- Opowiadanie: Krzesimir I - Wyjątkowo wyjątkowa

Wyjątkowo wyjątkowa

Być może ktoś akurat dzisiaj potrzebuje usłyszeć coś takiego.

Bo wierzę, że czasem każdy.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wyjątkowo wyjątkowa

 W lodzie rozległ się głęboki dudniący dźwięk. Czuło się go całym ciałem, dotykając lodowca jedynie stopami. W lodzie można było wyczuć wszystko. To drgnięcie to nie tylko zew Gabriana – najstarszego z Przodków jednoczącego się z lodem, to również dokładna informacja o przestrzeni, o szczelinach w lodzie pomiędzy odbiorcą a nadawcą i obecności innych. Jednocząc się z lodem, Przodkowie pozostawali w stałej łączności na wielkich lodowych pustyniach starego świata, zwanego Epoką Lodową. Budowali też schronienia. Dopasowując temperaturę swojego ciała, jednoczyli się z lodem doskonale – potrafili w nim zniknąć, zapaść się, jak również unieść, otoczyć i wyłapać go ze złowrogiego żywiołu zwanego powietrzem. Lodu nigdy nie niszczyli, jedynie przekształcali i wpływali na siebie z nim wzajemnie. Podobną relację stworzyli ze słońcem, które dało im kontrolować energię. Oraz z wodą, która poruszała się według ich planów, a następnie starannie prowadzona była przez nich z powrotem do jej koryta.

Głębokie i szerokie na dziesiątki kilometrów dudnienie Gabriana było wezwaniem Przodków na posiłek. Jak każdego dnia. Tym razem jednak, żywioły nie były tak przyjazne. Zgromadzeni na posiłku poczuli zbliżającą się śnieżną zamieć – złowrogi żywioł, jeden z nielicznych, który niósł jedynie chaos i cierpienie. Pospiesznie zniknęli z powierzchni, chowając się w szczelinie w lodowcu, która była ich domem. Gabrian wprawiając w drgania otaczający ich lód wydawał rozkazy innym. Na jego polecenie Kaal zjednoczył się z lodem by zabudować ażurowy dach nad ich głowami. Vana w tym samym czasie osuszała dno szczeliny, prowadząc wodę inną drogą. Procedura była standardowa, a Przodkowie powtarzali ją od stuleci.

Kilkusetletnie procedury jednak czasem nie odpowiadają potrzebom współczesności. W szczelinie pojawiła się woda. Wszyscy Przodkowie zjednoczyli się z wodą, by ich ominęła. Wody było jednak zbyt dużo. Napływała coraz większymi strumieniami, a Przodkom groziło zatonięcie w ich własnym domu. Przodkowie nie mogli tego wiedzieć, lecz wydarzenie to oznaczało początek roztopów, jak również symboliczny koniec Epoki Lodowej.

Najmłodsza z Przodków – Eui zdecydowała się wtedy na najodważniejszy krok od wieków. Wyszła na powierzchnię lądolodu w siejącą chaos burzę śnieżną. Chciała wykorzystać siłę pozwalającą jednoczyć się z żywiołami, żeby oswoić nowy żywioł – powietrze. Napełniła powietrzem płuca i zaczęła dostrajać jego cząstki do swoich. Następnie wypuściła powietrze, a był to wydech o sile jakiej świat do tamtej pory nie widział…

 

… Morgan desperacko wykonała kilka większych oddechów przywracających cyrkulację powietrza między oknem a gasnącą właśnie świeczką. Niestety nieskutecznie. Świeczce skończył się nie tlen a wosk i knot. Morgan pozostawiona została w ciemności z otwartą Świętą Księgą Przodków. Przeklęła w myślach jednocześnie to, że świeczka nie pozwoliła jej doczytać jej ulubionego fragmentu Księgi oraz to, że zarwała więcej nocy, niż myślała. Położyła się spać, mając w perspektywie nieprzyjemną pobudkę o świcie.

Zgodnie ze swoim rodzinnym obowiązkiem Morgan wstała skoro świt. Zjadła na śniadanie trochę domowego twarogu i ruszyła z niezbyt okazałym, rodzinnym stadem jaków na całodzienny wypas. Wioska Morgan była malutka, można powiedzieć, klaustrofobiczna. Położona w wysokich górach nie miała przestrzeni wolnych. Budynki wykute lub wbudowane zostały w litą skałę ośmiotysięczników. Chodniki między nimi były tak naprawdę pułkami skalnymi lub gdzieniegdzie drewnianymi mostami wiszącymi nad przepaścią. Chodniki te były wąskie, zwężane jeszcze miejscami wystawianymi przez handlarzy towarami. Najtrudniejszym zadaniem Morgan było nie tyle wypasanie jaków na oddalonej o godzinę drogi od Wioski przełęczy, a przeprowadzenie stada przez tą że Wioskę. Musiała torować drogę, ostrzegać ludzi i pilnować, by idący z naprzeciwka przechodzień nie znalazł się przypadkowo po zewnętrznej stronie drogi w czasie mijania któregoś jaka, co wiązałoby się dla niego z prawie stuprocentowym ryzykiem strącenia ze skały. Wypadki tego typu były w wiosce raczej rzadkie. Albo raczej, rzadko bywały śmiertelne. Mieszkańcy Wioski umieli radzić sobie z zepchnięciem… Idąca na czele stada Morgan co jakiś czas podskakiwała i dynamicznymi ruchami swojego czerwono-pomarańczowego, wzorzystego poncza podlatywała na wysokość około metra. Dawało jej to lepszą widoczność na wznoszącej się drodze. Czasem przy użyciu poncza rozwiewała śnieg na drodze, który mógłby skrywać niebezpieczne dla jaków fragmenty. Gdy już opuściła Wioskę, Morgan jakby ze znudzenia wbiegała na stosy głazów, co dawało jej możliwość szybowania na rozpostartym ponczu przez następne pięć sekund. Ludzie we Wiosce w ograniczonym stopniu potrafili kontrolować powietrze, wytwarzać krótkotrwałe poduszki powietrzne, wykorzystywać różnice ciśnień i prądy wznoszące.

Nic zresztą dziwnego. Byli potomkami plemienia Eui.

 

 

Roztopy, wobec których byli bezradni, zmusiły Przodków do opuszczenia bezpiecznych szczelin lodowca w poszukiwaniu innego schronienia.

Wśród Przodków powstał rozłam, a ich grupa podzieliła się na kilka mniejszych plemion. Eui, która jako jedyna dokonała zjednoczenia z powietrzem, jako jedyna odważyła się pójść w stronę wybijających się na horyzoncie, strzelistych gór, skąd najczęściej wiał destrukcyjny wiatr. Pociągnęła za sobą niewielką grupę poszukujących nowości, młodych Przodków. W czasie wędrówki Eui zgłębiała coraz dokładniej tajniki jednoczenia się z powietrzem. Za pomocą oddechu tworzyła lub przygaszała wiatr. Za pomocą masywnego ogona potrafiła wprawić powietrze w ruch wirowy. Poprzez nieznaczne zmiany ciśnienia na jej pokrywających całe ciało włosach potrafiła przewidzieć każdą, najmniejsza zmianę pogody. Jednak ukoronowaniem jej zjednoczenia z powietrzem była umiejętność wykorzystania drgań jego cząsteczek do komunikacji. W ten sposób Eui odkryła…

 

– Heeej!!! Zrób coś, naiwna dziewucho! – zdenerwowany głos oderwał Morgan od lektury. Po chwili namierzyła źródło głosu. Niski, starszy pasterz bezskutecznie wymachiwał swoim granatowym ponczem ze skały obok dwóch niebezpiecznie napierających na siebie jaków, chcąc przepłoszyć je wytwarzanym szumem. – Głucha czy jak?! Zaraz nie będzie co zbierać!

Zatopiona w lekturze, wygodnie ułożona na kamieniu Morgan nie zdała sobie nawet sprawy z tego, że w którymś momencie tego dnia zaczęła dzielić pastwisko z innym stadem. Pośpiesznie, pół biegnąc, pół szybując, dołączyła do starszego mężczyzny przy walczących jakach. Wspólne siły i ostre szelesty ubrań okazały się jednak niewystarczające.

Na szczęście Morgan nie była sama. Na całodniowych wypasach Morgan poznała przyjaciół, często uważał ich nawet za bliższych niż jacykolwiek rówieśnicy z Wioski. W czasie samotnych wędrówek rozmawiała z krukami. A raczej prowadziła przy nich długie monologi. Raczej nie rozumiały, co mówiła, ale wykazywały pewne zainteresowanie samą czynnością mowy. Słuchały. Morgan natomiast fascynowała się ich lotem i zaradnością. Czasem przynosiła im orzechy, co zbudowało podłoże do zbliżenia się do nich i zapoczątkowanie relacji.

Morgan spojrzała w górę i wzrokiem złapała kilku przyjaciół. Pośpiesznie wyciągnęła orzechy i podrzuciła, wołając jednocześnie kruki. Przyznać trzeba, że są to ptaki wyjątkowo mądre. Zrozumiały błyskawicznie. Otoczyły walczące jaki i wytworzyły tyle szumu i wiatru, że po chwili jaki rozbiegły się w panice w przeciwne strony.

Następną część dnia Morgan spędziła w drodze, naokoło, przełęczami zmierzając w stronę Wioski. Czytanie w trakcie chodzenia było w tym terenie niebezpieczne. Nie było jednak Morgan potrzebne. Historię Eui od dawna znała na pamięć. Eui była jej bohaterką.

– Eui poprowadziła swoje plemię w góry. Dała nam, ludziom głos, umiejętność częściowego kontrolowania powietrza i przekazała swoją wiedzę o pogodzie. Dała nam też schronienie w skałach, dzięki któremu ewoluujący ludzie nie potrzebowali już grubej warstwy włosów na całym ciele i dużych rozmiarów – ciągnęła swoją opowieść dla swoich przyjaciół Morgan. – I dała nam wzór. Dała marzenia dotarcia w nieosiągalne dotąd zakątki świata, odwagę do ruszenia w nieznane i poświęcenie, bo była gotowa zostawić innych Przodków w imię swojego celu. Marzenie, odwaga, poświęcenie, cała Eui – rozmarzyła się Morgan. – Wiecie co, chciałabym kiedyś być takim bohaterem. Chciałabym napisać swoją historię, być jak Eui – wyznała. Spojrzała w górę, gdzie kruki stworzyły na moment okrąg. W jego centrum Morgan zobaczyła odległy wierzchołek najwyższej góry w tym paśmie. Balansując na krawędzi wiary, nadziei i skarcenia się za nierealne fantazje, Morgan zaczęła budować w głowie plan.

– Wiecie co, zasłużę na swoją historię – oświadczyła krukom olśniona jakimś metafizycznym doświadczeniem sprzed chwili. – Tego jeszcze Wam nie mówiłam, ale Święta Księga Przodków kończy się niejednoznacznie. Przodkowie mogli żyć tysiące lat, nikt nie wie, ile dokładnie. A Eui w czasie życia wspinała się coraz wyżej i wyżej w góry. Niektórzy wierzą, że Eui wciąż żyje i osiadła na wierzchołku. Jeśli tak jest, znajdę ją. To moje przeznaczenie. Szczyt szczytów, samotna podróż na ponad osiem tysięcy metrów, zostawienie rodziny, kolegów, całego dotychczasowego życia. Marzenie, odwaga, poświęcenie…

 

 

– chrzanić Morgan! – Kayah rzuciła książką w świeży śnieg. Podskoczyła na dźwięk własnego głosu. To miało wybrzmieć tylko w jej głowie. Kayah nigdy nie przeklinała. Była wzorową uczennicą, uczynną osobą i kochająca starszą siostrą. Przez głowę prześlizgnęło jej się następne przekleństwo, gdy zorientowała się, że w namiocie za jej plecami śpi jej młodsza siostra Samantha. Sami z dużym prawdopodobieństwem obudziła się przez ten wybuch złości.

Co się ze mną dzieje? – pytała się w duchu Kayah. Zawsze była opanowana i dbała o innych. A tu takie emocje i słowa. – Ogarnij się! – rozkazała sobie już teraz pilnując, by żadne słowo nie opuściło jej głowy.

Zgodnie z przypuszczeniem Sami obudziła się i chwilę później wypełzła z malutkiego, dwuosobowego namiotu, w którym siostry spędziły ostatni tydzień. Lub dwa. Dni spędzone na wędrowaniu po lesie w stronę, hipotetycznie, najbliżej położonego, obcego miasta zlewały się ze sobą. Dniom towarzyszyło zmęczenie i budzące się, coraz poważniejsze etapy żałoby. Kayah i Sami, wraz z rodzicami śpiącymi w oddzielnym, równie małym, namiocie oraz kilkoma innymi rodzinami uciekły z płonącej wsi. Spłonęły domy, rzeczy osobiste, których mieszkańcy nie zdążyli wziąć ze sobą i, co dopełniło nieszczęścia, wszystkie zimowe zapasy. Nie było do czego wracać, przynajmniej w tym sezonie. Dlatego mieszkańcy wyruszyli w stronę, w którą, jak sądzili, powinno znajdować się miasto Arborx – nie utrzymywali z nim kontaktów, nie wiedzieli, jakie będzie miało nastawienie do przybyszów w potrzebie.

– Kim jest Morgan? – niewinnie zaczęła Sami, zbliżając się bez butów i kurtki do siostry.

Kayah natychmiast ją zawróciła i pomogła znaleźć wierzchnie ubrania na zgniecionej w czasie nocy stercie rzeczy w namiocie.

– Przepraszam Sami, nie chciałam Cię obudzić. Nie wiem co się ze mną dzieje – wyznała Kayah. Dziesięciolatka spojrzała na nią swoim dziecięcym, ale zdecydowanie dojrzalszym jak na swój wiek, wzrokiem. W ostatnich dniach starała się zachowywać radośnie, jak na dziecko przystało, ale Kayah widziała, że to gra. Sami też była dobrym dzieckiem, na swój sposób chciała podnieść na duchu rodzinę. Podeszła do rzuconej przez starsza siostrę książki i otrzepała ją ze śniegu. Fascynowały ją rzeczy zarezerwowane dla „dorosłych”. Co takiego jej siostra widziała w tym, dość ciężkim jednak, przedmiocie, żeby zabrać go ze sobą w długą podróż?

– Niepotrzebnie ją zabrałam – odezwała się Kayah, jakby czytając siostrze w myślach. – To opowieść o marzeniach, odwadze i poświęceniu. Pomyślałam, że doda mi siły w czasie wędrówki. Ale takie książki tylko ranią.

Sami przytuliła się do siostry.

– Co jest w niej złego?

– Czasem nic, są idealni bohaterowie z jakimiś nierealnymi marzeniami i heroiczną odwagą, a czasem wszystko. Są złe światy, w których biedni ludzie starają się przetrwać lub źli ludzie, którzy fascynują swoją dziwnością – zamyśliła się Kayah. – Problem jest taki, że Ci wszyscy bohaterowie są tacy wyjątkowi.

– Zawsze mówiłaś, że wszyscy ludzie są wyjątkowi – uśmiechnęła się Sami z nutką złośliwości. Kayah również podniosła nieznacznie kąciki ust.

– Wiem, masz rację – przyznała. – Tylko czasem myślę, że trzeba być wyjątkowo wyjątkowym, żeby być taką książkową postacią. I czasem chciałabym taką być.

Na chwilę zapadła cisza.

– Dla mnie jesteś wyjątkowa – spróbowała pocieszyć siostrę Sami.

– Dzięki – uśmiechnęła się Kayah. Wyjęła ostatni ze swoich zapasów woreczek suszonych owoców i postanowiła oddać siostrze. Ta zareagowała swoją dziecięcą radością, chociaż Kayah nie była przekonana co do jej autentyczności. Jak nie patrzeć, dobra przekąska nie zwróci siostrze jej przytulnego pokoju.

Opuszczając dom sporo zostawiły. Typowo dziewczęce zainteresowania – haftowanie i granie na dzwonkach. Wygodne łóżka, ciepłe pokoje i ogród z wieloma warzywami. Sporo jednak też z nimi zostało. Kochająca się rodzina. Plany na spokojną przyszłość. Trzeba tylko przetrwać tą pechową zimę, potem wrócą i wszystko naprawią.

A wszystko to zdecydowanie nie należało do żadnego książkowego bohatera. To pragnienia prostej osoby z prostej wsi, o której nikt nigdy nie napisze żadnej opowieści. – To gorzkie przemyślenie Kayah postanowiła zachować już dla siebie.

Podniosła głowę, wyrywając się z zamyślenia. Poranna, zimowa mgła właśnie opadła i…

– Sami! – zawołała Kayah. – Widzisz to?

W oddali, spoza ściany drzew dostrzec można było dym – prawdopodobnie unoszący się z miejskich kominów. Po zmrużeniu oczu, można było dostrzec też pojedyncze światła.

– to musi być Arborx! Chodźmy obudzi…

 

 

♫♫♫

She sees the mirror of herself

An image she wants to sell

To anyone willing to buy… „

 

– w pokoju zabrzmiały słowa piosenki Green Day, którą Julia ustawiła na budzik wyznaczający jej godzinę wyjścia do szkoły. Dziewczyna z westchnieniem zamknęła książkę. Wstała, założyła bluzę i wrzuciła do plecaka zeszyt, który, leżąc roztrzepany na biurku, przypomniał jej o sobie. Przed wyjściem spojrzała jeszcze na zamkniętą książkę i mimowolnie w lustro stojące koło wyjścia. Przez ułamek sekundy patrzyła sobie głęboko w oczy, w jakimś niemym pytaniu do samej siebie.

Westchnęła raz jeszcze, otworzyła drzwi i wyszła, by zacząć następny, normalny dzień…

 

♫♫♫

She’s an extraordinary girl

In an ordinary world”…

 

– Green Day „Extraordinary Girl”

Koniec
Nowa Fantastyka