- Opowiadanie: erwinspiotr - Żmij - Prolog 2/n

Żmij - Prolog 2/n

Kolejna część prologu powieści “Żmij”

Oceny

Żmij - Prolog 2/n

– To ma… to musi wyglądać na podpalenie.

Głos był mocny i zdecydowany, nawykły do wydawania rozkazów i służbowych poleceń, niezdolny zaś do kwestionowania i odmowy. 

Gdzieś z dala od wścibskich oczu, w starym, zrujnowanym budynku po dawnym PGR-ze, w którym lokalna patologia urządzała sobie weekendowe libacje, spotkało się dwóch mężczyzn. Mieli do omówienia sprawę wymagającą wzajemnego zrozumienia i pełnej dyskrecji. 

Prowadzący rozmowę pan w błyszczącym garniturze i krzykliwym krawacie silił się na elegancję. Nosił skórzane buty, których bezskutecznie starał się nie zabrudzić. Przyczesany włos, złoty łańcuch pod różową koszulą i sygnet na palcu dopełniały wizerunku. 

Jego rozmówca natomiast przedstawiał widok dość typowy dla człowieka, który nie tylko zmaga się niewydolnością wątroby na co wskazywała ziemista cera i przekrwione oczy. Wytarta kurtka, zniszczone spodnie i ogólna niechlujność wskazywały na kłopoty z płynnością finansową. Człowiek ten nie przywiązywał wagi do swojego wyglądu, a na pewno nie bardziej niż do zawartości butelki którą wolno opróżniał. 

Był dość ciepły wieczór jak na tę porę roku, słońce już prawie zaszło, a ostatnie promienie gdzieś z oddali malowały na czerwono ściany rudery. 

Jak do tej pory spotkanie przebiegało w napiętej atmosferze. Nie pierwszy raz mężczyzna w garniturze zwracał się z nietypowym i wątpliwie moralnie zadaniem, a obdartus nie raz i nie dwa podejmował się je wykonać, za odpowiednią zapłatą oczywiście. I tym razem pieniądze były przedmiotem napięcia. 

– Rozumiemy się? – spytał mężczyzna dłubiąc wykałaczką w zębach.

Niby tak, ale normalnie, w takich sytuacjach raczej wymaga się aby rzecz raczej wyglądała na wypadek. A ten wyraźnie żąda podpalenia. Co zrobić, klient nasz pan, pomyślał zleceniobiorca. 

– W kwestii finansowej… – dodał odpowiedział obdartus właśnie, a Szpunar mu było na nazwisko, imienia nikt nie pamiętał. Chodziły nawet plotki, że takiego nie posiadał, że urodził się i został tylko z nazwiskiem. 

– Tu jesteśmy zgodni – powiedział przerwał tamten. – Bez obaw. Jak sprawa pójdzie gładko, ja zapomnę o tych długach, które się u mnie, i nie tylko, uzbierały. Może nawet zeszyt w sklepie gdzieś się zawieruszy, albo kartki skleją nie tam gdzie trzeba. Kto wie? 

Szpunar niechętnie pokręciła głową. 

– Chyba jednak nie mamy zgodności – powiedział kwaśno. – Umorzenie długów to piękny gest, nie przeczę, serce mi się kraja. Łzę nawet uronię, taki jestem wzruszony, tylko później, nie przy ludziach bo na wstydliwość od dziecka choruje. Ale za to się rodziny nie wyżywi.

– Przecież ty nie masz rodziny – zdziwił się mężczyzna.

Przepychali się jak na tureckim bazarze. 

– Ale pani do której chodzę ma! – krzyknął Szpunar poirytowany, nie wiadomo na kogo bardziej, mężczyznę czy swoją panią. – A ona sobie słono liczy za nasz czas. Jak się z nią ożenię, to taniej mi wyjdzie, wtedy mniej będę liczył za robotę. Ale widzisz pan, na wesele nie mam póki co. 

Mężczyzna westchnął głęboko, bo nużyła go ta rozmowa. O jakieś grosze się będzie wykłócał, łachmyta. Ale nie odpuszczę, pomyślał, ani grosza. Nie ma mowy.  

– Jak mówi nasz ksiądz proboszcz, chciwość prostych ludzi jest pierwszym stopniem do degradacji społeczeństwa.

– Przyjrzyj mi się pan – powiedział Szpunar gniewnie. – Ja tak żyję. I ja te wszystkie stopnie biegiem pokonałem. Po za tym, chyba coś mi się od życia należy, nie? Za służbę ojczyźnie chociażby. Po za tym, sprawa jest dość skomplikowana. Sprzętu nie mam odpowiedniego, a to kosztuje. Ludzi muszę opłacić…

– Tak, tak…

Wszystko kosztuje, pomyślał mężczyzna, ostatnio coraz więcej nawet. I to nie koniecznie w pieniądzach, dodał.

– Jakby tego było mało, za taki numer można iść pierdzieć w pasiak, bez dwóch zdań. I to na dłuższą metę. Nie, za zeszyt to mi się nie kalkuluje. 

Mężczyzna w garniturze słuchał tych wypowiedzi spokojnie, bo znał procedurę. Tańczyli w świetle zachodzącego słońca, romans wisiał w powietrzu. Krok w przód, dwa kroki w tył, jeden w bok, byle wspólnie do celu, takie są prawidła negocjacji. Tu się trochę potarguje, tam opuści, zezłościć się trzeba i tupnąć nogą, jak i okazać zrozumienie. Koniec końców trzeba przejść całą wyboistą drogę tanecznym krokiem.

– A jak wiatr mocniejszy zawieje – kontynuował Szpunar – to i cała wieś może być poszkodowana. Ogień nie wybiera, to jest żywioł. Ktoś inny może stracić, a ja sąsiadów na bruk posyłać nie chce dla własnej korzyści. I tak jest wszystkim trudno bez tego. 

Tu akurat Szpunar delikatnie mijał się z prawdą. W okolicy mówiono, że Szpunar sprzedałby sąsiada za paczkę fajek. 

– To musi być pożar. I to będzie pożar, z tobą czy bez ciebie – odparł zdecydowanie mężczyzna w garniturze. – Obozowisko, las, wszytko ma spłonąć, do gołej ziemi… 

– Albo by ich przekopać – zaproponował ochoczo Szpunar. – Mam do tego odpowiednią ekipę, i narzędzia też się znajdą. To zawsze pomaga. I sportu i rozrywki trochę człowiek zażyje. Nie jeden kij wbił więcej rozumu do głowy niż lata w szkole. Człowiek od razu przychylniejszy się robi. Można też kilku chłopaków z posterunku skrzyknąć i po sprawie… 

– Wykluczone. To nie są jakieś gangsterskie porachunki. Po za tym policja ma inne obowiązki. 

Zapadło krępujące milczenie. Obaj dobrze wiedzieli jakie policja ma zadania, nie wiele z nich faktycznie różniło się od tego, co proponował Szpunar. 

– Tu nie chodzi o interwencje zbrojną, ani o lekcje perswazji. Ten etap mamy już za sobą. Chodzi o to żeby pozbyć się szkodników i użyźnić glebę. To jak z wypalaniem traw – powiedział cedząc słowa z nienawiścią. – No, mam nadzieje, że to jasne – rzucił na odchodnym i skierował się do wyjścia.

– Hola, hola – krzyknął Szpunar. – Panie starszy, nie tak prędko. 

Mężczyzna w garniturze zawrócił ze swojej drogi, rzucając gniewne spojrzenia. 

– Niby jesteśmy dogadani, ale ogólnie jedynie. Bo i jesteśmy po tej samej stronie nawet. I ja uważam, że potrzeba nam oczyścić się z tych brudasów. 

– Świetnie, niech to poczucie misji będzie gratisem, dodatkową motywacją. 

Na dźwięk słowa gratis mina Szpunarowi stężała.

– Ja nie jestem operator komórkowy żeby coś w gratisie dawać – oburzył się. – Społecznie też tego robić nie będę. Albo pan porządnie płacisz albo spadam i pare osób się o tym dowie…

Mężczyzna podniósł brwi, jakby niedowierzając. Musi być, że się przesłyszałem, pomyślał.

– Słucham? Że jak? Grozisz mi? – zapytał grzecznie acz stanowczo. Podszedł do Szpunara energicznym krokiem zaciskając do tego pięści – Grozisz mi, chamie? Mi? Ty wiesz z kim rozmawiasz? Donosem mnie straszysz?

Szpunar instynktownie cofnął się w tył. Grał ostro, za ostro nawet i chyba przelicytował. 

– Zniszczę cię, chamie! Zgniotę jak robaka! Nie wyjdziesz z tej obory!

– Spokojnie. Tak mi się głupio palnęło. Zapomnijmy o tym.

– Wyłażą na wierzch stare przyzwyczajenia?

Poprawił krawat. Przejechał dłonią po swoich jasnych i rzadkich włosach. Ochłonął nieco. 

Biznes, pomyślał. Najważniejsze to rozbić ten biznes, potem się najwyżej robaka zatłucze. 

– Dobra, gadaj czego ci trzeba… Tylko się streszczaj!

– Te kwestie finansowe rozwiążmy najpierw. 

– Słucham. Co proponujesz?

– Niby jesteśmy zgodni, to fakt, ale mi się trochę budżet nie spina. Bo jak tak sobie myślę, na szybko licząc, to taka prowokacja to jednak droga impreza. Ja i tak po kosztach robie. A jakby nie patrzeć, całe ryzyko moje. 

Szpunar zrobił sugestywną pauzę, czekając reakcji. Mężczyzna jedynie podniósł brwi pytająco, chciał w końcu wiedzieć ile, bo przecież już słyszał te wymówki a nic o konkretnych kwotach. 

– To ja na głowie milicję mieć będę, pewnie i prokuratora też. Wpadka i idę prosto do kici. Kto wie na jak długo. 

– O to, to ja bym się nie martwił, naczelnik jest z nami. Z prokuratorem też się dobrze znamy, krzywdy swoim nie zrobi. Mamy plecy zabezpieczone – odparł tamten całkiem spokojnie. Opanował się do tego stopnia, że nawet brew mu nie drgnęła. – W zasadzie to naczelnik sam się pali aby się rozprawić z tym towarzystwem, no ale jednak jemu nie wypada. Służba, wiecie, takie przepisy…

Szpunar nieco się zakłopotał, bo na jaw wyszły informacje których istnienia słusznie podejrzewał ale nie był do końca pewien. Przewaga negocjacyjna topniała, po za tym, pętla na szyi zaciskała się coraz bardziej.

– Bo wiecie, władza musi mieć czyste ręce – dodał mężczyzna w garniturze jakby rozbawiony.

– Że niby ja mam brudne łapy? – dopytał gniewnie Szpunar biorąc słowa zbyt dosłownie. – A jeśli nawet, to dlatego że nie mam wyboru. 

– Ja nikogo nie oskarżam. Po za tym, ty tego nie robisz dla mnie. Ani naczelnika. Po prostu trzeba zrobić porządek z tymi brudasami. Do pracy nie pójdą, handlują nie wiadomo czym, podatków nie płacą, obozują gdzie popadnie, żadnych papierów nie mają. To podkopuje autorytet całej gminy. Ludziom, dobrym ludziom, co chwila coś z domu czy zagrody ginie. Tak dłużej być nie może. Musimy działać.

Zrobił kilka kroków dookoła Szpunara. 

– A tobie przypadkiem anteny satelitarnej z dachu wiatr nie porwał? Czy może nóg dostała?

Szpunar twierdząco milczał. 

– A Staremu Pawłowskiemu, w Nysce paliwo samo co chwila wyparowuje?

To też była prawda, pomyślał. 

– A Kulej, nowiutki telefon co to przywiózł sobie z Niemiec, od razu przesiał? I to już któryś z kolei, z tego co pamiętam. O reszcie przypadków nie wspomnę, bo całą noc by można tak przegadać. 

Szpunar zgodził się niechętnie, w duchu dodając, że dwa z trzech fantów przehandlował na bazarze. Ale czy ten świński elegancki coś wiedział, czy tylko insynuował? 

– Ja mówię dość. Policja ręce ma związane, bo prawo ich nie dotyczy. Ale starczy, niech pasożyty sobie innego gospodarza szukają. A jak im się tak strasznie tu podoba, to trzeba im pokazać, raz a dobrze, jak się żyje między cywilizowanymi ludźmi. A jak nie, to są inne miejsca na świecie niż nasze Krzemiony. Tak?

Może do innych te racje trafiały bezbłędnie, Szpunar jednak był na cztery kopyta kuty. Ci niby obcy byli tu od pokoleń, sam doskonale pamiętał jeszcze za dzieciaka jak dziadek opowiadał, że w okolicy mieszkali od zawsze. Także taka nagła nienawiść musiała mieć jakieś solidne wsparcie, nie lada zaplecze finansowe musiało za tym stać. 

– Po dychu na łeb, bo dwóch chłopaków będę musiał wziąć, plus te znikające długi i mamy umowę – powiedział wyciągając rękę do zgody. 

Hardo, zdecydowanie. Ale tak trzeba. Tak się negocjuje. 

Mężczyzna w garniturze przygotowany był nawet na dwukrotność tej ceny, a i tak tanio by mu wyszło. Mimo to zrobił groźną minę, udając że przelicza w głowie ofertę, waha się, koniec końców zeźlony wyciągnął rękę na zgodę grając va banqe.

– Po dwa. Albo biorę Ukraińców. Im taka robota nie straszna.

Szpunar z kolei gotów był zaakceptować połowę kontroferty, myśląc że i tak nieźle mu się trafia. 

Z równie skwaszoną miną, spojrzał w kierunku sufitu, jakby tam szukając podpowiedzi. Ostatecznie wyciągnął dłoń na zgodę. 

Taniec można było uznać za udany, wszyscy byli zadowoleni.

– Tylko pamiętaj, to ma wyglądać na wypadek… tyle teraz nieszczęść chodzi po ludziach – powiedział na odchodnym mężczyzna w garniturze śmiejąc się sam do siebie.  

– Wszystko w tym kraju jest jakby dziełem wypadku – odparł Szpunar, przeliczając w głowie zysk na godziny jakie będzie mógł wykupić u swojej pani.

 

***

 

Jak na środek nocy, bliżej rana nawet, było dość widno. Drogę pośrodku gęstego lasu oświetlał tylko księżyc będący niemal w pełni. Wysłużona Nyska Maurycego Pawłowskiego posuwała się do przodu trochę po omacku, bo mimo nieboskiej pory samochód jechał bez włączonych świateł. Bezpieczeństwo jazdy było wystawione na próbę, śmierć czyhała na każdym zakręcie, a mimo to niechęć do zwracania na siebie uwagi zwyciężała. 

Wedle pierwotnego planu jaki Szpunar przygotował i nakreślił wspólnikom naprędce, na akcje jechać mieli kradzionym zdezelowanym Polonezem Caro, który jeszcze poprzedniego ranka stał zaparkowany, czy raczej porzucony na parkingu przylegającym do jednego z dużych marketów w mieście. Za szybą wciąż miał przyklejoną kartkę papieru z numerem telefonu właściciela oraz napisem “Na sprzedaż”.  

Pojawiły się jednak przeszkody, które kazały ten plan mocno zmodyfikować. Sam Szpunar kraść aut nie potrafił, jego podwykonawcy również nie mieli większego doświadczenia w tej materii. Po za tym obowiązywała go tajemnica handlowa – Szpunar nie ufał nikomu i niczemu. Do tego stopnia, że nawet kamratom nie zdradził prawdziwego powodu nocnej wycieczki, wymyślając coś bardzo bliskiego prawdy w zamian. 

– Masz benzynę? – spytał kierującego pojazdem Pawłowskiego. 

Poprzedniej nocy osuszył bak Nyski i nie był pewien ile zostało, toteż obawiał się, czy nie zabraknie im paliwa na powrót i nie utkną gdzieś pośrodku lasu, stając się łakomym kąskiem dla ewentualnych organów ścigania. 

– A widziałeś ceny ostatnio? – odparł kierowca. – Podpałkę do grila zamiast tego mam. 

– Na powrót czy starczy pytam, matole. Co mnie twoje grilowanie obchodzi?

– Starczy, starczy – odpowiedział Pawłowski wpatrując się w wskaźnik poziomu paliwa. Choć jego głos wcale nie raził pewnością siebie. 

– To ja za to wam płacę, żeby na akcje były przygotowane rekwizyty, tak? Auto miało być zalane po korek, po dwie stówy na głowę dostaliście na ten cel – burknął Szpunar. 

– No właśnie, a we trójkę jedziem. To dlaczego ja miałem za paliwo płacić? Mało, że wóz udostępniam? Niech się Kulej dorzuci. Co łaska. 

– Mauryc, ty to jednak stary sknera jesteś – powiedział Wincenty Kulej, trzeci z najemników. – Za prąd musiałem zapłacić. Długi mam. A ty masz forsy jak lodu, od tych niemców… ściany dolarami możesz tapetować a ci pare groszy na paliwo szkoda…

– A ja to co? Dzieci nie mam, żeby ich karmić nie musiał? Jedno na studiach, drugie… I co ty sobie myślisz, że oni mi te pieniądze za darmo do ręki dają? Jak wół haruje… zresztą, po ostatnim wypadku to mam tylko rachunek ze szpitala na pamiątkę. Goły jestem…

– Dość, dość! – krzyknął Szpunar. – Na szczęście ja zabrałem ze sobą kanister. Tak żem czuł, że to się tak skończy. Dać wam kasę z góry… To, co mam powinno wystarczyć. A potem się rozliczymy – rzucił w stronę Pawłowskiego.

– Sknera – syknął Kulej do kierowcy. 

– Swoją droga, dobrze chłop kombinuje – odparł z humorem Szpunar. – Ceny owszem, kosmiczne. A taki samochód musi palić jak smok. I to pewnie tej najdroższej? Takiej limuzynie to pewnie nie żałujesz najlepszego paliwa, co Mauryc? Czy podpałkę lejesz? – zaśmiał się ze swojego żartu, a śmiech ten przeszedł płynnie w kaszel. 

– Do pożaru iskra starczy. Będzie dobrze – odparł poważnie Pawłowski. – A trawa sama się w zasadzie pali.

– Pogoń Kuleja, żeby ci ten wodny silnik zamontował, będzie taniej – zachichotał Szpunar. 

W zasadzie to było mu wszytko jedno, w razie czego, jakby coś poszło nie tak, można będzie winę zwalić na Pawłowskiego, że nie dopatrzył. Tylko wtedy raczej nie otrzyma drugiej transzy za robotę, pomyślał. 

Zjechali z asfaltowej drogi i skierowali się głębiej w las. 

– Gdzie ty jedziesz? – spytał Kulej zaskoczony. – Przez cały las bez świateł chcesz przejechać? Pozabijasz nas, na pierwszym drzewie się rozbijemy…

Nie było wyboru. Żeby dostać się na miejsce niezauważeni musieli przejść przez łąki jak i bagna. Tyle, że po za Szpunarem nie wiedzieli gdzie dokładnie jadą, lokalizacja była tajemnicą do tego stopnia, że jechali w ciemnościach bez świateł, poruszając się zgodnie ze wskazówkami Szpunara. 

– A jak ty myślisz się tam dostać? – spytał Szpunar szyderczo. – W biały dzień byś chciał przyjechać, rzucić ogień a potem ścigać się z wiatrem? 

Po wyrazie twarzy można było dostrzec, że Kulej nie przygotował odpowiedzi na tak postawione pytanie. Zdał się po prostu na innych, jak zwykle zresztą. 

Obaj pomocnicy z grubsza wiedzieli w jakim celu była ta ekspedycja. Chodziło o wypalanie traw, zasiewów czy co tam rolnicy hodują na polach. Gdy jednak podpytali dlaczego musi to być pod osłoną nocy zrobione i do tego w całkowitej tajemnicy, co raczej prowokowało więcej pytań niż odpowiedzi, project manager odparł, że sprawa jest jak najbardziej słuszna, choć owszem, może wydawać się trochę podejrzana i nie do końca legalna, ale za to pieniądze są prawdziwe. A jeśli już ich tak bardzo interesowało, to chodziło o ubezpieczenie.

– Jakby to powiedzieć, idzie o to, żeby pieniądze wróciły do prawowitego właściciela – powiedział siedząc przy stole w domu Pawłowskiego. – Żeby było sprawiedliwie. 

To było dwie noce temu. Dwie nieprzespane noce dla Kuleja i Pawłowskiego, których dręczyła niepewność. I pogłębiający się debet na koncie. 

– Czyli, że co? – spytał tępo Pawłowski.

– Czyli że musimy obejść przez bagna, ptasi móżdżku – odparł Szpunar.

Kazał Pawłowskiemu zatrzymać samochód dokładnie w miejscu, w którym się znajdowali, idealnie pośrodku niczego.

Wysiedli z Nyski. Kulej wraz z Szpunarem wyciągnęli z bagażnika gumowe obuwie, długie aż po samą miednicę. Kulej amatorsko łowił ryby, stąd taki ekwipunek u niego na stanie, Szpunar zaś amatorsko kradł. 

– A gdzie dla mnie? – spytał Pawłowski czekając aż i on dostanie swój przydział sprzętu.

– Jak to gdzie? Nie zabrałeś ze sobą? – spytał Kulej. 

Maurycy pokręcił przecząco głową co sprawiło, że obaj wybuchnęli, rechocząc śmiechem. Śmiechem, który u Szpunara płynnie przerodził się w duszący kaszel. Postronnym zawsze wydawało się, że tym razem zakaszle się na śmierć, ale po chwili cudownie wracał do zdrowia. 

– Nikt mi nic nie powiedział – odparł zmieszany Pawłowski.

– To tobie, ośle, wszystko trzeba mówić? Ile ty masz lat?

– A po cholerkę nam wam te wodery? 

Kulej pospieszył z wyjaśnieniami, że nocą po podmokniętych łąkach w szmacianych bucikach to może być raczej chłodno, wilka można złapać, a taki pechowiec jak Pawłowski to gruźlice nawet. I umrzeć potem. A przezorny zawsze ubezpieczony, bo to przecież o ubezpieczenie cały czas chodziło.

– Ty przez bagna chcesz na bosaka iść? Taki mądry jesteś? Czy taki głupi? Bo ja już się gubię – dopytywał się Szpunar.

– Przez bagna? – zdziwił się Kulej tym razem. – Bagna to właśnie obejść mieliśmy. Do tego w środku nocy? To przecież pewna śmierć. Myślałem, że to pole to gdzieś tu, za miedzą. A my koło robimy na cały powiat. 

– To jest niedaleko, ale zrobić trzeba tak, żeby nikt nie wytropił śladów, od bagien trzeba iść. Nie chce żeby nas ktoś zobaczył albo psy wyniuchały – odparł Szpunar, który po za tym, że był złodziejem, kłamcą, krętaczem i donosicielem, był także zdolnym paranoikiem. 

– To ja zaczekam w samochodzie – powiedział Pawłowski. – Jakby co, podjadę po was… 

Szpunar, który mimo wszystko, legalnie czy nie, był zwolennikiem zasady, iż w życiu aby zarobić, należy się jak najmniej narobić, i również uważał, że marsz przez bagna to trochę zbytni i niepotrzebny wysiłek. Jednak cenił sobie życie z drugiej strony więziennej kraty. A jego własna paranoja podpowiadała mu, że nadkładanie drogi i mylenie tropów będzie najbezpieczniejsze. 

– Odpada. Nikt nie zostaje w samochodzie. Ostatnie co nam trzeba, to żeby cię proboszcz przyłapał. 

Mijał dokładnie rok odkąd ksiądz proboszcz sam siebie wyznaczył jako obrońcę moralności. Każdej nocy przemierzał wieś, las i wszelkie zakamarki podlegające pod jego parafię i jurysdykcje w poszukiwaniu zepsucia, rozpusty i rozwiązłości, których to było pełno w tych lasach, jak mu się wydawało. A wtedy nikt nie mógł czuć się bezpieczny. 

Ani dziewczyny pracujące przy drodze, którym rekonesans ten wyszedł tylko na dobre. Przeniosły się z zimnego i wilgotnego lasu do hotelu SPA w innej gminie, gdzie w cieple i wygodach mogły w końcu oferować swoje usługi na miejscu jak i w internecie, bez obawy o choroby, po za tymi przenoszonymi drogą płciową. Jedynie placowe poszło w górę, ale taki koszt można było przerzucić na konsumenta.  

Ani też policjanci, którzy do tej pory dorabiali biorąc łapówki o tychże dziewcząt i ich opiekunów, czy to w gotówce czy naturze, odwracając na jakiś czas swój zawodowy wzrok w inną stronę. Doszło nawet do tego, że nie mogli się już nawet przespać w kabarynie podczas nocnej zmiany. 

Krucjata ta odbiła się na finansach całej gminy, co wkrótce zaczynał dostrzegać sam proboszcz, co niedziele zliczając datki od wiernych. Pomruki niezadowolenia powoli rozlegały się wsród mieszkańców, mimo to pozostawał nieugięty w swej misji. 

Proboszcz był surowy, nieokiełznany, odważny i obdarzony niezłomną siłą woli. Po za jednym felerem charakteru – przejawiał słabość do butelki. Pił, niestety i przezwyciężyć tej słabości żadną siłą nie potrafił. Ale jako dobry pasterz innym nie pozwalał, karcił i prześladował niczym Inkwizytor swoje owieczki, z pełna surowością, z uwagi właśnie na to, że sam był w szponach nałogu. Skoro nawet on, mimo wsparcia duchowego z samej góry i swego żelaznego charakteru nie dawał rady, to jak te podlegające mu nieboraki miały pokonać uzależnienie – sam siebie pytał. I nie znajdował odpowiedzi.

– Pies go trącał, utrapienie z tym klechą tylko – powiedział Szpunar, którego te nocne patrole dotknęły osobiście. Jego pani również przeniosła się w inne miejsce i do tego podniosła ceny. – Więcej złego niż dobrego z tego pajacowania po nocach.

Lekkomyślna ingerencja proboszcza w naturalny bieg rzecz rozłożyła na łopatki cały leśny ekosystem. Dziewczyny zniknęły, w tym Szpunarowa przyjaciółka, po nich mundurowi, wraz z nimi resztki i śmieci które generowali. A także żerujące na nich dziki, wiewiórki i łowne ptactwo, do tego polujące na mniejszą zwierzynę lisy i wilki. Wydawało się, że nawet drzewa z tęsknoty zaczęły usychać.

– Ale to będzie ze trzy kilometry do bagien. W jedną stronę – upierał się Kulej, któremu nie tylko się nie chciało ale który coraz bardziej zaczynał powątpiewać w powodzenie jak i sens tej misji. 

– Jeden skąpiec – wskazał palcem Pawłowskiego. – Drugi marudzi bez ustanku – łypnął Szpunar do Kuleja. – Powinienem zabrać twoją starą, ona ma większe jaja od ciebie. Założę się, że w tym waszym pokręconym małżeństwie, to ty jesteś tym, co go wiecznie boli głowa. 

– Albo dupa, z żalu taka ściśnięta. Że inni mają a on nie – dodał Pawłowski, wciąż urażony zarzutem o skąpstwo. 

– Żeby ciebie nie rozbolała zaraz, jak ci do niej nakopie. 

Rzucili się do siebie, gotowi stoczyć walkę na śmierć i życie pośrodku nocy i lasu. 

Szpunar spokojnie stał z boku, ciekaw czy ta przepychanka słowna przerodzi się w coś większego, ciekawszego i czy poleje się krew. 

Niestety, ku jego rozczarowaniu, obijali się tylko klatkami piersiowymi jak nastroszone koguty.

– Już? Skończone? Możemy iść? – spytał. – Czy będzie druga runda?

Kiedy zgodnie odpowiedzieli, że raczej nie, ruszyli w kierunku bagien. Drogę oświetlał im księżyc i o dziwo widoczność była na tyle dobra, że nie musieli świecić sobie pod nogi latarkami. Nie żeby je ze sobą mieli ale przynajmniej nie musieli. 

Aby pokonać bagna, trzeba się było ubrudzić i zmoczyć. Broczyli po kolana w lodowatej wodzie. Szpunar i Kulej pokonali je suchą stopą, czego nie można było powiedzieć o Pawłowskim, który nie tylko przemoczył się do suchej nitki ale także stracił jeden but, co było kolejną okazją do śmiechu.

– Masz Mauryc, napij się, to cię trochę rozgrzeje – powiedział Kulej podając koledze butelkę samogonu.

Szkoda mu się Pawłowskiego zrobiło. Poniechał już wcześniejszej waśni, a jedyne co mógł mu ofiarować to coś na rozgrzewkę. Woderów nie miał zamiaru odstępować, nie ma głupich, pomyślał. Po za Pawłowskim jak się okazało. 

– Ale pali – syknął Pawłowski po pociągnięciu z butelki, kiedy już odzyskał mowę. – Jezu, ile to ma procent? 

– Wystarczająco – odpowiedział mu Szpunar zabierając butelkę i samemu pociągając siarczysty łyk. Aż nim wstrząsnęło, bo nie spodziewał się takiego stężenia ładunku. – Cholera, rzeczywiście, pali rurę. Ty Kulej zamiast silnika na wodę to na to świństwo opracuj. Do Nyski wlejesz, na księżyc i z powrotem poleci. 

Tamten nie odpowiedział na zaczepkę. 

– Jesteśmy prawie u celu – powiedział Szpunar kiedy zatrzymali się kilkadziesiąt metrów dalej. – Ja pójdę od lewej, ty Kulej zajdziesz od prawej. Będziemy zataczać koło, jak wilki, aż spotkamy się po drugiej stronie. Lej te podpałkę Maurycego, tam gdzie sucho, ja będę rozlewał paliwo. Tylko pamiętaj, lej w drodze powrotnej, bo jak się zapali wcześnej jakimś cudem, to odetniesz sobie drogę powrotu. Zrozumiano?

Kulej przytaknął.  

– A ja? – spytał Pawłowski.

Kulej popatrzył na niego, przemokniętego, bez buta, umorusanego na twarzy, trzęsącego się z zimna. 

– Siedź tu i pilnuj żeby ci drugiego buta nie ukradli. Masz fajerkę, czy na tym też zaoszczędziłeś i hubką i krzesiwem będziesz palił? 

– Mam.

– To na mój znak podkładaj ogień. 

Pawłowski, w pierwszej chwili poczuł się urażony kolejnym przytykiem o skąpstwie, na co zresztą był strasznie wyczulony. Zaraz jednak poczuł ulgę na myśl, że nie musi osobiście uczestniczyć w akcji.

– Jaki znak? – zapytał chcąc być pewien, że go nie przegapi.

– Będziesz wiedział – syknął Szpunar poirytowany. – Skaranie boskie, najgorzej to pracować z ludźmi – dodał po cichu, jednocześnie plując na bok, bo po wcześniejszej fali śmiechu i następującym po nim kaszlu zebrała mu się flegma. 

Niby mógł to zrobić sam, ale zawsze to raźniej z koleżkami. Po za tym potrzebował czujki i kozła ofiarnego w razie wpadki.

Pawłowski pozostawiony sam ze sobą i tą nędzną butelczyną od Kuleja wypił jeszcze jeden łyk, dla kurażu jak i z braku innych rozrywek.

– Znak pedała na mnie nie działa – odparł cicho sam do siebie Pawłowski, kiedy obaj jego koledzy zniknęli mu z oczu, dziwiąc się, czemu właśnie ta szczeniacka rymowanka przyszła mu do głowy i to akurat w tym momencie.

 

***

Szpunar skradał się powoli, nerwowo rozglądając się na boki i za siebie, uważnie stawiając każdy krok. Szedł przygarbiony, choć gumowe wodery wcale mu tego nie ułatwiały. Do tego wydawały z siebie dziwne dźwięki i Szpunar w duchu liczył, że ewentualny świadek uzna je za odgłosy natury.

Zatrzymał się na chwilę chcąc się przekonać czy wszyscy w obozie już śpią. Ostatnie, czego chciał, to natknąć się na jakiegoś nocnego marka, albo – co gorsza – przebudzone dziecko, a rozdzierając się w niebogłosy ściągnie mu na głowę cały obóz. Wtedy nawet nawiać nie zdąży.

Pobieżny rzut oka wystarczył by zorientować się w sytuacji. Na środku polany namioty porozstawiane były w kształcie okręgu a pomiędzy nimi gdzieniegdzie zaparkowano samochody i przyczepy kempingowe. Jedne większe, drugie mniejsze. Z tego co mógł dostrzec w blasku księżyca, było ich sześć. 

– Rzeczywiście, żyją jak zwierzęta – mruknął do siebie Szpunar a potem splunął gęstą flegmą. 

Było zadziwiająco cicho i spokojnie – nawet aż za bardzo. Co tylko zwiększało napięcie, bo z każdym krokiem gumowce zdradzały go coraz bardziej. Nie mógł się poruszać na tyle swobodnie, na ile liczył. Nie chcąc ryzykować bardziej niż potrzeba, zdjął gumowce i na paluszkach dotarł do samego końca polany, tam gdzie miał się spotkać z Kulejem. 

Którego, oczywiście nie było tam gdzie miał być. 

– Co za dureń! – mruknął Szpunar pod nosem. – Pewnie się gdzieś zgubił po drodze, albo albo nawiał. 

Sam też nie był lepszy, tylko mały impuls dzielił go od ucieczki. Ale tylko jemu znane i wysoce niepokojące wizję przyszłości pchały go do przodu. 

Siedział więc chwilę bezradnie wpatrując się w obozowisko, skanując wzrokiem najbliższą okolice. Wzrok już miał nie ten sam ale coś tam jeszcze potrafił wyłapać. Blask księżyca pomagał.

Dał sobie pięć minut, a raczej Kulejowi, a po upływie tego czasu rozpoczyna akcje, z nim czy bez niego. Może jak mu się dupa zapali to się nauczy punktualności, pomyślał.  

Wpatrując się w zegarek, odniósł wrażenie że czas stanął się w miejscu. Liczył, że Kulej jednak nawali i dając tym samym pretekst do odwrotu z czystym sumieniem. 

Mineły cztery nerwowe minuty, nim usłyszał znajome dźwięki wydawane przez gumowce.

– Ile mam na ciebie czekać? – warknął. – Cała akcja prawie przez ciebie leży. Jak ja się inwestorom wytłumaczę?

Kulej nic nie odpowiedział, chciał coś powiedzieć, że przecież starał się jak mógł ale w tych siedmiomilowych butach to i sprinter by nie poradził. Ale machnął tylko ręką krzywiąc się przy tym wymownie.

– Dobra, więc tak jak mówiłem – zaczął po cichu Szpunar, rozglądając się dookoła. – Sprawdziłem swoją stronę; czysto. U ciebie?

– Też – burknął wciąż naburmuszony pod nosem Kulej. 

Sam zrobił dodatkowy rekonesans, bo coś mu w opowieści Szpunara nie sztymowało. I nie podobało, przez co wzrosła jego podejrzliwość. 

– No, to wracamy tą samą drogą, tak że lej pan ile masz, nie żałuj. 

– Co? – spytał tamten zdziwiony. – Więc to jest to pole, cośmy mieli podpalić? Dla ubezpieczenia? Przecież tam są ludzie! 

Tak przeczuwał, od kiedy tylko zobaczył obozowisko, mimo to wolał się upewnić bo ciężko mu było uwierzyć, że Szpunar porywa się na coś takiego. 

– Nikogo nie ma, sprawdziłem. Ale dla pewności lejem obok, nie przez środek…

– Debilu! – krzyknął głośno Kulej tak, że aż Szpunar musiał zatkać mu usta dłonią – Jak wrócimy ta samą drogą i podpalimy, odetniemy im drogę ucieczki. Zamkniemy ich w pułapce, będą jak w kotle. A to pewna śmierć! Za to jest kryminał!

Kulej, choć jego wygląd tego nie zdradzał, był fizykiem z wykształcenia i konstruktorem z zamiłowania. I choć nie pracował w swoim zawodzie, ani żadnym innym, oddał się pracy nad silnikiem na wodę, licząc, że raz – zbawi świat, a dwa – wpadnie mu parę groszy. Toteż w myślach bez trudu obliczył prędkość wiatru, obszar, nakreślił w głowie okrąg którym obeszli pole i wyszło mu jak byk, że to murowana śmierć. Morderstwo z zimną krwią, i to wielokrotne do tego. Znaczy się, że czapa od razu.

– Ja wiem Szpunar, że ty w szkole spałeś na lekcjach, jeśli w ogóle uczęszczałeś, ale ten twój plan to zwykłe ludobójstwo. To się fachowo nazywa nawet: czystka etniczna. I za to jest specjalne miejsce w piekle. 

Widząc, że tamten chce coś powiedzieć, uciszył go gestem dłoni, po czym kontynuował, podnosząc nieco głos.

– Jak wrócimy do domu, sprawdzisz sobie w słowniku co to dokładnie znaczy, tymczasem zdaj się na mnie. I nie, nie ma mowy. Za żadne pieniądze. Wracam – powiedział zdecydowanie. 

Kulej gotów był odwrócić się na pięcie i wrócić tam skąd przyszedł. Ale jeszcze czekał, licząc że Szpunar pójdzie po rozum do głowy a następnie w jego ślady. 

Niestety, pomyślał tamtem, Kulej miał rację. Gdy to sobie rozpisywał, na papierze wyglądało to o niebo lepiej. Ale jak się nad tym chwilę zastanowić…

Co innego spalić puste, nielegalne obozowisko a co innego ludzi. I to żywcem. Nawet jego sumienie miało jakiś limit.

Ale pieniądze wziął z góry i to od niebezpiecznych ludzi. Tylko czekać aż to jego zamkną w celi a potem przez przypadek powiesi się na klamce. 

Miał być pożar, trudno, będzie pożar. Z nim czy bez niego… Trzeba tylko tak zrobić, żeby ludzie za bardzo nie ucierpieli. 

– Dobra, zmiana planu. Potrzebna jest dywersja. Trzeba odwrócić uwagę, wyciągnąć ludzi i wtedy puścić ognień… a wtedy i wilk syty i owca cała. 

– Powodzenia. Beze mnie – odparł Kulej. – Opowiesz mi jak cie poszło. Ja wracam. To jest kryminał! 

– Wiem, wiem, nie musisz mi tłumaczyć. Myślisz, że ja się pcham za kraty? – denerwował się Szpunar. 

Sam już nie wiedział, czy pieniądze warte były odsiadki i to wieloletniej do tego. Jak mur beton jego pani nie poczeka, nie ma szans. Bez pieniędzy jednak… tak czy owak, był pod ścianą. 

Kulej nie miał ani ochoty na spisek ani tym bardziej na dyskusję. Cisnął z wściekłością podpałkę na ziemię i ruszył w drogę powrotną.  

– Wracaj do Pawłowskiego i czekajcie na mnie – rzucił za nim Szpunar. 

– To się jeszcze zobaczy… A ty co zrobisz? – odparł tamten odwracając się na chwilę.

– To co trzeba…

Kulej nie odpowiedział, splunął tylko przed siebie, słusznie myśląc, że to wystarczający komentarz, po czym w akompaniamencie swoich kaloszy ruszył w drogę powrotną. 

– Idź, idź, tchórzu – powiedział za nim Szpunar, wyraźnie rozczarowany postawą kolegi, jak i tym, że cała odpowiedzialność spadła na niego. – Ja zaś sprawdzę, czy ktoś jest w domu – powiedział już do siebie. – Bo coś tu za cicho jest … 

Był tylko jeden sposób aby się przekonać. A ciekawość jakoś nie brała nad nim góry. 

Ostrożnie wszedł między namioty i wozy kempingowe. W pierwszym – pusto. W drugim – cisza. W trzecim to samo. Żadnego chrapania, żadnego światła z telefonu, żadnej obecności. Wszystko wyglądało tak, jakby mieszkańcy zniknęli w pośpiechu. Albo celowo ich tu nie było… Czyżby ktoś ich uprzedził, zadał sobie w myślach to pytanie.

Wycofał się, ostrożnie, i na paluszkach podszedł pod pierwszy z brzegu namiot. Starał się zachowywać możliwie cicho, stąpał ostrożnie stawiając każdy krok. 

Miał ochotę wracać, rzucić tym wszystkim w cholerę i zapomnieć o całej sprawie. Zaszyć się ze swoją panią w ciepłym hotelu na całą noc. Ale do tego potrzebna mu była żywa gotówka, przecież dlatego też podjął się tego zlecenia. 

Najgorsze, że do tego wszystkiego okrutnie zachciało mu się palić. 

A przecież nie mógł, przez co robił się jeszcze bardziej się nerwowy, a skołatane nerwy podkręcały dynamicznie rozwijającą się paranoję. 

Zastanówmy się przez chwilę, powiedział sam do siebie, może to zasadzka. Może to nie o obóz chodziło ale o niego samego, żeby złapać go na gorącym uczynku i wysłać do pierdla. Nie takie rzeczy naiwniakom robili starsi i mądrzejsi właśnie.

Machnął ręką na ten idiotyczny pomysł, szydząc sam z siebie. Bo kto by sobie tylu trudu zadawał żeby taką płotkę jak on złowić? Co prawda, wiedział dużo, miał haki na różne osobistości ze świecznika tego jak i poprzedniego układu. Ale nigdy nie pisnął, nigdy nie dał sygnału, że coś wie. Był lojalnym współpracownikiem i dlatego zwracano się właśnie do niego z różnymi takimi sprawami. 

Ale, ale… Każda przygoda ma swój kres, a on może właśnie dotarł do sedna swojej podróży. Może i to nie on jest celem a jednak obozowisko, może bombę podłożyli i on w tym spektaklu będzie kozłem ofiarnym, jak ten co próbował zabić Kennedy`ego. Musi być, że to też sprawka KGB i Mossadu, tylko oni mogą sobie na takie konspiracje pozwolić.

– Głupcze! – walnął się w czoło. – Gdzie KGB, gdzie Mosad na takim zadupiu by sobie ręce brudzili. Toż tu psy dupą szczekają a za kratę piwa chłopaków spod zalewu aż rączki świerzbią żeby komuś łomem kości rozmasować.

Wyciągnął z kieszeni gumowe rękawice ogrodowe, w kolorze bahama yellow i delikatnie podniósł podpałkę do grila którą porzucił Kulej. Trzymając ją kciukiem i palcem wskazującym aby nie zatrzeć odcisków schował za pazuchę. 

– Próbujcie dalej towarzysze, ja się wrobić nie dam. 

Wrócił się po kanister z paliwem, myśląc, że być może jest to jedyna okazja jaką ma. Nie chciało mu się sprawdzać pozostałych legowisk, ale tak sobie wymyślił, że jeśli podłoży mały ogień gdzieś pod pusty namiot, albo pod ten kamper chociażby, to nim się rozciągnie na cały obóz, ewentualne ofiary zdąrzą uciec na bezpieczną odległość. A co najważniejsze, on sam zdąży się ulotnić. Nawet jak się jakaś komisja zjawi, w co zresztą wątpił, to wezmą to za wypadek. Co prawda nie tak jak chciał tego inwestor… Trudno się mówi, pomyślał, pożar jest pożar. Ale jeszcze ten las… Trzeba będzie jakoś podciągnąć ten wyciek kilka kroków.

Tak jak sobie zaplanował, tak też wykonał. Rozlał trochę benzyny pod wlewem paliwa campera, tak aby wyglądało że samochód miał przeciek. Nie pomyślał o tym, że on lał benzynę a kamper był na ropę, ale kto w takich chwilach myśli o silniku. 

Las był na przylegającym wzgórzu, co utrudniało nieco sprawę. Pomyślał, że najbezpieczniej będzie rozlać tam paliwo w drodze powrotnej, będąc już dalej od centrum wydarzeń. 

Wracając po wodery nagle zamarł, zatrzymał się w miejscu wytężając słuch jak tylko potrafił. 

Usłyszał jakieś głosy, coś jakiś szmer za plecami. Wpatrywał się w mrok, probując się upewnić skąd dochodzą i czy to nie zestresowany umysł płata mu figle. 

Wydawało mu się, że dźwięki niosą się rzeką, tą którą minął ale nie pamiętał w którym kierunku. A skąd dochodziły, nie potrafił określić, równie dobrze mogły dochodzić z rynku albo nawet miasta. W każdym razie były rytmiczne i powtarzały się regularnie i monotonie, raz po raz. 

Dopiero na wzgórzu w blasku księżyca, dostrzegł niewyraźne sylwetki poruszające się powoli. Ciarki przeszły mu po plecach. Zaraz się tu zejdą, zaraz go przyłapią na gorącym uczynku i zrobią z nim to, co on chciał zrobić z nimi. I nikt po nim nie zapłacze. 

Mimowolnie wstrzymał oddech. Przez chwilę wahał się co robić: czy uciekać czy iść dalej, ale nie mógł się zdecydować, bo sparaliżował go strach. Był jak sarna oślepiona reflektorem gotująca się na spotkanie z maską rozpędzonego samochodu.

Nocne niebo było czyste, nagle jednak z jasnego, a raczej ciemnego nieba błysnęło, oślepiający błysk przeciął mrok i walnęło dokładnie tam, jak mu się wydawało, gdzie dostrzegł jeszcze przed chwilą kontury postaci. Po czym huknęło, aż Szpunarem wzdrygnęło, wybudzając go tym samem z marazmu.

Mineła chwila i wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Ale gdzieś na szczycie wzgórza potężny ogień wystrzelił w górę, oświetlając tym samym krąg ludzi zebranych wokół siebie. Po czym równie gwałtownie ogień ten opadł i palił się już mniej intensywnie.

Zaraz po tym rozległy się bębny, rykneła muzyka zniekształcona przez dystans dzielący od Szpunara. Wydawało się jakby dźwięki pochodziły z zupełnie różnych stron, osaczały go i niezależnie od siebie spotykały się w jego głowie. 

Zaciekawiło go to bardziej niż przeraziło, bo słyszał różne historie o ludziach żyjących na uboczu, o ich zwyczajach, o nocnym imprezach trwających do rana. Słyszał opowieści o mchu i paproci szeptane, nigdy głośno nie potwierdzone, o ofiarach składanych z porwanych małych dzieci, z własnych ludzi, czy skradzionych ze wsi zwierząt domowych. I choć osobiście nie dawał im wiary, myślał o tym bardziej jak o połajankach matek, które straszą swoje niegrzeczne dzieci, to w końcu nadarzała się okazja by przekonać się o ich prawdziwości osobiście. 

Padł na ziemie i niczym komandos podkradł się na wzgórze, cały czas taszcząc za sobą kanister z paliwem ukradzionym z Nyski Pawłowskiego. Nawet dobrze się składało, pomyślał, wykonali za niego większość roboty, wystarczyło jedynie poczekać aż pójdą spać i dorzucić trochę benzyny do pieca. Ale kiedy to będzie?

Paliwo i tak planował opchnąć ruskim po akcji a i przy okazji Pawłowskiego jeszcze obciążyć kosztem. Dla Szpunara liczył się każdy grosz, a im chytrzej zarobiony tym większą posiadał wartość.

Jednak to, co zobaczył, zaskoczyło go bardziej niż opowiadane z dziada pradziada lokalne klechdy.  

Koniec

Komentarze

Witam Cię ponownie, tym razem przy drugiej części. :)

 

Tekst jest stosunkowo długi, liczy prawie 40 tysięcy znaków, zatem przed publikacją dobrze, abyś jeszcze raz sama dokładnie go przejrzała i poprawiła wszystkie usterki – wówczas Czytelnicy będą mogli śledzić tylko fabułę, a nie – wyszukiwać i wypisywać fragmenty do poprawy. :)

Na razie zdarzają się jeszcze poważne wpadki językowe, jak np.:

– Tu jesteśmy zgodni – powiedział przerwał tamten.

Łzę nawet uronię, taki jestem wzruszony, tylko później, nie przy ludziach bo na wstydliwość od dziecka choruje.

– Ale pani do której chodzę ma!

Bo kto by sobie tylu trudu zadawał żeby taką płotkę jak on złowić?

Może i to nie on jest celem a jednak obozowisko, może bombę podłożyli i on w tym spektaklu będzie kozłem ofiarnym, jak ten co próbował zabić Kennedy`ego.

Musi być, że to też sprawka KGB i Mossadu, tylko oni mogą sobie na takie konspiracje pozwolić.

– Głupcze! – walnął się w czoło. – Gdzie KGB, gdzie Mosad na takim zadupiu by sobie ręce brudzili.

Opowiesz mi jak cie poszło.

Padł na ziemie i niczym komandos podkradł się na wzgórze, cały czas taszcząc za sobą kanister z paliwem ukradzionym z Nyski Pawłowskiego.

 

Pozdrawiam serdecznie. Powodzenia. :)

 

Pecunia non olet

Mam kilka uwag do tego tekstu. Piszesz: " …lokalna patologia urządzała sobie weekendowe libacje…" – patologia nie potrzebuje weekendów na libacje,więc to jest poprostu zbędne. Wystarczy opuszczony budynek. " …prowadzący rozmowę, pan w błyszczącym garniturze….niż zawartość butelki, którą wolno opróżniał…" – Bardzo przerysowane postacie. Jeżeli idziesz w absurd i groteskę to wtedy jest to dobre. Do poważniejszej historii, jest to nie zbyt ciekawym, zniechęcającym posunięciem. Dialogi – sztywne i brak w nich emocji. Nie pchają historii do przodu. Masz tam, misz masz w zapisie myśli bohatera, a tekstem narratora. To trzeba jakoś oddzielić, żeby było wiadomo o co chodzi. Druga część jest jakby lepsza. Jest w niej więcej dynamiki, rozmowy są lepsze. Fragment, który wstawiłeś zapowiada się na dobrą historię z potencjałem. Zniechęcają do niej właśnie takie błędy, gramatyczne, interpunkcyjne.

Dzięki za wnikliwe czytanie i oba komentarze.

Ciężko w to uwierzyć, ale na prawdę sprawdzam to co piszę… swoją drogą niesamowite, że mimo wszystko wychodzą takie rzeczy, błędy itd. Musi być, że to jakaś ułomność… będę chyba musiał zatrudnić specjalistę do wygładzenia.

Misz masz ciągnie się przez całą opowieść – widocznie nie był to dobry zamysł. Dzięki za uwagę – w sumie właśnie takiej krytyki oczekuje. 

Co do historii – moim skromnym zdaniem to dopiero początek, choć bardzo możliwe że mój styl nie specjalnie przypadnie czytelnikom do gustu. 

Dzięki jeszcze raz.

Pozdrawiam

I ja dziękuję. ;)

Szanowna Autorko, chciałabym dopytać, bo nie chcę powielać błędu – piszę do Ciebie w rodzaju żeńskim, masz w profilu info: “kobieta”, lecz odpowiadasz: “będę chyba musiał zatrudnić specjalistę do wygładzenia”… To pomyłka, czy też nie? 

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Trochę się dziwiłem na początku, bo w Piotr jednak w nicku, ale potem zobaczyłem, że Bruce… tak że…

Właśnie zmieniłem płeć… w ustawieniach. Teraz powinno być ok.

Dzięki

Aaaa… wszystko jasne, Szanowny Autorze; dziękuję. :) 

Tak, nicki bywają rozmaite, zatem wolałam dopytać, bo – co innego w komentarzach, a co innego widniało w profilu. ;) 

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka