- Opowiadanie: lugosi - Czary-Mary kontra krwiożercze krasnale

Czary-Mary kontra krwiożercze krasnale

Cześć, tekst inspirowany codziennymi przeżyciami w pracy z dużym podrasowaniem. Jeżeli ktoś jest z Sosnowca, to przepraszam :D

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Czary-Mary kontra krwiożercze krasnale

Chociaż mało kto o tym wie, Polska – kraj w samym centrum Europy – była podzielona. I nie chodzi tutaj o opowiadanie się po prawej czy też lewej stronie; wszakże każdy wiedział, że politykom chodziło tylko o nażarcie się z jednego koryta, a problemy maluczkich mało ich interesowały.

Nie, Polska była podzielona na strefę znaną wszystkim, czyli brudną i szarą (tak przynajmniej twierdzili turyści, ale należy to zrzucić na karb faktu, że dotarli tylko do Sosnowca) oraz strefę magiczną, oddzieloną zwiewną zasłoną. Niestety żaden z obywateli nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznego rozłamu – z wyjątkiem kilku odważniejszych śmiałków, którzy spożyli nieznaną nikomu wcześniej odmianę grzybków.

Magnolia, stolica kraju – byt wysoce świadomy własnej wartości oraz powabu – leżała dokładnie tam, gdzie Wrocław. Po ludzkiej stronie zasłony największą plagą były szczury. Po magicznej zaś krasnale. To tutaj ożywały, a ich zastygłe w uśmiechu buźki wykrzywiał groźny grymas, gdy barman odmawiał kolejnej uncji piwa. Burdy na rynku zdarzały się często, a mieszkańcy drżeli na widok chluby Wrocławia. Strzygi, wampiry, a nawet niektóre demony spuszczały głowy pełne zawstydzenia na widok żądzy krwi trawiącej słodkie oczka niziołków. Nikt nie wiedział, skąd się brały, ale ich populacja z roku na rok coraz bardziej rosła. Plaga była na tyle straszna oraz uciążliwa, że niektórzy mieszkańcy pakowali dobytek życia i wyruszali do miasta leżącego na wschodzie Polski. Tam jedynym problemem była syrenka – zagorzała ekshibicjonistka.

Z mieczem nad głową pokrzykiwała do gapiów niezrozumiałe słowa o obronie jakiejś Warszawy. Na początku była wielką atrakcją, ale z czasem istoty magiczne kwitowały jej występy jedynie machnięciem ręką, płetwą czy też inną kończyną górną. Syrenka była znana przede wszystkim z tego, że alkoholu nie wylewała za kołnierz. No, może w jej przypadku akurat za dekolt.

Kraj, chociaż podzielony niewidzialną zasłoną, miał podobne problemy. Podatki, długie kolejki do uzdrowicieli czy też korupcja były jednymi z niewielu.

Centrum Magnolii powoli budziło się do życia. Syreny śpiewały poranną pieśń na dnie brudnej Odry, czarownice rozpalały przypalone kociołki, a wampiry zamykały wieka trumien po upojnej nocy. Wraz z wybiciem godziny dziewiątej drzwi do lokalu o zwiewnej nazwie „Czary-Mary” szczęknęły i otworzyły się na oścież. Niewielki tłum, drepczący w miejscu już od dobrych piętnastu minut, rzucił złe spojrzenie i gromadą ruszył do środka.

Pierwszy próg przekroczył leszy. Ciało porośnięte mchem wyrastało na dobre metr pięćdziesiąt, a zapach sosnowych igieł kłócił się z mordem w oczach.

– Co mi pani wcisnęła?! – ryknął do krasnoludki spokojnie siedzącej za biurkiem. Jej palce leniwie muskały klawiaturę w próbie zalogowania się do komputera. Wzrok nagle przesłoniła doniczka ze smętnie zwieszoną paprotką, błagającą o krople wody. – Miałem mieć bujną czuprynę, a dostałem zdechłego wiechcia!

Sonia zmierzyła wzrokiem brązowe naczynie i spróbowała opanować grymas cisnący się na usta. Wczoraj był ostatni dzień miesiąca, a do premii brakowało jej dwóch roślin magicznych. Gdy leszy przybył z reklamacją nawozu do dębów, nie zamierzała odpuszczać okazji. Już od dłuższego czasu miała plan na przerzedzone listowie sterczące z czubka jego głowy.

– Panie Lesławie – spytała spokojnie, a guma o smaku rudy miedzi miarowo mlaskała pomiędzy zębami. – Co wczoraj mówiłam?

– Żeby nie aplikować tego samego dnia – odpowiedział, wyraźnie zmieszany.

– A dlaczego nie aplikujemy tego samego dnia?

– Bo się nie przyjmie – mruknął, zieleniejąc po same czubki szpiczastych uszu. – Ale pani Sonitko, sama pani mówiła, że takiemu chłopu jak ja nie przystoi łysina. Wie pani, bo u mnie w lesie jest taka driada…

Wiedziała. Przy każdej wizycie o niej wspominał. Ona również była jej klientką, regularnie przychodzącą po mikstury miłosne na „pewnego sosnowego przystojniaka”. Na początku nawet chciała powiedzieć, że nie są one jej wcale potrzebne, ale premia sama się nie zrobi. Po drugie była sprzedawcą, a nie swatką.

– No dobrze, panie Leszku – przerwała, gdy z rozanieloną twarzą mówił o malowniczych pagórkach sterczących niczym bliźniacze wierzby. – To co robimy? Mam taki specyfik, po którym jeszcze dzisiaj łąka wyrośnie na głowie.

– A to paprotki nie da się już uratować? – zapytał posmutniały.

Dało się, ale wspomagacze roślinek były zaledwie ułamkiem kolosalnego celu narzuconego na ten miesiąc.

– Może i się da, ale wie pan, jak to jest. Trzeba podlewać, pielęgnować, już nie mówiąc o tym, że odżyje dopiero za miesiąc.

– Nie szkodzi, pani Sonitko – machnął ręką. – Mam czas, a dbanie o florę to przecież moja praca.

Krasnoludka, czując, że sprzedaż wymyka się z jej rąk, postanowiła użyć ostatniego argumentu.

– To ja pójdę po preparat – powiedziała, podnosząc się z krzesła. – A, panie Leszku, proszę mi powiedzieć: ta pana driada to Kasztanka się nazywa?

– Tak, a czemu pani pyta?

– A tak jakoś sobie przypomniałam, że w zeszłym tygodniu była u mnie. – Usiadła z powrotem i konspiracyjnym szeptem dodała: – O takim romansidle gadaliśmy. Wie pan, jak to z kobietami jest. Uwielbiamy przystojnych bohaterów. Te mięśnie, ta odwaga – położyła dłoń na sercu i lekko przymknęła oczy – no i oczywiście kaskady włosów spływające z czoła. Ach, musi pan kiedyś poczytać sobie. No dobrze, zaraz wracam.

Gdy oddalała się powolnym krokiem, w połowie drogi usłyszała pochrząkiwanie leszego. Odwróciła się i owiał ją zapach sosnowych igieł.

– A ile taka miksturka kosztuje, pani Sonitko? – zapytał niewyraźnie.

– Niewiele, panie Leszku, niewiele – odpowiedziała, wracając do biurka. – Normalnie to za dziesięć złotych jednorożców sprzedajemy, ale dla pana zrobię wyjątek. Osiem i już jutro będzie pan musiał używać specjalnej odżywki do kwiatów polnych.

– Ile?! – ryknął, przykuwając uwagę klientów czekających w kolejce.

– Mamy również sprzedaż na raty. – Uśmiechnęła się szeroko. Leszy zawsze próbował zbić cenę, był to ich taki mały rytuał: ona mu coś wciskała, a on udawał, że nie ma pieniędzy. – Po drugie, panie Leszku, kogo jak kogo, ale pana nie stać? – zapytała na tyle głośno, żeby głos dotarł do zebranych.

Na twarzy leśnego bożka skąpstwo walczyło z wizją driady w jego ramionach. Krasnoludka, dostrzegając wahanie, pochyliła się bardziej i wyszeptała mu na ucho:

– Niektórzy klienci mówią, że konar po tym rośnie. – Jego oczy rozszerzyły się ze zdumieniem i oblizał nerwowo wargi. – Nie to, żeby pan potrzebował, rzecz jasna, ale muszę informować o potencjalnych skutkach ubocznych.

– Naturalnie, naturalnie. Pani to jest złoty krasnolud, muszę powiedzieć. Zawsze o mnie tak dba i dobrze doradzi.

– Ach, panie Leszku, to dla mnie czysta przyjemność. – Powachlowała się dłonią. – To co, bierzemy?

– No daj pani, a co mi tam.

Gdy Sonia wychodziła na zaplecze, po drugiej stronie pomieszczenia prowadzona była rozmowa zgoła inna. Przy komputerze siedział młody mężczyzna o eterycznej urodzie. Rozjaśnione blond włosy spadały w spiralach na gładkie czoło, nadając mu anielski wygląd. Wystające spod nich strzeliste uszy jasno wskazywały, że był elfem – rasą wręcz wieczną. Skośne oczy mieniły się błękitem, a pod koszulką z napisem „Zaczaruj mnie” podrygiwały atletyczne mięśnie. Wypielęgnowany paznokieć skubnął pełną wargę, a elf rzucił klientowi powłóczyste spojrzenie.

– W czym mogę pomóc? – zapytał zmysłowym głosem.

Naprzeciwko niego siedział wampir. W czekoladowych oczach błyskały krwawe iskierki, a włosy gładko zaczesane do tyłu podkreślały twarde rysy twarzy. Oliwkowa karnacja sugerowała, że albo był fanem marchewki, albo spędzał dużo czasu na dworze. Wbrew krzywdzącym plotkom rozsiewanym przez strzygi wampiry uwielbiały światło dnia. Jedynie musiały nakładać na ciało krem z wysoką blokadą promieni UVB, gdyż inaczej mogły spłonąć.

– No, ten… – powiedział głębokim basem. – Kieł mi wypadł.

Dla podkreślenia słów rozwarł szeroko usta, ukazując brakujący ząb w górnej szczęce. Elf skrzywił się, gdy doleciał do niego lekki odorek trawionej krwi.

– Ma pan go?

– Tak, proszę. – Podał perfekcyjnie biały kieł. – Panie Karolu…

Sprzedawca wystawił jeden palec, uciszając klienta, i dokładnie przyjrzał się kości. Nienaruszony korzeń, wypucowany do granic możliwości, wydawał się martwy. Na płytce nie było widać choćby plamki próchnicy, a czubek przebijał skórę jak najlepiej naostrzony sztylet.

– Jaki duży… – mruknął, spoglądając spod wachlarza rzęs na błyszczące szkliwo – i gładki. Lubię duże… ugryzienia. – Niby przez przypadek odgiął szyję, prezentując grubą tętnicę oraz pajęczynkę bladych blizn. – A pan?

Wampir, znany jako Wiktor, oblizał nagle wysuszone wargi, a język trafił na dziurę uporczywie przypominającą o jego ułomności.

– No to ten, da się go naprawić? – wyseplenił, uciekając wzrokiem.

– Może i da, ale nie u nas – odpowiedział elf rezygnującym tonem. Już od dłuższego czasu polował na tego wampira, ale ten uparcie odmawiał, obawiając się kolegów z gniazda. – Do chirurga trzeba z tym iść, ale na Nieśmiertelny Fundusz to wiekami trzeba czekać. A do Frankensteina się najzwyczajniej nie dostaniesz, terminy ma dopiero na następne stulecie.

– Ale ja mam randkę dzisiaj! – oburzył się bez przekonania.

Karol przewrócił oczami i postukał w klawiaturę. W gnieździe Wiktora miał przyjaciela i już słyszał o tych jego randkach. Dziwnym trafem, gdy wampir miał się spotkać z płcią przeciwną, zawsze coś mu się przytrafiało. Niestrawność czy też kac po nieświeżej krwi trafiały mu się nad wyraz często. I były to te lżejsze przypadłości.

– Mamy zamiennik syntetyczny. Trzon jest zbudowany na bazie srebra ze względu na właściwości antyseptyczne, a całość jest pokryta powłoką ze zmielonego pazura smoka.

– Przecież srebro będzie mnie piekło jak diabli!

– Dlatego też są zabezpieczone przez Najwyższą Wiedźmę. Zaklęcie chroni noszącego przed wszelkiego rodzaju bólem. Oczywiście dajemy gwarancję dwudziestoletnią oraz zapewniamy dwa przeglądy w roku za darmo.

Wampir, przepełniony obawą o własną egzystencję, sięgnął do kieszeni. Ze środka wydobył skórzany portfel z wydrukowaną nimfą w stroju Ewy, namiętnie pieszczącą „pagórki”.

– Jaki męski. – Elf parsknął, nie mogąc się powstrzymać. – Kartą czy gotówką?

– Kartą – dobiegło zawstydzone burknięcie po drugiej stronie biurka. – Panie Karolu, a kto mi to zamontuje?

– Wystarczy Karol, kochankowie nie mówią mi na „pan” – zawiesił głos, muskając jego nabrzmiałe od mięśni ramię, gdy brał kartę pomiędzy palce. – Chyba że to ich kręci.

– Ale my nie…

– Jeszcze, Wiktorze, jeszcze. – Mrugnął do niego okiem. – Proszę iść pod tamte drzwi, jak będą gotowi, to zawołają.

Wampir wstał i zawahał się przez ułamek sekundy. Sprzedawca spojrzał na niego z nadzieją i otworzył usta, ale ostatecznie tylko pokręcił głową z rezygnacją. Wiktor odprowadzany namiętnym wzrokiem elfa, planował już kolejny „wypadek”.

Drzwi do biura otworzyły się z hukiem. Sonia z uśmiechem godnym cygana wciskającego dywan zamarła, a Karol ukrył chichot pomiędzy palcami. W progu stała Barbara, kierowniczka-meduza. Węże na głowie, mocno przybrudzone, syczały szaleńczo, a oczy zabłysły jadowitą zielenią. Jej kosztowna garsonka wisiała w strzępach.

– Znowu te pieprzone dranie mnie zaatakowały.

Od strony ulicy poniósł się harmider. Wąską uliczką maszerowały krasnale. W niewielkich dłoniach dzierżyli kijki zrobione z patyczków po lodach, a nad głowami powiewały transparenty. Hasła: „Nie jesteśmy atrakcją turystyczną!”, „Stop macaniu krasnali na szczęście” oraz „Szukasz drogi? Kup sobie mapę!”, były tymi ciekawszymi. Na samym końcu różowym markerem ktoś wypisał: „Bibliofil na prezydenta!”.

Tłum się rozstąpił, a zebrani w „Czary-Mary” mogli dostrzec, jak niziołki podają między sobą flaszeczkę gorzkiej żołądkowej.

– Za Życzliwka! – huknął najbardziej brodaty i solidnie pociągnął z butelki.

– Precz z wężami i meduzami! – ryknął tłum, a nad ich głowami przetoczył się krasnal zamieniony w kamień.

Drzwi ponownie uderzyły o ścianę, tym razem pchnięte od środka.

– Precz z krasnalami! Polska dla niemagicznych Polaków! – zawyła skrzeczącym głosem Barbara.

– Ty! – warknął lider, szerzej znany jako Papa Krasnal. – Brać ją!

W powietrzu poniósł się zapach żądzy krwi pomieszanej z bimbrem pędzonym w piwnicy, a brodacze natarli na wrota sklepu. Te, wiekowe oraz zmęczone, nie stawiły oporu. Framuga wypadła z łoskotem i do środka wbiegła rozwścieczona hołota.

Walka była nierówna. Stłoczeni w środku klienci próbowali strącać z siebie gryzące po kostkach krasnale, ale na każdego jednego zrzuconego przybywały dwa kolejne z odsieczą.

– Wiktor, ratuj! – zawołał Karol, wpadając w ramiona wampira.

Gdy elf pieczołowicie macał nabrzmiałe bicepsy, w kącie z trzaskiem wyprostowała plecy sędziwa kobieta. Czubek czarnego kapelusza zadrżał, a sękata laska uderzyła o ziemię. Niewidzialna siła wypchnęła niziołki na zewnątrz, a drzwi magicznie powróciły na miejsce. Podniosła się i powolnym krokiem ruszyła do biurka.

– Elfie, obsłuż mnie! – rozkazała, ignorując dobijające się do środka rozsierdzone bestie.

– Już idę, pani Dobrosławo – mruknął zrezygnowany na myśl o kolejnym tłumaczeniu rachunku za niewłaściwe używanie zaklęć. Podejrzewał, że to jej wnuk przeszukiwał eter w pogoni za pikantnymi wizjami, ale bał się to powiedzieć.

Sonia, wciąż zamarła w połowie drogi, zlustrowała klientów. Z niewielkich ugryzień sączyła się krew.

– Mamy dzisiaj specjalną promocję na maści odkażające. Dwie w cenie jednej! Czy ktoś z państwa chciałby skorzystać?

Na widok lasu rąk oczy jej zaiskrzyły. Cel miał się sam zamknąć.

Koniec

Komentarze

Bardzo fajny koncept i świat, który od pierwszych akapitów działa na wyobraźnię. Wstęp to solidny worldbuilding – absurdowy, konsekwentny, z humorem, który nie jest tylko żartem dla żartu, ale wynika z logiki świata. Ten fragment wypada paradoksalnie najlepiej i spokojnie udźwignąłby znacznie dłuższą formę.

Później jednak następuje dość gwałtowny skok do akcji. Dialogi są naprawdę udane – lekkie, rytmiczne, z wyczuciem groteski i charakteru postaci – ale fabularnie wszystko zaczyna pędzić. Zanim zdążyłem się na dobre rozgościć w historii, już byłem przy zakończeniu. I tu muszę być szczery: poczułem lekkie rozczarowanie, nie dlatego, że finał jest zły, tylko dlatego, że to już koniec. Dla mnie fabuła jest po prostu za krótka w stosunku do potencjału świata.

Trochę wygląda to tak, jakbyś najpierw zbudował bardzo ciekawą scenografię, a potem przeszedł przez nią biegiem. Worldbuilding jest gęsty, pomysłowy i naprawdę nośny, a sama oś zdarzeń mogłaby spokojnie dostać więcej miejsca na oddech. Przyspieszenie w końcówce sprawia, że finał zamyka się szybciej, niż czytelnik by chciał.

Na plus na pewno:

– absurd i humor – dobrze wyczute, bez nachalności,

– dialogi – naturalne, żywe, niosące sceny,

– pomysł na świat – bardzo wdzięczny i aż proszący się o rozwinięcie.

Delikatne potknięcia to głównie proporcje: za dużo wprowadzenia świata względem właściwej fabuły oraz zbyt szybkie domknięcie akcji. To nie są poważne wady, raczej sygnał, że tekst chce być dłuższy, niż jest.

Podsumowując: czytało mi się naprawdę miło i z przyjemnością przeczytałbym większe opowiadanie w tym uniwersum. Ten świat i ten humor spokojnie zasługują na więcej miejsca :) Pisz dalej!

Melendur88

Bardzo dziękuję za merytoryczny i budujący komentarz! Ten pomysł jest i pewnie kiedyś się wyklaruje na “papierze”, ale narazie jest to forma ćwiczenia i chciałem sprawdzić czy humor chwyta oraz nie jest zbyt groteskowy.

Mi się podoba, ale wartością dodaną jest świat trochę przypominający mi współczesnego Shadowruna. Ja osobiście taką grotestkę i ironie, też kupuję. Jak wspomniałem, fabuła nie porwała, ale prował humor i świat który fajnie sprzedałeś. Bardzo dobry pomysł!

Melendur88

Witaj. ;)

 

Przedmowa sugeruje jeżdżenie po mieszkańcach Sosnowca. Nie jestem jednym z nich, aczkolwiek to po sąsiedzku. Jak Zagłębianka zagłębiam się zatem w lekturę z ciekawością… :)

A, że przy okazji dopytam – skąd Ty jesteś? :)

 

Kwestie techniczne – wątpliwości oraz sugestie (zawsze – jedynie do przeanalizowania):

I nie chodzi tutaj o opowiadanie się po prawej czy też lewej stronie; wszakże każdy wiedział, że politykom chodziło tylko o nażarcie się z jednego koryta, a problemy maluczkich mało ich interesowały. – powtórzenie?

Ale pani Sonitko, sama pani mówiła, że takiemu chłopu jak ja nie przystoi łysina. Wie pani, bo u mnie w lesie jest taka driada… – przecinek przy Wołaczu i powtórzenia?

Po drugie, panie Leszku, kogo jak kogo, ale pana nie stać? – zapytała na tyle głośno, żeby głos dotarł do zebranych. – styl/powtórzenie?

Wbrew krzywdzącym plotkom (przecinek?) rozsiewanym przez strzygi (i tu?) wampiry uwielbiały światło dnia.

– No to ten, da się go naprawić? – a reszta przecinków?

A do Frankensteina się najzwyczajniej nie dostaniesz, terminy ma dopiero na następne stulecie.

– Ale ja mam randkę dzisiaj! – oburzył się bez przekonania. – powtórzenie?

Trzon jest zbudowany na bazie srebra ze względu na właściwości antyseptyczne, a całość jest pokryta powłoką ze zmielonego pazura smoka. – i tu?

Chyba (przecinek?) że to ich kręci.

Wiktor (przecinek?) odprowadzany namiętnym wzrokiem elfa, planował już kolejny „wypadek”.

 

 

Czy aliteracje są celowe? – tu przykłady:

Pierwszy próg przekroczył leszy.

– To ja pójdę po preparat – powiedziała, podnosząc się z krzesła.

– Tak, proszę. – Podał perfekcyjnie biały kieł.

tytuł: Czary-Mary kontra krwiożercze krasnale.

 

Humor znakomity, pomysł także, a tylko dziwi mnie, po co w tym świetnym tekście trzeba było pluć na Sosnowiec i jego okolice? To konieczne? Bez tego opko by straciło? Skoro to fantastyka, można wymyślić miliardy innych, nieistniejących miejscowości. Szkoda…

Klikam do Biblioteki z – przyznaję – dość mieszanymi uczuciami.

Pozdrawiam serdecznie. 

Pecunia non olet

Ślepota mnie dopadła i nie wyłapałem. W przypadku Leszka było to celowe, jako kreacja postaci. Co do Sosnowca, to dziękuję za zwrócenie uwagi i jak najbardziej masz rację, co do możliwości wymyślenia innej nazwy. Co do aliteracji, to czysty przypadek. I odpowiadając na pytanie: jestem z Wrocławia :)

Miło mi, i ja dziękuję. :) Cóż, jest kilka miejscowości, uznawanych za świetne przy wszelkiego rodzaju kpinach czy żartach, Sosnowiec do nich także czasem należy, aczkolwiek – poprzez włączenie go (wraz z “moim” Będzinem i w sumie całym Zagłębiem) laaata temu do województwa katowickiego, a potem – śląskiego – siłą rzeczy jesteśmy teraz wszyscy krajanami, po prostu uważanymi przez resztę Polski za Ślązaków (mało kto rozróżnia Dolny Śląsk, Górny, czy Opolski, albo Cieszyński). :)

Przeprosiny z Przedmowy świadczą mimo wszystko o dobrych intencjach, za które dziękuję. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Ach te krwiożercze krasnoludki. Z nimi wszystko jest możliwe. 

Bardzo sympatyczne opowiadanko, choć szkoda, że tak krótkie. 

Nowa Fantastyka