- Opowiadanie: Biegacz - Na górze cz. 2

Na górze cz. 2

Cześć,

Chciałbym podzielić się z Wami drugą przygodą Wiktora. Opowiadanie dzieje się już po jego szkoleniu w formacji zwiadowców. W planach mam również część „1,5”, która przybliży wydarzenia z samego szkolenia, a w przyszłości chcę kontynuować historie bohaterów i budować świat, w którym żyją. Fabuła nabiera tempa (przynajmniej moim zdaniem). Oceńcie sami :). Z góry dziękuję za wszelkie opinie i konstruktywną krytykę.

Tekst zawiera wulgaryzmy.

Pozdrawiam

Oceny

Na górze cz. 2

CÓŚ NOWEGO

 

– Bogdan, gdzie to mamy skręcić? – woźnica siedzący na wozie wypełnionym towarami zahamował z impetem, ciągnąc lejce do siebie tak mocno, że kara szkapa, która swoje lepsze czasy miała dawno za sobą, o mało nie połamała kopyt.

Między pniami drzew zalegał mrok – nie był jeszcze nocą, ale już przestał być dniem. Gęsty, lepki i nieprzyjazny, sprawiał wrażenie watahy wilków powoli osaczającej podróżnych.

– Bo ja wiem… – Bogdan podrapał się po głowie, na której trudno było szukać włosów. – Mniej posępnie wygląda ta ścieżka po prawej. Może spróbujmy, najwyżej zawrócimy.

– Rąbnij się w łeb, stary dziadzie – warknął woźnica, wyraźnie zezłoszczony na swojego kompana. – Powoli robi się szarówka. Za dwie godziny będzie ciemno, a ja nie mam zamiaru zostać w tym lesie na noc. – Furman rozejrzał się nerwowo wokół. – Zresztą popatrz, już gówno widać przez te drzewa.

– Ten las ma kilkaset lat, Rysiek. Był tutaj przed nami. Szanuj go i nie gorączkuj się tak, bo ci żyłka strzeli. Poczekaj, zerknę na mapę. Może ona trochę podpowie.

– Gówno ci podpowie!. – krzyknął. – Ta mapa… – kiwnął głową na zawiniątko kurczowo trzymane przez przewodnika. – …jest tak stara, że nawet tej ścieżki, na której jesteśmy, nie ma… – wyciągnął umorusanego kurzem palucha, wskazując puste miejsce na mapie – …a te, które są na mapie, już nie istnieją. – Woźnica zamachnął się, uderzając przewodnika w potylicę. – Wziąłem cię, żebyś wskazał mi drogę do Ilkanau, a ty już trzeci raz ją gubisz. Przez ciebie zaraz nas tu zaszlachtują.

Bogdan popatrzył zimno na swojego zleceniodawcę. – Miarkuj, Rysiek. Na wyzwiska jestem odporny, ale uważaj. Wyglądam staro, ale to nie oznacza, że chcesz być moim wrogiem. – Twarz wiarusa przybrała niepokojący wyraz, a żuchwa zaczęła mimowolnie drgać. – Uspokój się, zaraz sobie przypomnę. 

Przewodnik klepnął woźnicę w plecy na znak, że nie chowa do niego urazy. Z pozoru lekko, lecz ten przez chwilę nie mógł złapać tchu.

– Poczekaj. Zejdę, rozejrzę się i pojedziemy jak po sznurku.

– Masz parę w łapie, chłopie – wysapał Rysiek, którego ręka powędrowała teraz na plecy w celu rozmasowania uderzenia.

Bogdan lekko zeskoczył z wozu. Szybko zatoczył koło wokół, rozglądając się to w lewo, to w prawo, po czym podszedł do Ryśka z szelmowskim uśmiechem.

– W prawo – oznajmił.

– Jesteś pewny?

– Tak, na pewno. Z prawej bardziej śmierdzi – uśmiechnął się szerzej, akcentując ostatnie słowo – a gdzie smród, tam ludzie.

– Ja tam nic nie czuję, ale czas nagli. Wsiadaj i w drogę – mruknął woźnica i machnął na Bogdana, żeby ten wracał na wóz.

– Droga jest dzisiaj zamknięta! – ryknął głos z głębi lasu, a szczelna bariera z listowia tylko pogłębiła napiętą atmosferę.

Słowa przeszły w szelest liści poruszonych w pobliskich krzakach. Po chwili z zarośli wyłoniło się czworo ludzi. Mieli na sobie poszarpane kurtki i brudne twarze, ale w ich oczach nie było strachu, tylko wyuczona pewność tych, którzy wielokrotnie robili to samo. Rysiek, jeszcze chwilę temu skory do bitki z towarzyszem, teraz pobladł nie na żarty. „Czemu nie wziąłem porządnej obstawy?” – pomyślał. – „Trzeba uciekać”.

Od tego pomysłu odwiodła go flinta wycelowana prosto w niego. Lufa była stara i porysowana, ale trzymana pewnie, jak narzędzie, które wykonywało swoją robote setki razy.

– Zamknięta, chyba że uiści się odpowiedni podatek na ubogich ludzi z lasu – zarechotał jeden z grupy. – Pan za lejcami ewidentnie gdzieś się spieszy. Poproszę ręce z lejców, tylko powoli – zasyczał, a hałas z butów podbitych stalą niósł się po kamieniach w taki sposób, że furmanowi ciarki zaczęły grać marsza po plecach.

Czwórka była już przy wozie, zanim skończył zdanie. Każdy obstawił inny kierunek, jednocześnie uważnie obserwując Ryśka. Woźnica mimochodem spojrzał na Bogdana, który podniósł ręce do góry. Został sam.

– D-dzień dobry, mili panowie – furmanowi głos drżał jak liście na wietrze. – Jestem kupcem z Tartantu, a to mój przewodnik z pobliskiej wioski. Prowadzi mnie do miasta Ilkanau. Nie szukamy zwady. Chcemy tylko przejechać.

– Popatrzcie – odezwał się jeden z grupy. – Trafił się wygadany.

Reszta buchnęła śmiechem, a sam podszedł bliżej, mierząc furmana wzrokiem.

– A my jesteśmy z tego lasu. Nazywam się Rittner. Dowodzę tymi poczciwymi ludźmi a zasady w tym miejscu są takie, że za przejazd trzeba opłacić podatek.

– Dość spory podatek – dodał ten stojący z tyłu wozu.

– Panowie… – Rysiek spróbował jeszcze raz, mocno gestykulując. – …zlitujcie się. Nie mam nic. Wszystko poszło na strawę i noclegi w karczmach. Sami wiecie, jakie mamy czasy.

– Wielka szkoda, dziadku – odparł herszt, klepiąc lekko zad karej szkapy zaprzęgniętej do wozu. – Tym gorzej dla ciebie. W takim razie będziemy musieli zarekwirować towar, który wieziesz.

Widząc, że sprawy przybrały kiepski obrót, Rysiek, w przypływie desperacji, sięgnął po sztylet ukryty za pazuchą. Ruch był szybki, lecz nie dość szybki. Przywódca bandy w jednej chwili złapał go za rękę. Rysiek pobladł, jednocześnie zrozumiał, że jego minimalna, ostatnia szansa właśnie przepadła, gdy herszt powoli zaczął wyciągać z pochwy swój nóż.

– Przepraszam, mogę przeszkodzić na chwilę – odezwał się nagle nieznajomy głos z miejsca, którego nie miał na oku nikt z bandy.

– Kto, do kurwy, pytał? – syknął zaskoczony herszt, a oczy zapłonęły mu gniewnym ogniem.

– Ja – odparł spokojny, neutralny głos, który sprawił, że herszta przeszła gęsia skórka po całym ciele.

Cisza zapadła ciężka jak kamień. Przywódca obrócił się w kierunku głosu, jednocześnie chowając sztylet. Rysiek powoli dziękował sobie w duchu za te kilka dodatkowych minut życia. Za wozem znajdowało się dwóch ludzi ubranych w czarne płaszcze z głęboko nasuniętymi kapturami.

– Panowie – zaczął zakapturzony – widzę, że rozwiązujecie tutaj swoje problemy. Chcemy się tylko dowiedzieć, jak dotrzeć do Ilkanau. Oczywiście najszybszą możliwą drogą.

– W lewo! – warknął dowódca bandy.

Furman rzucił Bogdanowi ponure spojrzenie, przeklinając godzinę, w której postanowił wziąć tego chłystka na przewodnika.

– Dziękujemy bardzo i przepraszamy, że przeszkadzamy – odezwał się wędrowiec, dając towarzyszowi znak ręką do odejścia.

– A ten drugi to nie podziękuje? – zabulgotał bandyta stojący najbliżej dwójki. – Niemowa czy co?

– Dziękuję – odparł drugi.

Gniew herszta powoli opadał; cieszył się, że nieproszeni goście zaraz znikną. Dawno nie mieli okazji tak się obłowić. Kto w dzisiejszych czasach jechał z towarem bez obstawy? „Heh" – pomyślał. – „W końcu łatwa akcja".

Kiedy dwójka przybyszów mijała wóz, wzrok jednego z bandytów padł na ramię płaszcza. Zauważył znak. Nim jednak zdążył otworzyć usta, by krzyknąć ostrzeżenie, jeden z zakapturzonych wystrzelił do przodu niczym zwolniona sprężyna. Dopadł herszta w ułamku sekundy. Żelazny uścisk wykręcił ręce lidera, a ciężar ciała napastnika wbił go w błoto, zanim ten w ogóle pojął, że jest atakowany.

Rittner poczuł, jak dłonie przybysza zaciskają się na jego przegubach niczym stalowe kleszcze, miażdżąc skórę i mięśnie. Drugi z przybyszów, niewzruszony chaosem, spokojnie poprawił skórzane rękawice. Widząc wycelowaną w siebie lufę flinty, powoli obrócił głowę w stronę strzelca.

– Stój, bo strzelę! – wysapał zbir.

– Strzelaj – odrzekł nieznajomy.

Padł strzał. Kula minęła cel o dobre pół metra. Zakapturzony wykonał błyskawiczny unik i w jednej chwili znalazł się przy strzelcu. Potężnym ciosem podciął mu nogi, a gdy ten upadł, kopnął go w brzuch. Rysiek, widząc akcję kątem oka, przypomniał sobie, jak w młodości kopał jabłka pod rodzinną jabłonką. Efekt był podobny. Oprych przeleciał kilka metrów, zatrzymując się z łoskotem na wystającym korzeniu.

Drugi z bandytów rzucił się do ataku, lecz był zbyt wolny. Nim zdążył dobyć miecza, postać dopadła go i uderzyła w splot słoneczny. Mężczyzna natychmiast padł na kolana, krzyżując ręce na piersi i rozpaczliwie łapiąc oddech. Nieznajomy minął go, częstując na odchodne mięsistym kopniakiem w żebra.

„Kolejne jabłko do kolekcji” – szepnął cicho furman.

Trzeci bandyta, stojący najdalej i widząc, jak jego towarzysze są przerzucani niczym worki kartofli, dobył rdzewiejącą klingę z uszczerbionym czubkiem. Ruszył w stronę nieznajomego. Stanęli oko w oko.

– Tylko mnie tym nie dźgnij – zaśmiał się cicho zwiadowca – Możemy obejść się bez przemocy, tylko odłóż broń i poddaj się.

Zbir nie posłuchał. Z szałem w oczach rzucił się do ataku, tnąc na oślep. Przybysz poprawił rękawice i jednym ruchem uderzył pięścią w ostrze. Ręka bandyty wykrzywiła się nienaturalnie tracąc kontakt z klingą.

– Złamana – oznajmił.

Bandyta zaskowytał i odruchowo chwycił się za dłoń. Zwiadowca wykorzystał ten moment, uderzył zakapiora prosto w nos. Krew momentalnie zalała twarz napastnika, gdy ten runął na ziemię.

– Zwiadowcy… – krzyknął herszt, dociskany przez drugiego przybysza nim trzymająca go postać zadała mu ogłuszający cios w potylicę.

Gdy kurz walki opadł, zakapturzeni podeszli do Ryśka i Bogdana. Woźnica, którego kolory zaczęły wracać do normalności, dopiero teraz zauważył, że stojąc obok siebie, wyraźnie różnili się wzrostem.

– Żyjecie? – odezwał się wyższy. – Macie szczęście. W poprzedniej wsi mówili o nagrodzie za nich. „Czterech spod Januszkowa".

– Żyjemy… – wysapał Rysiek. – Dziękujemy za ratunek, panie.

– Na pana trzeba mieć wygląd i pieniądze – rzucił z humorem.

– Skoro już ci nic nie grozi, pewnie nie będziesz miał przeciwwskazań, żebyśmy porozmawiali z twoim przewodnikiem.

Rysiek tylko pokiwał głową. Kiedy przybysze obrócili się w kierunku Bogdana, ten stał ciągle nieruchomo. Nie wyglądał już jednak jak zagubiony starzec. Plecy miał wyprostowane, ramiona napięte, a dłonie ułożone w sposób zdradzający nawyk trzymania broni. Starcza nieporadność zniknęła z niego jak źle dobrana maska.

– Bogdan – odezwał się wyższy zwiadowca, patrząc na starca. – Ta czwórka, która teraz śpi, warta jest mniej niż ty. Twoja reputacja mówi sama za siebie.

Zapadła krótka cisza, którą przerwał Rysiek.

– Panowie… ale o co chodzi? To jest mój przewodnik.

– Z nim raczej byś nie trafił – wtrącił zwiadowca, nie odrywając wzroku od Bogdana. – Na następnym zakręcie byłoby po Tobie.

Ryśka zmroziło. Spojrzał na Bogdana. Ten uśmiechał się lekko.

– Nieźle to sobie wymyśliłeś – kontynuował zwiadowca – najpierw poczekałbyś, aż tamci zabiją woźnice. Później ukatrupiłbyś ich a towar wziął. Zmyślna bestia.

– Gówno wiecie – odezwał się przewodnik. – Siedzicie sobie w podziemiach, macie żarcie, dach nad głową, zapłatę. A my? Ochłapy i harówka, żebyście wy mogli spać spokojnie. Nie mamy szans na lepsze życie.

– Masz rację – przytaknął spokojnie zwiadowca, poprawiając klamrę na płaszczu. – Ciężkie macie życie, ale nic nie usprawiedliwia zabicia pięciu ludzi. Pójdź z nami. Odpokutujesz swoją winę.

Przewodnik nagłym ruchem wyciągnął miecz zza pazuchy. Zwiadowca nawet nie drgnął. Spod kaptura dobiegło ciche westchnienie.

– Odpokutujesz? – oczy przewodnika zapłonęły ogniem zniszczenia. – Całe życie poświęciłem dla tego kraju, a on na końcu nasrał na mnie.

– Gdzie służyłeś? – zapytał łagodnie.

Bogdan wypiął pierś i wykonał gest salutu w kierunku zwiadowcy.

– Dziesiąta Samodzielna Kompania Wyta.

– Elitarne oddziały – zwiadowca spojrzał na swojego kompana. – Nie wtrącaj się, zasługuje na pojedynek jeden na jednego.

– Ściągnij kaptur – rzucił Bogdan. – Chcę wiedzieć, z kim będę walczył.

Zwiadowca jednym ruchem odpiął klamrę i zsunął kaptur na plecy, a przewodnikowi ukazała się postać z krystalicznie błękitnymi oczami. Bogdan pobladł.

– Szybka Śmierć… – wyszeptał.

– Tak gdzieniegdzie mnie nazywają – odpowiedział Gabriel, dobywając miecz z pochwy na plecach.

Rysiek, który obserwował tę scenę z pewnej odległości, od razu zauważył, że ostrze nie było wykonane przez powierzchniowca. Stal z głębin żarzyła się wśród zachodzącego słońca.

„Ciekawe, czy szło kupić za to cacko całą wioskę ?" – pomyślał.

Rysiek kilka miesięcy później snuł żonie niestworzone opowieści o tym, co wydarzyło się potem. W rzeczywistości dostrzegł niewiele – jego ciało reagowało wolniej niż oczy i umysł. Wszystko rozegrało się tak szybko, że nie miał szansy pojąć, co dokładnie zaszło. Jedynym obrazem, który zapamiętał wyraźnie, było powietrze gęstniejące nagle, jakby sam las wstrzymał oddech przed tym, co miało nastąpić.

Pierwszy ruszył Bogdan. Postawił wszystko na jedną kartę. Dla zmyłki wykonał kilka lamparcich skoków w stronę zwiadowcy, po czym gwałtownie zmienił kierunek, zrobił krok w bok i ciął na wysokości gardła. Zwiadowca wyczekał do ostatniego momentu, dając starcowi złudną nadzieję. Gdy ostrze znalazło się kilka centymetrów od punktu witalnego, lekko odbił cios własnym mieczem. Gabriel poruszał się tak oszczędnie, że każdy zbędny ruch zdawał się marnotrawstwem czasu.

Starzec nie odpuszczał. Odzyskując równowagę, stanął naprzeciwko górującej nad nim postaci i ciął w okolice tętnicy udowej. Zwiadowca był na to przygotowany, jakby czytał mu w myślach. Sparował uderzenie, niemal nie poruszając się z miejsca, krzyżując ostrza w ciasnym klinczu. Starzec poczuł ciężar jego spojrzenia – wwiercało się w niego, odbierając kontrolę nad własnym ciałem. Przymknął oczy, zacisnął dłonie na rękojeści i spróbował wyrwać się z uścisku stali.

– Jesteś z Wyta – wyszeptał.

– Jestem! – krzyknął.

Tego, co wydarzyło się później, nie rozumiał nawet Wiktor, który dotąd spokojnie obserwował walkę z boku. Bez żadnego widocznego ciosu Bogdan nagle złapał się za tył głowy, zatoczył się i runął na ziemię, tracąc przytomność.

– No i, młody – zaczął wesoło zwiadowca, chowając broń i odwracając się od nieprzytomnego starca. – Jaką lekcję wyciągnąłeś z tego pojedynku?

Niższy zwiadowca zsunął kaptur. Rysiek zobaczył twarz dziecka – chłopak mógł mieć co najwyżej dwadzieścia lat.

– Yyy… nie wiem – podrapał się po głowie. – Może… nigdy nie lekceważyć przeciwnika?

– Otóż to, Wiktor. Widziałeś, jak się poruszał? Inna liga w porównaniu z tymi oprychami. Nic dziwnego, że wyznaczono za niego wyższą nagrodę niż za tamtą czwórkę.

Gabriel podszedł do wozu.

– Mości woźnico, nie przedstawiliśmy się. Nazywam się Gabriel, a tamten to mój uczeń, Wiktor.

 Jedziemy do Ilkanau. Czy mógłbym zaproponować ubicie małego interesu?

– Jaki to interes? – oczy handlarza zaświeciły się jak gwiazdy na nocnym niebie.

– Nie mamy jak przetransportować tych panów do miasta, a ty nie masz ochrony. Proponuję transport za eskortę. Co ty na to?

– Zgoda! – Rysiek z trudem ukrył entuzjazm.

– Trochę nam tu zeszło – Gabriel spojrzał na krwisto-pomarańczowe słońce chowające się powoli za koronami drzew. – Za godzinę zrobi się ciemno. Proponuję rozbić obóz.

– Dobry pomysł! Dzisiaj ucztujemy na mój koszt! – przytaknął handlarz.

Zsiadając z wozu, Rysiek przyjrzał się swoim niedoszłym oprawcom. Leżeli teraz pod wielkim dębem, nieopodal wozu, zaniesieni tam przez Wiktora, który precyzyjnie odmierzał substancje w strzykawce. Handlarz obserwował z daleka kolejne wkłucia w bezwładne ciała zbirów.

Jeden z bandytów nagle odzyskał świadomość. Jego plecy wygięły się w łuk, z gardła wyrwał się ochrypły ryk. Zwiadowca zareagował natychmiast – jednym, krótkim ruchem wbił igłę w bok szyi. Ciało bandyty zesztywniało, drgnęło jeszcze raz, po czym ciężko opadło na trawę. Oddech się wyrównał, powieki opadły. Znów był nieprzytomny.

– Przydałoby mi się coś takiego na starą – mruknął pod nosem woźnica, wracając do swoich spraw i powoli szykując miejsce pod obóz.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Zerkam do profilu i widzę, że swój debiut na Portalu masz już zaliczony, lecz to jedynie pierwszy fragment, ten zaś jest drugim, oba niedawno opublikowane, więc na wszelki wypadek zasugeruję, abyś zajrzał do działu Publicystyka i poczytał zamieszczone tam, bardzo pomocne nam wszystkim Poradniki: dialogowy, myślowy, językowe, interpunkcyjne itp., a także – autorstwa Drakainy – dla Nowicjuszy. ;)

 

W całym niniejszym fragmencie na pewno trzeba poprawić dialogi, np.:

– Bogdan, gdzie to mamy skręcić? – woźnica siedzący na wozie wypełnionym towarami do handlu zahamował z impetem, ciągnąc lejce do siebie tak mocno, że kara szkapa, która swoje lepsze czasy miała dawno za sobą, o mało nie połamała kopyt, a między pniami drzew zalegał mrok, który nie był jeszcze nocą, ale już przestał być dniem – gęsty, lepki i nieprzyjazny, sprawiał wrażenie watahy wilków, która osaczała powoli podróżnych.

 Przewodnik klepnął woźnicę w plecy na znak, że nie chowa do niego urazy. Z pozoru lekko, ale ten przez chwilę nie mógł wziąć oddechu – Poczekaj, zejdę, rozejrzę się i pojedziemy jak po sznurku.

– Bogdan – odezwał się wyższy zwiadowca, zwracając się ku starcowi. – Ta śpiąca teraz czwórka jest warta mniej od Ciebie. Można powiedzieć, że twoja reputacja Cię wyprzedza.

 

Z kolei w tym fragmencie nie rozumiem środkowego zdania, ono jest chyba niepełne (?), bo o jakich „dwóch” mówi bohater:

– Rąbnij się w łeb, stary dziadzie – warknął woźnica, wyraźnie zezłoszczony na swojego kompana. – Powoli robi się szarówka. Za dwie będzie ciemno, a ja nie mam zamiaru zostać w tym lesie na noc. – Furman rozejrzał się nerwowo wokół. – Zresztą popatrz, już gówno widać przez te drzewa.

 

Warto też przejrzeć i poprawić interpunkcję, np.:

– Droga jest dzisiaj zamknięta! – ryknął głos z głębi lasu a szczelna bariera z listowia tylko pogłębiła napiętą atmosferę.

"Czemu nie wziąłem porządnej obstawy" – pomyślał – "trzeba uciekać".

Dowodzę tymi poczciwymi ludźmi a zasady w tym miejscu są takie, że za przejazd trzeba opłacić podatek.

 

 

Bywają i usterki poważniejsze, np.:

Rysiek, jeszcze chwile temu skory do bitki z towarzyszem, teraz pobladł nienażarty.

Furman spojrzał spod łba na Bogdana, przeklinając godzinę, w której postanowił wziąć tego chłystka za przewodnika.

Ogień w oczach herszta powoli gasł, ciesząc się, że nieproszeni goście zaraz znikną.

– Tylko mnie tym nie dźgnij – zaśmiał się cicho pr. – Możemy obejść się bez przemocy, tylko odłóż broń i poddaj się.

Skoro już nic ci nie grozi, to pewnie nie będziesz miał nic przeciwko, żebyśmy porozmawiali z twoim przewodnikiem.

 

Fabuła ciekawa, bohaterowie realistycznie ukazani. :)

Dziękuję za uprzedzenie o wulgaryzmach. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszym pisaniu. :)

Pecunia non olet

Dzień dobry,

Uff, dziękuję za korektę redakcyjną, którą sam powinienem był wykonać. Cóż, czuję się trochę głupio. Opowiadanie powinno chyba dłużej poleżeć w szufladzie, a dopiero potem z czystą głową poddać je redakcji. Wszystkie problemy, które zauważyłaś, zostały już poprawione.

Przyznam szczerze, że jeszcze nie zaglądałem do działu publicystyki, ale na pewno to zrobię, przygotowując kolejną część historii.

Dziękuję za poświęcony czas i słowa motywacji na końcu :).

I ja dziękuję. :)

Wszyscy popełniamy błędy, nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, zatem – na spokojnie. ;)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka