- Opowiadanie: Asterionella - Między ciszą a ciszą

Między ciszą a ciszą

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Między ciszą a ciszą

Ściany jaskini były lekko wilgotne. Adrianna obserwowała krople ściekające wzdłuż skalnych żłobień, licząc własne oddechy. Dwudziesty drugi. Dwudziesty trzeci. Dwudziesty czwarty. Wdychane przez nią powietrze, chociaż przefiltrowane przez wbudowane w maskę warstwy węgla aktywnego, wciąż miało lekko stęchły zapach. Grobowy. Ada nie przyzwyczaiła się do niego pomimo ośmiu lat pracy w Przedsiębiorstwie Wydobywczym Grand.

Po niemal dekadzie nie robił na niej wrażenia huk wierteł, buczenie generatorów czy szum przenośnych wentylatorów. Nie przechodziły jej ciarki, gdy szła podziemnymi korytarzami skąpanymi w pomarańczowym świetle elektroluminescencyjnych diod. Ufała wykonanym z grafenu umocnieniom stropu i poliwęglanowym goglom, które szczelnie przylegały do twarzy.

Piwniczny zapach wnętrza planetoid napawał ją jednak lękiem. Nauczyła się kontrolować strach, licząc oddechy. To odwracało jej uwagę od nieprzyjemnej woni: pięćdziesiąt sześć, pięćdziesiąt siedem, pięćdziesiąt osiem… Ada uruchomiła maszynę wciskającą w podłoże sondę statyczną, której zadaniem było pobranie próbek do ekspertyzy geotechnicznej.

Pracę tę wykonywała już setki razy w ciągu minionych lat. Mimo to zachowywała wyuczoną ostrożność. Sondę należało wprowadzać w grunt ze stałą prędkością, monitorując przy tym opór penetracji stożka piezoelektrycznego i opór tarcia na tulei ciernej.

Skupiona na odczytach wyświetlających się na przenośnym monitorze nie zwróciła uwagi na poboczne hałasy. Nauczona ignorować otaczające ją ze wszystkich stron buczenie maszyn nawet nie zarejestrowała cichego pikania. Aż było za późno.

Eksplozja nastąpiła z ogromną siłą. Rzeczywistość Adrianny rozszczepiła się na pojedyncze atomy. Świat ni to zwolnił, ni przyspieszył. Było tak, jakby czas wyparował, a wraz z nim ona sama.

Na ochronnych goglach Adrianny pojawiła się rysa. Kobieta mrugnęła. Monitor zniknął sprzed jej oczu, a zamiast niego pojawiła się chropowata skała. Czyjeś wielkie buciory. Brązowe rękawice. Ada znów mrugnęła.

Nagle przez błonę oszołomienia przedarły się dźwięki. Krzyki, głosy, rozkazy, polecenia. Coraz bardziej narastający tumult i głuche dudnienie w uszach. Adrianna zaczęła się podnosić. Chciała wytłumaczyć, że jest tylko lekko oszołomiona.

– Dajcie mi chwilę odsapnąć – wydukała, zdziwiona, że słowom tym towarzyszył rybi bulgot. Zamrugała. Wciąż pod bardzo dziwnym kątem patrzyła na podłogę i brązowo-żółte sznurówki cudzych butów, a przecież przed chwilą wstawała. Nie rozumiała, co się działo.

– Nie ruszaj się – rozkazał czyjś męski, silny głos. – Mamy tu ranną! – krzyknął tak głośno, że słowa te zawibrowały w jej wnętrzu.

– Ranną? Trzeba jej pomóc! – Ada szarpnęła głową, by zobaczyć, kto doznał obrażeń, ale ból przeszył jej szczękę i promieniując wzdłuż karku wgryzł się ostrymi zębami w ciało. Syknęła. A raczej zabulgotała. Znów. Jakby była czajnikiem gotującej się wody.

– Nic nie mów! – Mężczyzna pochylił się nad nią, a jego twarz wyrażała irytację, którą źle maskował czyste przerażenie. – Masz rozdarte gardło. Nie trać sił. Czy możecie się pospieszyć?! – wrzasnął przez ramię.

– Nie możemy się do was przedostać! Cały blok C został odcięty! – padła przytłumiona odpowiedź gdzieś z daleka. Mężczyzna zaklął.

– Nie odpływaj! – Ada poczuła uderzenie w twarz szorstką rękawicą, co ją rozbudziło, chociaż nie wiedziała, że zasnęła. Co bezczelność! Otworzyła usta, by powiedzieć mężczyźnie, co sądzi o takim tupecie, ale poczuła, że w jej gardle zbiera się woda. Wielka powódź, która falami podchodziła w górę. Zakrztusiła się. Próbowała odkaszlnąć, ale poczuła piekący ból wypełniający płuca. Opluła się. Strużka krwi spłynęła kącikiem jej ust. Przerażenie w oczach Adrianny odbijało się we wzroku kucającego nad nią mężczyzny, jakby stanowił jej lustrzane odbicie.

Ada sięgnęła odrętwiałą dłonią do swojego gardła. Nie było go. Źrenice kobiety rozszerzyły się jeszcze bardziej, były ciemnymi jamami czystego szoku. Zaczęła rzęzić. Jej palce trafiły na coś lepkiego, mokrego, ciepłego. To nie była, to nie mogła być jej szyja!

– Zostaw… Przestań! – Mężczyzna chwycił ją za nadgarstek. Zaczął przeklinać i krzyczeć, podczas gdy ona się wyrywała. Musiała stąd uciec. Chryste, jak wszystko bolało. W płucach miała ocean. Dlaczego ten rybi bulgot nie cichł?!

Zamknęła oczy. Świat wokół znów się odkształcił i zaczął zanikać. Wciąż jeszcze czuła na sobie żelazny ucisk mężczyzny bez twarzy, ale już nie tak wyraźny, nie tak silny. Zaczęła mu się wymykać. Dźwięki stały się głuche, przytłumione, odległe. Zmieniły się w zniekształcone buczenie. Zasnęła.

Gdy ponownie otworzyła oczy, znajdowała się w białej sali szpitalnej. Ostre światło jarzeniówek raziło, jak gdyby wpatrywała się w samo słońce. Nie mrugała, bo ostatnim razem, gdy to robiła, świat zwalił jej się na głowę. W efekcie w kącikach oczu Ady szybko zebrały się pojedyncze łzy. Pociekły po skroniach i wsiąknęły w szarawy materiał pościeli pachnącej tanimi środkami do prania.

Adrianna obróciła głowę w bok, choć wysiłek ten sprawił, że na jej czole pojawiły się krople potu. Gdzieś głęboko we wnętrzu jej organizmu zamieszkał ból, jakby zapuścił korzenie w organach. Skrzywiła się. Miała wyschnięte, piekące gardło i okropnie chciało jej się pić, ale nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegała wody.

Widziała za to przewody wchodzące do jej ciała i wychodzące z niego. W żyle nadgarstka tkwił wenflon, do którego podłączono kroplówkę z bezbarwnym płynem. Pulsoksymetr na palcu wskazującym mierzył saturację krwi, a kardiomonitor rejestrował pracę serca. Było w niej tyle człowieka, co medycznej aparatury.

Zaśmiała się na tę myśl, ale zamiast śmiechu z jej gardła wydobył się charkot i kaszel. Zaczęła się dusić. Pole widzenia gwałtownie zawęziło się do małej szparki, jakby przymknęła powieki. W panice zacisnęła dłonie na kołdrze i zaczęła młócić nogami.

– Już, już – rozległ się obok spokojny, opanowany głos. – Proszę oddychać przez nos – poleciła dyżurna pielęgniarka. – Właśnie tak, świetnie sobie pani radzi.

Adrianna otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale tęga kobieta w białym czepku uniosła dłoń:

– Proszę się nie odzywać – nakazała zdecydowanym tonem. – Nie wolno pani mówić. Niedługo zaczyna się obchód, wówczas odwiedzi panią lekarz i wszystko wytłumaczy – zapewniła, po czym pogmerała chwilę przy kroplówce i wyszła. Adrianna odprowadziła ją niechętnym spojrzeniem, a potem długo wpatrywała się w puste przejście.

Lekarze byli stadem białych gołębi. Pojawili się grupą, ubrani w jasne kitle i głośno gruchali. Adrianna dowiedziała się, że w miejscu, w którym pracowała, doszło do… incydentu. Odłamki ciężkiego, metalowego sprzętu rozerwały jej gardło. Cudem nie uszkodziły głównych tętnic. Kobiecie przeszczepiono tchawicę ze sztucznego włókna, na której umieszczono jej własne komórki macierzyste pobrane ze szpiku kostnego. Przez jakiś czas będzie oddychała przez rurkę.

– Pani struny głosowe uległy rozległym uszkodzeniom – wyjaśniła siwowłosa ordynatorka oddziału. – Udało nam się wypełnić ubytki syntetyczną tkanką, jest jednak kluczowe, by w najbliższym czasie ograniczyła pani mówienie. Do zera – oznajmiła twardym tonem, w którym pobrzmiewał chłodny profesjonalizm. Ada poczuła się skarcona. W jednej chwili zredukowano ją do ciała, które mogło popsuć wyniki bardzo trudnego, trwającego kilka godzin zabiegu. Nie była techniczką z ośmioletnim stażem, absolwentką czołowej ziemskiej uczelni z inżynierskim tytułem, uczestniczką czwartej wyprawy badawczej na Tei. Była jedynie żywym laboratorium, osłabionym układem odpornościowym i kolumnami cyfr przedstawiającymi wyniki badań.

Nikt nie wyraził pokrzepiającego zapewnienia, że będzie jeszcze kiedykolwiek mówiła. Adrianna nie miała pojęcia, czy w jakiś sposób uda się jej odredukować, na powrót przemienić z posłusznej pacjentki w samodzielną, dorosłą kobietę, którą nie tak dawno temu była. Leżała na sali, wsłuchując się w cichnące na korytarzu gruchanie białych gołębi. Chciało jej się płakać.

W gardle czuła błonę i śluz, jakby w jego wnętrzu wyhodowano ślimaka. Opatrunek na szyi miał zmniejszać opuchliznę, ale Ada i tak miała wrażenie, jakby była rozdęta. Jak balon na moment przed pęknięciem.

Od rozpaczy wybawił ją narkotyczny sen, dzięki któremu kolejne dni zlały się w jedno. Zdominowały je płyny sączące się przez białawy przewód kroplówki, ogień wędrujący po ciele i zapach środków do dezynfekcji.

Kiedy Adrianna ponownie się obudziła, był czwartek. Poczuła wilczy głód, ale mogła przyjmować tylko płyny. Sączyła więc wysoce proteinową odżywkę wzbogaconą o kwasy tłuszczowe omega i przyglądała się prezentom, które ustawiono na szpitalnym stoliku. Wszystkie opatrzone były kartką z logo jej firmy. Wywołało to w niej dziwne uczucie pustki.

Wkrótce Adę przeniesiono z sali intensywnej terapii pooperacyjnej na oddział otolaryngologiczny. W pokoju o ścianach pomalowanych lśniącą brzoskwiniową farbą znajdowały się dodatkowe łóżka, w tym jedno zajęte przez starszą panią o nosowym głosie.

– Jak tam się czujesz, kochanieńka? Co ci tam lekarze przekazali? Jakieś dobre nowiny? – dopytywała co rano, testując granice wytrzymałości Ady. Była jej kuszeniem i złem w najczystszej postaci. Adrianna jednak tylko uśmiechała się słodko, aż jej samej robiło się niedobrze od nadmiaru cukru i wskazywała na swoje gardło. Wciąż nie mogła mówić.

W niedzielę uznała, że nie zniesie dłużej bezruchu. Doczłapała do dyżurki pielęgniarek, gdzie uzyskała zgodę na krótki spacer po terenie szpitala. Gdy zamknęły się za nią drzwi oddziału poczuła się lekka i wolna, a przynajmniej tak wolna, jak może być osoba uwięziona w zamkniętym budynku na stacji kosmicznej przypominającej metalową puszkę.

Ada szła nijakimi korytarzami wyłożonymi jasną wykładziną PCV, która zakrywała chłodną stal i surowe okucia. Zatrzymała się przed automatem z przekąskami, w którego przyciemnianej szybie dostrzegła własne odbicie. Jej czarne, kręcone włosy były w fatalnym stanie, z jednej strony oklapnięte i przylizane, z drugiej napuszone i sterczące. Ada uśmiechnęła się na próbę, ale odpowiedział jej blady upiór na szybie, więc szybko spuściła wzrok.

– Podaj numer produktu – odezwała się maszyna, gdy Ada weszła w pole kamery rejestrującej ruch. Jedenaście, pomyślała. Miała szaloną ochotę na słodki gęsty mus o chemicznym owocowym smaku. Pachniał jak mydło bananowe i składał się głównie z cukru, ale tego właśnie potrzebowała. Jedenaście.

– Podaj numer produktu – powtórzyła maszyna. Ada rozejrzała się za manualnym sterowaniem, podczas gdy ponawiany komunikat natarczywie rozbrzmiewał w uszach. Nic. Tylko ciemne szkło, głośnik i mikrofon. Adrianna, jak zresztą wszyscy mieszkańcy stacji, była do tego stopnia przyzwyczajona do bezdotykowych udogodnień, które wprowadzono ze względu na konieczność zwiększenia warunków sanitarnych, że nigdy nie pomyślała, co będzie w sytuacji, gdy straci głos.

Machnęła ręką na niemilknące urządzenie. Na terenie szpitala powinien znajdować się również bufet z obsługą. Zmęczenie po operacji dało jednak o sobie znać, więc Ada skierowała się w stronę windy, musząc zadowolić się jedynie wyobrażeniem cukru rozpuszczającego się na języku.

Kilka dni później jadła obiad na wspólnej sali, w której przebywało paru pacjentów. Jeden czytał, dwóch innych grało, przesuwając pionki po magnetycznej planszy, ktoś oglądał telewizję. Ada piła przez rurkę letni bulion, który podawany w ten sposób smakował wyjątkowo dziwnie.

Niespodziewanie obraz na ekranie przykuł jej uwagę. W wiadomościach pokazywano zdjęcie kobiety ubranej w roboczy kombinezon. Leżała na ziemi, miała strzaskane gogle i gardło przypominające sito. Zdjęcie pomniejszyło się, a jego miejsce zajęła blondwłosa reporterka.

Bulion stanął Adzie w gardle. Poderwała się do góry z łomoczącym sercem. Pozostali pacjenci spojrzeli na nią zaskoczeni, gdy zaczęła dziko wymachiwać rękami. W końcu ktoś zrozumiał i zwiększył głośność.

– …w wyniku którego trzydziestodwuletnia Adrianna K. została ranna – mówiła reporterka. – Wewnętrzne śledztwo Zakładu Wydobywczego Grand ujawniło celową manipulację przy sprzęcie, z którego korzystał zespół badawczy bloku C. Ze studiem łączy się Harry R., który właśnie brał udział w konferencji prasowej zwołanej przez firmę. Witaj, Harry. – Dziennikarka uśmiechnęła się, gdy obok niej pojawił się prostokąt z obrazem łysiejącego mężczyzny, który poprawiał tkwiącą w uchu słuchawkę.

– Dziękuję, Nino. – Harry kiwnął głową. – Przedstawiciel prasowy Zakładu Grand przyznał, że zarząd firmy doszedł do porozumienia z Techunion, głównym dostarczycielem technologicznym na rynku. Współpraca obydwu spółek zaowocowała ekspertyzą, wedle której wykluczono możliwość uszkodzenia maszyn na etapie produkcji. Co to oznacza? Oddajemy głos Edowi G.

Cały ekran wypełnił wizerunek wysokiego mężczyzny w garniturze, który stał na podium otoczony przez mikrofony, światła i nadajniki. O ile Ada była w stanie się zorientować, nie przebywał na stacji. Oglądała obraz emitowany dzięki wzmacniaczom prosto z Ziemi.

Zmarszczyła brwi. Filia, w której pracowała, miała liczne protokoły na wypadek podobnych sytuacji. Zaangażowanie międzynarodowego zarządu z ziemską siedzibą oznaczało, że spała zdecydowanie za długo. Musiała coś przeoczyć. Ile ją ominęło odkąd trafiła do szpitala?

– …zamierzamy powstrzymać się od wysuwania pochopnych wniosków, niemniej jednak przeprowadzona przez fachowców ekspertyza wskazuje na celowy sabotaż… – skołowana i otumaniona Ada nie słuchała dalszej części wypowiedzi. Sabotaż? Zrobiło jej się niedobrze. Pacjenci patrzyli na nią w napięciu, jakby oczekiwali jakiejś reakcji. Miała ich dosyć. Miała dosyć tego pokoju, szpitala, swojej niemocy! Wróciła do łóżka i zapatrzyła się w sufit.

Miała uczucie, jakby znajdowała się za taflą ze szkła. Obserwowała odbity w lustrze świat, którego nie była już dłużej częścią. Wypadła z obiegu, jak gdyby skończył się termin jej ważności. Nie mogła mówić, a więc tak naprawdę nie istniała.

Zirytowała się własnym użalaniem. W perspektywie utraty głosu zaczęła go doceniać, ale przecież przed wypadkiem używała go tylko do wydawania komunikatów i poleceń. Mieszkała samotnie w służbowym apartamencie wielkości dwudziestu pięciu metrów kwadratowych, który umieszczony był w dzielnicy robotniczej. Nie miała partnerki i dzieci, a na stacji zwierzęta były zabronione. W milczeniu wracała automatycznym samochodem do mieszkania, w milczeniu spożywała rozmrożony posiłek, w milczeniu oglądała telewizję lub słuchała radia. Nagle jednak cisza stała się krępująca, bo nie była już dłużej jej własnym wyborem.

W trakcie wieczornego obchodu pielęgniarka przekazała Adriannie holograficzne nagranie, będące wiadomością od pracownika działu HR, którego przydzielono do brygady kobiety. Po krótkich życzeniach powrotu do zdrowia nastąpiło pytanie o możliwość wydania przez Adę oświadczenia w sprawie wypadku. Otrzymała załącznik, który stanowił nie tyle wzór, co z góry wypełniony dokument, wymagający od niej jedynie podpisania. Zamroczona lekami przeciwbólowymi wykorzystała elektroniczną sygnaturę uwierzytelnianą kodem pracowniczym. Znów odpłynęła…

Trzy kolejne dni minęły sennie i spokojnie. Niemal zapomniała o swoim drastycznym zdjęciu w wiadomościach i wydanym oświadczeniu, którego nie przeczytała. Zaczęła się rozkoszować pobytem w szpitalu, który przypominał urlop. Do czasu przybycia służb bezpieczeństwa, których przedstawiciele pojawili się pod drzwiami pokoju Ady o ósmej rano we wtorek. Wtedy z odmętów jej naszprycowanej lekami pamięci wyłoniło się jedno słowo: sabotaż. Czy do czegoś się niechcący przyznała? Cholera jasna. Mogła przeczytać ten dokument. Gdzież on jest?!

Gorączkowo przeglądała pocztę, podczas gdy pielęgniarka coraz bardziej zirytowanym tonem tłumaczyła funkcjonariuszom, że muszą opuścić teren szpitala. Adrianna rzuciła na nich okiem, po czym zaczęła przebiegać wzrokiem zapisany drobną czcionką tekst.

„W związku z wydarzeniami, które miały miejsce na terenie placówki Zakładów Wydobywczych Grand…” – przeskoczyła kolejne akapity pełne urzędniczego żargonu. Serce kobiety zabiło mocniej. Nie przyznała się do popełnienia żadnych zaniedbań w trakcie pobierania próbek i zadeklarowała przestrzeganie zaleceń BHP podczas obsługi sondy. Odetchnęła z ulgą tak głęboką, że aż zakręciło się jej w głowie. Funkcjonariusze odeszli.

Mimo to niepokój nie opuścił całkowicie Adrianny. Eksplozji nie spowodowała zwykła usterka, która mogła się zdarzyć czy to z winy producenta sprzętu, czy pracownika albo na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. To był sabotaż, celowe działanie. Adrianna próbowała zebrać myśli, ale była zbyt osłabiona i otępiła.

Po paru dniach funkcjonariusze wrócili z formalnym nakazem. Wyjaśnili, że Thomas N., razem z którym pracowała, został oskarżony o dokonanie aktu terroryzmu. Ujawniono jego powiązania z przestępczą siatką działającą na Ziemi.

Adzie chciało się śmiać. Ona również była podejrzana. Za pomocą starego syntezatora mowy zapytała, czy Thomasa aresztowano. Funkcjonariusze wymienili ze sobą znaczące spojrzenia i przez chwilę milczeli.

– Thomas N. zmarł w wyniku obrażeń odniesionych w trakcie wybuchu – poinformował ją jeden z mężczyzn. Potem wyszli. Dzień później Adriannę odwiedził dyrektor Zakładu. Szczupły brunet z nienagannie zaczesanymi do tyłu włosami i lekkimi zakolami zapukał cicho do drzwi, po czym przestąpił próg pokoju. Zwięźle wyjaśnił cel swojej wizyty. W raportach Ady pojawiły się nieścisłości, które należało sprostować. Przepraszał za niepokojenie jej w trakcie rekonwalescencji, ale nie wyszedł. Czekał cierpliwie, podczas gdy Ada gapiła się na niego otępiale.

– Moje raporty są nienaganne. – Wystukała wreszcie na urządzeniu, którego mechaniczny ton odebrał pewność siebie wypowiadanym słowom.

– Naturalnie. – Dyrektor uśmiechnął się. – Po wypadku przebadaliśmy jednak cały sprzęt. Wymagał kalibracji. Pewne zakłócenia w terenie doprowadziły do odchyleń w odczytach.

– Zakłócenia? – przemówiła Ada swoim nowym, robotycznym głosem. Zaczęła zadawać kolejne pytania, ale jej palce trafiały w złe klawisze i ślizgały się po klawiaturze. Miała dłonie mokre od potu. Dyrektor przytrzymał nadgarstek kobiety, patrząc na nią znacząco.

– Wystarczy, że złożysz podpis – powiedział. – Dokumenty są na twoim pracowniczym koncie. Zastanów się – dodał, wstając. Zatrzymał się jeszcze przy drzwiach.

– Prawie bym zapomniał – rzucił tonem sugerującym, że pamiętał o tym cały czas. – Opłaciliśmy twój pobyt w szpitalu i dalsze leczenie. Zapewnimy ci prywatne leczenie po wypisie. Nasi pracownicy są dla nas najważniejsi. Nie możemy sobie pozwolić na ich utratę – dorzucił z mocą, a jego oczy błysnęły jak u drapieżnego ptaka.

Pożegnał się jeszcze uprzejmie ze starszą sąsiadką Ady i wyszedł. Ciemnowłosa inżynierka wpatrywała się w jasne wnętrze swoich dłoni, silnie kontrastujące z brązową barwą skóry. Oczy ją piekły, ale nie płakała.

Wiedziała już, że Thomas nie umarł, lecz został zabity. Czy gdyby ona nie przeżyła wybuchu, to z niej też zrobiono by terrorystkę? Nie musiała patrzeć na raporty, by wiedzieć, co w nich znajdzie, ale i tak zaczęła przeglądać plik za plikiem. Kolosalne różnice w odczytach. Próbki, których nie było. Zafałszowane dane. Miliony, które Zakład zyskiwał dzięki przekrętowi.

– Musisz być bardzo ważną osobą w swojej firmie, moje serce – zaskrzeczała staruszka, przechodząc obok łóżka kobiety z trzeszczeniem stawów.

Tak, ważną… W głowie Ady rozbłysła myśl, że skoro Grand próbuje kupić jej milczenie, to mogłaby się targować o cenę. Awans. Własny oddział badawczy. Przed oczami mignęła jej twarz Thomasa, jego błękitne oczy, szeroki nos, złoty zarost. Jadła kiedyś obiad w jego mieszkaniu. Miał żonę i dwójkę lub trójkę dzieci. Czy naprawdę była osobą, która sprzedałaby go za większe mieszkanie? Musiała zacząć krzyczeć. Cholerne gardło! Mogła być na jego miejscu.

Ale nie była. Pliki zaczęły ciążyć w dłoni Adrianny, jak gdyby miały fizyczną wagę. Musiała podjąć decyzję. Z firmą czy przeciwko niej… Postanowiła dać sobie czas do końca pobytu w szpitalu. Jeszcze kilka dni, a będzie mogła się odezwać. Będzie mogła odzyskać głos – lub utraci go na zawsze.

Tydzień później lekarz wsunął endoskop przez prawą dziurkę w nosie kobiety i stwierdził, że gojenie postępuje prawidłowo.

– Proszę teraz przeczytać poniższy komunikat – nakazał, podając Adzie kartkę z prostym zdaniem. Wzięła głęboki oddech. Zatrzymała w płucach powietrze na trzy lub cztery sekundy. A potem otworzyła usta.

Koniec

Komentarze

Cześć, Asterionella

Opowiadanie jest dobrze napisane. Czyta się lekko, płynnie, ale trochę wieje nudą. Na początku miałem zagwostkę, bo kopalnia, wybuch… a później szpital i szpital, automat z żywnością działający na komendy głosowe.

Wydaje mi się, że w książce przy tej objętości ile ma Twoje opowiadanie, wprowadzenie mogłoby tak wyglądać, ale po długiej ekspozycji, w której niewiele się dzieje, opko traci na mocy. 

Klik za warsztat. 

Pozdrawiam

Dzięki, Hesket, za twój komentarz! Wiele dla mnie znaczy docenienie warsztatu, warstwy tekstowo-językowej opowiadania! Nie planowałam mocno dynamicznej akcji, stawiając raczej na budowanie napięcia drobnymi wstawkami, ale przyjmuję do wiadomości, że ten zabieg mógł być niewystarczający. Myślę, że w przyszłych pracach będę miała z tyłu głowy potrzebę większej dynamizacji fabuły ;) 

Wypadki w pracy zdarzają się – bywa, że z winy pracownika, a zdarza się, że powodem są zaniedbania firmy, więc opowiadanie nie traktuje o niczym nowym. W dodatku ta historia została opowiedziana w sposób, który raczej mnie zmęczył niż zainteresował. Szkoda też, że zabrakło fantastyki – podobna sytuacja mogła mieć miejsce wszędzie, więc wzmianki o innej planecie do mnie nie przemawiają.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia – w opowiadaniu panoszy się zaimkoza.

 

któ­rej za­da­niem było po­bra­nie pró­bek do eks­per­ty­zy geo­tech­nicz­nej.

Była to praca, którą wy­ko­ny­wa­ła… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Na jej ochron­nych go­glach po­ja­wi­ła się rysa. Ad­rian­na mru­gnę­ła. Mo­ni­tor znik­nął sprzed jej oczu… → Zbędne zaimki.

 

ból prze­szył jej szczę­kę i pro­mie­niu­jąc wzdłuż karku wgryzł się ostry­mi zę­ba­mi w jej ciało. → Jak wyżej.

 

– Nic nie mów! – męż­czy­zna po­chy­lił się nad nią, a jego twarz wy­ra­ża­ła iry­ta­cję… → – Nic nie mów! – Męż­czy­zna po­chy­lił się nad nią, a jego twarz wy­ra­ża­ła iry­ta­cję

 

Pró­bo­wa­ła od­kaszl­nąć, ale pie­ką­cy ból wy­peł­nił jej płuca. → Zbędny zaimek.

 

Struż­ka krwi spły­nę­ła ką­ci­kiem jej ust. Prze­ra­że­nie w jej oczach od­bi­ja­ło się we wzro­ku ku­ca­ją­ce­go nad nią męż­czy­zny, jakby sta­no­wił jej lu­strza­ne od­bi­cie.

Ada się­gnę­ła odrę­twia­łą dło­nią do swo­je­go gar­dła. Nie było go. Jej źre­ni­ce roz­sze­rzy­ły się jesz­cze bar­dziej, były ciem­ny­mi ja­ma­mi czy­ste­go szoku. Za­czę­ła rzę­zić. Jej palce tra­fi­ły… → Nadmiar zaimków. Czy wszystkie są konieczne?

 

świat zwa­lił jej się na głowę. W efek­cie w ką­ci­kach jej oczu… → Czy oba zaimki są konieczne?

 

wy­si­łek ten spra­wił, że na jej czole po­ja­wi­ły się kro­ple potu. Gdzieś głę­bo­ko we wnę­trzu jej or­ga­ni­zmu za­miesz­kał ból, jakby za­pu­ścił ko­rze­nie w jej or­ga­nach. → Zbędne zaimki.

Tu przestaję wypisywać zbędne zaimki – jest ich zbyt wiele. Mam nadzieję, że dostrzeżesz zbędne.

 

kable wcho­dzą­ce do jej ciała i wy­cho­dzą­ce z niego. → Czy to na pewno były kable?

 

Czy w jakiś spo­sób uda się jej od­re­du­ko­wać. → Co to znaczy?

 

do­strze­gła wła­sne roz­czo­chra­ne od­bi­cie. → Na czym polegało rozczochranie odbicia?

 

W kilka dni póź­niej jadła obiad… → Kilka dni póź­niej jadła obiad

 

 Za­fał­szo­wa­ne dane, mi­lio­ny zło­tych. → Czy dobrze rozumiem, że na tej planecie walutą był złoty?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło mi, że pomimo zmęczenia tekstem tak uważnie go przeczytałaś! Dziękuję za dużo uwag, które pozwoliły mi chociaż częściowo zdystansować się do pracy i spojrzeć na nią z zewnętrznej perspektywy. Postarałam się usunąć część rzeczywiście zupełnie zbędnych zaimków, a niektóre zdania delikatnie przeredagowałam. “Kable” zamieniłam na “przewody” – chodzi tutaj o wszystkie wężyki, rurki czy dreny będące tak elementami kroplówki, jak i sprzętów elektronicznych; mam nadzieję, że ten wyraz lepiej oddaje powyższy sens. Dzięki wielkie za zwrócenie uwagi na walutę i za pozostałe komentarze.

Co do samej treści… Dostrzegam trochę racji w tym, że akcja mogłaby dziać się w dowolnym miejsc. Umiejscowienie fabuły w przestrzeni kosmicznej podyktowane było raczej zwykłym upodobaniem niż autentyczną potrzebą, co rzeczywiście może stanowić słaby punkt opowiadania. Będę miała nad czym pracować w przyszłości ;)

Niemniej jednak szkoda, że wypadek i sposób przedstawienia historii uważasz za mało pociągające. Starałam się przedstawić usterkę jako coś bardziej skomplikowanego niż zwykły błąd, ale może nie dość dobrze to wybrzmiało? Równocześnie bowiem zależało mi, żeby firmowy przekręt stanowił jedynie tło dla doświadczeń Adrianny, która ze względu na utratę głosu mierzy się z wielowymiarowym wykluczeniem, widocznym w drobnych, codziennych czynnościach (nie może skorzystać z automatu, nie da rady porozmawiać z sąsiadką ani poprosić o pogłośnienie telewizji, itd.). Chciałam przedstawić dylemat dosłownego i symbolicznego pozbawienia głosu, ale so far widzę, że nie wyszło mi to zbyt porywająco :P

Asterionello, niezmiernie się cieszę, że uznałaś uwagi za przydatne i mam nadzieję, że w przyszłych opowiadaniach inikniesz podobnych usterek. :)

 

szko­da, że wy­pa­dek i spo­sób przed­sta­wie­nia hi­sto­rii uwa­żasz za mało po­cią­ga­ją­ce.

Wszelkie wypadki są dla mnie z reguły mało pociągające, choć wiem, że zdarzają się i będą się zdarzać. Myślę, że w tym przypadku zbyt mało wiedziałam o firmie, jej zadaniach, brakło też jakichkolwiek sygnałów, że dochodzi tam do nieprawidłowości i czym mogą one grozić. Brakło mi też informacji o innych pracownikach, bo skupiona na Adriannie nie wspomniałaś o nikim innym, a o Thomasie N., osobie ważnej dla Ady, dowiaduję się pod koniec opowiadania, w dodatku kiedy on już nie żyje.

Weź też pod uwagę, że pisząc opowiadanie cały czas miałaś historię w głowie, wszystko w Twojej wyobraźni było jasne i oczywiste. Ja miałam tylko to, co przeczytałam, a tu, moim zdaniem objawiły się pewne luki.

Asterionello, mam nadzieję, że może po tych wyjaśnieniach rozgrzeszysz mnie z niedoskonałych wrażeń wyniesionych z lektury.

Życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za dodatkowe wyjaśnienia! Teraz dużo lepiej rozumiem, co wpłynęło na takie, a nie inne odczucia, to bardzo pomocne :)

Bardzo proszę, Asterionello. Miło mi, że zdołałam nieco rozproszyć mroki niezrozumienia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka