Byli już coraz bliżej królestwa.
Vivienne wraz ze swoim ojcem – baronem na zamku Vareth Kal – Theren'em Morvane, zamkową służbą i kilkoma zbrojnymi, wędrowali do zamku Cordaris na wesele Aurelion’a, syna króla Auronis’a – w celach służbowych, albo jak to ujmuje ojciec “w sprawie oddania koronie obowiązku obecności”. Zawsze lubił eksperymentować z nazewnictwem dotyczących prostych spraw, nawet wtedy, kiedy nie było to konieczne, a przede wszystkim wtedy, kiedy chodziło o przyjęcia, gdzie będzie mnóstwo dobrego jadła i napitku.
Mimo, że do wesela zostało jeszcze trochę czasu to ich przedwczesna podróż ma na celu, dokończenie służbowych obowiązków barona. Zamek Vareth Kal - jeden z największych lenn - ma kontakt z królem, lecz przez ilość obowiązków jakie podlegają baronowi zajmującemu się zamkiem - który słynie w królestwie z największego portu handlarskiego - kontakt ten uchodzi do minimum, czyli poczty papierowej lub co bądź wizyt dyplomatycznych ze strony kurierek królewskich. Ostatnimi czasy baron Theren rzadko osobiście bywał w królestwie, a teraz ku temu nadarzyła się okazja.
Dla jednego do szczęścia potrzebne jest życie, swoje i osoby bliskiej. Bo jak to mieć kogoś bez życia? Jak to nie żyć? Nie doświadczać wszelkiego piękna nas otaczającego, jedzenia, widoków, pieśni, miłości…, to jest tak myślę szczęście. Żyć i czuć. Ponoć nie wiele potrzeba do szczęścia, a tu proszę, wystarczy nawet delikatny wiatr muskający policzki w ciepłe południe, piękny krajobraz i szum tańczących liści na wietrze u boku ukochanej osoby…. Właśnie…
- Gdzie jesteś? – pomyślała piękna ciemnowłosa dziewczyna wzdychając przy tym. Jej klacz – Kasai – również zdawała się kontemplować nad sensem egzystencji albo przynajmniej tylko tak się wydawało – tak samo jak jej pani - podziwiała naturalny malunek, na tle, którego się znajdowały. Może i trwałoby to w nieskończoność, lecz w pewnym momencie od wszelakich przemyśleń oderwało ją wołanie.
- Vivienne! Ruszajmy! -
Dziewczyna potrząsnęła delikatnie głową, aby wybudzić się z transu. Spojrzała w prawo, w kierunku, gdzie słyszała wołanie, czyli tam, gdzie również prowadził dalej szlak. Na środku drogi, dosiadując czarnej maści wierzchowca – z białym znamieniem na łopatce – w stronę dziewczyny wymachiwał ręką siwy starszy mężczyzna. Był to Elgar, hortysta na zamku Vareth Kal. Funkcją pełnioną przez hortyste na zamkowych murach było głównie dbanie o zamkową florę to znaczy zagłębianie botanicznych nauk, medycyny czy najzwyczajniej w świecie pielęgnacja zamkowych roślin. Wszyscy zawsze zastanawiali się jak ten siwy staruszek, sam w pojedynkę potrafi zaopiekować wszystkimi roślinami na całym zamku, przecież nikt mu przy tym nie pomaga, a obszar, który wymaga opieki jest imponująco wielki. Do tej pory dalej to pozostaje tajemnicą.
Jego długie siwe, niemalże śnieżno-białe włosy splecione były w warkocz, a twarz zdobiły długie zakręcone siwe wąsy. Przez ramię przerzuconą ma skórzaną torbę, w której przechowuje podręczny inwentarz w postaci notatek, wyrobów zielarskich jak i ich podstawowe składniki. Na brzuchu posiada dwa skórzane pasy, pomiędzy którymi obwiązany jest szalem w kolorze ametystowego fioletu. Dolny pasek przyozdobiony jest w klamrę przedstawiającą liść klonu na znak miłości i ochrony. Z racji profesji, Elgar zawsze pragnął być jak najbliżej natury, dlatego też jego nogi są obwiązane cienkim, ale zaczarowanym bandażem, który mimo bosych stóp chroni go od wszelkich bolesnych obtarć czy innych niedogodności pozyskanych od obranej aktualnie ścieżki.
– Idę! – odkrzyknęła Vivienne po czym trzepnęła delikatnie wodze i zaczęła kierować się w stronę hortysty. Wyrównała tempo dojeżdżając do przyjaciela.
– Czy wszystko w porządku? – zapytał Elgar, zwracając uwagę na niespokojny wyraz twarzy dziewczyny.
Nie odpowiedziała. Coś najwidoczniej dalej zaprzątało jej głowę i nie chciało prędko odpuścić. Hortysta ponowił swoje pytanie.
– Panienko czy coś się stało? –
Nie odwracając głowy Vivienne potwierdziła gardłowo, że wszystko jest w porządku, kłamała, co na pewno nie umknęło uwadze Elgara. Mężczyzna postanowił jechać przez chwilę w ciszy.
– Nie, nie jest – odpowiedziała ponownie Vivienne. Elgar uśmiechnął się kącikiem ust, ale nie pozwolił tego po sobie zauważyć.
– Mam jakieś dziwne przeczucie, że coś złego się stanie albo że już się stało – Dla uspokojenia myśli głaskała konia po grzywie i kontynuowała
W momencie, kiedy patrzyłam na otaczające nas tereny i poczułam, jak wiatr muska mnie po policzkach, pomyślałam o Yume. Uwielbia taką pogodę, wiem, że mógłby tak przesiadywać na zewnątrz godzinami.
– I to panienkę zaniepokoiło?
– Tak jakby. Bo zaraz po tych myślach poczułam się dziwnie. Poczułam jakby moje serce się czegoś wystraszyło. Yume miał wrócić z misji z Gaudessi już tydzień temu, może coś mu się stało? -
– Spokojnie panienko, nasz Yume to twardy gość, raczej nie chciałby, żeby ominęło go wesele. Pojawi się w najmniej oczekiwanym momencie, a jak już tak będzie to nie odczujesz czasu, który musiałaś na niego czekać. Tak to już jest. A wszelakiego rodzaju problemy się go nie imają, na pewno coś mu wypadło po drodze i powrót się przedłużył -
– Mam taką nadzieje, że nie długo się pojawi.
-------------------------------------------------------
Wiatr huczał mu w uszach, gałęzie biły po policzkach.
Kaptur z ciemnozielonej peleryny, którą nosił, nie miał prawa utrzymać się na głowie, dlatego on, jak i szatynowe włosy, szaleńczo tańczyły na wietrze. Spod koszuli wyskoczył drewniany talizman – a raczej ta część, która z niego pozostała – z wyrytym na jednym boku gwiazdą, szybko został uchwycony i wsunięty na swoje miejsce.
– Dalej, Galiard! Już prawie ich mamy! – mówił do swojego wierzchowca, zdając sobie sprawę z tego, że jego przyjaciel daje z siebie, ile tylko może.
Pędzili za bandą Siekaczy – tak się określali okoliczni bandyci, zdobywający niemałą popularność w regionie lenna Soleo. Okradają możnowładców, napadają na przejezdne konwoje czy od czasu do czasu na większe transporty handlarskie. W fechtunku też nie mają równych, każdy, kto postanowił stanąć im naprzeciw, nie robił tego ponownie, bo albo już nie był w stanie do końca życia poruszać jakąkolwiek kończyną, albo nie był już w stanie żyć. Reputacja, jaką osiągnęli do tej pory, sprawiała, że ktokolwiek ich zobaczył, oddawał swoje dobra od razu, bez chwili zawahania. Zawsze pozostawali nieuchwytni, a żaden tropiący, który próbował zlokalizować ich kryjówkę, tracił ślad lub nigdy nie wracał.
Całą zgrają zainteresował się sam Król Cordaris i nakazał natychmiastowe zajęcie się grupką bandytów, kiedy tylko nadarzy się okazja. A pech chciał, że ich kolejny rabunek spotkał się z królewską tarczą - Yume Sorrewel’em.
Wóz należał do aptekarza Hilo, transportującego rzeczy z królestwa Delorii, a teraz skradziony uciekał w niewiadomym celu na południe. Było to na tyle dziwne, że gdyby Yume był rabusiem, wiałby na północ, w stronę twierdzy Argenthold, w stronę ujścia, tam, gdzie teren większy i możliwości na ucieczkę jest jeszcze więcej.
- Co kombinujecie? – pomyślał Yume.
Wiedział, że uzyska odpowiedź dopiero wtedy, jak się z nimi rozprawi.
Po lewej, jak i prawej stronie wozu jechało dwóch jeźdźców, oboje byli wyposażeni w kuszę, lecz ten po prawej zdawał się mieć ważniejsze sprawy na głowie i wymieniał się jakimiś drobnymi przedmiotami z towarzystwem, które znajdowało się wewnątrz wozu. Yume nie wiedział, ile dokładnie znajduje się ich w środku, podejrzewał od trzech do czterech osób.
– Galiard! Będziesz musiał podjechać jak najbliżej tego po lewej! Mam pomysł! – sapiący wierzchowiec na znak zrozumienia potrzepał grzywą. Sytuacja wymagała jak najszybszej interwencji, aby w żadnym wypadku się nie pokomplikowała.
Yume skulił się w grzbiecie, a koń jak natchniony nabrał jeszcze większego pędu. Gdy podjechali na odpowiednią odległość, Yume odczepił od siodła przytroczoną linę z dwoma ciężkimi odważnikami po obu stronach, chwycił ją w prawą dłoń, po czym zaczął nią kręcić nad głową i wypuścił z uścisku. Lina z przecinającym powietrze świstem poleciała w stronę kusznika. Ten, zaskoczony, że pościg znalazł się tak blisko, próbował w panice wyciągnąć kuszę, która zahaczyła o puślisko z siodła, lecz było już za późno. Lina, rzucona z impetem, owinęła się wokół jego ciała i zmiotła go z siodła niczym wór wypchany sianem. Ciało, spadając, walnęło bezwładnie o najbliższe drzewo.
– Teraz to sobie pośpisz – powiedział do siebie pod nosem Yume.
W tej samej chwili tylna zasłona drewnianego wozu odsłoniła wnętrze, przez co osoby znajdujące się w środku zauważyły Yume. Zerwali się, aby skontrować najazd. Jeden z nich wychylił się, wyciągnął przed siebie dłoń z nałożonym na palcu pierścieniem imitującym kryształowe fioletowe oko i wykrzyknął:
– Łap to, zasrańcu! Haha! – zaśmiał się szyderczo, po czym z jego ręki zmaterializowała się jakaś energia, również koloru lawendy, utworzyła kulę i wystrzeliła w stronę pościgu.
Strzał nie był na tyle celny, aby dosięgnąć Yume, natomiast trafił w drogę za nim, tworząc przy tym eksplozję, jedynie zwiększając dystans pościgu od wozu.
– Znajdź mi coś lepszego w tych rupieciach! Nie umiem tym strzelać! – wykrzyknął strzelec do drugiego.
Yume nie umknęła uwadze nieporadność bandziorów.
– Ciekawy asortyment, jak na zwykłego aptekarza. Prawda, Hilo? – pomyślał, po czym nachylił się do grzywy Galiarda i ponownie wydał polecenie: – Podrzuć mnie na wóz, zanim znajdą coś gorszego, ja się nimi zajmę. A ty bierz tego drugiego kusznika po prawej! – koń potrzepał grzywą. – Tylko proszę cię, Galiard! Nie zagryź go! – ostatnie zdanie zostało bez odpowiedzi.
Koń przyśpieszył, znajdując się na tyle blisko, aby Yume, bez problemu stając na siodle, mógł doskoczyć na dach wozu. Skoczył, łapiąc się krawędzi i wdrapał się na szczyt. Galiard, nie czując już swojego pana na grzbiecie, zaczął robić dłuższe wyskoki, niepasujące do gatunku kopytowatych zwierząt, po czym znajdując się dłużej w powietrzu, przemienił się w wilka i wpadł prosto w zadek wierzchowca kusznika.
Koń w popłochu zmienił kierunek jazdy w ucieczce przed rozwścieczonym Galiard’em, zostawiając Yume samego z bandą Siekaczy.