Życzę przyjemnej lektury. :-)
Życzę przyjemnej lektury. :-)
Istne piekło! Tornado muszli, chitynowych elementów, hydrotermalnej tkanki oraz węgorzy wirowało w szaleńczym tempie – jakby miasto zwymiotowało własną biologię. Wypełniało salę podwodnego miasta iskrami, jarząc się i błyskając wyładowaniami elektrycznymi. Leon stał na balkonie, zaciskając dłonie na wapiennej poręczy. Zahipnotyzowany wpatrywał się w wysoki na trzydzieści metrów dudniący generator, z którego przed chwilą zdjęto powłokę. Wplecione w jego strukturę rafy koralowe klekotały, wraz z resztą pędzących po ciasnej orbicie elementów tworząc smużysty obraz. Generator wydawał niezliczone dźwięki. Jednak z każdą sekundą obrót kolosa zwalniał, aż wreszcie podłoga przestała drżeć, a nagłą ciszę wypełniły głosy ludzi wstrzymujących do tej pory oddechy. Ktoś się nerwowo zaśmiał.
– Otwarty jak małża – powiedziała stojąca obok Leona kobieta.
Jemu z kolei przypominał wyrzuconego na brzeg płetwala błękitnego.
Dwóch techników pospiesznie podeszło do generatora i zaczęło przy nim majstrować. Jeden z poziomu ziemi, drugi wdrapał się na szczyt, gdzie pracował pod presją czasu. Tłum zamarł w mszalnym oczekiwaniu.
Prace zajmowały zwykle między dwadzieścia a trzydzieści minut. Tyle wystarczało, aby znajdujący się w innym pomieszczeniu Przetwórca całkowicie nie przestał działać. W przeciwnym razie…
Leon zerknął na kobietę. Lewą ręką trzymała niewielki ekran, prawą coś na nim rysowała. Smukła dłoń kreśliła linie i wstęgi. Pospiesznie, jakby miał się zaraz skończyć świat. Na początku pomyślał, że pewnie odwzorowuje generator, ale okazało się, że to coś zupełnie innego. Nagle schowała ekran, odgarnęła z twarzy miedziane włosy i zeszła z antresoli spiralnymi schodami. Podążył za nią, wdychając naelektryzowane i wilgotne powietrze.
– Mi przypomina wieloryba – powiedział już na dole, bacznie obserwując jej reakcję.
– Wyjątkowo durne porównanie.
Skrzywiła się i ruszyła w stronę generatora, lecz została zatrzymana przez kordon strażników. Gapie mogli oglądać naprawę, ale jedynie z określonej odległości.
Leon nie odstępował jej. Kobieta miała w sobie coś pociągającego – być może długie rude włosy, zielone oczy albo gibką sylwetkę – lecz prędko straciła dla niego rodzące się znaczenie. Przyszedł tu bowiem w konkretnym celu. Czekał na tę chwilę pół roku, gdyż dokładnie co sześć miesięcy generator był wyłączany. W tym czasie, w ciągu niespełna pół godziny zależny od niego Przetwórca działał coraz słabiej. A Leon odczuwał to bardzo wyraźnie. I miał pewną hipotezę, dlaczego tak się dzieje.
Teraz ciało powoli odprężało się, począwszy od napiętych barków, przez ściśnięte trzewia, aż po podkurczone palce u stóp. Oddech stał się spokojniejszy, a umysł czystszy. Zupełnie jakby ktoś zrzucił z niego niewidzialne jarzmo. Na obliczu Leona zagościł delikatny uśmiech. Właśnie utwierdzał się w przekonaniu, że Przetwórca jest czymś złym. Bytem zniewalającym mieszkańców podwodnego miasta. Właściwie gdzie umieszczonego? Na Ziemskim statku, na jakimś księżycu – Europie, Tytanie?
Widział kątem oka rudowłosą kobietę. Zdawało się, że kontynuuje rysowanie. Jakby próbowała uchwycić coś, co tu się dzieje, pod innym kątem. Dopełniała perspektywę. Już spokojniejszym, niemalże niedbałym ruchem smukłej dłoni.
Obraz stracił ostrość, jakby krople osiadłe na rzęsach rozszczepionym światłem usypiały oko. Leon zapragnął, żeby tak już zostało. Żeby świat się zatrzymał.
A potem zamrugał, strzepując z powiek rozpad, i skupił uwagę na generatorze, z lekkością wchodzącym na coraz wyższe obroty. Salę wypełnił szum, klekot, jazgot, dźwięki wwierciły się w mózg.
Przed nim zafalowała miedziana rzeka. Błysnął uśmiech, jak łuska przyczajonej ryby. Zielone oczy otaksowały go; badawczo, zaczepnie?
Kobieta podała mu dłoń, dotykiem przekazując kontakt do siebie oraz informacje na swój temat. Diana. Następnie, odwróciwszy się na pięcie, zamiotła podłogę karminową suknią i podążyła spiralnymi schodami na górę.
Krwista meduza, pomyślał Leon. Pierwszy raz w dorosłym życiu zaschło mu w ustach.
***
Po tak intensywnych przeżyciach dobrze było wrócić do własnego mieszkania. Kiedy otworzył drzwi, przywitał go widok grzybni w doniczce na perłowym stoliku. Wielkie łóżko na środku pokoju pachniało mchem. Ściany pokrywała cienka warstewka wody udekorowana rzęsą wodną. Powietrze miało lekko kwaśny posmak. Leon oblizał usta i czując ogarniające ciało znużenie, usiadł na falowanym fotelu z przetworzonych gąbek. Bujając się na nim, wsłuchał się w skrzypienie, które uspokoiło go jeszcze bardziej. Jakby rozpuszczało niepokój, podobnie jak on będzie dziś rozpuszczał osad pokrywający miasto.
Zerknął na zawieszone na ścianie zdjęcie rodziców. Połowicznie zasłaniał je certyfikat recyklingu organicznego. Leon poczuł wypełniającą brzuch błogość. Dno oceaniczne, pięć lat temu, użyźniły szczątki ojca oraz matki. Z pewnością byli dumni, że przysłużą się miastu.
Wstał i ruszył szykować się do pracy. Minął hologram przedstawiający ziemię. Kontury były nieostre i miał wrażenie, że z kolorami jest coś nie tak. Ale to dobrze – nie wszystko musi stanowić dokładne odwzorowanie czegoś. Ta myśl przywołała obraz zielonookiej kobiety. Co rysowała? Zdawało mu się, że ośmiornicę, lecz nie miał pewności. Przypomniał sobie o kontakcie do niej. Diana. Mógłby teraz sprawdzić, kim była. Zawahał się. Postanowił zrobić to na zewnątrz, łącząc obowiązek z przyjemnością.
Wyjął z szafy stary, wysłużony kombinezon i zaczął go zakładać. Materiał ściśle przyległ do ciała. Leon sprawdził zapięcia, szczelność, po czym wyszedł z mieszkania i szarym korytarzem podążył do śluzy.
Płynął otulony przyjemnym ciśnieniem głębinowym. Panowałby tu niemalże całkowity mrok, gdyby nie latarki wbudowane w skafander oraz bioluminescencja miasta. Co jakiś czas zauważył cień mątwy. Światełko żebropława. Kształty majaczyły, wyłaniały się z toni, morfowały w coś zupełnie innego, nikły. Słyszał jedynie swój miarowy oddech.
Dryfował tuż nad obłym ciałem miasta. Co chwilę zatrzymywał się, wyjmował z kombinezonu organiczne szczotki i leciutkimi pociągnięciami pozbywał się wierzchniej warstwy osadu. Szczotka miała enzymatyczne roztwory, bez których nie udałoby się usunąć oceanicznego mikrobiomu.
Zanurzony w rutynie, postanowił zapoznać się z informacjami na temat Diany. Była trzydziestodwuletnią kreatorką, zatem odpowiadała za sztukę w mieście. To dlatego coś rysowała przed generatorem. Przejrzawszy jej profil psychologiczny, Leon uznał, że poznawanie rudowłosej kobiety będzie interesującym doświadczeniem. Rosnąca ekscytacja przyniosła rozkojarzenie, krótkie jak mrugnięcie oka, ale to wystarczyło, żeby mężczyzna niechcący szczotką musnął nogawkę kombinezonu. Nie zauważył tego i spokojnie ruszył dalej nad cielskiem miasta.
Zastanawiał się, jakby zareagowała, gdyby powiedział, co myśli na temat Przetwórcy. Uznałaby go szaleńca? A może zaśmiałaby się, uznawszy jego słowa za absurdalny żart? Z niejasnego powodu poczuł, że chciałby zobaczyć jej szczery śmiech.
Przetwórca ponoć położony był na samym dole, w części miasta wrastającej w oceaniczne skały. Leon nie znał nikogo, kto by go widział choć raz w życiu. Przetwórca nie potrzebował napraw ani konserwacji, ale nie mógłby działać bez generatora. Chodziły pogłoski, że jest ogromnym kominem hydrotermalnym, wydzielającą tlen skałą albo ogromną maszyną zbudowaną wieki temu. Niektórzy dopatrywali się w nim istoty boskiej.
Zakończywszy pracę, ruszył z powrotem do mieszkania. Miasto miało kilka kilometrów długości i kilkaset metrów szerokości. Leon widział odległe, niewyraźne sylwetki innych czyścicieli, którzy wypłynęli szorować Kraba.
Tak nazywało się miasto! Krab! Leon nie wiedział, czemu o tym zapomniał, ale luka w pamięci zakwitła chyba podczas wyłączenia generatora.
Schował organiczne szczotki i przyspieszył. Postanowił koniecznie spotkać się z Dianą. I zapytać o rysunek kraba.
***
Mając nadzieję na potajemne spotkanie w jakimś odosobnionym miejscu, teraz, na stołówce pełnej ludzi, próbował ukryć malujący się na twarzy zawód. Przecież musiała wiedzieć, jak to się skończy. Mimo wszystko nie chciał, aby Diana zauważyła jego niezadowolenie, wymusił więc uśmiech, rozluźnił barki, wziął głęboki oddech i skręcił w kierunku koralowca, na którym w pozycji półleżącej spoczywała kobieta. Postanowił skupić się na tu i teraz, zamiast niepotrzebnie się przejmować tym, na co nie miał wpływu.
Oddychające kielichy żółtych kwiatów aromatyzowały powietrze. Latające robaczki przysiadały na kolanach gości, by dawać się głaskać i rozkosznie trzepotać skrzydełkami. Ktoś zajadał się długim, zielonym glonem, mlaskając i wydając dźwięki świadczące o kulinarnym ukontentowaniu. Ze stołówki roztaczał się widok na tonące w smużystym świetle trzewia miasta. Pejzaż stanowił tło Diany. Kobieta wybrała miejsce na skraju stołówki, przy muślinowej barierce, za którą opadającym zboczem frenetycznie kwitła tkanka miasta. Bary, galerie sztuki, sklepy i ginące w ich gąszczy ścieżki wyglądały nudno w porównaniu z ocienionym gęstwą rzęs spojrzeniem rudowłosej artystki.
Leon rozsiadł się obok na tym samym koralowcu, wydzielającym białą mgiełkę.
Powieki Diany lekko uniosły się, usta ułożyły w zalążek uśmiechu.
– Bardzo przeżywałeś wyłączenie generatora – zaczęła głosem sennym i słodkim. Na twarzy skraplała się mgiełka, przez co Diana wyglądała, jakby właśnie wyszła z kąpieli. Nawet włosy, rozpuszczone i sięgające niemal podłogi, miała trochę wilgotne. Leon pomyślał, że musiała tu siedzieć bardzo długo.
– Obserwowałaś mnie? – zapytał, siląc się na dystans większy niż rzeczywisty.
Założyła nogę na nogę.
– Po prostu to wyczułam. Byłam skupiona na generatorze.
Leon poruszył barkami, szukając wygodniejszej pozycji. Zastanawiał się, czy Diana podziela jego podejrzenia odnośnie Przetwórcy.
– Nie wszyscy przychodzą oglądać wyłączanie generatora – powiedział, przez mgiełkę nie mogąc ocenić, czy Diana patrzy na niego, czy gdzieś obok.
Ziewnęła. Przez chwilę nic nie mówiła. Słyszał przytłumiony gwar odbywających się wokół rozmów. Wysoko nad sobą widział przeźroczysty dach, stanowiący zarazem podłogę wyższego piętra. Ludzka masa przepływała we wszystkie strony. Leon pomyślał, że kiedyś wszyscy użyźnią miasto. Zapłodnią je.
– To jest narkotyk – spokojny głos Diany smakował jak landrynka.
– Nie rozumiem.
– Tak początkowo sądziłam. Wyłączanie generatora za każdym razem wpływało na moją sztukę. Czułam się natchniona. Naćpana. Ale teraz wiem, że się myliłam. To nie narkotyk, tylko coś znacznie potężniejszego. Intymniejszego.
Podszedł do nich wysoki mężczyzna. Kelner w złotym garniturze, szczerząc zęby równe jak klawisze fortepianu, podał Leonowi kieliszek z szafirowym drinkiem. Miał wielką, ogromną wręcz głowę. Odchodząc, rzucił „Udanego spotkania, gołąbeczki”, na co Diana przewróciła oczami.
– Widziałem, że rysujesz – zarzucił temat jak niewprawny rybak przynętę. – Masz niezwykłe oko do detalu. Miasto wyglądało jak żywe. Szkoda…
– Że potem je wymazałam?
Skinął głową.
Wzruszyła drobnymi ramionami.
– To był zły pomysł. To znaczy temat pracy, bo samo rysowanie okazało się owocne.
– To znaczy?
– Wyczułam jakąś nową perspektywę. Coś… pod spodem.
– To bardzo interesujące. – Leon wziął największy możliwy łyk z kieliszka. – Kiedy Przetwórca słabł, wzmocnił się twój talent. Nie rozumiem więc, dlaczego usunęłaś…
– Wystraszyłam się – ucięła Diana.
Następnie czas rozciągnął się niczym guma. Długo siedzieli w milczeniu. Leon wahał się, czy powiedzieć jej o swoich przypuszczeniach. W końcu o nich zapomniał, skupił się na głaskaniu palcem świecącego od tych pieszczot robaczka. Kelner w złotym garniturze, coraz sztywniejszym krokiem, kluczył między stolikami. Uśmiechał się dziwnie, boleśnie szeroko. Diana sprawiała wrażenie jednocześnie zrelaksowanej i podekscytowanej.
– Dziękuję, że zechciałaś się spotkać – zaczął Leon, ale mu przerwała.
– Nie jesteś pierwszym ani ostatnim. Jest kilka osób, które tam, przy generatorze, wydały mi się interesujące. Akurat ty najmniej. Bez urazy.
Poczuł znajome zapadanie w klatce piersiowej. Przypomniał sobie rodziców. Zawsze zastanawiał się, czy jest dla nich wystarczający. Co musi zrobić, żeby poświęcili mu uwagę.
– Zatem co ci przypomina wyłączenie generatora?
Diana gwałtownie usiadła i wyprostowawszy się jak struna, zaczęła na coś patrzeć. Rozległy się zdezorientowane głosy, jęk, część osób zaczęła opuszczać stołówkę. Leon podążył za jej spojrzeniem i ujrzał kelnera. Zataczał się między stolikami, niezbornie wymachując rękami, plując i buchając krwią. Cały czerwony na twarzy, z oczami wychodzącymi z orbit, nagle zatrzymał się, przeraźliwie zarzęził i złapał za głowę, która wybuchła razem z ciałem, obryzgując wszystko dookoła, zabarwiając mgiełkę koralowców na lekki róż. Ludzie na stołówce szybko się uspokoili, z powrotem zajęli miejsca. Komentowali zdarzenie, głosy i szepty wypełniły przestrzeń rozczarowaniem, znużeniem. Ktoś dopił drinka. Ktoś westchnął z ulgą, że to nie jego głowa pękła.
– W pewnym sensie właśnie to – rzekła Diana. – Chodźmy. Za dużo tu rozpraszaczy.
Wstała z koralowca, złapała Leona za rękę i pociągnęła w głąb miasta; na granicy czucia przeszywanego dreszczem nadchodzącego wieczoru.
***
Tkanka miasta pulsowała jednostajnie, jakby nic nie zostało przerwane, a eksplozja kelnera stanowiła zaledwie drobną korektę w obiegu materii. Zanurzył się z Dianą w wąskim pasażu, którego cienki organiczni nabłonek na ścianach filtrował oceaniczną wodę.
– Zawsze tak reagują – odezwała się spokojnie, nie patrząc na niego. – Napięcie, a potem ulga. Po czym wracają do swoich spraw.
Leon chciał coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Zamiast tego rozejrzał się wokół. Mijali ludzi siedzących w wybrzuszeniach korytarza, pochylonych nad misami z glonami i pulsującymi owocami. Ktoś się śmiał. Ktoś kompulsywnie drapał pokryte łuskami przedramię. Ktoś opowiadał z radosnym ożywieniem o innym samobójstwie mającym miejsce dwa poziomy wyżej.
Diana zaciągnęła go do jednego z pustych wybrzuszeń i stuknęła tkankę, co sprawiło, że od korytarza odgrodziła ich półprzeźroczysta przesłona. Widzieli za nią niewyraźne kształty, niczym cienie, przechodzących ludzi, ale nic nie słyszeli. Otulający zmysły koc z zaległej ciszy zmienił się w ten utkany ze słodkiego głosu Diany.
– Posłuchaj – powiedziała, oblizując usta. – Chcę ci powiedzieć, jak się czułam, kiedy wyłączyli generator. Jak się czuję za każdym razem, gdy to robią.
Leon poczuł przyspieszający puls. Więc musiała mieć podobne przemyślenia do moich, pomyślał, próbując zapanować nad ekscytacją. Wybrzuszenie mieniło się miękkimi, zazielenionymi na brzegach refleksami, jakby za jego ścianą w opromienionej słońcem wodzie falowały brunatnice.
– Wiesz, że jestem kreatorką. – Nacisnęła ścianę za sobą, tworząc wykusz z siedziskiem. – Odpowiadam za organizację tkanki miasta. Choć, przyznaję, nie mam pojęcia, jak to robię. – Usiadła tam i przejechała palcami po górnej krawędzi, na której zakwitły faunistyczne ornamenty. – Moim zadaniem jest uatrakcyjnić miasto.
Leon dotknął ściany, spodziewając się, że będzie miękka jak guma, lecz pod jego palcami ani drgnęła.
– Od pewnego czasu zżera mnie wypalenie zawodowe – kontynuowała Diana, obserwując uważnie Leona. – A podczas wyłączeń generatora… Na początku czułam się, jak pod wpływem środków odurzających. Teraz jednak widzę w tym coś więcej.
– Powtarzasz się – zauważył Leon, wciąż badając ściany.
– Orgazm – wyrzuciła z siebie. – La petite mort. Mała śmierć. Stan, kiedy wszystko, włącznie z ja, się rozpada. To mnie uwalnia i daje natchnienie. Mam wtedy najlepsze pomysły.
Leon odwrócił się, a spojrzenie, które na niej zawiesił, stężało tak mocno, że Diana leciutko się odchyliła w wykuszu. Przypomniał sobie dźwięk zwalniającego generatora, podniecone głosy i nagłą, głęboką ciszę rozpuszczającą świat bodźców.
– Jesteśmy tu bezpieczni? – zapytał.
Diana zamrugała.
– Jak widzisz, nie ma tu nikogo poza nami.
– Wiesz, po co potrzebny jest Przetwórca?
Wzruszyła ramionami.
– Żeby miasto działało jak najefektywniej – powiedziała z pewnością w głosie.
– To znaczy?
– A co to, egzamin? – Splotła ramiona.
Leon przez chwilę na nią patrzył, a kiedy uznał, że nie pokona jej oporu, sam podjął temat:
– Filtrowanie oceanicznej wody, produkcja żywności z hydrotermalnej masy, no i, oczywiście, jest jeszcze wykorzystywanie martwych mieszkańców w celu użyźniania Kraba. – Zrobił znaczącą pauzę. – Co pół roku, niedługo po konserwacji generatora, pojawiają się liczne samobójstwa. Jak sądzisz, po co?
Diana skrzywiła się.
– Chyba nie sugerujesz, że…
– Też dotknąłem tej wolności – przerwał jej, mówiąc wyższym tonem. – Tego, co nazywasz natchnieniem. Małą śmiercią.
– No i?
– Sądzę, że coś przed nami jest ukrywane.
– Odbiło ci. Kto miałby to robić?
– Nikt. Miasto stworzyło się samo. Było tu, pod dwudziestokilometrową warstwą lodu, w przeraźliwie zimnych wodach pokrywających Europę, zanim ludzkość zainteresowała się tym miejscem.
Głos Diany dobiegł z bardzo daleka:
– Kim jesteś?
Leon westchnął, zawiedziony, że nie może powiedzieć więcej. O tym, co sam próbował wyprzeć. Wiedział, że jeśli teraz wyłożyłby wszystkie karty na stół, uznałaby go za wariata. Musi jej to pokazać. Zabrać ją tam.
Zaproponował spotkanie wieczorem, ale Diana pokręciła głową i zerwała się do wyjścia. Miał zapamiętać, jak na jej jasnym obliczu przepływały prądy zwątpienia i zaskoczenia. Wydawało się, że w kącikach zielonych oczu zaległy cienie zbierających się w umyśle chmur. Wyjrzał za nią, lecz karminowa suknia zniknęła w pasażu, o tej wieczornej porze pełnym wylęgających zewsząd ludzi; dźwięki, kolory, ruch i zapachy kotłowały się w tym tyglu, podobnie jak myśli Leona, jeszcze długo, niczym porzucone dziecko, stojącego w bezruchu; jedynie drżały w nim oczy, uczepione obrazu Diany.
***
Leżała od lat w rogu łóżka, niepotrzebna, porzucona w ciemnym kącie. Przypominała o sobie jedynie wtedy, gdy szklistymi oczami udało jej się pochwycić zmienne światło mieszkania. Dziś Leon położył się i przyciągnął ją do siebie, by długimi mackami mogła go opleść. Znajomy dotyk pluszowej ośmiornicy zamknął ciało w pozycji embrionalnej. Miękka głowa i macki, gumowe przyssawki, twarde ślepia, wszystko to stanowiło sensoryczną bramę do domu z dzieciństwa, którego wspomnienia zalały Leona wartkim potokiem. Nieskazitelnie czyste, pedantycznie uporządkowane mieszkanie, a rezydująca w nim matka, mimo niedużej przestrzeni, zawsze w wielkiej, jakby kosmicznej oddali.
Zakaz wychodzenia po zmroku. Zakaz masturbacji. „Dziewczęta zakwitają zbyt wcześnie, zajmiesz się nimi później. Na razie jesteś jeszcze niedojrzały”. Raz, kiedy niby przypadkiem zobaczyła syna z koleżanką w parku, gdzie w rozgorączkowaniu położył dłoń na bladym dziewiczym udzie, dostał zakaz na jakiekolwiek spotkania z płcią przeciwną.
Leon w nagłej furii cisnął ośmiornicą przez cały pokój. Zerwał się z łóżka, rozwalił pięścią grzybnię, chwycił zdjęcie rodziców – matka władczo trzymała dłoń na ramieniu ojca – i rozerwał ten jej cholerny uśmiech.
A potem udało mu się skontaktować z Dianą.
***
Spotkał się z nią na kawiarnianej antresoli.
– Uparty jesteś – powiedziała, leniwie sącząc drinka.
Pierwszy raz w życiu, pomyślał Leon, czując wypełzający na policzki rumieniec.
Obserwowała go kosym spojrzeniem znad brzegu kieliszka. Ubrała dziś muślinowy kostium przylegający do ciała; intymne części zasłaniały nieprzeźroczyste zgrubienia materiału.
Leon opowiedział jej o tym, że kiedyś był jednym z zarządców miasta.
– Mam zatem dostęp do głębszych rewirów – kontynuował. – Nie zapuszczałem się tam, ponieważ dawno temu porzuciłem tę funkcję… Chciałem zapomnieć pewne rzeczy. Obrazy, których nigdy do końca nie potrafiłem zrozumieć. Wzbudzały mój niepokój. Chciałbym ci je pokazać.
Wzięła łyk, oblizała malinowe wargi, rozpraszająca światło i uwagę rozwielitka. Źle cię oceniłam, zdawało się mówić jej magnetyczne spojrzenie. Na falującej w afekcie piersi skrzyła kolia z pereł.
Potem korytarzami długo schodzili w dół miasta. Zrobiło się tłoczniej, duszniej. Powietrze przesycał mdlący zapach. W otoczeniu wciąż schowanych poza zasięgiem wzroku kominów hydrotermalnych, bliżej równiny abisalnej życie rozkwitało.
Zaprowadził ją do części miasta, w której nie było żywego ducha. Korytarze i wielkie przestrzenie przesycała aura zapomnianego koszmaru. W hangarze spoczywało coś, co przypominało zdeformowany tutejszą biologią kadłub ogromnego statku kosmicznego. Minęli syntetyczne cielsko w pobożnym milczeniu, Leon wiedząc, że zaraz wszystko się wyjaśni, Diana napawając się pobudzającym wyobraźnię oczekiwaniem.
Wreszcie dotarli na miejsce. Leon przełknął ślinę i otworzył okrągłe przejście. Ginące w półmroku pomieszczenie śmierdziało rozkładem. Leon podszedł do jakiejś aparatury i chwilę później na ekranach przed nimi pojawiło się nagranie. Na karku czuł oddech Diany.
Zapis z kamer, które kolonizatorzy zamieścili zaraz po przybyciu na Europę. Na początku miasto było niewielkie, lecz wkrótce po wylądowaniu prędko zaczęło się rozrastać. Wydłużać, pączkować, nabrzmiewać. Po pierwszym tygodniu urosło trzykrotnie. Ludzie krążyli po nim, rozglądali się, a kamery uwieczniały na obliczach zachwycenie; w drugim tygodniu zmieniło się w zaskoczenie.
– Wylądowali tu, ponieważ coś ściągnęło ich na powierzchnię Europy – powiedział Leon.
Ludzie zaczęli zachowywać się jak w szpitalu na zamkniętym oddziale zaburzeń psychotycznych, w którym personel opuścił placówkę, chorych zostawiając samopas, z otwartym dostępem do leków. Przestawali się ruszać, wpadali na ściany, przyklejali się do organicznych powierzchni.
Zanim do tego doszło, na jednym z wcześniejszych nagrań widniała kobieta tuląca miesięczne dziecko. Potem, kiedy ludzie zaczęli osuwać się w odmęty szaleństwa, bez wyjątku wszystkie kamery skupiły się na matkach z niemowlakami. Kiedy i one postradały zmysły, stało się coś dziwnego – miasto oplotło porzucone dzieci wiciami. Włosowate komórki zdawały się pulsować, jakby odżywiały organizmy najmłodszych przybyszów.
Liczący tysiąc mieszkańców statek prędko został rozłożony, wchłonięty w materię miasta.
– Czekaj! – Diana odsunęła Leona i zaczęła coś wpisywać. W głęboko schowanym pliku, do którego prowadziła ścieżka artystycznie zatytułowanych folderów – co zwróciło uwagę Diany – znajdowała się mapa i krótka informacja. „Więcej wie Przetwórca”.
Leon zapisał mapę w części potylicznej mózgu. W ustach mu zaschło.
– Więc tam się znajduje! Ciekawe, czy to maszyna, czy człowiek – mówiła podekscytowana Diana, krążąc po pokoju i przeczesując burzę rudych włosów. – Musimy tam pójść. Rozumiesz? La petite mort schowała się na samym dnie.
Leon miał wątpliwość, czy można mówić o jakimkolwiek chowaniu się Przetwórcy. Niewątpliwie jednak mocniej wyczuwał tu tchnienie śmierci.
***
Droga do Przetwórcy okazała się dłuższa, niż się spodziewali. Musieli opuścić porzuconą część miasta i zejść jeszcze niżej. Zanim to zrobili, wrócili na górę, ponieważ Leon nie chciał podejmować pochopnych decyzji. Sądził, że to może być pułapka. Pod pretekstem przygotowania się do wyprawy, dał sobie czas na głębsze zastanowienie. Zabrał Dianę do swego mieszkania, gdzie spakował tabletki i płyny odżywcze, zarówno dla siebie, jak i dla kobiety. Wziął też organiczne szczotki i malutkie pojemniczki enzymatycznych roztworów; nie wiedział, co na dole może się przydać.
– Smutne to twoje gniazdko – powiedziała Diana, rozejrzawszy się po pokoju. – Nie myślałeś, żeby coś tu zmienić?
– Nie.
– Jesteś głupio uparty.
Leon uśmiechnął się tylko. Na środku łóżka leżała ośmiornica.
– Masz dziecko? – zapytała Diana.
– Nie.
– I słusznie. Dzieci to utrapienie. Nie da się z nimi porozumieć. Jakby mówiły w innym języku. W zielonych oczach Leon widział rosnącą niecierpliwość.
– Chodźmy już.
– Poczekaj! – zatrzymała go. – Nie bądź takim egoistą. No co? Ja nie jestem jeszcze gotowa.
Udali się zatem do jej mieszkania. Kazała Leonowi poczekać na zewnątrz. Oparł się o barierkę, zawiesił spojrzenie na panoramie miasta – Diana mieszkała wysoko – i zamyślił się. Powietrze podszyte było chłodem rozciągającej się nad nimi lodowej skorupy. Wciągał je głęboko do płuc i zastanawiał się, jak bardzo życie na Ziemi różniło się od tego na Europie. Wiedział, że na liczącym ponad tysiąc osób statku, na którym przyleciała jego babcia, znajdował się wielki zbiór danych na ten temat. Prawdopodobnie stąd miasto „wiedziało”, jak powinno się rozrastać. Czego potrzebowali ludzie… A może stanowili już zupełnie nowy gatunek?
Drzwi rozsunęły się i stanęła w nich inna kobieta. Weszła rozwielitka, wyszła ośmiornica; Diana założyła płaszcz z komórek wyspecjalizowanych w zmienianiu kolorów. W dłoni trzymała rysik.
– Nie wiem, co zobaczymy – wyjaśniła. – Chcę to uwiecznić.
Leon pomyślał, że chciałby mieć czas, żeby lepiej Dianę poznać. Uśmiechnął się blado.
Teraz podążali szeroką spiralną drogą o niewielkim nachyleniu. Czasami mijali kształty przypominające ludzkie ciała, leżące, martwe od wieków, obleczone tkanką miasta.
– Gdybym nie została kreatorką, to bym nie istniała – powiedziała Diana.
– Masz na pewno więcej do zaoferowania niż zdolności artystyczne.
– Chodzi o tożsamość. Jeślibym nie tworzyła… nie wiedziałabym, kim jestem.
Zatrzymali się w miejscu pełnym mchu, paproci i purpurowych pąków. Diana wirowała w ekscytacji, a jej suknia zmieniała kolory. W tym ruchu wyciągnęła rysik i zaczęła coś tworzyć.
Leon odwrócił wzrok. Rosło w nim przekonanie, że musi zniszczyć Przetwórcę. Nie mówił o tym Dianie, ponieważ wiedział, że ona ma inny cel – zrozumieć, czym jest.
Do Przetwórcy powinni dotrzeć następnego dnia. Zanim poszli spać, jeszcze długo rozmawiali. Leżeli na mchu, blisko siebie, ale nie na tyle, żeby się dotykać. Diana opowiadała o restauracji z najlepszymi frykasami, do której mogliby kiedyś pójść. Wykazywała żywe zainteresowanie, gdy Leon mówił o pracy czyściciela.
Gdy powieki delikatnie skleił nektar snu, Leonowi wydawało się, że poprosiła, żeby ją przytulił.
To, co działo się potem, do momentu spotkania Przetwórcy, okazało się nieważne. Rozmowy, posiłki, drobne gesty i spojrzenia – wszystko to rozpadało się jak piasek przeciekający między palcami. Leon czuł, że świat spłaszczył się do jednej osi napięcia, prowadzącej w dół, ku czemuś, co od dawna istniało w nim jako niewypowiedziane przeczucie. Światło traciło miękkość, przyjmowało barwę rdzy. Powietrze gęstniało, smakowało metalicznie, jakby zanurzyć język w starej monecie.
Diana szła przed nim spięta, z dłonią na rysiku. Co jakiś czas zwalniała, by naszkicować coś, co nie narodziło się w pełni – słaby kontur, sam cień, przeczucie formy.
Kiedy dotarli na miejsce, Leon o tym po prostu wiedział.
– Cokolwiek jest za tymi drzwiami, czuję, że nie wyjdziemy stamtąd tacy sami – powiedział.
Diana uśmiechnęła się lekko.
– Właśnie na to liczę.
Nie spotkali go w żadnej wielkiej sali, ani w jakikolwiek sposób charakterystycznej przestrzeni. Przetwórca nie okazał się skupiskiem kominów hydrotermalnych, ani skomplikowanym organicznym tworem.
Po prostu był.
***
Przetwórca okazał się filtrem. Przetwarzał bodźce tak, żeby dla ludzi były strawne. Przekształcał elementy pierwotne, które były przyczyną śmierci poznawczej kolonizatorów, w elementy wtórne, pozwalające człowiekowi odnaleźć się w tym nowym środowisku.
Przeżyli wyłącznie dlatego, że Przetwórca złamał rzeczywistość na ich miarę.
Zrozumieli to, wchodząc do wielkiej komory, w której na tronie z dziwnych tkanek siedziało coś przypominające człowieka. Zrozumieli to, zanim jeszcze się odezwał.
– Jesteś Przetwórcą? – zapytała Diana, zatrzymując się w bezpiecznej odległości. Leon, z ręką na organicznej szczotce, stanął przed nią, zamierzając jej bronić, gdyby zaszła taka potrzeba.
Postać uśmiechnęła się. A może próbowała, ponieważ usta dziwnie zafalowały, a zmarszczki mimiczne wydawały się w pewnym sensie nieprecyzyjne.
– Przetwórca to wszystko, co was otacza. – Całe miasto, zrozumiał Leon. – Generator jest jego sercem. Chroni was przed obcą rzeczywistością. Jako gatunek dopiero się tu urodziliście. Potrzebujecie regulatora. Bytu, który pomoże wam zrozumieć ten świat.
Leon przypomniał sobie filmy z matkami opiekującymi się niemowlakami. Właśnie tym był dla nich Przetwórca – opiekunem. Rodzicem.
Zrozumiał swój błąd. Przetwórca nie chciał ich zniewolić. On im służył. Stanowił filtr rozciągnięty między nimi a światem, zbyt intensywnym, obcym i surowym, żeby można go było udźwignąć bez rozpadnięcia się od środka. Jednak… W oczach zakręciły się łzy. Ciało przeszyło wzruszenie i smutek. A także rosnąca irytacja, wyrastająca z lat tłumienia i życia w granicach cudzej troski.
Diana przylgnęła do jego boku. Czuł drżenie jej ciała.
Przetwórca nie przewidział jednego – ludzkiej potrzeby buntu oraz autonomii.
Leon oczami wyobraźni, w których zapłonął ogień, ujrzał potężny generator. Uśmiechnął się upiornie.
Człowiek nie powstał, by być chronionym.
Powstał, by ryzykować rozpad.
Weszłam bo zaintrygował mnie tytuł.
Koncept podwodnego miasta z mieszkającymi tam ludźmi, według mnie ciekawy.
Czytało się dobrze i szybko. Trochę bolała mnie mała ilość opisów tego miasta, a rozwijająca się relacja pomiędzy Dianą i Leonem potraktowana została po macoszemu. Niektóre fragmenty trochę skrótowe i można by je rozbudować.
Jednak bardzo spodobało mi się i przeczytałabym więcej.
Zakaz wychodzenia po zmroku. Zakaz masturbacji. „Dziewczęta zakwitają zbyt wcześnie, zajmiesz się nimi później. Na razie jesteś jeszcze niedojrzały”. Raz, kiedy niby przypadkiem zobaczyła syna z koleżanką w parku, gdzie w rozgorączkowaniu położył dłoń na bladym dziewiczym udzie, dostał zakaz na jakiekolwiek spotkania z płcią przeciwną.
Hehe, dobre, lubię taki humor :)
Weszłam bo zaintrygował mnie tytuł.
To znaczy, że jesteśmy albo zgubieni, a jeżeli każdy wejdzie przez tytuł znaczy, że ma problemy Achaji, gdzie autor był niewyżyty :P (bo ja też wszedłem z tego powodu:P)
Ogółem myślę podobnie jak @Czarna2, opowiadanko bardzo ciekawe, fajny koncept. Nie mniej nie mam odczucia, że potraktowana po macoszemu. Tylko mam pytanie.
Czy dobrze rozumiem ten tekst:
Orgazm i seksualnoność: pokazują pęknięcia w systemie. Tam, gdzie pojawia się sztuka, erotyka, niekontrolowane ciało – tam Przetwórca traci władzę. Ogółem to tekst o kontroli, gdzie Przetwórca trwa o bezpieczeństwo i przekaz. Dobrze rozumiem?
Melendur88