraz: dzieci kolonijne i znakarzy podczas znakowania tego szlaku. Skąd zestawienie dzieci – znakarze, nie wiem, nie mam pojęcia.

Wróciłem tą samą drogą. Znów Stolec, kupa Stolca – wieś długa jak żal; znów spękany asfalt, znów te same pęknięcia, te same kępy trawy. I znów, dokładnie w tym samym miejscu, leżała dwudziestogroszówka. Ta sama czy inna? Podniosłem ją. Drugi raz. Ważyła dokładnie tyle samo co pierwsza. Tyle, co nic. A znaczyła tak wiele, wypełniając moją uwagę, cały mój umysł.

W kieszeni mam teraz dwie. Jedna z drogi tam, druga z drogi powrotnej. Razem czterdzieści groszy. Na piwo nie starczy, ale to drobnostka. Ważą tyle co nic, a jednak obciążają myśl bardziej niż plecak po całym dniu marszu. Bo w tej pętli – tam i z powrotem po tych samych ścieżkach, po tym samym spękanym asfalcie, po tych samych pytaniach bez odpowiedzi – kryje się cała ludzka kondycja. Idziemy naprzód, przekonani, że odkrywamy coś nowego, a w rzeczywistości tylko zataczamy koło, zbierając po drodze drobne okruchy przeszłości: wytarte monety, zapomniane znaki, ciszę lasu, która trwa niezależnie od nas. I może właśnie o to chodzi – nie o dotarcie gdzieś dalej, lecz o to, by w końcu zauważyć, że droga nigdy się nie kończy, bo zawsze wraca do tego samego miejsca: do nas samych, trochę starszych, trochę lżejszych, z kieszenią pełną bezwartościowych skarbów, które nagle znaczą wszystko.

 

Wzgórza Szklarskie, czerwiec 2020

Pandemia, rok drugi albo trzeci – już nikt nie liczył. Busik marki Lublin, w kolorze wyblakłego błękitu, podskakiwał na dziurach jak pijany zając. W środku: ja, trzy starsze panie w maseczkach z apteki i kierowca, który wyglądał, jakby urodził się za kierownicą.

– Radzę kiedyś przejść się tędy, tą drugą stroną radzę się przejść – rzucił przez ramię, nie odrywając wzroku od drogi. – U nas wiele jest nieczynnych sztolni, ruin, poniemieckich budynków. To zupełnie wyjątkowe. Tylko u nas tak jest, nigdzie indziej. Nie Beskidy, nie Tatry, nie Bieszczady – tylko wzgórza Dolnego Śląska.

Panie obok nie słuchały. Jedna opowiadała drugiej, jak w uzdrowisku podają naleśniki z serem tak delikatne, że „aż się płacze”, a druga kiwała głową i dorzucała, że pierogi z jagodami „to już w ogóle poezja smaku”. Trzecia tylko westchnęła głęboko pod maseczką, jakby sama czuła ten smak na języku.

Świat się walił, a one trzymały się talerza.

Miałem wysiąść w Hucie-Szklary i pójść czarnym szlakiem ku wsi Szklary. Wysiadłem – owszem – ale zaraz rozsiadłem się na ławeczce pod sklepem Ma-Ja i już gawędziłem z trzema miejscowymi chłopami przy piwie z Browaru Rebelia.

Jeden, w czapce z daszkiem „John Deere”, opowiadał, jak to był w Turcji, w Grecji, a nawet w Egipcie. Pokazywał zdjęcia w telefonie: on i wielbłąd, on i Morze Czerwone, on i jakaś blondynka w Alanyi.

– Wszędzie byłeś – przerwał mu drugi, w koszulce reprezentacji Polski z dwa tysiące dwunastego roku – a nie wiesz, że mamy pałac w Piotrówku?

Światowiec zamilkł. Wzruszył ramionami, jakby pałac w Piotrówku był czymś oczywistym – tylko on akurat go przegapił.

Piwo się skończyło, słońce zeszło niżej. Wstałem, żeby wreszcie ruszyć w te Wzgórza Szklarskie, ale nogi same skręciły ku przystankowi powrotnemu. W głowie kołatała mi jedna myśl: że facet z Egiptem i wielbłądem nigdy nie widział pałacu oddalonego o dwadzieścia kilometrów od własnego domu, a ja nigdy nie zobaczę tych sztolni – bo ważniejsze okazało się piwo pod Ma-Ją i to, jak jeden drugiemu przypomniał, gdzie naprawdę jest środek świata.

W busie powrotnym panie nadal rozprawiały o naleśnikach – tym razem już tylko w mojej głowie. Patrzyłem przez zakurzone okno na mijające ruiny i myślałem, że może kierowca miał rację: tylko tutaj tak jest. Nigdzie indziej.

Koniec

Komentarze

W sumie to ja do końca czasami nie rozumiem dramy pod tytułem “fragmenty” – jeżeli jest jakieś duże uniwersum, to można powiedzieć, że każda książka z niego jest fragmentem, prawda?

To jest trochę takie trochę umowne albo płynne, co jest fragmentem, a co nie.

Tutaj skupiamy się na dwóch elementach – monetach, które pewnie leżą kilkanaście/kilkadziesiąt lat, i na jedzeniu.

Moim zdaniem OK, ale… (zawsze musi być jakieś ale) – temat można było znacznie bardziej rozwinąć.

np. moneta mogła być upuszczona przez górala, który miał gorszy dzień; albo pijaczka, który ledwo trzymał się na nogach; albo dziecko, które wysiadło z innymi na siusiu, bo akurat tutaj zatrzymał się autokar (podaję przykładowo, bo nie do końca widzę w głowie całej okolicy); ewentualnie kogoś, komu zepsuł się samochód i kto akurat pokłócił się z żoną…

Jeżeli chodzi o część techniczną, to tu i tam możnaby coś napisać inaczej (ale ja nie jestem autorytetem i nie chcę też wprowadzać w błąd, więc powstrzymam się z mądrzeniem się)

Witaj, Tomasz,

 

dzięki za Twój wpis. Pewnie można było temat bardziej rozwinąć. Ty sam zaprezentowałeś tutaj intrygujące pomysły. Ja to przedstawiłem tak, jak zapamiętałem. Z moich wycieczek. ;)

Raz jeszcze dziękuję. Mam nadzieję, że Twój wpis tutaj nie będzie jedynym, bo bardzo się starałem, a literatura – że tak powiem – podróżnicza strasznie mnie pociąga.

 

Pozdrawiam i dziękuję – MZ :)

Maćku, to nie fragment, to dwie miniaturki będące zapowiedzią cyklu Twoich podróży/ wędrówek/ spacerów/ wycieczek, zachęcające do poznania pozostałych zapisków. Jeśli będą – a jestem pewna, że będą – napisane tak, jak te dwie opowiastki, niecierpliwie poczekam na resztę. :)

 

Skąd ze­sta­wie­nie dzie­ci-zna­ka­rze… → Dzieci nie były znakarzami, więc: Skąd ze­sta­wie­nie dzie­ci – zna­ka­rze

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za łapankę i ciepłe słowa, Reg. “Zapiski” są już gotowe. Może masz ochotę się z nimi zapoznać? Będzie mi niesamowicie miło. ;)

Oto link:  nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33779 .

Maćku, ale to tekst sprzed kilku miesięcy i mam zaznaczone, że już go przeczytałam. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytałaś tylko jeden szort (ten o wycieczce z Grodkowa), reszty nie znasz. Niespodzianka. ;)

Czy to znaczy, Maćku, że do szorta sprzed lat dodałeś nowe??? Dlaczego nie zamieściłeś wszystkiego z aktualną datą? 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dlaczego? Nie wiem, szczerze mówiąc. Będzie Ci się chciało zerknąć? :) 

Owszem, Maćku, pewnie zerknę, ale pierwej uporam się z bieżącymi opowiadami. Twoje Zapiski postaram się czytać z doskoku. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo, bardzo się cieszę. Ty wiesz, że jesteś dla mnie wyrocznią, że z Twoim zdaniem bardzo się liczę. Co ja bym zrobił bez Twoich łapanek. :)

W takim razie do zobaczenia po przeczytaniu kolejnych „biletów”. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobało misię i skorzystam z linki, którą rzuciłeś dla Reg. Ten tekst czyta się powoli, spokojnie, z zadumą i przyjemnością uczestniczenia w Twoim wędrowaniu. :)

Bardzo się cieszę, że skorzystasz z linku i że się podobało. Wiesz, jak jest z tymi wędrówkami, a nawet w ogóle z życiem. Niektóre chwile chce się zatrzymać na zawsze. Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za wizytę tutaj. :)

Nowa Fantastyka