- Opowiadanie: LarsFordren - Diabeł tkwi w baśniach

Diabeł tkwi w baśniach

Jest to kolejne opowiadanie z antologii opowiadającej o tworzonym przeze mnie świecie fantasy o nazwie “Neptonomicon”. Opowiadanie to zostało najpierw napisane na konkurs na który nie zostało nigdy wysłane, stąd publikuję je tutaj. Ma na celu przedstawienie postaci, pewnego rodzaju origin story. Miłego czytania!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Diabeł tkwi w baśniach

 

Z wieży wznoszącej się nad dach kościoła wydobywał się głuchy odgłos bijącego dzwonu. Ceremonia się zakończyła. Babcie spoglądały już tylko spuchniętymi od płaczu oczami na nagrobek, ostatni kuzyni wzdychali głęboko, wpatrzeni w czubki własnych butów. Członkowie rodziny powolnym krokiem ruszają w stronę wyjścia z terenu parafii.

– Lepiej już chodźmy – ktoś mówi. 

W piętnaści minut, gęsto zaludniony cmentarz, kręgiem otaczający świątynie, pustoszeje. Po ludziach pozostaje zawisły w powietrzu smutek, zmieszany z ostatnimi dźwiękami cichnącej dzwonnicy. Życie toczy się dalej.

W pewnym momencie jednak, gdy cienkie, jasnoszare chmury wiszące w górze jak zły omen zdążyły nabrać rozmiarów i ciemnej barwy, po schodach na cmentarz zaczął wspinać się pewien opasły kształt.

Ubrany w marynarkę, ciemne spodnie oraz ubrudzone lakierki mężczyzna, poruszał się dziwną parodią biegu. Zdjąwszy kapelusz z półłysej głowy, starał się w szybkim tempie stawiać kroki coraz dalej, coraz żwawiej, prawie skakać w przód, byle tylko szybciej znaleźć się na miejscu.

Niestety, w momencie wychodzenia zza rogu tylnej części kościoła, jego najgorsze obawy okazały się być prawdziwe.

Lucjusz Pasdire spóźnił się na pogrzeb własnego bratanka.

– Ah, szlag! – wyrzucił z siebie, schylając się w pół, jedną ręką opierając się o ceglaną ścianę świątyni, drugą zaś wachlując naprzemiennie kapeluszem swoją twarz oraz wiszący brzuch. Nie te lata, pomyślał Lucjusz, nie te czasy.

Po niekrótkiej chwili mężczyzna spoważniał. Nałożył kapelusz na głowę, wyprostował na tyle, na ile pozwalała mu jego tusza i za nic mając krople potu spływające mu po nosie, ruszył w stronę najbliższego nagrobka.

– Jestem przecież wujkiem – wyszeptał.

Starłszy rękawem pot z czoła, począł czytać napisy na nagrobkach. Nie mieszkał tutaj, nie wiedział, jak wygląda rodzinny grób. Zaczął tego żałować.

Powietrze było ciężkie i duszne, jak przed burzą.

Na szczęście, los oszczędził mu wysiłku.

Długa, czarna płyta nagrobna ozdobiona wzorami przedstawiającymi płatki śniegu od razu zwróciła jego uwagę. Tablica była tak wypolerowana, że niemal odbijała wątłe promienie ledwo przebijającego się słońca, a na niej widniał napis:

WERLOREN PASDIRE

UKOCHANY SYN I MĄŻ

uro. 12.10.854r. – zm. 15.2.877r.

Lucjusz zdjął kapelusz z głowy, przyłożył go sobie do serca. Wymówił niedługą modlitwę po czym dłuższą chwilę stał w ciszy, pogrążony w zadumie.

Gdyby tylko położył się spać wcześniej, gdyby tylko nie był nękany tymi koszmarami, pomyślał. Wtedy na pewno by się nie spóźnił.

W końcu, Lucjusz założył czapkę, wytarł twarz drugim rękawem i już miał odchodzić, gdy zauważył ławkę bez oparcia, pokrytą cieniem, oddzielającą grób rodziny Pasdire od reszty.

A co mi tam, pomyślał, chwila mnie nie zbawi, a i tak ich teraz nie dogonię.

Usiadł więc na brzegu i rozpiął jeden z dwóch guzików marynarki. Poczuł znaczącą ulgę.

– Cóż za strata… – usłyszał.

Lucjusz omal nie upadł, zaskoczony.

– Przepraszam?! – spytał odwracając się w stronę, z której dobiegł tajemniczy głos. Okazało się, że usiadł on obok innego mężczyzny, również siedzącego przodem do rodzinnego grobu.

Byłem pewien, że jestem sam, pomyślał Lucjusz, otrzepując się i poprawiając siedzenie.

Mężczyzna tak dobrze zlewający się z cieniem ubrany był w zasadzie podobnie do spóźnionego. Czarny, ale gustowny garnitur, wypastowane, skórzane buty, długa i chuda laska między nogami, na której oparte były blade, smukłe dłonie. Włosy zlewające się niemal idealnym odcieniem z garniturem i cieniem, jakby były wprost z cienia splątane, na tyle długie by opadały na grzbiet w spiętym, eleganckim kucyku. W kieszeni marynarki czerwona poszetka, górny guzik marynarki rozpięty, dzięki czemu można zauważyć pod nią białą koszulę, zapiętą na ostatni guzik.

Cera blada jak płótno, usta wyglądające jak blizna na nieskazitelnej masce. Absolutny brak niedoskonałości.

Oczy bystre, zawieszone w jednym miejscu. Dalekim, odleglejszym od horyzontu.

Lucjusz nie przypominał sobie by widział owego mężczyznę kiedykolwiek, chociaż wydawał się mu dziwnie znajomy.

– Przestraszyłem pana? Proszę mi wybaczyć, nie miałem tego w intencji – głos jego głęboki, nieprzyjazny, lecz w dziwny sposób kojący. Jakby głaskający skórę, ale od środka.

– Nie, nie – szybko zaprzeczył Lucjusz – To ja przepraszam. Nie zauważyłem jegomościa. Ma pan rację, oczywiście, przeogromna strata…

– Znał pan… Werlorena? – spytał, nie patrząc na Lucjusza.

– Jest…był, moim bratankiem. Proszę mi wybaczyć – spóźniony wyciągnął pulchną rękę w stronę tajemniczego mężczyzny – Lucjusz Pasdire.

Zlewający się z cieniem mężczyzna pierwszy raz odwrócił wzrok i spojrzał Lucjuszowi w oczy.

Matko Boska, rzekł w myślach.

Mężczyzna bowiem jedno oko miał głęboko brązowe, drugie zaś jasnobłękitne, niemalże szare.

Ścisnął wyciągniętą dłoń pewnie, nie skąpiąc siły. Lucjusz również jej nie skąpił. Odrzekł jednak dopiero po chwili:

– Warren Eran Mortis. Nie, nie z tych „Eran Mortisów”. Pseudonim artystyczny.

Lucjusz uśmiechnął się i szybko odwrócił wzrok. Był zgrzany, bieg nadal dawał się mu we znaki.

– A pan…? Kim pan był dla Werlorena? – spytał bardziej z grzeczności niż z ochoty.

– Znałem go od strony od której nie znał go nikt. Można powiedzieć, że wiedziałem o nim w zasadzie wszystko – powiedział dziwnym tonem Pan Warren.

Lucjusz zaciekawił się.

– Z-z jakiej strony, jeśli można spytać?

– Ah, proszę pana, nie będę pana zadręczał historiami. Młodzieniec już wystarczająco wycierpiał, nie będę go katował pomówieniami, sianiem plotek… Pewnie miał tego dosyć, skoro popełnił samobójstwo.

Lucjusz nie zauważył błysku w oku Warrena.

– Samobójstwo? Ale jakże to…? – spytał szczerze zaskoczony wujek zmarłego.

– Ah, co ja powiedziałem…? Nie umiem czasem trzymać gęby na kłódkę. Lepiej już chodźmy stąd, Lucjuszu, bo ominie nas tort – blizna w postaci ust poszerzyła się w paskudnym uśmiechu, lecz tego Lucjusz również nie zauważył.

– Nie, proszę zaczekać! – zawołał spóźniony, łapiąc za rękaw jegomościa – proszę mi powiedzieć. Długo mnie nie było w okolicy i nic tak naprawdę nie wiem o bratanku. Dwa razy go może widziałem…Głupio będzie przy rodzinie…

Warren spojrzał na Lucjusza Pasdire przychylnie.

– Dobrze więc, ale jest to historia trudna do uwierzenia… Może pan mnie uznać za wariata.

– W życiu!

– Dobrze, dobrze… Jeśli pan zrobi się śpiący, może pan się o mnie oprzeć, mówię w razie czego – Lucjusz przytaknął, poczuł, jak powietrze staje się jeszcze gęstsze. Nagle, gdzieś w okolicy, począł się wydobywać głuchy dźwięk pukania.

– Werlorena znałem w zasadzie całe życie – rozpoczął – i już od najmłodszych lat wykazywał wysokie zainteresowanie rzeczami wielkimi…nierzadko zakazanymi. Wszelkie baśnie, bajki, legendy, mitologie nawet, mógł o nich słuchać godzinami. Fascynował go ten kontrast między dwoma przedstawieniami tego samego świata. To, że jednocześnie czytając i słuchając różnych historii, miał świadomość egzystowania w tej samej Rzeczywistości. Było to dla niego fascynujące. Nawet okultyzm…

– Olaboga… – wyszeptał Lucjusz, lecz Warren to zignorował.

– Dorastał więc, w swojej bańce baśniowości, aż do siedemnastego roku życia, gdy tu, w Paros rozpoczął się jarmark. Obserwowałem go wówczas uważnie.

– Był Pan tam z nim?

– Oczywiście, że tak. Ktoś musiał go… powstrzymywać.

– Przed czym? – Lucjusz jednocześnie objawiał ciekawość jak i przerażenie.

– Już mówię. Było lato, ze wszystkich stron świata na rynek przybyła chociaż jedna osoba by z owej części Rzeczywistości przywieźć coś ciekawego. Werloren nie mógł przepuścić okazji do poznania całkiem nowej bajki, baśni, legendy. To właśnie wtedy, przechadzając się między stoiskami, znalazł istnego białego kruka. Księga, oprawiona w stal, skórę i srebro, miała na okładce wygrawerowane „Księga Legend i Obłędów Ojca Beana”

– Słucham?! Ale to zakazane! – oburzył się Lucjusz, tym razem Warren uspokoił go gestem ręki.

– To samo chciałem mu wówczas powiedzieć, Lucjuszu. „Nie możesz, to niebezpieczne!” Ale był na to głuchy. Zbył mnie i zakupił księgę, za parę nędznych groszy.

– Wrócił do domu i tego samego wieczora przeczytał całe tomiszcze, nie opuszczając spisu treści ni posłowia. Większość historii opisanych ręką opętanego kapłana nie zrobiła na nim wrażenia… lecz była tam jedna baśń. Jedna baśń, która przemówiła do niego, poruszyła jego duszę.

– Proszę jej nie opowiadać! Nie przy kościele! – zaprotestował Lucjusz. Warren spojrzał na niego, a ten jakby schował się w swoich podbródkach i nie powiedział już nic więcej.

– Była to baśń o miłości, Lucjuszu. O pięknej miłości, potrafiącej złamać wszystko co stanie na jej drodze. Na pewno nie chce pan jej posłuchać?

Powietrze było gęste, ciężkie i duszne. Głuchy dźwięk pukania nie ustępował.

Lucjusz nie oponował.

– To bardzo ważne, by poznać historię miłości, nawet tej najbardziej zakazanej. Kochałeś kiedyś może, mój drogi?

– Tak… oczywiście. Chyba każdy kiedyś kochał.

– A myślisz, że można kochać, gdy nikogo do kochania się nie posiada?

– Oczywiście, że tak – Lucjusz odpowiedział szybko i zdecydowanie – można mieć miłość do świata, do ludzi nieznanych, do siebie samego. Mój przyjaciel, pewien ekspiator, tłumaczył mi kiedyś, że Hesjanus głosi-

– Proszę nie opowiadać mi tu nic o ekspiatorach ani o ich bożątkach, drogi Panie.

– Bożątkach? Proszę pana, to już jest naprawdę-

– Proszę o to, ponieważ Werloren był bardzo na to uważny, Lucjuszu – uciął mu ponownie Eran Mortis – nie chciałbym, by usłyszał teraz, na początku swej drogi ku wieczności imię boga, w którego nie wierzył za życia. Śmierć może go poprowadzić w złe miejsce.

– A tak… – Lucjusz zaczerwienił się nieco – Przepraszam, w istocie… ale wracając, to owszem. Można kochać bez posiadania kogokolwiek.

– Gdyby tylko biedny Loren to wówczas wiedział… – powiedział do siebie tajemniczy mężczyzna – Czy mogę kontynuować?

– Proszę uprzejmie. Wolę myśleć, że mój bratanek fascynował się historiami o miłości niż okultyzmem.

– Ta świadomość na pewno poprawi humor nam obojgu, drogi Lucjuszu – powiedział do niego ciepło, po czym zaczął opowiadać.

– W pewnym Victońskim królestwie żył pewien bardzo mężny rycerz. Miał on lśniącą, srebrną zbroję i krótki, szeroki miecz, którym potrafił posługiwać się jak nikt inny. Miał on wybrankę swojego serca, jedną z podróżujących trubadurek która niosła na swych ustach baśnie nocy i dni. Była to kobieta wysokiej urody, piękności tak nieprzemierzonej, że tylko w bajkach takie osoby mogą istnieć. Wymyślone przez nią pieśni były sprytne, pełne wigoru oraz humoru. Kochali się. On, rycerz sprawiedliwy i ona, bystra jak rzeka i piękna niczym wodospad.

Twarz Warrena zmieniła się.

– Lecz diabeł tkwi w szczegółach, panie Lucjuszu. A szczegółem, którego diabeł nie mógł ominąć był fakt, że taka miłość, w bajkach być może ma prawo istnieć, ale nie powinna. Z prostej przyczyny. Jest ona boleśnie niesprawiedliwa.

– Bajki… – rzekł Lucjusz cicho – niesprawiedliwa dla kogo? Komu to szkodzi?

– Wspiął się więc diabeł na powierzchnię, z czeluści piekielnych, by zadusić ową miłość – ciągnął Warren – Pod postacią straszliwej, krwiożerczej bestii napadł on mężnego rycerza, będącego wraz z ukochaną w drodze do dalekiego miasteczka. Napadł ich w środku nocy, gdy ci byli najbardziej bezbronni. Rycerz jednak, jak to wojownik, wziąwszy w garść miecz, stanął do walki z potworem. I wygrał.

– Oh. – zaskoczył się Lucjusz – tego się nie spodziewałem.

– Pozbawiony swojej zbroi, osłaniał on swoją miłość która obrzucała diabła najgorszymi przezwiskami. W końcu rycerz odrąbując bestii obie łapy, zmusił ją do ucieczki w las. Postąpił on krok za nią, chcąc rzucić się w pogoń lecz padł wówczas na kolana. Niestety – został on wielokrotnie raniony przez gorące szpony diabelskiej bestii. Szczęściem, pani jego serca znała sztuki lecznicze i rycerz przeżył. Trubadurka, będąca także tą mądrzejszą, ujrzała coś czego rycerz dostrzec nie mógł. Zobaczyła w oczach potwora cechę najgorszych drapieżników. Nieustępliwość. I powiedziała to rycerzowi a on się z nią zgodził.

– Odeszli. Czuli jednak na swoich karkach żar piekieł, wiedzieli, że diabeł będzie ich gonił po wsze czasy, dopóki nie zabije albo jego, albo jej.

Tutaj Warren von Mortis zrobił znaczącą pauzę, jakby szukał słowa, lub przełykał jego znaczenie.

– Jak mówiłem, diabeł tkwi w szczegółach, panie Lucjuszu. Szczegółem, który teraz miał bardzo duże znaczenie była rana jaką rycerzowi zadał. W owej ranie bowiem zaogniła się esencja piekielnej mocy, esencja, której nie da się uleczyć. Uciekali więc, przemierzali krainy, uciekali z domostw, niszczyli tropy by umknąć przed potworem, nie wiedzieli jednak, że… sam rycerz jest już nim samym.

– Pewnej nocy rycerz doznał przemiany i zmienił swoją formę, zmieniając się w zakutego w blachę wielkiego potwora. Jego zbroja została powykręcana przez jego piekielne mięśnie, wbiła się w jego skórę tworząc karykaturę tego, co niegdyś reprezentował. Rycerz wybuchnął rządzą mordu, także widząc swoją ukochaną, leżącą nieopodal, ruszył w jej stronę. Stojąc nad nią, już chciał zatopić kły w jej ciele, gdy ona rzekła do niego kilka słów. Kilka słów, które przebiły blachę, skórę i trzewia zmienionego rycerza, uderzając go prosto w serce.

– Proszę mi wybaczyć ale… nie pamiętam co powiedziała do rycerza. Te słowa sprawiły, że potwór złagodniał, skulił się i upadł na kolana przed ukochaną. Ta jednak objęła go i wybaczyła jego zamiary, wie pan, dlaczego? Ponieważ ludzie jedynie w bajce mogą się tak kochać.

– Rycerz, nadal będąc potworem, wyczuł piekielną esencję płynącą w jego żyłach. Wyczuł on ją również nieopodal i ruszył jej tropem. Odnalazł on diabła, pod postacią potwora, skrytego w podziemnej grocie, czekającego aż rycerz zabije swoją ukochaną a samemu pogrążony w rozpaczy, rzuci się na własny miecz.

– Rycerz jednak, mimo wszystko wiedział, że nawet pod taką postacią, w starciu z samym diabłem nie ma szans. Zablokował więc przejście do groty, zakopując diabła pod ziemią, uwięzionego, nie mogącego zbiec do piekła. Mimo tego, że był pod ziemią. Dziwne te legendy, prawda Lucjuszu?

– A-ano…

– Ta właśnie baśń odmieniła życie Werlorena. Oszukać samego diabła. Tego pragnął. Pomyślał, że dzięki temu może zdobyć wszystko, czego najbardziej w życiu pożąda. A była taka rzecz, której Werloren Pasdire nigdy nie posiadał.

– Jaka?

– Miłość, panie Lucjuszu. Pański bratanek nigdy nie był kochany, nigdy samemu nie kochał. Będąc otoczonym przez tyle baśniowych uczuć, w swoim życiu pragnął tego samego, miłości, ale takiej, która istnieje jedynie w bajkach. Miłości tak pięknej, że aż niesprawiedliwej.

– Brzmi bardzo… romantycznie… ale miał rodzinę, prawda? – zapytał Lucjusz – mój brat, jego ojciec, kochał go…?

– Tak, owszem… lecz rodzina go zawiodła. Tak to jest, gdy najważniejszą rolę w życiu człowieka mają grać… ludzie.

– Pesymistyczne podejście…

– Długo szukał sposobu na przywołanie diabła. Samego Pana Piekieł. Trzeba to powiedzieć, że Werloren nie był bardzo wierzący ale wiedział, że Zły istnieje. I wiedział, że od dłuższego czasu jest przez niego obserwowany.

– Długie lata spędził na poszerzaniu swojej okultystycznej wiedzy. Kupował, kradł, palił i czytał z popiołów takie rzeczy, że by panu, panie Lucjuszu, włosy dęba stanęły. Tak, biedny Werloren popadł w obsesję. 

Lucjusz nie zauważył rumieńca na bladych policzkach Warrena. Odgłos pobliskiego pukania przybrał na sile, lecz został zagłuszony przez wiatr.

– W końcu jednak zdawało mu się, że zna recepturę. Zna definicję, ma wystarczająco dużo relikwii wykradzionych ze świątyń. Pewnego wieczoru spróbował przywołać diabła, posługując się w dużej mierze zaklęciami z księgi nabytej tamtego lata, na jarmarku. Niestety, po całej inkantacji i wielu żałosnych próbach, nie udało mu się. Diabeł nie zapukał mu w okno, nie zadzwonił dzwonkiem.

Powietrze było gęste, ciężkie i duszące. Lucjusz miał zamknięte oczy. Zasnął.

– Tutaj, panie Lucjuszu, kończy się oficjalna wersja zdarzeń. Kończy się ona równie żałośnie jak zaczęła, otóż bowiem według niej, Werloren Pasdire przybył do miasta, w którym zakupił księgę i zakupując trumnę, zabił się w niej, by oszczędzić problemu rodzinie. Popełnił samobójstwo z diabelskiej obsesji.

– Oczywiście jak większość oficjalnych części wydarzeń, panie Lucjuszu, nie jest ona tą faktyczną.  

Warren mrugnął, rumieniec zniknął z jego twarzy.

– Werloren Pasdire, po nieudanej próbie osunął się na łóżko, pozbawiony nadziei, w dłoni dzierżąc serce niewinnej osoby, a w drugiej błogosławioną świecę ukradzioną z jakiejś katedry.

Pomimo wszelkich nadziei, obudził się. Ale nie był już wówczas sam.

– U jego nóg siedziała kobieta, odziana w biel i srebro. Jej twarz była porcelanowa, niemal nieskazitelna. Bosko piękna. Werloren, gdy tylko ją zobaczył padł jej pod kolana ślubując jej miłość, miłość i wszystko co z nią związane. Ukochał ją, od pierwszego wejrzenia, a ona ukochała jego, bo do tego była stworzona.

– Minerwa. Wiedział, jak ma na imię, w głębi duszy nosił je w pamięci od swojego urodzenia, a być może i dłużej. Wziąwszy ją wówczas pod rękę, zaczął uczyć wszystkiego, ponieważ jak porcelanowa laleczka była piękna, tak też była w środku całkiem pusta.

– Chodzili na długie spacery, podczas których on do niej mówił a ona go słuchała. Mówił jej wszystko, swoje grzechy przyprawione płaczem, swoje radości pełne śmiechu. A ona szła obok niego, siedziała obok niego i była przy nim, bo go kochała, bo do tego była stworzona. A on ja ukochał miłością, która może istnieć jedynie w bajkach.

Dłonie Warrena zacieśniły się na lasce którą trzymał między nogami:

– Minerwa jednak nie była trubadurką o bystrym humorze a on nie był dzielnym rycerzem. To wszystko to… farsa. Ich spacery nie były nocnymi schadzkami. Ich dłonie były zimne. Odbierały sobie ciepło.

Gdyby Lucjusz mógł słyszeć, prawdopodobnie usłyszałby głuchy rechot który dołączył na moment do głuchego uderzania.

– Został przez diabła oszukany. Zostało mu dane płótno, a on nie posiadał ani talentu ani farb. Minerwa, jakkolwiek obdarzona przez niego miłością, była postacią tragiczną. Pozbawiona historii, które mogłyby uformować jej charakter, pamięci która inspirowałaby jej pieśni. Werloren kochał więc zaprzeczenie baśni. Kochał coś, zaprzeczenie tego, dla czego żył.

– Wiedział jednak o pakcie z diabłem. Czuł go co rano, co południe i co wieczór. Jak diabelskie dłonie sięgają po niego, by ten zszedł do piekła i spłacił swój dług. Dług za coś, co sprawiło mu więcej bólu niż kiedykolwiek mogło szczęścia. Nie mógł na to pozwolić. Wyruszył więc z nią.

Warren von Mortis zacisnął dłonie na lasce, na której spoczywały jeszcze mocniej, zaczął się również wiercić w miejscu.

– Uciekał od diabła, jak baśniowy rycerz. Razem ze swoją Minerwą. Chowali się razem w katedrach przed cieniami, spali na błogosławionych płótnach, kochali się na ołtarzach, byle tylko z daleka od diabła, byle tylko udawać, że łączy ich baśniowa miłość. Wtem, poczuł jak esencja piekielna płynie w jego żyłach. Jego dnie stawały się długie jak nic na tym świecie. To była choroba, Lucjuszu. Jedyne, co sprawiało mu ulgę i dało ukojenie od palącego piętna, była Minerwa. Lekarstwo na chorobę której była początkiem.

Lucjusz pogrążony był w beztroskim śnie..

– W końcu, dotarli tutaj. Wyruszając z północy, wrócili od południa. Każda droga prowadziła do początku. Do miejsca zakupienia księgi spisanej dłonią opętanego kapłana. Opętanego przez samego diabła. 

– Jednej nocy wymknął się od niej. Czując jak wzbiera w nim opętańcze piętno, wiedział, że Minerwa nie jest już dłużej przy nim bezpieczna. Poczuł obecność na cmentarzu. Przybył windykator dusz.

– Werloren wyszedł więc naprzeciw swojemu przeznaczeniu. Uzbrojony w bluźniercze zaklęcia jakich się nauczył stanął przeciwko Jemu. Przeciwko temu, którego same niebiosa odrzuciły i wypluły w trzewia podziemi.

Lucjusz upadł na ziemię. Przechylał się tak od kiedy usnął, aż w końcu jego masa nie była w stanie utrzymać się ani chwili dłużej. W ostatnim momencie, obudziwszy się w locie, wsparł się na dłoniach. Opierając się o ziemię, spojrzał na zegarek.

– Która to godzina! Olaboga! Przepraszam bardzo, ja lepiej już pójdę, bo jeszcze mnie w ogóle nie zobaczy rodzina! Przepraszam bardzo, do widzenia! – powiedział, nie patrząc na Warrena von Mortisa i wybiegając z terenu parafii. Zlewający się w cieniu mężczyzna nie zareagował szczególnie.

Powietrze było ciężkie, gęste i duszne.

Odgłos głuchego pukania osiągnął meritum.

– Stanął plugawy odmieniec przeciwko awatarowi zła, zaprzeczenia istnieniu dobra, tego z którego wywodzi się całe bluźnierstwo świata. Diabeł, przeciw człowiekowi.

Warren von Mortis wstał. Odgłos pukania zamienił się na głuche, rozpaczliwe uderzenia. Mężczyzna spojrzał na płytę nagrobną i się uśmiechnął.

Nagle, zza tego samego rogu, z którego wcześniej wyszedł Lucjusz, wyjrzała niewielka sylwetka.

– Spokojnie, możesz podejść.

Sylwetka zbliżyła się.

– Czy to koniec?

– To początek, Minerwo.

– Oh, Loren… – kobieta objęła dłonią bladą twarz mężczyzny.

– Nic mi nie jest.

– Ty nie żyjesz.

Werloren Pasdire poprawił swój kołnierz, odchrząknął i odrzekł:

– Nie wiem, jak długo pozostanie tutaj zamknięty. Odejdź Minerwo. Żyj swoim życiem. Jeśli ta baśń faktycznie należy do nas, spotkam cię kiedyś tam, gdzie noc łączy się z dniem. Wtedy, gdy twój głos będzie śpiewał dla gwiazd, rozbudzał słońce.

– A… co z Tobą?

Nie odpowiedział. Miał już dosyć baśni, historii i mitologii.

Połączyli swoje dłonie po raz ostatni, po czym odeszli od siebie. Gdy oboje wyszli z terenu parafii od przeciwnych stron, powietrze się poruszyło, wiatr się wezbrał i zaszumiał. Ich nie było już na powierzchni ziemi.

Koniec

Komentarze

Nie będę czepiał się stylu ani interpunkcji, skupię się tylko na treści.

Dla mnie najmocniejsze w tym opowiadaniu jest to, jak pokazujesz zderzenie bajkowej wizji miłości z rzeczywistością. Werloren nie tyle „szuka miłości”, co próbuje ją wymusić, wyciągnąć z baśni – i to bardzo dobrze wybrzmiewa jako coś, co musi skończyć się źle. To nie jest romantyczna historia, tylko opowieść o obsesji i złudzeniach.

Fajnie działa też sam pomysł z pogrzebem i rozmową na ławce – ta zwyczajna, spokojna rama sprawia, że cała baśniowo-diabelska część smakuje mocniej. Warren jest ciekawą postacią, bo do końca nie wiadomo, na ile mu wierzyć, a na ile to już jego własna narracja. Minerwa z kolei jest bardziej ideą niż osobą i to, moim zdaniem, jest tu na plus.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić merytorycznie, to momentami jest bardzo dużo motywów naraz i chwilami chciałoby się, żeby tekst trochę mocniej prowadził czytelnika za rękę, co jest kluczowe, a co tylko tłem.

Ogólnie jednak widać, że to opowiadanie ma konkretny pomysł i sens, a nie jest tylko historią „dla historii”. I to się naprawdę dobrze czyta.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Trochę ciężko byłoby ująć, jak bardzo mnie to opowiadanie zachwyciło. Urzeka od pierwszych zdań, ma niesamowity klimat i przepiękne opisy. Postacie dają się lubić, mimo że ich blisko nie poznajemy.

Końcówka mnie zaskoczyła, naprawdę spodziewałam się, że bohater rozmawia z diabłem.

Przybyłam Was nawiedzać

Czołem!

– Przestraszyłem pana? Proszę mi wybaczyć, nie miałem tego w intencji – głos jego głęboki, nieprzyjazny, lecz w dziwny sposób kojący.

Można mieć coś “w intencji”? (nie wiem)

Nie umiem czasem trzymać gęby na kłódkęLepiej już chodźmy stąd, Lucjuszu, bo ominie nas tort – blizna w postaci ust poszerzyła się w paskudnym uśmiechu, lecz tego Lucjusz również nie zauważył.

Zapis dialogu z “. – Blizna”? Bo to jednak nie jest odgłos paszczą, nawet uśmiech nim nie jest.

– Nie, proszę zaczekać! – zawołał spóźniony, łapiąc za rękaw jegomościa – proszę mi powiedzieć. Długo mnie nie było w okolicy i nic tak naprawdę nie wiem o bratanku. Dwa razy go może widziałem…Głupio będzie przy rodzinie…

Spacja po wielokropku.

i już od najmłodszych lat wykazywał wysokie zainteresowanie rzeczami wielkimi…nierzadko zakazanymi.

Spacja po wielokropku.

– W pewnym Victońskim królestwie żył pewien bardzo mężny rycerz.

Wiem, że to wstęp baśni, ale raczej niecelowe powtórzenie.

 

Myli mnie zapis dialogów od nowej półpauzy w przypadku, gdy mówi dalej ta sama osoba. Rozumiem, że to opowieść, ale można zastosować przerywniki albo zrobić z historii osobny wątek zapisany kursywą.

 

Można też ograniczyć ilość zaimków. Momentami jest ich nadmiar.

 

Wykonanie jest solidne, pomysł również. Momentami trochę się dłuży, początek zwłaszcza, dużo inwestujesz w klimat, po czym nie do końca to wykorzystujesz. Myślałem też, że Lucjusza jakoś zaangażujesz w fabułę, a tu po prostu był potrzebny do słuchania.

Oszukiwanie diabła to też żadna nowość, ale udało Ci się z tego zrobić intrygę. Problem mam taki, że wprowadzając baśń w trakcie, stosujesz uproszczenia typowo baśniowe, przyśpieszasz fabularnie, nie rozwijasz postaci. Troszkę to gubiło, troszkę mąciło.

Ale, całość się broni i jest satysfakcjonującą lekturą. Nie powiem, że źle się czytało.

 

Pozdrawiam!

d.pankovski – styl oraz interpunkcja zostanie poprawiona jeszcze w tym kwartale. Bardzo cieszę się, że spodobał ci się zamysł, zawsze cieszy kiedy ktoś zauważa powody dla którego autor tworzy i to o czym piszesz właśnie tym jest. Dziękuję bardzo za komentarz i mam nadzieję, że następne również przypadną ci do gustu! 

L.Keller – nie nauczyłem się nigdy słów które opisałyby jak szczęśliwy i zaszczycony jestem, móc przeczytać taki komentarz. Naprawdę z głębi serca dziękuję i mam nadzieję, że moje następne opowiadania będą tylko lepsze!

Muszę przyznać, że ta historia zrobiła na mnie ogromne wrażenie, choć momentami była naprawdę przytłaczająca. Cały tekst ma dość gęstą, ciężką atmosferę , ale też wciągającą. Byłam pewna, że historię opowiada sam diabeł i byłam zaskoczona końcówką. Opowiadanie przypomina mi trochę hmmm.. sen – smutny, tajemniczy i piękny zarazem.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

beeeecki –  dziękuję ci bardzo za wypisanie błędów, od razu zabiorę się za ich poprawianie. Nadmiar zaimków to moja zmora, lecz przysięgam, że nadal będę z nią walczył. Dziękuję ci za czas poświęcony całemu opowiadaniu oraz za twój komentarz, jest bardzo budujący i zachęca do dalszej pracy! Co do robienia rzeczy “w intencji”, to chodziło tutaj o taką małą grę słów. Spotkałem się z tym stwierdzeniem do tej pory tylko w tematyce religijnej, stąd można na przykład “zmówić modlitwę w intencji zmarłego”. Z racji tego, że postać ta oszukała diabła i teraz stoi nad swoim własnym grobem, miał to być taki mały żart ukazujący dystans postaci do instytucji kościoła oraz religii w ogóle. 

betweenthelines – bardzo cieszy mnie fakt, iż opowiadanie to przypadło ci do gustu. Bardzo doceniam to, iż ta ciężka i gęsta atmosfera nie okazała się odpychająca. Twoje porównanie tego opowiadania do snu jest bardzo miłe i naprawdę ci za nie dziękuję, jak i za cały twój komentarz. 

 

 

Członkowie rodziny powolnym krokiem ruszają w stronę wyjścia z terenu parafii.

– Lepiej już chodźmy – ktoś mówi. 

Ruszają, mówi, a potem jeszcze “pustoszeje” i “pozostaje” → czas teraźniejszy, poza tym momentem jest prawie wszędzie czas przeszły. Moim zdaniem to jest błąd i trzeba się zdecydować, w jakim czasie ma być narracja. Uważam, że mógłbyś spróbować napisać ją w czasie teraźniejszym, wtedy historia opowiadana przez Warrena dialogach w czasie przeszłym byłaby przyjemnie kontrastowa. 

 

W piętnaści minut, gęsto zaludniony cmentarz, kręgiem otaczający świątynie, pustoszeje.

To zdanie jest bardzo “poszatkowane”. Może: Gęsto zaludniony cmentarz, kręgiem otaczający świątynię, opustoszał w piętnaście minut. 

 

W pewnym momencie jednak, gdy cienkie, jasnoszare chmury (przecinek) wiszące w górze jak zły omen (przecinek) zdążyły nabrać rozmiarów i ciemnej barwy, po schodach na cmentarz zaczął wspinać się pewien opasły kształt.

Mam wątpliwości, czy w stosunku do człowieka dobrze jest tutaj używać “kształt”, bo to sugeruje coś niezdefiniowanego, może potwora? Może człowieka ubranego w jakąś niezdefiniowaną pelerynę? Tymczasem to gość w bardzo typowym ubraniu. 

 

Ubrany w marynarkę, ciemne spodnie oraz ubrudzone lakierki mężczyzna.

Chyba nie można być ubranym w buty. Miał na sobie? 

 

Niestety, w momencie wychodzenia zza rogu tylnej części kościoła, jego najgorsze obawy okazały się być prawdziwe.

To jest raczej do poprawy, bo inaczej najgorsze obawy wychodziły zza rogu (z powodu zdania po przecinku). 

 

– Ah, szlag! – wyrzucił z siebie

Wydaje mi się, że powinno być “Ach”

 

Po niekrótkiej chwili mężczyzna spoważniał.

W sensie po dłuższej? :) 

 

Nałożył kapelusz na głowę, wyprostował na tyle, na ile pozwalała mu jego tusza i (przecinek) za nic mając krople potu spływające mu po nosie, ruszył w stronę najbliższego nagrobka.

Ale nie jestem pewna. 

 

Starłszy rękawem pot z czoła, począł czytać napisy na nagrobkach. Nie mieszkał tutaj, nie wiedział, jak wygląda rodzinny grób. Zaczął tego żałować.

Po pogrzebach nowe groby często są wręcz skąpane w kwiatach czy wiązankach, mógłby pewnie na tej podstawie się skierować do odpowiedniego grobu. 

 

Długa, czarna płyta nagrobna (przecinek) ozdobiona wzorami przedstawiającymi płatki śniegu (przecinek)od razu zwróciła jego uwagę. 

WERLOREN PASDIRE

UKOCHANY SYN I MĄŻ

Zastanawiam się, jak to się ma do historii, jaką usłyszeliśmy później. Ożenił się ze swoją Minerwą? 

 

Wymówił niedługą modlitwę (przecinek) po czym dłuższą chwilę stał w ciszy, pogrążony w zadumie.

W końcu, Lucjusz założył czapkę, wytarł twarz drugim rękawem i już miał odchodzić, gdy zauważył ławkę bez oparcia, pokrytą cieniem, oddzielającą grób rodziny Pasdire od reszty.

Kapelusz to nie czapka, moze jakieś inne określenie jako synonim np. konkretny rodzaj kapelusza (fedora, melonik?)

 

– Cóż za strata… – usłyszał.

Wydaje mi się, że “U”słyszał, bo to nie atrybucja “mówiona”. 

 

Byłem pewien, że jestem sam, pomyślał Lucjusz, otrzepując się i poprawiając siedzenie.

Siedzenie w sensie… czynność siedzenia poprawił czy to jest siedzenie jako część ciała? Wydaje mi się, że w żadnym z tych przypadków to nie brzmi ok. 

 

Mężczyzna (przecinek) tak dobrze zlewający się z cieniem (przecinek) ubrany był w zasadzie podobnie do spóźnionego. 

Cera blada jak płótno, usta wyglądające jak blizna na nieskazitelnej masce. Absolutny brak niedoskonałości.

Oczy bystre, zawieszone w jednym miejscu. Dalekim, odleglejszym od horyzontu.

Moim zdaniem lepiej by to było zawszeć w jednym akapicie. Czyli jeden na ubranie i ogólne wrażenie, jeden na szczegóły twarzy. 

 

Lucjusz nie przypominał sobie (przecinek) by widział owego mężczyznę kiedykolwiek, chociaż wydawał się mu dziwnie znajomy.

– Przestraszyłem pana? Proszę mi wybaczyć, nie miałem tego w intencji – głos jego głęboki, nieprzyjazny, lecz w dziwny sposób kojący. Jakby głaskający skórę, ale od środka.

Głos z wielkiej litery. Dla mnie jednak albo coś jest nieprzyjazne, albo kojące, nie potrafię sobie wyobrazić efektu, jaki chciałeś osiągnąć. 

 

– Znał pan… Werlorena? – spytał, nie patrząc na Lucjusza.

Tu potrzebny jest podmiot, bo z poprzedniego domyślnie jest Lucjusz. 

 

Zlewający się z cieniem mężczyzna pierwszy raz odwrócił wzrok i spojrzał Lucjuszowi w oczy.

Odwrócił wzrok – często tak piszemy bez określenia od czego odwrócił, kiedy chcemy pokazać, że odwrócił wzrok od rozmówcy. Uważam, że tutaj dobrze by było “odwrócił wzrok od nagrobka”

 

Matko Boska, rzekł w myślach.

Znów zły podmiot domyślny wpadł z poprzedniego zdania. 

 

Ścisnął wyciągniętą dłoń pewnie, nie skąpiąc siły. Lucjusz również jej nie skąpił. Odrzekł jednak dopiero po chwili:

Tu znów kiepsko z podmiotami, masz je na zmianę. Domyślnie Warren, potem Lucjusz, potem znów domyślnie Warren. Jeśli używamy podmiotu domyślnego, to on powinien być w kolejnych zdaniach po sobie bez zmian. 

 

– Znałem go od strony od której nie znał go nikt. Można powiedzieć, że wiedziałem o nim w zasadzie wszystko – powiedział dziwnym tonem Pan Warren.

Nie ma powodu, by Pan było z wielkiej litery. 

 

– Ah, proszę pana, nie będę pana zadręczał historiami. Młodzieniec już wystarczająco wycierpiał, nie będę go katował pomówieniami, sianiem plotek… Pewnie miał tego dosyć, skoro popełnił samobójstwo.

Powtórzenia. 

 

– Ah, co ja powiedziałem…? Nie umiem czasem trzymać gęby na kłódkęLepiej już chodźmy stąd, Lucjuszu, bo ominie nas tort – blizna w postaci ust poszerzyła się w paskudnym uśmiechu, lecz tego Lucjusz również nie zauważył.

Blizna z wielkiej. 

 

– Nie, proszę zaczekać! – zawołał spóźniony, łapiąc za rękaw jegomościa (kropka)Proszę mi powiedzieć. Długo mnie nie było w okolicy i nic tak naprawdę nie wiem o bratanku. Dwa razy go może widziałem… (spacja) Głupio będzie przy rodzinie…

– Dobrze, dobrze… Jeśli pan zrobi się śpiący, może pan się o mnie oprzeć, mówię w razie czego (kropka) – Lucjusz przytaknął, poczuł, jak powietrze staje się jeszcze gęstsze. Nagle, gdzieś w okolicy, począł się wydobywać głuchy dźwięk pukania.

– Werlorena znałem w zasadzie całe życie – rozpoczął –

Znów podmiot domyślny inny, niż w poprzednim zdaniu z orzeczeniem. 

 

– Dorastał więc, w swojej bańce baśniowości, aż do siedemnastego roku życia, gdy tu, w Paros (przecinek) rozpoczął się jarmark. Obserwowałem go wówczas uważnie.

To zdanie jest mocno poszatkowane przecinkami i wtrąceniami. 

 

– Był Pan tam z nim?

Nie ma tutaj uzasadnienia ta wielka litera. 

 

– Już mówię. Było lato, ze wszystkich stron świata na rynek przybyła chociaż jedna osoba przecinek by z owej części Rzeczywistości przywieźć coś ciekawego.

– Była to baśń o miłości, Lucjuszu. O pięknej miłości, potrafiącej złamać wszystko (przecinek) co stanie na jej drodze. Na pewno nie chce pan jej posłuchać?

Powietrze było gęste, ciężkie i duszne. Głuchy dźwięk pukania nie ustępował.

Trochę się zastanawiam, czemu Lucjusza ten dźwięk nie zdziwił,. można napisać, że tak pochłonęła go opowieść, że miał to gdzieś. 

 

– Oczywiście, że tak – Lucjusz odpowiedział szybko i zdecydowanie (kropka).Można mieć miłość do świata, do ludzi nieznanych, do siebie samego. Mój przyjaciel, pewien ekspiator, tłumaczył mi kiedyś, że Hesjanus głosi-

– Proszę o to, ponieważ Werloren był bardzo na to uważny, Lucjuszu – uciął mu ponownie Eran Mortis – nie chciałbym, by usłyszał teraz, na początku swej drogi ku wieczności imię boga, w którego nie wierzył za życia. Śmierć może go poprowadzić w złe miejsce.

– Gdyby tylko biedny Loren to wówczas wiedział… – powiedział do siebie tajemniczy mężczyzna – Czy mogę kontynuować?

 

Tak samo jak wcześniej. Dobrze sobie poczyztać o poprawnym zapisanie dialogów. 

 

Na więcej poprawek nie mam czasu, ale to, co mi się rzuca technicznego do poprawy:

– zapis dialogów

– mieszanie podmiotów domyślnych i niedomyślnych pomiędzy zdaniami 

– przecinki 

 

Dodatkowo:

– Oczywiście jak większość oficjalnych części wydarzeń, panie Lucjuszu, nie jest ona tą faktyczną.  

Warren mrugnął, rumieniec zniknął z jego twarzy.

– Werloren Pasdire, po nieudanej próbie osunął się na łóżko, pozbawiony nadziei, w dłoni dzierżąc serce niewinnej osoby, a w drugiej błogosławioną świecę ukradzioną z jakiejś katedry.

Pomimo wszelkich nadziei, obudził się. Ale nie był już wówczas sam.

– U jego nóg siedziała kobieta, odziana w biel i srebro. Jej twarz była porcelanowa, niemal nieskazitelna. Bosko piękna. Werloren, gdy tylko ją zobaczył padł jej pod kolana ślubując jej miłość, miłość i wszystko co z nią związane. Ukochał ją, od pierwszego wejrzenia, a ona ukochała jego, bo do tego była stworzona.

Czy on wziął sobie czyjeś serce tzn zabił kogoś?

Nie ma że zapadł w sen, ale jest, że się obudził. 

 

Merytorycznie:

Dialog na końcu między kochankami bardzo mało emocjonalny, wydaje mi się, że można nad nim popracować – w końcu pokonali zło, ale jednak nie mogą– nie chcą – być razem. Wydaje się, że więcej jest tutaj do wyrażenia niż króciutki ping pong kwestii dialogowych. 

 

Ciekawy plot twist, byłam pewna, że Lucjusz gadał z diabłem, a tymczasem rozmawiał z bratankiem, który chyba diabła przechytrzył i zamknął jego część w swojej trumnie, bardzo mi się to podobało. 

 

Jednak mimo wszystko nie potrafiłam jakoś współczuć Warlorenowi, jego los mnie nie smuci ani nie porusza. Może dlatego, że nie znam jego emocji? A może dlatego, że kusił los i dostał co chciał? Dostał bajkę z morałem a nic z niej nie wyciągnął.

Nie wiem, jaki efekt chciałeś uzyskać, bo może właśnie taki i wszystko jest ok :) 

 

 

www.instagram.com/pisze.po.swojemu/

Dostrzegam tu niezły pomysł na splecenie realnego życia z imaginacją wyniesioną z lektur, nierzadko dość osobliwych, i przekazania dramatu Werlorena w formie baśni, którą młodzieniec usiłuje zastąpić życie – a tak przecież się nie da.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromnym żalem, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Raz jeszcze sugeruję skorzystanie z wątku: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

– Le­piej już chodź­my – ktoś mówi. → – Le­piej już chodź­my – mówi ktoś

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

W pięt­na­ści minut, gęsto za­lud­nio­ny cmen­tarz, krę­giem ota­cza­ją­cy świą­ty­nie, pu­sto­sze­je. → Gęsto zaludnione może być miasto, ale nie cmentarz. Literówka.

Proponuję: Cmen­tarz, krę­giem ota­cza­ją­cy świą­ty­nię, pustoszeje w pięt­na­ście minut.

 

Po lu­dziach po­zo­sta­je za­wi­sły w po­wie­trzu smu­tek… → A może: Po żałobnikach po­zo­sta­je za­wi­sły w po­wie­trzu smu­tek

 

cien­kie, ja­sno­sza­re chmu­ry wi­szą­ce w górze jak zły omen… → Chmury z reguły są w górze, więc może wystarczy: …cien­kie, ja­sno­sza­re chmu­ry wi­szą­ce jak zły omen

 

 Ah, szlag! – wy­rzu­cił z sie­bie, schy­la­jąc się w pół… → Ach, szlag! – wy­rzu­cił z sie­bie, schy­la­jąc się wpół

Ah – to symbol amperogodziny.

https://nck.pl/en/projekty-kulturalne/projekty/ojczysty-dodaj-do-ulubionych/ciekawostki-jezykowe/w-pol-czy-wpol-

 

Na­ło­żył ka­pe­lusz na głowę, wy­pro­sto­wał na tyle, na ile po­zwa­la­ła mu jego tusza i za nic mając kro­ple potu spły­wa­ją­ce mu po nosie… → Zbędne zaimki. Czy tusza nie pozwalała mu wyprostować kapelusza na głowie, czy może miało być: Na­ło­żył ka­pe­lusz na głowę, wy­pro­sto­wał się na tyle, na ile po­zwa­la­ła tusza i za nic mając kro­ple potu spły­wa­ją­ce po nosie

 

uro. 12.10.854r. → …ur. 12.10.854r.

 

Lu­cjusz zdjął ka­pe­lusz z głowy, przy­ło­żył go sobie do serca. → Zbędne dookreślenie – czy mógł zdjąć kapelusz skądś indziej, nie z głowy?

Wystarczy: Lu­cjusz zdjął ka­pe­lusz, przy­ło­żył go sobie do serca.

 

Wy­mó­wił nie­dłu­gą mo­dli­twę po czym dłuż­szą chwi­lę stał w ciszy… → Nie brzmi to najlepiej. Modlitwy się nie wymawia.

Proponuję: Zmówił/ Odmówił krótką mo­dli­twę, po czym dłuż­szą chwi­lę stał w ciszy

 

W końcu, Lu­cjusz za­ło­żył czap­kę… → Przed chwilą Lucjusz zdjął kapelusz, a teraz zakłada czapkę???

Kiedy zmienił nakrycie głowy? Czapka i kapelusz nie są synonimami.

 

Oka­za­ło się, że usiadł on obok in­ne­go męż­czy­zny, rów­nież sie­dzą­ce­go przo­dem do ro­dzin­ne­go grobu. → Nie brzmi to najlepiej. Zbędny zaimek.

Proponuję: Oka­za­ło się, że zajął miejsce obok in­ne­go męż­czy­zny, rów­nież sie­dzą­ce­go przo­dem do ro­dzin­ne­go grobu.

 

długa i chuda laska mię­dzy no­ga­mi… → Raczej: …długa i cienka laska mię­dzy no­ga­mi

 

Włosy zle­wa­ją­ce się nie­mal ide­al­nym od­cie­niem z gar­ni­tu­rem i cie­niem, jakby były wprost z cie­nia splą­ta­ne… → Nie brzmi to najlepiej. Co to znaczy, że włosy były z cienia splątane?

 

na tyle dłu­gie by opa­da­ły na grzbiet w spię­tym, ele­ganc­kim ku­cy­ku. → Raczej: …na tyle dłu­gie by, spięte w elegancki kucyk, opa­da­ły na kark.

 

W kie­sze­ni ma­ry­nar­ki czer­wo­na po­szet­ka… → Kieszeń marynarki, w której nosi się poszetkę to brustasza, więc proponuję: W brustaszy czer­wo­na po­szet­ka

 

Ab­so­lut­ny brak nie­do­sko­na­ło­ści. → A może: Ab­so­lut­na ­do­sko­na­ło­ść.

 

Oczy by­stre, za­wie­szo­ne w jed­nym miej­scu. → Obawiam się, że oczu nie można zawiesić.

Proponuję: Oczy by­stre, wpatrzone w jedno miejsce. Lub: Wzrok bystry, za­wie­szo­ny w jed­nym miej­scu.

 

Lu­cjusz nie przy­po­mi­nał sobie by wi­dział owego męż­czy­znę kie­dy­kol­wiek… → Lu­cjusz nie przy­po­mi­nał sobie, by kiedykolwiek wi­dział owego męż­czy­znę

 

nie mia­łem tego w in­ten­cji… → …nie mia­łem takiej in­ten­cji

 

Nie za­uwa­ży­łem je­go­mo­ścia. → Nie za­uwa­ży­łem pana.

 

– Jestbył, moim bra­tan­kiem. → Brak spacji po wielokropku.

 

po­wie­dział dziw­nym tonem Pan War­ren. → …po­wie­dział dziw­nym tonem pan War­ren.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Ah, pro­szę pana… → Ach, pro­szę pana

 

Ah, co ja po­wie­dzia­łem…? → Ach, co ja po­wie­dzia­łem…?!

 

Dwa razy go może wi­dzia­łemGłu­pio bę­dzie przy ro­dzi­nie… → Brak spacji po pierwszym wielokropku.

 

– Dobrze, dobrze… Jeśli pan zrobi się śpiący, może pan się o mnie oprzeć, mówię w razie czego – Lucjusz przytaknął, poczuł, jak powietrze staje się jeszcze gęstsze. Nagle, gdzieś w okolicy, począł się wydobywać głuchy dźwięk pukania. → Brak kropki po wypowiedzi. Narracji nie zapisujemy jak didaskaliów. Proponuję:

– Dobrze, dobrze… Jeśli pan zrobi się śpiący, w razie czego proszę się o mnie oprzeć.

Lucjusz przytaknął, poczuł, jak powietrze staje się jeszcze gęstsze. Nagle, gdzieś w okolicy, począł się wydobywać głuchy dźwięk pukania.

 

rze­cza­mi wiel­ki­minie­rzad­ko za­ka­za­ny­mi. → Brak spacji po wielokropku.

 

– Był Pan tam z nim? → – Był pan tam z nim?

 

wy­gra­we­ro­wa­ne „Księ­ga Le­gend i Obłę­dów Ojca Beana” → Brak kropki na końcu zdania.

 

War­ren uspo­ko­ił go ge­stem ręki. → Zbędne dookreślenie – gesty wykonuje się rękami.

 

a ten jakby scho­wał się w swo­ich pod­bród­kach… → Zbędny zaimek.

 

tłu­ma­czył mi kie­dyś, że He­sja­nus gło­si- → Pewnie miało być: …tłu­ma­czył mi kie­dyś, że He­sja­nus gło­si

 

ani o ich bo­żąt­kach, drogi Panie. → …ani o ich bo­żąt­kach, drogi panie.

 

Pro­szę pana, to już jest na­praw­dę– → Pro­szę pana, to już jest na­praw­dę

 

uciął mu po­now­nie Eran Mor­tis… → A może: …przerwał mu po­now­nie Eran Mor­tis

 

 – A tak… – Lu­cjusz za­czer­wie­nił się nieco – Prze­pra­szam… → – A tak… – Lu­cjusz za­czer­wie­nił się nieco – prze­pra­szam

 

– Ta świa­do­mość na pewno po­pra­wi humor nam oboj­gu, drogi Lu­cju­szu… → Rozmowę prowadzi dwóch mężczyzn, więc: – Ta świa­do­mość na pewno po­pra­wi humor nam obu, drogi Lu­cju­szu

Piszemy obojgu, gdy rzecz dotyczy mężczyzny i kobiety.

 

po­wie­dział do niego cie­pło… → Wiemy do kogo mówi, więc wystarczy: …po­wie­dział cie­pło

 

W pew­nym Vic­toń­skim kró­le­stwie żył pe­wien bar­dzo… → Czy to celowe powtórzenie?

 

Miał on lśnią­cą, srebr­ną zbro­ję… → Zbędny zaimek.

 

Miał on wy­bran­kę swo­je­go serca… → Zbędne zaimki.

 

Była to ko­bie­ta wy­so­kiej urody… → Raczej: Była to ko­bie­ta wielkiej urody

 

cią­gnął War­ren – Pod po­sta­cią strasz­li­wej… → Albo kropka po didaskaliach, albo dalszy ciąg wypowiedzi małą literą.

 

– Oh.za­sko­czył się Lu­cjusz… → A może: – Och!jęknął zaskoczony Lu­cjusz

 

Po­zba­wio­ny swo­jej zbroi, osła­niał on swoją mi­łość która ob­rzu­ca­ła dia­bła naj­gor­szy­mi prze­zwi­ska­mi. → A może: Po­zba­wio­ny zbroi, osła­niał swoją mi­łość, która ob­rzu­ca­ła dia­bła naj­gor­szy­mi wyzwiskami.

 

Po­stą­pił on krok za nią, chcąc rzu­cić się w pogoń lecz padł wów­czas na ko­la­na. Nie­ste­ty – zo­stał on wie­lo­krot­nie ra­nio­ny przez go­rą­ce szpo­ny dia­bel­skiej be­stii. → Po­stą­pił krok za nią, chcąc rzu­cić się w pogoń, lecz padł wów­czas na ko­la­na. Nie­ste­ty – zo­stał wie­lo­krot­nie ra­nio­ny gorącymi szponami dia­bel­skiej be­stii.

 

była rana jaką ry­ce­rzo­wi zadał. → …była rana, którą zadał rycerzowi.

 

W owej ranie bo­wiem za­ogni­ła się esen­cja pie­kiel­nej mocy… → Czy tu aby nie miało być: W owej ranie bo­wiem zogniskowała się esen­cja pie­kiel­nej mocy

 

ry­cerz do­znał prze­mia­nyzmie­nił swoją formę, zmie­nia­jąc się… → Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …ry­cerz do­znał prze­mia­ny i przeistoczył się

 

Jego zbro­ja zo­sta­ła po­wy­krę­ca­na przez jego pie­kiel­ne mię­śnie, wbiła się w jego skórę… → Zbędne zaimki.

 

Ry­cerz wy­buch­nął rzą­dzą mordu, także wi­dząc swoją uko­cha­ną… → Ry­cerz wy­buch­nął żą­dzą mordu, tak że wi­dząc swoją uko­cha­ną

Sprawdź znaczenie słowa rządzą.

 

ru­szył w jej stro­nę. Sto­jąc nad nią, już chciał za­to­pić kły w jej ciele, gdy ona rze­kła do niego kilka słów. → Nadmiar zaimków.

 

Wy­czuł on ją rów­nież nie­opo­dal… → Zbędny zaimek.

 

Od­na­lazł on dia­bła… → Jak wyżej.

 

nigdy sa­me­mu nie ko­chał. → …nigdy sa­m nie ko­chał.

 

Będąc oto­czo­nym przez tyle ba­śnio­wych uczuć… → Będąc oto­czo­ny przez tyle ba­śnio­wych uczuć

 

Dia­beł nie za­pu­kał mu w okno… → Zbędny zaimek.

 

Koń­czy się ona rów­nie ża­ło­śnie jak za­czę­ła… → Jak wyżej.

 

w któ­rym za­ku­pił księ­gę i za­ku­pu­jąc trum­nę, zabił się w niej… → Nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza że zrozumiałam, iż w trakcie kupowania trumny zabił się w niej.

Proponuję: …w któ­rym za­ku­pił księ­gę, nabył tu trum­nę i zabił się w niej…

 

We­rlo­ren, gdy tylko zo­ba­czył padł jej pod ko­la­na ślu­bu­jąc jej mi­łość… → Nadmiar zaimków. Można kogoś podjąć pod kolana, ale nie można paść komuś pod kolana.

Proponuję: We­rlo­ren, gdy tylko ją zo­ba­czył padł na kolana, ślu­bu­jąc mi­łość

 

Uko­chał ją, od pierw­sze­go wej­rze­nia, a ona uko­cha­ła jego… → Raczej: Poko­chał ją od pierw­sze­go wej­rze­nia, a ona poko­cha­ła jego

 

nosił je w pa­mię­ci od swo­je­go uro­dze­nia… → Zbędny zaimek.

 

pod­czas któ­rych on do niej mówił a ona go słu­cha­ła. Mówił jej wszyst­ko, swoje grze­chy przy­pra­wio­ne pła­czem, swoje ra­do­ści pełne śmie­chu. A ona szła obok niego, sie­dzia­ła obok niego i była przy nim, bo go ko­cha­ła… → Nadmiar zaimków.

 

Dło­nie War­re­na za­cie­śni­ły się na lasce którą trzy­mał mię­dzy no­ga­mi: → Dło­nie War­re­na zacisnęły się na lasce, którą trzy­mał mię­dzy no­ga­mi.

 

Lu­cjusz po­grą­żo­ny był w bez­tro­skim śnie.. → Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

spisanej dłonią opętanego kapłana. Opętanego przez samego diabła. 

– Jednej nocy wymknął się od niej. Czując jak wzbiera w nim opętańcze piętno… → Czy to celowe powtórzenia? Obawiam się, że piętno nie mogło wzbierać.

 

Uzbro­jo­ny w bluź­nier­cze za­klę­cia ja­kich się na­uczył sta­nął prze­ciw­ko Jemu.  → Uzbro­jo­ny w bluź­nier­cze za­klę­cia, których się na­uczył, sta­nął prze­ciw­ko Niemu.

 

Zle­wa­ją­cy się w cie­niu męż­czy­zna… → Czym zlewał się mężczyzna w cieniu?

A może miało być: Zle­wa­ją­cy się z cieniem męż­czy­zna

 

Od­głos głu­che­go pu­ka­nia osią­gnął me­ri­tum. → Co to znaczy, że odgłos pukania osiągnął istotę sprawy?

 

We­rlo­ren Pas­di­re po­pra­wił swój koł­nierz… → Zbędny zaimek.

 

– A… co z Tobą? → – A… co z tobą?

 

po czym ode­szli od sie­bie. Gdy oboje wy­szli z te­re­nu pa­ra­fii od prze­ciw­nych stron, po­wie­trze się po­ru­szy­ło, wiatr się wez­brał… → …po czym ode­szli od sie­bie. Gdy oboje opuścili te­re­n pa­ra­fii i ruszyli w przeciwne strony, po­wie­trze się po­ru­szy­ło, wiatr powiał silniej

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka