Intro
Śmierć nas przeraża. Modlimy się do naszych bogów, ryglujemy drzwi, stawiamy mury, przepłacamy medyków, uzdrowicieli i szeptunki. Palimy świece i kadzidełka, czynimy znaki, wymawiamy zaklęcia. Wszystko, aby jej nie prowokować… Ukryć się w tłumie. Złudna nadzieja, to tak nie działa. Jednak czasami…
Kostucha, wiadomo kto zacz, ale dlaczego fandango? Słowo to po hiszpańsku znaczy błahostka. Tak nazywa się popularny na Półwyspie Iberyjskim taniec ludowy, w którym partnerzy krążą wokół siebie bez kontaktu fizycznego. To taniec znaczeń, niepewności, wyczucia i emocji. Wiadomo, dotyk Kostuchy zabija…

Fatum
Czasy to były dziwne, po nadal zniewolonym kraju przemieszczały się swobodnie
kolorowe, roztańczone cygańskie tabory, w których bywały prawdziwe znawczynie
ludzkiej duszy i losu…
Taki właśnie tabor zawitał późną wiosną do uroczej, spokojnej i niebiednej wsi,
oferując wszystko to, co zwykle mieli na zbyciu. Głównie garnki, patelnie wyroby
z drewna, połykanie ognia i inne cuda na kiju.
Seniorka rodu – siwiuteńka, ciemnooka Cyganka – uparła się, że powróży
pewnemu ślicznemu, trzyletniemu chłopczykowi. Bez kart tarota, szklanej kuli
czy podstawowego zaklęcia:
– Połóż tu, paniusiu, banknocik, to każda wróżba się spełni…
To były setki (a może i tysiące) lat wiedzy praktycznej z fizjonomiki, chirologii,
irydologii, etc. Oczywiście w wersji cygańskiej. A może i coś, co niewiele osób potrafi
dostrzec, czyli analiza aury.
Wróżbą – jak to wróżbą – nikt się specjalnie nie przejął mimo tego, że brzmiała
groźnie: życie będzie ciekawe, ale pełne śmiertelnych zagrożeń i niebezpieczeństwa.
Wiadomo, na dwoje babka wróżyła. Nie wdając się w szczegóły – zawsze
„pod górkę”. Żadnych spadków (trzy ciotki w Ameryce!), wygranych w lotto
czy innych kokosów – tylko praca, praca, praca… W zamian otrzyma bardzo
długie życie (dyskretnie pomijając kondycję fizyczną).
Wróżba była taka sobie, a może nawet trochę gorsza, więc zapłata w postaci
chudej kury (drugą, tłustszą, uprowadziły cichcem wszędobylskie cyganiątka)
też nie była rewelacyjna…

Arabesque
Wkrótce po odjeździe taboru, w środku lata, brat łata (dalej dla uproszczenia
będzie BŁ) podkuszony zapewne przez jakiegoś wędrownego diabełka, postanowił
wybrać się na spacerek i popatrzeć z naprawdę bliska na swoją fascynację.
Cichcem z domu do ogrodu, pół kilometra łąki i był na stalowej drodze dla
ukochanego, czarnego smoka… Ogromny, gorący, buchający kłębami pary,
pełen huku i dymu, pędu i kapiącej oliwy – cudeńko po prostu… Czekał dość długo.
Nóżki zmęczone wędrówką przysiadł więc sobie na szynie. Czekał cierpliwie.
Nareszcie… Czarny potwór coraz bliżej… coraz głośniejszy stukot… maszynista
nie widzi… dwieście metrów… sto… Rozedrgane serce matki było na szczęście
szybsze. Lanie, płacz, obietnice – wiadomo, do następnej okazji.
Kostucha jest jak otchłań u Miłosza:
…nie je, nie pije i nie daje mleka
co robi otchłań? Otchłań czeka…
Czekała na pewno, zaczynając swój taniec.

Croisé
Czas płynął wolno, lecz nieubłaganie – topiąc w aktualnych zawirowaniach
wszelkie skojarzenia i nawiązania do cygańskiej przepowiedni. Incydent na torach
wydawał się wszystkim przypadkowy i nikt już o nim nie pamiętał…
Parki przędą nici losu nieustannie, więc wkrótce i BŁ musiał porzucić
sielskie-anielskie okolice na rzecz wielkiego miasta. Było równie duże, co i mocno
zrujnowane – słynny wówczas „Dziki Zachód”.
Wjeżdżali do miasta wczesną nocą. Ciemność, z którą nieskutecznie walczyły
nieliczne jeszcze latarnie, światła portu odbijające się w rzece i kanałach, dźwięk
syren statków manewrujących na akwenie – to było lepsze niż „czarne smoki”…
Pogodno – okolica w której zamieszkali – to była przed wojną w większości willowa
dzielnica dla niemieckiej klasy średniej. Cicha, spokojna, pełna zieleni i daleko
od portu. W pobliżu funkcjonowała już cukiernia z lodami a także jeździł tramwaj
w kierunku stoczni, portu i nadrzecznych bulwarów. Kiedy więc BŁ dostał
w niedzielę po obiadku na dużego loda, ten sam być może wędrowny diabełek
co poprzednio, zarekomendował mu małego, a reszta będzie akurat na bilet
w stronę tych nadwodnych cudeniek… Jak pomyślał– tak zrobił.
Prawie siedem kilometrów (plus dużo dreptania na miejscu), dla prawie
siedmiolatka to nie jest wyprawa życia, ale pod warunkiem, że jedzie tramwajem.
Niestety, na powrót nie było już pieniążków, a w każdym wagonie tramwaju siedział
bezwzględny cerber-konduktor… Więc cóż, na piechotkę. Przez nieznane miasto.
Metodą, jaką dużo później zastosował (z niewielką modyfikacją) B.Łazuka
w „Nie lubię poniedziałku” – wzdłuż biegu torów tramwajowych. Kiedy dotarł na
miejsce była godzina dwudziesta trzecia. Była też milicja, lament, lanie,
obiecanki… Wiadomo.
Gdzie tu miejsce na Kostuchę? Nie wiadomo, ale…
Całkiem niedaleko grasowałw owym czasie pewien Niemiec, kanibal,
który mordował ludzi, mielił i dodawał do bigosu serwowanego na jednym
z rynków. Po złapaniu został szybciutko i bez rozgłosu – w ciągu tygodnia – osądzony
i powieszony. Wszystko to, aby uniknąć możliwych napięć społecznych.
Całkiem więc prawdopodobne, że gdzieś tam się szwendała bliziutko… Heh.

Assemblé
Przestało boleć siedzenie, bowiem nastał czas czereśni i innych smakołyków
na działce. Akurat te die Schrebergärten były pięknie utrzymane i wyposażone.
Równiutkie, żwirowane alejki, piękne altanki, plac zabaw dla dzieci…
Naprawdę urocze miejsce.
Ale ileż można zjeść czereśni, albo jak długo kręcić się na karuzeli? Więc
amerykańska półciężarówka z demobilu, która pojawiła się na placu zabaw
z piaskiem, była jak dar niebios. Samochody były wciąż rzadkim zjawiskiem.
Po rozładowaniu kierowca ruszył w kurs powrotny. Długa i prosta aleja, przed
południem bezludne prawie działki, więc gaz do dechy…
Nie wiedział, że na tylnym zderzaku wisi trzech amatorów
darmowej przejażdżki. Kiedy już było za szybko i za daleko, dwaj starsi
chłopcy zdążyli bezpiecznie się puścić – BŁ bał się… Trzymał się kurczowo,
dopóki rączki nie omdlały z wysiłku – wtedy odpadł i pojechał twarzą i resztą
ciała po ostrym żwirze, zatrzymując się głową na betonowym słupie latarni.
Na szczęście dotykał słupa tylko włosami.
Ponad półtorej godziny na pogotowiu wyciągali kawałeczki żwiru i
dezynfekowali zdartą skórę. Lania nie było, bo i tak ból był niesamowity.
Nie mówiąc o stresie.
Dłuższy czas nie był już tak ślicznym chłopcem jak poprzednio…
Tu była na pewno. Siedziała sobie na słupie, planując kolejne pas de deux.

Jeté
Nastały czasy spokoju i gnuśności. Przynajmniej tak to wyglądało. Ale nic nie
trwa wiecznie. Po zakończeniu edukacji trzeba dostać wycisk na tzw. stażu. A jak się
ma pecha…
Stocznia. Jesienny deszcz uporczywie zrasza tysiące ton stali na pochylni.
Moczy też kombinezony, buty i rękawice pracowników. Spawanie to jedna
z podstawowych czynności, nawet w takich warunkach. Prąd uwielbia wtedy
robić psikusy a także gorsze rzeczy.
Zwykłe „buczki” monterskie „kopią” niemiłosiernie przy zmianie elektrody, ale da
się to zwykle obejść. Natomiast profesjonalne spawarki wirowe, nastawione
w dodatku na maksa, to już gorsza sprawa… Zazwyczaj było to 400A, lub nieco
mniej, bo blachy kadłuba są grube.
To był typowy schemat, jak na szkoleniach BHP – spawacz powiesił uchwyt na
rurce rusztowania, na wysokości głowy, i poszedł sobie…
Natomiast BŁ w tym samym miejscu montował od rana duże i ciężkie,
stalowe elementy. Ciągnąc tyłem (inaczej się nie dało) jeden z nich, dotknął uchem
niefortunnego uchwytu… Ucho też było mokre od uparcie siąpiącego deszczu –
po prostu radocha dla kłębiącej się w kablu spawalniczym energii…
Natychmiastowy szok! Paraliż wszystkich mięśni. Tylko mózg – będący poza
główną kipielą energetyczną – pracował w trybie awaryjnym… Na nic jednak
najbardziej nawet kategoryczne polecenia dla mięśni
kończyn, jeśli te nie potrafią ich wykonać… Rozpaczliwy krzyk:
– Ratunku!…
Niewykonalny . Struny głosowe ani drgną, sparaliżowane i pozbawione
powietrza… A całkiem niedaleko pracują i przechodzą inni ludzie, nie zwracając
zupełnie uwagi na – zdawało by się – stojącego sobie swobodnie w chwili przerwy,
kolegę.
I wtedy pojawia się dominująca konstatacja – to już koniec… Nieuchronna
śmierć.
Nie wiadomo skąd pojawia się mglista chmura obezwładniającego spokoju,
przed oczami natomiast przewijał się kolorowy film… Brat łata porównał to do
sądu ostatecznego. Coś, co było jednocześnie perfekcyjnie dokładnym
zapisem życia i jednoczesnego autoosądu poszczególnych zdarzeń.
Pozytywne – przemijały bez reakcji, natomiast negatywne wywoływały wyraźnie
odczuwalny (!) rumieniec na twarzy… Takie „zwarcie” we freudowskim superego?…
Nie wiadomo. W każdym razie jest to dość często wymieniane we wspomnieniach
„z pogranicza” zjawisko.
Nie dokończył oceny do chwili bieżącej – spawacz w międzyczasie wyłączył
agregat, film zniknął a BŁ bardziej padł niż usiadł na stertę stalowych profili
i dwie godziny dochodził do siebie. A później oczywiście do roboty…
Dopiero po tym zdarzeniu zaczęły się dociekania, co tam właściwie – ćwierć
wieku temu – Cyganka miała na myśli, snując swoje przewidywania. I dlaczego.
Dwa metry ksiąg przeróżnych na półkach i czas tracony na bezpośrednie relacje
przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. W dodatku wymaga to żmudnego
i niepewnego odsiewania czegoś, co jest prawdopodobne od ewidentnego oszustwa.
Jednak po tym zdarzeniu nic już nie jest takie samo jak było. Naprawdę solidne
i widoczne przewartościowanie poglądów. Znajomi do dziś zaskoczeni są
ewolucjami, jakie wykonuje na spacerze, omijając wszelkie napotkane żuczki
i mróweczki.
Kostucha, jak to ona, siedziała sobie zapewne na krawędzi luku ładowni
i majtała piszczelami…

Attitude croisée
Następna okazja do tańca pojawiła się wkrótce i niedaleko od stron
rodzinnych. Była to ponadplanowa wizyta JP II w Gnieźnie.
Mimo nadgodzinowego – jak zwykle – tygodnia (…”tylko praca, praca, praca”…)
zapadła decyzja: jechać!
Kolejne nadgodziny do dwudziestej, szybka kolacja, kawa w termos i po dwóch
godzinach ruszamy.
„Maluszek” to nie ferrari, potrzebuje czasu na pokonanie trzystu kilometrów.
Tym bardziej w nocy, po krętych drogach pośród lasów.
Męczący tydzień i nocna jazda to bardzo niekomfortowe połączenie.
Im bliżej celu – tym bardziej kręte, wąskie drogi. A powieki robią się coraz cięższe.
Oczy widzą już tylko ciemność… Nagle – jakiś czerwony błysk!
Ktoś zdecydowanie wymachuje intensywnie czerwonym blaskiem. Hamowanie!
Spóźnione, trzeba na wstecznym biegu cofnąć kilkanaście metrów…
– Dzień dobry… Dokumenty proszę… Dokąd pan jedzie?
– Do Koszalina…
– Tędy?
– Noo… tak.
Hahaha, i tak zapisali. Drogi były obstawione i milicja rejestrowała wszystkich,
którzy jechali „na papieża”.
Nie, to nie był zdecydowany akt odwagi i oporu wobec reżimu. Dopiero
dobrą chwilę po ruszeniu w dalszą drogę dotarł do niego sens tego całego
wydarzenia. Może z pięćdziesiąt metrów dalej był ostry zakręt i naprawdę
solidne sosny blisko drogi.
Gdyby nie pomachali…
Siedziała sobie gdzieś, na sośnie?…

Fouetté
Ktokolwiek pracował w tzw. systemie 4-brygadowym wie, że często powrót
z pracy samochodem, to ruletka. Szczególnie po 2-3-4 nocce. „Pukanie” od czasu
do czasu prawym przednim kołem w krawężnik to standard, kiedy zmęczenie
i senność przełamują przytomność umysłu i te wszystkie sztuczki z głośną muzyką,
żuciem gumy czy uchyloną szybą nie pomagają. Oczy nie chcą współpracować.
Kiedy prawie wszystko jest na kartki, i w dodatku od samego rana trzeba
to odstać w kolejkach – nie ma mowy o spaniu… Dwie-trzy godziny drzemki, nieco
normalnego życia rodzinnego i znów do pracy.
Zmęczenie się kumuluje, a takie pukanie co prawda skutecznie dobudza
na chwilę – ale może zakończyć się dachowaniem.
Tym razem przesilenie nastąpiło niedaleko domu. Dosłownie kilka minut
jazdy. Dość ruchliwa trasa, skrót do centrum miasta. Ostatni zakręt, po przeciwnej
stronie ulicy solidny mur z polnych głazów i przystanek autobusowy. I tu się film
urywa… Skoda Fabia to nie maszyna do driftów, piruetu w miejscu nie zrobi.
Szczególnie, kiedy kierowca powraca do rzeczywistości cztery metry przed murem,
na który jedzie prawie prostopadle, bez zapiętych pasów oczywiście i zapewne
standardowo – „siedemdziesiątką”. Pamięta jeszcze, jak ludzie uciekają w popłochu
z przystanku, ale nic więcej. Świadomość obudziła się dopiero, kiedy wracał już na
właściwy pas jezdni. Na szczęście nikt nie jechał z naprzeciwka. Gorzej. Zero emocji.
Zero stresu. Jak gdyby nic niezwykłego się nie stało. Mówi, że dopiero wtedy się
przestraszył, tej nadmiernej pewności siebie. Nie ma pojęcia, jak to się stało, że
wyszedł bez szwanku z takiej opresji. Pod garażem dyskretnie obejrzał karoserię –
na kurzu pokrywającym błotnik krótka, ale wyraźna rysa. Lakier nienaruszony.
Wiem, bo sam wtedy widziałem.
Czyżby musiała pomóc?

En l’air
Drugie podejście do przeciekającej rynny. Dość wysoko, ponad sześć
metrów i trudny dostęp. Nie ma mowy o podjechaniu podnośnikiem, z drabiny
też nieszczególnie – trzeba kombinować.
Standardowa, aluminiowa i 3-elementowa drabina rozciągnięta na ful.
Kąt nachylenia nie był optymalny. Punkty podparcia także nie dawały poczucia
bezpieczeństwa, jednak przerwa szerokości palca na łączeniu rynny wymuszała
działanie. Wspinał się powoli, jak jaszczurka szorując brzuchem po drabinie aby
nie zdestabilizować konstrukcji. Szczebelek za szczebelkiem. Dobra nasza, jest
wreszcie rynna… Wszystko było OK., dopóki trzy wory cementu (tyle ważył
w przeliczeniu) nie wspięły się dość wysoko, aby aluminiowa drabina nieznacznie
wygięła się w łuk skracając dystans. Ta sama masa spowodowała również
nieznaczne zagłębienie podstawy drabiny w podłożu, oraz obniżenie (i tak mocno
dyskusyjne) punktu podparcia na górze. Kiedy do tych wszystkich nieznaczności
dołączyły przeróżne wektory sił podczas naprawy – układ się nagle zdestabilizował.
Drabina w jedna stronę, BŁ w drugą wykonując efektowny, choć fatalny w skutkach
„pad płaski” (jest coś takiego w gimnastyce akrobatycznej?). Sześć metrów to nie
Himalaje, jednak uderzył twarzą w ziemię może z półtora centymetra
od betonowego krawężnika…
Wszystkie kości twarzoczaszki połamane, choć bez przemieszczeń.
Prawa stopa złamana w trzech miejscach. Lewa ręka wywichnięta – na temblak.
Silny krwotok z nosa. Zanim pogotowie dowiozło na SOR oczy zrobiły się czarne
jak po mocnym nokaucie…
Pierwszy medyk:
– Dobra, nie mów pan nic (jak tu mówić w takim stanie?), żona pana
pobiła, co?…
Rentgen, tomograf etc… Przychodzi drugi medyk z wiadrem gipsu. Patrzy, że BŁ
jak Twardowski na kogucie – w jednym kapciu, drugim bucie (no bo przecież na
spuchniętą stopę buta nie włoży) i konstatuje:
– Panie, czyś pan głupi?…
Trzeci medyk wiezie wózkiem na oddział, na tamponadę nosa. W zabiegowym mają
specjalny fragment ściany, pod którym sadzają delikwenta. Pomocnik mocno trzyma
głowę, a lekarz specjalnymi szczypcami z całej siły wpycha jałowe tampony. Chyba
jest już nawet w ścianie leciutkie wgłębienie w tym miejscu… Nieustannie się przy
tym dopingują:
– Mocniej… mocniej, bo jak się szefowej (SOR-u) nie spodoba, to każe
nam robić jeszcze raz!
Po wszystkim, kiedy słyszy: „dziękuję, panie doktorze”, aż siada z wrażenia.
– Panie, jak pracuję tu osiem lat, to pobić mnie chcieli już kilkanaście razy,
ale jeszcze nikt nie dziękował…
Oczywiście „ktoś” musiał nadal jeździć do Biedronki po zakupy. Gips nawet
nie ciążył za bardzo…
Kostucha? Zapewne siedziała sobie jak w kinie, na dachu przy kominie.

À la seconde
Miewacie pilne wyjazdy? BŁ też akurat miał taki. Bezwzględnie pilny.
Ale fatum to fatum – noc przyniosła osłabienie, kaszel, drgawki i temperaturę…
Z samego rana więc szybciutko do przychodni. Nowy lekarz, po dwudziestu latach
spędzonych w nowojorskim szpitalu nie dał się nabrać na autodiagnozę, że to
niby to tylko jakieś tam przeziębienie, piguły i po krzyku…
Wręcz przeciwnie:
– Pakujemy się i do szpitala. – zadysponował.
Trudno, kardiologia. W szpitalu zasłabł podczas wywiadu lekarskiego –
wózek, winda i biegiem na OIOM. Cztery łóżka, cztery pielęgniarki i mnóstwo
migającej i pikającej aparatury. Po tygodniu prawie bez poprawy, nic nie pomaga –
sepsa serca, zastawki, migotanie… Żaden antybiotyk nie działa.
Niektórzy mówią o niej lek ostatniej szansy – wankomycyna – albo pomoże, albo
skróci cierpienia…
Jakby wrzący olej wlewano do żyły. Co trzy sekundy kropelka. Widać jak
powolutku czerwona pręga posuwa się żyłą w stronę serca… Pomogło.
Kolejny tydzień już na zwykłej sali.
Lekarze przygotowywali powoli rodzinę na najgorsze, a tu taka siurpryza…
Koścista Dama kręciła się po sali na pewno – same beznadziejne przypadki…
Natomiast podczas ostatniej rutynowej kontroli dr med. przywitała go bardzo
sympatycznie:
– O! Dzień dobry! Jeszcze pan walczy…

Chassé
To zapewne tylko część zaskakujących i niebezpiecznych figur w tym
tańcu z Kostuchą. Najbardziej widoczne i bezdyskusyjne.
Ponieważ BŁ traktuje ryzyko jako nieusuwalny składnik życia zapewne było tych
ewolucji – może bardziej dyskretnych i oddalonych – dużo więcej. Choćby w takich
okolicznościach jak poniżej:

(„Kurier Szczeciński”)
A Kostucha – nawet kiedy ma „zakaz” – naprawdę potrafi „umilić” życie
Coda
Podobno do trzech (różne elementy hebrajskiej gematrii ujawniły się
w tym „opku” zupełnie przypadkowo) razy sztuka, więc jest to „ostatnie tchnienie”
autora (-ów). Trzeba wiedzieć, kiedy brak umiejętności i kurczący się czas sugerują
dyskretne wyjście „po angielsku”. Jednak czytelnictwo pozostanie, a jakże – do tchu
ostatniego…
Morału, jak w innych bajkach, ni twista nie będzie – bo w morderczym
rozpędzie Kostuch twista też urżnął.
BŁ podpowiada, że twist będzie. W pierwszym poście, jeżeli do niego dojdzie.
Teraz króciutko. To, co dziś brzmi nierealnie i bajkowo – jutro może być centralnym
punktem któregoś z paradygmatów świata nauki.
Jedno ekstremalnie niespotykane wydarzenie – to przypadek. Drugie –
to jeszcze zbieg okoliczności. Ale każde następne z serii to fatum, czy wciąż
probabilistyka?…
Coś pozytywnego jednak dzieje się w światku naukowym, i powoli badane są
te wszystkie tajemnicze zjawiska spoza granic oficjalnej doktryny.
Choćby taki drobiazg, jak odkrycie, że opuszki naszych palców są w stanie wyczuć
nierówności o rozmiarze połowy grubości włosa. Mało tego, te same opuszki
– na razie tylko w materiałach sypkich i do głębokości 4-5 cm – potrafią wykryć
znajdujący się tam przedmiot. A może jednostki potrafią więcej także
w innych warunkach? Zapewne…
Jedna z amerykańskich uczelni jakiś czas temu opublikowała wyniki
prac zespołu astronomów analizujących przy pomocy SI zdjęcia z teleskopów
kosmicznych. Okazało się, że gromady galaktyk, poszczególne galaktyki, pasma gazu
i pyłu międzygalaktycznego – wszystko to przypomina budowę sieci neuronalnej
w ludzkim mózgu.
Oczywiście natychmiast pojawiły się spekulacje, że Wszechświat jest takim
gigantycznym systemem uczenia maszynowego. Nie ma świadomego umysłu ani
możliwości doboru naturalnego, ale potrafi już naginać miejscowo prawa fizyki
w zależności od potrzeb. Aby zrozumieć czym jest istnienie?… Życie?… Czyżbyśmy
żyli na (jedynej czy jednej z wielu) specyficznej „szalce Petriego”? A ON analizuje
na spokojnie, co te dziabągi tam wyrabiają i dlaczego…
Zaprawdę powiadam Wam, którykolwiek z obecnych tu (lub chwilowo
nieobecnych) koryfeuszy słowa pisanego ogarnie powyższy temat w wielotomowym
uniwersum – zawładnie całym SF…
