- Opowiadanie: mbeck - Przeczytaj zanim otworzysz

Przeczytaj zanim otworzysz

W nauce od wieków trzymamy się sprawdzonej metody: najpierw stawiamy pytanie, potem mozolnie szukamy odpowiedzi. W tym jako ludzkość mamy wprawę. Ale co się dzieje, gdy wszechświat postanawia zakpić z naszej logiki i podrzuca nam gotową odpowiedź, zanim w ogóle zdążyliśmy sformułować problem?

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Przeczytaj zanim otworzysz

Ludzie są idiotami. Na pewno słyszeliście to już wiele razy. Jeśli w to nie wierzycie, mam dla was koronny dowód, po którym mikrofon opada, publiczność się rozchodzi, a ludzkość zostaje sama na scenie – jak ten głupek.

Może przejdźmy do rzeczonego dowodu.

Zaczęło się od roślinności. Obszar zajmował około dwadzieścia trzy kilometry kwadratowe i przypominał pofalowane koło. Roślinność wewnątrz była zupełnie inna niż ta jaka znajdowała się poza. Granica była co prawda płynna ale bardzo wąska – wystarczyło przekroczyć niewidzialną linię o metr, by świat zmienił barwy. Trawa wewnątrz była niższa i miała zdecydowanie ciemniejszą barwę, wchodzącą w głęboką morską zieleń. Dalej było tylko dziwniej: czerwone krzewy z seledynowymi kwiatami, niskie słupy, z których na boki wystartowały długie niebieskie i żółte sztywne wici. Choć brakowało tam klasycznych drzew, niektóre źdźbła gigantycznej trawy osiągały rozmiar wyższy niż drzewa poza strefą. Ogromne łodygi z jednym, dwoma ogromnymi liściogałęziami wyrastały w górę, załamując się pod własnym ciężarem i opadały ku ziemi niczym potężne łuki. Wiatr wywijał nimi z nienaturalną siłą – z niewiadomych przyczyn wewnątrz anomalii wiało zawsze mocniej niż kilometr dalej.

To właśnie kolory jako pierwsze zwróciły uwagę ludzi na anomalię, dokładniej turystów, którzy latali nad dżunglą dronami. To oni nagrali tę dziwną, wyróżniającą się kolorami polanę. Zdjęcia krążyły po znajomych, aż trafiły do dwóch belgijskich biologów. Szukali miejsca na urlop, a zwietrzyli szansę na sławę. Nie ryzykowali dużo. Uznali, że nawet jeśli to tylko lokalna mutacja, spędzą czas na koszt uczelni. 

Intuicja ich nie zawiodła.

W ciągu tygodnia od publikacji ich pierwszych badań na miejsce zlecieli się specjaliści z każdej możliwej dziedziny. W niecały miesiąc powstało miasteczko na kilkaset osób, które musiało obsłużyć rzeszę naukowców, ich asystentów, techników, ale i osoby zajmujące się całą logistyką, zaopatrzeniem, ratownictwem i ochroną. 

Najbliższe lotnisko przyjmowało jeden lot za drugim, a busy kursowały non stop. W gotowości była też fala turystów, którzy bardzo potrzebowali zdjęć na tle anomalii. To udawało się powstrzymać, niestety nie udało się powstrzymać dzikich przelotów nad nią, nawet pomimo surowych zakazów i wysokich kar. Zawsze byli tacy, dla których zobaczenie tego miejsca na własne oczy było warte najwyższych kar, nie mówiąc już o zdjęciu na tle niebieskich słupów. W sieci wciąż jest więcej takich zdjęć niż na tle piramid. 

Nikt nie był w stanie zrozumieć fenomenu tego miejsca i dlaczego wszystkie zwierzęta i rośliny wyciągnięte poza jej obręb umierały w przeciągu dwóch dni. Biolodzy zabarykadowali się dookoła anomalii i nikogo nie chcieli wpuszczać. To było ich królestwo. Dokonywali inwentaryzacji, identyfikowali kolejne nowe gatunki roślin i zwierząt. Robiono szczegółową dokumentację, pobierano próbki gleby, wody i powietrza w celu analizy chemicznej i mikrobiologicznej. Tworzono szczegółowe mapy florystyczne i faunistyczne, uwzględniające rozmieszczenie gatunków. Prowadzono szczegółowe badania klimatyczne, sprawdzano nasłonecznienie, wilgotność i temperaturę. Zespół naukowców się powiększał; dołączali biolodzy i bioinformatycy do analizy DNA i RNA unikalnych gatunków, poszukiwania sekwencji genetycznych odpowiedzialnych za nietypowe cechy. Farmakolodzy oraz biotechnolodzy odpowiadali za przesiewanie potencjalnych związków bioaktywnych.

Tworzono pełne sekwencjonowanie genomów wybranych gatunków roślin i zwierząt, poszukiwano unikalnych białek i ścieżek metabolicznych. Intensywnie badano składy chemiczne roślin, poszukiwano nowych związków o potencjale leczniczym, antybakteryjnym, przeciwnowotworowym i tym podobnych. Prowadzono badania nad mechanizmami ewolucyjnymi, które doprowadziły do powstania tak odmiennych form życia. Obserwowano zależności między gatunkami, cykle życiowe i strategie przetrwania. A to tylko raptem kilka kierunków, które zapadły mi w pamięć. Zespół się rozrastał; na świecie przybyło wielu nowych doktorów specjalizujących się w anomalii. Powstały specjalizacje, patenty i odkrycia. Naukowcy znaleźli swoje eldorado; niemal każdy, kto spędził tam kilka miesięcy, wracał bogatszy o wiele publikacji i masę pieniędzy za nowe odkrycia.

Po roku, gdy świat powoli przyzwyczajał się do istnienia „cudownej polany”, dokonano odkrycia, które zmieniło wszystko.

Pod ziemią, dokładnie kilka metrów, przypadkiem odkryto fundamenty. Nie widać ich było na żadnych skanach. Materiał był czymś, czego ludzkość nie znała. Odkrycia dokonał jeden z asystentów, który prawdopodobnie spał na wykładach z metodologii – postanowił zbadać norę tzw. „lisowęża”, wkopując się w grunt tuż obok niej. Zamiast zwierzęcia, łopata uderzyła w fundamenty. Materiał był czymś, czego ludzka nauka nie znała. Nazwisko asystenta trafiło do podręczników, choć – wstyd przyznać – wypadło mi teraz z głowy. Na pewno znajdziecie je na Wikipedii.

Po tym odkryciu nastąpiła brutalna zmiana, biologia poszła w odstawkę. Całą niemal anomalię rozkopano. Zostawiono niewielkie skrawki, na których biolodzy dalej mogli pracować, ale to była symboliczna resztka ze stołu. 

Centralna część stała się gigantycznym wykopem. Na głębokości kilkunastu metrów ukazała się budowla, która wymykała się definicjom. Jedni widzieli w niej dom, inni statek kosmiczny, jeszcze inni pałac. Wokół znajdowano setki przedmiotów: kamienie, płytki, skamieliny. Początkowo oddano je biologom, ale ci uznali je za nieorganiczne. Geolodzy machnęli ręką, twierdząc, że to nic ciekawego. W efekcie artefakty zaczęły znikać, sprzedawane przez robotników jako „pamiątki z anomalii”.

Mijały miesiące; do anomalii zlatywali się kolejni naukowcy wszelkich specjalizacji i dziedzin. Azyl stał się prawie dziesięciotysięcznym miastem, gdzie prawie połowa mieszkańców miała co najmniej doktorat. Ktoś kiedyś nazwał to najmądrzejszym miastem.

Wszyscy ci naukowcy byli tam w jednym celu: odkryć, czym jest to miejsce. Jedni pukali, inni stukali, wiercili, strzelali laserami, elektronami, fotonami i protonami. Zdobyli też neutrina; byli tacy, co zamiast rzucać, przytulali się, sproszkowane rozpuszczali w wodzie i pili. Kiedyś ktoś pokazał mi ogłoszenie na darknecie, oferujące to jako przyprawę w cenie luksusowego samochodu za gram. Palono to, skanowano wszelkimi falami i nic.

Za każdym razem wyniki były takie same: „Tego tam nie ma – tam jest zwykła ziemia”. Widzieliśmy i dotykaliśmy własnymi rękami czegoś, co, gdy tylko zaczynaliśmy sprawdzać dokładniej, okazywało się czymś innym, czymś absolutnie niepozornym i zwyczajnym. Szło zwariować. Najmądrzejsze miasto świata było też najbardziej znewicowanym. Nic dziwnego, że wkrótce drugą najliczniejszą grupą zawodową po naukowcach stali się psychiatrzy i terapeuci.

Architektura też się zmieniała. Do tej pory miasto powstawało na dziko i partyzancko, więc pełne było domów z kontenerów, wiele miejsc nie miało odpowiedniej infrastruktury. Postanowiono zrobić z tym porządek. Ruszyła przebudowa całego miasta. Długo odkładana decyzja oznaczała, że większość się pogodziła z faktem, że odkrycie tajemnic tego miejsca może być pracą na pokolenia. Przez kolejny rok prace na samej anomalii trwały równie intensywnie, co w mieście dookoła.

W końcu ktoś wpadł na „genialny” pomysł: przewierćmy tę cholerną strukturę na wylot. Maszyna miała pracować dwa dni, by pokonać planowane trzy kilometry. Wiertło stanęło po stu metrach. Napotkało coś tak twardego i czarnego, że pochłaniało całe światło. Co więcej, działy się tam rzeczy niemożliwe z punktu widzenia fizyki – materiał wydawał się nieobecny, gdy nikt na niego nie patrzył, a gdy próbowano go prześwietlić, fotony po prostu znikały. Nikt tego nie rozumiał z naukowcami na czele.

Na tym etapie społeczeństwo powiedziało: „Pierdolcie się!”. Koszt utrzymania tego miasta sięgał budżetów dużych państw; na jego koszt żyły dziesiątki naukowców, psychiatrów i innych zawodów. Naukowcy gadali jakieś bzdury, że coś jest, ale tego nie ma; widzimy, ale nie widzimy; coś przelatuje i odbija równocześnie. Wszyscy na tym etapie uznali, że to naukowcom odbija i może by wykorzystać moment, że wszyscy oni są w jednym miejscu i tak by ich… To nie były odosobnione głosy, żeby było jasne. Ale to wciąż nie dowodzi jeszcze tego, co chcę udowodnić: ludzie są idiotami.

Mijały kolejne lata. Miasteczko przekształciło się w prawdziwą metropolię z wieżowcami dla biznesu, ogromnymi uniwersytetami. ośrodkami badawczymi dla naukowców oraz gabinetami dla psychoanalityków. Liczba tych ostatnich rosła chyba najszybciej. Sama anomalia pośrodku była najpilniej strzeżonym miejscem z bardzo restrykcyjnie pilnowanym dostępem. Chciałeś tam iść? Napisz, co chcesz robić, co myślisz odkryć i czekaj na swoją kolej, a w międzyczasie pracuj grzecznie gdzieś obok.

Anomalia pozbyła się całej już kolejnej warstwy; jej resztki zepchnięto na bok, tuż obok kilkuset metrowej enklawy, gdzie biolodzy dalej próbowali utrzymać przy życiu resztki flory i fauny z oryginalnego miejsca. Teraz królowali chemicy i specjaliści od materiałów, wspierani przez fizyków. Chcieli dojść do zrozumienia, czym jest ten materiał. To nie była materia, ani antymateria, ani też czarna materia, ani jakakolwiek energia. A może właśnie czymś z tego była, albo to dowolny miks powyższych. Niemal nic nie wiedzieliśmy, więc nadaliśmy mu mądrą nazwę: Egzotyczna Materia. 

Nie wiedzieliśmy czym jest, ale wiedzieliśmy jakie ma właściwości. Naukowcy dalej walili głową w mur, a tymczasem materię przejęli specjaliści od exela. Zrobili slajdy i ogłosili ile musi kosztować gram. Jak to zrobić to już nie ich problem. Ci którzy nad tym myśleli w efekcie trafiali do gabinetów terapeutów, którzy je wynajmowali od tych od exeli i slajdów. Biznes się kręcił. Tylko bez udziału materii.

Po kilku latach nastąpił przełom.Okazało się, że skupione fale grawitacji wywołują w materiale naprężenia, które pozwalają go kruszyć. Manipulowanie jej strukturą wyzwalało gigantyczne zasoby energii kinetycznej i potencjalnej na poziomie subatomowym. Jeden kilogram wystarczał, by zasilić całą planetę na dobę. Obliczyliśmy, że mamy czternaście milionów ton – paliwo na tysiące lat.

Wystarczyło nam na niespełna wiek. 

Byliśmy rozrzutni ponad wszelkie wyobrażenie. Ale serio: wspomnę tylko ten film wyświetlany na tarczy Księżyca, czy spektakularne zawody w strzelaniu asteroidami w Marsa, nie wspominając o sieci hoteli z prywatnymi windami kosmicznymi – to były pomniki na miarę naszych czasów, ale się skończyło. Wykorzystaliśmy niemal całą egzotyczną meterię. Odnowiliśmy techniki jądrowe i ruszyliśmy dalej.

Anomalia była już na tym etapie jedną z największych i zdecydowanie najnowocześniejszą metropolią na świecie, z nie jedną, a trzema windami kosmicznymi obok.

I serio, jeszcze nie jesteśmy na końcu, choć patrząc na cel, chyba mógłbym skończyć.Został jednak jeszcze jeden ostatni element. Całkiem niedawno, ktoś zainteresował się tymi „badziewiami”, które sto lat wcześniej geolodzy wyrzucili na śmietnik. Po wnikliwej analizie kwantowej struktury jednego z kamieni, udało się odczytać zakodowaną wiadomość. Prostą i życzliwą:

„Cześć, Ziemianie! Przelatywaliśmy obok i sprawdziliśmy waszą planetę. Chcieliśmy tu zamieszkać, ale odkryliśmy, że już tu jesteście. Zostawiamy wam mały prezent na start. Wiemy, że w waszej okolicy nie ma paliwa do zaginania przestrzeni – najbliższe złoża są kilkadziesiąt lat świetlnych stąd. Bez pomocy utknęlibyście tu na wieki. Zostawiamy wam więc zapas Egzotycznej Materii. Wykorzystajcie ją mądrze. Pozwoli wam ona modyfikować czasoprzestrzeń i swobodnie podróżować między gwiazdami. Instrukcję, jak zbudować napęd przy użyciu tej materii, znajdziecie poniżej. Do zobaczenia w kosmosie!”

To tak, jakby naszym przodkom ktoś zostawił nam na brzegu nowoczesne statki do żeglugi międzykontynentalnej, a my – nie potrafiąc wyobrazić sobie niczego poza własną plażą – porąbaliśmy kadłuby na szczapy, byle tylko przez chwilę mocniej poświecić sobie w ciemności. Wybraliśmy ognisko zamiast horyzontu. Choć trzeba przyznać, że te nasze igrzyska na Marsie płonęły jaśniej niż wszystkie gwiazdy, do których nigdy nie dotrzemy.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Nadal trzeba solidnie popracować nad stroną techniczną, usterek jest wiele i – zamiast uważnie śledzić fabułę – trzeba je wypisywać; tu przykłady:

I serio, jeszcze nie jesteśmy na końcu, choć patrząc na cel, chyba mógłbym skończyć.Został jednak jeszcze jeden ostatni element. – brak spacji między zdaniami

Ale serio: wspomnę tylko ten film wyświetlany na tarczy Księżyca, czy spektakularne zawody w strzelaniu asteroidami w Marsa, nie wspominając o sieci hoteli z prywatnymi windami kosmicznymi – to były pomniki na miarę naszych czasów, ale się skończyło.

„Cześć, Ziemianie! (…) Do zobaczenia w kosmosie!” – brak kropki na końcu zdania i akapitu

Chcieliśmy tu zamieszkać, ale odkryliśmy, że już tu jesteście. Zostawiamy wam mały prezent na start. Wiemy, że w waszej okolicy nie ma paliwa do zaginania przestrzeni – najbliższe złoża są kilkadziesiąt lat świetlnych stąd. Bez pomocy utknęlibyście tu na wieki.

To tak, jakby naszym przodkom ktoś zostawił nam na brzegu nowoczesne statki do żeglugi międzykontynentalnej, a my – nie potrafiąc wyobrazić sobie niczego poza własną plażą – porąbaliśmy kadłuby na szczapy, byle tylko przez chwilę mocniej poświecić sobie w ciemności.

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka