- Opowiadanie: CZARNA2 - Pomornik

Pomornik

  Witam.

Jest to pierw­sza hi­sto­ria, na tym forum. Wcze­śniej, przez jakiś czas byłam ak­tyw­na na We­ry­fi­ka­to­rium, pod imie­niem Iwon­ka. Była to bar­dzo wcią­ga­ją­ca  i po­ru­sza­ją­ca przy­go­da, z któ­rej wy­cią­gnę­łam bar­dzo dużo ko­rzy­ści.

Po­mor­nik, był ostat­nią ostat­nią hi­sto­rią, którą tam wsta­wi­łam. 

Wam po­zo­sta­wiam do oce­nie­nia czy dobrą.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pomornik

Nawia się zmie­nia­ła. Już nie była tym po­nu­rym miej­scem wiecz­ne­go mroku, desz­czu i roz­pa­czy, gdzie sza­la­ły upio­ry, a de­mo­ny miały po­żyw­kę z dusz, wam­pi­ry i wil­ko­ła­ki zaś – z krwi i ciał.

Nawia się zmie­nia­ła.

A to za spra­wą śmier­tel­ni­ka, który tra­fił tu i zdo­łał uciec. Skut­kiem jego czynu był pierw­szy wschód słoń­ca w tej kra­inie. Mrok za­czął być spy­cha­ny w Kąty i na Pust­ko­wia, gdzie wciąż jesz­cze swoje rządy spra­wo­wa­ły po­two­ry.

Nawet po­mor­ni­cy – isto­ty poza miej­scem i cza­sem z nie­ogra­ni­czo­ną po­tę­gą – tra­ci­li swą moc.

Dobre dusze zbie­ra­ły się w gro­ma­dy, two­rząc wsie i mia­sta.

Kie­dyś karcz­ma na roz­sta­ju dróg była nie do po­my­śle­nia. Tym bar­dziej przed Ką­ta­mi. Teraz każdy wę­dro­wiec prze­mie­rza­ją­cy te kra­iny mógł w niej od­po­cząć i zjeść.

O ile do­tarł do niej przed za­pad­nię­ciem zmro­ku.

Deszcz siekł z ukosa. Zim­ny­mi szpi­la­mi prze­bi­jał się przez weł­nia­ny płaszcz z kap­tu­rem, w który odzia­na była po­stać, pod­pie­ra­ją­ca się sę­ka­tym ko­stu­rem.

Przez wiatr prze­bił się od­głos wcią­ga­ne­go po­wie­trza, a bursz­ty­no­we oczy za­bły­sły, kiedy osob­nik wy­czuł słabą nitkę dymu. Skie­ro­wał się w tamtą stro­nę. Dłu­gie, za­ma­szy­ste kroki roz­chla­pu­ją­ce błoto i wzrost mogły su­ge­ro­wać, że jest to męż­czy­zna.

Karcz­ma była ledwo wi­docz­na w sza­rów­ce wie­czo­ru. Był to nie­du­ży, kwa­dra­to­wy bu­dy­nek o sło­mia­nej strze­sze i ni­skich drzwiach. Na ze­wnętrz­nych ścia­nach, krwią i po­pio­łem wy­ma­lo­wa­no mnó­stwo sym­bo­li, ża­rzą­cych się cie­płym, żół­tym bla­skiem. W miarę za­pa­da­nia ciem­ności, znaki ochron­ne zmieniły barwę na ja­skra­wą. Do­pó­ki drzwi będą za­mknię­te, żaden po­twór w nocy nie wej­dzie.

Przy­bysz tupał, wcho­dząc po scho­dach, nie­ja­ko ob­wiesz­cza­jąc swe przy­by­cie. Za­trzy­mał się przed wej­ściem z wy­cią­gnię­tą dło­nią, na któ­rej wid­nia­ła sieć drob­nych blizn. Chwi­lę się wahał, a potem pchnął drzwi i schy­la­jąc się, aby zmie­ścić wy­so­ką syl­wet­kę w ni­skim przej­ściu, wszedł do środ­ka. Klien­ci karcz­my od razu zwró­ci­li uwagę na no­we­go go­ścia. Roz­mo­wy uci­chły. Za­stą­pi­ła je dusz­na cisza, kiedy męż­czy­zna zrzu­cił z głowy kap­tur. Pa­skud­ne bli­zny, zdo­bią­ce po­licz­ki wy­glą­da­ły na ledwo za­go­jo­ne. Ale to nie one przy­ku­ły wzrok, lecz bursz­ty­no­we oczy o po­dwój­nych tę­czów­kach i he­ba­no­wy ko­stur w dłoni męż­czy­zny – mi­ster­nie ople­cio­ny czar­ną dra­twą, z prze­ple­cio­ny­mi me­ta­lo­wy­mi dro­bia­zga­mi, ko­lo­ro­wy­mi ko­ra­li­ka­mi i kru­czy­mi pió­ra­mi.

Męż­czy­zna po­ru­szył się po­wo­li i skie­ro­wał bez­sze­lest­ne kroki w stro­nę lady. Ciem­na kita nie­dba­le zwią­za­nych gę­stych wło­sów opa­da­ła na koł­nierz. Pa­sem­ka, które wy­mknę­ły się spod rze­mie­nia, oka­la­ły wy­chu­dłą twarz o za­pad­nię­tych po­licz­kach, a ostry nos, nada­wał mu sępi wy­gląd. Wra­że­nie to po­tę­go­wa­ły szczu­płe palce i wy­so­ka syl­wet­ka.

Blada bar­man­ka nie­mal ze­mdla­ła, kiedy pod­szedł. Wy­czu­wał od niej ostry fetor stra­chu, tłu­mią­cy inny, bar­dziej zie­mi­sty za­pach. Sły­szał spło­szo­ne myśli, roz­pro­szo­ne ni­czym stado ku­ro­patw przez ja­strzę­bia. Spoj­rzał na nią z góry.

– Czego ko­stuch… ja­śnie pan sobie życzy? – po­pra­wi­ła się szyb­ko, drżą­cym gło­sem.

Ko­stu­chy nie za takie rze­czy po­że­ra­li dusze. Po­dob­ni do upio­rów, na które po­lo­wa­li nie prze­pa­da­li za do­bry­mi du­sza­mi. Męż­czy­zna miał wra­że­nie, że mło­dziut­ka dziew­czy­na zaraz prze­wró­ci się z prze­ra­że­nia, albo uciek­nie.

– Je­dze­nia i po­ko­ju – od­parł chro­pa­wym gło­sem, cięż­kim i nie przy­wy­kłym do mowy.

– Mamy tylko kaszę z gro­chem – wy­ce­dzi­ła, trzy­ma­jąc się blatu. – I piwo.

– Może być – po­wie­dział. W sumie było mu wszyst­ko jedno, skoro i tak nie roz­róż­niał sma­ków.

Bar­man­ka nie­mal w pod­sko­kach skry­ła się na za­ple­czu, skąd sły­chać było przy­ci­szo­ne głosy.

Przy­bysz od­wró­cił się od baru, opie­ra­jąc ło­kieć o blat i lu­stru­jąc po­miesz­cze­nie. Spoj­rze­nia gości sku­pio­ne na nim cią­ży­ły bar­dziej niż prze­mo­czo­ny płaszcz, który roz­piął. Wyj­rza­ła spod niego skó­rza­na kurta oraz gło­wi­ce krót­kich mie­czy. Sie­dem osób bę­dą­cych w po­miesz­cze­niu po­wró­ci­ło do roz­mów przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi. Ko­stuch wy­pa­trzył pustą ławę w kącie sali nie­da­le­ko pa­le­ni­ska, usta­wio­ną tak, że świa­tło tam nie do­cho­dzi­ło. Le­ni­wie ru­szył w tam­tym kie­run­ku, ka­piąc wodą, zo­sta­wia­jąc błot­ni­ste, tłu­ste ślady i po­stu­ku­jąc ko­stu­rem.

Po­wie­sił płaszcz, aby wy­sechł, a sam roz­parł się na drew­nia­nej ławie opie­ra­jąc plecy i ko­stur o cie­płą ścia­nę. Wy­cią­gnął dłu­gie nogi pod sto­łem.

Cze­kał, pod prawą ręką mając szty­let, a pod lewą cięż­ką torbę. W chwi­lę póź­niej znana mu bar­man­ka przy­nio­sła jadło, zo­sta­wi­ła klucz i ode­szła, od­pro­wa­dza­na wzro­kiem kilku męż­czyzn. Do po­mor­ni­ka do­le­cia­ły strzęp­ki brud­nych myśli. Nie wni­ka­jąc w nie głę­biej, za­brał się za je­dze­nie, omi­ja­jąc wzro­kiem roz­my­te w cie­płym świe­tle po­sta­cie. Wy­star­czy­ło, że je sły­szał, a już go mdli­ło. Samo prze­by­wa­nie w to­wa­rzy­stwie tych istot było dla niego bo­le­sne.

Mrok gęst­niał na ze­wnątrz, a belki karcz­my de­li­kat­nie drga­ły, ję­cząc śpiew­nie od nad­mia­ru mocy, za­trzy­mu­ją­cej się na nich. Roz­mo­wy stały się nie­mra­we, cich­sze, wy­cze­ku­ją­ce, a wy­stra­szo­ne myśli pi­ko­wa­ły w dół po spi­ra­li stra­chu, się­ga­jąc nie­mal dna. Na wierzch wy­cho­dzi­ły mrocz­ne in­stynk­ty, w dzień po­grze­ba­ne pod do­brym wy­cho­wa­niem i brud­ne kal­ku­la­cje: kogo po­świę­cić w razie pęk­nię­cia znaku.

Po­mor­nik, zmę­czo­ny tym wszyst­kim, udał się do po­ko­ju. Za­pie­czę­to­wał od we­wnątrz drzwi i okna, a spło­szo­ne myśli z dołu za­mil­kły. Usiadł na do­brze wy­pcha­nym ma­te­ra­cu, wpa­tru­jąc się w jeden punkt: szcze­li­nę po­mię­dzy de­ska­mi, którą po­wo­li za­skle­pił siłą woli.

Około środ­ka nocy obu­dzi­ły go krzy­ki i łomot do­cho­dzą­ce z dołu. Raz za razem sły­chać było ciało ude­rza­ją­ce o deski. Na­krył głowę cien­kim kocem ale po­tę­pień­cze wrza­ski nie usta­wa­ły. Gdzieś po­mię­dzy nimi wy­ło­wił czu­łym słu­chem płacz bar­man­ki, a w nim fał­szy­wą nutę.

– Pier­do­lić – mruk­nął po­dej­mu­jąc de­cy­zję. Zwlókł się z pry­czy i szyb­ko zszedł na dół, ści­ska­jąc w gar­ści ko­stur.

Czuł jak za­klę­cie chro­nią­ce drzwi kru­szy się, rwie co nie po­win­no mieć miej­sca.

Bar­man­ka le­ża­ła na brzu­chu, a wokół niej rosła ka­łu­ża krwi ze zła­ma­ne­go nosa. Mimo ob­ra­żeń i nie­wąt­pli­we­go bólu, szar­pa­ła się, prze­kli­na­jąc pod klę­czą­cym na jej ple­cach męż­czy­zną. Drugi trzy­mał jej ręce.

– Za­bi­ła Miet­ka i Da­szbo­ra – wy­sa­pał jeden z nich, a po­mor­nik au­to­ma­tycz­nie od­na­lazł wzro­kiem dwie zma­sa­kro­wa­ne po­sta­cie. – I drzwi chcia­ła otwo­rzyć.

Za­marł na widok zsza­rza­łej twa­rzy ko­stu­cha. Bli­zny ja­rzy­ły się na złoto, roz­stę­pu­jąc lekko na obrze­żach i uka­zu­jąc barwę so­czy­stej czer­wie­ni. Gorąc bi­ją­cy od po­sta­ci przy­wo­dził na myśl wul­kan z ko­tłu­ją­cą się we­wnątrz lawą. Cała twarz wy­glą­da­ła jak po­skła­da­na z ka­wał­ków ciem­nej por­ce­la­ny i za chwi­lę miała się roz­le­cieć, a same oczy błysz­cza­ły zło­tem.

– Tam zo­stał mój brat! – za­wy­ła dziew­czy­na, a po­mor­nik nie wy­czuł w jej krzy­ku kłam­stwa.

Z pię­tra za­czę­li scho­dzić go­ście. Sły­szał ich na­tręt­ne myśli, nie­zbyt przy­chyl­ne i miłe. Nawet im się nie dzi­wił, zna­jąc krą­żą­ce hi­sto­rie o jemu po­dob­nych.

Spoj­rzał na dwóch męż­czyzn, klę­czą­cych przy dziew­czy­nie, a ci jak na roz­kaz pu­ści­li ją, kry­jąc się po ką­tach. Drzwi pu­ści­ły, zanim bar­man­ka zdo­ła­ła się pod­nieść. Prze­kro­czył nad nią, wy­czu­wa­jąc za­pach świe­żo sko­pa­nej ziemi. Ob­ró­cił w dło­niach ko­stur i zanim mrok roz­prze­strze­nił się w po­miesz­cze­niu, ga­sząc wszel­kie świa­tło, wbił go w pod­ło­gę, szep­cząc za­klę­cia.

Ciem­ność na mo­ment zdła­wi­ła opór, a potem roz­bi­ła się o po­mor­ni­ka, roz­sz­cze­pia­jąc na czę­ści i pró­bu­jąc do­trzeć do ludzi. Zgar­nia­na świe­tli­sty­mi zło­ty­mi smu­ga­mi w kąty, była wy­py­cha­na na ze­wnątrz śpiew­nym, me­ta­licz­nym drga­niem ko­stu­ra do mo­men­tu, aż drzwi za­trza­snę­ły się z hu­kiem.

Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li po­mor­nik pod­niósł się z klę­czek, na które rzu­ci­ła go moc. Cięż­ko dy­sząc, spoj­rzał na bar­man­kę. Jej ciało drga­ło od licz­nych ran, które po­ja­wi­ły się zaraz po otwar­ciu drzwi. Na­chy­lił się nad nią do­ty­ka­jąc lo­do­wa­tą dło­nią jej głowy.

- Retus, indus tsel. Ader er san­der – wy­szep­tał, a krzyk dziew­czy­ny niósł się po karcz­mie.

Ciało szyb­ko roz­pa­da­ło się, a wątła smuga jaka snuła się znad niego, zo­sta­ła wchło­nię­ta przez ko­stur. Kiedy wszyst­ko znik­nę­ło, ze­brał na dłoń reszt­kę krwi z pod­ło­gi i wy­szedł na ze­wnątrz, że­gna­ny przez nie­na­wist­ne spoj­rze­nia i ciszę.

Za­mknął drzwi i do­ry­so­wał krwią dziew­czy­ny bra­ku­ją­cy ka­wa­łek znaku ochron­ne­go, który star­ła. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy kto­kol­wiek z nich wszyst­kich wie­dział, że dziew­czy­na była mar­twa na długo przed tym, zanim tu do­tarł.

Wy­sta­wił twarz do pierw­szych pro­mie­ni słoń­ca i ru­szył w dal­szą drogę.

Koniec

Komentarze

Gratuluję ci pierwszego tekstu tutaj NF :) 

Dodam, że koleżankę znam i ją tutaj zaciągnąłem :)

 

Tekst co prawda – ma trochę błędów, ortografii. Nie będę tego oceniał błędu, bo sama wiesz :) Wymaga to pracy i w końcu porządnego sprzętu ktróry się nie zawiesza ;)

 

Lecz skupię się nad tym co, dobre. 

 

Po za wskazanymi błędami stylistycznymi, trafie czujesz i widzisz sceny. Np opis:

Zamarł na widok zszarzałej twarzy kostucha. Blizny jarzyły się na złoto, rozstępując lekko na obrzeżach i ukazując barwę soczystej czerwieni. Gorąc bijący od postaci przywodził na myśl wulkan z kotłującą się wewnątrz lawą. Cała twarz wyglądała jak poskładana z kawałków ciemnej porcelany i za chwilę miała się rozlecieć, a same oczy błyszczały złotem.

bardzo mi się podoba. i chociaż znajdą się tacy którzy doszukają się w nich jakiś błędów naprawdę umiałaś dobrać tak słowa, że ja sobie to wyobraziłem :) 

 

Choć nie mam możliwości głosu, to mogę tylko powiedzieć, że naprawdę samo opowiadanie i koncept super zarysowany i fajnie by było zobaczyć kontynuację :)

 

Zacytuję kogoś z innej platformy :)

Podobało mi się, że informacje wplatasz w opowieść, starasz się nie podawać łopatologicznie. Nie piszesz „był to mężczyzna wysoki, nie rozróżniał smaków”. Piszesz „wzrost mógł sugerować, że był to mężczyzna” oraz (o wyborze dania i trunku) „było mu wszystko jedno, skoro i tak nie rozróżniał smaków”. Jest tego więcej i jest to dobre.

I podpisuję pod tym wszystkimi możliwymi kończynami. 

 

 

Zastanawiające dla mnie jest kim jest ten naprawdę ten pomornik, co to za świat który jest stworzony. Wygląda naprawdę mrocznie i interesująco. 

 

Melendur88

CZARNA2, niewiele ponad osiem tysięcy znaków to jescze nie opowiadanie. Bądź uprzejma zmienić oznaczenie na SZORT.

Na tym portalu opowiadania zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków.

Sugeruję też, byś zajrzała do poradnika Drakainy: Portal dla żółtodziobów.

Powodzenia! 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję, dyżurnemu za zwrócenie uwagi. Tag zmieniony, poradnik przeczytany. Pozdrawiam Czarna

Dziękuję, CZARNA2. 

Nicki widoczne nad tekstem to nie są prawdziwi dyżurni, to echo dawnych czasów, ale się ostały i nic nie można z nimi zrobić. Nie pytaj dlaczego. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka