Drugie, a może pierwsze opowiadanie o Pomorniku. W gruncie rzeczy piszę o nim tylko króciutkie kawałki i każdy o czym innym.
Drugie, a może pierwsze opowiadanie o Pomorniku. W gruncie rzeczy piszę o nim tylko króciutkie kawałki i każdy o czym innym.
Telefon rozbrzęczał się na dobre.
Adelajda wybiegła z łazienki i chwyciła zaborczo aparat. Jej entuzjazm osłabł, kiedy zauważyła, że połączenie było od matki.
Westchnąwszy z rezygnacją, odebrała.
– No co tam? – zapytała, siląc się na radość w głosie.
– Nie dzwonisz. Czy za każdym razem ja muszę to robić? – Rozmowa dopiero się zaczynała, a wyrzut w głosie matki był już aż nadto widoczny.
– Nie miałam czasu. – Adelajda rozejrzała się po pokoju gdzie, niemal w każdym kącie stała opróżniona butelka. – Wiesz, pracuję prawie całymi dniami.
Prawda była taka, że wraz z początkiem października porzuciła pracę. Depresja, jak zwykle, dała o sobie znać nieoczekiwanie.
– Ja też pracowałam w twoim wieku i dodatkowo wychowywałam trójkę dzieci. A ty nadal jesteś sama i nie masz na nic czasu. I co ty w ogóle robisz z pieniędzmi, skoro ciągle pracujesz? Marcel mówił, że znowu pożyczył ci dwie stówy. Powinnaś zacząć oszczędzać, a przynajmniej spróbować.
Adela miała wielką ochotę powiedzieć, że wydaje na męskie dziwki, z którymi pije i ćpa. Jednak nie odważyła się i zapytała:
– Co tak naprawdę chciałaś, mamo?
– Kochanie martwię się o ciebie – odparł rozszczebiotany głos w słuchawce.
Młoda kobieta wywróciła oczami, przeczesując krótkie, płowe włosy.
Matka nie słuchała, jak zwykle zresztą. Całe życie była głucha na jej potrzeby, więc czego mogła się spodziewać, skoro kobieta myślała wyłącznie o sobie, wzbudzając w Adzie poczucie winy i niechęci.
– Spać nie mogę ze zmartwienia o ciebie.
– Tak, wiem o tym.
- Dziecko kochane. Marnujesz się. Nie masz męża, dzieci z nikim nie chcesz utrzymywać kontaktu.
– Będę częściej dzwonić – odparła, czując nagle przenikliwy chłód.
Zacisnęła zęby, katem oka zauważając ruch. Szczegóły niepasujące do całości. Zamknęła oczy, gdy zimno wokół niej narastało. Czuła się obserwowana, dotykana zimnymi palcami. Strach był paraliżujący i nie mogła złapać oddechu.
Gdzieś z daleka dobiegał głos matki:
– No ja mam nadzieję, że nie tylko. Przyjdź dzisiaj. Wybieramy się z Marcelem na cmentarz. Mam nadzieję, że byłaś już w kościele.
– Byłam z samego rana – skłamała gładko, próbując zapanować nad głosem. – Mamo, dobrze wiesz, że dziś i jutro będzie ciężko się wyrwać. – Kolejne kłamstwo lekko opuściło jej usta. – Poza tym muszę już kończyć – powiedziała, ale nie odważyła się rozłączyć.
- Tylko praca i praca. Nawet w Święto Zmarłych nie dadzą ci spokoju.
„Przede wszystkim wtedy” – pomyślała Adelajda.
- Nie znajdziesz nawet kilku minut na odwiedzenie ojca – narzekała kobieta.
Adela wydęła usta, siadając na podłodze zimnej jak arktyczny lód.
Matka czasem zachowywała się, jakby ojciec nie umarł pięć lat temu, tylko zmienił miejsce zamieszkania na cmentarną piwnicę. Dziewczyna nie rozumiała tego ani zrozumieć nie chciała. Co więcej, nie miała najmniejszej ochoty przestępować progu cmentarza w Święto Zmarłych. Ci wszyscy umarli obracali się w grobach z boku na bok, jakby spali w mięciutkim łóżeczku, albo snuli się alejkami pomiędzy żywymi; to było obrzydliwe.
Cały cyrk rozpoczynał się na początku października i w miarę upływu czasu przybierał na sile. Apogeum przypadało na pierwszego listopada. Nigdy nikomu nie przyznała się do tego, nawet gdy stawało się to nie do zniesienia.
– Halo? Jesteś tam? - Z zamyślenia wyrwał ją głos matki.
– Jestem – mruknęła niepewnie Adela.
- Przyjdź kochanie. Bardzo cię proszę.
Młoda kobieta czuła się z tym bardzo źle i zanim zdążyła pomyśleć, zastanowić się dwa, trzy, pięćdziesiąt razy, szepnęła:
– Przyjdę na chwilę.
Rozejrzała się po pokoju, kończąc rozmowę.
Chłód powoli ustępował, jakby wyczekiwał na dogodniejszy moment, by uderzyć z podwójną siłą.
Do zmroku musi się uwinąć. Zanim przestanie rozróżniać: kto był żywy, a kto tylko duchem.
Sięgnęła po butelkę z resztką wina i popiła kilka tabletek, które kupiła przez internet. Doprowadziła się do porządku i z westchnieniem opuściła dom zastanawiając się, czym mogłaby odstraszyć potencjalne „wybryki wyobraźni”.
Niestety, nic nie przychodziło do jej głowy, a jedyny sposób, jaki działał, to łyknąć więcej tabletek i iść spać. Przespać cały pierwszy i drugi listopada.
Jadąc zatłoczonym autobusem, podejrzliwie patrzyła na ludzi spieszących na cmentarze. Nadal, łudząc się, że ją to ominie.
Niestety. Mama z Marcelem już czekali przy bramie wejściowej, aby dopełnić tradycji.
Wąskie alejki cmentarza były wyjątkowo zapchane. Ludzie przesuwali się zbitą masą, przypominając skrzep w żyłach. Rozdzielając się, wpadając w węższe dróżki i ścieżki. Stukając obcasami, czule witając się z dawno niewidzianą rodziną.
Stare topole ogołocone z liści wyglądały ponuro. Wierzby płaczące, pochylające się nad alejkami, złowieszczo kołysały długimi gałęziami, prawie dotykając głów przechodniów.
Dookoła unosił się ostry zapach palonych zniczy i duszny fetor, różnorakich perfum. Brakowało jedynie złowrogiego skrzypienia, otwieranych trumien i wyskakujących, plastikowych szkieletów.
Adelajda szła za bratem objuczonym dwiema siatkami zniczy, sama niosąc wieniec i podejrzliwie rozglądając się. Widziała ogniki unoszące się nad grobami.
Błękitne, żółte i czerwone, niekiedy przechodzące w zgniły brąz.
Dawno temu zauważyła, że im jaśniejsze płomyki, tym mniejsze zainteresowanie z ich strony. Najgorsze były czerwone i zazwyczaj myślała o nich, jak o zwyrodnialcach odsiadujących dożywocie.
Weszła w węższą alejkę, gdzie było mniej ludzi, za to więcej starych grobów o połamanych krzyżach, przekrzywionych tablicach i datach sięgających tysiąc dziewięćsetnego roku. Niektóre z nich były „puste”, nie licząc kości.
Dominowały wiekowe tuje i świerki. Drzewa rosły blisko siebie, więc nie widziała Marcelego, ani matki, zgubionych we wcześniejszym tłumie.
Zwolniła, rozglądając się lękliwie. Zimne macki strachu łaskotały po kręgosłupie, a wszystkie ścieżki wyglądały tak samo. Serce podeszło do gardła, a potem osiadło na ramieniu.
Trzask gałązki, tak głośny w ponurej, gęstej ciszy, niemal przyprawił ją o zawał.
Podskoczyła, zasłaniając się wieńcem niczym tarczą i zerkając zza niego wielkimi oczami.
Po chwili dotarło do niej, że jeśli ktoś tu jest, z pewnością wiedział jak dotrzeć do głównej alejki. Przedzierała się przez krzaki, kompletnie zgubiwszy ścieżkę. Kulała po dziurach, pomiędzy zapadającymi się grobami, mając wrażenie, że zaraz jakiś umarły złapie ją za kostkę.
Zaniedbany, opuszczony cmentarz, tak blisko, a jednocześnie tak daleko od głównych alejek. Chociaż nie. Zauważyła kilkoro ludzi, głównie starsze osoby. Samotne i zużyte jak wszystko dookoła.
Zatrzymała się przy jednej z mogił, chwytając złamany krzyż, kiedy podmuch powietrza niemal uderzył ją w twarz. Przed nią rozgrywała się dziwna scena. Dwa cienie poruszające się zbyt szybko, aby mogła rozróżnić kształty, toczyły coś na kształt walki i ciężko było powiedzieć, który z nich wygrywał.
Adela pisnęła, kiedy omiotło ją lodowate tornado. Postacie przetoczyły się, szalejąc obok po niewielkiej polance. Dźwięk zwrócił uwagę nie tylko tych nielicznych babć, ale i walczących. Sunęły, szare, gęste obłoki, wprost na nią. Wściekła twarz i wyciągnięte dłonie. Zębiska godne krokodyla i sępie szpony.
Cofnęła się, zamierając. Otwierając szerzej usta skore do krzyku. Niewidzialna siła brutalnie pchnęła ją do tyłu. Przeleciała przez nagrobek, wpadając między groby. Paszcza kłapnęła przed jej nosem, a cień został odciągnięty. Wystawiła głowę zza kamienia, zerkając na sytuację. Bolesna świadomość, że robi z siebie wariatkę, była nieznośna. Tych kilka osób przyglądało się Adeli uważnie, mamrocząc pod nosem. Była pewna, że odmawiają egzorcyzmy pod jej adresem.
Walka trwała, zakłócana słowami, których nie rozumiała. Płynęła z nich moc, pewność i niezłomna wiara.
Upiór, który ją zaatakował, wił się teraz otulony delikatnymi, jedwabnymi nićmi i rozpływał na jej oczach. W powietrzu wyczuwała ból i wściekłość, pomieszaną z rozpaczą. Rozdzierający lament przeklętej duszy, skazanej na potępienie. Schowała się, dygocąc ze strachu. Dźwięki zasysania były obrzydliwe. Wystawiła głowę, gdy wszystko umilkło, by przyjrzeć się mężczyźnie stojącemu pomiędzy grobami. Nawet z daleka jego twarz wyglądała jak czarna porcelana, z mnóstwem drobnych pęknięć i ubytków, pod którymi tlił się żar. Zaskoczony faktem, że ktoś go widzi, trwał nieruchomo, patrząc z ciekawością.
Adelajda chwyciła leżący nieopodal wieniec i uciekła w panice, niemal wpadając na drzewo. Wbiegła w kolorowy tłum, ciężko dysząc, otrzepała ciemne spodnie i poprawiła dłonią rozczochrane włosy.
Oto, dlaczego nie lubiła chodzić na cmentarze. Pełno tam świrów, robiących sobie żarty z ludzi.
Przyjdzie do domu, to weźmie więcej tabletek. Dużo. Najlepiej wszystkie.
Marcelego odnalazła szybko. Czekał na nią, kiedy zniknęła.
Nie miała nawet ochoty opowiadać, co się wydarzyło. Bąknęła tylko, że zgubiła się w tłumie i przybrała skruszoną minę. A kiedy w oddali zauważyła sylwetkę dziwnego mężczyzny, schowała się za ramieniem brata.
Duchy snuły się pomiędzy ludźmi, nie zauważone przez nich. Adela podejrzewała, że żaden z upiorów nie widział żywych, bardzo często przenikając przez nich. Dotyczyło to szczególnie żółtych i błękitnych, patrzących pustym, rybim wzrokiem.
U innych gościły, na widmowych twarzach, złośliwość i paskudne spojrzenie. Na domiar złego potrafiły przybrać niemal ludzką sylwetkę. Tak oszukańczo łudzącą, że tylko przy dotyku można było je rozróżnić.
– No, wreszcie jesteście – powiedziała mama, wyrywając Adelajdę z zamyślenia. – Co się stało? – Zabrała się za otrzepywanie kurtki dziewczyny i układanie jej włosów na ślinie.
– Mamo, przestań. – Ada przez chwilę broniła się.
Kobieta dała spokój.
– Wyglądasz jak kocmołuch – oświadczyła obrażonym tonem, obracając się twarzą do grobu.
Dziewczyna zerknęła na mogiłę, która była pusta. Nie licząc oczywiście kości. Kiedy uświadomiła sobie, że dusze nie zawsze chcą przychodzić, ogarnęła ją ulga. Przynajmniej ojcu udało się uwolnić od tej kobiety. Uniosła wzrok i ujrzała złocisto-bursztynowe oczy przyglądające się jej z wysokości gałęzi. Sowa zahukała ponuro, przekręciła głowę i odleciała bezszelestnie na inne drzewo.
Zanim odwieźli Adę do domu, zahaczyli o jeszcze jeden cmentarz, gdzie leżała babcia.
Dziewczyna za każdym razem dostawała palpitacji serca, kiedy jeden z duchów przesuwał się koło niej. W miarę upływu czasu i narastających ciemności, upiorów było coraz więcej, i niemal namacalnie wiało od nich chłodem oraz grobem.
Rodzina, nieświadoma tego, radośnie rozmawiała z dalszymi krewnymi, którzy właśnie dołączyli.
Tłum był duży, więc, potrącani przez przechodniów, musieli rozdzielić się na mniejsze grupki. Ktoś wpadł z impetem na Adelę. Wyczuła zapach ziemi. Gwałtownie podniosła głowę, a zimna trupia dłoń chwyciła za podbródek. Ludzie rozstąpili się, kiedy padła na ziemię drgając w konwulsjach.
Wierzgała nogami, wijąc się jak przydeptana dżdżownica. Z ust leciała piana z krwią.
– Moje dziecko! – Głos matki przebił się przez ciemności, które bardzo szybko pochłaniały ją.
******************
Powoli otworzyła oczy.
Powykręcane gałęzie dębu wyglądały strasznie w pomarańczowym blasku.
Jęknęła, próbując się podnieść. Uczucie ciężkości w ciele było obezwładniające. Bolało ją absolutnie wszystko. Zdezorientowana nie miała pojęcia, gdzie była i skąd się tu wzięła, a koszmarne cierpienie nie ułatwiało tego.
– Powoli. Upadłaś z dużej wysokości.
Gwałtownie odwróciła się, krzycząc z bólu. Wszystkie kości oraz ścięgna zaczęły przeskakiwać i strzelać pod wpływem ruchu. Skowyczała, szarpiąc się coraz bardziej. Ktoś położył jej zimną dłoń na czole i zapadła w ciemność.
Kiedy kolejny raz otworzyła oczy, mężczyzna o strasznej twarzy i bursztynowych oczach o podwójnych tęczówkach, pochylał się nad nią.
– Już w porządku – powiedział cicho, głosem przypominającym zgrzyt metalu, o metal. – Usiądź powolutku.
Uczyniła, co jej kazał, powoli odwracając się w stronę ogniska. Nie było widać gwiazd, księżyca, a wszystko pokrywał lepki, gęsty mrok pochłaniający światło.
Mężczyzna usiadł po drugiej stronie ognia i teraz Adela mogła przyjrzeć się jego twarzy, krótkim, rozwichrzonym włosom i szczupłej sylwetce w skórzanym ubraniu oraz broni, jaką dysponował – położonej teraz obok właściciela.
– Co cię tu sprowadza, nadobna pani? – zapytał po krótkiej chwili.
Potrząsnęła głową, rumieniąc się. Nigdy nie uważała się za ładną. Raczej za przeciętną.
Pojawiło się kolejne pytanie warte odpowiedzi.
– Tu? To znaczy gdzie? – zapytała cicho.
– Nawia. Przebywają tu dusze zmarłych. Upiory, wilkołaki, potępieńcy i inne wredne istoty.
– I pan – zauważyła, na co skrzywił nieprzyjemnie usta.
– Co więc cię tu sprowadza? – zapytał poważnie, wpatrując się w nią niczym drapieżnik oceniający możliwość ataku, kąt uderzenia.
– Nie wiem. Byłam na cmentarzu. Ktoś na mnie wpadł i obudziłam się tutaj. Czego za bardzo nie rozumiem.
Poprawiła się, przykrywając ciężkim pledem ramiona.
– To chyba oczywiste, że jakiś upiór wypchnął cię z ciała i teraz radośnie hasa po twoim świecie.
Uniosła brew zaskoczona i przerażona. Bliska paniki, pisnęła, wytrzeszczając oczy.
– Trzeba go znaleźć i do północy waszego czasu dokonać dekapitacji. W innym wypadku zostaniesz tu na cały rok, czyli tutejsze dwa tysiące dni. Po północy przejścia się zamykają.
Adelajda spojrzała w ciemność. Nie było szans, żeby znaleźć drogę do domu.
– To niemożliwe – jęknęła, starając się powstrzymać łzy, cisnące się do oczu.
– Nie dla mnie – powiedział powoli.
Gdzieś z daleka odezwał się potworny skowyt, który zjeżył jej wszystkie włosy. Wżarł się w umysł, niemal paraliżując. Zacisnęła zęby i zamknęła oczy, czując na sobie zaciekawione spojrzenie. Musiała się napić.
– Zostałem stworzony po to, więc pomogę ci.
– Przez kogo? Boga? Maga? Bo ludzie zazwyczaj się rodzą. – Powinna ugryźć się w język. Facet, mimo iż wszystko wskazywało na to, że jest wariatem, zaoferował jej pomoc.
– Bogów jest mnóstwo, a człowiekiem nie jestem. Maga też żadnego nie znam. – Wyszczerzył się do niej i mogła zauważyć ostre, jak u psa, kły.
– Jesteś wilkołakiem – podsumowała, na co się zaśmiał.
– Pomornikiem. Stworzył mnie ten, który wszystko ruszył.
– Czyli Bóg Ojciec.
– Nie kojarzę, ale mogło mi umknąć. Pojawiam się tam tylko kilka dni w roku.
– Jezus? Duch Święty? Aniołowie? – dopytywała, kiedy kręcił głową.
– Nowa religia?
– Ma dwa tysiące lat – odparła z przekąsem.
– Czyli nowa – stwierdził z uśmiechem i Adelajda nie była pewna, czy się z niej nabijał.
– Teraz, nadobna pani, odpowiedz na moje pytanie. Kim jesteś?
– Adelajda – odparła, czując się zobligowana do odpowiedzi. Wszak mężczyzna wyczerpująco odpowiedział na jej pytania.
Pomornik pokręcił głową.
– Widzisz nas. Jesteś odporna na skowyt piaszczomroka, a twój duch potrafi wędrować, więc pytam jeszcze raz: Kim jesteś?
– Znaczy – chrząknęła niewyraźnie. – Nie wiem, jak to możliwe. Nigdy nie… to znaczy odkąd pamiętam, widziałam kątem oka różne rzeczy. Opowiadałam o tym mamie, ale stwierdziła, że mam wybujałą wyobraźnię. Potem już nie wspominałam o niczym.
Mężczyzna wstał, podszedł, chwycił za nadgarstki i obejrzał jej dłonie.
– Jesteś prorokiem? Wiedzącym? Wiedźmą?
Wzruszyła ramionami.
– Nic mi o tym nie wiadomo. – Zagryzła wargę.
Miała zamiar wybrać się z tym do specjalisty. Za jakiś czas. Facet jednak wcale nie musiał o tym wiedzieć.
– Jak mówiłem, mogę pomóc. – Wrócił na swoje miejsce przy ognisku.
– A cena? – zapytała. Chciała mieć jasność, wiedząc, że nie ma nic za darmo.
Spojrzał na nią uważnie. Oceniająco. Miała dreszcze pod tym wzrokiem. Odwróciła twarz, niepewna.
– Nie ma.
– Nie chcę, żeby później były jakieś niejasności.
Mężczyzna wywrócił oczami zrezygnowany. Przez chwilę milczał, a cisza stała się ciężka. Ogień w ognisku trzaskał, a ona czuła, że płonie pod badawczym spojrzeniem. Czuła się rozkładana na części, jakby zaglądał w zakątki jej duszy, gdzie nawet ona się nie zapuszczała.
– Masz dwa wyjścia. Możesz zostać tu, albo wrócić do swojego świata i przyjąć to, co ci zaoferował, bez szemrania – zamilkł na chwilę. – To moja cena.
Ada uniosła brwi. Dziwne to było. Westchnęła i wyciągnęła rękę.
– Niech będzie, panie… Jak ty w ogóle masz na imię?
– Imiona są zbędne, określają osobę. Wiążą. – Potrząsnął jej dłonią w mocnym uścisku. – Pomornik.
Kobieta uniosła brew zaskoczona. Nie mieściło jej się w głowie, że można nie mieć imienia.
– Ksywka? Numer? – dopytywała zaciekawiona. – Cokolwiek.
Pomornik spojrzał na nią z politowaniem.
– No, dobrze. To, jak szef do ciebie przemawia? – drążyła.
– Skąd pomysł, że go mam? – zapytał, zbierając broń.
Gdzieś z oddali rozległ się skowyt piaszczomroka, jeżący włoski na grzbiecie.
– Każdy jakiegoś ma – odparowała.
Mężczyzna wyszczerzył się w krzywym uśmiechu, gasząc jednym ruchem ognisko.
– Ruszamy.
– Jest noc – zauważyła, powoli podnosząc się z ziemi i z trudem rozprostowując kości.
– Tu na ogół jest noc.
Podreptała za nim w duszną ciemność, nasłuchując bulgoczących dźwięków oraz mlaszczących odgłosów, wydobywających się spod jej stóp. Czuła, jakby coś zasysało stopy, by puścić z głośnym lepkim dźwiękiem. Temu wszystkiemu towarzyszyło brzęczenie.
– Trzymaj się blisko. – Usłyszała przed sobą i wymamrotała cichutko, ledwo otwierając usta, że nic nie widzi. Towarzysz jednak ją usłyszał, co tylko dowodziło bystrości jego słuchu. – Tym lepiej dla ciebie.
Prychnęła.
Pomornik odwrócił się. Bursztynowe oczy świeciły jak dwie latarenki, kiedy patrzył na nią. Wykonał ruch ręką i maleńki język ognia zatlił się nad jego dłonią. Puścił płomyk w kierunku Adelajdy, która zerknęła pod stopy i podskoczyła piszcząc. Niemal wymiotując z obrzydzenia.
– Zabierz to! – piszczała przerażona, kiedy zbita masa śliskiego robactwa pełzała wokół jej stóp, wspinając się na nogi. – Zabij to!
– Przestań się bać – polecił sucho, nie wykonując żadnego ruchu.
Adelajda machała rękami, opędzając się od atakujących much, próbujących dostać się do ust i nosa.
– Błagam – piszczała, czując, jak masa robactwa wciąga ją głębiej.
– Opanuj strach.
Zdzierała z siebie larwy, pełzające po jej szyi. Zapadła się już po pas.
– Zduś go – beznamiętny głos przebił się słabo do przerażonego umysłu.
Zachłysnęła się robactwem. Rozkaszlała, nie mogąc złapać oddechu. Wyciągnęła ręce i darła ziemię palcami. Robaki wciskały się wszędzie, dławiąc oddech, krzyk. Jedna wielka, pełzająca masa pożerająca ją żywcem.
Pomornik chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w górę. Wbiła pazury w przedramię mężczyzny, targając skórę. Postawił trzęsącą się z nerwów obok siebie na suchym kawałku gruntu. Strzepnął kilka robaków z jej ramienia i dopiero wtedy odezwał się trochę zawiedziony, że nie poradziła sobie.
– To miejsce pokazuje najgorsze lęki. Musisz zdusić przed nimi strach, inaczej pochłoną cię. Przeżują, aż nie pozostanie nic.
Kobieta otrzepała się z robactwa z obrzydzeniem, próbując nie trząść z nerwów.
– Zastanów się, dlaczego najgorsze z najgorszych upiorów pragną stąd uciec – ciągnął po chwili. – Jeśli chcesz przetrwać, musisz wziąć się w garść. – Zacisnął wąskie, blade usta, aby nie wydostało się zbędne słowo.
Kobieta sapnęła, pokiwała głową i zatykając jedną dziurkę, smarknęła. Oporna larwa wyleciała z impetem. Zdeptała ją ze złością.
– Ruszajmy – powiedziała ochryple, zanim straci resztki odwagi. Miała zamiar wydostać się stąd bez względu na wszystko.
Gdzieś z daleka rozległo się wycie piaszczomroka. Odpowiedziało mu inne, nieco bliżej.
Adela zrobiła krok, zatapiając się po kostki w wijącym robactwie.
– Kurwa – warknęła wściekle, usiłując stłumić lęk i obrzydzenie.
Nastał świt. Szary i ponury jak wszystko w Nawii. Gęsta mgła snuła się blisko ziemi, a uczucie lepkiej wilgoci przybrało na sile.
Chmury wisiały nisko. Ciężkie i nieruchome niczym ołowiane posągi, potęgowały duchotę przy każdym oddechu. Jak okiem sięgnąć teren był płaski z pojedynczymi, wykoślawionymi drzewami o szponiastych, wykręconych gałęziach, łysych i złowrogich. Miało się wrażenie, że obserwują każdy ruch.
Błoto mlaskało, chwytając zapadające się stopy, a wszędobylskie robactwo kleiło się do nóg, próbując wypełznąć w górę. Adela, zajęta strzepywaniem z siebie larw, nie zauważyła, że pomornik zatrzymał się. Siłą rzeczy weszła w niego, odbijając się. Mężczyzna przez chwilę węszył.
Niedaleko rozległo się wycie.
– Chyba za nami idzie – zażartowała, próbując rozładować przytłaczającą ciszę.
Przewodnik obejrzał się przez ramię.
– Możesz tu zostać – powiedział nagle poważnym tonem.
Adelajda potrząsnęła głową, nie rozumiejąc. Dla niej najważniejszą rzeczą było wrócić do domu. Ten ponury świat nie przemawiał do niej. Był odrażający i straszny.
– W takim razie musimy zwiększyć tempo – zauważył, przez chwilę niuchając. Wskazał ręką przed siebie. – Tam jest brama.
Uniosła brew, podążając wzrokiem we wskazanym kierunku. Teraz, kiedy to powiedział, z łatwością wypatrzyła kamienny łuk na pierwszy rzut oka, niewyróżniający się niczym z otoczenia.
– Jak odnajdę swoje ciało po drugiej stronie? – zapytała niepewnie.
– Ściągnie cię do siebie – odparł, ruszając i nadając mordercze tempo. – Zajmę się upiorami, ty nie oglądasz się za siebie. Idziesz do bramy. Nie zatrzymujesz się, dopóki nie przejdziesz jej.
Wyciągnął rękę, jakby miał zamiar złapać ją za nadgarstek, ale zrezygnował.
Wycie zbliżało się z dwóch stron. Adela przyśpieszyła. Ślizgała się po błocku, wspinając pod niewielką górkę i ciężko sapiąc. Biały kształt, z grubsza przypominający sześcionogiego wilka, rozmiarów sporego konia, zbliżał się błyskawicznie.
Kobieta parła do przodu na czworakach, drąc paznokciami ziemię. Nagle brama stała się tak odległa, jak szczyt Mount Everest, a ona sfrustrowana poruszała się w miejscu.
Rozpaczliwy skowyt zmroził jej krew w żyłach. Na jedną chwilę zwolniła, a to wystarczyło, aby potężna łapa przewróciła ją, przygwożdżając. Odór gnijącego mięsa dotarł do nozdrzy. Mogła z bliska przyjrzeć się paszczy najeżonej ostrymi zębiskami, kiedy kłapnęła jej przed nosem.
– Do bramy – nieludzki warkot dotarł do jej uszu, a nacisk zelżał i zniknął, kiedy pomornik i piaszczomrok zwarli się w błocku, tocząc w dół niewielkiej górki.
Adelajda nie zamierzała oglądać walki, gdy przejście było na wyciągnięcie ręki. Przedostała się przez bramę, koziołkując w dół po stromym zboczu. Ostre skały wbijały się w ramiona, nogi, a cały tułów skręcał z bólu.
Osiadła na dnie, ciężko dysząc. Czując przyciąganie. Jakby jakiś niewidzialny hak szarpał ją za tułów. Poddała się temu nieprzyjemnemu uczuciu, pędziła na spotkanie swojego ciała, niecierpliwa i radosna. Wpadła do pomieszczenia z podmuchem wiatru, przez niewielką szczelinę w oknie.
Omiotła wzrokiem pokój. Ciało leżało na łóżku szpitalnym.
Pomornik już tam był. Stał nad nią, szepcząc tajemnicze słowa. Coś wewnątrz drgnęło. Szarpnęło się.
Ada poczuła ból w okolicy mostka.
Pomornik szeptał, wyciągając z ciała upiora. Oplatał go srebrzystymi nićmi, wchłaniając ducha. Mężczyzna wyglądał teraz odrażająco i Adela z trudem powstrzymała odruch wymiotny.
Coś było nie tak. Nie powinna leżeć podpięta do aparatury podtrzymującej.
Czuła jak jej ciało ściąga ją do siebie. Przyciąga i wsysa. Uczucie ciężkości i niemocy było obezwładniające.
******
Szara sowa przysiadła na parapecie. Omiotła bursztynowymi oczami pomieszczenie i, wleciawszy do środka, usiadła na poręczy łóżka.
Serce Adeli przyśpieszyło, słysząc miękki szelest piór. Od dawna nikt jej nie odwiedzał. Nie miała pojęcia, ile czasu tak leżała, karmiona przez rurkę i podpięta do aparatury.
Wszystkie wspomnienia gasły, aż pozostał po nich miałki piach, tak bezbarwny jak jej życie teraz. Pogrążone w ciemności, uwięzione we własnym ciele.
Zimna dłoń dotknęła jej ręki. Kącik ust uniósł się nieznacznie. Na tyle, na ile dał radę.
Po lekturze Pomornika pierwszej części spodziewałem się czegoś innego, a dostałem to.
I powiem…że, jestem zaskoczony jak to pociągłaś :) I to mi się podoba :) Chociaż klimatycznie mi bardziej leży pierwsza część.
Mimo to nie jestem zawiedziony, gdyż przeczytałem znowu kawałek intrygującego opowiadania. Dalej mam więcej pytań niż odpowiedzi kim jest Pomornik(co nadal jest dobre, bo lepiej dozować w kawałkach niż dostawać od razu wszystko i czym była Nawia(chociaż sie oczywiście domyślam z uwagi znajomość mitologii). Podoba mi się to, że mimo spodziewanego dla mnie worldbuildingu, poszłaś w coś innego i to jest na duży plus.
Super oddałaś szok Adeli na spotkanie z dziwnym nieznajomym i jej pobyt po drugiej stronie. Z drugiej strony zawarłaś sporą dawkę fajnego humoru w dialogach, co pokazuje, że i takie potrafisz zgrabnie napisać:)
Plus kolejny to interpunkcja i ortografia. Poprawiłaś się a jak czytałem tekst przed publikacja to mogę tylko powiedzieć, że naprawdę widzialem progres. Nie wychwyciłem większych błędów.
Dałbym punkt jakbym bym mógł. Ale już nie wiele brakuje do dawania :)
Melendur88
Witaj. :)
Kwestie techniczne, które zatrzymały mnie przy lekturze i sugestie oraz wątpliwości (wyłącznie do przeanalizowania):
Czy za każdym razem ja, (zbędny przecinek?)muszę to robić? – wyrzut w głosie matki był, (i tu?) aż nadto widoczny, a był to dopiero początek rozmowy. – powtórzenia?; wypowiedzi matki nie muszą być kursywą. :)
Adelajda rozejrzała się po pokoju gdzie, niemal każdym kącie stała opróżniona butelka. – literówka? – brak „w”?
Prawda była taka, że wraz z początkiem października porzuciła pracę. – czy aliteracja jest celowa (dalej są kolejne)?
Depresja (przecinek?) jak zwykle (i tu?) dała o sobie znać nieoczekiwanie.
A ty nadal jesteś sama i nie masz na nic czasu. I co ty w ogóle robisz z pieniędzmi, skoro cały czas pracujesz? – powtórzenie?
– Co tak naprawdę chciałaś mamo? – przecinek przy Wołaczu?
- Przyjdź kochanie. – i tu?
– Kochanie martwię się o ciebie – odparł rozszczebiotany głos, w słuchawce. – i tu? plus zbędny przecinek?
Młoda kobieta wywróciła oczami, przeczesując krótkie (przecinek?) płowe włosy.
Matka nie słuchała (i tu?) jak zwykle zresztą.
– Tak, wiem o ty.– literówka?
- Dziecko, kochane. – zbędny przecinek?
Nie masz męża, dzieci (przecinek?) z nikim nie chcesz utrzymywać kontaktu.
Ten fragment niepotrzebnie jest wcięty w akapicie:
- Tylko praca i praca. Nawet w Święto Zmarłych nie dadzą ci spokoju.
„Przede wszystkim wtedy” – pomyślała Adelajda.
- Nie znajdziesz nawet kilku minut na odwiedzenie ojca – narzekała kobieta.
Ci wszyscy umarli obracali się w grobach z boku na bok, jakby spali w mięciutkim łóżeczku, albo snujący się alejkami pomiędzy żywymi, to było obrzydliwe. – zdanie trzeba przebudować, bo ma niepoprawna składnię – może tak (?): Ci wszyscy umarli obracali się w grobach z boku na bok, jakby spali w mięciutkim łóżeczku, albo snuli się alejkami pomiędzy żywymi; to było obrzydliwe.
Zanim przestanie rozróżniać (przecinek lub dwukropek?) kto był żywy, a kto tylko duchem.
Wąskie alejki cmentarza, były wyjątkowo zapchane. – zbędny przecinek?
Dookoła unosił się ostry zapach palonych zniczy i duszny fetor, różnorakich perfum. – ten też?
Brakowało jedynie złowrogiego skrzypienia, (i ten?) otwieranych trumien i wyskakujących, plastikowych szkieletów.
Błękitne, żółte i czerwone (przecinek?) niekiedy przechodzące w zgniły brąz.
Najgorsze były czerwone i zazwyczaj myślała o nich jak, (ten przecinek o wyraz wcześniej?) o zwyrodnialcach odsiadujących dożywocie.
Niewidzialna siła, brutalnie pchnęła ją do tyłu. – zbędny przecinek?
Była pewna, że egzorcyzmy pod jej adresem. – brak części zdania?
W powietrzu wyczuwała, ból i wściekłość, pomieszaną z rozpaczą. – zbędny pierwszy przecinek?
Z daleka nie wyglądał imponująco, ale jego twarz wyglądała jak czarna porcelana, z mnóstwem drobnych pęknięć i ubytków, pod którymi tlił się żar. – powtórzenie?
Adelajda chwyciła leżący nieopodal wieniec i biegiem uciekła w panice, niemal wpadając na drzewo. Wybiegła w kolorowy tłum, ciężko dysząc, otrzepała ciemne spodnie i poprawiła dłonią rozczochrane włosy. – powtórzenie, może pierwsze pominąć?
Oto (przecinek?) dlaczego nie lubiła chodzić na cmentarze.
Przyjdzie do domu to, (ten przecinek o wyraz wcześniej?) weźmie więcej tabletek.
Adela podejrzewała, że żaden z upiorów, (zbędny przecinek?) nie widział żywych, bardzo często przenikając przez nich.
Dotyczyło to szczególnie żółtych i błękitnych (przecinek?) patrzących pustym, rybim spojrzeniem. U innych gościły, na widmowych twarzach, złośliwość i paskudne spojrzenie. – powtórzenie?
Rodzina (przecinek?) nieświadoma tego, radośnie rozmawiała z dalszymi krewnymi, którzy właśnie dołączyli.
Tłum był duży (i tu?) więc (i tu?) potrącani przez przechodniów (i tu?) musieli rozdzielić się na mniejsze grupki.
Powykręcane gałęzie dębu, wyglądały strasznie w pomarańczowym blasku. – zbędny przecinek?
Zdezorientowana mnie pojęcia (przecinek?) gdzie była i skąd się tu wzięła, a koszmarne cierpienie nie ułatwiało tego. – posypała się składnia zdania?
Ktoś położył jej, zimną dłoń na czole i zapadła się w ciemność. – zbędny przecinek?; czy „się” konieczne?
Uczyniła (przecinek?) co jej kazał, powoli odwracając się w stronę ogniska.
Mężczyzna usiadł po drugiej stronie ognia i teraz Adela mogła przyjrzeć się jego twarzy, krótkim (przecinek?) rozwichrzonym włosom i szczupłej sylwetce w skórzanym ubraniu oraz broni (i tu?) jaką dysponował – położonej teraz obok właściciela.
Poprawiła się, przykrywając ciężkim pledem, ramiona. – zbędny ostatni przecinek?
Wyszczerzył się do niej i mogła zauważyć ostre (przecinek?) jak u psa, kły.
– Adelajda – odparła, czując się zobligowana do odpowiedzi. Wszak mężczyzna wyczerpująco odpowiedział na jej. – brak dokończenia zdania? – na jej – CO?
Nie wiem (przecinek?) jak to możliwe.
– Jesteś prorokiem? Wiedzący? Wiedźmą? – czy tu nie brak „m”?
Facet jednak wcale nie musiał o ty wiedzieć. – literówka?
Możesz zostać tu, abo wrócić do swojego świata i przyjąć to (przecinek?) co ci zaoferował, bez szemrania – zamilkł na chwilę.
Potrząsną jej dłonią w mocnym uścisku. – literówka, powodująca niestety błąd gramatyczny?
To (przecinek?) jak szef do ciebie przemawia? – drążyła.
Czuła, jakby coś zasysało stopy, by puścić z głośnym (przecinek?) lepkim dźwiękiem. Temu wszystkiemu towarzyszyło głośne brzęczenie. – powtórzenie?
Wykonał ruch ręką i maleńki język ognia, zatlił się nad jego dłonią. – zbędny przecinek?
– Zabierz to! – kwiczała przerażona, kiedy zbita masa śliskiego robactwa pełzała wokół jej stóp, wspinając się na nogi. Zabij to! – błędny zapis dialogu?
– Opanuj strach, – skoro przecinek, to chyba brak części zdania?
– Zduś go – beznamiętny głos przebił się słabo, do przerażonego umysłu. – zbędny przecinek?
Wyciągnęła ręce i darła palcami dookoła. – logiczny – CO darła?Jedna wielka (przecinek?) pełzająca masa pożerająca ją żywcem.
Kobieta otrzepała się z robactwa z obrzydzeniem. Próbując nie trząść z nerwów. – oba zdania trzeba połączyć przecinkiem?
– Zastanów się (przecinek?) dlaczego najgorsze, (zbędny przecinek?) z najgorszych upiorów, (i ten?) chcą stąd uciec – ciągnął po chwili. – Jeśli chcesz przetrwać, musisz wziąć się w garść. – powtórzenie?
Zacisnął wąskie, blade usta (przecinek?) aby nie wydostało się zbędne słowo.
Jak okiem sięgnąć teren był płaski z pojedynczymi (przecinek?) wykoślawionymi drzewami o szponiastych, wykręconych gałęziach, łysych i złowrogich.
Adela (przecinek?) zajęta strzepywaniem z siebie larw, nie zauważyła, że pomornik zatrzymał się.
Adela przyśpieszyła, (albo tu kropka, albo potem małą literą?) Ślizgała się po błocku, wspinając pod niewielką górkę i ciężko sapiąc.
Biały kształt (przecinek?) z grubsza przypominający sześcionogiego wilka, rozmiarów sporego konia, zbliżał się błyskawicznie.
Jakby jakiś niewidzialny hak, szarpał ją za tułów. – zbędny przecinek?
Pomornik szeptał, wyciągając z ciała, upiora. – i tu ostatni?
Omiotła bursztynowymi oczami pomieszczenie i (przecinek?) wleciawszy do środka, usiadła na poręczy łóżka.
Bardzo dobry tekst, w sumie – mogę śmiało nazwać go horrorem. :) Nie znam pierwszej/poprzedniej części; tę czytałam z dużym zainteresowaniem. :) Stworzony świat Nawii (wraz z jego storami) jest genialny i gorąco namawiam Cię do napisania oraz wydania o nim obszernej powieści. :)
Dziękuję pięknie za oznaczenie wulgaryzmów. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Droga bruce. Jestem niezmiernie wdzięczna za obszerny komentarz. Wyłowienie brakujących przecinków i literówek, i brakujących słówek. Aż dziw bierze, że tyle rzeczy przeoczyło się, podczas poprawek, ale jak to się mówi: autor nigdy nie widzi własnych błędów.
Nie mniej, poprawki zostały naniesione.
Co do rozmowy przez telefon, mówi się, że taki dialog powinien być oznaczony kursywą. Czy to faktycznie jest regułą, nie wiem. Na razie zostawię, a jak wyszperam, w mądrych poradnikach to poprawię. ( Niedowiarek ze mnie. Niestety)
Jeszcze raz dziękuję za komentarz i tak, kiedyś chciałabym go wydać.
melendur. Wielkie dzięki za komentarz.
I ja dziękuję; tekst obszerny, zatem coś-tam wpaść może; nie jest tego dużo, jak na tyle znaków; poza tym – to jedynie sugestie, sama popełniam mnóstwo błędów, zatem żaden ze mnie znawca. :)
Jakby co, w razie wątpliwości, można zawsze popytać o wszelkie kwestie w HP w wątku o zapisie dialogów. :) Lub zajrzeć do naszego Poradnika w Publicystyce. :)
Trzymam kciuki za wydanie, pozdrawiam serdecznie. 

Pecunia non olet
Dziękuję bard o za informacje. Zaraz tam pogrzebie

Pecunia non olet
Cześć, Czarna2
Fajny tekst.
Czytałem poprzednią część „Pomornika” i ta zdecydowanie podoba mi się bardziej. Świat Nawii zapowiada się naprawdę interesująco, nie wspominając już o samym Pomorniku, który coraz wyraźniej kreuje się na bardzo ciekawą postać.
Bardzo na plus działa połączenie współczesnego, realnego świata z fantasy – dzięki temu jeszcze bardziej ciekawi mnie, kim właściwie jest Adelajda i sam Pomornik. Czyżby jakiś Constantine?
Widzę też, że wprowadziłaś poprawki sugerowane przez Bruce, co wyraźnie poprawiło czytelność tekstu. Choć przyznam, że większości błędów z przecinkami i tak pewnie bym nie zauważył.
„Jak to się mówi: autor nigdy nie widzi własnych błędów” – święta racja. „Autorska ślepota”, to powszechna przypadłość, autor czyta to, co chciał napisać, a nie to, co naprawdę napisał. dlatego wrzucanie tekstu wcześniej do betowania byłoby dobrym pomysłem.
Opowiadanie zdecydowanie mi się podoba, kupuję ten świat i postać, więc nie omieszkam zajrzeć do kolejnych treści z tego uniwersum.
Pozdrawiam i klikam
rr
Wiem, że to już padło, ale nie spodziewałem się tego. Zobaczyłem tytuł i wdepłem, myśląc o kolejnych przegniłych dechach jakiejś zapadłej karczmy. A tu nagle zadzwonił telefon i musiałem sprawdzić, czy wszedłem tam, gdzie chciałem :-)
Masz jakiś plan, cały świat lub jego pół, może kilka, czy też to spontaniczny krok? Bo skoro pierwszy już poczyniono, głupotą byłoby rezygnować ;-p
Kilka uwag, niekoniecznie obiektywnych. Jak wszystko…
Dookoła unosił się ostry zapach palonych zniczy i duszny fetor, różnorakich perfum.
Ostatni przecinek bym wywalił
Adelajda szła za bratem objuczonym dwiema siatkami zniczy, sama niosąc wieniec i podejrzliwie rozglądając się.
… i podejrzliwie się rozglądając, lub rozglądając się podejrzliwie. Niby niekoniecznie, ale jednak rusycyzm ;-P
Sunęły, szare, gęste obłoki, wprost na nią.
Poprzestawiałbym szyk, bo to średnio zrozumiałe…
Cofnęła się, zamierając.
To zamarła, czy jednak wykonała jakiś ruch?
Mężczyzna usiadł po drugiej stronie ognia i teraz Adela mogła przyjrzeć się jego twarzy, krótkim, rozwichrzonym włosom i szczupłej sylwetce w skórzanym ubraniu oraz broni, jaką dysponował – położonej teraz obok właściciela.
Końcówka znowu jakaś taka dziwna. Może lepiej leżącej obok właściciela?
– Co cię tu sprowadza, nadobna pani? – zapytał po krótkiej chwili.
Nadobna :-) Komplemenciarz hihi
– Zostałem stworzony po to, więc pomogę ci.
Lepiej byłoby “po to zostałem…”
Mężczyzna wstał, podszedł, chwycił za nadgarstki i obejrzał jej dłonie.
Dodałbym “ją” po chwycił, kosztem późniejszego jej…
Postawił trzęsącą się z nerwów obok siebie na suchym kawałku gruntu.
Dodałbym, że ją :-) Tudzież nadobną kobietę czy co tam :-)
Nie zatrzymujesz się, dopóki nie przejdziesz jej
…jej nie przejdziesz.
Pozdro!
kurojatko czyżbyś był zaskoczony ? To chyba bardzo dobrze. Plan się udał.
Akurat tu wszystko było zaplanowane ale nie zawsze tak jest.
Plan na świat i pomornika, wędrującego pomiędzy światem zmarłych i żywych też. Co nie oznacza, że będę siedzieć w jednym czasie.
Pozdrawiam i dziękuję za kom. Zaraz zabiorę się do poprawek.
Zaskoczony, jak najbardziej. I pozytywnie.
Doczytałem o planach wydawniczych – trzymam kciuki :-)
Widziałem też co nieco komentarzy o zapisie rozmów telefonicznych. U mnie czasami bohaterowie rozmawiają przez radio itp – też stosuję wtedy kursywę. Za to nie robię tego przy przemyśleniach, co niektórzy uważają za błąd… W beletrystyce widzę, że panuje w tym temacie frywolność, żeby nie powiedzieć nawet, że brak spójności w obrębie jednego dzieła. Myślę, że najlepiej obrać najbardziej czytelny zapis i trzymać się go konsekwentnie.
Też tak uważam.
Czołem!
Wiesz, pracuję prawie całymi dniami.
Aliteracja, trochę źle brzmiąca.
Nie masz męża, dzieci z nikim nie chcesz utrzymywać kontaktu.
Brakuje “i” lub przecinka?
Cofnęła się, zamierając.
Jak się cofnęła, to chyba nie zamierała? Bo to oznacza bezruch?
Masz parę zdań podrzędnych kończących się na “cię”, co brzmi specyficznie. Można innej składni użyć. Tak samo ze zdaniami podrzędnymi kończącymi się na “się” :)
– To miejsce pokazuje najgorsze lęki. Musisz zdusić przed nimi strach, inaczej pochłoną cię. Przeżują, aż nie pozostanie nic.
Kobieta otrzepała się z robactwa z obrzydzeniem, próbując nie trząść z nerwów.
– Zastanów się, dlaczego najgorsze z najgorszych upiorów pragną stąd uciec – ciągnął po chwili. – Jeśli chcesz przetrwać, musisz wziąć się w garść. – Zacisnął wąskie, blade usta, aby nie wydostało się zbędne słowo.
Tutaj mówi ta sama osoba, a jest przerzucone do nowej linijki. To myli, na początku sugeruje, że mówi druga osoba. Parę razy miałem takie zawieszenie przy dialogach Pomornika z Adelajdą.
Używałbym jednej wersji imienia bohaterki. Masz Ada, Adelajda, Adela – nie wiem, czy to potrzebne, skoro tutaj nie ma uzasadnienia fabularnego dla takich rozróżnień.
Ciekawy pomysł na zaświaty. Dobry do krótkich tekstów/scenek/opowiadań. Nieźle budujesz klimat, balansujesz akcją i opisami. Emocjonujesz czytelnika. Jednym słowem jest wszystko, żeby wciągnąć.
Natomiast nie zrozumiałem głównej bohaterki. Kim ona w końcu jest? Dlaczego jest “świadoma” upiorów? Czy to miało się nie wyjaśnić? To troszkę wpłynęło na mój odbiór tekstu.
Ale odpowiadanie na duży plus.
Pozdrawiam!