- Opowiadanie: CZARNA2 - Pomornik II

Pomornik II

Dru­gie, a może pierw­sze opo­wia­da­nie o Po­mor­ni­ku. W grun­cie rze­czy piszę o nim tylko kró­ciut­kie ka­wał­ki i każdy o czym innym.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Pomornik II

 

 

Te­le­fon roz­brzę­czał się na dobre.

Ade­laj­da wy­bie­gła z ła­zien­ki i chwy­ci­ła za­bor­czo apa­rat. Jej en­tu­zjazm osłabł, kiedy za­uwa­ży­ła, że po­łą­cze­nie było od matki.

Wes­tchnąw­szy z re­zy­gna­cją, ode­bra­ła.

– No co tam? – za­py­ta­ła, siląc się na ra­dość w gło­sie.

– Nie dzwo­nisz. Czy za każ­dym razem ja muszę to robić? – Rozmowa dopiero się zaczynała, a wy­rzut w gło­sie matki był już aż nadto wi­docz­ny.

– Nie mia­łam czasu. – Ade­laj­da ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju gdzie, nie­mal w każ­dym kącie stała opróż­nio­na bu­tel­ka. – Wiesz, pra­cu­ję pra­wie ca­ły­mi dnia­mi.

Praw­da była taka, że wraz z po­cząt­kiem paź­dzier­ni­ka po­rzu­ci­ła pracę. De­pre­sja, jak zwy­kle, dała o sobie znać nie­ocze­ki­wa­nie.

– Ja też pra­co­wa­łam w twoim wieku i do­dat­ko­wo wy­cho­wy­wa­łam trój­kę dzie­ci. A ty nadal je­steś sama i nie masz na nic czasu. I co ty w ogóle ro­bisz z pie­niędz­mi, skoro ciągle pra­cu­jesz? Mar­cel mówił, że znowu po­ży­czył ci dwie stówy. Po­win­naś za­cząć oszczę­dzać, a przy­naj­mniej spró­bo­wać.

Adela miała wiel­ką ocho­tę po­wie­dzieć, że wy­da­je na mę­skie dziw­ki, z któ­ry­mi pije i ćpa. Jed­nak nie od­wa­ży­ła się i za­py­ta­ła:

– Co tak na­praw­dę chcia­łaś, mamo?

Ko­cha­nie mar­twię się o cie­bie – od­parł roz­sz­cze­bio­ta­ny głos w słu­chaw­ce.

Młoda ko­bie­ta wy­wró­ci­ła ocza­mi, prze­cze­su­jąc krót­kie, płowe włosy.

Matka nie słu­cha­ła, jak zwy­kle zresz­tą. Całe życie była głu­cha na jej po­trze­by, więc czego mogła się spo­dzie­wać, skoro ko­bie­ta my­śla­ła wy­łącz­nie o sobie, wzbu­dza­jąc w Adzie po­czu­cie winy i nie­chę­ci.

Spać nie mogę ze zmar­twie­nia o cie­bie.

– Tak, wiem o tym.

- Dziec­ko ko­cha­ne. Mar­nu­jesz się. Nie masz męża, dzie­ci z nikim nie chcesz utrzy­my­wać kon­tak­tu.

– Będę czę­ściej dzwo­nić – od­par­ła, czu­jąc nagle prze­ni­kli­wy chłód.

Za­ci­snę­ła zęby, katem oka za­uwa­ża­jąc ruch. Szcze­gó­ły nie­pa­su­ją­ce do ca­ło­ści. Za­mknę­ła oczy, gdy zimno wokół niej na­ra­sta­ło. Czuła się ob­ser­wo­wa­na, do­ty­ka­na zim­ny­mi pal­ca­mi. Strach był pa­ra­li­żu­ją­cy i nie mogła zła­pać od­de­chu.

Gdzieś z da­le­ka do­bie­gał głos matki:

No ja mam na­dzie­ję, że nie tylko. Przyjdź dzi­siaj. Wy­bie­ra­my się z Mar­ce­lem na cmen­tarz. Mam na­dzie­ję, że byłaś już w ko­ście­le.

Byłam z sa­me­go rana – skła­ma­ła gład­ko, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad gło­sem. – Mamo, do­brze wiesz, że dziś i jutro bę­dzie cięż­ko się wy­rwać. – Ko­lej­ne kłam­stwo lekko opu­ści­ło jej usta. – Poza tym muszę już koń­czyć – po­wie­dzia­ła, ale nie od­wa­ży­ła się roz­łą­czyć.

- Tylko praca i praca. Nawet w Świę­to Zmar­łych nie dadzą ci spo­ko­ju.

„Przede wszyst­kim wtedy” – po­my­śla­ła Ade­laj­da.

- Nie znaj­dziesz nawet kilku minut na od­wie­dze­nie ojca – na­rze­ka­ła ko­bie­ta.

Adela wy­dę­ła usta, sia­da­jąc na pod­ło­dze zim­nej jak ark­tycz­ny lód.

Matka cza­sem za­cho­wy­wa­ła się, jakby oj­ciec nie umarł pięć lat temu, tylko zmie­nił miej­sce za­miesz­ka­nia na cmen­tar­ną piw­ni­cę. Dziew­czy­na nie ro­zu­mia­ła tego ani zro­zu­mieć nie chcia­ła. Co wię­cej, nie miała naj­mniej­szej ocho­ty prze­stę­po­wać progu cmen­ta­rza w Świę­to Zmar­łych. Ci wszy­scy umar­li ob­ra­ca­li się w gro­bach z boku na bok, jakby spali w mię­ciut­kim łó­żecz­ku, albo snu­li się alej­ka­mi po­mię­dzy ży­wy­mi; to było obrzy­dli­we.

Cały cyrk roz­po­czy­nał się na po­cząt­ku paź­dzier­ni­ka i w miarę upły­wu czasu przy­bie­rał na sile. Apo­geum przy­pa­da­ło na pierw­sze­go li­sto­pa­da. Nigdy ni­ko­mu nie przy­zna­ła się do tego, nawet gdy sta­wa­ło się to nie do znie­sie­nia.

Halo? Je­steś tam? - Z za­my­śle­nia wy­rwał ją głos matki.

– Je­stem – mruk­nę­ła nie­pew­nie Adela.

- Przyjdź ko­cha­nie. Bar­dzo cię pro­szę.

Młoda ko­bie­ta czuła się z tym bar­dzo źle i zanim zdą­ży­ła po­my­śleć, za­sta­no­wić się dwa, trzy, pięć­dzie­siąt razy, szep­nę­ła:

– Przyj­dę na chwi­lę.

Ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju, koń­cząc roz­mo­wę.

Chłód po­wo­li ustę­po­wał, jakby wy­cze­ki­wał na do­god­niej­szy mo­ment, by ude­rzyć z po­dwój­ną siłą.

Do zmro­ku musi się uwi­nąć. Zanim prze­sta­nie roz­róż­niać: kto był żywy, a kto tylko du­chem.

Się­gnę­ła po bu­tel­kę z reszt­ką wina i po­pi­ła kilka ta­ble­tek, które ku­pi­ła przez in­ter­net. Do­pro­wa­dzi­ła się do po­rząd­ku i z wes­tchnie­niem opu­ści­ła dom za­sta­na­wia­jąc się, czym mo­gła­by od­stra­szyć po­ten­cjal­ne „wy­bry­ki wy­obraź­ni”.

Nie­ste­ty, nic nie przy­cho­dzi­ło do jej głowy, a je­dy­ny spo­sób, jaki dzia­łał, to łyk­nąć wię­cej ta­ble­tek i iść spać. Prze­spać cały pierw­szy i drugi li­sto­pa­da.

Jadąc za­tło­czo­nym au­to­bu­sem, po­dejrz­li­wie pa­trzy­ła na ludzi spie­szą­cych na cmen­ta­rze. Nadal, łu­dząc się, że ją to omi­nie.

Nie­ste­ty. Mama z Mar­ce­lem już cze­ka­li przy bra­mie wej­ścio­wej, aby do­peł­nić tra­dy­cji.

Wą­skie alej­ki cmen­ta­rza były wy­jąt­ko­wo za­pcha­ne. Lu­dzie prze­su­wa­li się zbitą masą, przy­po­mi­na­jąc skrzep w ży­łach. Roz­dzie­la­jąc się, wpa­da­jąc w węż­sze dróż­ki i ścież­ki. Stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi, czule wi­ta­jąc się z dawno nie­wi­dzia­ną ro­dzi­ną.

Stare to­po­le ogo­ło­co­ne z liści wy­glą­da­ły po­nu­ro. Wierz­by pła­czą­ce, po­chy­la­ją­ce się nad alej­ka­mi, zło­wiesz­czo ko­ły­sa­ły dłu­gi­mi ga­łę­zia­mi, pra­wie do­ty­ka­jąc głów prze­chod­niów.

Do­oko­ła uno­sił się ostry za­pach pa­lo­nych zni­czy i dusz­ny fetor, róż­no­ra­kich per­fum. Bra­ko­wa­ło je­dy­nie zło­wro­gie­go skrzy­pie­nia, otwie­ra­nych tru­mien i wy­ska­ku­ją­cych, pla­sti­ko­wych szkie­le­tów.

Ade­laj­da szła za bra­tem ob­ju­czo­nym dwie­ma siat­ka­mi zni­czy, sama nio­sąc wie­niec i po­dejrz­li­wie roz­glą­da­jąc się. Wi­dzia­ła ogni­ki uno­szą­ce się nad gro­ba­mi.

Błę­kit­ne, żółte i czer­wo­ne, nie­kie­dy prze­cho­dzą­ce w zgni­ły brąz.

Dawno temu za­uwa­ży­ła, że im ja­śniej­sze pło­my­ki, tym mniej­sze za­in­te­re­so­wa­nie z ich stro­ny. Naj­gor­sze były czer­wo­ne i za­zwy­czaj my­śla­ła o nich, jak o zwy­rod­nial­cach od­sia­du­ją­cych do­ży­wo­cie.

We­szła w węż­szą alej­kę, gdzie było mniej ludzi, za to wię­cej sta­rych gro­bów o po­ła­ma­nych krzy­żach, prze­krzy­wio­nych ta­bli­cach i da­tach się­ga­ją­cych ty­siąc dzie­więć­set­ne­go roku. Nie­któ­re z nich były „puste”, nie li­cząc kości.

Do­mi­no­wa­ły wie­ko­we tuje i świer­ki. Drze­wa rosły bli­sko sie­bie, więc nie wi­dzia­ła Mar­ce­le­go, ani matki, zgu­bio­nych we wcze­śniej­szym tłu­mie.

Zwol­ni­ła, roz­glą­da­jąc się lę­kli­wie. Zimne macki stra­chu ła­sko­ta­ły po krę­go­słu­pie, a wszyst­kie ścież­ki wy­glą­da­ły tak samo. Serce po­de­szło do gar­dła, a potem osia­dło na ra­mie­niu.

Trzask ga­łąz­ki, tak gło­śny w po­nu­rej, gę­stej ciszy, nie­mal przy­pra­wił ją o zawał.

Pod­sko­czy­ła, za­sła­nia­jąc się wień­cem ni­czym tar­czą i zer­ka­jąc zza niego wiel­ki­mi ocza­mi.

Po chwi­li do­tar­ło do niej, że jeśli ktoś tu jest, z pew­no­ścią wie­dział jak do­trzeć do głów­nej alej­ki. Prze­dzie­ra­ła się przez krza­ki, kom­plet­nie zgu­biw­szy ścież­kę. Ku­la­ła po dziu­rach, po­mię­dzy za­pa­da­ją­cy­mi się gro­ba­mi, mając wra­że­nie, że zaraz jakiś umar­ły zła­pie ją za kost­kę.

Za­nie­dba­ny, opusz­czo­ny cmen­tarz, tak bli­sko, a jed­no­cze­śnie tak da­le­ko od głów­nych ale­jek. Cho­ciaż nie. Za­uwa­ży­ła kil­ko­ro ludzi, głów­nie star­sze osoby. Sa­mot­ne i zu­ży­te jak wszyst­ko do­oko­ła.

Za­trzy­ma­ła się przy jed­nej z mogił, chwy­ta­jąc zła­ma­ny krzyż, kiedy po­dmuch po­wie­trza nie­mal ude­rzył ją w twarz. Przed nią roz­gry­wa­ła się dziw­na scena. Dwa cie­nie po­ru­sza­ją­ce się zbyt szyb­ko, aby mogła roz­róż­nić kształ­ty, to­czy­ły coś na kształt walki i cięż­ko było po­wie­dzieć, który z nich wy­gry­wał.

Adela pi­snę­ła, kiedy omio­tło ją lo­do­wa­te tor­na­do. Po­sta­cie prze­to­czy­ły się, sza­le­jąc obok po nie­wiel­kiej po­lan­ce. Dźwięk zwró­cił uwagę nie tylko tych nie­licz­nych babć, ale i wal­czą­cych. Su­nę­ły, szare, gęste ob­ło­ki, wprost na nią. Wście­kła twarz i wy­cią­gnię­te dło­nie. Zę­bi­ska godne kro­ko­dy­la i sępie szpo­ny.

Cof­nę­ła się, za­mie­ra­jąc. Otwie­ra­jąc sze­rzej usta skore do krzy­ku. Nie­wi­dzial­na siła bru­tal­nie pchnę­ła ją do tyłu. Prze­le­cia­ła przez na­gro­bek, wpa­da­jąc mię­dzy groby. Pasz­cza kłap­nę­ła przed jej nosem, a cień zo­stał od­cią­gnię­ty. Wy­sta­wi­ła głowę zza ka­mie­nia, zer­ka­jąc na sy­tu­ację. Bo­le­sna świa­do­mość, że robi z sie­bie wa­riat­kę, była nie­zno­śna. Tych kilka osób przy­glą­da­ło się Adeli uważ­nie, mam­ro­cząc pod nosem. Była pewna, że odmawiają eg­zor­cy­zmy pod jej ad­re­sem.

Walka trwa­ła, za­kłó­ca­na sło­wa­mi, któ­rych nie ro­zu­mia­ła. Pły­nę­ła z nich moc, pew­ność i nie­złom­na wiara.

Upiór, który ją za­ata­ko­wał, wił się teraz otu­lo­ny de­li­kat­ny­mi, je­dwab­ny­mi nićmi i roz­pły­wał na jej oczach. W po­wie­trzu wy­czu­wa­ła ból i wście­kłość, po­mie­sza­ną z roz­pa­czą. Roz­dzie­ra­ją­cy la­ment prze­klę­tej duszy, ska­za­nej na po­tę­pie­nie. Scho­wa­ła się, dy­go­cąc ze stra­chu. Dźwię­ki za­sy­sa­nia były obrzy­dli­we. Wy­sta­wi­ła głowę, gdy wszyst­ko umil­kło, by przyj­rzeć się męż­czyź­nie sto­ją­ce­mu po­mię­dzy gro­ba­mi. Nawet z da­le­ka jego twarz wy­glą­da­ła jak czar­na por­ce­la­na, z mnó­stwem drob­nych pęk­nięć i ubyt­ków, pod któ­ry­mi tlił się żar. Za­sko­czo­ny fak­tem, że ktoś go widzi, trwał nie­ru­cho­mo, pa­trząc z cie­ka­wo­ścią.

Ade­laj­da chwy­ci­ła le­żą­cy nie­opo­dal wie­niec i ucie­kła w pa­ni­ce, nie­mal wpa­da­jąc na drze­wo. Wbiegła w ko­lo­ro­wy tłum, cięż­ko dy­sząc, otrze­pa­ła ciem­ne spodnie i po­pra­wi­ła dło­nią roz­czo­chra­ne włosy.

Oto, dla­cze­go nie lu­bi­ła cho­dzić na cmen­ta­rze. Pełno tam świ­rów, ro­bią­cych sobie żarty z ludzi.

Przyj­dzie do domu, to weź­mie wię­cej ta­ble­tek. Dużo. Naj­le­piej wszyst­kie.

Mar­ce­le­go od­na­la­zła szyb­ko. Cze­kał na nią, kiedy znik­nę­ła.

Nie miała nawet ocho­ty opo­wia­dać, co się wy­da­rzy­ło. Bąk­nę­ła tylko, że zgu­bi­ła się w tłu­mie i przy­bra­ła skru­szo­ną minę. A kiedy w od­da­li za­uwa­ży­ła syl­wet­kę dziw­ne­go męż­czy­zny, scho­wa­ła się za ra­mie­niem brata.

Duchy snuły się po­mię­dzy ludź­mi, nie za­uwa­żo­ne przez nich. Adela po­dej­rze­wa­ła, że żaden z upio­rów nie wi­dział ży­wych, bar­dzo czę­sto prze­ni­ka­jąc przez nich. Do­ty­czy­ło to szcze­gól­nie żół­tych i błę­kit­nych, pa­trzą­cych pu­stym, rybim wzrokiem.

U in­nych go­ści­ły, na wid­mo­wych twa­rzach, zło­śli­wość i pa­skud­ne spoj­rze­nie. Na do­miar złego po­tra­fi­ły przy­brać nie­mal ludz­ką syl­wet­kę. Tak oszu­kań­czo łu­dzą­cą, że tylko przy do­ty­ku można było je roz­róż­nić.

– No, wresz­cie je­ste­ście – po­wie­dzia­ła mama, wy­ry­wa­jąc Ade­laj­dę z za­my­śle­nia. – Co się stało? – Za­bra­ła się za otrze­py­wa­nie kurt­ki dziew­czy­ny i ukła­da­nie jej wło­sów na śli­nie.

– Mamo, prze­stań. – Ada przez chwi­lę bro­ni­ła się.

Ko­bie­ta dała spo­kój.

– Wy­glą­dasz jak koc­mo­łuch – oświad­czy­ła ob­ra­żo­nym tonem, ob­ra­ca­jąc się twa­rzą do grobu.

Dziew­czy­na zer­k­nę­ła na mo­gi­łę, która była pusta. Nie li­cząc oczy­wi­ście kości. Kiedy uświa­do­mi­ła sobie, że dusze nie za­wsze chcą przy­cho­dzić, ogar­nę­ła ją ulga. Przy­naj­mniej ojcu udało się uwol­nić od tej ko­bie­ty. Unio­sła wzrok i uj­rza­ła zło­ci­sto-bursz­ty­no­we oczy przy­glą­da­ją­ce się jej z wy­so­ko­ści ga­łę­zi. Sowa za­hu­ka­ła po­nu­ro, prze­krę­ci­ła głowę i od­le­cia­ła bez­sze­lest­nie na inne drze­wo.

Zanim od­wieź­li Adę do domu, za­ha­czy­li o jesz­cze jeden cmen­tarz, gdzie le­ża­ła bab­cia.

Dziew­czy­na za każ­dym razem do­sta­wa­ła pal­pi­ta­cji serca, kiedy jeden z du­chów prze­su­wał się koło niej. W miarę upły­wu czasu i na­ra­sta­ją­cych ciem­no­ści, upio­rów było coraz wię­cej, i nie­mal na­ma­cal­nie wiało od nich chło­dem oraz gro­bem.

Ro­dzi­na, nie­świa­do­ma tego, ra­do­śnie roz­ma­wia­ła z dal­szy­mi krew­ny­mi, któ­rzy wła­śnie do­łą­czy­li.

Tłum był duży, więc, po­trą­ca­ni przez prze­chod­niów, mu­sie­li roz­dzie­lić się na mniej­sze grup­ki. Ktoś wpadł z im­pe­tem na Adelę. Wy­czu­ła za­pach ziemi. Gwał­tow­nie pod­nio­sła głowę, a zimna tru­pia dłoń chwy­ci­ła za pod­bró­dek. Lu­dzie roz­stą­pi­li się, kiedy padła na zie­mię drga­jąc w kon­wul­sjach.

Wierz­ga­ła no­ga­mi, wijąc się jak przy­dep­ta­na dżdżow­ni­ca. Z ust le­cia­ła piana z krwią.

– Moje dziec­ko! – Głos matki prze­bił się przez ciem­no­ści, które bar­dzo szyb­ko po­chła­nia­ły ją.

 

 

******************

 

Po­wo­li otwo­rzy­ła oczy.

Po­wy­krę­ca­ne ga­łę­zie dębu wy­glą­da­ły strasz­nie w po­ma­rań­czo­wym bla­sku.

Jęk­nę­ła, pró­bu­jąc się pod­nieść. Uczu­cie cięż­ko­ści w ciele było obez­wład­nia­ją­ce. Bo­la­ło ją ab­so­lut­nie wszyst­ko. Zdez­o­rien­to­wa­na nie miała po­ję­cia, gdzie była i skąd się tu wzię­ła, a kosz­mar­ne cier­pie­nie nie uła­twia­ło tego.

– Po­wo­li. Upa­dłaś z dużej wy­so­ko­ści.

Gwał­tow­nie od­wró­ci­ła się, krzy­cząc z bólu. Wszyst­kie kości oraz ścię­gna za­czę­ły prze­ska­ki­wać i strze­lać pod wpły­wem ruchu. Sko­wy­cza­ła, szar­piąc się coraz bar­dziej. Ktoś po­ło­żył jej zimną dłoń na czole i za­pa­dła w ciem­ność.

Kiedy ko­lej­ny raz otwo­rzy­ła oczy, męż­czy­zna o strasz­nej twa­rzy i bursz­ty­no­wych oczach o po­dwój­nych tę­czów­kach, po­chy­lał się nad nią.

– Już w po­rząd­ku – po­wie­dział cicho, gło­sem przy­po­mi­na­ją­cym zgrzyt me­ta­lu, o metal. – Usiądź po­wo­lut­ku.

Uczy­ni­ła, co jej kazał, po­wo­li od­wra­ca­jąc się w stro­nę ogni­ska. Nie było widać gwiazd, księ­ży­ca, a wszyst­ko po­kry­wał lepki, gęsty mrok po­chła­nia­ją­cy świa­tło.

Męż­czy­zna usiadł po dru­giej stro­nie ognia i teraz Adela mogła przyj­rzeć się jego twa­rzy, krót­kim, roz­wi­chrzo­nym wło­som i szczu­płej syl­wet­ce w skó­rza­nym ubra­niu oraz broni, jaką dys­po­no­wał – po­ło­żo­nej teraz obok wła­ści­cie­la.

– Co cię tu spro­wa­dza, na­dob­na pani? – za­py­tał po krót­kiej chwi­li.

Po­trzą­snę­ła głową, ru­mie­niąc się. Nigdy nie uwa­ża­ła się za ładną. Ra­czej za prze­cięt­ną.

Po­ja­wi­ło się ko­lej­ne py­ta­nie warte od­po­wie­dzi.

– Tu? To zna­czy gdzie? – za­py­ta­ła cicho.

– Nawia. Prze­by­wa­ją tu dusze zmar­łych. Upio­ry, wil­ko­ła­ki, po­tę­pień­cy i inne wred­ne isto­ty.

– I pan – za­uwa­ży­ła, na co skrzy­wił nie­przy­jem­nie usta.

– Co więc cię tu spro­wa­dza? – za­py­tał po­waż­nie, wpa­tru­jąc się w nią ni­czym dra­pież­nik oce­nia­ją­cy moż­li­wość ataku, kąt ude­rze­nia.

– Nie wiem. Byłam na cmen­ta­rzu. Ktoś na mnie wpadł i obu­dzi­łam się tutaj. Czego za bar­dzo nie ro­zu­miem.

Po­pra­wi­ła się, przy­kry­wa­jąc cięż­kim ple­dem ra­mio­na.

– To chyba oczy­wi­ste, że jakiś upiór wy­pchnął cię z ciała i teraz ra­do­śnie hasa po twoim świe­cie.

Unio­sła brew za­sko­czo­na i prze­ra­żo­na. Bli­ska pa­ni­ki, pi­snę­ła, wy­trzesz­cza­jąc oczy.

– Trze­ba go zna­leźć i do pół­no­cy wa­sze­go czasu do­ko­nać de­ka­pi­ta­cji. W innym wy­pad­ku zo­sta­niesz tu na cały rok, czyli tu­tej­sze dwa ty­sią­ce dni. Po pół­no­cy przej­ścia się za­my­ka­ją.

Ade­laj­da spoj­rza­ła w ciem­ność. Nie było szans, żeby zna­leźć drogę do domu.

– To nie­moż­li­we – jęk­nę­ła, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać łzy, ci­sną­ce się do oczu.

– Nie dla mnie – po­wie­dział po­wo­li.

Gdzieś z da­le­ka ode­zwał się po­twor­ny sko­wyt, który zje­żył jej wszyst­kie włosy. Wżarł się w umysł, nie­mal pa­ra­li­żu­jąc. Za­ci­snę­ła zęby i za­mknę­ła oczy, czu­jąc na sobie za­cie­ka­wio­ne spoj­rze­nie. Mu­sia­ła się napić.

– Zo­sta­łem stwo­rzo­ny po to, więc po­mo­gę ci.

– Przez kogo? Boga? Maga? Bo lu­dzie za­zwy­czaj się rodzą. – Po­win­na ugryźć się w język. Facet, mimo iż wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że jest wa­ria­tem, za­ofe­ro­wał jej pomoc.

– Bogów jest mnó­stwo, a czło­wie­kiem nie je­stem. Maga też żad­ne­go nie znam. – Wy­szcze­rzył się do niej i mogła za­uwa­żyć ostre, jak u psa, kły.

– Je­steś wil­ko­ła­kiem – pod­su­mo­wa­ła, na co się za­śmiał.

– Po­mor­ni­kiem. Stwo­rzył mnie ten, który wszyst­ko ru­szył.

– Czyli Bóg Oj­ciec.

– Nie ko­ja­rzę, ale mogło mi umknąć. Po­ja­wiam się tam tylko kilka dni w roku.

– Jezus? Duch Świę­ty? Anio­ło­wie? – do­py­ty­wa­ła, kiedy krę­cił głową.

– Nowa re­li­gia?

– Ma dwa ty­sią­ce lat – od­par­ła z prze­ką­sem.

– Czyli nowa – stwier­dził z uśmie­chem i Ade­laj­da nie była pewna, czy się z niej na­bi­jał.

– Teraz, na­dob­na pani, od­po­wiedz na moje py­ta­nie. Kim je­steś?

– Ade­laj­da – od­par­ła, czu­jąc się zo­bli­go­wa­na do od­po­wie­dzi. Wszak męż­czy­zna wy­czer­pu­ją­co od­po­wie­dział na jej pytania.

Po­mor­nik po­krę­cił głową.

– Wi­dzisz nas. Je­steś od­por­na na sko­wyt piasz­czom­ro­ka, a twój duch po­tra­fi wę­dro­wać, więc pytam jesz­cze raz: Kim je­steś?

– Zna­czy – chrząk­nę­ła nie­wy­raź­nie. – Nie wiem, jak to moż­li­we. Nigdy nie… to zna­czy odkąd pa­mię­tam, wi­dzia­łam kątem oka różne rze­czy. Opo­wia­da­łam o tym mamie, ale stwier­dzi­ła, że mam wy­bu­ja­łą wy­obraź­nię. Potem już nie wspo­mi­na­łam o ni­czym.

Męż­czy­zna wstał, pod­szedł, chwy­cił za nad­garst­ki i obej­rzał jej dło­nie.

– Je­steś pro­ro­kiem? Wie­dzą­cym? Wiedź­mą?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nic mi o tym nie wia­do­mo. – Za­gry­zła wargę.

Miała za­miar wy­brać się z tym do spe­cja­li­sty. Za jakiś czas. Facet jed­nak wcale nie mu­siał o tym wie­dzieć.

– Jak mó­wi­łem, mogę pomóc. – Wró­cił na swoje miej­sce przy ogni­sku.

– A cena? – za­py­ta­ła. Chcia­ła mieć ja­sność, wie­dząc, że nie ma nic za darmo.

Spoj­rzał na nią uważ­nie. Oce­nia­ją­co. Miała dresz­cze pod tym wzro­kiem. Od­wró­ci­ła twarz, nie­pew­na.

– Nie ma.

– Nie chcę, żeby póź­niej były ja­kieś nie­ja­sno­ści.

Męż­czy­zna wy­wró­cił ocza­mi zre­zy­gno­wa­ny. Przez chwi­lę mil­czał, a cisza stała się cięż­ka. Ogień w ogni­sku trza­skał, a ona czuła, że pło­nie pod ba­daw­czym spoj­rze­niem. Czuła się roz­kła­da­na na czę­ści, jakby za­glą­dał w za­kąt­ki jej duszy, gdzie nawet ona się nie za­pusz­cza­ła.

– Masz dwa wyj­ścia. Mo­żesz zo­stać tu, albo wró­cić do swo­je­go świa­ta i przy­jąć to, co ci za­ofe­ro­wał, bez szem­ra­nia – za­milkł na chwi­lę. – To moja cena.

Ada unio­sła brwi. Dziw­ne to było. Wes­tchnę­ła i wy­cią­gnę­ła rękę.

– Niech bę­dzie, panie… Jak ty w ogóle masz na imię?

– Imio­na są zbęd­ne, okre­śla­ją osobę. Wiążą. – Po­trzą­snął jej dło­nią w moc­nym uści­sku. – Po­mor­nik.

Ko­bie­ta unio­sła brew za­sko­czo­na. Nie mie­ści­ło jej się w gło­wie, że można nie mieć imie­nia.

– Ksyw­ka? Numer? – do­py­ty­wa­ła za­cie­ka­wio­na. – Co­kol­wiek.

Po­mor­nik spoj­rzał na nią z po­li­to­wa­niem.

– No, do­brze. To, jak szef do cie­bie prze­ma­wia? – drą­ży­ła.

– Skąd po­mysł, że go mam? – za­py­tał, zbie­ra­jąc broń.

Gdzieś z od­da­li roz­legł się sko­wyt piasz­czom­ro­ka, je­żą­cy wło­ski na grzbie­cie.

– Każdy ja­kie­goś ma – od­pa­ro­wa­ła.

Męż­czy­zna wy­szcze­rzył się w krzy­wym uśmie­chu, ga­sząc jed­nym ru­chem ogni­sko.

– Ru­sza­my.

– Jest noc – za­uwa­ży­ła, po­wo­li pod­no­sząc się z ziemi i z tru­dem roz­pro­sto­wu­jąc kości.

– Tu na ogół jest noc.

Po­drep­ta­ła za nim w dusz­ną ciem­ność, na­słu­chu­jąc bul­go­czą­cych dźwię­ków oraz mlasz­czą­cych od­gło­sów, wy­do­by­wa­ją­cych się spod jej stóp. Czuła, jakby coś za­sy­sa­ło stopy, by pu­ścić z gło­śnym lep­kim dźwię­kiem. Temu wszyst­kie­mu to­wa­rzy­szy­ło brzę­cze­nie.

– Trzy­maj się bli­sko. – Usły­sza­ła przed sobą i wy­mam­ro­ta­ła ci­chut­ko, ledwo otwie­ra­jąc usta, że nic nie widzi. To­wa­rzysz jed­nak ją usły­szał, co tylko do­wo­dzi­ło by­stro­ści jego słu­chu. – Tym le­piej dla cie­bie.

Prych­nę­ła.

Po­mor­nik od­wró­cił się. Bursz­ty­no­we oczy świe­ci­ły jak dwie la­ta­ren­ki, kiedy pa­trzył na nią. Wy­ko­nał ruch ręką i ma­leń­ki język ognia za­tlił się nad jego dło­nią. Pu­ścił pło­myk w kie­run­ku Ade­laj­dy, która zer­k­nę­ła pod stopy i pod­sko­czy­ła pisz­cząc. Nie­mal wy­mio­tu­jąc z obrzy­dze­nia.

– Za­bierz to! – piszczała prze­ra­żo­na, kiedy zbita masa śli­skie­go ro­bac­twa peł­za­ła wokół jej stóp, wspi­na­jąc się na nogi. – Zabij to!

– Prze­stań się bać – po­le­cił sucho, nie wy­ko­nu­jąc żad­ne­go ruchu.

Ade­laj­da ma­cha­ła rę­ka­mi, opę­dza­jąc się od ata­ku­ją­cych much, pró­bu­ją­cych do­stać się do ust i nosa.

– Bła­gam – pisz­cza­ła, czu­jąc, jak masa ro­bac­twa wcią­ga ją głę­biej.

– Opa­nuj strach.

Zdzie­ra­ła z sie­bie larwy, peł­za­ją­ce po jej szyi. Za­pa­dła się już po pas.

– Zduś go – bez­na­mięt­ny głos prze­bił się słabo do prze­ra­żo­ne­go umy­słu.

Za­chły­snę­ła się ro­bac­twem. Roz­kasz­la­ła, nie mogąc zła­pać od­de­chu. Wy­cią­gnę­ła ręce i darła ziemię pal­ca­mi. Ro­ba­ki wci­ska­ły się wszę­dzie, dła­wiąc od­dech, krzyk. Jedna wiel­ka, peł­za­ją­ca masa po­że­ra­ją­ca ją żyw­cem.

Po­mor­nik chwy­cił ją za nad­gar­stek i po­cią­gnął w górę. Wbiła pa­zu­ry w przed­ra­mię męż­czy­zny, tar­ga­jąc skórę. Po­sta­wił trzę­są­cą się z ner­wów obok sie­bie na su­chym ka­wał­ku grun­tu. Strzep­nął kilka ro­ba­ków z jej ra­mie­nia i do­pie­ro wtedy ode­zwał się tro­chę za­wie­dzio­ny, że nie po­ra­dzi­ła sobie.

– To miej­sce po­ka­zu­je naj­gor­sze lęki. Mu­sisz zdu­sić przed nimi strach, ina­czej po­chło­ną cię. Prze­żu­ją, aż nie po­zo­sta­nie nic.

Ko­bie­ta otrze­pa­ła się z ro­bac­twa z obrzy­dze­niem, pró­bu­jąc nie trząść z ner­wów.

– Za­sta­nów się, dla­cze­go naj­gor­sze z naj­gor­szych upio­rów pragną stąd uciec – cią­gnął po chwi­li. – Jeśli chcesz prze­trwać, mu­sisz wziąć się w garść. – Za­ci­snął wą­skie, blade usta, aby nie wy­do­sta­ło się zbęd­ne słowo.

Ko­bie­ta sap­nę­ła, po­ki­wa­ła głową i za­ty­ka­jąc jedną dziur­kę, smark­nę­ła. Opor­na larwa wy­le­cia­ła z im­pe­tem. Zdep­ta­ła ją ze zło­ścią.

– Ru­szaj­my – po­wie­dzia­ła ochry­ple, zanim stra­ci reszt­ki od­wa­gi. Miała za­miar wy­do­stać się stąd bez wzglę­du na wszyst­ko.

Gdzieś z da­le­ka roz­le­gło się wycie piasz­czom­ro­ka. Od­po­wie­dzia­ło mu inne, nieco bli­żej.

Adela zro­bi­ła krok, za­ta­pia­jąc się po kost­ki w wi­ją­cym ro­bac­twie.

– Kurwa – wark­nę­ła wście­kle, usi­łu­jąc stłu­mić lęk i obrzy­dze­nie.

Na­stał świt. Szary i po­nu­ry jak wszyst­ko w Nawii. Gęsta mgła snuła się bli­sko ziemi, a uczu­cie lep­kiej wil­go­ci przy­bra­ło na sile.

Chmu­ry wi­sia­ły nisko. Cięż­kie i nie­ru­cho­me ni­czym oło­wia­ne po­są­gi, po­tę­go­wa­ły du­cho­tę przy każ­dym od­de­chu. Jak okiem się­gnąć teren był pła­ski z po­je­dyn­czy­mi, wy­ko­śla­wio­ny­mi drze­wa­mi o szpo­nia­stych, wy­krę­co­nych ga­łę­ziach, ły­sych i zło­wro­gich. Miało się wra­że­nie, że ob­ser­wu­ją każdy ruch.

Błoto mla­ska­ło, chwy­ta­jąc za­pa­da­ją­ce się stopy, a wszę­do­byl­skie ro­bac­two kle­iło się do nóg, pró­bu­jąc wy­peł­znąć w górę. Adela, za­ję­ta strze­py­wa­niem z sie­bie larw, nie za­uwa­ży­ła, że po­mor­nik za­trzy­mał się. Siłą rze­czy we­szła w niego, od­bi­ja­jąc się. Męż­czy­zna przez chwi­lę wę­szył.

Nie­da­le­ko roz­le­gło się wycie.

– Chyba za nami idzie – za­żar­to­wa­ła, pró­bu­jąc roz­ła­do­wać przy­tła­cza­ją­cą ciszę.

Prze­wod­nik obej­rzał się przez ramię.

– Mo­żesz tu zo­stać – po­wie­dział nagle po­waż­nym tonem.

Ade­laj­da po­trzą­snę­ła głową, nie ro­zu­mie­jąc. Dla niej naj­waż­niej­szą rze­czą było wró­cić do domu. Ten po­nu­ry świat nie prze­ma­wiał do niej. Był od­ra­ża­ją­cy i strasz­ny.

– W takim razie mu­si­my zwięk­szyć tempo – za­uwa­żył, przez chwi­lę niu­cha­jąc. Wska­zał ręką przed sie­bie. – Tam jest brama.

Unio­sła brew, po­dą­ża­jąc wzro­kiem we wska­za­nym kie­run­ku. Teraz, kiedy to po­wie­dział, z ła­two­ścią wy­pa­trzy­ła ka­mien­ny łuk na pierw­szy rzut oka, nie­wy­róż­nia­ją­cy się ni­czym z oto­cze­nia.

– Jak od­naj­dę swoje ciało po dru­giej stro­nie? – za­py­ta­ła nie­pew­nie.

– Ścią­gnie cię do sie­bie – od­parł, ru­sza­jąc i na­da­jąc mor­der­cze tempo. – Zajmę się upio­ra­mi, ty nie oglą­dasz się za sie­bie. Idziesz do bramy. Nie za­trzy­mu­jesz się, do­pó­ki nie przej­dziesz jej.

Wy­cią­gnął rękę, jakby miał za­miar zła­pać ją za nad­gar­stek, ale zre­zy­gno­wał.

Wycie zbli­ża­ło się z dwóch stron. Adela przy­śpie­szy­ła. Śli­zga­ła się po błoc­ku, wspi­na­jąc pod nie­wiel­ką górkę i cięż­ko sa­piąc. Biały kształt, z grub­sza przy­po­mi­na­ją­cy sze­ścio­no­gie­go wilka, roz­mia­rów spo­re­go konia, zbli­żał się bły­ska­wicz­nie.

Ko­bie­ta parła do przo­du na czwo­ra­kach, drąc pa­znok­cia­mi zie­mię. Nagle brama stała się tak od­le­gła, jak szczyt Mount Eve­rest, a ona sfru­stro­wa­na po­ru­sza­ła się w miej­scu.

Roz­pacz­li­wy sko­wyt zmro­ził jej krew w ży­łach. Na jedną chwi­lę zwol­ni­ła, a to wy­star­czy­ło, aby po­tęż­na łapa prze­wró­ci­ła ją, przy­gwoż­dża­jąc. Odór gni­ją­ce­go mięsa do­tarł do noz­drzy. Mogła z bli­ska przyj­rzeć się pasz­czy na­je­żo­nej ostry­mi zę­bi­ska­mi, kiedy kłap­nę­ła jej przed nosem.

– Do bramy – nie­ludz­ki war­kot do­tarł do jej uszu, a na­cisk ze­lżał i znik­nął, kiedy po­mor­nik i piasz­czom­rok zwar­li się w błoc­ku, to­cząc w dół nie­wiel­kiej górki.

Ade­laj­da nie za­mie­rza­ła oglą­dać walki, gdy przej­ście było na wy­cią­gnię­cie ręki. Prze­do­sta­ła się przez bramę, ko­zioł­ku­jąc w dół po stro­mym zbo­czu. Ostre skały wbi­ja­ły się w ra­mio­na, nogi, a cały tułów skrę­cał z bólu.

Osia­dła na dnie, cięż­ko dy­sząc. Czu­jąc przy­cią­ga­nie. Jakby jakiś nie­wi­dzial­ny hak szar­pał ją za tułów. Pod­da­ła się temu nie­przy­jem­ne­mu uczu­ciu, pę­dzi­ła na spo­tka­nie swo­je­go ciała, nie­cier­pli­wa i ra­do­sna. Wpa­dła do po­miesz­cze­nia z po­dmu­chem wia­tru, przez nie­wiel­ką szcze­li­nę w oknie.

Omio­tła wzro­kiem pokój. Ciało le­ża­ło na łóżku szpi­tal­nym.

Po­mor­nik już tam był. Stał nad nią, szep­cząc ta­jem­ni­cze słowa. Coś we­wnątrz drgnę­ło. Szarp­nę­ło się.

Ada po­czu­ła ból w oko­li­cy most­ka.

Po­mor­nik szep­tał, wy­cią­ga­jąc z ciała upio­ra. Opla­tał go sre­brzy­sty­mi nićmi, wchła­nia­jąc ducha. Męż­czy­zna wy­glą­dał teraz od­ra­ża­ją­co i Adela z tru­dem po­wstrzy­ma­ła od­ruch wy­miot­ny.

Coś było nie tak. Nie po­win­na leżeć pod­pię­ta do apa­ra­tu­ry pod­trzy­mu­ją­cej.

Czuła jak jej ciało ścią­ga ją do sie­bie. Przy­cią­ga i wsysa. Uczu­cie cięż­ko­ści i nie­mo­cy było obez­wład­nia­ją­ce.

 

******

 

Szara sowa przy­sia­dła na pa­ra­pe­cie. Omio­tła bursz­ty­no­wy­mi ocza­mi po­miesz­cze­nie i, wle­ciaw­szy do środ­ka, usia­dła na po­rę­czy łóżka.

Serce Adeli przy­śpie­szy­ło, sły­sząc mięk­ki sze­lest piór. Od dawna nikt jej nie od­wie­dzał. Nie miała po­ję­cia, ile czasu tak le­ża­ła, kar­mio­na przez rurkę i pod­pię­ta do apa­ra­tu­ry.

Wszyst­kie wspo­mnie­nia gasły, aż po­zo­stał po nich miał­ki piach, tak bez­barw­ny jak jej życie teraz. Po­grą­żo­ne w ciem­no­ści, uwię­zio­ne we wła­snym ciele.

Zimna dłoń do­tknę­ła jej ręki. Kącik ust uniósł się nie­znacz­nie. Na tyle, na ile dał radę.

Koniec

Komentarze

Po lekturze Pomornika pierwszej części spodziewałem się czegoś innego, a dostałem to.

I powiem…że, jestem zaskoczony jak to pociągłaś :) I to mi się podoba :) Chociaż klimatycznie mi bardziej leży pierwsza część.

Mimo to nie jestem zawiedziony, gdyż przeczytałem znowu kawałek intrygującego opowiadania. Dalej mam więcej pytań niż odpowiedzi kim jest Pomornik(co nadal jest dobre, bo lepiej dozować w kawałkach niż dostawać od razu wszystko i czym była Nawia(chociaż sie oczywiście domyślam z uwagi znajomość mitologii). Podoba mi się to, że mimo spodziewanego dla mnie worldbuildingu, poszłaś w coś innego i to jest na duży plus.

 

Super oddałaś szok Adeli na spotkanie z dziwnym nieznajomym i jej pobyt po drugiej stronie. Z drugiej strony zawarłaś sporą dawkę fajnego humoru w dialogach, co pokazuje, że i takie potrafisz zgrabnie napisać:)

 

Plus kolejny to interpunkcja i ortografia. Poprawiłaś się a jak czytałem tekst przed publikacja to mogę tylko powiedzieć, że naprawdę widzialem progres. Nie wychwyciłem większych błędów.

 

Dałbym punkt jakbym bym mógł. Ale już nie wiele brakuje do dawania :) 

 

 

Melendur88

Witaj. :)

Kwestie techniczne, które zatrzymały mnie przy lekturze i sugestie oraz wątpliwości (wyłącznie do przeanalizowania):

Czy za każdym razem ja, (zbędny przecinek?)muszę to robić? – wyrzut w głosie matki był, (i tu?) aż nadto widoczny, a był to dopiero początek rozmowy. – powtórzenia?; wypowiedzi matki nie muszą być kursywą. :)

Adelajda rozejrzała się po pokoju gdzie, niemal każdym kącie stała opróżniona butelka. – literówka? – brak „w”?

Prawda była taka, że wraz z początkiem października porzuciła pracę. – czy aliteracja jest celowa (dalej są kolejne)?

Depresja (przecinek?) jak zwykle (i tu?) dała o sobie znać nieoczekiwanie.

A ty nadal jesteś sama i nie masz na nic czasu. I co ty w ogóle robisz z pieniędzmi, skoro cały czas pracujesz? – powtórzenie?

– Co tak naprawdę chciałaś mamo? – przecinek przy Wołaczu?

- Przyjdź kochanie. – i tu?

– Kochanie martwię się o ciebie – odparł rozszczebiotany głos, w słuchawce. – i tu? plus zbędny przecinek?

Młoda kobieta wywróciła oczami, przeczesując krótkie (przecinek?) płowe włosy.

Matka nie słuchała (i tu?) jak zwykle zresztą.

– Tak, wiem o ty.– literówka?

- Dziecko, kochane. – zbędny przecinek?

Nie masz męża, dzieci (przecinek?) z nikim nie chcesz utrzymywać kontaktu.

 

 

Ten fragment niepotrzebnie jest wcięty w akapicie:

- Tylko praca i praca. Nawet w Święto Zmarłych nie dadzą ci spokoju.

„Przede wszystkim wtedy” – pomyślała Adelajda.

- Nie znajdziesz nawet kilku minut na odwiedzenie ojca – narzekała kobieta.

 

 

Ci wszyscy umarli obracali się w grobach z boku na bok, jakby spali w mięciutkim łóżeczku, albo snujący się alejkami pomiędzy żywymi, to było obrzydliwe. – zdanie trzeba przebudować, bo ma niepoprawna składnię – może tak (?): Ci wszyscy umarli obracali się w grobach z boku na bok, jakby spali w mięciutkim łóżeczku, albo snuli się alejkami pomiędzy żywymi; to było obrzydliwe.

Zanim przestanie rozróżniać (przecinek lub dwukropek?) kto był żywy, a kto tylko duchem.

Wąskie alejki cmentarza, były wyjątkowo zapchane. – zbędny przecinek?

Dookoła unosił się ostry zapach palonych zniczy i duszny fetor, różnorakich perfum. – ten też?

Brakowało jedynie złowrogiego skrzypienia, (i ten?) otwieranych trumien i wyskakujących, plastikowych szkieletów.

Błękitne, żółte i czerwone (przecinek?) niekiedy przechodzące w zgniły brąz.

Najgorsze były czerwone i zazwyczaj myślała o nich jak, (ten przecinek o wyraz wcześniej?) o zwyrodnialcach odsiadujących dożywocie.

Niewidzialna siła, brutalnie pchnęła ją do tyłu. – zbędny przecinek?

Była pewna, że egzorcyzmy pod jej adresem. – brak części zdania?

W powietrzu wyczuwała, ból i wściekłość, pomieszaną z rozpaczą. – zbędny pierwszy przecinek?

Z daleka nie wyglądał imponująco, ale jego twarz wyglądała jak czarna porcelana, z mnóstwem drobnych pęknięć i ubytków, pod którymi tlił się żar. – powtórzenie?

Adelajda chwyciła leżący nieopodal wieniec i biegiem uciekła w panice, niemal wpadając na drzewo. Wybiegła w kolorowy tłum, ciężko dysząc, otrzepała ciemne spodnie i poprawiła dłonią rozczochrane włosy. – powtórzenie, może pierwsze pominąć?

Oto (przecinek?) dlaczego nie lubiła chodzić na cmentarze.

Przyjdzie do domu to, (ten przecinek o wyraz wcześniej?) weźmie więcej tabletek.

Adela podejrzewała, że żaden z upiorów, (zbędny przecinek?) nie widział żywych, bardzo często przenikając przez nich.

Dotyczyło to szczególnie żółtych i błękitnych (przecinek?) patrzących pustym, rybim spojrzeniem. U innych gościły, na widmowych twarzach, złośliwość i paskudne spojrzenie. – powtórzenie?

Rodzina (przecinek?) nieświadoma tego, radośnie rozmawiała z dalszymi krewnymi, którzy właśnie dołączyli.

Tłum był duży (i tu?) więc (i tu?) potrącani przez przechodniów (i tu?) musieli rozdzielić się na mniejsze grupki.

Powykręcane gałęzie dębu, wyglądały strasznie w pomarańczowym blasku. – zbędny przecinek?

Zdezorientowana mnie pojęcia (przecinek?) gdzie była i skąd się tu wzięła, a koszmarne cierpienie nie ułatwiało tego. – posypała się składnia zdania?

Ktoś położył jej, zimną dłoń na czole i zapadła się w ciemność. – zbędny przecinek?; czy „się” konieczne?

Uczyniła (przecinek?) co jej kazał, powoli odwracając się w stronę ogniska.

Mężczyzna usiadł po drugiej stronie ognia i teraz Adela mogła przyjrzeć się jego twarzy, krótkim (przecinek?) rozwichrzonym włosom i szczupłej sylwetce w skórzanym ubraniu oraz broni (i tu?) jaką dysponował – położonej teraz obok właściciela.

Poprawiła się, przykrywając ciężkim pledem, ramiona. – zbędny ostatni przecinek?

Wyszczerzył się do niej i mogła zauważyć ostre (przecinek?) jak u psa, kły.

– Adelajda – odparła, czując się zobligowana do odpowiedzi. Wszak mężczyzna wyczerpująco odpowiedział na jej. – brak dokończenia zdania? – na jej – CO?

Nie wiem (przecinek?) jak to możliwe.

– Jesteś prorokiem? Wiedzący? Wiedźmą? – czy tu nie brak „m”?

Facet jednak wcale nie musiał o ty wiedzieć. – literówka?

Możesz zostać tu, abo wrócić do swojego świata i przyjąć to (przecinek?) co ci zaoferował, bez szemrania – zamilkł na chwilę.

Potrząsną jej dłonią w mocnym uścisku. – literówka, powodująca niestety błąd gramatyczny?

To (przecinek?) jak szef do ciebie przemawia? – drążyła.

Czuła, jakby coś zasysało stopy, by puścić z głośnym (przecinek?) lepkim dźwiękiem. Temu wszystkiemu towarzyszyło głośne brzęczenie. – powtórzenie?

Wykonał ruch ręką i maleńki język ognia, zatlił się nad jego dłonią. – zbędny przecinek?

– Zabierz to! – kwiczała przerażona, kiedy zbita masa śliskiego robactwa pełzała wokół jej stóp, wspinając się na nogi. Zabij to! – błędny zapis dialogu?

– Opanuj strach, – skoro przecinek, to chyba brak części zdania?

– Zduś go – beznamiętny głos przebił się słabo, do przerażonego umysłu. – zbędny przecinek?

Wyciągnęła ręce i darła palcami dookoła. – logiczny – CO darła?Jedna wielka (przecinek?) pełzająca masa pożerająca ją żywcem.

Kobieta otrzepała się z robactwa z obrzydzeniem. Próbując nie trząść z nerwów. – oba zdania trzeba połączyć przecinkiem?

– Zastanów się (przecinek?) dlaczego najgorsze, (zbędny przecinek?) z najgorszych upiorów, (i ten?) chcą stąd uciec – ciągnął po chwili. – Jeśli chcesz przetrwać, musisz wziąć się w garść. – powtórzenie?

Zacisnął wąskie, blade usta (przecinek?) aby nie wydostało się zbędne słowo.

Jak okiem sięgnąć teren był płaski z pojedynczymi (przecinek?) wykoślawionymi drzewami o szponiastych, wykręconych gałęziach, łysych i złowrogich.

Adela (przecinek?) zajęta strzepywaniem z siebie larw, nie zauważyła, że pomornik zatrzymał się.

Adela przyśpieszyła, (albo tu kropka, albo potem małą literą?) Ślizgała się po błocku, wspinając pod niewielką górkę i ciężko sapiąc.

Biały kształt (przecinek?) z grubsza przypominający sześcionogiego wilka, rozmiarów sporego konia, zbliżał się błyskawicznie.

Jakby jakiś niewidzialny hak, szarpał ją za tułów. – zbędny przecinek?

Pomornik szeptał, wyciągając z ciała, upiora. – i tu ostatni?

Omiotła bursztynowymi oczami pomieszczenie i (przecinek?) wleciawszy do środka, usiadła na poręczy łóżka.

 

Bardzo dobry tekst, w sumie – mogę śmiało nazwać go horrorem. :) Nie znam pierwszej/poprzedniej części; tę czytałam z dużym zainteresowaniem. :) Stworzony świat Nawii (wraz z jego storami) jest genialny i gorąco namawiam Cię do napisania oraz wydania o nim obszernej powieści. :)

Dziękuję pięknie za oznaczenie wulgaryzmów. :)

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Droga bruce. Jestem niezmiernie wdzięczna za obszerny komentarz. Wyłowienie brakujących przecinków i literówek, i brakujących słówek. Aż dziw bierze, że tyle rzeczy przeoczyło się, podczas poprawek, ale jak to się mówi: autor nigdy nie widzi własnych błędów.

Nie mniej, poprawki zostały naniesione.

Co do rozmowy przez telefon, mówi się, że taki dialog powinien być oznaczony kursywą. Czy to faktycznie jest regułą, nie wiem. Na razie zostawię, a jak wyszperam, w mądrych poradnikach to poprawię. ( Niedowiarek ze mnie. Niestety)

Jeszcze raz dziękuję za komentarz i tak, kiedyś chciałabym go wydać.

 

 

melendur. Wielkie dzięki za komentarz.

 

 

I ja dziękuję; tekst obszerny, zatem coś-tam wpaść może; nie jest tego dużo, jak na tyle znaków; poza tym – to jedynie sugestie, sama popełniam mnóstwo błędów, zatem żaden ze mnie znawca. :) 

Jakby co, w razie wątpliwości, można zawsze popytać o wszelkie kwestie w HP w wątku o zapisie dialogów. :) Lub zajrzeć do naszego Poradnika w Publicystyce. :) 

Trzymam kciuki za wydanie, pozdrawiam serdecznie. smileyheart

Pecunia non olet

Dziękuję bard o za informacje. Zaraz tam pogrzebie

heart

Pecunia non olet

Cześć, Czarna2

Fajny tekst.

Czytałem poprzednią część „Pomornika” i ta zdecydowanie podoba mi się bardziej. Świat Nawii zapowiada się naprawdę interesująco, nie wspominając już o samym Pomorniku, który coraz wyraźniej kreuje się na bardzo ciekawą postać.

Bardzo na plus działa połączenie współczesnego, realnego świata z fantasy – dzięki temu jeszcze bardziej ciekawi mnie, kim właściwie jest Adelajda i sam Pomornik. Czyżby jakiś Constantine?

Widzę też, że wprowadziłaś poprawki sugerowane przez Bruce, co wyraźnie poprawiło czytelność tekstu. Choć przyznam, że większości błędów z przecinkami i tak pewnie bym nie zauważył.

„Jak to się mówi: autor nigdy nie widzi własnych błędów” – święta racja. „Autorska ślepota”, to powszechna przypadłość, autor czyta to, co chciał napisać, a nie to, co naprawdę napisał. dlatego wrzucanie tekstu wcześniej do betowania byłoby dobrym pomysłem.

Opowiadanie zdecydowanie mi się podoba, kupuję ten świat i postać, więc nie omieszkam zajrzeć do kolejnych treści z tego uniwersum.

Pozdrawiam i klikam

rr

Wiem, że to już padło, ale nie spodziewałem się tego. Zobaczyłem tytuł i wdepłem, myśląc o kolejnych przegniłych dechach jakiejś zapadłej karczmy. A tu nagle zadzwonił telefon i musiałem sprawdzić, czy wszedłem tam, gdzie chciałem :-)

Masz jakiś plan, cały świat lub jego pół, może kilka, czy też to spontaniczny krok? Bo skoro pierwszy już poczyniono, głupotą byłoby rezygnować ;-p

Kilka uwag, niekoniecznie obiektywnych. Jak wszystko…

Dookoła unosił się ostry zapach palonych zniczy i duszny fetor, różnorakich perfum.

Ostatni przecinek bym wywalił

Adelajda szła za bratem objuczonym dwiema siatkami zniczy, sama niosąc wieniec i podejrzliwie rozglądając się.

… i podejrzliwie się rozglądając, lub rozglądając się podejrzliwie. Niby niekoniecznie, ale jednak rusycyzm ;-P

Sunęły, szare, gęste obłoki, wprost na nią.

Poprzestawiałbym szyk, bo to średnio zrozumiałe…

Cofnęła się, zamierając.

To zamarła, czy jednak wykonała jakiś ruch?

Mężczyzna usiadł po drugiej stronie ognia i teraz Adela mogła przyjrzeć się jego twarzy, krótkim, rozwichrzonym włosom i szczupłej sylwetce w skórzanym ubraniu oraz broni, jaką dysponował – położonej teraz obok właściciela.

Końcówka znowu jakaś taka dziwna. Może lepiej leżącej obok właściciela?

– Co cię tu sprowadza, nadobna pani? – zapytał po krótkiej chwili.

Nadobna :-) Komplemenciarz hihi

– Zostałem stworzony po to, więc pomogę ci.

Lepiej byłoby “po to zostałem…”

Mężczyzna wstał, podszedł, chwycił za nadgarstki i obejrzał jej dłonie.

Dodałbym “ją” po chwycił, kosztem późniejszego jej…

Postawił trzęsącą się z nerwów obok siebie na suchym kawałku gruntu.

Dodałbym, że ją :-) Tudzież nadobną kobietę czy co tam :-)

Nie zatrzymujesz się, dopóki nie przejdziesz jej

…jej nie przejdziesz.

 

Pozdro!

kurojatko czyżbyś był zaskoczony ? To chyba bardzo dobrze. Plan się udał.

Akurat tu wszystko było zaplanowane ale nie zawsze tak jest. 

Plan na świat i pomornika, wędrującego pomiędzy światem zmarłych i żywych też. Co nie oznacza, że będę siedzieć w jednym czasie.

Pozdrawiam i dziękuję za kom. Zaraz zabiorę się do poprawek.

 

Zaskoczony, jak najbardziej. I pozytywnie.

 

Doczytałem o planach wydawniczych – trzymam kciuki :-)

 

Widziałem też co nieco komentarzy o zapisie rozmów telefonicznych. U mnie czasami bohaterowie rozmawiają przez radio itp – też stosuję wtedy kursywę. Za to nie robię tego przy przemyśleniach, co niektórzy uważają za błąd… W beletrystyce widzę, że panuje w tym temacie frywolność, żeby nie powiedzieć nawet, że brak spójności w obrębie jednego dzieła. Myślę, że najlepiej obrać najbardziej czytelny zapis i trzymać się go konsekwentnie.

Też tak uważam.

Czołem!

Wiesz, pracuję prawie całymi dniami.

Aliteracja, trochę źle brzmiąca.

Nie masz męża, dzieci z nikim nie chcesz utrzymywać kontaktu.

Brakuje “i” lub przecinka?

Cofnęła się, zamierając.

Jak się cofnęła, to chyba nie zamierała? Bo to oznacza bezruch?

 

Masz parę zdań podrzędnych kończących się na “cię”, co brzmi specyficznie. Można innej składni użyć. Tak samo ze zdaniami podrzędnymi kończącymi się na “się” :)

– To miejsce pokazuje najgorsze lęki. Musisz zdusić przed nimi strach, inaczej pochłoną cię. Przeżują, aż nie pozostanie nic.

Kobieta otrzepała się z robactwa z obrzydzeniem, próbując nie trząść z nerwów.

– Zastanów się, dlaczego najgorsze z najgorszych upiorów pragną stąd uciec – ciągnął po chwili. – Jeśli chcesz przetrwać, musisz wziąć się w garść. – Zacisnął wąskie, blade usta, aby nie wydostało się zbędne słowo.

Tutaj mówi ta sama osoba, a jest przerzucone do nowej linijki. To myli, na początku sugeruje, że mówi druga osoba. Parę razy miałem takie zawieszenie przy dialogach Pomornika z Adelajdą.

 

Używałbym jednej wersji imienia bohaterki. Masz Ada, Adelajda, Adela – nie wiem, czy to potrzebne, skoro tutaj nie ma uzasadnienia fabularnego dla takich rozróżnień.

 

Ciekawy pomysł na zaświaty. Dobry do krótkich tekstów/scenek/opowiadań. Nieźle budujesz klimat, balansujesz akcją i opisami. Emocjonujesz czytelnika. Jednym słowem jest wszystko, żeby wciągnąć.

Natomiast nie zrozumiałem głównej bohaterki. Kim ona w końcu jest? Dlaczego jest “świadoma” upiorów? Czy to miało się nie wyjaśnić? To troszkę wpłynęło na mój odbiór tekstu.

Ale odpowiadanie na duży plus.

 

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka