Mgła w Dzielnicy Szpul była gęstsza niż wspomnienie i zdradliwa jak obietnica bez pokrycia. Nie była zwykłą parą, lecz wysiękiem z granic – lepką, szarą substancją, która zacierała kontury i skracała oddech. Aeren Voss przyspieszył kroku, jego płaszcz z grubego, woskowanego płótna ocierał się o zrujnowane ściany. Pod pachą ściskał teczkę z izopapieru; wewnątrz, pod naciągniętą skórą, mapa-węzeł na jego przedramieniu pulsowała tępym, niepokojącym ciepłem.
Szedł śladem pęknięcia. To nie była fizyczna rysa na murze, lecz coś głębszego – drżenie w krajobrazie, lekkie rozwarstwienie rzeczywistości, które tylko on, wyczulony na takie rozstępy, mógł wyczuć. Prowadziło go w głąb dzielnicy, w rejon starych magazynów, gdzie cegły pamiętały jeszcze inne kształty, a dachy załamywały się pod ciężarem zapomnianych geometrii. To tu, według jego notatek, miała otworzyć się mała, niestabilna enklawa – wystarczająca, by się przez nią przecisnąć, zanim Konklawa namierzy źródło niezgody i wyśle zespoły K0.
Nagle zatrzymał się. Zapach. Suchy, sterylny ozon, ostry i czysty jak skalpel. Zupełnie niepasujący do stęchłej wilgoci Szpul. Uniósł głowę, węsząc. Dochodził z bocznej uliczki. Podszedł do wylotu zaułka i zajrzał ostrożnie.
Plac, który powinien być zawalony gruzem i porośnięty chimerycznymi chwastami, był… czysty. Nie idealnie, nie jak po Korekcie, ale zbyt uporządkowany. Sterty kamieni ułożone były w symetryczne kopce, jakby je ktoś przeliczył i posegregował. Woda w kałuży nie marszczyła się, tworząc idealnie gładkie, ciemne lustro. A w centrum, oparty o jedyny ocalały słup latarni, stał mężczyzna. Miał na sobie szary, praktyczny kombinezon bez żadnych oznaczeń, ale postawa, bezczynność, ta pełna skupienia bierność, krzyczała: Operator lub Zwiadowca Konklawy. Czekał.
Aeren cofnął się o krok, ale było za późno. Mężczyzna odwrócił głowę. Nie miał twarzy. A raczej miał, ale była to gładka, jednolita maska z matowego, porcelanopodobnego materiału, bez otworów na oczy czy usta. Sensor. Skaner terenu.
– Jednostka wykryta – głos wydobył się z niewidzialnego głośnika gdzieś w klatce piersiowej androida, płaski, syntetyczny. – Porównanie z rejestrem… zgodność. Aeren Voss. Kartograf niezatwierdzony. Proszę się zatrzymać w celu weryfikacji.
– Spierdalaj – warknął Aeren i rzucił się do ucieczki.
Nie biegł na oślep. Jego stopy same znalazły znane mu nierówności, stopnie, przejścia. Mapa w jego głowie, żywa i wielowarstwowa, nakładała się na rozpadający się teren. Za sobą słyszał miarowy, ciężki tupot butów – Sensor szedł za nim, nie biegiem, ale uporczywym, mechanicznym krokiem, jak maszyna spełniająca algorytm. Aeren skręcił w prawo, wcisnął się między dwa domy, gdzie przejście zwężało się do szczeliny. Przecisnął się, raniąc ramię o wystający pręt. Za nim rozległ się suchy trzask – Sensor uderzył w ścianę, nie próbując się ścisnąć, tylko rozwierając ją, jakby rzeczywistość w tym punkcie uległa jego woli. Cegły rozstąpiły się z cichym jękiem, tworząc idealnie gładki, okrągły otwór.
– Kurwa – Aeren przyspieszył, serce waliło mu jak młot.
Dotarł do miejsca, które wyczuwał od godzin. Nisza w murze starej farbiarni. Powietrze przed nim drgało, jak gorące nad rozgrzanym kamieniem. Widział przez nie zniekształcony obraz – fragment łąki z fioletową trawą, kołyszącą się w rytm nieznanego wiatru. Enklawa. Brama. Była mała, niestabilna, mogła się zamknąć w każdej chwili. Ale to była szansa.
Odwrócił się plecami do drżącego powietrza. Wyciągnął z teczki kredę pamięci – kredę z domieszką proszku z własnych, starych map, z pyłem z miejsc, które zapamiętał. Na kamiennej podłodze, tuż przed progiem enklawy, zaczął rysować. Szybko, pewną ręką. Kotwicę. Znak, który mówił: „tu było tu”. Krzyżujące się linie, znak swojego imienia (to, które jeszcze pamiętał), datę z wewnętrznego kalendarza. Koszt rozpoczynał się teraz. Czuł, jak coś się w nim zaciska, jak drobna, osobista historia – wspomnienie zapachu kawy z rana, uczucie satysfakcji po udanym przejściu – rozmywa się, staje się płaskie, bystre, pozbawione smaku. Płacił pamięcią.
– Nie rób tego, Voss – ten sam mechaniczny głos rozległ się z cienia. Sensor stanął na końcu korytarza, jego gładka twarz zwrócona była w jego stronę. – Przejście niezatwierdzone. Ryzykujesz destabilizację obu stron. Poddaj się weryfikacji.
– Weryfikacja to wygładzenie – odparł Aeren, nie przestając rysować. – Widziałem, jak to działa. Nie, dziękuję.
Sensor uniósł dłoń. Z jego opuszków wyłoniły się cienkie, świetliste włókna, które zaczęły szybko tkać w powietrzu coś na kształt sieci – matrycę stabilizacyjną, prymitywną, polową wersję narzędzia K0. Miała zmrozić przestrzeń, uniemożliwić przejście.
Aeren dokończył kotwicę. Obrócił się i bez namysłu rzucił w drżące powietrze.
Przejście nie było przyjemne. Nie było to przemieszczenie, ale raczej gwałtowne przekręcenie. Świat rozdarł się na strzępy dźwięku i koloru, które natychmiast zbladły. Czuł, jakby ktoś garściami wyrywał z jego umysłu drobne, kolorowe karteczki – imię psa z dzieciństwa (czy w ogóle miał psa?), nutę konkretnej piosenki, uczucie pierwszego pocałunku. Koszt. Rachunek Eidonu. Płacił za naruszenie porządku, za ucieczkę przed tym, co miało go uporządkować.
Wylądował twardo, kolanami w miękkim, wilgotnym podłożu. Fioletowa trawa. Zapach gnijących, słodkich owoców i dziwnej, metalicznej woni w powietrzu. Podniósł głowę. Stał na skraju łąki, pod purpurowym niebem, w którym wisiały dwa pomarańczowe słońca, jedno większe, drugie mniejsze. Za sobą nie było już drzwi, tylko ciągłość krajobrazu – gęsty, ciemny las o czarnych liściach. Enklawa zamknęła się. Był po drugiej stronie.
Ale coś było nie tak. Mapa-węzeł na jego przedramieniu nie przestała pulsować. Tętniła teraz szybciej, niemal boleśnie, wskazując nie na punkt, z którego przyszedł, ale w głąb tego nowego świata. W kierunku lasu. Węzeł, zamiast się uspokoić, wskazywał nowe, głębsze pęknięcie. To nie było normalne. Enklawy były ślepymi uliczkami, martwymi punktami. Ta prowadziła dalej.
Odruchowo sięgnął po dziennik, by to zanotować, ale gdy próbował przypomnieć sobie dokładny kształt kotwicy, którą narysował, zobaczył tylko rozmazany schemat. Zapomniał szczegółów. Koszt już pracował.
Nagle, z lasu dobiegł odgłos. Nie był to odgłos zwierzęcia. To był suchy, mechaniczny trzask, po którym nastąpiło przeciągłe, metaliczne zgrzytanie. Jakby coś wielkiego i ciężkiego przeciskało się przez gęstwę, łamiąc konary nie z siły, lecz dlatego, że przestrzeń wokół tego czegoś nie potrafiła się oprzeć.
Aeren zamarł. To nie był Sensor. Sensor nie mógł przejść tak szybko, a poza tym ten dźwięk był… nieproceduralny. Był dziki, chaotyczny, pełny błędu.
Z mroku między drzewami wyłonił się kształt. Nie miał stałej formy. Przypominał zbitkę zardzewiałych belek, połamanych rur i organicznych, pulsujących ścięgien, splątanych w coś, co poruszało się na zbyt wielu kończynach, by to policzyć. Jego centrum stanowiła wirująca, ciemna plama, w której światło się łamało i umierało. Wokół tego bytu powietrze drgało, a fioletowa trawa pod jego stopami czerniała i kruszyła się w pył, który unosił się, by utworzyć nad nim rodzaj odwróconej, szarej aureoli.
Archont. Dług, który się zamanifestował. Odsetki od jakiejś nieopłaconej Korekty, od jakiegoś zdławionego buntu rzeczywistości.
Stworzenie zatrzymało się. Ta ciemna, wirująca plaga w jego centrum zdawała się skupiać na Aerenie. Nie było oczu, ale czuł ciężar tego spojrzenia – spojrzenia, które kwestionowało samo jego istnienie, które przeczesywało go w poszukiwaniu niezgody, błędu, czegoś, co mogłoby się nie zgadzać.
– Nie – wyszeptał Aeren, cofając się. – To nie moja sprawka. Dopiero co tu jestem.
Archont wydał dźwięk – nie z gardła, ale z samej swojej struktury. Był to przeraźliwy dysonans, dźwięk łamiących się praw fizyki, który wbił się w czaszkę Aerena jak świder. Kartograf zatoczył się, chwytając za głowę. Mapa na jego ramieniu paliła teraz ogniem.
Potwór ruszył. Nie biegł. Płynął przez przestrzeń, a krajobraz wokół niego zapadał się, ulegał wykrzywieniu. Drzewa pochylały się w nienaturalnych kierunkach, trawa wiła się jak w konwulsjach. Aeren odwrócił się i pobiegł w przeciwną stronę, przez łąkę. Nie miał pojęcia, dokąd. Węzeł na ramieniu ciągnął go w stronę lasu. To była pułapka. Enklawa nie była ucieczką. Była przynętą.
Gonił go błąd w matrycy świata, żywy rachunek za czyjąś śmiałość. Aeren biegł, a za każdym razem, gdy jego stopa dotykała ziemi, tracił kolejny drobiazg: twarz człowieka, który nauczył go czytać mapy, nazwę pierwszej ulicy, którą zapamiętał. Płacił za każdy krok w świecie, który nie był jego własnym, a który teraz próbował go skonsumować.