- Opowiadanie: ŻmijaTeutońska - Wyspa

Wyspa

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy III, Użytkownicy II

Oceny

Wyspa

Na północnym morzu, tam gdzie fale wyglądają tak, jakby ktoś pomalował je kolorem mokrej stali z kroplą atramentu, znajdowała się wyspa. Nie miała nazwy. Rybacy z wybrzeża mówili o niej po prostu „wyspa”, marynarze przepływający obok rzucali „może następnym razem”, a mewy nie miały w tej sprawie zdania.

Była tak niegościnna, że nawet lato starało się tam nie zaglądać, a jeśli już się pojawiało, znikało po kilku dniach. Lokalna flora, zmęczona tym stanem rzeczy, poddała się – gdzieniegdzie spod śniegu wystawały tabliczki z napisem „do wynajęcia”. Wyspa nie była miejscem, które ktokolwiek chciałby nazwać domem. A jednak ktoś musiał – głównie dlatego, że nie miał innego wyboru.

Człowiek ten, choć słowo „człowiek” jest tu raczej uprzejmą metaforą, również nie miał imienia. Jego twórca planował go ochrzcić – ponownie metafora – ale żadna propozycja się nie przyjęła. Trudno się dziwić. Doktor – nazwijmy go tak, choć tytułu naukowego nigdy nie zdobył – nigdy wcześniej nie zaszedł tak daleko w swoich próbach ożywienia materii nieożywionej. Presja go zjadła. A właściwie nie tylko presja.

Gdy stworzony przez niego mężczyzna otworzył oczy, wypełnione świeżo nadanym życiem, i wyciągnął rękę, by po raz pierwszy poczuć ludzki dotyk, doktor krzyknął coś niezrozumiale, rozejrzał się nerwowo, po czym z przepraszającym uśmiechem wymamrotał, że „chyba zapomniał papierosów”. Wybiegł na chłód nocy, gdzie na plaży czekała już łódź, a nieco dalej – orka. I tyle go widziano.

***

Pozszywany mężczyzna znalazł się w krępującej sytuacji: leżał zupełnie nagi na stole operacyjnym, w obcym miejscu, z ręką wciąż wyciągniętą w stronę drzwi. Ręka nosiła ślady nieumiejętnych szwów i wyglądała, jakby jej elementy pochodziły z różnych źródeł. Słusznie.

Po odnalezieniu lustra kilka rzeczy stało się jasnych. Był zlepkiem – a może raczej zszywką – części, które w normalnych okolicznościach mogłyby co najwyżej minąć się na ulicy, a nie współistnieć w jednym ciele. Tęczówki oczu miały różne kolory, podobnie jak włosy na niektórych płatach skalpu. Skóra, sina i dopiero zaczynająca się zabarwiać pod wpływem krążącej krwi, również występowała w kilku odcieniach.

Gdyby na wyspie był ktoś jeszcze i chciał być miły, powiedziałby pewnie, że przypomina fascynującą ludzką układankę. Ale nikogo nie było. A on był sam. I było mu z tego powodu bardzo przykro. Bo choć nie urodził się z sercem, tylko je dostał, było ono dobre – dosłownie i w przenośni.

Dni mijały powoli. Odkrył, że lubi siedzieć na kamienistej plaży, obserwując fale i ptaki. Odkrył też, że wachlarz rozrywek na wyspie kończy się dokładnie w tym miejscu, ale nie przeszkadzało mu to. Mógł rozmyślać. A miał o czym – nie codziennie zostaje się poskładanym jak z klocków i ożywionym na stole operacyjnym. Jedynym, co mu naprawdę doskwierało, była samotność. Próbował rozmawiać z mewami, ale to nie to samo. Braki w słownictwie – po obu stronach – były nie do przeskoczenia.

***

Pewnego dnia sztorm, który wyglądał, jakby próbował pobić rekord w kategorii „najbardziej niepotrzebnie dramatyczny”, wyrzucił na brzeg łódź rybacką. W jej wnętrzu, przemoczona i trzęsąca się z zimna, ale żywa, była młoda kobieta. Po dłuższej walce z falami i wiatrem stanęła na mokrym piasku. Błyskawica rozświetliła niebo i w jej świetle dostrzegła budynek. Ruszyła w jego stronę.

Pracownia doktora nie była projektowana z myślą o estetyce. Mroczna, ponura, z burzą w tle wyglądała jak wyjęta z horroru. Ale miała jedną zaletę: w środku nie padało. Gdy tylko weszła i zobaczyła jedynego mieszkańca – który akurat jadł kolację i nie spodziewał się gości – zaczęła kwestionować, czy plaża nie była jednak lepszym wyborem.

Mężczyzna wstał. Słabo widoczne wcześniej szwy stały się wyraźne.

– Eee? – wymruczał, zaskoczony własną elokwencją. – Owsianki? – dodał rozpaczliwie.

Dziewczyna ostrożnie usiadła przy stole, unikając jego wzroku. W końcu spojrzała w jego różnokolorowe oczy i skrzywiła się. Chciała coś powiedzieć, ale jej mózg uznał, że dzień dostarczył już wystarczająco dużo wrażeń i czas je przeanalizować – najlepiej bez udziału świadomości.

***

Obudziła się na pryczy. Burza ucichła, za oknem było jasno. Nad nią – popękany sufit. Obok, na krześle, siedział pozszywany mężczyzna.

– Kim jesteś? – zapytała.

Zaskoczyło go to. W wyobraźni przygotowywał się na krzyki i wymachiwanie rękami, nie na konkretne pytania.

– Jestem… ja. Chyba – odpowiedział najuczciwiej, jak potrafił.

Dziewczyna uznała to za wystarczające.

– Ja jestem Liv – powiedziała, wskazując na siebie.

Powstrzymała pokusę, by sprawdzić, czy na jej rękach nie ma szwów.

– Gdzie jestem?

Nie wiedział, jak odpowiedzieć. Zaczął więc od początku.

***

Przez kilka dni rozmawiali. Liv opowiadała o świecie poza wyspą, o ludziach, którzy nie są zrobieni z części innych ludzi, i o tym, że życie bywa dziwne – choć rzadko aż tak dziwne jak on. Gdy morze się uspokoiło, zaproponowała, że może go zabrać ze sobą.

Spojrzał na nią, potem na swoje dłonie, i znów na nią.

– Świat może nie być gotowy na… mnie. A ja chyba nie jestem gotowy na świat.

Liv skinęła głową. Nie wyglądała na rozczarowaną. Raczej na kogoś, kto zrozumiał, że niektórzy ludzie są jak wyspy – samotne, ale niekoniecznie puste.

– Chciałabym ci coś zostawić – powiedziała. – Czy chciałbyś mieć imię?

Pokiwał głową. Nikt nigdy go o to nie zapytał.

Usiedli przy stole. Liv znalazła kartkę i ołówek, wypisała jak najwięcej imion – część wymyśliła, uznając, że to nie zaszkodzi. Potem zaczęła je czytać.

– Sven?

– Nie.

– Eryk?

– Mmm-mmm.

– Adolf?

– Coś mi w nim nie pasuje.

Przeczytała całą listę. Potem jeszcze raz. I kolejny. Nie chodziło o to, że imiona mu się nie podobały – po prostu czuł, że podejmuje ważną decyzję, a nigdy wcześniej tego nie robił.

– Zastanowię się – powiedział w końcu.

Niedługo potem się pożegnali. Pomógł jej wepchnąć łódź do morza. Pomachała mu i odpłynęła. Stał na plaży, aż zniknęła za horyzontem.

Potem wrócił do domu, usiadł przy stole i spojrzał na kartkę. Postanowił, że sam wybierze. Postanowił też, że fakt, iż nie umie czytać, nie będzie problemem.

Przesuwał palcem po papierze, zatrzymując się przy każdym imieniu. W końcu dotarł do słowa, którego kształt mu się spodobał. Postukał w nie dwa razy, jakby przypieczętowując decyzję.

Nie wiedział, jak brzmi. Ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze, że było jego.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Gratuluję debiutu i to już w dniu rejestracji. :) Bardzo oryginaly nick. :)

Zapraszamy do działu Publicystyka, gdzie można znaleźć ciekawe poradniki: językowe, dialogowe, zapisu myśli, interpunkcyjne oraz – autorstwa Drakainy – dla Nowicjuszy. :)

 

Wątpliwości oraz sugestie co do strony językowej (zawsze – tylko do przemyślenia):

Doktor – nazwijmy go tak, choć tytułu naukowego nigdy nie zdobył – nigdy wcześniej nie zaszedł tak daleko w swoich próbach ożywienia materii nieożywionej. – aliteracja i powtórzenia?

Gdyby na wyspie był ktoś jeszcze i chciał być miły, powiedziałby pewnie, że przypomina fascynującą ludzką układankę. Ale nikogo nie było. A on był sam. I było mu z tego powodu bardzo przykro. Bo choć nie urodził się z sercem, tylko je dostał, było ono dobre – dosłownie i w przenośni. – powtórzenia?

A miał o czym – nie codziennie zostaje się poskładanym jak z klocków i ożywionym na stole operacyjnym. – razem?

Dziewczyna ostrożnie usiadła przy stole, unikając jego wzroku. W końcu spojrzała w jego różnokolorowe oczy i skrzywiła się. – powtórzenie?

Liv opowiadała o świecie poza wyspą, o ludziach, którzy nie są zrobieni z części innych ludzi, i o tym, że życie bywa dziwne – choć rzadko aż tak dziwne (przecinek?) jak on.

Postanowił też, że fakt, iż nie umie czytać, nie będzie problemem. Przesuwał palcem po papierze, zatrzymując się przy każdym imieniu. – aliteracja?

 

Ciekawa opowiastka z nutą fantastyki i smutnym przesłaniem. :) Wiadomo, że pozszywany człowiek kojarzy się ze znaną od dziesięcioleci postacią sf, stworzoną już dawno temu i pokazywaną bardzo często na ilustracjach oraz w filmach grozy. :)

Klikam do Biblioteki dla zachęty, bo niewątpliwie fantastyka jest, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że powyższy szort to bardziej krótki, zdawkowy wstęp do obszernej, rozbudowanej powieści. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Co tu dużo mówić. Cieszę się, że dołączyłeś w końcu :) Bardzo mi się podobało. Daje ocenę i niestety nie dam klika, bo nie mogę. Ale jakbym mógł, dałbym :)

 

 

Melendur88

Presja go zjadła. A właściwie nie tylko presja.”

Druga część brzmi jak zapowiedź czegoś więcej, ale nic nie wynika z niej dalej.

To klasyczny fałszywy suspens – obiecuje, ale nie dowozi.

 

Orka czekająca przy łodzi

„gdzie na plaży czekała już łódź, a nieco dalej – orka”

Obraz ciekawy, ale niezakotwiczony fabularnie.

Czy to żart? Symbol? Fantastyka? Przypadek?

Bez dalszego kontekstu wygląda jak:

losowy absurd

albo niedopowiedziany element świata, który nigdy nie wraca

Czytelnik zapamięta orkę i będzie czekał na wyjaśnienie – które nie następuje.

https://www.wattpad.com/user/Pankovski

Cześć,

sympatyczny szorcik.

Gorzko-melancholijna miniaturka z nutą ironii na temat dobrze znanej postaci z Dr. Frankensteina (choć nasuwa się też skojarzenie z Wyspą doktora Moreau H.G. Wellsa) – ciekawe ujęcie.

Pozdrawiam i klikam.

Smutne i melancholijne opowiadanko o samotności i próbie pogodzenia się z nią. Momentami trochę ciężko się czytało, ale widać tu potencjał.

Sympatyczne, ale razi mnie połączenie ciepłej, idealistycznej w gruncie rzeczy historii z ironicznymi wstawkami narratora – jakbyś nie mógł się zdecydować, czy piszesz parodię czy może jednak na poważnie.

Wybiegł na chłód nocy, gdzie na plaży czekała już łódź, a nieco dalej – orka. I tyle go widziano.

Eee… Ale orki nie jedzą ludzi. Czasem wywracają łodzie i to może by przeszło, ale orka to faktycznie jedna z mniej prawdopodobnych opcji jeśli chodzi o wypadek na morzu.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Presja go zjadła. A właściwie nie tylko presja.”

Druga część brzmi jak zapowiedź czegoś więcej, ale nic nie wynika z niej dalej.

To klasyczny fałszywy suspens – obiecuje, ale nie dowozi.

 

Orka czekająca przy łodzi

„gdzie na plaży czekała już łódź, a nieco dalej – orka”

Obraz ciekawy, ale niezakotwiczony fabularnie.

Czy to żart? Symbol? Fantastyka? Przypadek?

Bez dalszego kontekstu wygląda jak:

losowy absurd

albo niedopowiedziany element świata, który nigdy nie wraca

Czytelnik zapamięta orkę i będzie czekał na wyjaśnienie – które nie następuje.

Hę? Ale tu wyraźnie chodzi o to, że tym, co zjadło “naukowca”, była właśnie ta przyczajona orka. Dla mnie to było jasne i czytelne.

 

Interesujący szort, choć pozostawia uczucie niedosytu. Zgadzam się z SNDWLKRem co do rozbieżności między treścią a stylem narracji, który trochę przeszkadzał w zanurzeniu się w tę historię.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Lokalna flora, zmęczona tym stanem rzeczy, poddała się – gdzieniegdzie spod śniegu wystawały tabliczki z napisem „do wynajęcia”.

Flora to ogół roślinności. Myślnik sprawia wrażenie, że to trawa z kwiatkiem wystawiły tabliczkę.

 

Wybiegł na chłód nocy, gdzie na plaży czekała już łódź, a nieco dalej – orka.

Orka? Taki czarno-biały waleń? Niech mi to ktoś wyjaśni… Bo to przecież nie pani orka, Presja imieniem?

Hej. Technicznie sporo do poprawki. Na przykład ten "kolor mokrej stali z kroplą atramentu". Barwa, którą ciężko sobie wyobrazić. Jak zmienia kolor stal, kiedy jest mokra i jeszcze polana atramentem? Przekombinowanie level master. Co do całości, to cóż, kopia "Frankensteina". I chyba tyle z mojej strony.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

I mnie pozszywany mężczyzna skojarzył się z dziełem doktora Frankensteina, ale nie ukrywam, że poza tym chyba się nie domyślam, co miałeś nadzieję opowiedzieć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, że dołączyłeś w końcu :)

Rozumiem, że to kolejna osoba, którą udało Ci się ściągnąć na nasz portal melendur88? Jeśli tak, to szacunek, im większa społeczność tym lepiej!

Momenty, które mi zgrzytnęły, może się przyda (postaram się nie powtarzać z poprzednimi komentarzami):

– ponownie metafora –

Brzmi bardziej jak notatka Autora.

Ale nikogo nie było. A on był sam.

Wystarczy jedno z tych zdań, był sam, już wiemy.

Nikt nigdy go o to nie zapytał.

Nikt nigdy go nie zapytał o nic, to już wiemy.

Postanowił, że sam wybierze. Postanowił też, że fakt, iż nie umie czytać, nie będzie problemem.

Chyba nie jest potrzebne to powtórzenie do podkreślenia. 

 

Powiem tak, do połowy byłem średnio zainteresowany, znany motyw z dzieła Frankensteina. Śmierć Doktora trochę taka, jakby na siłę. Końcówka jednak sympatyczna, szczególnie ostatnie zdania tekstu są dość smutne, melancholijne. Ostatni “rozdział” w mojej opinii udany i ratuje szorta. Z tego tytułu kliknę do biblioteki na zachętę. Gratuluję debiutu i zachęcam do dalszego pisania!

Witamy na portalu i mam nadzieję, że będziesz kolejnym aktywnym ogniwem portalu!

Pozdrawiam

You cannot petition the Lord with prayer!

Rozumiem, że to kolejna osoba, którą udało Ci się ściągnąć na nasz portal melendur88? Jeśli tak, to szacunek, im większa społeczność tym lepiej!

No, chyba trzecia , po pisze.po.swojemu, czarnej2 a teraz zmijateutonska ;) 

 

 

Melendur88

Świetna robota! 

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka