Maestro van Doniker spojrzał na fortepian i pospiesznie odwrócił wzrok.
Od lat nie skomponował niczego wartego uwagi. A ostatnie dzieło… nie było jego.
Gdy usłyszał ten promienisty, niebywały motyw stworzony przez jego ucznia, rozkwitło w nim coś mrocznego. Głód, który znają tylko bestie.
Więc ukradł.
Ukradł mu melodię. I przyszłość.
Dobry Boże, gdyby tylko to…
Kiedy student złożył skargę do dziekanatu, maestro wszystkiemu zaprzeczył. Chłopaka wyrzucono z akademii. Jedną decyzją złamał jego karierę i – być może – ducha.
Chrapliwie westchnął.
Wszedł do łazienki i stanął przed lustrem jak przed milczącym sędzią. Mógłby przysiąc, że odbicie spogląda z pogardą. Przełknął ślinę. To minie. Zawsze mijało.
Przyłożył brzytwę do gardła. Wtedy zrodziła się w nim dziwna, obca myśl. A gdyby jakaś niewidzialna dłoń pociągnęła nadgarstek, zrobiła to, na co sam by się nie odważył? Część jego duszy naprawdę tego chciała. Dłoń jednak nie drgnęła.
Po goleniu mydło marsylskie i resztę przyrządów odłożył na odpowiednią półkę, w idealnych odstępach.
Wszedł do wanny. Głowę oparł o zwiniętą szmatkę, by nie zamoczyć bokobrodów. Przymknął powieki. Gorąca woda rozpuściła napięcie.
Na granicy jawy i snu pojawiły się obrazy… i dźwięki.
Małe serafiny dryfowały nad nim na chmurach, ich bose stopy kołysały się w powietrzu, gdy na srebrnych lirach wygrywały figlarne nutki, zaczątek czegoś większego.
Nagle niebiańska orkiestra przemówiła całą mocą. Trąby niczym burzowe wichry, dzwoneczki odpowiadały radośnie, jak miłosne wyznanie skowronka.
Maestro drgnął. Ocknął się.
Drżącymi palcami wystukiwał rytm, by jej nie zgubić. Nigdy – przez całe życie – nie słyszał nic równie pięknego. I z przerażającą pewnością wiedział, że nigdy już nie usłyszy.
To była łaska.
Bilet do grona nieśmiertelnych: Mozarta, Beethovena, Liszta.
Wyskoczył z wanny i, odziany jedynie w pianę, rzucił się biegiem. Bose stopy klapały na kaflach. Służba odwracała wzrok.
Wpadł do pracowni i zamknął drzwi na klucz. Chwycił partyturę i gęsie pióro. Zamarł.
Pociągnął kilka zawijasów w powietrzu.
I odkrył, że nie pamięta, jak rysuje się klucz wiolinowy.
– Jak… – warknął, bijąc dłonią w czoło. – Jak mogłem zapomnieć?
Przez chwilę chciał go pominąć i zapisać nuty. Ale nie mógł przełamać porządku.
Niebiańska melodia zaczęła się deformować. Zacisnął powieki, próbując odtworzyć symbol, lecz zobaczył syczące węże.
Zawył przerażony.
Ktoś zapukał do gabinetu.
– Proszę pana? Czy wszystko w porządku? – Niski głos lokaja dźwięczał niepokojem jak rozstrojony kontrabas.
– Daj mi spokój, do diabła!
Maestro na moment utracił skupienie. Melodia wymknęła się z pamięci, a gdy znów ją pochwycił, była już czymś innym.
– Jak to brzmiało?! – zawył, drapiąc twarz.
Wracały tylko strzępy. Karykaturalne. Wynaturzone jak upadły anioł – boskość pozbawiona skrzydeł.
– Nie… nie odbieraj mi tego…
Serce zacisnęła gorycz.
Wściekłym machnięciem strącił kartki z biurka. Uleciały jak spłoszone gołębie.
Spadła też batuta, którą dostał od… od… jak on miał na imię?
Schylił się po nią. W skroniach szaleńczo łomotała krew.
Spocony, dysząc ciężko, opadł na fotel. Próbował rozpiąć kołnierz koszuli, lecz palce nie odnalazły guzików. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie ma na sobie ubrania.
Sługa coś krzyczał na korytarzu, ale słowa traciły krawędzie, jakby maestro zgubił gdzieś połowę alfabetu.
Padł na dywan z głuchym łoskotem.
Rok później lokaj podszedł do maestro i chusteczką zebrał ślinę ściekającą z opadłego kącika ust. Następnie popchnął wózek, tak by pracodawca mógł wyglądać przez okno.
Wiatr chłostał deszczem nagie gałęzie.
Maestro czuł się, jakby utonął w morzu szarości. Zgrzytnął zębami. Jesienią zazwyczaj odwiedzał Katalonię. Wylew odebrał mu nawet to.
– Paskudna pogoda – podsumował sługa.
Nagle radośnie wystrzelił palcem ku sufitowi.
– Byłbym zapomniał. Mam coś, co z pewnością poprawi panu humor.
Sięgnął po karton i pokazał maestro okładkę.
– Młody kompozytor. Cudowne dziecko, tak mówią o nim w Wiedniu.
Powieka maestro zadrżała, gdy ujrzał nazwisko swojego byłego studenta.
Sługa ułożył płytę na patefonie i nakręcił mechanizm.
Niebiańska muzyka – ta sama, którą maestro usłyszał rok temu – wypełniła pomieszczenie, lecz tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.
– Cudowna melodia, czyż nie? – powiedział sługa z uśmiechem.
Pomylił się, biorąc je za łzy wzruszenia.
A gdyby kara przyszła inaczej?
(…)
Spocony, dysząc ciężko, opadł na fotel. Próbował rozpiąć kołnierz koszuli, lecz palce nie odnalazły guzików. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie ma na sobie ubrania.
Sługa coś krzyczał na korytarzu, ale słowa traciły krawędzie, jakby maestro zgubił gdzieś połowę alfabetu.
Poczuł, że się osuwa z siedziska.
Próbował chwycić oparcie, ale dłoń posłuchała z opóźnieniem, jak cudza.
Padł na dywan z głuchym łoskotem.
Poderwał się i usiadł.
– Co to było, u diaska? – wyszeptał i sięgnął blatu, aby się podciągnąć.
Dłoń przemknęła przez drewno, jak przez dym.
Spojrzał na nią. Półprzejrzysta.
Powoli opuścił wzrok.
Na dywanie leżały zwłoki. Siedział w nich do połowy. Eteryczne nogi jeszcze pokrywały się z ciałem, lecz tułów rozszczepiał się na duszę i bezwładną materię.
Spojrzał na twarz. Szara, napięta, z wytrzeszczonymi oczami, jak porzucona na dywanie maska.
Odsunął się gwałtownie od trupa.
Wtedy zrozumiał, że zerwał ostatnią nić.
Spadł na niego słup porażającego światła, przeszywając każdą myśl i uczynek. Znów usłyszał niebiański śpiew. Pragnął w nim zniknąć.
Jak dziecko wyciągnął ręce ku górze.
I wtedy poczuł szarpnięcie przy kostce.
Lina uwiązana do stopy. A na jej końcu dyndał wisielec.
Nie musiał widzieć twarzy. Wiedział, kim jest. Czuł, jak ciągnie go w dół.
– Nie… nie… nie… – wybełkotał.
Nagle przypomniał sobie kształt klucza.
Dokładnie. Każdy szczegół.
Za późno.
Nie było już drzwi, które mógłby otworzyć.
Potężna siła szarpnęła w dół, porywając go w paszczę wirujących kłębów.