Na Ithry czas nie płynął lekko. Nie spadał po człowieku, nie spływał po dachach, nie rozlewał się po ulicach. Czas tu odkładał się warstwą, cienką i upartą, w szronie na balustradach, w lodzie na brzegu rzeki, w białym nalocie na mechanizmach, które na innych światach pracowałyby w oleju i cieple. Tutaj pracowały w zimnie, na suchych trzpieniach, na zębatkach oblepionych mrozem, z ciszą przerywaną jedynie krótkim, metalicznym brzękiem sprężyny i ciężkim oddechem pary.
Miasto – bez nazwy, bo nazwy mają skłonność do przyciągania historii, a historie do pękania – stało na tarasach skalnych, wciśnięte między czarne urwiska a rozległą, skrzącą się równinę lodu. Noc nie była tu wydarzeniem, tylko stanem; dzień nie był obietnicą, tylko jaśniejszą wersją tego samego chłodu. Nad wszystkim wisiała nieustanna poświata polarna, matowa, pozbawiona radości, ale wierna, i to wystarczało, żeby człowiek wiedział, gdzie jest krawędź dachu, a gdzie krawędź świata.
W samym środku miasta stało Chronarium: budowla z ciemnego kamienia i szkła, z kopułą tak przejrzystą, że widać było pod nią krążące powoli wahadło – ogromny, lodowy ciężar zawieszony na ramieniu z metalu o barwie starego ołowiu. Wahadło było sercem rytmu. Kiedy przechodziło przez punkt środkowy, w ścianach Chronarium słychać było niskie, głuche dudnienie, a na wewnętrznych płytach zaczynał osiadać nowy szron, cienka linia „jutra”, które dopiero miało się wydarzyć.
Tak mierzono czas na Ithry: nie zegarem na ręku, tylko narastaniem nalotu, warstwy po warstwie, aż robiło się tego zbyt dużo i trzeba było zeskrobać, zebrać do naczyń, opisać, zapieczętować. Mówiono, że w tym szronie siedzą nie tylko sekundy, ale też pamięć dnia, jego drobne decyzje i przypadkowe spotkania, a kto umie, ten potrafi je z szronu wyczytać lub wdychać w nocy, żeby przypomnieć sobie, co mu uciekło. Nikt rozsądny nie robił tego często. Pamięć w czystej postaci bywa cięższa niż ból.
Eiran miał ręce człowieka, który całe życie trzymał narzędzia w zimnie. Skóra na palcach była gruba, popękana, z drobnymi bliznami po ostrych krawędziach lodu. W Chronarium był nie tyle kapłanem, co technikiem rytmu, opiekunem mechanizmu, który nie wybaczał. Co świt przechodził przez jasny korytarz, oddawał płaszcz, wkładał rękawice z cienkiej skóry, potem zdejmował je od razu, bo w rękawicach nie czuł zębów kół, a koła trzeba czuć.
Schodził do hali wahadła, gdzie powietrze było zawsze o dwa stopnie chłodniejsze niż na ulicy, i kładł dłoń na metalowej kolumnie, sprawdzając drżenie. Jeśli drżenie było równe, miasto miało spokojny dzień. Jeśli było niespokojne, ktoś tego dnia miał pecha. Tydzień wcześniej drżenie było niespokojne trzy razy z rzędu, a to na Ithry oznaczało nie tyle „złe przeczucie”, co realną zmianę warunków.
Najpierw pękła platforma transportowa nad jedną z niższych galerii i dwóch ludzi poleciało w dół, w mleczną pustkę, zanim ktokolwiek zdążył krzyknąć. Następnego dnia winda do kopalni lodowego szkła zatrzymała się między poziomami, a ludzie w środku przez godzinę słyszeli coś w ścianach, coś, co brzmiało jak skrzypienie, a nie było skrzypieniem. Trzeciego dnia zamarzły śluzy przy magazynie opału, choć nie powinny, bo były ogrzewane, i pół miasta stało w kolejce z pustymi pojemnikami, patrząc na siebie z rosnącą wrogością. Rada Dystrybucji nazwała to „zbiegiem okoliczności”. Rada Stabilizacji nazwała to „narastającą niestabilnością rytmu”. Ludzie nazwali to prościej: „zły tydzień”. W Chronarium złe tygodnie były przedsionkiem problemu większego, bo jeśli mechanizm się rozstraja, to nie robi tego dla kaprysu; robi to, bo świat zaczyna liczyć inaczej.
– Rytm jest opóźniony – powiedział człowiek z Rady Stabilizacji, gdy Eiran stanął przed nimi, jeszcze z chłodem Chronarium na twarzy. Mówili w sali o suchym powietrzu, przy stole tak gładkim, że nie trzymał nawet okruchów. Wszyscy mieli ręce czyste, paznokcie równe, płaszcze jasne, bo czystość była tu argumentem. – Opóźniony o trzy uderzenia w ostatnich siedmiu dniach. To nie jest margines. To jest odchylenie. W mieście narasta panika. Musimy uspokoić. Musimy ustabilizować. Musimy mieć jutro przewidywalne.
Eiran oparł dłonie na stole, poczuł pod palcami chłód gładkiego materiału i pomyślał, że stół nie pamięta niczego, co na nim położono.
– Rytm nie jest zegarem do przestawiania co godzinę – odparł. – Wahadło ma swój ciężar. Jeśli zaczniecie wymuszać, będziecie płacić.
– My już płacimy – wtrącił ktoś z Rady Dystrybucji, mężczyzna o wąskich ustach, których nigdy nie widziano w uśmiechu.
– Płacimy stratami. Płacimy wypadkami. Płacimy krzykiem w kolejkach. Lepiej zapłacić raz, niż płacić codziennie.
Słowo „raz” zabrzmiało w tej sali atrakcyjnie, bo ludzie kochają koszty jednorazowe. Eiran uniósł wzrok, spojrzał po twarzach.
– Na Ithry nic nie jest raz – powiedział cicho. – Tu wszystko zostaje w lodzie.
Człowiek z Rady Stabilizacji nachylił się.
– W Chronarium trzymacie narzędzia do działań nadzwyczajnych. Słyszałem o nich. Widziałem listy. Jest Protokół Zatrzymania. Niech pan nie udaje, że go nie ma.
Eiran poczuł ścisk w żołądku. Protokół istniał. Był zapisany na cienkich płytkach lodowego szkła i schowany głęboko, bo nie służył do codzienności. Służył do chwil, gdy rytm świata zaczynał rozsuwać się od środka. Protokół Zatrzymania nazywano w skrócie Zamrożeniem Jutra, choć oficjalnie nie wolno było używać tego określenia. Zbyt bezpośrednie. Zbyt ludzkie. Zbyt łatwo wywoływało w wyobraźni obraz dnia, który nie przychodzi.
– Protokół jest… – zaczął Eiran.
– Konieczny – dokończył za niego Stabilizator. – Rada daje panu zgodę. Daje panu też odpowiedzialność. Proszę przygotować działanie. Najpóźniej dzisiejszej nocy. Jutro ma być spokojne.
Eiran wrócił do Chronarium z ciężarem, który nie był metalem ani lodem. Wszedł do hali wahadła, stanął pod kopułą i patrzył, jak ogromny ciężar porusza się powoli, z uporem właściwym rzeczom, których nie da się przekupić. Na wewnętrznych płytach osadzał się szron, cienkie pasma układające się w wzory. Eiran znał te wzory od lat. Wiedział, kiedy szron układa się równolegle – wtedy dzień bywa równy, spokojny. Wiedział, kiedy szron tworzy zygzaki – wtedy dzień przynosi konflikty, które da się jeszcze rozładować, jeśli człowiek ma cierpliwość.
Tego dnia widział coś innego: szron tworzył wyraźne przerwy, drobne szczeliny w linii, powtarzające się co kilka uderzeń wahadła. Szczeliny wyglądały na brak, ale nie były brakiem. Były zapowiedzią przerwania. Eiran dotknął płyty palcem, a zimno weszło w skórę natychmiast, ostro. Przez moment poczuł w myśli obraz: galeria, która pęka, ludzie, którzy lecą, ale zanim lecą, ich twarze robią się puste, bo nie zdążą się przestraszyć.
Eiran cofnął dłoń. W Chronarium nie interpretowano szronu emocjami. Eiran jednak nie był już tylko technikiem. Po złym tygodniu, po krzykach w kolejkach i po widoku kobiety, która oddała dziecku ostatni kawałek suszonego mięsa, a sama uśmiechnęła się, udając, że nie jest głodna, Eiran zaczął myśleć o rytmie w kategoriach ludzi. To był błąd. To był też początek herezji.
– Masz w oczach noc – odezwał się Nox, jego młody pomocnik, chłopak o dłoniach jeszcze cienkich, ale już z tym twardym spojrzeniem, które wyrabia w człowieku zimno. Nox przyniósł skrzynkę z narzędziami i postawił ją przy kolumnie. – Rada znowu przyszła?
Eiran skinął głową, nie odrywając wzroku od szronu.
– Chcą spokoju. Chcą przewidywalności. Chcą, żeby jutro było posłuszne.
– A kto nie chce? – Nox parsknął. – Ludzie na dole boją się zasnąć. Widziałem, jak jeden stary górnik siedział przy piecyku i patrzył w ogień, dopóki nie zgasł. Nie mrugnął ani razu.
– Bo boi się obudzić w dniu, który się nie zgodzi – mruknął Eiran.
Nox spojrzał na płyty ze szronem, zmrużył oczy.
– To te przerwy? – spytał. – Wyglądają źle.
– Wyglądają prawdziwie – odpowiedział Eiran. – I dlatego wyglądają źle.
Chłopak przełknął ślinę.
– Zrobisz Protokół?
Eiran poczuł, że pytanie jest proste, a odpowiedź ma w sobie całe miasto.
– Protokół robi nie tyle Chronarium, co świat – powiedział wolno. – My tylko ustawiamy warunki.
– Czyli zrobisz.
Eiran nie zaprzeczył. Nox poruszył się niespokojnie, po czym wyjął z kieszeni mały kawałek lodowego szkła, cienką płytkę z rytym wzorem, dziecięcy amulet.
– Wiesz, co mi mówiła matka? – spytał. – Że jeśli chcesz uratować dzień, musisz oddać coś z siebie. Ale jeśli oddasz zbyt dużo, nie będziesz miał czym żyć następnego dnia.
Eiran spojrzał na niego i poczuł, że chłopak mówi o rachunku, choć nie używa słowa, które w Chronarium wypowiadało się szeptem.
– Twoja matka była mądrzejsza niż rada – mruknął. – I mądrzejsza niż ja.
Protokół Zatrzymania nie był rytuałem dla tłumu. Nie miał pieśni, nie miał kadzidła, nie miał światła świec. Miał kroki, narzędzia i temperatury. Miał też jedną rzecz, której w instrukcji nie zapisano: intencję. Bez intencji Protokół działał jak bezwładny mechanizm, niszcząc więcej, niż łatał.
Eiran zszedł do Skarbca Nalotu, pomieszczenia pod Chronarium, gdzie trzymano zbiorniki z zeskrobanym szronem poprzednich dni. Każdy zbiornik był oznaczony datą nie w słowach, tylko w układzie nacięć, bo na Ithry daty mówiło się ostrzem. W najgłębszej niszy stał pojemnik z nalotem sprzed lat, z czasów wielkiej awarii, kiedy wahadło zatrzymało się na minutę i pół miasta stało w progu śmierci. Nalot z tamtego okresu miał barwę przygaszoną, ciężką, a jego struktura przypominała zbitą sól. Nazywano go Przedjutrem, bo zawierał w sobie próbę uruchomienia dnia, który nie chciał przyjść. Eiran wziął pojemnik, poczuł w dłoniach ciężar nie tylko fizyczny; nalot trzymał w sobie napięcie, gotowe do uwolnienia. Nox przyniósł z kolei rdzeń wahadła: cienki, metalowy pręt, który w normalnych warunkach nie był wyjmowany. Wyjęcie rdzenia było już aktem nadzwyczajnym.
– Jeśli to zrobisz – powiedział Nox, stojąc w progu Skarbca – nie będzie odwrotu.
– Na Ithry odwrotu nigdy nie ma – odparł Eiran. – Jest tylko warstwa na warstwie.
Wrócili do hali wahadła w nocy, kiedy miasto ucichło do tego stopnia, że słychać było pojedyncze trzaski lodu na dachach.
Kopuła Chronarium była wtedy ciemna, a poświata polarna wyglądała na bardziej odległą. Eiran ustawił pojemnik z Przedjutrem w centrum, pod punktem, w którym wahadło przechodziło przez środek. Rozłożył narzędzia, przykręcił klamry, wypuścił cienkie rurki, przez które miało popłynąć zimno i ciepło w odpowiednich proporcjach. Protokół nie polegał na zatrzymaniu wahadła siłą. Polegał na takim zagęszczeniu nalotu na płytach, by „jutro” stało się zbyt ciężkie, by przejść przez próg zdarzenia. Nie powstawało, nie rozwijało się, nie rozpędzało. Zamarzało w potencjale, przed ruchem. Eiran wbił rdzeń w gniazdo, zamknął obudowę, potem dotknął dłonią płyty ze szronem. W tej chwili czuł, że robi coś nie tylko przeciw radzie, ale przeciw samej idei, że dzień musi następować po dniu. To była herezja w czystej postaci: odmowa naturalnego przejścia.
– Teraz – powiedział cicho.
Nox odkręcił zawór. Z pojemnika z Przedjutrem uniósł się delikatny pył, ledwie widoczny, a jednak natychmiast wgryzający się w powietrze. Eiran poczuł w nosie zapach starych wspomnień: dymu, którego tu nie używa się od lat, i potu ludzi, którzy biegli po schodach, gdy wahadło stanęło.
Pył osiadł na płytach, połączył się ze świeżym nalotem. Wahadło poruszało się nadal, ale jego dźwięk zmienił się, stał się przytłumiony, głębszy. Po kilku uderzeniach szron na płytach przestał narastać. Zamiast tego zaczął gęstnieć, wchodzić w siebie, krystalizować. Linie przerw, które wcześniej Eiran widział jako zapowiedź katastrofy, zaczęły się zasklepiać, ale nie w sposób żywy. Zasklepiały się lodem tak twardym, że wyglądał na szkło. Chronarium zamilkło na sekundę dłużej niż powinno, a potem pod kopułą rozległ się dźwięk, którego Eiran nie słyszał nigdy: krótki trzask, jak pęknięcie w grubym lodzie. Nox odruchowo cofnął się. Eiran nie drgnął. Patrzył na wahadło i wiedział, że świat przyjął Protokół. Wiedział też, że świat przyjmując, już wystawił rachunek, choć jeszcze nie wpisał kwoty. Rachunki nie przychodzą z fanfarą. Przychodzą, gdy człowiek myśli, że już wygrał.
Następnego dnia miasto obudziło się spokojne. Nie było wiatru, nie było trzasków, nie było niespodziewanych zacięć mechanizmów. W punkcie dystrybucji nikt nie krzyczał. Na galerii transportowej nie pękł żaden sworzeń. Winda do kopalni zjechała i wyjechała bez jęku. Ludzie chodzili ostrożnie, ale po kilku godzinach w tej ostrożności pojawiło się coś, co na Ithry bywało rzadkie: ulga. Rada Stabilizacji rozesłała krótką notę o „skutecznej interwencji Chronarium” i o tym, że miasto może wrócić do pracy bez niepotrzebnych przestojów. Eiran patrzył na to z boku, stojąc na tarasie Chronarium, z dłonią na metalowej balustradzie. Wahadło biło równo. Szron na płytach był gęsty, zasklepiony. W powietrzu unosił się ten sam metaliczny chłód, ale dziś mniej drażnił. Nox przyszedł do niego, z twarzą napiętą, lecz z iskrą, której wcześniej nie miał.
– Udało się – powiedział. – Ludzie na dole mówią, że to pierwszy spokojny dzień od tygodni.
Eiran skinął głową.
– Udało się – powtórzył, ale w jego ustach słowo brzmiało gorzej, bardziej sucho.
– Dlaczego mówisz to, jakbyś miał w zębach lód? – Nox zmrużył oczy. – Coś się stało?
Eiran otworzył usta, żeby odpowiedzieć „jeszcze nie wiem”, i nagle uświadomił sobie, że myśl o „jeszcze” ma dziś inną temperaturę. Słowa układały się w głowie wolniej. Nie dramatycznie. Praktycznie.
– Zrób obchód płyt – polecił, unikając odpowiedzi. – Sprawdź, czy nalot nie pęka.
Nox poszedł, a Eiran został z uczuciem, że dzień jest równy aż do przesady. Równy dzień na Ithry bywał podejrzany, bo życie ma zwyczaj zostawiać rysy.
Pierwszy sygnał rachunku przyszedł na rynku, w miejscu, gdzie sprzedawano suszone ryby i czarne kostki paliwa. Eiran przyszedł tam po drobiazgi, bo nawet opiekun rytmu musi jeść, a Chronarium nie wytwarza chleba. Podszedł do straganu, przy którym stała kobieta z twarzą czerwoną od zimna, przekładająca towar do woreczków.
– Wezmę dwa pakiety – powiedział Eiran.
Kobieta skinęła głową, podała mu towar.
– Zapłacisz teraz – dodała.
– Teraz, jasne – odparł Eiran i podał żetony. – A resztę odbiorę jutro.
W tej chwili zobaczył, że kobieta zawiesiła na nim wzrok, nie rozumiejąc. To nie było spojrzenie głupoty. To było spojrzenie człowieka, który nagle słyszy obce słowo.
– Kiedy? – spytała.
– Jutro – powtórzył Eiran, bo słowo było proste.
Kobieta zmarszczyła brwi, a jej usta poruszyły się, jakby szukała w pamięci odpowiednika.
– Po następnym uderzeniu? – spytała w końcu, ostrożnie.
Eiran poczuł chłód na karku.
– Nie. Jutro. Następny dzień.
Kobieta pokręciła głową, zniecierpliwiona, lecz w tym zniecierpliwieniu było coś niepokojącego: brak punktu zaczepienia.
– Jeśli chcesz, przyjdź po kolejnym dzwonie – powiedziała, wskazując na wieżę sygnałową. – U mnie dzwon jest pewny.
Dzień… dzień to tylko światło.
Eiran odszedł od straganu i nagle zauważył, że podobne rozmowy dzieją się wszędzie. Dwóch robotników kłóciło się o zmianę, próbując ustalić, kto pracuje „następnie”, ale nie potrafili ułożyć harmonogramu, bo harmonogram wymaga jutra. Kobieta przy studni pytała sąsiadkę, kiedy odda wiadro, i słyszała: „po tym, gdy zgasną lampy”, a nie „jutro rano”. Dzieci biegały, śmiały się, ale w ich zabawie nie było „jutro pobawimy się znów”, było tylko „teraz”. Eiran wrócił do Chronarium z gardłem suchym, choć powietrze było wilgotne od zimna. W hali wahadła znalazł Noxa, stojącego przy płytach i patrzącego na nie z pustym wyrazem.
– Nalot jest stabilny – powiedział chłopak, ale brzmiało to mechanicznie.
– A ty? – spytał Eiran.
Nox drgnął.
– Co ja?
– Mieliśmy… – Eiran urwał. Chciał powiedzieć: „mieliśmy jutro zejść na dolne tarasy, pokazać ci starą komorę, nauczyć cię odczytu przerw”, ale słowo „jutro” w jego ustach nagle zabrzmiało zbyt głośno. Nox patrzył na niego, nie rozumiejąc, jak kobieta na rynku.
– Po czym? – spytał Nox. – Po następnym obrocie?
Eiran poczuł, że rachunek został wystawiony, a kwota dotyczy nie chleba ani opału. Dotyczy zdolności do wyjścia myślą do przodu, do ustawienia kroku przed krokiem. W Chronarium pracowało się właśnie tym: ustawianiem następstwa. Jeśli następstwo pęka, mechanizm przestaje być opieką, staje się klatką.
W ciągu kolejnych dni – choć słowo „kolejnych” zaczęło brzmieć podejrzanie – miasto robiło się spokojniejsze, ale nie w dobrym sensie. Nie było paniki. Nie było protestów. Nie było wielkich kłótni o przydziały. Ludzie pracowali, jedli, spali, budzili się, powtarzali. Tylko że w tych czynnościach zabrakło napięcia, które pcha człowieka do przygotowania, do odkładania, do planowania. Magazyn opału, dotąd pilnowany obsesyjnie, zaczął wydawać więcej niż zwykle, bo nikt nie potrafił wytłumaczyć sobie, że trzeba zostawić część „na później”. W kopalni wydobywano równo, ale nikt nie rozpisywał zmian na tydzień, bo tydzień przestał mieć sens. W kuchniach gotowano to, co było pod ręką, nie to, co miało starczyć do następnego cyklu.
Eiran obserwował to z rosnącym lękiem, ale lęk był dziwny, bo lęk jest zwykle skierowany do przodu: boję się tego, co nadejdzie. Tu „nadejdzie” traciło kontur. Eiran próbował mówić ludziom o przygotowaniach, o tym, że Ithra ma okresy mrozu głębszego, że trzeba odłożyć paliwo, że trzeba naprawić izolacje, że trzeba zająć się łącznikami na galerii, zanim znów zaczną pękać. Ludzie słuchali, kiwali głowami, a potem wracali do swoich czynności, bo słowa „zanim” i „potem” robiły im się w uszach puste. Nawet język zaczął się zmieniać: w zdaniach coraz rzadziej pojawiały się formy przyszłe, a częściej pojawiały się konstrukcje obejściowe, oparte o dzwony, o światło, o kolejność posiłków. To było praktyczne. To było też przerażające, bo język nie zmienia się od fanaberii; zmienia się, gdy świat zmienia warunki.
Rada Stabilizacji przyszła do Chronarium po trzech dobach spokoju. Tym razem ich twarze były zadowolone. Zadowolenie było tu rzadkim wyrazem, więc raziło prawie tak, jakby ktoś przyniósł ciepło do sali.
– Efekt jest znakomity – oznajmił Stabilizator. – Wypadki spadły. Incydenty dystrybucyjne ustały. Ludzie są spokojniejsi. Protokół działa.
– Działa – powtórzył Eiran i poczuł, że słowo wyślizguje mu się z ust zbyt łatwo.
– Widzimy też zmianę w zachowaniach społecznych – ciągnął Stabilizator, tonem człowieka, który mówi o parametrach, nie o ludziach. – Spadek agresji, spadek roszczeń, spadek… – zawahał się i spojrzał w notatki – projekcji.
Eiran uderzył dłonią w stół, nie mocno, lecz dość, by zabrzmiało.
– Projekcja to nie wada. To jest zdolność.
Stabilizator uniósł brwi.
– Zdolność do niepokoju. Zdolność do wymagań. Zdolność do konfliktu. Proszę spojrzeć na to bez sentymentu. Ithra potrzebuje stabilności. Skoro koszt stabilności polega na ograniczeniu projekcji, koszt jest akceptowalny.
Eiran otworzył usta, żeby powiedzieć, że nie mają prawa uznawać kosztu za akceptowalny w imieniu całego miasta, i wtedy uderzyło go, że w jego własnej głowie brakuje drabiny do tego zdania. „Nie mają prawa” wymaga rozciągnięcia myśli w przód, wymaga wizji konsekwencji. Eiran poczuł narastającą pustkę.
– To nie jest… – zaczął i urwał.
– To jest stabilne – dokończył Stabilizator, bez wahania. – A stabilne jest dobrem.
Eiran zobaczył w tej chwili prawdziwy kształt herezji: nie jego działania w Chronarium, nie Protokół, nie zamarznięty nalot. Herezją stało się to, że władza zobaczyła w utracie jutra narzędzie, nie tragedię.
Wrócił pod kopułę, sam, bez Noxa, bez rady. Wahadło biło równo. Płyty były gęste od nalotu, a w nalocie nie było już przerw. Wszystko było domknięte, zasklepione, czyste. Eiran dotknął płyty i spróbował wyczuć, czy pod tą gładkością jest jeszcze ruch. Nie było. Był ciężar. Eiran zszedł do Skarbca Nalotu i wyjął próbkę, tę samą, którą nazywano Przedjutrem. Wziął ją do ust, nie wdychając głęboko, tylko muskając wargą, bo stara pamięć bywa gwałtowna. W głowie pojawił się obraz sprzed lat: ludzie biegnący po schodach, krzyk, upadek, a potem nagła, brutalna świadomość, że jeśli wahadło nie ruszy, nie będzie kolejnego dnia. Obraz był ostry, realny. Eiran chciał na nim oprzeć dzisiejszy argument: „zatrzymanie dnia jest złem”. Tyle że argument wymagał wskazania w przód, a w przód stała ściana lodu. Eiran poczuł, że rachunek dotknął jego samego najboleśniej: odebrał mu narzędzie, którym mógłby to naprawić. Chronomaker bez przyszłości jest rzemieślnikiem bez miary.
Wieczorem, w pomieszczeniu serwisowym, Nox siedział przy stole i skrobał metalowy element, powtarzając ruchy mechanicznie. Eiran usiadł naprzeciw, próbując wciągnąć w rozmowę chłopaka, próbując zaczepić jego myśl o czymś, co wykracza poza „teraz”.
– Pamiętasz, co mówiłeś o matce? – spytał.
Nox uniósł wzrok, zdziwiony, a potem jego twarz rozluźniła się, bo przeszłość nadal istniała.
– Pamiętam – powiedział. – Mówiła o koszcie.
– I co jeszcze mówiła?
Nox wzruszył ramionami.
– Że zimno nie jest wrogiem. Wrogiem jest brak przygotowania.
Eiran poczuł ukłucie.
– Przygotowania do czego? – zapytał, choć wiedział, że to pytanie jest pułapką.
Nox zamrugał. Na moment w jego oczach pojawiła się próba uchwycenia sensu, która nie znalazła oparcia.
– Do… – zaczął i urwał, nie z braku słowa, tylko z braku kierunku. – Do tego, co jest.
Eiran zrozumiał, że chłopak nie skłamie. On po prostu nie ma narzędzia, żeby sięgnąć do przodu. To nie była głupota. To była amputacja. W mieście amputacje robiło się często, tylko zwykle na palcach, nie na czasie.
Gdy minęło kilka cykli dzwonów, a Rada Stabilizacji zaczęła mówić o utrzymaniu Protokółu na stałe, Eiran podjął ostatnią próbę, bo nawet człowiek bez przyszłości ma odruch sprzeciwu, choć sprzeciw staje się wtedy ciężki i nieporadny. Nocą wszedł do Chronarium, odłączył zabezpieczenia, otworzył obudowę rdzenia, wyjął pręt i czekał na reakcję, wpatrując się w płyty, w nalot, w drobne granice między tym, co żywe, a tym, co tylko trwa. Z normalnych zasad wynikało, że usunięcie rdzenia powinno rozluźnić warstwę, pozwolić szronowi znów narastać w sposób naturalny, przywrócić „następny dzień” do pracy, ale mechanizm nie zna litości, zna tylko bilans: wahadło zadrżało, rozległ się niski dźwięk, głuchy i nieprzyjemny, po czym wszystko wróciło do równego tyknięcia, a nalot ani drgnął. Eiran spróbował jeszcze raz, ręcznie, dłutem, warstwa po warstwie, z nadzieją, że odkopie świeży szron pod spodem, ten delikatny, ruchomy, który pachnie możliwością; ostrze zgrzytnęło, nalot okazał się twardszy niż powinien, a zamiast miękkiego pyłu dnia odchodziły drobne kryształki, kruche i puste, rozsypujące się w palcach. W powietrzu uniósł się chłód pozbawiony obietnicy, a Eiran zrozumiał to, co opiekun rytmu rozumie najpóźniej: Protokół przestał być procedurą. Stał się stanem. Świat, kiedy raz przyjmie koszt, potrafi go utrwalić, bo utrwalenie jest tańsze niż cofnięcie, a stabilność bywa tu mylona z dobrem.
Zszedł z Chronarium nad ranem, nie po to, by odpocząć, tylko by zobaczyć, czy miasto w ogóle rozumie, co oddało. Przy punkcie dystrybucji było spokojnie, ludzie stali równo, bez kłótni, bez przepychanek, twarze mieli gładkie od zmęczenia, a w tej gładkości była ulga, która wyglądała przyzwoicie. Na schodach stał mężczyzna o barkach zbyt szerokich na ten świat, z dłoniami popękanymi od pracy, trzymał w ręku porcję opału i patrzył na nią tak, jakby patrzył na jedyny fakt, który ma dziś znaczenie. Obok niego stało dziecko, zbyt cienkie w ramionach, z policzkami zaczerwienionymi od zimna, i ciągnęło go za rękaw. Eiran nie znał ich imion, bo w tym mieście imiona były rzadkością, ale znał ten układ ciał: dorosły, który udaje spokój, i dziecko, które jeszcze wierzy w obietnice.
– Przyjdziesz ze mną później? – spytało dziecko, pokazując palcem na dolne tarasy, gdzie widać było wejścia do tuneli. – Obiecałeś.
Mężczyzna zmarszczył brwi, a na jego twarzy pojawił się wysiłek, nie fizyczny, tylko ten, który robi się w środku głowy, kiedy człowiek próbuje sięgnąć dalej niż najbliższy krok.
– Po dzwonie – odparł w końcu, z ulgą, bo dzwon jest konkretny.
Dziecko pokręciło głową z dziecięcą upartością.
– Nie po dzwonie. Później. W… – zawahało się i spojrzało na Eirana, bo Eiran miał w oczach coś z Chronarium, a Chronarium zwykle umiało nazywać rzeczy – w następnym dniu.
Mężczyzna patrzył na dziecko długo i nagle zrobił się starszy o kilka lat, choć na Ithry starzenie wyglądało zwykle inaczej, powoli, od kości. Teraz wyglądało od słów.
– Nie mów tak – powiedział cicho, nie gniewnie, raczej z lękiem, którego nie umiał nazwać. – Zrób, co masz zrobić teraz. Zjedz. Ogrzej ręce.
– Ale obiecałeś – powtórzyło dziecko, a w tym powtórzeniu było coś, co tnie człowieka bardziej niż zimno: fakt, że obietnica potrzebuje miejsca, w którym ma się spełnić.
Mężczyzna otworzył usta, zamknął je, spojrzał w bok, po czym zrobił to, co robi się, gdy nie da się dokończyć zdania: położył dziecku dłoń na głowie, mocno, za mocno, nie z przemocy, tylko z bezradności. Eiran stał obok i poczuł w tej scenie rachunek lepiej niż w każdym szronie. Protokół uspokoił miasto, odebrał awarie, odsunął wypadki, wygładził konflikty, ale zabrał też miejsce na „później”. A bez „później” obietnica staje się szyderstwem, przebaczenie traci sens, naprawa przestaje być decyzją, bo decyzja wymaga perspektywy. Zostaje wyłącznie trwanie, dobre dla mechanizmów, wygodne dla rad, niebezpieczne dla ludzi.
Wrócił do Chronarium z tym obrazem wbitym w skronie, z dzieckiem powtarzającym „obiecałeś” i z dorosłym, który nie umie odpowiedzieć, bo nie ma narzędzia, by rozciągnąć myśl. W hali wahadła spotkał Noxa, który stał przy płytach i wpatrywał się w nalot bez niepokoju; brak niepokoju mógł wyglądać na zdrowie, ale Eiran już wiedział, że to bywa objaw.
– Co robisz? – spytał.
– Pilnuję – odparł Nox. – Tak kazałeś.
Eiran skinął głową, po czym wyciągnął z kieszeni mały, metalowy znacznik, taki, jakiego używa się do oznaczania usterki, i podał go chłopakowi.
– Schowaj – powiedział. – Przyda ci się… – zawahał się, bo słowo nie chciało przyjść gładko – przyda ci się później.
Nox spojrzał na znacznik, potem na Eirana.
– Po którym dzwonie? – zapytał rzeczowo.
Eiran poczuł, że coś w nim pęka, nie w gardle, tylko w tym miejscu, gdzie człowiek układa plany. Nie chodziło o wielkie plany, o wyprawy, o wojny. Chodziło o zwykłe: „przyjdę”, „zrobię”, „naprawię”, „oddam”, „wrócę”. Te proste słowa są w człowieku cienkimi belkami; gdy je wyjąć, dom nadal stoi, lecz w środku robi się pusty.
– Po tym, co będzie – powiedział w końcu Eiran, a brzmiało to żałośnie, bo „to, co będzie” przestało być konkretne.
Nox przyjął znacznik, nie protestował, bo protest wymaga wyobrażenia, że można inaczej. I właśnie wtedy Eiran zrozumiał najgorsze: Protokół nie tylko zamroził „jutro”, on zamroził także możliwość buntu, bo bunt rodzi się z przekonania, że gdzieś dalej czeka inna wersja świata. Jeśli nie ma „dalej”, człowiek nie buntuje się, tylko dostosowuje, a Rada Stabilizacji nazywa to dojrzałością.
Zostało mu tylko jedno: zostawić ślad, który nie jest protokołem, nie jest raportem, nie jest parametrem. Ślad, który ma działać na tych, którzy jeszcze potrafią poczuć kierunek w słowie. Eiran wyszedł na zewnętrzny taras Chronarium, tam gdzie wiatr przynosił szron na kamień, i na gładkiej płycie lodowego szkła wyrył jedno słowo, głęboko, ostro, aż iskry posypały się w zimne powietrze. Słowo było proste, a przez to niebezpieczne: JUTRO.
Stał nad nim długo, próbując odnaleźć w nim sens, obraz, odległość, cokolwiek, co odróżnia obietnicę od wymówki, a plan od odruchu. Sens nie przyszedł. Przyszedł tylko suchy ból w gardle, praktyczny i cierpliwy, przypominający, że język też bywa mechanizmem i też można go rozstroić. Eiran odszedł od napisu, zostawiając go na płycie nie jako zaklęcie, tylko jako ostrzeżenie: że można wygładzić dzień do poziomu spokoju, a przy okazji wyciąć z ludzi to, co sprawia, że w ogóle warto wstawać. Miasto w dole było równe, wahadło biło miarowo, kolejki były ciche, a w ciszy było coś, co Stabilizatorzy uznaliby za sukces.
To działało.
Ale coś było nie tak.