- Opowiadanie: mocak - Po drugiej stronie Teraz

Po drugiej stronie Teraz

Niektóre historie nie zaczynają się od wydarzenia, lecz od pęknięcia — subtelnego przesunięcia w tym, co uznajemy za stałe. „Po drugiej stronie Teraz” opowiada właśnie o takim momencie: chwili, w której rzeczywistość przestaje być tłem, a staje się pytaniem.

To opowieść o wyborach, które istnieją równolegle do nas, o wersjach życia, które mogły się wydarzyć — i o cenie spojrzenia w miejsce, gdzie czas nie płynie liniowo. Granica między tym, co realne, a tym, co możliwe, okazuje się cieńsza, niż chcielibyśmy wierzyć.

Wejście w tę historię jest jak krok w nieznaną strefę: świat pozostaje znajomy, lecz coś w nim nie układa się tak, jak powinno. A kiedy już to zauważysz — nie sposób przestać patrzeć.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Po drugiej stronie Teraz

Po drugiej stronie Teraz

I – Strefa obserwatora

Jesień nie przyszła nagle. Ona się zagęściła. Powietrze zrobiło się ciężkie, jakby świat zapomniał, że powinien oddychać. Czas nie płynął – zalegał. Wisiał wokół mnie jak wilgotna tkanina. Gdy nabierałem powietrza, czułem smak metalu i starego dymu – pozostałość po czymś, czego nikt już nie pamiętał, ale co wciąż wisiało nad ziemią. Od kiedy pamiętam, żyję w takim zawieszeniu. Wspomnienia nie układają się w linię. Zlepiają się w jedną, ciemną bryłę. Kiedyś nazywałem to zmęczeniem. Teraz wiem, że to skutek kontaktu z lustrem.

Oficjalnie: FIBAT – punkt anomalii percepcyjnej.

Nieoficjalnie: miejsce, w którym rzeczywistość traci cierpliwość.

Wieś budziła się powoli, jak organizm pracujący na rezerwie. Domy stały krzywo, niektóre podparte prowizorycznymi konstrukcjami z metalu i plastiku. Na dachach tkwiły stare panele – część martwa, część mrugająca słabym światłem. Anteny sterczały w niebo jak połamane kości.

Droga przed domem była rozjechana i łatana tyle razy, że przypominała zszytą skórę. W koleinach zalegała brunatna woda z tęczową smugą na powierzchni. Kiedy wiatr ją poruszał, mieniła się jak olej.

Byłem operatorem strefy. Brzmiało to dumnie. W praktyce oznaczało wchodzenie tam, gdzie rozsądek przestawał mieć zastosowanie – a technologia przestawała udawać, że jeszcze nad czymkolwiek panuje. Poranek zaczął się jak każdy inny.

Mróz pokrył samochód cienką, szklistą warstwą. Lakier był popękany od mikroprzepięć – sieć energetyczna od miesięcy działała niestabilnie. Pod butami trzeszczała trawa, wysuszona i przebarwiona na nienaturalny szary odcień.

Światła pojazdu zapaliły się z opóźnieniem. Panel sterowania zawahał się, zamigotał błędem, po czym ruszył – jak ktoś zmuszony do pracy wbrew sobie. System rozpoznawał mnie szybciej, niż ja rozpoznawałem siebie, ale nawet on miał dni, kiedy się mylił.

W kuchni stała ona. Włosy w nieładzie, oczy jeszcze półprzytomne. Radio szumiało – sygnał rwał się, mieszając głosy z cyfrowym trzaskiem. Czasem w tych zakłóceniach pojawiały się słowa, których nikt nie nadawał.

– Zjedz coś – powiedziała.

Podała mi talerz. Jajka miały metaliczny posmak. Chleb był suchy, jakby wypiekany z mąki, która pamiętała inne czasy. Jadłem mechanicznie. W głowie pulsowała tylko jedna myśl: dziś znowu wejście do strefy.

Nie powiedziałem jej tego. Od dawna nie mówiłem niczego, co dotyczyło lustra. W tej wsi ludzie nauczyli się nie zadawać pytań. Kiedyś pytali – teraz tylko słuchali nocy.

Droga do lasu była nienaturalnie cicha. Silnik pracował nierówno, jakby paliwo miało wątpliwości co do swojego przeznaczenia. Mijałem opuszczone gospodarstwa – okna zabite płytami, drzwi oznaczone wyblakłymi symbolami ewakuacyjnymi. Na jednym podwórku stał stary dron rolniczy, zapadnięty w ziemię po osi – jak owad, który nie zdążył odlecieć.

Słupy energetyczne pochylały się nad drogą. Przewody brzęczały niskim tonem, który czuło się w zębach. Czasem przeskakiwała iskra – krótki błysk w szarej mgle.

Na skraju lasu ziemia zmieniała kolor. Trawa była przyprószona białym nalotem, jak popiołem. Drzewa rosły nierówno – część karłowata, część nienaturalnie wysoka, z korą spękaną jak stara farba. W pniach tkwiły sensory – relikty systemów monitorujących, które dawno przestały wysyłać dane. Czasem któryś z nich budził się na sekundę i emitował martwy impuls.

Elektroniczna palisada otworzyła się z opóźnieniem. Panel zapiszczał, jakby protestował. Żółta strefa – jeszcze stabilna. Dalej zaczynało się terytorium, w którym materia nie uznawała już protokołów.

Wysiadłem.

Las pachniał mokrą ziemią, gniciem i ozonem. Błoto wciągało buty ciężko, jakby nie chciało oddawać tego, co dostało. Nie było ptaków. Nie było owadów. Tylko odległe trzaski – być może drewno pracujące… a może coś innego.

Nadajnik na nadgarstku rozbłysnął słabo.

– Operator w strefie – zameldowałem.

Odpowiedział mi szum, przerywany cyfrowym trzaskiem.

Z każdym krokiem powietrze gęstniało. Czułem, że przestrzeń nie układa się poprawnie – jak plik otwierany w złym programie. Polana pojawiła się nagle.

Ziemia była naga, czarna i wilgotna. Rozrzucone wokół fragmenty starej aparatury wrosły w grunt. Kable wystawały jak korzenie czegoś martwego. Mgła zatrzymywała się na krawędzi polany – nie chciała wejść. Lustro stało pośrodku. Pionowa rana w powietrzu.

Nie odbijało światła. Pochłaniało je. Jego powierzchnia była zbyt czysta jak na świat, który dawno przestał być sterylny. Patrzenie w nie było jak patrzenie w decyzję, której jeszcze nie podjąłeś – ale która już została zapisana. Pierwszy kontakt był subtelny. Obraz wyłonił się powoli.

Ja – starszy. Przy stole. Twarz spokojna, cięższa od doświadczeń. Po drugiej stronie śmiał się chłopiec. Dźwięk był stłumiony, jakby docierał z innego powietrza.

Na moment poczułem ciepło. Zapach jedzenia. Normalność – coś, co świat chyba już zapomniał, jak utrzymać. Obraz zgasł. Polana znów była martwa. Serce uderzyło mi o żebra. – Stabilnie – skłamałem.

Lustro zadrżało. Nie fizycznie. Raczej strukturalnie. Jakby coś poprawiało ustawienia rzeczywistości. Moje odbicie nie poruszyło się razem ze mną. Stało nieruchomo. Obserwowało. I wtedy zrozumiałem: to nie ja patrzę w lustro. T

o lustro sprawdza mnie – jak system, który chce się upewnić, że jeszcze należę do tego świata.

A ja nie byłem już pewien, czy odpowiedź powinna brzmieć „tak”.

 

II – Syn z drugiej wersji

Wróciłem następnego dnia. I kolejnego. Oficjalnie były to rutynowe pomiary stabilności strefy, ale w rzeczywistości szukałem tego samego obrazu – tej samej obecności. Lustro przestało być elementem pracy. Stało się punktem odniesienia. Wszystko poza nim wydawało się chwilowe, jakby świat istniał tylko do momentu następnego wejścia.

Każdy poranek wyglądał podobnie, a jednak coś się zmieniało. Droga do lasu pękała w nowych miejscach. W szczelinach zbierała się brunatna woda, która nie zamarzała mimo mrozu. Na polach pojawiały się ciemne plamy, gdzie ziemia była miękka i zapadała się pod ciężarem kroków, jakby coś pod powierzchnią powoli ją rozluźniało. Ptaki omijały ten teren szerokim łukiem. Nawet wiatr zdawał się tu zatrzymywać.

Samochód coraz częściej gubił sygnał nawigacyjny. Panel sterowania zawieszał się na krótkie momenty – wystarczająco długo, by poczuć niepokój. Czasem w lusterku wstecznym widziałem fragment drogi, której już nie było. Gdy mrugałem, obraz wracał do normy, ale uczucie przesunięcia pozostawało.

Las przyjmował mnie inaczej niż wcześniej. Powietrze było ciężkie i wilgotne. Kora drzew łuszczyła się szerokimi płatami, odsłaniając drewno w nienaturalnych odcieniach – sinych, niemal czarnych. W ziemi tkwiły fragmenty starej aparatury, jakby próbowały wrosnąć w glebę. Technologia nie była tu martwa – raczej zapomniana, pozostawiona samej sobie.

Nadajnik na nadgarstku działał niestabilnie. Światło pulsowało nierówno, jak zmęczone serce. Kiedy meldowałem wejście do strefy, odpowiadał mi trzask, po którym następowała cisza zbyt pełna, by uznać ją za naturalną.

Polana wydawała się większa niż wcześniej. Nie chodziło o fizyczną przestrzeń, lecz o wrażenie odsunięcia granic. Las cofnął się, pozostawiając nagą, czarną ziemię nasiąkniętą wilgocią. Każdy krok zostawiał ślad, który powoli wypełniał się ciemną cieczą.

Lustro czekało pośrodku – nie jak obiekt, lecz jak brak czegoś, co powinno tam być. Jego obecność była bardziej odczuwalna niż widoczna.

Zareagowało natychmiast.

Chłopiec pojawił się bez przejścia. Nie wyłonił się ani nie uformował – po prostu był. Stał po drugiej stronie z naturalnością kogoś, kto nigdy stamtąd nie odchodził. Nie wyglądał jak wizja. Miał ciężar obecności. Jego sylwetka subtelnie zakrzywiała przestrzeń, jak ciało zanurzone w wodzie.

Powiedział, że wiedział, iż wrócę. Jego głos był spokojny i dojrzały w sposób niepasujący do wieku. Nie było w nim oczekiwania ani radości – raczej pewność wynikająca z długiego czekania. Zapytałem, kim jest, choć odpowiedź już formowała się we mnie jak zimno. Powiedział, że jest moją decyzją. Słowa nie zabrzmiały jak metafora. Osiadły ciężko, jak fakt, który zawsze tam był.

Powierzchnia lustra rozświetliła się od środka, a obrazy napłynęły falą. Widziałem siebie w różnych wersjach życia. Byłem kimś, kto nie odszedł – w domu z ciepłym światłem, zmęczony zwyczajnym dniem. Byłem kimś, kto został w strefie za długo – z twarzą pustą i oczami przyzwyczajonymi do rzeczy, których nie powinny widzieć. Widziałem też siebie żyjącego bez lustra, choć zawsze szukającego odbić. W jednym z tych światów chłopiec siedział obok mnie, jego dłoń była ciepła i realna. W innym przechodził obok, nie poznając mnie. W jeszcze innym pozostawała tylko cisza – przestrzeń po kimś, kto nigdy się nie narodził. Każda wizja była pełna detali: zapachów, temperatury powietrza, ciężaru chwili. Nie były to obrazy – raczej doświadczenia zapisane w ciele. Powiedział, że istnieje tam, gdzie go nie porzuciłem. W jego głosie nie było oskarżenia. Była tylko konstytucja faktu.

Nadajnik zapiszczał gwałtownie. Alarm urwał się w połowie tonu, jakby ktoś przeciął dźwięk. Z trzaskiem przebił się głos centrali, domagający się odpowiedzi. Brzmiał odlegle, jak transmisja nadawana przez wodę.

Nie potrafiłem odpowiedzieć. Język wydawał się ciężki, jakby należał do kogoś innego.

Lustro zaczęło pulsować. Każdy błysk rozwarstwiał rzeczywistość. Widziałem siebie stojącego w wielu pozycjach jednocześnie – cofającego się, krzyczącego, przechodzącego. Wszystkie wersje istniały równocześnie, nakładając się na siebie.

Powietrze drżało. Drzewa wokół polany miały podwójne kontury, przesuwające się względem siebie jak źle zsynchronizowane obrazy. Kora odchodziła płatami bez dotyku, a z ziemi wydobywała się niska wibracja, odczuwalna bardziej w kościach niż w uszach. Gałęzie poruszały się mimo braku wiatru, jakby reagowały na coś pod powierzchnią świata.

III – Konsekwencje

Stopa dotknęła powierzchni lustra i świat natychmiast stawił opór. Nie było wrażenia przechodzenia przez ciecz ani mgłę. To przypominało wciskanie ciała w przestrzeń, która nie chciała zrobić miejsca. Kości zaprotestowały pierwsze – ostry, mechaniczny ból przeszył nogę, jakby ktoś próbował ustawić mnie pod niewłaściwym kątem.

Oddychanie przestało być odruchem. Powietrze po drugiej stronie było jednocześnie ciężkie i suche. Wciągnąłem je w płuca i od razu poczułem, że coś się nie zgadza. Każdy oddech przychodził z opóźnieniem, jak dźwięk zsynchronizowany z obrazem o ułamek sekundy za późno.

Gdy druga noga przekroczyła granicę, moje ciało rozciągnęło się w odczuciu – nie fizycznie, lecz jakby zostało zapisane w kilku wersjach jednocześnie. Każda próbowała zająć to samo miejsce. Usłyszałem trzask w barku. Staw nie złamał się, ale przesunął o milimetr w kierunku, który nie powinien istnieć. Ból był głęboki, tępy i obcy, jak sygnał z ciała, które przestało być w pełni moje.

Świat zadrżał. Las po drugiej stronie wyglądał znajomo, lecz był subtelnie przesunięty. Drzewa rosły pod niewłaściwymi kątami, ich kontury nachodziły na siebie jak źle złożone warstwy obrazu. Ziemia zdawała się oddychać – powierzchnia unosiła się i opadała w wolnym, ciężkim rytmie.

Upadłem na kolano. Podłoże było zimne i lepkie, ale w dotyku przypominało jednocześnie błoto i suchy piasek. Mój mózg nie potrafił zdecydować, która wersja wrażeń jest prawdziwa. Skóra na przedramieniu zapiekła. Spojrzałem i przez ułamek sekundy zobaczyłem pod nią coś więcej – mięśnie, pulsujące naczynia i cień drugiej ręki nakładający się na pierwszą. Obraz zamigotał i wrócił do normy, ale wrażenie rozwarstwienia pozostało.

Serce biło nierówno. Każde uderzenie docierało z inną siłą, jakby należało do kilku klatek piersiowych naraz. Przy każdym pulsie świat przesuwał się o włos, a linia horyzontu falowała. Spróbowałem wstać. Mięśnie odpowiedziały z opóźnieniem – noga wykonała ruch, zanim poczułem, że ją podnoszę. Koordynacja stała się sugestią, nie pewnikiem.

Chłopiec stał kilka metrów dalej. Jego sylwetka była jedynym stabilnym punktem w krajobrazie. Nie drżał ani nie rozdwajał się. Patrzył spokojnie, jakby widział to już wcześniej.

Powiedział, że to minie. Nie zabrzmiało to jak pocieszenie. Raczej jak stwierdzenie faktu, który nie zakłada powrotu do poprzedniego stanu.

Powietrze zgęstniało. Usłyszałem własny oddech – i drugi, idealnie z nim zsynchronizowany. Przez moment miałem wrażenie, że ktoś oddycha razem ze mną, w tej samej klatce piersiowej. Żołądek ścisnął się gwałtownie, a wizja przyszła jak skurcz.

Stałem w kuchni. Innej, lecz znajomej. Byłem starszy, oparty o stół. Bark był zdrowy. Z drugiego pokoju dochodził śmiech chłopca i ciepło zwykłego dnia. Obraz rozpadł się równie nagle, jak się pojawił.

Znów byłem w lesie. Kolano piekło – skóra była rozdarta, choć nie pamiętałem upadku. Krew miała zbyt ciemny odcień i wsiąkała w ziemię nienaturalnie szybko, jakby gleba ją rozpoznawała.

Nadajnik na nadgarstku zapalił się gwałtownie. Światło pulsowało w kilku rytmach jednocześnie, każdy jak osobne serce. Urządzenie wydało niski, organiczny ton, którego nie powinno potrafić. Obudowa była gorąca. Gdy jej dotknąłem, impuls przeszedł przez rękę aż do kręgosłupa. Przez chwilę zobaczyłem siebie stojącego obok – lekko przesuniętego. Ta druga wersja spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem i zniknęła.

Ziemia znów się poruszyła, nie jak podczas trzęsienia, lecz jak korekta ustawień. Świat próbował mnie dopasować. Każdy atom zdawał się negocjować moje miejsce w przestrzeni.

Oddychałem powoli. Wdech przynosił ból, wydech krótką stabilizację. Ciało zaczęło się synchronizować – nigdy całkowicie, ale wystarczająco, bym mógł stanąć. Bark pulsował, skóra piekła, serce waliło ciężej niż powinno. Czułem, że jestem gęstszy, jakby każda możliwa wersja mnie zostawiła w środku ślad.

Moje dłonie drżały nie ze strachu, lecz z nadmiaru istnienia.

Las wokół uspokoił się tylko częściowo. Kontury wracały na swoje miejsca, ale wciąż widziałem ich echo. Świat nie był już jednolity – raczej tolerował mnie jako błąd, którego nie potrafił naprawić.

Chłopiec podszedł bliżej. Jego kroki nie wydawały dźwięku.

Powiedział, że teraz jestem tutaj, po drugiej stronie Teraz.

Nie zapytałem, co to znaczy. Czułem to w stawach, które pamiętały inne ruchy, w płucach oddychających powietrzem wielu światów, w sercu bijącym z nieuzasadnioną siłą.

Spojrzałem w stronę lustra. Z tej strony wyglądało zwyczajnie – gładka, cicha powierzchnia. Dotknąłem barku. Ból był realny, najrealniejszy ze wszystkiego.

I wtedy zrozumiałem, że wybór nie zmienił świata. Zmienił mnie tak, że musiałem nauczyć się żyć w kilku jego wersjach jednocześnie.

A to był dopiero początek.

Koniec

Komentarze

Mocak, czym to opowiadanie różni się od zamieszczonego dwa dni temu, poza tym że jest o dwadzieścia jeden znaków krótsze?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szanowna Autorko, ja także jestem zdumiona, niedawno zamieściłaś opowiadanie pod tym samym tytułem, skomentowaliśmy je, poprawiliśmy, nie odpowiedziałaś na nasze opinie, a ja nadal nie wiem, zatem powtarzam moje tam zamieszczone pytanie:

A co znaczy ten zapis(?):

Po drugiej stronie Teraz

Wojciech Kuśnierczak”.

Czyja zatem jest to praca? Kto jest autorem?

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

cheeky

kobieta | rej. 01.01.70 | akt. 17.02.26, g. 18:26

devil

Po drugiej stronie Teraz

Wojciech Kuśnierczak

devil

 

Ja rozumiem, kobiety pióra traktuje się z większa atencją niż panów…

 

 

mocak, ten nick prowadzi prosto do Krakowa…heh.

Nawet by mi się spodobało to morze abstrakcji, ale po takich woltach…

indecision

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

Nowa Fantastyka