Dziewczę z pierzyną
Fay poruszyła ramionami pod wełnianym szalem. Marzła, mimo że w kominku płonął cały stos drewna. Przekonała się, że mieszkańcy ciepłych krain nie umieją dobrze ogrzać swoich domostw. W oknach nie było podwójnych ram, a ciepło z kominka zaraz ulatywało pod wysokie sufity, które tak cieszyły ją po ciasnych i niskich pomieszczeniach kampusu Grauenstein. Na mroźnej Armawiwie w pokojach stały porządne piece kaflowe, o które można było oprzeć się plecami, czując jak rozkosznie ciepło rozchodzi się wzdłuż kręgosłupa.
Co jakiś czas podchodziła do kominka i grzała się, lecz gdy wracała do stołu, gdzie leżały rozłożone notatki, wystarczało kilka minut, żeby zimno znowu zaczynało jej doskwierać. Najbardziej marzły uszy, przy czym prawe miało więcej szczęścia, gdyż mogło od czasu do czasu przytulić się do przycupniętego na ramieniu Buziaka. Zwierzak owinął się skrzydłami i przypominał teraz pluszową gruszkę z uszami.
Fay sięgnęła po kubek z herbatą i upiła łyk. Była zaledwie ciepła. Z irytacją odstawiła naczynie. „Trzeba kupić samowar, jak u Febronii!” – postanowiła. Na wydziale ogrzewanie nawiewowe i nie takie wysokie sufity sprawiały, że temperatura była całkiem znośna, poza tym mocne komputery, pracujące na pełnych obrotach też generowały nieco ciepła. Właśnie tam dziewczyna spędzała większość czasu, a wracając do pokoju, jadła ciepłą kolację, czytała wieczorne modlitwy i już po godzinie właziła do łóżka, podgrzanego przez Janette za pomocą specjalnej grzałki na węgiel drzewny. Dzisiaj musiała spędzić przedpołudnie w akademiku, gdyż dostała od Jej Magnificencji specjale zadanie.
****
Profesorka siedziała w fotelu, z rezygnacją patrząc w monitor maszyny sczytującej. Potężny komputer znowu „wisiał”. Programy rozszyfrowujące fale mózgowe były tak „ciężkie”, że najlepszy sprzęt od czołowych producentów Rzeszy przy nich wysiadał.
– Cóż – westchnęła Egilona – bez pilnej optymalizacji oprogramowania dalej nie ruszymy.
– Ale Wydział Informatyki… – zaczęła madame Cecile.
– Jest do niczego – prychnęła hrabina – propozycje, które przysłali, są śmiechu warte. Nie ma tam nikogo, kto by podołał takiemu zadaniu. Potrzebujemy osoby, myślącej niestandardowo, a niestety większość informatyków ma mózgi przeformatowane na wzór ich własnych maszyn.
– Gdzie nam wziąć lepszych! – Madame Cecile teatralnie uniosła ręce. Fay wiedziała, że na wspomnianym wydziale pracuje jej bratanek, którego dama wszelkimi sposobami usiłuje wpisać w intratny i obiecujący projekt Egilony.
– Mieliśmy pod ręką prawdziwą geniuszkę, młodszą synową Gastaldów. Na Vulkanii była wschodzącym słońcem tej dyscypliny, ale musiała przerwać habilitację dla małżeństwa dynastycznego.
– Jaka tragedia! – zawołała madame Justine, odrywając się od zwojów wydruku, malowniczo wijących się po obszernym biurku i podłodze. Zewsząd rozległy się westchnienia, wynikające nie tyle ze współczucia dla vulkańskiej hrabianki, ile ze świadomości, że takie współczucie żywi koronowana profesorka.
– Wielka szkoda, że za późno się o niej dowiedziałam – kontynuowała Egilona – Gastaldowie odpisali na moje zaproszenie, że młodsza hrabina właśnie opuściła planetę, udając się na poszukiwania swojego męża, od którego już od jakiegoś czasu nie ma żadnych wieści.
Fay wiedziała coś o tym od Febronii. Jej szwagier Dymitr nagle zadzwonił do brata i oznajmił, że jego przyjaciel Fabrizio jest w tarapatach i że wyrusza mu na ratunek. Tego wieczoru, kiedy oni we trójkę, jeśli nie liczyć Buziaka, siedzieli przy samowarze w domu Kitieżan, gospodarz był roztargniony i starał się ukryć niepokój. W końcu niechętnie zdradził, że młody Gastaldo jest zamieszany w jakieś ciemne sprawy i mu się nie podoba, że Dymitr się w to angażuje.
Opowiadając Fiodor nerwowo kręcił w dłoni srebrną łyżeczkę, od czasu do czasu uderzając o brzeg spodka. Wtedy odkładał ją, by za chwilę znowu wziąć do ręki. Na Fay ten ruch okazywał jakiś hipnotyczny wpływ. Tymczasem pozostawiony sobie nietoperz metodycznie ogryzał lukier z piernika, który trzymała w ręku.
– …poszukać wśród młodych talentów.
Fay znowu się „zawiesiła”, zaczarowana ruchem srebrnej łyżeczki we własnych wspomnieniach i nie usłyszała początku wypowiedzi profesorki.
– I znalazłam! – kontynuowała ta – Na liście stypendystów Jej Cesarskiej Mości w dziedzinie informatyki wypatrzyłam zwyciężczynię konkursu optymalizacji oprogramowania, pewną pannę z Armavivy. Tak się składa, że wybrała Betelgezę jako miejsce studiów, nie Clorimonde wprawdzie, ale namówiłam rektora, żeby zaprosił ją osobiście. Panno Fay!
– Tak, Magnificencjo!
– Gwiazdolot z Armavivy przybył trzy dni temu. Pojutrze dyliżans z tamtego lądowiska dotrze do miasta. Kazałam zakwaterować tę panienkę w waszym akademiku. Proszę dopilnować, żeby się urządziła jak należy, a następnego dnia przyprowadzić na wydział. Jeśli dobrze pamiętam, Armaviva nie dla ciebie obcą planetą, więc dziewczynie będzie przyjemnie spotkać kogoś z rodzimych miejsc.
– Czy wiadomo o niej coś więcej, pani? – zapytała Fay bez większych nadziei.
– Ma na imię Matylda. – Egilona potarła czoło – Jest chyba mieszczanką, może córką księdza, zresztą jakie to ma znaczenie? Zajmij się tym.
Fay dygnęła.
***
Zegar na kominie wybił jedenastą.
„Dyliżans z kosmodromu powinien dotrzeć do miasta pół godziny temu. Dorożka jedzie stamtąd dziesięć minut. Co to ona, na piechotę idzie?” – Zniecierpliwiona Fay wyjrzała na korytarz. W głębi korytarza, w wielkiej, wspólnej kuchni czyjaś famułuska brzęczała naczyniami, gotując zupę dla swej pani. Nieco bliżej u balustrady klatki schodowej paplały, co chwila chichocąc, dwie panienki z pierwszego roku filologii. Smarkule. Na dole zaskrzypiały masywne drzwi wejściowe, potem z pewnym ociąganiem, jakby przez nie wciągnięto jakiś długi przedmiot, zamknęły się z hukiem.
„To muszą być tragarze z jej bagażem” – stwierdziła panna von Thierheiem. Wróciła do pokoju, żeby przywdziać pelerynę, co zajęło chwilę, gdyż Buziak nie chciał się odczepić, a gdy wyszła, nie zobaczyła zziajanych tragarzy, natomiast smarkule przy balustradzie zaśmiewały się, pokazując sobie coś na dole schodów. Poirytowana Fay energicznie ruszyła w ich stronę. Na jej widok panienki, z respektu dla córki rycerza, same bowiem były tylko miejskimi patrycjuszkami, przestały się śmiać i spuściły oczy. Panna von Thierheim spojrzała w dół schodów i zobaczyła to, co tak bardzo rozbawiło smarkule.
Wysoka i barczysta dziewczyna w porządnej, ale wygniecionej w podróży sukni, walczyła ze zrolowaną, owiniętą w rogożę pierzyną, ciężkim koszem i plecakiem. Kiedy umieszczała zwój na ramieniu i brała się za uchwyt kosza, brakowało jej ręki do przytrzymywania spódnicy, którą niezdarnie usiłowała podrzucić kopnięciem. W ten sposób udało się pokonać jeden stopień, ale już stojąc na nim nie miała dość miejsca, by powtórzyć ten sam manewr.
„To musi być jej służąca. Najlepszym wyjściem byłoby zostawić jeden przedmiot na dole, a potem po niego wrócić, dlaczego tak nie zrobi? Boi się zostawić? Chyba tak. W zajazdach i kosmoportach kręcą się złodziejaszki. Jest zmęczona i nie myśli jasno”.
Dziewczyna przydepnęła spódnicę i mało się nie wywróciła, upuszczając pierzynę, która z miękkim hukiem zwaliła się na kamień stopni.
Panienki za plecami Fay znowu zachichotały. Ta obróciła się i spiorunowała je wzrokiem: „Głupie pindy! Nie, żeby pomóc, tylko się nabijają!” Otworzyła usta, by zawołać na pomoc Janette, ale przecież wysłała ją po obiad do oberży. Zawahała się. Była to sprawa dla służącej, ale własne oburzenie wobec zachowania chichocących trzpiotek kazało jej ruszyć z pomocą. „Fredegar by to pochwalił” – zachęciła siebie i żwawo zbiegła po schodach.
– Daj mi to – powiedziała do dziewczyny, która znowu układała pierzynę na ramieniu. Ta, wyraźnie zaskoczona, pozwoliła zabrać sobie nieporęczny pakunek. Nie wydawał się specjalnie ciężki. Fay przez chwilę trzymała go oburącz przed sobą, ale potrzebowała jednej ręki dla przytrzymywania spódnic. Podjęła kilka żenujących prób umieszczenia go sobie na ramieniu, ale udało się to dopiero dzięki pomocy właścicielki pierzyny. Ruszyły w górę. Jednak już na drugim stopniu but Fay omsknął się na wyślizganym stopniu i ona niechybnie runęłaby na wznak, gdyby nowo przybyła nie złapała jej za talię i nie postawiła prosto.
Zdawało się, że dopiero teraz przyjrzała się Fay dokładnie. Szybko poprawiła czepek, spod którego wybił się kasztanowy lok. Fay zobaczyła, że dziewczyna ma ładne, zielone oczy na szerokiej, upstrzonej piegami twarzy.
– Oj, pani, nie pańska to sprawa pierzyny nosić! Pani zostawi, ja po kolei zaniosę! Ależ głupia jestem!
Nie musiała jednak tego robić, gdyż natchnione i zawstydzone poświęceniem szlachcianki, patrycjuszki zbiegły do nich, drobno stukając obcasami pantofelków. Ujęły za końce pakunku i energicznie ruszyły w górę. Za nimi z ciężkim koszem w ręku i plecakiem na grzbiecie podążyła jego właścicielka w towarzystwie Fay, uwolnionej od wszelkich ciężarów. Gdy dotarły na górę, poprowadziła wszystkich do pokoju przeznaczonego dla Matyldy. Dwukrotnie mniejszy od apartamentu Fay, miał tylko jedno okno i żeliwną „kozę” zamiast kominka. Rano Fay kazała woźnemu w niej napalić, więc w temperatura w pomieszczeniu była możebna.
„Hm, nie pomyślałam, że będzie miała służącą. Trzeba powiedzieć woźnemu, by wstawił dla niej łóżko do tamtej niszy…” Tymczasem wysoka dziewczyna postawiła kosz, zabrała pierzynę od patrycjuszek, rzuciła na łóżko i zdjęła plecak z rozkoszą prostując plecy.
– Dziękuję pannom – rzekła Fay do panienek z uśmiechem, dając im do zrozumienia, że nie mają po co tkwić koło wejścia. Zamknęła drzwi i zwróciła się do domniemanej służącej:
– Gdzie jest twoja pani?
– No… w domu, w zamku Bärenesheim zapewne – odpowiedziała dziewczyna, wyraźnie zaskoczona tym pytaniem – gdzie jej jeszcze być, jeśli ma lada dzień urodzić? Pani ją zna?
– Nie ja, tylko moi krewni na Armavivie – skłamała Fay – władają zamkiem Albrechtsberg w pobliżu Neustritz. To ty jesteś Matylda?
– Matylda Zottelig z Bärenecken. – Dziewczyna dygnęła.
– Fay von Thierheim.
Matylda dygnęła raz jeszcze. W kieszeni Fay zawibrował telefon – sygnał od Janette, że obiad jest już na stole.
– Z tym stypendium, to tak nawet zabawnie wyszło – powiedziała Matylda między łyżkami zupy – w naszej wsi komputery są tylko dwa – u proboszcza i w szkole. Ten u proboszcza, to prawdziwy zabytek, od założenia parafii stoi, niedawno jubileusz był – dziewięćset pięćdziesiąt lat. Wygląda jak organy, z aniołami i świętymi. Nikt nie pamięta, kiedy w nim ostatni raz coś wymieniali, nie licząc jednej z desek obudowy, co ją korniki zjadły. Wtedy malarz przyjeżdżał z miasta, malowidła odtwarzał i napisy na zwojach… Oj! co to!?
Dziewczyna upuściła łyżkę i cofnęła tak gwałtownie, że mało się nie wywróciła razem z krzesłem. Buziak, uwieszony pierścienia na żyrandolu i spowity kłębami pary od wazy z zupą, zaczął prostować skrzydła, rzucając po całym pokoju złowieszcze cienie.
– Nietoperz. Jest oswojony i zwie się Buziak – powiedziała Fay, wskazując na zwierzątko łyżką.
– Ależ się wystraszyłam! – Matylda z ulgą wypuściła powietrze, opuszczając uniesioną do znaku krzyża rękę – Już myślałam, że to diabeł. Nie spadnie nam do zupy?
– Nie powinien. – Janette przykryła jednak wazę pokrywą. – I nie skrzecz, Buziaku, to dla twojego dobra.
– I co z tym komputerem? – wróciła do tematu Fay.
– Właśnie. Od roku mamy w parafii nowego wikarego. Jego żona jest graficzką książkową, taką, co w komputerze książki składa…
– Rozumiem, i…?
– No to kiedy oni do nas jechali, dopadli ich zbójcy i obdarli do nitki, dobrze, że samych nie poturbowali, uszanowali stan duchowny. Ale komputer ichni, wiadomo, przepadł. A to rzecz nie tania wcale. Kiedy wikary z żoną do nas wreszcie dotarli, to szkoda była na nich patrzeć, zwłaszcza na nią. Ona, od razu widać, dziewczyna miastowa, z wykształconych, a tu w nasz niedźwiedzi kąt, i po drodze takie coś! Jej proboszczowa o kurach prawi, a ona o projekcie swoim płacze, co go trzeba w terminie skończyć. Proboszcz jej swój zabytek pokazał, ten z aniołami i świętymi, a ona jak zacznie się śmiać, a potem znowu płakać – histerii dostała. Wikary chciał nawet do miasta po nowy jechać, albo od zbójców stary odkupić, ale pan zbrojnych mu do eskorty nie dał i ze zbójami pertraktować zabronił, bo na nich obławę szykował. Zresztą ksiądz i tak pieniędzy nie miał, bo co miał, to mu łotry zabrali, a nowych nie zarobił jeszcze. Proboszcz by może pożyczył, ale proboszczowa…
– A ten w szkole? – zapytała Fay.
– Też grat. Nie taki starożytny, jak na plebanii, ale choć też te programy graficzne nie ciągnął, przynajmniej je otwierał. No właśnie, tu mamie przyszła kolej w kościele sprzątać i usłyszała jaki jest kłopot, no i przyszła do mnie, kiedy krowy doiłam…
– Wybacz, Matyldo – przerwała Fay, w głosie której pobrzmiewało zniecierpliwienie – ale to wydaje mi się mało istotne.
– Oj, przepraszam, rozgadałam się. Gadam, gadam, jak wiejska kura – sumitowała się tamta – wzięłam ten program na szkolny komputer, wlazłam w pliki, w protokoły – jakież to było pokrętne! Nie dziwota, że sprzęt nie wyrabia, skoro musi ziemniaki do piwnicy przez poddasze nosić! Zaczęłam to ogarniać, żmudna robota, jak porządkowanie szafy, do której ktoś rzeczy byle jak pozgniatał i poupychał. Niby szafa pełna, ale jeśli każdy ciuch rozprostować i złożyć, to dwakroć tyle wejdzie. Złożyłam wpół, potem jeszcze raz i jeszcze… W ciągu czterech dni udało mi się zmniejszyć wymagania systemowe ośmiokrotnie. Tego wystarczyło, by program zadziałał na parafialnym zabytku. A wikary wziął, i nic nie mówiąc, wysłał moją pracę na konkurs optymizacji.
Fay była pod wrażeniem. „Ta dziewczyna składa programy niczym koszule! Jak taka mogła się pojawić w niedźwiedzim zakątku?”
Matylda przerwała opowieść i energicznie kończyła zupę. Fay zdziwiła się, że dziewczyna zamilkła w momencie, kiedy mogła pochwalić się swoim sukcesem. Postanowiła jednak dać tej dojeść zupę. Naruszyła milczenie dopiero kiedy Janette wzięła talerz Matyldy, by nałożyć jej makaronu z brokułami.
Wieśniaczka milczała.
„Dlaczego nie opowiada o swoim tryumfie?” – zdumiewała się uczona panna – „przecież na pewno cała wioska na uszach stanęła!”
Matylda podniosła oczy i uśmiechnęła się do Fay:
– Zapewne pani chce wiedzieć, co było dalej. A było ot co. Ponieważ to wikary zgłosił mnie na konkurs, to i odpowiedź przyszła do niego. A on nic mi nie powiedział, tylko uśmiechał się tajemniczo. Pielę raz grządkę, a tu słyszę trąbę. Nie naszą trąbę, co w nią dmą, kiedy każą chłopom po ściernisku z rohatynami biegać. Pielę dalej, myślę, nie moja sprawa, a tu przybiega Rudi Powsinoga, nierób, co się ciągle koło szynka kręci. Jak pies zieje, gada: „ciebie wołają”. “Kto? Po co?” – pytam. „Jacyś ważni z orłami i trąbą. Wiara się zbiera”. Mi się w głowie zakręciło. Co oni do mnie mają? Ktoś o mnie w ogóle wie poza Bärenecken? Niby skąd?”. A Rudi: „Szybciej dawaj!” Pomyślałam: „No nie! Śpieszy mu się! Nie pójdę przecież jak czupiradło.” Ogarnęłam się, włożyłam niedzielną suknię, buty i poszłam. Po drodze ludzie na płotach wiszą, się gapią. Wieś nasza duża, z sześćset dworów, choć i zwie się Niedźwiedzim Zakątkiem. Na placu przed domem sołtysa zbiegowisko. Patrzę, stoją ci przyjezdni, na koniach, pod kapliczką świętej Anny. Obok nich rycerz Hetzbold, nasz pan, też konno, kaftan krzywo zapiął, tak się spieszył i pani…
„krzywo umalowana” – dopowiedziała w myślach Fay i prychnęła.
– Przyjezdni w czerni, z błękitnymi orłami na piersi – ciągnęła Matylda – Cesarscy! Tutaj! Dla mnie! Być nie może! Sołtys koło nich stał, jak mnie zobaczył, to im skinął. Wtedy jeden, brodaty, jak zatrąbi, aż mi włos zjeżył! Stanęłam jak wryta, a mnie baby z tyłu popychają: idź, no idź! Podchodzę, czerwona jak burak, nadal nie wiem, o co chodzi. Tutaj ich starszy, w aksamicie, zwój z tuby wyjął i czyta: „Panna Matylda Zottelig z Bärenecken zwyciężyła w cesarskim konkursie optymalizacji oprogramowania. Dlatego Jej Cesarska Miłość łaskawie nagradza ją stypendium na dowolnej uczelni w całej Rzeszy z pokryciem kosztów podróży. Potem włożył papier z powrotem do tuby, z konia zsiadł i mi daje. Mnie w międzyczasie proboszczowa z sołtysową pod ręce wzięły i bliżej podprowadziły. Nie wiedziałam, czy mam klękać, czy dygać. W końcu dygnęłam. A on mi jeszcze wręczył złotą łyżeczkę z monogramem cesarzowej w futerale. Stałam jak głupia, a wokół mnie taki gwar. Herold panu gratuluje, że w jego herrschafcie takie cudo się wychowało. Sołtys, ten to do każdej beczki dekiel, nadął się jak indyk, gada, że dokłada wszelkich starań, żeby edukacja była na poziomie. Mógłby choć na komputer nowszy do szkoły się wykosztować, a ten co jest, nie modernizowano przeszło lat trzysta… Kobiety mnie ściskają, pani nawet w policzek cmoknęła, a mi się w głowie kręci.
– W domu pewnie święto było? – wtrąciła Janette – Proszę jeść, panno Matyldo, makaron wystygnie.
– Było i nie było. Tato prosiaka zabił, gości sprosił, dumny był, ale nie żeby się specjalnie cieszył – odpowiedziała dziewczyna, starannie nawijając na widelec niezwyczajnie długi makaron – może to was zdziwi, ale ludzie ze wsi z trudem przyjmują rzeczy nowe i niespodziewane. Wszystko mamy poplanowane na lata, kto za kogo pójdzie za mąż, co komu dać w posagu. Mama płakała nie z dumy i radości. W ogóle nie zrozumiała, po co mnie to wszystko.
„Inny świat” – zdała sobie sprawę Fay – „my, kosmiczni wasale, ciągle się przemieszczamy w swoich blaszanych skorupach, wszędzie nam dom.”
– Obejmuje mnie, mówi: dziecinko, gdzież ty pojedziesz? Potrzebne ci to? Dajemy za tobą pięć krów i dziewięć świń, i ziemi dobrej morgów osiem, jak to zabierzesz? I płacze, płacze.
Duża łza stoczyła się po piegowatym policzku i spadła do talerza Matyldy.
– A jednak zdecydowałaś się – powiedziała panna von Thierheim pokrzepiającym tonem.
– Zdecydowałam się. – Matylda skinęła. – Przecież taka szansa raz w życiu wypada, albo i wcale. Nie powiem, żebym nudziła się życiem na wsi. Mogłam sobie dalej doić krowy, pielić ogródek, wyjść za mąż, rodzić dzieci i takie miałam plany. Ale nagle to stypendium jakby kopniakiem wyważyło drzwi mojego świata. ”Jeśli się nie ruszę” – tak myślałam – „całe życie żałować będę, że nie spróbowałam, i krowy mnie zbrzydną i mleko skiśnie”. A z drugiej strony: „może to pokusa, może to próżność mnie goni w nieznane, gdzie mnie, kurze wiejskiej, po uniwersytetach szastać?” Znowu myślę: „przecież to ksiądz mnie w to wpakował! Może to jednak Boża wola, a ja się upieram, jak koza?”
Przez chwilę kobiety jadły w milczeniu.
– Poszłam w końcu do babci. Kończyła właśnie pierzynę do mojego posagu. Babcia jest w naszej rodzinie najmądrzejsza. „Babciu – mówię – tak i tak. Co mam zrobić?” Babcia poparzyła na mnie długo i mówi: „Jedź. Nie bój się żalów. Jakkolwiek postąpisz, będziesz żałować. Wszak, jeśli zostaniesz, nie będzie dla ciebie życia tutaj. Sama to rozumiesz. To jakby niedźwiadek wśród psów się wychował i myślał, że jest psem i wszystko mu pasowało. A gdyby potem przyszedł doń z lasu inny niedźwiedź i uświadomił, że wcale, to mu by wnet buda za ciasna się zrobiła.” Babcia mnie od maleńkości niedźwiadkiem zwała. Wypłakałam się u niej na ramieniu. Postanowiłam, że co jak co, a z całego posagu to właśnie pierzynę wezmę ze sobą, jako babcine błogosławieństwo. Przez całą drogę ludziska się śmiały, że ją tacham.
– Tu ci się przyda – powiedziała Fay, wzdrygając się z zimna, bo ogień w kominku w międzyczasie pożarł resztki drewna.
– Dobrze, że nie miałaś żadnych zobowiązań – powiedziała Janette, zbierając talerze po makaronie. Chłopski status Matyldy rozzuchwalił ją do tego, żeby wtrącić się do rozmowy. Fay rzuciła jej karcące spojrzenie.
Matylda westchnęła. Otworzyła usta, by coś powiedzieć i zamiast tego rozpłakała, zakrywając dłońmi twarz. Fay jeszcze raz spiorunowała służącą spojrzeniem, wstała, podeszła i objęła dziewczynę. Janette tymczasem udała się do składziku po drewno.
– Biedny Till! – jęknęła Matylda między szlochami – nie zasłużył na to. Kochał mnie. Złamałam mu serce. Rodzice się zmówili, kiedy byliśmy mali. Bawiliśmy się razem. Byłam przyzwyczajona do myśli, że wyjdę za niego. A on naprawdę mnie kochał!
– Ale nie byliście zaręczeni?
– Formalnie nie, ale czy to ważne? Przystawałam na to małżeństwo, lubiłam Tilla, bo trudno o lepszego męża. Jest łagodny, robotny, kocha dzieci, może z nimi bawić się godzinami. Nie pije. Jest jak z tej piosenki „co go ujrzysz w niedziele na nieszporach w kościele”… Ooch!
Fay nie znała tej piosenki, ale domyśliła się, że skoro chłop chodzi na nieszpory, to nie spędza niedzielnego popołudnia w szynku.
– Jak to przyjął? – zapytała.
– Powiedział, że będzie czekał. A ja mu na to, żeby nie, bo nie wiem czy wrócę. A on wtedy jak zawyje! Jak wielki, nieszczęśliwy pies. Myślałam, że mi serce pęknie. Rozbeczałam się, rzecz jasna. Już otworzyłam usta, by powiedzieć, że nigdzie nie pojadę, kiedy on przestał wyć, przytulił mnie i powiedział, że nie powinnam grzebać dla niego swojej szansy i czuć się winna. I jak miałabym się czuć?
Zwierzenia dziewczyny napędzały Fay ponure myśli. Fredegar był tak daleko i zapewne pamiętał o niej wyłącznie w modlitwie i to z obowiązku. Potrafiłaby przywiązać go do siebie, zdobyć jego serce stopniowo, czuła bowiem, że nie szuka on w miłości przygód, lecz stałości. Z czasem pokochałby ją spokojnie, bez gwałtownych uniesień i płonął obok niej równym światłem lampki oliwnej. Z czasem. Ale czasu nie miała. Ukochany odpływał coraz dalej na spotkanie zagadkowym wezwaniom. Jedna łza szlachcianki skapnęła na głowę chłopki. Buziak zleciał jej na ramię i zlizał drugą.
Kiedy Janette wróciła z drewnem obydwie otarły już łzy. Wkrótce w kominku znowu trzaskał ogień, a dziewczyny raczyły się aromatyczną kawą i wykwintnymi słodyczami ze stołu Egilony. Matylda bezskutecznie usiłowała zgadnąć z czego i jak zostało to zrobione. Fay uśmiechała się pobłażliwie, choć i sama nie potrafiłaby określić skład i technologię owych specjałów. Najwięcej na ten temat miała do powiedzenia Janette, która kręciła teraz romans ze starszym pomocnikiem nadwornego cukiernika hrabiny.
Nowo przybyła opowiadała śmieszne szczegóły swojej podróży z pierzyną, którą co rusz strącała kapelusze a raz nawet utkwiła w śluzie powietrznej, opóźniwszy start gwiazdolotu o cztery minuty. W końcu wszystkie poczuły się zmęczone. Sygnaturka sióstr Mądralek obwieściła godzinę nieszporów.
Wstały zza stołu.
– Gadałam o wszystkim, a nawet nie zapytałam, jak tu wszystko jest zorganizowane – powiedziała Matylda – Na lądowisku wręczono mi list od tutejszego rektora, że jestem zaproszona do Clorimonde, choć miałam jechać gdzie indziej. Nie sądziłam, że nawet z tym stypendium będą ze mną aż tak się nosić. To normalne? Czy jestem tu komuś potrzebna?
– Owszem – odrzekła Fay von Thierheim – pewna wielka pani chce, żebyś poskładała koszule w jej w szafie .