- Opowiadanie: Fascynator - Fandango z Kostuchą

Fandango z Kostuchą

         Czas pły­nął na NF miło i le­ni­wie, jak to czas  – aż tu pech!

Brat łata – z któ­rym cza­sa­mi de­lek­tu­je­my się aro­ma­tem ko­nia­ku przy ko­min­ku – przy­niósł

 oneg­daj luźny plik kar­tek z opi­sem swo­ich przy­gód z pewną za­bor­czą damą, kon­sta­tu­jąc:

     –  Jak wiesz, muszę się wy­alie­no­wać na czas jakiś. Ty także pi­su­jesz, więc zrób coś

z tego. Może uda się roz­wi­kłać nie­któ­re za­gad­ki? Ja, mimo usil­nych sta­rań, nie po­tra­fię…

Tylko bez kon­fa­bu­la­cji!

        No to sta­ram się jak mogę, a mogę nie­wie­le. Na­praw­dę so­lid­nie biłem się z my­śla­mi

szu­ka­jąc miej­sca dla tego tek­stu. Do tej pory neu­ro­ny i sy­nap­sy leczą si­nia­ki i za­dra­pa­nia.

Pu­bli­cy­sty­ka od­pa­da ze wzglę­du na że­nu­ją­cy po­ziom me­ry­to­rycz­ny. HP – ta szu­flad­ka

mocno się za­ci­na, no i tro­chę za cia­sno na dłuż­sze tek­sty…

        W sumie to takie tro­chę „Przy­go­dy ba­ro­na Münch­hau­se­na”, może więc przy­cup­nie tutaj

nie­zau­wa­żo­ny, po­śród rze­szy kra­sno­lu­dów i in­nych nie­fo­rem­nych bytów? Jak ten dzia­bąg,

któ­re­go kie­dyś po­wo­ła­no do życia mimo, że nikt go nie wi­dział i nie wia­do­mo kto zacz.

Aha, no i po­twier­dzam, że to (pra­wie) same fakty po fak­tach – choć nie­wia­ry­god­ne.

Sam wi­dzia­łem.

Jesz­cze dro­biazg, te ba­le­to­we mo­ty­wy są oczy­wi­ście tylko kwiat­kiem do ko­żu­cha. Na­to­miast

ilu­stra­cje to in­ter­ne­to­we „dar­mów­ki”… Be­to­wa­nie – mea culpa…heh.

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Fandango z Kostuchą

 

 

Intro

Śmierć nas prze­ra­ża. Mo­dli­my się do na­szych bogów, ry­glu­je­my drzwi, sta­wia­my mury, prze­pła­ca­my me­dy­ków, uzdro­wi­cie­li i szep­tun­ki. Pa­li­my świe­ce i ka­dzi­deł­ka, czy­ni­my znaki, wy­ma­wia­my za­klę­cia. Wszyst­ko, aby jej nie pro­wo­ko­wać… Ukryć się w tłu­mie. Złud­na na­dzie­ja, to tak nie dzia­ła. Jed­nak cza­sa­mi…

Ko­stu­cha, wia­do­mo kto zacz, ale dla­cze­go fan­dan­go? Słowo to po hisz­pań­sku zna­czy bła­host­ka. Tak na­zy­wa się po­pu­lar­ny na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim ta­niec lu­do­wy, w któ­rym part­ne­rzy krążą wokół sie­bie bez kon­tak­tu fi­zycz­ne­go. To ta­niec zna­czeń, nie­pew­no­ści, wy­czu­cia i emo­cji. Wia­do­mo, dotyk Ko­stu­chy za­bi­ja…

 

 

 

Fatum

Czasy to były dziw­ne, po nadal znie­wo­lo­nym kraju prze­miesz­cza­ły się swo­bod­nie

ko­lo­ro­we, roz­tań­czo­ne cy­gań­skie ta­bo­ry, w któ­rych by­wa­ły praw­dzi­we znaw­czy­nie

ludz­kiej duszy i losu…

Taki wła­śnie tabor za­wi­tał późną wio­sną do uro­czej, spo­koj­nej i nie­bied­nej wsi,

ofe­ru­jąc wszyst­ko to, co zwy­kle mieli na zby­ciu. Głów­nie garn­ki, pa­tel­nie wy­ro­by

z drew­na, po­ły­ka­nie ognia i inne cuda na kiju.

 Se­nior­ka rodu – si­wiu­teń­ka, ciem­no­oka Cy­gan­ka – upar­ła się, że po­wró­ży

 pew­ne­mu ślicz­ne­mu, trzy­let­nie­mu chłop­czy­ko­wi. Bez kart ta­ro­ta, szkla­nej kuli

czy pod­sta­wo­we­go za­klę­cia:

–  Połóż tu, pa­niu­siu, bank­no­cik, to każda wróż­ba się speł­ni…

To były setki (a może i ty­sią­ce) lat wie­dzy prak­tycz­nej z fi­zjo­no­mi­ki, chi­ro­lo­gii,

iry­do­lo­gii, etc. Oczy­wi­ście w wer­sji cy­gań­skiej. A może i coś, co nie­wie­le osób po­tra­fi

do­strzec, czyli ana­li­za aury.

Wróż­bą – jak to wróż­bą – nikt się spe­cjal­nie nie prze­jął mimo tego, że brzmia­ła

groź­nie: życie bę­dzie cie­ka­we, ale pełne śmier­tel­nych za­gro­żeń i n­ie­bez­pie­czeń­stwa.

Wia­do­mo, na dwoje babka wró­ży­ła. Nie wda­jąc się w szcze­gó­ły – za­wsze

„pod górkę”. Żad­nych spad­ków (trzy ciot­ki w Ame­ry­ce!), wy­gra­nych w lotto

czy in­nych ko­ko­sów – tylko praca, praca, praca… W za­mian otrzy­ma bar­dzo

dłu­gie życie (dys­kret­nie po­mi­ja­jąc kon­dy­cję fi­zycz­ną).

Wróż­ba była taka sobie, a może nawet tro­chę gor­sza, więc za­pła­ta w po­sta­ci

chu­dej kury (drugą, tłust­szą, upro­wa­dzi­ły cich­cem wszę­do­byl­skie cy­ga­niąt­ka)

też nie była re­we­la­cyj­na…

 

 

 

Ara­be­sque

Wkrót­ce po od­jeź­dzie ta­bo­ru, w środ­ku lata, brat łata (dalej dla uprosz­cze­nia

bę­dzie ) pod­ku­szo­ny za­pew­ne przez ja­kie­goś wę­drow­ne­go dia­beł­ka, po­sta­no­wił

wy­brać się na spa­ce­rek i po­pa­trzeć z na­praw­dę bli­ska na swoją fa­scy­na­cję.

Cich­cem z domu do ogro­du, pół ki­lo­me­tra łąki i był na sta­lo­wej dro­dze dla

uko­cha­ne­go, czar­ne­go smoka… Ogrom­ny, go­rą­cy, bu­cha­ją­cy kłę­ba­mi pary,

pełen huku i dymu, pędu i ka­pią­cej oliwy – cu­deń­ko po pro­stu… Cze­kał dość długo.

 Nóżki zmę­czo­ne wę­drów­ką przy­siadł więc sobie na szy­nie. Cze­kał cier­pli­wie.

Na­resz­cie… Czar­ny po­twór coraz bli­żej… coraz gło­śniej­szy stu­kot… ma­szy­ni­sta

nie widzi… dwie­ście me­trów… sto… Ro­ze­dr­ga­ne serce matki było na szczę­ście

szyb­sze. Lanie, płacz, obiet­ni­ce – wia­do­mo, do na­stęp­nej oka­zji.

Ko­stu­cha jest jak ot­chłań u Mi­ło­sza:

 …nie je, nie pije i nie daje mleka

 co robi ot­chłań? Ot­chłań czeka…

Cze­ka­ła na pewno, za­czy­na­jąc swój ta­niec.

 

 

 

Croisé

Czas pły­nął wolno, lecz nie­ubła­ga­nie – to­piąc w ak­tu­al­nych za­wi­ro­wa­niach

wszel­kie sko­ja­rze­nia i na­wią­za­nia do cy­gań­skiej prze­po­wied­ni. In­cy­dent na to­rach

wy­da­wał się wszyst­kim przy­pad­ko­wy i nikt już o nim nie pa­mię­tał…

Parki przę­dą nici losu nie­ustan­nie, więc wkrót­ce i  mu­siał po­rzu­cić

siel­skie-aniel­skie oko­li­ce na rzecz wiel­kie­go mia­sta. Było rów­nie duże, co i mocno

zruj­no­wa­ne – słyn­ny wów­czas „Dziki Za­chód”.

Wjeż­dża­li do mia­sta wcze­sną nocą. Ciem­ność, z którą nie­sku­tecz­nie wal­czy­ły

nie­licz­ne jesz­cze la­tar­nie, świa­tła portu od­bi­ja­ją­ce się w rzece i ka­na­łach, dźwięk

syren stat­ków ma­new­ru­ją­cych na akwe­nie – to było lep­sze niż „czar­ne smoki”…

 Po­god­no – oko­li­ca w któ­rej za­miesz­ka­li – to była przed wojną w więk­szo­ści wil­lo­wa

dziel­ni­ca dla nie­miec­kiej klasy śred­niej. Cicha, spo­koj­na, pełna zie­le­ni i da­le­ko

od portu. W po­bli­żu funk­cjo­no­wa­ła już cu­kier­nia z lo­da­mi a także jeź­dził tram­waj

w kie­run­ku stocz­ni, portu i nad­rzecz­nych bul­wa­rów. Kiedy więc do­stał

w nie­dzie­lę po obiad­ku na du­że­go loda, ten sam być może wę­drow­ny dia­be­łek

co po­przed­nio, za­re­ko­men­do­wał mu ma­łe­go, a resz­ta bę­dzie aku­rat na bilet

w stro­nę tych nad­wod­nych cu­de­niek… Jak po­my­ślał– tak zro­bił.

 Pra­wie sie­dem ki­lo­me­trów (plus dużo drep­ta­nia na miej­scu), dla pra­wie

sied­mio­lat­ka to nie jest wy­pra­wa życia, ale pod wa­run­kiem, że je­dzie tram­wa­jem.

Nie­ste­ty, na po­wrót nie było już pie­niąż­ków, a w każ­dym wa­go­nie tram­wa­ju sie­dział

bez­względ­ny cer­ber-kon­duk­tor… Więc cóż, na pie­chot­kę. Przez nie­zna­ne mia­sto.

Me­to­dą, jaką dużo póź­niej za­sto­so­wał (z nie­wiel­ką mo­dy­fi­ka­cją) B.Ła­zu­ka

w „Nie lubię po­nie­dział­ku” – wzdłuż biegu torów tram­wa­jo­wych. Kiedy do­tarł na

miej­sce była go­dzi­na dwu­dzie­sta trze­cia. Była też mi­li­cja, la­ment, lanie,

obie­can­ki… Wia­do­mo.

 Gdzie tu miej­sce na Ko­stu­chę? Nie wia­do­mo, ale…

Cał­kiem nie­da­le­ko gra­so­wałw owym cza­sie pe­wien Nie­miec, ka­ni­bal,

który mor­do­wał ludzi, mie­lił i do­da­wał do bi­go­su ser­wo­wa­ne­go na jed­nym

z ryn­ków. Po zła­pa­niu zo­stał szyb­ciut­ko i bez roz­gło­su – w ciągu ty­go­dnia – osą­dzo­ny

i po­wie­szo­ny. Wszyst­ko to, aby unik­nąć moż­li­wych na­pięć spo­łecz­nych.

Cał­kiem więc praw­do­po­dob­ne, że gdzieś tam się szwen­da­ła bli­ziut­ko… Heh.

 

 

 

As­semblé

Prze­sta­ło boleć sie­dze­nie, bo­wiem na­stał czas cze­re­śni i in­nych sma­ko­ły­ków

na dział­ce. Aku­rat te die Schre­bergärten były pięk­nie utrzy­ma­ne i wy­po­sa­żo­ne.

Rów­niut­kie, żwi­ro­wa­ne alej­ki, pięk­ne al­tan­ki, plac zabaw dla dzie­ci…

Na­praw­dę uro­cze miej­sce.

Ale ileż można zjeść cze­re­śni, albo jak długo krę­cić się na ka­ru­ze­li? Więc

ame­ry­kań­ska pół­cię­ża­rów­ka z de­mo­bi­lu, która po­ja­wi­ła się na placu zabaw

z pia­skiem, była jak dar nie­bios. Sa­mo­cho­dy były wciąż rzad­kim zja­wi­skiem.

Po roz­ła­do­wa­niu kie­row­ca ru­szył w kurs po­wrot­ny. Długa i pro­sta aleja, przed

po­łu­dniem bez­lud­ne pra­wie dział­ki, więc gaz do dechy…

Nie wie­dział, że na tyl­nym zde­rza­ku wisi trzech ama­to­rów

dar­mo­wej prze­jażdż­ki. Kiedy już było za szyb­ko i za da­le­ko, dwaj star­si

chłop­cy zdą­ży­li bez­piecz­nie się pu­ścić – bał się… Trzy­mał się kur­czo­wo,

do­pó­ki rącz­ki nie omdla­ły z wy­sił­ku – wtedy od­padł i po­je­chał twa­rzą i resz­tą

ciała po ostrym żwi­rze, za­trzy­mu­jąc się głową na be­to­no­wym słu­pie la­tar­ni.

Na szczę­ście do­ty­kał słupa tylko wło­sa­mi.

 Ponad pół­to­rej go­dzi­ny na po­go­to­wiu wy­cią­ga­li ka­wa­łecz­ki żwiru i

de­zyn­fe­ko­wa­li zdar­tą skórę. Lania nie było, bo i tak ból był nie­sa­mo­wi­ty.

Nie mó­wiąc o stre­sie.

 Dłuż­szy czas nie był już tak ślicz­nym chłop­cem jak po­przed­nio…

 Tu była na pewno. Sie­dzia­ła sobie na słu­pie, pla­nu­jąc ko­lej­ne pas de deux.

 

 

 

 

 

Jeté

Na­sta­ły czasy spo­ko­ju i gnu­śno­ści. Przy­naj­mniej tak to wy­glą­da­ło. Ale nic nie

trwa wiecz­nie. Po za­koń­cze­niu edu­ka­cji trze­ba do­stać wy­cisk na tzw. stażu. A jak się

ma pecha…

Stocz­nia. Je­sien­ny deszcz upo­rczy­wie zra­sza ty­sią­ce ton stali na po­chyl­ni.

Moczy też kom­bi­ne­zo­ny, buty i rę­ka­wi­ce pra­cow­ni­ków. Spa­wa­nie to jedna

z pod­sta­wo­wych czyn­no­ści, nawet w ta­kich wa­run­kach. Prąd uwiel­bia wtedy

robić psi­ku­sy a także gor­sze rze­czy.

Zwy­kłe „bucz­ki” mon­ter­skie „kopią” nie­mi­ło­sier­nie przy zmia­nie elek­tro­dy, ale da

się to zwy­kle obejść. Na­to­miast pro­fe­sjo­nal­ne spa­war­ki wi­ro­we, na­sta­wio­ne

w do­dat­ku na maksa, to już gor­sza spra­wa… Za­zwy­czaj było to 400A, lub nieco

mniej, bo bla­chy ka­dłu­ba są grube.

To był ty­po­wy sche­mat, jak na szko­le­niach BHP – spa­wacz po­wie­sił uchwyt na

rurce rusz­to­wa­nia, na wy­so­ko­ści głowy, i po­szedł sobie…

Na­to­miast w tym samym miej­scu mon­to­wał od rana duże i cięż­kie,

sta­lo­we ele­men­ty. Cią­gnąc tyłem (ina­czej się nie dało) jeden z nich, do­tknął uchem

nie­for­tun­ne­go uchwy­tu… Ucho też było mokre od upar­cie sią­pią­ce­go desz­czu –

po pro­stu ra­do­cha dla kłę­bią­cej się w kablu spa­wal­ni­czym ener­gii…

Na­tych­mia­sto­wy szok! Pa­ra­liż wszyst­kich mię­śni. Tylko mózg – bę­dą­cy poza

głów­ną ki­pie­lą ener­ge­tycz­ną – pra­co­wał w try­bie awa­ryj­nym… Na nic jed­nak

naj­bar­dziej nawet ka­te­go­rycz­ne po­le­ce­nia dla mię­śni

koń­czyn, jeśli te nie po­tra­fią ich wy­ko­nać… Roz­pacz­li­wy krzyk:

 – Ra­tun­ku!…

Nie­wy­ko­nal­ny . Stru­ny gło­so­we ani drgną, spa­ra­li­żo­wa­ne i po­zba­wio­ne

po­wie­trza… A cał­kiem nie­da­le­ko pra­cu­ją i prze­cho­dzą inni lu­dzie, nie zwra­ca­jąc

zu­peł­nie uwagi na – zda­wa­ło by się – sto­ją­ce­go sobie swo­bod­nie w chwi­li prze­rwy,

ko­le­gę.

 I wtedy po­ja­wia się do­mi­nu­ją­ca kon­sta­ta­cja – to już ko­niec… Nie­uchron­na

śmierć.

 Nie wia­do­mo skąd po­ja­wia się mgli­sta chmu­ra obez­wład­nia­ją­ce­go spo­ko­ju,

przed ocza­mi na­to­miast prze­wi­jał się ko­lo­ro­wy film… Brat łata po­rów­nał to do 

sądu osta­tecz­ne­go. Coś, co było jed­no­cze­śnie per­fek­cyj­nie do­kład­nym

za­pi­sem życia i jed­no­cze­sne­go au­to­osą­du po­szcze­gól­nych zda­rzeń.

Po­zy­tyw­ne – prze­mi­ja­ły bez re­ak­cji, na­to­miast ne­ga­tyw­ne wy­wo­ły­wa­ły wy­raź­nie

od­czu­wal­ny (!) ru­mie­niec na twa­rzy… Takie „zwar­cie” we freu­dow­skim su­per­ego?…

Nie wia­do­mo. W każ­dym razie jest to dość czę­sto wy­mie­nia­ne we wspo­mnie­niach

„z po­gra­ni­cza” zja­wi­sko.

Nie do­koń­czył oceny do chwi­li bie­żą­cej – spa­wacz w mię­dzy­cza­sie wy­łą­czył

agre­gat, film znik­nął a  bar­dziej padł niż usiadł na ster­tę sta­lo­wych pro­fi­li

i dwie go­dzi­ny do­cho­dził do sie­bie. A póź­niej oczy­wi­ście do ro­bo­ty…

Do­pie­ro po tym zda­rze­niu za­czę­ły się do­cie­ka­nia, co tam wła­ści­wie – ćwierć

wieku temu – Cy­gan­ka miała na myśli, snu­jąc swoje prze­wi­dy­wa­nia. I dla­cze­go.

 Dwa metry ksiąg prze­róż­nych na pół­kach i czas tra­co­ny na bez­po­śred­nie re­la­cje

przy­no­szą wię­cej pytań niż od­po­wie­dzi. W do­dat­ku wy­ma­ga to żmud­ne­go

i nie­pew­ne­go od­sie­wa­nia cze­goś, co jest praw­do­po­dob­ne od ewi­dent­ne­go oszu­stwa.

Jed­nak po tym zda­rze­niu nic już nie jest takie samo jak było. Na­praw­dę so­lid­ne

i wi­docz­ne przewartościowanie poglądów. Zna­jo­mi do dziś za­sko­cze­ni są

ewo­lu­cja­mi, jakie wy­ko­nu­je na spa­ce­rze, omi­ja­jąc wszel­kie na­po­tka­ne żucz­ki

i mró­wecz­ki.

 Ko­stu­cha, jak to ona, sie­dzia­ła sobie za­pew­ne na kra­wę­dzi luku ła­dow­ni

i maj­ta­ła pisz­cze­la­mi…

 

 

 

 

At­ti­tu­de croisée

Na­stęp­na oka­zja do tańca po­ja­wi­ła się wkrót­ce i nie­da­le­ko od stron

ro­dzin­nych. Była to po­nad­pla­no­wa wi­zy­ta JP II w Gnieź­nie.

Mimo nad­go­dzi­no­we­go – jak zwy­kle – ty­go­dnia (…”tylko praca, praca, praca”…)

za­pa­dła de­cy­zja: je­chać!

Ko­lej­ne nad­go­dzi­ny do dwu­dzie­stej, szyb­ka ko­la­cja, kawa w ter­mos i po dwóch

 go­dzi­nach ru­sza­my.

 „Ma­lu­szek” to nie fer­ra­ri, po­trze­bu­je czasu na po­ko­na­nie trzy­stu ki­lo­me­trów.

Tym bar­dziej w nocy, po krę­tych dro­gach po­śród lasów.

Mę­czą­cy ty­dzień i nocna jazda to bar­dzo nie­kom­for­to­we po­łą­cze­nie.

Im bli­żej celu – tym bar­dziej kręte, wą­skie drogi. A po­wie­ki robią się coraz cięż­sze.

Oczy widzą już tylko ciem­ność… Nagle – jakiś czer­wo­ny błysk!

Ktoś zde­cy­do­wa­nie wy­ma­chu­je in­ten­syw­nie czer­wo­nym bla­skiem. Ha­mo­wa­nie!

Spóź­nio­ne, trze­ba na wstecz­nym biegu cof­nąć kil­ka­na­ście me­trów…

 – Dzień dobry… Do­ku­men­ty pro­szę… Dokąd pan je­dzie?

 – Do Ko­sza­li­na…

 – Tędy?

 – Noo… tak.

 Ha­ha­ha, i tak za­pi­sa­li. Drogi były ob­sta­wio­ne i mi­li­cja re­je­stro­wa­ła wszyst­kich,

któ­rzy je­cha­li „na pa­pie­ża”.

 Nie, to nie był zde­cy­do­wa­ny akt od­wa­gi i oporu wobec re­żi­mu. Do­pie­ro

dobrą chwi­lę po ru­sze­niu w dal­szą drogę do­tarł do niego sens tego ca­łe­go

wy­da­rze­nia. Może z pięć­dzie­siąt me­trów dalej był ostry za­kręt i na­praw­dę

so­lid­ne sosny bli­sko drogi.

Gdyby nie po­ma­cha­li…

 Sie­dzia­ła sobie gdzieś, na so­śnie?…

 

 

 

 

Fo­uetté

Kto­kol­wiek pra­co­wał w tzw. sys­te­mie 4-bry­ga­do­wym wie, że czę­sto po­wrót

z pracy sa­mo­cho­dem, to ru­let­ka. Szcze­gól­nie po 2-3-4 nocce. „Pu­ka­nie” od czasu

do czasu pra­wym przed­nim kołem w kra­węż­nik to stan­dard, kiedy zmę­cze­nie

i sen­ność prze­ła­mu­ją przy­tom­ność umy­słu i te wszyst­kie sztucz­ki z gło­śną mu­zy­ką,

żu­ciem gumy czy uchy­lo­ną szybą nie po­ma­ga­ją. Oczy nie chcą współ­pra­co­wać.

Kiedy pra­wie wszyst­ko jest na kart­ki, i w do­dat­ku od sa­me­go rana trze­ba

to od­stać w ko­lej­kach –  nie ma mowy o spa­niu…  Dwie-trzy go­dzi­ny drzem­ki, nieco

nor­mal­ne­go życia  ro­dzin­ne­go i znów do pracy.

Zmę­cze­nie się ku­mu­lu­je, a takie pu­ka­nie co praw­da sku­tecz­nie do­bu­dza

na chwi­lę – ale może za­koń­czyć się da­cho­wa­niem.

Tym razem prze­si­le­nie na­stą­pi­ło nie­da­le­ko domu. Do­słow­nie kilka minut

jazdy. Dość ru­chli­wa trasa, skrót do cen­trum mia­sta. Ostat­ni za­kręt, po prze­ciw­nej

stro­nie ulicy so­lid­ny mur z po­lnych gła­zów i przy­sta­nek au­to­bu­so­wy. I tu się film

urywa… Skoda Fabia to nie ma­szy­na do dri­ftów, pi­ru­etu w miej­scu nie zrobi.

Szcze­gól­nie, kiedy kie­row­ca po­wra­ca do rze­czy­wi­sto­ści czte­ry metry przed murem,

na który je­dzie pra­wie pro­sto­pa­dle, bez za­pię­tych pasów oczy­wi­ście i za­pew­ne

stan­dar­do­wo – „sie­dem­dzie­siąt­ką”. Pa­mię­ta jesz­cze, jak lu­dzie ucie­ka­ją w po­pło­chu

z przy­stan­ku, ale nic wię­cej. Świa­do­mość obu­dzi­ła się do­pie­ro, kiedy wra­cał już na

wła­ści­wy pas jezd­ni. Na szczę­ście nikt nie je­chał z na­prze­ciw­ka. Go­rzej. Zero emo­cji.

Zero stre­su. Jak gdyby nic nie­zwy­kłe­go się nie stało. Mówi, że do­pie­ro wtedy się

prze­stra­szył, tej nad­mier­nej pew­no­ści sie­bie. Nie ma po­ję­cia, jak to się stało, że

wy­szedł bez szwan­ku z ta­kiej opre­sji. Pod ga­ra­żem dys­kret­nie obej­rzał ka­ro­se­rię –

na kurzu po­kry­wa­ją­cym błot­nik krót­ka, ale wy­raź­na rysa. La­kier nie­na­ru­szo­ny.

Wiem, bo sam wtedy wi­dzia­łem.

Czyż­by mu­sia­ła pomóc?

 

 

 

 

En l’air

 Dru­gie po­dej­ście do prze­cie­ka­ją­cej rynny. Dość wy­so­ko, ponad sześć

me­trów i trud­ny do­stęp. Nie ma mowy o pod­je­cha­niu pod­no­śni­kiem, z dra­bi­ny

też nie­szcze­gól­nie – trze­ba kom­bi­no­wać.

Stan­dar­do­wa, alu­mi­nio­wa i 3-ele­men­to­wa dra­bi­na roz­cią­gnię­ta na ful.

Kąt na­chy­le­nia nie był opty­mal­ny. Punk­ty pod­par­cia także nie da­wa­ły po­czu­cia

bez­pie­czeń­stwa, jed­nak prze­rwa sze­ro­ko­ści palca na łą­cze­niu rynny wy­mu­sza­ła

dzia­ła­nie. Wspi­nał się po­wo­li, jak jasz­czur­ka szo­ru­jąc brzu­chem po dra­bi­nie aby

nie zde­sta­bi­li­zo­wać kon­struk­cji. Szcze­be­lek za szcze­bel­kiem. Dobra nasza, jest

wresz­cie rynna… Wszyst­ko było OK., do­pó­ki trzy wory ce­men­tu (tyle ważył

w prze­li­cze­niu) nie wspię­ły się dość wy­so­ko, aby alu­mi­nio­wa dra­bi­na nie­znacz­nie

wy­gię­ła się w łuk skra­ca­jąc dy­stans. Ta sama masa spo­wo­do­wa­ła rów­nież

nie­znacz­ne za­głę­bie­nie pod­sta­wy dra­bi­ny w pod­ło­żu, oraz ob­ni­że­nie (i tak mocno

dys­ku­syj­ne) punk­tu pod­par­cia na górze. Kiedy do tych wszyst­kich nie­znacz­no­ści

do­łą­czy­ły prze­róż­ne wek­to­ry sił pod­czas na­pra­wy – układ się nagle zde­sta­bi­li­zo­wał.

Dra­bi­na w jedna stro­nę, BŁ w drugą wy­ko­nu­jąc efek­tow­ny, choć fa­tal­ny w skut­kach

„pad pła­ski” (jest coś ta­kie­go w gim­na­sty­ce akro­ba­tycz­nej?). Sześć me­trów to nie

Hi­ma­la­je, jed­nak ude­rzył twa­rzą w zie­mię może z pół­to­ra cen­ty­me­tra

od be­to­no­we­go kra­węż­ni­ka…

 Wszyst­kie kości twa­rzo­czasz­ki po­ła­ma­ne, choć bez prze­miesz­czeń.

Prawa stopa zła­ma­na w trzech miej­scach. Lewa ręka wy­wich­nię­ta – na tem­blak.

Silny krwo­tok z nosa. Zanim po­go­to­wie do­wio­zło na SOR oczy zro­bi­ły się czar­ne

jak po moc­nym no­kau­cie…

 Pierw­szy medyk:

– Dobra, nie mów pan nic (jak tu mówić w takim sta­nie?), żona pana

po­bi­ła, co?…

Rent­gen, to­mo­graf etc… Przy­cho­dzi drugi medyk z wia­drem gipsu. Pa­trzy, że

jak Twar­dow­ski na ko­gu­cie – w jed­nym kap­ciu, dru­gim bucie (no bo prze­cież na

spuch­nię­tą stopę buta nie włoży) i kon­sta­tu­je:

– Panie, czyś pan głupi?…

Trze­ci medyk wie­zie wóz­kiem na od­dział, na tam­po­na­dę nosa. W za­bie­go­wym mają

spe­cjal­ny frag­ment ścia­ny, pod któ­rym sa­dza­ją de­li­kwen­ta. Po­moc­nik mocno trzy­ma

głowę, a le­karz spe­cjal­ny­mi szczyp­ca­mi z całej siły wpy­cha ja­ło­we tam­po­ny. Chyba

jest już nawet w ścia­nie le­ciut­kie wgłę­bie­nie w tym miej­scu… Nie­ustan­nie się przy

tym do­pin­gu­ją:

– Moc­niej… moc­niej, bo jak się sze­fo­wej (SOR-u) nie spodo­ba, to każe

nam robić jesz­cze raz!

Po wszyst­kim, kiedy sły­szy: „dzię­ku­ję, panie dok­to­rze”, aż siada z wra­że­nia.

– Panie, jak pra­cu­ję tu osiem lat, to pobić mnie chcie­li już kil­ka­na­ście razy,

ale jesz­cze nikt nie dzię­ko­wał…

Oczy­wi­ście „ktoś” mu­siał nadal jeź­dzić do Bie­dron­ki po za­ku­py. Gips nawet

nie cią­żył za bar­dzo…

Ko­stu­cha? Za­pew­ne sie­dzia­ła sobie jak w kinie, na dachu przy ko­mi­nie.

 

 

 

 

À la se­con­de

Mie­wa­cie pilne wy­jaz­dy? też aku­rat miał taki. Bez­względ­nie pilny.

Ale fatum to fatum – noc przy­nio­sła osła­bie­nie, ka­szel, drgaw­ki i tem­pe­ra­tu­rę…

Z sa­me­go rana więc szyb­ciut­ko do przy­chod­ni. Nowy le­karz, po dwu­dzie­stu la­tach

spę­dzo­nych w no­wo­jor­skim szpi­ta­lu nie dał się na­brać na au­to­dia­gno­zę, że to

niby to tylko ja­kieś tam prze­zię­bie­nie, pi­gu­ły i po krzy­ku…

Wręcz prze­ciw­nie:

– Pa­ku­je­my się i do szpi­ta­la. – za­dys­po­no­wał.

Trud­no, kar­dio­lo­gia. W szpi­ta­lu za­słabł pod­czas wy­wia­du le­kar­skie­go –

wózek, winda i bie­giem na OIOM. Czte­ry łóżka, czte­ry pie­lę­gniar­ki i mnó­stwo

mi­ga­ją­cej i pi­ka­ją­cej apa­ra­tu­ry. Po ty­go­dniu pra­wie bez po­pra­wy, nic nie po­ma­ga –

sepsa serca, za­staw­ki, mi­go­ta­nie… Żaden an­ty­bio­tyk nie dzia­ła.

Nie­któ­rzy mówią o niej lek ostat­niej szan­sy – wan­ko­my­cy­na – albo po­mo­że, albo

skró­ci cier­pie­nia…

Jakby wrzą­cy olej wle­wa­no do żyły. Co trzy se­kun­dy kro­pel­ka. Widać jak

po­wo­lut­ku czer­wo­na pręga po­su­wa się żyłą w stro­nę serca… Po­mo­gło.

Ko­lej­ny ty­dzień już na zwy­kłej sali.

Le­ka­rze przy­go­to­wy­wa­li powoli ro­dzi­nę na naj­gor­sze, a tu taka siur­pry­za…

Ko­ści­sta Dama krę­ci­ła się po sali na pewno – same bez­na­dziej­ne przy­pad­ki…

Na­to­miast pod­czas ostat­niej ru­ty­no­wej kon­tro­li dr med. przy­wi­ta­ła go bar­dzo

sym­pa­tycz­nie:

– O! Dzień dobry! Jesz­cze pan wal­czy…

 

 

 

 

Chassé

To za­pew­ne tylko część za­ska­ku­ją­cych i nie­bez­piecz­nych figur w tym

tańcu z Ko­stu­chą. Naj­bar­dziej wi­docz­ne i bez­dy­sku­syj­ne.

Po­nie­waż trak­tu­je ry­zy­ko jako nie­usu­wal­ny skład­nik życia za­pew­ne było tych

ewo­lu­cji – może bar­dziej dys­kret­nych i od­da­lo­nych – dużo wię­cej. Choć­by w ta­kich

oko­licz­no­ściach jak po­ni­żej:

 

 

(„Ku­rier Szcze­ciń­ski”)

 A Ko­stu­cha – nawet kiedy ma „zakaz” – na­praw­dę po­tra­fi „umi­lić” życie

 

 

Coda

Po­dob­no do trzech (różne ele­men­ty he­braj­skiej ge­ma­trii ujaw­ni­ły się

w tym „opku” zu­peł­nie przy­pad­ko­wo) razy sztu­ka, więc jest to „ostat­nie tchnie­nie”

au­to­ra (-ów). Trze­ba wie­dzieć, kiedy brak umie­jęt­no­ści i kur­czą­cy się czas su­ge­ru­ją

dys­kret­ne wyj­ście „po an­giel­sku”. Jed­nak czy­tel­nic­two po­zo­sta­nie, a jakże – do tchu

ostat­nie­go…

Mo­ra­łu, jak w in­nych baj­kach, ni twi­sta nie bę­dzie – bo w mor­der­czym

roz­pę­dzie Ko­stuch twi­sta też urżnął.

pod­po­wia­da, że twist bę­dzie. W pierw­szym po­ście, je­że­li do niego doj­dzie.

Teraz kró­ciut­ko. To, co dziś brzmi nie­re­al­nie i baj­ko­wo – jutro może być cen­tral­nym

punk­tem  któ­re­goś z pa­ra­dyg­ma­tów świa­ta nauki.

Jedno eks­tre­mal­nie nie­spo­ty­ka­ne wy­da­rze­nie – to przy­pa­dek. Dru­gie –

to jesz­cze zbieg oko­licz­no­ści. Ale każde na­stęp­ne z serii to fatum, czy wciąż

pro­ba­bi­li­sty­ka?…

Coś po­zy­tyw­ne­go jed­nak dzie­je się w świat­ku na­uko­wym, i po­wo­li ba­da­ne są

te wszyst­kie ta­jem­ni­cze zja­wi­ska spoza gra­nic ofi­cjal­nej dok­try­ny.

Choć­by taki dro­biazg, jak od­kry­cie, że opusz­ki na­szych pal­ców są w sta­nie wy­czuć

nie­rów­no­ści o roz­mia­rze po­ło­wy gru­bo­ści włosa. Mało tego, te same opusz­ki

– na razie tylko w ma­te­ria­łach syp­kich i do głę­bo­ko­ści 4-5 cm – po­tra­fią wy­kryć

znaj­du­ją­cy się tam przed­miot. A może jed­nost­ki po­tra­fią wię­cej także

w in­nych wa­run­kach? Za­pew­ne…

Jedna z ame­ry­kań­skich uczel­ni jakiś czas temu opu­bli­ko­wa­ła wy­ni­ki

prac ze­spo­łu astro­no­mów ana­li­zu­ją­cych przy po­mo­cy SI zdję­cia z te­le­sko­pów

ko­smicz­nych. Oka­za­ło się, że gro­ma­dy ga­lak­tyk, po­szcze­gól­ne ga­lak­ty­ki, pasma gazu

i pyłu mię­dzy­ga­lak­tycz­ne­go – wszyst­ko to przy­po­mi­na bu­do­wę sieci neu­ro­nal­nej

w ludz­kim mózgu.

Oczy­wi­ście na­tych­miast po­ja­wi­ły się spe­ku­la­cje, że Wszech­świat jest takim

gi­gan­tycz­nym sys­te­mem ucze­nia ma­szy­no­we­go. Nie ma świa­do­me­go umy­słu ani

moż­li­wo­ści do­bo­ru na­tu­ral­ne­go, ale po­tra­fi już na­gi­nać miej­sco­wo prawa fi­zy­ki

w za­leż­no­ści od po­trzeb. Aby zro­zu­mieć czym jest ist­nie­nie?… Życie?… Czyż­by­śmy

żyli na (je­dy­nej czy jed­nej z wielu) spe­cy­ficz­nej „szal­ce Pe­trie­go”? A ON ana­li­zu­je

na spo­koj­nie, co te dzia­bą­gi tam wy­ra­bia­ją i dla­cze­go…

Za­praw­dę po­wia­dam Wam, któ­ry­kol­wiek z obec­nych tu (lub chwi­lo­wo

nie­obec­nych) ko­ry­fe­uszy słowa pi­sa­ne­go ogar­nie po­wyż­szy temat w wie­lo­to­mo­wym

uni­wer­sum – za­wład­nie całym SF…

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Podobały mi się te nawiązania do Szczecina. Miło się czyta o miejscach które się zna. 

Takie opowiadanie lekko filozoficzne. Całkiem Ok. Nie porwało, ale ok. 

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

smiley

Dzięki za wizytę i opinię. Taka trochę “parafilozofia” zwkle nie porywa. Jest trochę 

za ciężka…heh.

Pozdrawiam.

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

Właśnie skończyłem Cyberiadę a tu ciąg dalszy ;)

Pogodno jest super.

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

Witaj. :)

 

Przedmowa – niczym osobny szort. ;)

Kwestie techniczne i moje wątpliwości oraz sugestie (tylko do przeanalizowania):

Całość trzeba jeszcze inaczej sformatować.

Warto też przejrzeć opko pod kątem powtórzeń rozmaitych form czasownika „być”.

Kostucha wiadomo kto zacz, ale dlaczego fandango? – na początku jeszcze dodałabym przecinki (?)

–  Połóż tu paniusiu banknocik, to każda wróżba się spełni… – przecinki przy Wołaczu?

Wróżbą – jak to wróżbą – nikt się specjalnie nie przejął mimo tego, że brzmiała groźnie: życie będzie ciekawe, ale pełne śmiertelnych zagrożeń iniebezpieczeństwa. – omyłkowe połączenie

Wkrótce po odjeździe taboru, w środku lata, brat łata (dalej dla uproszczenia będzie ) (przecinek?) podkuszony zapewne przez jakiegoś wędrownego diabełka, postanowił wybrać się na spacerek i popatrzeć z naprawdę bliska na swoją fascynację.

Pogodno – okolica (przecinek?) w której zamieszkali – to była przed wojną w większości willowa dzielnica dla niemieckiej klasy średniej.

W pobliżu funkcjonowała już cukiernia z lodami (przecinek?) a także jeździł tramwaj w kierunku stoczni, portu i nadrzecznych bulwarów.

Jak pomyślał(brak spacji?) – tak zrobił.

Ale ileż można zjeść czereśni, albo jak długo kręcić się na karuzeli. – czy to nie zdanie pytające?

Prąd uwielbia wtedy robić psikusy (przecinek?) a także gorsze rzeczy.

Tylko mózg –(brak spacji?) będący poza główną kipielą energetyczną – pracował w trybie awaryjnym…

Niewykonalny (zbędna spacja?) .

A całkiem niedaleko pracują i przechodzą inni ludzie, nie zwracając zupełnie uwagi na – zdawało by się (drugi myślnik, kończący wtrącenie?) stojącego sobie swobodnie w chwili przerwy, kolegę. – razem?

Brat łata porównał to do sądu ostatecznego. – czemu tu nie ma: „BŁ”?

Nie dokończył oceny do chwili bieżącej – spawacz w międzyczasie wyłączył agregat, film zniknął (przecinek?) a  bardziej padł niż usiadł na stertę stalowych profili i dwie godziny dochodził do siebie.

A później (przecinek?) oczywiście (i tu?) do roboty…

Naprawdę solidne i widoczne – znajomi do dziś zaskoczeni są ewolucjami, jakie wykonuje na spacerze (przecinek?) omijając wszelkie napotkane żuczki i mróweczki – przewartościowanie.

Pamięta jeszcze (przecinek?) jak ludzie uciekają w popłochu

z przystanku, ale nic więcej.

Nie ma pojęcia (przecinek?) jak to się stało, że wyszedł bez szwanku z takiej opresji.

Wspinał się powoli, jak jaszczurka (przecinek?) szorując brzuchem po drabinie (i tu?) aby nie zdestabilizować konstrukcji.

Wszystko było OK. (zbędna kropka?) , dopóki trzy wory cementu (tyle ważył w przeliczeniu) nie wspięły się dość wysoko, aby aluminiowa drabina nieznacznie wygięła się w łuk (przecinek?) skracając dystans. Ta sama masa spowodowała również nieznaczne zagłębienie podstawy drabiny w podłożu, (zbędny przecinek?) oraz obniżenie (i tak mocno dyskusyjne) punktu podparcia na górze. – powtórzenie?

Drabina w jedna stronę, (ten przecinek bez pogrubienia?)  w drugą wykonując efektowny, choć fatalny w skutkach „pad płaski” (jest coś takiego w gimnastyce akrobatycznej?).

Zanim pogotowie dowiozło na SOR (przecinek?) oczy zrobiły się czarne (i tu?) jak po mocnym nokaucie…

Dobra, nie mów pan nic (jak tu mówić w takim stanie – czy to nie pytanie?), żona pana pobiła, co?…

Przychodzi drugi medyk z wiadrem gipsu, patrzy (przecinek?) że (przecinek?) jak Twardowski na kogucie – w jednym kapciu, drugim bucie (no bo przecież na spuchniętą stopę buta nie włoży) i konstatuje: (…).

W zabiegowym mają specjalny fragment ściany, pod którym sadzają delikwenta. Pomocnik mocno trzyma głowę, a lekarz specjalnymi szczypcami z całej siły wpycha jałowe tampony. Chyba mają już nawet w ścianie leciutkie wgłębienie w tym miejscu… – powtórzenie?

też akurat miał taki. – czemu tu nie jest pogrubioną czcionką?

Nowy lekarz, po dwudziestu latach spędzonych w nowojorskim szpitalu (przecinek?) nie dał się nabrać na autodiagnozę, że to

niby to tylko jakieś tam przeziębienie, piguły i po krzyku…

– powtórzenie?

– Pakujemy się i do szpitala. – zadysponował. – błędny zapis wypowiedzi?

Niektórzy mówią o niej (dwukropek lub myślnik?) lek ostatniej szansy – wankomycyna – albo pomoże, albo skróci cierpienia…

 Widać (przecinek?) jak powolutku czerwona pręga posuwa się żyłą w stronę serca…

Kolejny tydzień już na zwykłej sali. Lekarze przygotowywali już rodzinę na najgorsze, a tu taka siurpryza… – powtórzenie?

Natomiast podczas ostatniej rutynowej kontroli dr przywitała go bardzo sympatycznie:(…). – ten i inne skróty – rozwinąć?

Ponieważ BŁ traktuje ryzyko jako nieusuwalny składnik życia (przecinek?) zapewne było tych ewolucji – może bardziej dyskretnych i oddalonych – dużo więcej.

Choćby w takich okolicznościach (i tu?) jak poniżej: (…).

 A Kostucha – nawet kiedy ma „zakaz” – naprawdę potrafi „umilić” życie – brak kropki?

Trzeba wiedzieć (przecinek?) kiedy brak umiejętności i kurczący się czas sugerują dyskretne wyjście „po angielsku”.

Ale każde następne z serii to fatum (przecinek?) czy wciąż probabilistyka?…

ON analizuje na spokojnie (przecinek?) co te dziabągi tam wyrabiają i dlaczego…

 

Przed: KONIEC za duża spacja (zbyt wiele wolnych wersów).

 

Powiem szczerze, że… nie wiem, co napisać. :) Tekst jest w moim odczuciu zbiorem przezabawnych skeczy. Brakuje mi mocno osadzonej w nim fantastyki. :) Oczywiście żarty z netu – świetne. ;)

Pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

 

@Dalekopatrzacy

Pogodno jest super.

smiley W dodatku “górniczo-hutnicza orkiestra dęta robi nam – paparara…” Heh.

 

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

@bruce

smiley Miło, że jesteś. Walczę nieustannie z edytorami, więc jeszcze wrócę… 

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

heartsmiley

Pecunia non olet

@bruce (& others smiley)

 

Po pierwsze primo (laugh) – jak można się domyśleć, to trzecia wersja narratora jest

za wszystko odpowiedzialna, czyli alter ego (AE)…

 

Po drugie primo – stareńkie oprogramowanie (MS’2007 i Windows 10), jakie mam 

w komputerze powoduje, że edytory “gryzą” się tu od zawsze i z byle powodu.

Nie będzie więcej zabawy w literata, więc do e-maili i banku to wystarczy…

 

Po trzecie primo – stylistyka. Wiadomo, czym skorupka za młodu… wink

 

Po czwarte primo – czas na tego mizernego twista. Czyli nietypowy coming out,

dotyczący wieku, oraz (okazjonalnie) aparycji. “Opko” miało pójść w Halloween,

wiec i aparycja odpowiednia.

 

 

 

Dziabąg jak się patrzy, 77 lat (wielu takich leśnych dziadków zapewne tu nie ma), więc

czas najwyższy poświęcić więcej uwagi i energii ulotnej codzienności. Co było – nie

wróci, a co będzie – to już dla Was, młodych…

Aha – i jeszcze naprawdę gorące pozdrowienia dla wszystkich “użyszkodników”.

 

 

To tyle smrodku dydaktycznego, czas do meritum.

 

@bruce:

Prawie wszystko udało się tak czy owak poprawić. Prawie – zdjęcie w Arabesque nie otwiera

się ósmy raz, choć na kopii roboczej działa… Spróbuję tutaj:

 

surprisesmileylaugh

No i czy to nie czysta magia? Tutaj działa. Szkoda, bo fajne…

 

Całość trzeba jeszcze inaczej sformatować.

To prawda. Jednak każda próba porządkowania pogarsza tylko sprawę…

Tekst jest w moim odczuciu zbiorem przezabawnych skeczy.

Cieszę się, że przezabawne. Taki był zamiar – trochę lekkości i finezji w tym prawdziwym

i zabójczym (!) tańcu z kostuchą…

Jeszcze raz wielkie dzięki za poświęcony czas. heart

 

EDIT – jednak nie działa, za drugim podejściem został po nim tylko punkt…

 

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

laugh Kłaniam. yes

Pecunia non olet

Wielkie brwa za coming out, to znaczy za odwagę. Do opka odniosę się później, a teraz tylko dwa luźne słowa. Moim skromnym zdaniem powinniśmy być na “Nowej” znani z imienia i nazwiska, a do tego – jak mawiał mój znajomy Słowak – “ofocenii”. Co ja bym dał, by widzieć, słyszeć i do tego czytać Sylwię, to znaczy Finklę. By widzieć i znać Bruce (choć czuję się tak, jakbym ją znał). By znać Fanthomasa… Okej, starczy. Pozdrawiam i do zobaczenia. 

Co ja bym dał, by widzieć, słyszeć i do tego czytać Sylwię, to znaczy Finklę. By widzieć i znać Bruce (choć czuję się tak, jakbym ją znał). By znać Fanthomasa…

heart Maćku, przecież my się znamy. A – że tylko/aż – dzięki Portalowi? Nic to. :))

Pecunia non olet

smiley

Wielkie brwa za coming out,

Dzięki… 

A podobno jednoimienne potencjały się odpychają. Coś z tą nauką nie tak. surprise

To chociaż opiszę ten obrazek, bo to swoiste signum temporis:

Kostucha, grzebiąc w telefonie, do stojącego przed nią, wystraszonego chłopca:

– Spokojnie Jasiu, na razie tylko dodaję cię do znajomych…laugh

 

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

Hejka!

Ciekawy tekst, takie życie na granicy.  Mimo ciężaru tematu, opowiadanie nie traci lekkości, dzięki humorystycznym wstawkom. Po przeczytaniu, pozostaje taka chwila na zastanowienie, czy życiem kieruje przypadek a może jednak coś innego?  Całość przedstawiona bardzo po ludzku – podobało mi się. 

Pozdrawiam. 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

smiley

Witaj betweenthelines.

Miło, że podobało się – to jednak dość ciężki temat, mimo żartobliwego tonu.

Czasami trzeba się zadumać nad takimi zjawiskami, choćby dla duszy i psyche…

heart Pozdrawiam.

 

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

Nowa Fantastyka