Bla… bla… bla…
Wrzucam z powrotem do plecaka książkę, którą niedawno zacząłem czytać. Jak można się fascynować taką tandetą? Kolejny bestsellerowy kryminał faceta, który zarabia na byciu celebrytą, a nie pisarzem. Ludzie kupują tego typu literaturę nie po to, żeby ją czytać, lecz pokazywać znajomym, którzy przyjdą w odwiedziny i ich wzrok akurat spocznie na domowej biblioteczce. Spójrzcie, co ja tu mam! Najnowszy tom! Jeszcze świeżutki, prosto z księgarni!
W moich ustach ląduje następna tabletka. Wszystko przez te nerwy. Jak tak dalej pójdzie, jeszcze się uzależnię. Na razie nie jest źle, jakoś daję radę. O ile dobrze pamiętam, wczoraj na przykład nie zażyłem ani jednej. Sukces! Dziś za to… Nieważne.
Autobus się spóźnia, oczywiście przez korki spowodowane ciągnącymi się w nieskończoność remontami dróg. Poza mną na przystanku nie ma nikogo. Coraz mniej osób jeździ komunikacją zbiorową. Nie ma nawet do kogo otworzyć gęby i mogę co najwyżej pogawędzić sam ze sobą.
O, nadchodzi jakaś dziewczyna. W uszach słuchawki, oczy wlepione w telefon. Tuż obok ktoś mógłby umierać, a ona by nawet tego nie zauważyła. Nic nie widziałam, nic nie słyszałam. No jasne, jakżeby inaczej.
– Znów się spóźnia – mówię, ale ona nawet nie odwraca głowy. Staje w bezpiecznej odległości. Mógłbym podejść i ją szturchnąć, żeby w ogóle zauważyła moją obecność, ale jeszcze oskarżyłaby mnie o molestowanie. Po co mi potrzebne dodatkowe problemy?
Gdzie ja dałem te tabletki? Kurwa, muszą tutaj być.
Przeszukuję plecak. Po co trzymam w nim tyle zbędnych rzeczy? Wystarczy fiolka, nic więcej mi przecież nie potrzeba. A ta akurat nie chce się znaleźć. Co to za koperty? Niewysłane listy? Nie mam ochoty do nich teraz zaglądać. Wyobrażam sobie, że w środku znajdę jedynie pożerające papier larwy. A to co? Ta pieprzona książka, której czytanie jedynie mnie frustruje. Dość tego! Pozbędę się jej.
Podchodzę do kosza na śmieci i ciskam do środka.
Tam twoje miejsce, suko! Może ktoś cię wygrzebie i postawi na półeczce, żeby chwalić się znajomym.
O, jest i fiolka. Zostawiłem ją na ławce. Muszę o nią lepiej dbać, w końcu to najcenniejsze, co mam. Jedna tabletka to za mało, wciąż za bardzo się denerwuję. Zażyć teraz, czy potem?
Spoglądam na dziewczynę. Widzę ją po raz pierwszy w życiu, choć kursuję codziennie tą linią. Widocznie samochód się zepsuł albo chłopak nawalił i jej nie podrzucił. Musi sobie radzić sama. Biedaczko, dołącz do grona ludzi-widm, snujących się po opustoszałych dworcach autobusowych i żebrających o odrobinę uwagi ze strony drugiego człowieka.
Nadjeżdża. Nareszcie! Pusty, nie dostrzegam żadnych pasażerów. Pewnie wszyscy czekający zdążyli wrócić do domów, bo ileż czasu można marnować w ten sposób? Jeszcze dziś tak zimno. Niektórzy się dziwią, że ludzie wybierają samochody.
Autobus mija przystanek, nawet się nie zatrzymując. Skurwysyn! Mógłbym biec za nim, ale ostatnio zdrowie mi szwankuje, nie dałbym rady go doścignąć. Zaraz… To nie ten. Jakiś inny. Nie odjeżdżaj, weź mnie ze sobą, dokądkolwiek. Naprawdę nie chce mi się tu już siedzieć. Co za dzień!
Próbuję się uspokoić. Mija kilka minut, gdy dociera do mnie czyjś głos:
– Przepraszam, czy mógłbyś mi pomóc?
To tamta dziewczyna. Nagle naszło ją na rozmowę. Podchodzi do mnie. Wykrzywia twarz, może na mój widok, ale nie, to raczej z bólu. Odsłania koszulkę i widzę ranę w brzuchu, która się jątrzy.
– Cholera, skąd to masz?
– Jakiś czas temu… Nieważne. Czy te tabletki to analgetyki?
– Te? – pokazuję na fiolkę, a ona kiwa głową. – Nie, to mocne psychotropy. Nowa receptura.
– Mogę jedną?
– Już mówiłem, że…
– Proszę, naprawdę potrzebuję.
Wyciąga dłoń, więc nie mam wyjścia. Daję jej jedną tabletkę i z niemałym zdziwieniem obserwuję, że zamiast do ust wpycha ją do rany w brzuchu. Zaczyna się śmiać.
– Jesteś pojebana.
– Wiem – odpowiada, chichocząc. W końcu przerywa i wpatruje się we mnie. – Po co je bierzesz?
– Żeby poprawić sobie nastrój, kiedy czuję, że coś pożera mnie od środka. Opowiesz mi, skąd masz tę paskudną ranę? Byłaś z tym u lekarza?
– Tak, właśnie on mi to zrobił. Wyciął mi coś, czego nie powinno tam być. Czekałam dwa lata na to, żeby mnie okaleczył. To dopiero pojebane. Teraz rana nie chce się zagoić.
– Wkładanie tam tabletek raczej nic na to nie pomoże.
– Wiem. Mówiłeś, że coś pożera cię od środka. Może też powinieneś to wyciąć?
– To zwykła metafora. Znalezienie tego czegoś jest chyba niemożliwe. To niewidzialna siła, która cię niszczy. Poza tym zajęła za dużą część mojego umysłu, żeby dało się ją łatwo wyeliminować.
– Na pewno jest to do zrobienia, ale innymi narzędziami. Moja rana wkrótce się zagoi, nie wątpię w to, za to twoja będzie się ciągle powiększać, jeśli nic z tym nie zrobisz.
– Zasklepiam ją tabletkami, gdy zaczyna boleć.
– To tylko doraźne rozwiązanie. Nie daje trwałych efektów.
– Zmieńmy temat. Jak to dobrze w końcu usłyszeć czyjś głos, a nie tylko ten własny.
Odwracam głowę i orientuję się, że dziewczyna nie siedzi już obok mnie, tylko stoi w tym samym miejscu, co wcześniej. Znów trzyma w ręce telefon i spogląda na mnie jak na wariata.
– Popieprzony typ – mamrocze.
Czyżbym znów gadał sam ze sobą? Nie, to niemożliwe. Muszę się upewnić.
Wstaję i podchodzę do dziewczyny.
– Chciałbym, żebyś pokazała brzuch – mówię do niej, a ona wytrzeszcza oczy.
– Odpierdol się ode mnie.
– Odsłoń go, proszę. Masz tam ranę?
– Co za zbok. Dzwonię na policję.
Odsuwa się ode mnie i zaczyna szybko stukać paznokciami w ekran telefonu. Nie wiem, czy pisze do koleżanki, czy faktycznie wybija numer na policję. Wyrywam jej smartfona i rzucam za siebie. Słyszę trzask pękającego urządzenia i orientuję się, że chyba przegiąłem.
– Kurwa! – krzyczy. – To nowy telefon, zjebie!
Zaczyna mnie okładać pięściami. Próbuję ją powstrzymać, ale wtedy drapie mnie po twarzy długimi paznokciami. W końcu udaje mi się ją odepchnąć. Przewraca się na ziemię. Tłumaczę, że niczego od niej nie chcę i żeby się uspokoiła, bo nerwy do niczego dobrego nie doprowadzą.
– Nic się nie stało twojemu telefonowi.
– Rozpierdoliłeś go!
– Wcale nie. Zaraz poskładam. O, popatrz.
Podnoszę smartfona, ale chyba faktycznie nie obejdzie się bez pomocy specjalisty. Szybka popękała, podobnie jak obudowa. Ze środka wysypują się trociny. Co to jest, do cholery? Przyglądam się bliżej. Dostrzegam setki drobnych literek, które poruszają się w nieskoordynowany sposób, niczym mrówki, wydostające się z rozwalonego mrowiska.
– Zapłacę za niego. Ile potrzeba?
Wtedy orientuję się, że wciąż siedzę na ławce, a dziewczyna stoi w tym samym miejscu, co przed całym incydentem. Jej telefon wygląda jak nowy. Czyli to też zwykłe urojenie? Dotykam twarzy. Wyczuwam bruzdy. Pieką, gdy dotykam. Czy to ślady po paznokciach? Zaglądam do plecaka w nadziei, że znajdę w nim lusterko, ale nic z tego. Jedyne, które miałem, rozbiłem kilka miesięcy temu. Podobnie jak telefon. Ciągle ktoś dzwonił i się rozłączał. Miałem już tego dość.
Znajduję książkę, którą chwilę wcześniej wyrzuciłem do kosza. Czyli tego też nie zrobiłem? Świetnie. Może jednak powinienem ją zostawić? Postawię na półce i będę pokazywał znajomym. Gdybym tylko jakichś miał…
Podchodzę do kosza. W środku oprócz masy porzuconych opakowań i butelek znajduje się książka, ta sama, którą mam w plecaku. Czyli co, jednak wyrzuciłem? Zaraz… Wyciągam ją i porównuję. Te same wgniecenia, plamy i zabrudzenia. Nie ma wątpliwości, że obie są identyczne.
Dziewczyny także są dwie, jedna siedzi na ławce i ogląda ranę w brzuchu, druga stoi obok i obojętnym wzrokiem wpatruje się w ekran telefonu. Coś niedobrego dzieje się z moim umysłem… albo ze światem. Na pewno to drugie, od jakiegoś czasu zauważyłem, że wszystko się zmienia, przekręca na niewłaściwą stronę. Ludzie, których znałem znikają, a zastępują ich nowe osoby, które nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Teraz wszyscy w tym mieście są dla mnie zupełnie obcy. Kiedyś miałem wielu znajomych. Nie wiem, co się z nimi stało. Jeździli ze mną tym samym autobusem, aż pewnego dnia przestali. Szukałem ich, ale domy, w których mieszkali także zostały zastąpione przez nowe, otoczone wysokimi płotami, których nie byłem w stanie pokonać. Wychodziły z nich osoby zupełnie nie przypominające moich znajomych, choć wiele razy ich odwiedzałem, a oni mnie. Moich przyjaciół pożarła niewidzialna siła, która niszczy ten świat od środka.
– Podejdziesz? – pyta mnie dziewczyna z ławki.
Mógłbym odpowiedzieć, że po co, skoro jest tylko wytworem mojej wyobraźni, ale nie mam pewności. Zbliżam się, a ona pokazuje ranę, która wygląda jeszcze gorzej, niż chwilę wcześniej. Coś z niej wycieka. Towarzyszy temu obrzydliwy smród.
– Musisz z tym iść do lekarza.
– Byłam, ale powiedzieli, że nic z tym nie mogą zrobić i odesłali do domu.
– Niemożliwe, przecież to wygląda fatalnie.
– Daj mi jeszcze jedną tabletkę.
Wyciągam fiolkę, ale zamiast podać jej, wsuwam tabletkę do ust.
– Jak mogłeś mi znów to zrobić?! – krzyczy na mnie. – Mówiłam, żebyś zostawił to świństwo.
– Nie kłam. Dopiero dziś cię poznałem.
Dziewczyna kręci głową, wstaje i wolnym krokiem wchodzi na jezdnię. Dokąd zmierza? Co chce mi udowodnić? Z naprzeciwka nadjeżdża autobus. Krzyczę, żeby uważała, ale w uszach wciąż ma słuchawki. Nie słyszy mnie, nie chce słyszeć. Wpatruje się w ekran telefonu. Nie widzi nadciągającego zagrożenia. Pojazd wpada w nią z impetem. Zrywam się z ławki, żeby pomóc, ale jest już za późno.