- Opowiadanie: Rafał Kwaśniak - Zgubiony klucz

Zgubiony klucz

Cześć.

Bywa że z przy­ja­ciół­mi pi­sze­my opo­wia­da­nia na czas.

Po­sta­no­wi­łem kilka z nich wy­pu­ścić z szu­fla­dy.

Ostat­ni temat: „Zgu­bio­ny klucz”.

Czy ta­lent można ukraść?

Jaka jest cena?

Hi­sto­ria o ar­ty­ście, który wy­brał drogę bez po­wro­tu. Pre­zen­tu­ję dwa al­ter­na­tyw­ne za­koń­cze­nia. Cie­kaw je­stem, które po­do­ba się bar­dziej?

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zgubiony klucz

Maestro van Doniker spojrzał na fortepian i pospiesznie odwrócił wzrok.

Od lat nie skomponował niczego wartego uwagi. A ostatnie dzieło… nie było jego.

Gdy usłyszał ten promienisty, niebywały motyw stworzony przez jego ucznia, rozkwitło w nim coś mrocznego. Głód, który znają tylko bestie.

Więc ukradł.

Ukradł mu melodię. I przyszłość.

Dobry Boże, gdyby tylko to…

Kiedy student złożył skargę do dziekanatu, maestro wszystkiemu zaprzeczył. Chłopaka wyrzucono z akademii. Jedną decyzją złamał jego karierę i – być może – ducha.

Chrapliwie westchnął.

Wszedł do łazienki i stanął przed lustrem jak przed milczącym sędzią. Mógłby przysiąc, że odbicie spogląda z pogardą. Przełknął ślinę. To minie. Zawsze mijało.

Przyłożył brzytwę do gardła. Wtedy zrodziła się w nim dziwna, obca myśl. A gdyby jakaś niewidzialna dłoń pociągnęła nadgarstek, zrobiła to, na co sam by się nie odważył? Część jego duszy naprawdę tego chciała. Dłoń jednak nie drgnęła.

Po goleniu mydło marsylskie i resztę przyrządów odłożył na odpowiednią półkę, w idealnych odstępach.

Wszedł do wanny. Głowę oparł o zwiniętą szmatkę, by nie zamoczyć bokobrodów. Przymknął powieki. Gorąca woda rozpuściła napięcie.

Na granicy jawy i snu pojawiły się obrazy… i dźwięki.

Małe serafiny dryfowały nad nim na chmurach, ich bose stopy kołysały się w powietrzu, gdy na srebrnych lirach wygrywały figlarne nutki, zaczątek czegoś większego.

Nagle niebiańska orkiestra przemówiła całą mocą. Trąby niczym burzowe wichry, dzwoneczki odpowiadały radośnie, jak miłosne wyznanie skowronka.

Maestro drgnął. Ocknął się.

Drżącymi palcami wystukiwał rytm, by jej nie zgubić. Nigdy – przez całe życie – nie słyszał nic równie pięknego. I z przerażającą pewnością wiedział, że nigdy już nie usłyszy.

To była łaska.

Bilet do grona nieśmiertelnych: Mozarta, Beethovena, Liszta.

Wyskoczył z wanny i, odziany jedynie w pianę, rzucił się biegiem. Bose stopy klapały na kaflach. Służba odwracała wzrok.

Wpadł do pracowni i zamknął drzwi na klucz. Chwycił partyturę i gęsie pióro. Zamarł.

Pociągnął kilka zawijasów w powietrzu.

I odkrył, że nie pamięta, jak rysuje się klucz wiolinowy.

– Jak… – warknął, bijąc dłonią w czoło. – Jak mogłem zapomnieć?

Przez chwilę chciał go pominąć i zapisać nuty. Ale nie mógł przełamać porządku.

Niebiańska melodia zaczęła się deformować. Zacisnął powieki, próbując odtworzyć symbol, lecz zobaczył syczące węże.

Zawył przerażony.

Ktoś zapukał do gabinetu.

– Proszę pana? Czy wszystko w porządku? – Niski głos lokaja dźwięczał niepokojem jak rozstrojony kontrabas.

– Daj mi spokój, do diabła!

Maestro na moment utracił skupienie. Melodia wymknęła się z pamięci, a gdy znów ją pochwycił, była już czymś innym.

– Jak to brzmiało?! – zawył, drapiąc twarz.

Wracały tylko strzępy. Karykaturalne. Wynaturzone jak upadły anioł – boskość pozbawiona skrzydeł.

– Nie… nie odbieraj mi tego…

Serce zacisnęła gorycz.

Wściekłym machnięciem strącił kartki z biurka. Uleciały jak spłoszone gołębie.

Spadła też batuta, którą dostał od… od… jak on miał na imię?

Schylił się po nią. W skroniach szaleńczo łomotała krew.

Spocony, dysząc ciężko, opadł na fotel. Próbował rozpiąć kołnierz koszuli, lecz palce nie odnalazły guzików. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie ma na sobie ubrania.

Sługa coś krzyczał na korytarzu, ale słowa traciły krawędzie, jakby maestro zgubił gdzieś połowę alfabetu.

Padł na dywan z głuchym łoskotem.

 

Rok później lokaj podszedł do maestro i chusteczką zebrał ślinę ściekającą z opadłego kącika ust. Następnie popchnął wózek, tak by pracodawca mógł wyglądać przez okno.

Wiatr chłostał deszczem nagie gałęzie.

Maestro czuł się, jakby utonął w morzu szarości. Zgrzytnął zębami. Jesienią zazwyczaj odwiedzał Katalonię. Wylew odebrał mu nawet to.

– Paskudna pogoda – podsumował sługa.

Nagle radośnie wystrzelił palcem ku sufitowi.

– Byłbym zapomniał. Mam coś, co z pewnością poprawi panu humor.

Sięgnął po karton i pokazał maestro okładkę.

– Młody kompozytor. Cudowne dziecko, tak mówią o nim w Wiedniu.

Powieka maestro zadrżała, gdy ujrzał nazwisko swojego byłego studenta.

Sługa ułożył płytę na patefonie i nakręcił mechanizm.

Niebiańska muzyka – ta sama, którą maestro usłyszał rok temu – wypełniła pomieszczenie, lecz tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.

– Cudowna melodia, czyż nie? – powiedział sługa z uśmiechem.

Pomylił się, biorąc je za łzy wzruszenia.

 

 

 

 

A gdyby kara przyszła inaczej?

 

(…)

Spocony, dysząc ciężko, opadł na fotel. Próbował rozpiąć kołnierz koszuli, lecz palce nie odnalazły guzików. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie ma na sobie ubrania.

Sługa coś krzyczał na korytarzu, ale słowa traciły krawędzie, jakby maestro zgubił gdzieś połowę alfabetu.

Poczuł, że się osuwa z siedziska.

Próbował chwycić oparcie, ale dłoń posłuchała z opóźnieniem, jak cudza.

Padł na dywan z głuchym łoskotem.

Poderwał się i usiadł.

– Co to było, u diaska? – wyszeptał i sięgnął blatu, aby się podciągnąć.

Dłoń przemknęła przez drewno, jak przez dym.

Spojrzał na nią. Półprzejrzysta.

Powoli opuścił wzrok.

Na dywanie leżały zwłoki. Siedział w nich do połowy. Eteryczne nogi jeszcze pokrywały się z ciałem, lecz tułów rozszczepiał się na duszę i bezwładną materię.

Spojrzał na twarz. Szara, napięta, z wytrzeszczonymi oczami, jak porzucona na dywanie maska.

Odsunął się gwałtownie od trupa.

Wtedy zrozumiał, że zerwał ostatnią nić.

Spadł na niego słup porażającego światła, przeszywając każdą myśl i uczynek. Znów usłyszał niebiański śpiew. Pragnął w nim zniknąć.

Jak dziecko wyciągnął ręce ku górze.

I wtedy poczuł szarpnięcie przy kostce.

Lina uwiązana do stopy. A na jej końcu dyndał wisielec.

Nie musiał widzieć twarzy. Wiedział, kim jest. Czuł, jak ciągnie go w dół.

– Nie… nie… nie… – wybełkotał.

Nagle przypomniał sobie kształt klucza.

Dokładnie. Każdy szczegół.

Za późno.

Nie było już drzwi, które mógłby otworzyć.

Potężna siła szarpnęła w dół, porywając go w paszczę wirujących kłębów.

Koniec

Komentarze

Rafale, tekst liczący niespełna sześć tysięcy trzysta znaków to jeszcze nie opowiadanie. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na SZORT.

Na tym portalu opowiadania zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, zmienione.

Rafał Kwaśniak

Witaj. :)

Gratuluję tutejszego debiutu i zapraszam do działu Publicystyka, gdzie znajdują się pomocne nam wszystkim PORADNIKI, w tym: Drakainy dla Nowicjuszy (tam m. in. jest wyjaśnienie różnic między szortami a opowiadaniami), językowe, dialogowe, myślowe, interpunkcyjne itp. :)

Podczas czytania zatrzymały mnie następujące fragmenty:

Coś głęboko w nim na prawdę tego chciało. – ort. – razem?

– Co to było (przecinek?) u diaska? – wyszeptał i sięgnął biurkowego blatu, aby się podciągnąć.

 

Świetnie ukazany motyw słusznej kary za wyrządzoną komuś krzywdę. Myślę, że mało kto żałuje w tym momencie maestro. :)

Klikam do Biblioteki, pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w dalszej twórczości. :) 

Pecunia non olet

Cześć Bruce. Poprawione. Dzięki! :)

Rafał Kwaśniak

I ja dziękuję, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Hej! Podoba mi się ten szort! Ma swoją dynamikę i czytałem ciekawy konkluzji. W obu zakończeniach zły uczynek zostaje ukarany (choć chyba nieproporcjonalnie do czynu). W pierwszym przypadku podwójnie, bo nie dość że mistrz dostaje wylewu, to jeszcze uczeń staje się sławny. Drugie zakończenie osadzone bardziej w świecie fantastycznym i może przez to bardziej intrygujące. Jednak chyba bardziej podoba mi się pierwsze. Klik do biblioteki.

 

Lecz nie były to łzy wzruszenia.

Według mnie to dopowiedzenie jest niepotrzebne, bo fragment wcześniej już to mówi: “tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.” 

 

Nagle przypomniał sobie kształt klucza.

Dokładnie. Każdy szczegół.

Za późno.

Nie było już drzwi, które mógłby otworzyć.

Potężna siła szarpnęła w dół, porywając go w paszczę wirujących kłębów.

To akurat nie do końca jest dla mnie jasne. Chodzi o klucz wiolinowy? Jednocześnie taki, który otworzyłby mu drzwi do kariery? Znaczy, jeszcze większej kariery, bo był już mistrzem. Jeżeli tak, to ciekawa gra ze znaczeniem słowa.

Czym są wirujące kłęby? Ostatecznie wpadł do piekła? Wisielec przywiązany za kostkę spadł razem z nim? 

 

Gratuluję debiutu i udarego szorta. Osobiście podobało mi się pierwsze zakończenie.

Cześć kronos.maximus. Dziękuję za cenne uwagi i spieszę, aby przybliżyć, czym się kierowałem.

W obu zakończeniach zły uczynek zostaje ukarany (choć chyba nieproporcjonalnie do czynu).

Odbierałem to tak:

W wersji pierwszej kara miała być półmistyczna, półpsychologiczna. Czyli niebiosa zsyłają wizję, lecz to reakcja maestro na stratę (jego gniew i zacietrzewienie) doprowadza go do wylewu, więc w pewnym sensie zrobił to sobie sam. Być może jest to za słabo zaakcentowane.

W wersji drugiej chciałem przekazać, że odradzony chłopak popełnia samobójstwo, a maestro staje się współwinnym, za co grozi odsiadka w piekle – wisielec ściąga go w dół.

„Lecz nie były to łzy wzruszenia. Według mnie to dopowiedzenie jest niepotrzebne”. Zgadzam się. Chciałem zagrać na tym, że lokaj inaczej odbiera rzeczywistość, nie widzi „piekła za życia”, w którym wylądował jego pan. Myślałem, że to będzie dobre domknięcie. Muszę to jeszcze przemyśleć.

Chodzi o klucz wiolinowy? Jednocześnie taki, który otworzyłby mu drzwi do kariery? – tak, chodziło o dołączenie do grona największych: Mozart itd.

Czym są wirujące kłęby? – tak, chodziło o piekło. Jakoś tak wyobraziłem sobie przeciwieństwo światła. :) I tak, ten wisielec miał być tym odrzuconym chłopakiem. Jak wiadomo, samobójstwo jest wg Kościoła grzechem, który prowadzi tylko w jedno miejsce.

Rafał Kwaśniak

Cześć CZARNA2. Dzięki. Pierwsze zakończenie dopisałem później. Ale też osobiście bardziej mi się podoba.

Rafał Kwaśniak

Hej 

 

fajny szort. Nie mam pewności czy kara spotyka każdego łotra, ale powinna :). Klikam i przesyłam uwagi do przemyślenia :) 

 

„A jego ostatnie dzieło… nie było jego.

 

„Kiedy usłyszał motyw – ten cudowny motyw napisany przez ucznia – ogarnęła go zazdrość i żądza, jakiej dotąd nie znał.

 

„I ukradł.

„Ukradł mu melodię. Ukradł przyszłość.

 

Może bez powtórzeń: Ukradł mu nie tylko melodię ale też przyszłość

 

Dobry Boże, gdyby tylko to.

Ukradł mu przyszłość więc wszystko, a więc te zdanie jest zbędne :)

 

 

„Chrapliwie westchnął.

„Wszedł do łazienki i stanął przed lustrem jak przed niemym sędzią.

 

Wszedł do łazienki i stanął przed lustrem jak przed niemym sędzią. Chrapliwie westchnął.

Ja bym to przeniósł bo teraz nie wiadomo po co te chrapliwe odgłosy ????

 

 

„Przez chwilę bał się, że jakiś demon lub inna personifikacja jego ukrytych lęków, pociągnie za nadgarstek i ostrze rozetnie tchawicę.

 

„Gdy się ogolił, marsylskie mydło i brzytwę o rękojeści ze słoniowej kości odłożył na odpowiednią półkę, w idealnych odstępach od grzebienia i pędzla.

 

Po goleniu odłożył mrsylskie mydło i brzytwę o rękojeści ze słoniowej kości. Ustawił przybory w idealnych odstępach.

Jest krócej, a nadal podkreślasz pedantyzm bohatera – grzebień i pędzel chyba już są zbędne

 

„Nie znosił nieładu.

 

Zbędne już to pokazałeś ????

 

„Gorąca woda rozpuściła napięcie.

 

Nie wiem czy rozpuściła. Może: W gorącej wodzie zeszło całe napięcie?

 

„Ujrzał małe, wesołe serafinki na chmurach wiszących ponad nim.

 

Ujrzał chmury, a na nich wesołe serafinki

 

Jak serafinki – to chyba małe ????

 

„Trąby potężne niczym oddech burzy, dzwoneczki delikatne jak miłosne wyznanie skowronka.

 

Może: Trąby potężne niczym grzmot, dzwoneczki delikatne jak miłosne wyznanie skowronka.

 

Oddech jakoś mi nie pasuje ????

 

„Maestro drgnął. Ocknął się w wannie.

„Nucąc pod nosem, stukał palcami w rant, by nie zgubić rytmu.

 

Może

 

Maestro drgnął. Ocknął się. Nucąc pod nosem, stukał palcami w rant wanny, by nie zgubić rytmu.

 

Wiemy, że ocknął się w wannie ale za to nie wiemy w rant czego stukał ????

 

„Nie miał pojęcia, dlaczego dostąpił tak ogromnej łaski, ale był pewien, że to jego bilet do grona największych – Mozarta, Beethovena, Liszta.

 

„Przez chwilę kusiło go, by go pominąć i zapisać nuty. Ale nie mógł.

 

Przez chwilę chciał go pominąć i zapisać nuty. Ale nie mógł.

 

„Niebiańska melodia zaczęła się deformować. Zacisnął powieki, próbując odtworzyć symbol, lecz ujrzał tylko wijące się, czerwonookie węże.

 

Niebiańska melodia zaczęła się deformować. Zacisnął powieki, próbując odtworzyć symbol, lecz ujrzał tylko fosfeny.

 

Unikasz lekkiej „siękozy”

 

„Następnie popchnął wózek, tak by jego pan mógł patrzeć przez okno.

 

„Powieka maestro zaczęła drżeć, gdy ujrzał nazwisko swojego byłego ucznia.

„Swojej ofiary.

 

Powieka maestro zaczęła drżeć, gdy ujrzał nazwisko byłego ucznia i

 ofiary.

 

 

„Niebiańska muzyka – ta sama, którą rok temu usłyszał w swej wizji – wypełniła pomieszczenie, lecz tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.

 

Niebiańska muzyka – ta sama, którą maeostro usłyszał rok temu – wypełniła pomieszczenie, lecz tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.

 

Wiemy gdzie ją słyszał ????Ale brakowało mi kto ????

 

„– Cudowna melodia, czyż nie? – zagadnął sługa. Uśmiechnął się widząc łzy spływające po twarzy maestro.

Lecz nie były to łzy wzruszenia.

 

Osłabiasz efekt tłumacząc ????

 

„– Co to było, u diaska? – wyszeptał i sięgnął biurkowego blatu, aby się podciągnąć.

Dłoń przemknęła przez drewno, jak przez dym.

 

 

„Na dywanie leżały jego zwłoki. Siedział w nich do połowy. Nogi jeszcze pokrywały się z ciałem, lecz tułów rozszczepiał się na duszę i bezwładną materię.

 

Ostanie zdanie jest przekombinowane. Drugie właściwie wszystko nam mówi… Hmmm

Może coś takiego : Eteryczne nogi jeszcze tkwiły w ciele, lecz tułów rozszczepiał się na duszę i bezwładną materię.

 

Uważaj na „się” bo nadużywasz

 

„Szara, napięta twarz z wytrzeszczonymi oczami jak porzucona na dywanie maska.

 

Tu czegoś brakuje. Może: Spojrzał na twarz – szarą, napiętą z wytrzeszczonymi oczami. Przypominała maskę, porzuconą na dywanie.

 

„Spadł na niego słup porażającego światła, przeszywając każdą myśl, każdy uczynek.

 

Spadł na niego słup porażającego światła, przeszywając każdą myśl i uczynek.

 

Powtórzenia nie są złe ale raczej staraj się unikać ????

 

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hej Bardjaskier.

 

Dziękuję za cenne uwagi, zagłębię się.

 

Jeśli chodzi o powtórzenia, staram się unikać, ale tutaj, gdzie człowiek mieli w głowie swoje przewiny, jakoś mi pasowały – ukazują lekkie natręctwo myśli. :) Pozdrawiam!

Rafał Kwaśniak

Serwus, miło, że zdecydowałeś się wrzucać teksty na NF.

Fajny, ciekawy szort z dwoma zakończeniami – podoba mi się.

Zastanawia mnie jeden, być może mało istotny, drobiazg do przemyślenia: czy sformułowania „Panie” oraz „Sługa” są tu najbardziej trafne? Choć znaczeniowo się bronią, zestawienie „pan–sługa” brzmi dość feudalnie. Może lepiej sprawdziłby się „lokaj” albo „kamerdyner”? A zamiast „Panie” – „proszę pana”? Chyba że taki był zamysł, by wyraźnie podkreślić relację pan–sługa, to wtedy OK

 

„Bywa, że z przyjaciółmi piszemy opowiadania na czas. Postanowiłem kilka z nich wypuścić z szuflady.” – W takim razie czekam(y) na teksty

Pozdrawiam

rr

Jeśli chodzi o powtórzenia, staram się unikać, ale tutaj, gdzie człowiek mieli w głowie swoje przewiny, jakoś mi pasowały – ukazują lekkie natręctwo myśli. :) Pozdrawiam!

Jasne – czaję zamysł, ale czasami zbyt rzucają się w oczy :). Kurde moje emotki portal przerobił na pytajniki :/

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Udane. chociaż pisane na czas, jak twierdzisz w przedmowie. Może stąd tyle usterek. Czy warto? Wolę pierwsze zakończenie. :)

Cześć, Koala75. Tak, pisane w 30 min… ale oczywiście to nie jest pierwsza wersja, tylko mocno już poprawiona. Niemniej scena wymyślona „na spontanie”. Czy warto pisać na czas? Myślę, że TAK. Mnie uczy skupiania na istotnych rzeczach. Poza tym… zawsze to oddech, zanim na powrót wtrącę się do piekła niekończących się poprawek (w powieści). ;)

Rafał Kwaśniak

Cześć Robert Raks. Bardzo dzięki, tak zrobię! :)

Rafał Kwaśniak

Czy warto pisać na czas? Myślę, że TAK. Mnie uczy skupiania na istotnych rzeczach.

Szanowny Autorze, Koala75 zadał bardzo rozsądne pytanie: czy warto pisać na czas. Uważasz, że warto, bo to “uczy Cię skupiania się na istotnych rzeczach”. A co jest istotniejszego, niż poprawność logiczna i językowa? Pamiętaj, że tekst, który publikujesz, jest Twoją wizytówką. Popatrz na nasze komentarze – ile usterek zawarłeś w tak krótkim szorcie. A my tu mamy na Portalu opowiadania nawet na ponad sto tysięcy znaków. :) Ile byłoby ich wówczas? Każdy z nas, Autorów, powinien dbać o jak najlepiej napisane opowiadanie. :) To pokazuje szacunek względem Czytelników, bo to dla Nich piszemy. :) 

A zatem – jeszcze raz: czy warto pisać na czas? Naprawdę? :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

Cześć, Bruce :)

Usterka to ciekawe słowo, bo można je definiować na wiele sposobów. Niektóre uniemożliwiają korzystanie ze sprzętu, ale tutaj – jak widzę – shorta dało się przeczytać.

Oczywiście ZAWSZE może być lepiej, dlatego cenię wszelkie opinie i dokładnie je analizuję. Gwarantuję, że gdybym te „usterki” zauważył, to bym je poprawił.

Obawiam się jednak, że w tym życiu polonisty już ze mnie nie będzie. Staram się za to pisać ciekawe historie, z nadzieją, że poszczególne zdania da się wygładzić ;)

 

 

Rafał Kwaśniak

Oczywiście ZAWSZE może być lepiej, dlatego cenię wszelkie opinie i dokładnie je analizuję. Gwarantuję, że gdybym te „usterki” zauważył, to bym je poprawił.

No ba! Każdy tak ma. :) 

 

Staram się za to pisać ciekawe historie, z nadzieją, że poszczególne zdania da się wygładzić ;)

I tu się zgodzę, że wszyscy postępujemy podobnie. A zatem – nie czas jest najistotniejszy przy pisaniu, lecz – praca nad tekstem i jej efekt. :) 

 

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Hej.

Ciekawe rozwiązanie konstrukcyjne. Podobało mi się. Ja też jestem team pierwsze zakończenie. 

Chętnie dobijam do biblioteki.

Pozdrawiam.

You cannot petition the Lord with prayer!

Witam :]

 

Ciekawy pomysł z pisaniem na czas… może kiedyś spróbuję.

 

Tekst ma ręce i nogi, i dobrze się czyta. Zastosowałeś wiele barwnych wyrażeń, które pobudzają wyobraźnię. Widziałem tu sporo słabszych debiutów i ogółem – podobało mi się.

 

Nie wiem, czy przekonuje mnie to podwójne zakończenie – o ile sam pomysł ma jakiś potencjał, to w sumie w obu dzieje się to samo, maestro zostaje ukarany, tylko ciut inaczej. Różnica między jedną linią czasu a drugą nie jest na tyle duża, by była to ciekawa alternatywa – miałem nieodparte wrażenie, że drugi raz czytam to samo.

 

Pozdrawiam!

 


Gdy usłyszał ten promienisty, niebywały motyw[,] zrodzony ręką jego ucznia, rozkwitło w nim coś mrocznego. 

Niepotrzebny przecinek, a poza tym “zrodzony ręką”, hmm…

 

dokończyła to, na co sam by się nie odważył

Czemu “dokończyła”, skoro on nie zaczął?

 

marsylskie mydło

Raczej “mydło marsylskie”, bo to przydawka klasyfikująca (marsylskie to rodzaj/typ mydła, a nie jego cecha).

 

Zawył przerażony.

Raczej z przecinkiem.

 

– Proszę pana? Czy wszystko w porządku? – niski głos lokaja dźwięczał niepokojem jak rozstrojony kontrabas.

Jeśli “głos dźwięczał” a nie “dźwięczał głos”, to duża litera po myślniku.

 

A gdyby kara przyszła inaczej…

Nie jest to chyba błąd, ale widziałbym tu raczej pytajnik. Albo “…?”.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Bywa, że niemoc twórcza czasami dotyka artystów, ale żeby zaraz kraść czyjeś pomysły…!

Zazdrość to paskudna cecha, czasem niemożliwa do pokonania, ale dość szybko się okazuje, że tak szpetny postępek ma swoje konsekwencje. Nieźle to opisałeś. 

Drugie zakończenie jest może bardziej fantastyczne, ale pierwsze podoba mi się bardziej.

Mam nadzieję, Rafale, że choć to Twoje pierwsze dziełko, to nie ostatnie. :)

 

Wpadł do po­miesz­cze­niaza­klu­czył drzwi. → Raczej: Wpadł do pokoju/ gabinetuzamknął drzwi na klucz. Lub: Wpadł do pokoju/ gabinetuprzekręcił klucz w zamku.

„Pomieszczenie” to bardzo nieprecyzyjne określenie – to może być spiżarnia i schowek na miotły. Natomiast „zakluczyć” to regionalizm i nie brzmi tu najlepiej.

 

W skro­ni sza­leń­czo ło­mo­ta­ło serce. → Serce w skroni???

A może miało być: W skro­ni sza­leń­czo pulsowało tętno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wszystkie cenne uwagi. Przyznam szczerze, że nie miałem pojęcia, iż „marsylskie mydło” i „mydło marsylskie” to jednak nie to samo (i naprawdę nie ma w tym ironii). 

Przy okazji tego shorta sporo się nauczyłem (a przynajmniej mam takie wrażenie i nadzieję ;) ). Tym bardziej dziękuję za uważną lekturę, życzliwość i wyrozumiałość.

Pozdrawiam serdecznie!

Rafał Kwaśniak

Nowa Fantastyka