- Opowiadanie: rolandronald - panicz_konrad_cyrulik_dwanadwa_2026

panicz_konrad_cyrulik_dwanadwa_2026

Roz­dział bo­nu­so­wy mojej no­wel­ki 119 stron A5. Do­dat­ko­we 10 stron, pro­mo­cyj­ne, niby mocno kon­tek­sto­we wzglę­dem głów­ne­go tek­stu, ale samo w sobie sa­mo­wy­ja­śnial­ne.

 

PS: in­ny­mi słowy, do­pi­sa­łem roz­dział tego cho­ler­stwa, ko­le­ga pi­sarz mówi, że muszę to wydać, no to muszę, tekst w za­łącz­ni­ku, kto roz­wią­zał za­gad­kę ten jest faj­niej­szy ode mnie

 

PS2: Wy­rą­ba­ło myśl­ni­ki, ale da się czy­tać. Niech bę­dzie te­sto­wo w ta­kiej po­sta­ci.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

panicz_konrad_cyrulik_dwanadwa_2026

pa­nicz_kon­rad_cy­ru­lik_dwa­na­dwa­_2026

 

#019/019

 

Sie­dzie­li w cu­dzym przy­byt­ku, mając na ho­ry­zon­cie swój zamek. Obaj byli przy­wdzia­ni we fran­cisz­kań­skie ha­bi­ty. Nie wie­dzie­li skąd ta nazwa i co wła­ści­wie ozna­cza. Tak się po pro­stu mó­wi­ło.

Byli przy stole sza­chi­stycz­nym, po­dob­nym do tego z zamku i z Zamku.

W Zamku to cho­dzi­ło o dziew­czyn­kę, do tej pory uwa­żam. – Gu­sław.

Opo­wiem Ci bajkę. – Cy­ru­lik.

Dawej.

Czar­ne za­czy­na­ją, kon­fi­tur­ko.

Pion­ków na sza­chow­ni­cy, jak się przyj­rzeć, było 77. Dziw­na gra. Wie­dzie­li temu, że to nie czas się cer­to­lić. Mimo to po­sta­no­wi­li zgod­nie po­me­dy­to­wać nad swo­imi dzie­ja­mi.

Co to za fi­gu­ry?

Pi­ru­ety.

Za­czy­naj.

Za­czął. Uniósł głos, który po­biegł echem wnet po za­cie­nio­nej, ogrom­nej kom­na­cie. Łu­dzą­co po­dob­na do tej z zamku, wszyst­kie bu­dyn­ki kon­stru­owa­ne były na bazie tych sa­mych ele­men­tów. Echo wy­brzmia­ło od dru­gie­go „AWIENC!” i rzekł ba­śnio­wo tak:

Mia­łem sen, okrop­ny sen, kosz­mar. Drę­czy­ło mnie po­twor­ne utra­pie­nie w środ­ku nocy. Wspo­mnie­nia, gar­ści wspo­mnień prze­sy­py­wa­ły mi się przez ręce jak pia­sek. Czas? No to dobra, kon­kret­nie. Za­nie­mó­wi­łem będąc w pew­nym ośrod­ku, bym po­wie­dział, przy­byt­ku, w któ­rym, do któ­re­go …za­pro­sił mnie kel­ner. Szwen­da­łem się po mie­ście, za­cze­pił mnie je­go­mość, że coś nie­fra­so­bli­wie dziś wy­glą­dam i za­pro­po­no­wał wy­po­czy­nek. Co on jemu zna­czył? Się do­wie­dzia­łem zaraz. We­szli­śmy do iz­deb­ki po­prze­dzo­nej nie­zro­zu­mia­le krę­ty­mi ko­ry­ta­rza­mi i bums. Kwa­dra­to­wa sala, styl gotyk oczy­wi­ście. Tam… no­stal­gia! By­li­śmy na nie­wiel­kim bal­ko­ni­ku, a pod nami roz­gry­wa­ły się, czu­wasz, moje sny. Pa­mię­tasz wy­pra­wę do… pa­mię­tasz. Frak­ta­le, fiź­dzi­pó­ły, piź­dzi­ły, cuda nie widy. Prze­słu­chan­ko było. Zmę­czo­ny? Co? Już? Prze­cież jesz­cze nie opo­wie­dzia­łem. No dobra, mia­łem się stresz­czać, i bę­dzie krót­ko, zwięź­le i na temat. W tych snach, otóż, moje serce było czar­ne jak noc. Jak­bym na po­wrót prze­mie­nił się w ty­po­we­go Ne­kro­man­tę, książ­ko­we­go, pod­ręcz­ni­ko­we­go. Pa­trza­łem na sie­bie z boku, milcz, białe mysz­ki byś chciał… Za­da­łem sobie py­ta­nie. Eg­zy­sten­cjal­ne, me­dy­ta­cyj­ne, dy­gre­syj­ne, fry­wol­ne i kon­tem­pla­cyj­ne „CO JEST KURWA!?”. Co jest z moim ży­ciem, a to jesz­cze przed Wami tru­pa­mi było, co jest z moim ży­ciem, że taki psi smu­tas ze mnie. No to za­czą­łem drą­żyć, po­dej­mo­wać, że a może za­le­ga­li­zo­wać ne­kro­man­cję i stać się Cy­ru­li­kiem? Sta­łem się. I do tej pory sądzę, i od tej pory sądzę, że był to dobry wybór. A przede mną? Roz­wa­ża­łem nawet nająć się, zo­stać na­jem­nym pa­la­dy­nem, okrą­głe­go, kwa­dra­to­we­go, trój­kąt­ne­go, a może nawet krzy­ża­ko­we­go stołu. Skoń­czy­ło się na fi­gur­ce ar­cha­nio­ła, pro­tek­cyj­nie, pro­fi­lak­tycz­nie. Po­win­na być na zamku, nie pa­mię­tam gdzie ją ciep­ną­łem.

Oby nie na Zamku.

Ra­czej jest na zamku. Dalej, …a dalej był za­stój. Długo nic nie szło tak jak po­win­no, aż chwy­ci­ło mnie za­po­mnie­nie. Po pro­stu, jak w eŚ-Wu, po­sta­no­wi­łem wy­ło­żyć na to wszyst­ko tłu­stą po prze­kąt­nej. Wtem, po­śród dni i nocy, na cha­cie, mia­łem mi­stycz­ne ob­ja­wie­nie, takie kla­syk z ha­lu­cy­na­cja­mi, frak­ta­la­mi, bie­ga­niem ska­ka­niem po wy­mia­rach i tak dalej. Co zo­ba­czy­łem, to się nie od­zo­ba­czy, ale nie o to cho­dzi. Same efek­ty spe­cjal­ne, wi­zu­al­ne, słu­cho­we, nic, w po­rów­na­niu z sen­sem ob­ja­wie­nia. Unio­słem in­tu­icyj­nie prawą rękę w górę i zo­ba­czy­łem na niej jakby zni­kąd po­ja­wia­ją­ce się świa­tło. To pewne, że przy­wę­dro­wa­ło z in­ne­go wy­mia­ru, spoza trzech na pewno. Pę­tli­ło się to świa­tło jak i te ha­lu­cy­na­cje, a ja sta­łem i trwa­łem tak w bez­ru­chu, nie wiem ile. Nie wiem ile czasu ze­szło mi na to, żeby się ock­nąć. Od tam­tej pory dzien­ni­ki nie piszę pio­no­wo tylko ka­li­gra­fią, to się zmie­ni­ło na lep­sze. Czło­wiek le­piej się potem roz­czy­ta, jest taka biz­ne­so­wa me­to­da ka­li­gra­ficz­na, dzię­ki któ­rej mo­żesz kur­sy­wą bar­dzo szyb­ko no­to­wać, a potem i tak to, choć­by nie wiem co, roz­czy­tasz. Do­sko­na­łe, nawet jak świe­ca zga­szo­na, śpisz albo je­steś na wy­chod­ku. Po pro­stu, na ko­la­nie, każdą bzdu­rę zno­tu­jesz, nawet naj­waż­niej­szą. Przy­dat­ne, jak czło­wiek se chce jakoś życie zor­ga­ni­zo­wać. Nie­dłu­go póź­niej za­czą­łem nawet szyć wła­sne dzien­ni­ki, wró­ci­ła mi chęć do igły i nitki. Sma­ro­wa­łem to jesz­cze kle­jem, sma­rem takim, ale cuch­nę­ło na całej cha­cie, tfu, w całym zamku. Są­sie­dzi by byli wście­kli, gdy­bym wtedy ja­kichś lo­ka­to­rów miał. Za­łóż­my, że nie mia­łem, nie wiem jak li­czyć duchy, są nie­ma­te­rial­ne, prze­ła­żą przez ścia­ny. Cały ten mo­ment jed­nak, wra­ca­jąc, był po pro­stu epic­ki. Ten ob­ja­wie­nia na zamku. Ja i ręka uno­szą­ca się swo­bod­nie, jak piór­ko, jak bez wagi, ku górze, świe­tli­ście. Faj­nie, nie? Też byś tak chciał. No. I tyle tego było, wspo­mnie­nie do końca życia, któ­re­go nie za­po­mnę do końca życia. Albo i dłu­żej, jak ne­kro­man­cja da. Niby prze­mia­nę w Licza od­pu­ści­łem, ale jakaś kon­ser­wa­cja by się przy­da­ła, a al­ko­hol nie­ko­niecz­nie jest dla mnie me­to­dą. Nie­ko­niecz­nie. No, Gu­sław, Tobie nie wy­po­mi­nam, ty swoje prze­ży­łeś, zwłasz­cza po śmier­ci. Wrócę jesz­cze raz, do mi­stycz­ne­go ob­ja­wie­nia na zamku, to było epic­kie, jak ka­rzeł z kom­plek­sem niż­szo­ści, się po­wtó­rzę. Taki to wła­śnie pod ko­niec roz­wią­zu­je wszyst­kie pro­ble­my, a w sumie nawet i nie on, tylko jego po­ma­gie­rzy, co roz­sąd­niej­si, jak się zlecą. Ro­zu­miesz o czym mówię? Że dzie­ło przy­pad­ku, lub też ja­kieś inne siły srogo nad­przy­ro­dzo­ne wzię­ły udział w moim życiu. Tak po pro­stu, bez za­po­wie­dzi, bez po­wro­tu, ale nie bez sensu. Sens jest, wy­czu­wam go, nawet teraz. Pło­nie żywym ogniem i, nie nie takim na zgubę, świę­tym ogniem pło­nie sens i moje, tedy też wasze, a dalej Twoje, uczest­nic­two w nim. Sens. Moje życie na­bra­ło sensu i każ­de­mu tego życzę, każ­de­mu to po­le­cam. Sen­sow­ność. Wiem, że to­nie­my, to­nę­li­śmy i pew­nie tro­chę jesz­cze bę­dzie­my tonąć w bez­sen­sow­no­ści. Ale, mimo wszyst­ko, uno­si­my się. Co ma wi­sieć, nie uto­nie, co wię­cej my się nawet aż tak na wi­siel­ców nie kwa­li­fi­ku­je­my. Nawet nie. O czym ja to? A, no, wła­śnie. W pa­mię­ci mej, mojej, utkwi­ło to wspo­mnie­nie już na wieki, już na za­wsze. Co z tego mam? Cie­bie, Gusiu? To nie jest tak, że je­stem nie­wdzięcz­ny za ta­kie­go nie­wdzięcz­ni­ka jak ty. Ty. Mam pe­wien wgląd w cały ten pa­nop­ty­kon, który nas ota­cza, który nas osa­czał. Teraz już tylko ota­cza. Do­wie­dzia­łem się, wi­dzisz, za­glą­da­jąc do tych in­nych wy­mia­rów, że nie muszę od razu sta­wać się nie wia­do­mo jakim pa­la­dy­nem. Wy­star­czy, że moje życie bę­dzie lep­sze. Nie całe, nie od razu, wszyst­ko w swoim tem­pie. W pa­nop­ty­ko­nie, wiesz, je­ste­śmy, ale, tam w innym wy­mia­rze, do­strze­głem coś, co na­zy­wa­ło się chyba ofa­ni­my. Takie le­wi­tu­ją­ce pier­ście­nie, ob­le­pio­ne ocza­mi, cyr­ku­lu­ją­ce, wi­dzą­ce wszyst­ko, jeśli nie sporo. Sporo. Tak jak prze­pa­try­wa­cze ob­ser­wu­ją nas, cza­sem po­ma­ga­jąc z roz­bój­ni­ka­mi i ra­bu­sia­mi, tak prze­pa­try­wa­cze są ob­ser­wo­wa­ne przez ofa­ni­my. Nie mają co praw­da krę­go­słu­pa fi­zycz­ne­go, jak my, ale mo­ral­ny mają …no sztos. Rześ­ko i trzeź­wo wszyst­ko ogar­nia­ją, bez y mru­gnię­cia, ani nawet za­jąk­nię­cia, ale to aku­rat bo nie mogą chyba, nie mają w kla­sycz­nym ro­zu­mie­niu gąb. Co nam po­zo­sta­je? Iść na­przód. Pro­sto na­przód, hen przed sie­bie, i ogól­nie ahoj przy­go­do. Przed nami kró­le­stwa do zdo­by­cia, od­ku­pie­nie do uzy­ska­nia i inne rze­czy, które pew­nie po pro­stu nam się przy­da­dzą, tego typu, taka sy­tu­acja. Prze­tur­la­li­śmy bądź prze­tur­la­my się ka­wa­łek, byle do mia­sta i tam prze­ogar­nąć.

Pod­cza­szy? No, ale za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy już nie za­pę­tli­li­śmy się w cza­sie jakoś.

I wtedy, zaraz po ob­ja­wie­niu, za­czę­ła padać ulewa, sły­sza­łem za oknem, za okna­mi, dud­nio­ło i usły­sza­łem głos. Głos w mojej gło­wie, jak by mnie co po­grza­ło, ano i po­grza­ło, bo to te sny na jawie zma­te­ria­li­zo­wa­ne nie były. I ten głos mówił, uwa­żasz? „GRAD STRZAŁ NAD TWOJĄ GŁOWĄ, JEŚLI COŚ NIE ZMIE­NI SIĘ NA LEP­SZE!”. Kto to gadał? Nie we­ry­fi­ko­wa­łem, ale pew­nie ktoś ważny, z mojej głowy, tu­dzież tejże głowy tym­cza­so­wy lo­ka­tor, dość do­wol­ne­go for­ma­tu i po­trzeb. Po­sta­no­wi­łem jed­nak nie lek­ce­wa­żyć zrzą­dze­nia losu, czy jak zwał. Nie chcę ani ulewy, ani strzał, ani ulewy strzał, tym bar­dziej. Na co to komu? Czło­wiek się zmę­czy od spie­prza­nia. I wtedy, prze­biegł gdzieś po nie­bie grom. No ja myślę sobie, pro­szę pro­szę, jak mrocz­nie jak hucz­nie. Wrogo, pra­wie że. Ale tego nie wie­dzia­łem i teraz też nie wiem. Nie zmęcz się Gu­sław.

I wi­dzisz, by­li­śmy w tej Sali Snów, bo tak to mogę na­zwać, ciem­no wokół, wszę­dzie do­oko­ła, tylko te sny świe­ci­ły, no jak, świe­tli­ście. Cza­sem tro­chę wy­glą­da­ły jak rząd dusz czyść­co­wych. My też? Po­wiedz­my.

Zmie­rzam do tego, że po wszyst­kim byle do mia­sta, a potem to już pój­dzie. Prze­tnie­my się z kimś, za­ła­twi­my coś, i się bę­dzie krę­cił, biz­nes na­sze­go życia, pasja na­sze­go życia. Ka­te­go­rycz­ne? Może. Dalej.

Tur­la­li­śmy się, bądź, bę­dzie­my się tur­lać, jak ba­ra­ny spo­tul­nia­łe, siedź Gu­sław, ale do­tar­li­śmy lub do­trze­my. Do­trze­my, jak pa­trzeć ty­po­wo chro­no­lo­gicz­nie. Chro­no­man­cja mi we­szła, a to za­wsze nie­bez­piecz­ne. Skoń­czy­łem.

 

*

 

Gu­sław spoj­rzał na niego, znad po­ro­nio­nej sza­chow­ni­cy, wes­tchnął, i rzekł:

Czyli mam wnio­sko­wać, że je­stem idio­tą ma­rzą­cym o ge­niu­szu?

Jak do tego do­sze­dłeś?

Na skró­ty go­ściu, na skró­ty. Myk myk i już.

Nie ro­zu­miem.

To tłu­ma­czę, spo­łe­czeń­stwo to ka­rzeł, od­waż­ny, i ofe­ru­je kar­ło­wa­te opcje, a współ­pra­co­wać trze­ba, tam, w mie­ście. Wśród ludzi. Nie­za­leż­nie, czy czu­je­my się mar­twi, nie­ży­wi… i tak dalej, ro­zu­miesz. Na ra­mio­nach gi­gan­tów, go­le­mów, nawet jeśli.

Ooo-hm. Sły­szę pie­śni mego ludu, do mnie ga­dasz, mów mi wię­cej. Jakie? No sam mi od­po­wiedz.

Ab­surd. Żad­ne­go prze­ło­że­nia na me­lo­die, me­lo­dyj­ność, nie pla­no­wa­łem. Po pro­stu tak wy­szło. Wy­szło? Wy­szło, po­wiedz­my, że wy­szło.

No to sam Ci po­wiem. Jest sobie teo­ria strun, że wszyst­ko i wszę­dzie to są te, gu­mo­we re­cep­tur­ki. Taki wszech­świat. Tak się mó­wi­ło? Wszech­świat? Wszech­rzecz? Wszech­ist­nie­nie? Nie ważne.

Zdra­py­wa­nie stru­pów.

Cia­stecz­ka i amu­ni­cja.

Mia­sto masa ma­szy­na? Awan­gar­da.

Zamek.

…zamek! Przez małe zet, ale nasz. Swój i swoj­ski. Nie tam ja­kieś mrocz­ne, ale cudze. Cu­dze­sy to ja od Cie­bie, a Ty ode mnie.

Pa­mię­tasz pa­mięć snów z na­sze­go zamku? Jak prze­szli­śmy sa­mych sie­bie oglą­dać, a z in­ne­go re­je­stru cza­so­we­go, czy tam in­ne­go wy­mia­ru? Wer­sje duch każ­de­go z nas, was?

Tro­chę jak na ob­cho­dy, a tro­chę nie­bez­piecz­nie było. Za­glą­da­nie we wła­sny tyłek z in­ne­go wy­mia­ru to nie moja pre­fe­ren­cja.

I to było za­pi­sa­ne w dzien­ni­ku.

To… co z tym kar­łem spo­łecz­nym? Ty mi opo­wiedz.

Nic, zamek, po­sie­dze­nie, a potem roz­mach. Nudne jest to życie spo­łecz­ne, zwłasz­cza kon­wer­sa­cje, wiesz, roz­mo­wy trwa­ją, po­wtórz dwa razy. Wszy­scy tacy ta­jem­ni­czo nie­zna­ni, z po­cząt­ku przy­naj­mniej. Potem, piona, bro­war, byle bez szlu, bo na po­sto­jach pro­blem.

Wszyst­ko? Ob­ga­da­li­śmy już każdą jedną pier­do­łę? Ogóły i szcze­gó­ły?

Tak, cho­ciaż wy­da­je mi się to spo­łe­czeń­stwo in­for­ma­cyj­ne prze­re­kla­mo­wa­ne. Mnó­stwo in­for­ma­cji bez­u­ży­tecz­nej, tref­nej, chy­bio­nej.

Ka­ra­lu­chy kon­tra książ­ki, jak ten autor, Mi­chał Ku­chwa.

Bluź­nisz.

Autor.

Dobra, ślę­czy­my tu z go­dzi­nę i czter­dzie­ści dwie mi­nu­ty. Kle­pa­nie biur­ka, prze­su­wa­nie nie­wdzięcz­nych pion­ków hi­po­te­tycz­ne, to pro­tek­cjo­nal­ne na­zbyt…

Twoja PORNo STARa!

Mu­sia­łeś?

Co?

Nie znu­dzi­ło Ci się jesz­cze?

Jesz­cze tro­chę. Wy­trzy­ma-my.

Nie lubię tych wsta­wek zni­kąd, są sprzecz­ne z na­szym po­stę­pem du­cho­wym.

A ro­siec to jeleń?

Tak se bę­dzie­my gadać?

Jak do tej pory.

Odtąd, panie, po­sta­na­wiam, wy­pro­mu­je­my się za po­mo­cą ma­chin. Z au­to­ma­tu.

Chcesz nar­ko­tyk? Szu­mi­dło, mam w kiel­ni.

Kier­ma­nie. Nie.

Idziesz do nieba, psie!

Ja? Gdzie?

Na­stą­pi­ła tutaj ro­ta­cja źre­nic obu panów, frak­tal­nie, rzecz jasna.

Ja tak jesz­cze po­wiem, chło­py są prze­wi­dy­wal­ne, ba­becz­ki nigdy nie wia­do­mo którą część chwy­cą.

Tek­stu?

Życia.

Rzyci.

Nie.

Cisza.

Chyba naj­gor­sze, co można po­wie­dzieć, o babie, to że „rura”.

Tyś jest słu­cho­wiec.

Ale co, pruje się kto 20 lat z rzędu…

…dużo ma­te­ria­łu.

Do prze­ro­bie­nia.

AZATĘ?

Głowa mnie boli od tej tech­no­lo­gii już teraz.

Moje py­ta­nie, kto do kogo, z nas, mówi? – jeden przez dru­gie­go.

Cisza, jak naj­bar­dziej po­now­na.

Wszyst­ko. Ale nie, serio, wszyst­ko. Wra­ca­my?

My­śla­mi, czy au­ten­tycz­nie do domu?

Ja jedno i dru­gie. Tak.

Okej, finał. Za­po­mnie­li­śmy grać w sza­chy.

Tak.

No też po­twier­dzam no, mo­ment, pod­su­muj­my. Pion­ków w spo­łe­czeń­stwie dużo, ale choć­by byli ta­ko­wy­mi, to są primo ludź­mi, więc nie trak­tuj­my ich jak ja­kichś dur­nych pion­ków. Lu­dzie to lu­dzie, żywi czy mar­twi.

No wzno­sisz się na wy­ży­ny em­pa­tii, super, po­do­ba mnie się to.

Ja wiem, że cza­sem to wy­glą­da jak-by­śmy, jak­by­śmy, do ni­cze­go nie zmie­rza­li, ale, sporo już uga­da­ne, nie?

No.

Tak.

I tak to jest.

W rze­czy samej.

A ten… czyli co, wznie­śli­śmy się na wy­ży­ny me­ta­fi­zycz­ne, żeby co, żeby po pro­stu sym­bo­licz­nie i do­słow­nie do­trzeć do mia­sta, gdzie czeka nas skar­ło­wa­cia­ła roz­ró­ba, mia­sta, mas i ma­szyn? I… lu­dzie?

Lu­dzie. Ni mniej, ni wię­cej. Całe te za­wi­ja­nie z de­mo­na­mi i anio­ła­mi, cały ten cyrk, to prze­cież tylko me­ta­fi­zycz­na eks­tra­po­la­cja na­szych ludz­kich cią­got. Do wznio­sło­ści i do ba­dzie­wia. Wyj­dzie­my do ludzi, to od­ży­je­my co nieco.

 

*

 

I po­szli. W my­ślach, a potem długo po wy­da­rze­niach, w związ­ku z Pod­cza­szym, rów­nież, a au­ten­tycz­nie. Do …tarli, się. A w mie­ście cyrk, pełno, wszę­dzie, wszyst­kie­go. Szyb­ki kurs wszyst­kie­go. Wi­ta­my w cen­trum. Takim no, nie za dużym, ale za­wsze. Są tu, jak widzą pa­no­wie Cy­ru­lik i Gu­sław, bi­blio­te­ki, które niby wy­po­ży­cza­ją, ale jed­no­cze­śnie chcą od Cie­bie eg­zem­pla­rze do wy­po­ży­cze­nia. Pa­ra­doks daru. Jest jakaś fil­mo­te­ka. Spło­nę­ła. Słusz­nie. Gusiu i Wskrze­siu czła­pią głów­nym trak­tem, w kie­run­ku fon­tan­ny przed ra­tu­szem, och wszę­dzie ar­chi­tek­tu­ra tak samo, i pod­su­mo­wu­ją.

Udało nam się. Do­ro­śli­śmy. Cięż­ko to opo­wie­dzieć, ale taka to pu­szecz­ka, że nie wia­do­mo czy śmiać się czy pła­kać.

Do­tar­li do po­mni­ków no­bli­wych pi­sa­rzy. Jeden od przy­szło­ści, jeden od nar­ko­ty­ków, jeden od sma­ga­nia ab­sur­dem i non­sen­sem, po be­be­chach, i jeden ten od Zamku. Dużo, dość. Idą, „jak” trupy, przez świat fan­ta­zji zre­ali­zo­wa­nej, to jest przez mia­sto, w któ­rym po­my­sły stały się rze­czy­wi­sto­ścią, ich rze­czy­wi­sto­ścią. Kie­dyś stwier­dzi­li lub stwier­dzą, że jed­nak nie, że po­rzu­cą drą­że­nie an­na­łów swo­ich nie­świa­do­mo­ści.

Tym­cza­sem ich zamek, za­me­czek, zro­bił się po­pu­lar­ny. Usłu­gi roz­cho­dzi­ły się wi­zy­tów­ka­mi i go­łę­bia­mi, i pan­to­fla­mi. Płci i bez. Za­czę­ła iść sprze­daż, jak kie­dyś, kie­dyś-kie­dyś zro­bi­li przed zam­kiem ogni­sko, spa­li­li te­sto­wą edy­cję Kny­fów Sza­chi­stycz­nych, wtedy za­czę­ła iść sprze­daż. Mia­sto­wi ich zna­leź­li i po­szło, coś tam. Nie że jakoś dużo, jedna trze­cia dóbr na rzecz bi­blio­tek, jedna trze­cia dla klien­tów, a jedna trze­cia kisi się nadal w lo­chach. Pew­nie też spło­nie, pój­dzie na opał. Chcie­li, to zro­bi­li, i już. Ich linią obro­ny był głów­nie ro­do­wód Gu­sła­wa. Szko­le­ni, ak­tyw­ni, pi­ro­ma­ni obaj. Dra­stycz­ne po­stę­py (po­stę­py, tak, tylko i wy­łącz­nie) przed nimi. Nie ob­sta­wia­li nigdy koni na wy­ści­gach, nie wie­rzą w magię zwaną sta­ty­sty­ką. Nie ma sensu już dalej stresz­czać. Zro­bi­li po­stęp, a wszyst­ko wy­glą­da­ło jakby po­szli wstecz. Bywa. Pa­mię­ta­ją przy­szłość, przy­zy­wa­nie tru­pów na zamku, przez las(?), do mia­sta i nazad. Bo zamek ważny, waż­niej­szy od Zamku. Waż­niej­szy?

Ko­niec, tej na­szej prozy życia, dia­lo­go­wej?

Jesz­cze jedna, mi­nia­tu­ro­wa dy­gre­sja. Opo­wiem Ci inną sy­tu­ację. Słu­chaj uważ­nie, ostat­nia pro­sta.

 

***

 

– Zdró­weń­ka! – pa­edzioł, w to­tal­nych ciem­no­ściach. A była to je­sień, gdy koń­czy­li prze­glą­dać kilo stron Wszyst­kie­go, co mieli na wagę. Taka sztu­ka, na sztu­ki. – Okrop­na! …go­rą­co po­le­cam. – ne­po­tycz­ne i ko­le­siow­sko-ku­mo­ter­skie wtó­ro­wa­nie. Dziw­ne sobie miej­sce zna­leź­li. Ostat­nia ga­zlam­pa wzno­wi­ła tlon­ko. Oko­li­ce ra­tu­sza z bi­blio­te­ką, a tu masz, do­de­ka­he­dro­ny dla po­spól­stwa po­tur­li­ki­wu­ją c ego po­spo­łu. * Tak, ster­cze­li przy ra­tu­szu. Cały rok, na du­cho­wym au­to­pi­lo­cie w ten spo­sób. Do­oko­ła ro­jal­ne, kró­lew­skie ogro­dy; głów­nie ra­fle­sja, mię­so­jad i ży­wo­ród­ka. Przy ra­tu­szu ka­wia­ren­ka, przy ka­wia­ren­ce sto­li­ki, chwi­lę póź­niej sior­bią czar­ną her­bat­kę. Kto? Tych dwóch co to za­wsze. Do ni­niej­sze­go za­ję­cia le­piej by się nada­ły, nie­po­rów­ny­wal­nie bar­dziej, co­kol­wiek ogład­niej­sze damy, ale i to wy­kpi­li. Kpina ich żywot, tfu, ży­wioł! Żeby jed­nak nie urą­gać swo­imi oso­ba­mi temu za­cne­mu lo­ka­lo­wi, po­sta­no­wi­li z wła­snej ini­cja­ty­wy pod­lać kwiat­ki do­oko­ła. Spoj­rze­li na ja­śniej­szą stro­nę życia i prze­sta­li się za­mar­twiać. Jakby było po nich widać co­kol­wiek.

 

***

 

Na mar­gi­ne­sie, czemu mi to opo­wie­dzia­łeś?

Słu­chaj, bo za­czą­łem o bi­blio­te­kach a…

…no?

To idzie tak, adres IP tej roz­mo­wy to 127.50.37.

Boję się.

Nie bój się, to adres przy­bli­żo­ny, mówię hi­po­te­tycz­nie.

Do rze­czy.

Już, (wdech). Na tej na­szej ago­rze dnia i nocy wy­pa­truj al­ba­tro­sów od pana Jana Po­ko­ry. To ge­nial­ne kre­acje, cza­sem tro­chę burda, ale nie­złe dla ta­kich czar­nych owiec jak my.

To nie zwy­kłe, olej to ale, bądź­my part­ne­ra­mi w filii, wie­dze­ni im­pul­sem i fe­erią frak­ta­li, ukry­waj kul­tu­ral­nie gniew, wejdź w las ksią­żek, a nasza księ­gar­nia to bę­dzie nowa era, a my bę­dzie­my ope­ro­wać otwar­cie, jak na po­li­gra­fię przy­sta­ło.

Kino pło­nie. Lisy chi­cho­czą. Pu­bli­ku­je­my nasze wi­zy­tów­ki, mówią „re:”, mówią „…bis!”, taką mamy z nimi re­la­cję scho­la­stycz­ną. Skrza­ty jedne w tym świe­cie książ­ki uni­wer­sy­tec­kim, wi­tal­ne przy­naj­mniej.

Wasza po­zy­cja, czyja, jest taka że wie­dza i prak­ty­ka, mmm, są po­zie­le­nia­łe jak sowy.

Jeź­dzi­my świe­żo, pro­du­ku­je­my sny fa­brycz­nie, prze­pra­szam, wiel­ka li­te­ra­tu­ro, gramy na lirze i znaki zo­sta­wia­my jak si­gi­le. Super no­wi­na to, gdy na nie­bie wy­bu­cha w od­da­li su­per­no­wa. Bez­piecz­na od­le­głość. Na znak tego co na ho­ry­zon­cie, pe­wien mag miał muzę, która smoka na szarą go­dzi­nę po czwar­tej stro­nie ale­go­rycz­nie wzmoc­ni­ła gra­ficz­nie, z czego po­wsta­ły fan­ta­zyj­ne au­to­ma­ty. Vic­to­ria ofi­cy­na!

Czar­no na bia­łym widać, że „re:” a mar­gi­ne­sy to jest cy­ran­ka, cy­ra­necz­ka, ka­czusz­ka, for­mat agraf­ka. Obok pa­pie­ro­wy księ­życ spi­sku pi­sar­skie­go w sta­rej szko­le ma ofi­cyn­kę (ofi­cy­nę? Też?) war­stwo­wa­ną w ot­chła­ni rów­nież.

Ar­ka­dy za­ini­cjo­wa­ne prasą numer dzie­więć, w for­mie osi wszech­świa­ta, groź­nej jak ja­gu­ar. Pa­pier zwró­cisz, mi­strzu gry, smoki idź umo­rzyć, jak sam się wydać chcesz, pulpa z tego wyj­dzie i Bi­blio­te­ka Babel.

Na pla­ne­cie czy­tel­ni­ka nie po­wiem, po­trze­bu­je­my cię, wy­da­je nam się, aku­rat miętę w pa­sa­żu pur­pu­ro­wie­jąc czu­je­my. Czu­je­my słowa, ob­ra­zy i ogól­nie na wszyst­kich tych te­ry­to­riach sława sztu­ki ksiąg umu­zy­kal­nio­nych. Pin­gwi­na­mi z sied­mio­ma ro­ga­mi do­wo­dzi re­pli­ka spau­zo­wa­na, za­czy­ta­nych w bu­ko­wym, książ­ko­wym, lesie. Ty i ja, gaj, al­pa­ka, tor. E. Wszyst­ko.

Wszyst­ko. Wszyst­ko?

Wszyst­ko.

Wszyst­ko!

Chó­rem rze­kli ostat­kiem sił „WSZYST­KOŚĆ!”.

 

Pod­su­mo­wu­jąc, obok zamku była kom­na­ta sza­chi­stycz­na, a w mie­ście pokój snów. Ob­ja­wie­nie mi­stycz­ne po­ja­wi­ło się w zamku, a potem i wcze­śniej dzia­ły się różne rze­czy. Spo­iled?

 

K O N I E C

 

Pa­nicz Kon­rad

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Na początku kilka spraw:

Rozdział bonusowy mojej nowelki 119 stron A5. Dodatkowe 10 stron, promocyjne, niby mocno kontekstowe względem głównego tekstu, ale samo w sobie samowyjaśnialne.

PS: innymi słowy, dopisałem rozdział tego cholerstwa, kolega pisarz mówi, że muszę to wydać, no to muszę, tekst w załączniku, kto rozwiązał zagadkę ten jest fajniejszy ode mnie

PS2: Wyrąbało myślniki, ale da się czytać. Niech będzie testowo w takiej postaci.

 

Przedmowa niezbyt jasna, ale wynika z niej, że jesteś mężczyzną, a w profilu masz “kobieta”. To jak jest naprawdę? 

Czemu zaznaczyłeś/-łaś konkurs z 2017 roku? 

Co to znaczy, że “wyrąbało myślniki, ale da się czytać”? Jako Autor masz zadbać o najlepszą wersję i dopiero publikować. ;)

Skoro to rozdział, czemu nie jest oznaczony jako “fragment”? 

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Wyrąbało myślniki, ale da się czytać. 

Mylisz się, Rolandronaldzie, w tej postaci, niestety, nie da się czytać. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

hej, bruce, kobieto, ale bałagan na tym serwisie, opowiadania nie idzie wkleić poprawnie z worda, panel boczny mi wyskakuje i się nie chowa. konkurs zaznaczyłem jakikolwiek dla identyfikacji. to i rozdział i fragment. z tym wklejaniem to rzecz przeglądarki?

hej, bruce, kobieto, ale bałagan na tym serwisie, opowiadania nie idzie wkleić poprawnie z worda, panel boczny mi wyskakuje i się nie chowa. konkurs zaznaczyłem jakikolwiek dla identyfikacji. to i rozdział i fragment. z tym wklejaniem to rzecz przeglądarki?

Cóż, Szanowny Autorze, trzeba poprzez EDYCJĘ wszystko poprawić, nie zaznacza się “jakiegokolwiek konkursu dla identyfikacji”, bo to przecież bez sensu, poczytaj w dziale Publicystyka nasze Poradniki, szczególnie – Drakainy dla Nowicjuszy, to będziesz wiedział więcej. :) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

jasne, dzięki za wyrozumiałość, szkoda że takie zamieszanie techniczne z tym wklepywaniem tekstu w formularz. konkurs odznaczę, do poradników zajrzę. pozdrowionki

yes Trzymaj się, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

rolandrolnnd, hej, witaj, przeczytałam, a właściwie przebrnęłam przez tekst. 

Naprawdę polecam, jak bruce wcześniej, żeby jednak wcisnąć “edytuj” i tekst poprawić, bo w tej chwili nie wiadomo, co jest dialogiem, co nie, przez co lektura staje się jeszcze trudniejsza. 

Trudno nazwać to opowiadaniem, ja bym to określiła jako eksperyment pisarski, widać miejscami coś w stylu strumienia świadomości, chwilami przewija się dialog nad dziwnymi szachami, chwilami mnóstwo odniesień, fantastycznych i rzeczywistych, dygresje. Lektura nie jest łatwa, więc braki w zapisie są tu tym bardziej dokuczliwe.

Myślę, że tekst zyska, gdy będzie bardziej czytelny. 

Powodzenia w pisaniu, 

pozdrawiam serdecznie! :)

 

Nowa Fantastyka