Idę z Glinki do Soblówki późnym popołudniem, w pełni lata, gdy światło staje się miękkie i złote, jakby ktoś rozlał po niebie rozgrzany miód. Dni mijają tak samo: bujam się ścieżkami jak ważka albo leniwy trzmiel, patrzę, wdycham, idę dalej.
Nagle z oddali dociera muzyka. Przenośne radyjko, gdzieś za płotem, za krzakiem bzu, wyśpiewuje stary przebój – taki, który pamiętam z dzieciństwa, z kaset magnetofonowych i wakacji u babci. Dźwięk faluje, przejrzysty, a jednak trochę nierealny, jakby eter sam siebie wspominał.
I wtedy mnie wciąga.
Najpierw szum – cichy, strumieniowy, jakby Chopinowski mazurek rozmywał się w wodzie. Potem radyjko charczy krótko, jakby ktoś przekręcił gałkę za mocno. W tej jednej sekundzie wszystko się przesuwa.
Stary dom, który mijałem przed chwilą – szary, zbutwiały, z zapadniętym dachem i pokrzywami pod oknami – nagle nabiera barw. Deski ciemnieją do ciepłego brązu, szyby lśnią, dachówki czerwienieją jak świeżo wypalone. W sadzie, gdzie przed chwilą stały trzy zmurszałe jabłonie, pojawia się kilkanaście młodych drzew, obsypanych kwiatami i drobnymi, zielonymi zawiązkami owoców. Powietrze gęstnieje zapachem żywicy, mokrej ziemi i kwitnącej lipy – zapachem rzeczy, które dopiero zaczynają być.
Czas na moment pęka i składa się inaczej. Czuję to w klatce piersiowej: lekkie ukłucie, nie strach, tylko nagłe rozpoznanie. Jakby świat na ułamek sekundy pokazał mi swoją drugą, młodszą twarz.
Potem znów charczenie. Krótki zgrzyt i wraca ten sam przebój – refren, którego słowa znam na pamięć, choć nigdy ich nie śpiewałem na głos. Dom znowu jest stary. Sad znowu jest rzadki i zmęczony. Płot porosły chmielem wraca do swojej powolnej ruiny. Wszystko na miejscu. A jednak nie do końca.
Idę dalej, z Glinki do Soblówki, niosąc w sobie to złote przesunięcie. Wiem już, że Beskidy nie są tylko krajobrazem. Są miejscem, w którym czas czasem mruga okiem. Gdzie stary dom może na moment przypomnieć sobie, że kiedyś był nowy. Gdzie muzyka z radia potrafi na sekundę cofnąć rzekę.
I ja – mały, uważny świadek – idę dalej, patrzę uważniej niż wczoraj. Bo cuda nie zawsze krzyczą. Czasem wystarczy miękkie światło, stary szlagier i charczenie gałki, żeby na chwilę zobaczyć, co naprawdę jest pod spodem.
Witaj. :)
Beskidy są miejscem, w którym czas czasem mruga okiem.
Bo cuda nie zawsze krzyczą. Czasem wystarczy miękkie światło, stary szlagier i charczenie gałki, żeby na chwilę zobaczyć, co naprawdę jest pod spodem.
GENIALNE!!! 
Piękne, nostalgiczne, wzruszające… :)
Klik do Biblioteki, pozdrawiam serdecznie, Maćku. :)
Pecunia non olet
Cześć, Maciej!
Bardzo nastrojowy szort, leniwy, powolny i przesycony emocjami. To magiczne coś czuję w Bieszczadach i za każdym razem, gdy wracam, pozostaje ze mną przez kilka kolejnych dni, nie potrafię tego nazwać.
Klik
Pozdrawiam
Maćku, ależ to prześliczna, złocista impresja!
Oczarowałeś mnie, więc pędzę do klikarni. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Hej! W Bieszczadach, wstyd przyznać, nigdy nie byłem. Po Twoim tekście będzie to chyba kolejny kierunek na zbliżające się wakacje.
Dzięki za przywołanie lata – tego ciepłego, leniwego, sielankowego i polskiego.
Bruce, bardzo mi miło. Dzięki, że jesteś. :)
Hesket, dzięki. To jest fenomen, że to uczucie trzyma nas przez kilka dni. Mnie trzyma nieraz dłużej. Uczucie podobne do zauroczenia. :)
Lugosi, nie ma za co, do usług.
Reg, lejesz mi miód na serce. Pięknie dziękuję. :)
Ładny, nostalgiczny obrazek.
Są miejscem, w którym czas czasem mruga okiem.
To mi się nie podoba.
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Reg, lejesz mi miód na serce. Pięknie dziękuję. :)
Bardzo proszę, Maćku. I chciałabym, abyś pisał więcej podobnych tekstów, bo mam jeszcze spory zapas miodu. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Bruce, bardzo mi miło. Dzięki, że jesteś. :)
To ja dziękuję. :)
Pecunia non olet
Dzięki, Bolly. Nostalgiczny (kawałek) – to właściwe słowo.